Rozdział 2
Krystian
Jan, który wkręcił mnie do tego hermetycznego świata, mylił się co do jego szczelności. Najbardziej tajna okazała się podróż. Kiedy już wszedłem na teren amerykańskiej bazy, mogłem z powrotem być Krystianem Krzyckim.
Rzeczywistość przerosła moje najśmielsze oczekiwania. W pozytywnym sensie. Ta decyzja była strzałem w dziesiątkę.
Ubóstwiałem to miejsce, żyłem tu na maksa...
Wmawiaj to sobie dalej, a w końcu na pewno w to uwierzysz.
Teraz przeleciałem wzrokiem po wydruku z listą nieodebranych połączeń, szukając tylko tego jednego nazwiska.
Od Sary znów nic...
Przewróciłem stronę, na której widniały esemesy i maile.
Nie wysłała nawet cholernej kropki...
Moje skrzynki były sprawdzane na bieżąco, a potem podejmowałem decyzję, czy jest coś, na co trzeba odpowiedzieć. Wszystko przechodziło oczywiście przez wiele rąk, nim dotarło do odbiorcy.
Minął miesiąc, odkąd ostatni raz widziałem Sarę.
Nie żebym liczył.
Tak gwoli ścisłości to minęły trzydzieści dwa dni i osiem godzin.
Dobrze, może i liczyłem.
To dlatego, że marzył mi się polski rosół.
Tak gwoli ścisłości to marzy ci się rosół w wykonaniu Sary, a nie polski rosół.
Dobrze, może i tak. To dlatego, że ona robi najlepszy rosół.
I nie tylko...
Ale tego już nie doświadczysz, pułkowniku.
Piękna Sara zapomniała o tobie. Jej życie toczy się dalej.
Tak jak twoje.
Tyle że ja nie mogę przestać o niej myśleć!
Twój pech.
Ano mój.
Byłem w szoku, że moje myśli znajdowały drogę do Sary w nawale zajęć, a te miałem od poniedziałku do niedzieli włącznie. Studia generalskie, nauka angielskiego, loty, skoki do celu, strzelanie i szereg innych nieprawdopodobnie fascynujących ćwiczeń bojowych pochłaniały mnie bez reszty. Ekipę miałem najlepszą z najlepszych. Polaków było trzydziestu i wszyscy szybko się polubiliśmy. Chłonęliśmy wiedzę w jednakowym tempie, nikt fizycznie nie odbiegał od pozostałych. Nasze charaktery pasowały do siebie, były nie do złamania, co powodowało, że mogliśmy polegać na sobie w sytuacjach skrajnie niebezpiecznych. Działaliśmy jak dobrze naoliwiona maszyna.
Prywatnie też się zgraliśmy. Czasem miałem wrażenie, że każdy z tych facetów jest moją kopią - i z wzajemnością. Nieustannie żartowaliśmy sobie, zastanawiając się, co zrobiłby któryś z naszych krewnych tudzież wrogów, gdyby zamiast na przykład jednego Krzyckiego zobaczył trzydziestu. Głośno snuliśmy przypuszczenia, rycząc przy tym ze śmiechu. Pierwszy raz w życiu spotkałem się z takim dopasowaniem grupy. Uwielbiałem tych gości. Całe szczęście, bo spędzaliśmy razem dwadzieścia cztery godziny na dobę. Czasu wolnego prawie nie mieliśmy, ale gdy taki się zdarzał i dostawaliśmy pozwolenie, wyskakiwaliśmy poza bazę - najczęściej ruszaliśmy na plażę. W trzydziestu chłopa wbiegaliśmy do morza, drąc mordy. Tak odreagowywaliśmy stresy. Nikt nie mógł nam tego odebrać.
To były zbyt rzadkie, a jednocześnie tak potrzebne nam bodźce. W jednostce byliśmy ze sobą blisko, choć niektórzy aż nadto się spoufalili. Było dwóch takich koleżków i obraliśmy ich sobie za cel żartów. Śmialiśmy się, że nasz Adaś ma chętkę na Błażeja. Podobno Kacper przyłapał ich, jak rzucali sobie "te" spojrzenia. Nie wiedziałem, co to są "te" spojrzenia między facetami, i absolutnie nie chciałem tego wiedzieć! Niemniej i tak dogryzałem im co krok. A i oni nie pozostawali bierni, wręcz bawili się najlepiej ze wszystkich. Przyjęło się, że zamiast podawać sobie grabę na przywitanie, łapali się za tyłki, by je ochronić.
- My tu się śmiejemy, ale nie zamydlicie nam oczu. Z każdym dniem nabieram więcej pewności, że naprawdę jesteście ciepli - rzucił Paweł, kiedy biegliśmy w grupie z pełnym uzbrojeniem. Słońce grzało równo, nikt o zdrowych zmysłach nie chciałby poczuć, co się działo pod naszymi mundurami.
- Uuu... Ktoś tu chce się przyłączyć. Bierzemy go, Adaś?
- No nie wiem. Ja tam wolę Krystiana - mruknął tubalnym głosem "Adaś", czyli dwumetrowy, nabity testosteronem chłop.
- Zastrzelę obu - bąknąłem ostrzegawczo.
- O yeah! Krystian będzie do nas strzelał ze swojego karabinu! - zarechotał Błażej.
- Nie podoba mi się ta opowieść i nie chcę być jej częścią. - Przyspieszyłem, żeby znaleźć się w przednim rzędzie.
- Wolisz ich podrywać? - usłyszałem za sobą niby-zawiedziony głos Adama. - Wróć do nas, misiaczku...
- Jak wrócę, to tylko po to, by wybić ci szufladę! - Naturalnie miałem tu na myśli zarówno górną, jak i dolną szczękę.
- Nie zgrywaj homofoba. Gej geja rozpozna. Każdej nocy czuję, że czekasz, aż się do ciebie zakradnę.
- O kurwa! - Wszyscy jak jeden mąż ryknęli śmiechem. Mnie z kolei daleko było do wesołości, a to przez mdłości.
- Nie zgrywam homofoba - krzyknąłem, nie zatrzymując się. - Ja nim jestem - rzuciłem, a oni dobrze wiedzieli, że to kłamstwo. Tacy jak my zyskują z czasem dość szeroką perspektywę świata i na pewne rzeczy zwyczajnie nie tracą energii. - Mam tę kwestię jednak gdzieś tak długo, jak długo omija moją dupę, i radzę wam to sobie dobrze zapamiętać przed tym, jak załaduję broń.
- Spokojnie, Krystianku! Myślisz, że jak gej, to leci na każdego? Nie podobasz mi się. Już Waldziu jest ładniejszy. - Od razu znaleźli kolejną ofiarę, a tak się składało, że amerykańscy żołnierze z powodu delikatnych rysów twarzy okrzyknęli Waldka misterem piękności.
- E! Spierdalaj ode mnie.
- Tak, Błażko. Spierdalaj od Waldka. Krysti może i nie ma buźki jak nasza laleczka, ale patrz, jaką ma dupcię.
I znów ja...
Jeśli teraz puścisz pawia, to będziesz musiał biec w zarzyganym mundurze jeszcze jakieś piętnaście kilometrów. Nie kalkuluje się to, stary.
- Adaśko, złamałbyś fiuta na tych twardych pośladach - zauważył jego przyjaciel.
Hę?
Że jakiś fiut przy moich pośladkach?
Zrobiło się maksymalnie niesmacznie. Nie przestając biec, wprowadziłem do treningu wymachy ramion, a raczej jeden wymach.
- Krzycki! Fifty push-ups! - ryknął dowódca. Pięćdziesiąt pompek to niska cena za spokój moich pośladków.
- Yeah, babe. Push...3 - szepnął Błażej i rozmasował szczękę ze śmiechem.
Ech...
- Blazes, you too!
No i tak zdecydowanie lepiej!
Uśmiechnąłem się do kolegi, który dostał ten sam rozkaz co ja.
- I spójrz, już się razem kładziemy - mruknął, waląc się na glebę obok mnie. Jakby tego było mało, zaczął mi stękać przy uchu. - O taaak... - jęczał przeciągle, trzaskając pompkę za pompką.
- Poczekaj tylko na ćwiczenia snajperskie - bąknąłem.
Tego dnia obaj robiliśmy pompki jeszcze wiele razy. Pozostali też.
I w inne dni również...
Byliśmy permanentnie obciążeni psychicznie i skrajnie wyczerpani fizycznie. Odkąd przybyliśmy do Kalifornii, zdarzyło się dosłownie kilka razy, że położyliśmy się do łóżek o ludzkiej godzinie. Wstawaliśmy natomiast szarym świtem. Czasem nie kładliśmy się wcale bądź zamienialiśmy noc z dniem.
W porze kolacji, które jakoś intuicyjnie celebrowaliśmy z chłopakami, jakby to były święta, miewałem chwile słabości. Inni wykorzystywali ten stosunkowo beztroski czas na intymne opowieści, a wtedy przychodziło mi do głowy, żeby zadzwonić do Sary. Na szczęście w Polsce był wówczas środek nocy. Podejrzewałem, że mój kaprys pojawiał się właśnie dlatego, że kusiło mnie zakazane. Jak na ironię utrzymywanie kontaktów z rodzinami nie było tak naprawdę niemożliwe. Fakt, nie mieliśmy telefonów i musieliśmy zachowywać maksymalne środki ostrożności, ale pozwalano na kontakt. W każdym razie żaden z nas nie przepadł jak kamień w wodę. Bartkowi niemal każdego ranka umożliwiano połączenie się z żoną, a my czekaliśmy, kiedy w końcu ogłosi, że urodził mu się dzieciak.
Przyszedł na świat w czwartek. Świeżo upieczony ojciec siedział w tym czasie na pokładzie myśliwca F-35, a gdyby nie były to jedynie ćwiczenia, nigdy nie poznałby płci - został "ostrzelany" koncertowo.
- Można powiedzieć, że symbolicznie zginąłeś w dniu narodzin córki. - Jeden z amerykańskich instruktorów poklepał Bartka. Zrozumiałem, bo mój angielski był już na satysfakcjonującym poziomie. Nie obawiałem się egzaminu, który zbliżał się wielkimi krokami.
- Można powiedzieć, że narodziła się królowa! - skontrował Bartek. - Byłem gotów oddać za nią życie, mimo że nawet nie widziałem jej na oczy.
- Romantyk z ciebie, co? - Śmiech pilota zmieszał się z masowymi gratulacjami. Zaraz jednak wszyscy ucichli, bo generał naszej brygady zabrał pułkownika Bartka, żeby ten mógł połączyć się z żoną.
- Farciarz - zauważył Karol, gdy pogoniono nas z powrotem do zajęć.
- Uwierz mi, żaden z niego farciarz. Mam trójkę i nic nie potrafi dać w dupę tak jak dzieciaki.
- O tak! - dołączył się inny kumpel. - U mnie na chacie jest taki mobbing, że Smith mógłby się uczyć. - Wspomniał sadystę, z którym mieliśmy najtrudniejsze szkolenie. Prawie się wszyscy wtedy przekręciliśmy i to nie były żarty, bo dwóch Czechów zginęło na jego zajęciach.
Dyskusja o szkodliwości dzieci trwała w najlepsze. Połowa z nas nie miała w tej kwestii nic do powiedzenia i też nie chciała tego słuchać. Krok po kroku oddalaliśmy się od tatuśków, ale wieczorem temat i tak powrócił. Dowództwo dało nam zielone światło na opuszczenie jednostki. Kilku Amerykanów, a także oficerów innych nacji przyłączyło się do nas, by oblać narodziny "królowej".
KRÓLOWA JEST TYLKO JEDNA I MA NA IMIĘ SARA - chciałem krzyknąć.
I przez nią oficjalnie później stałem się obiektem żartów całej brygady...
- Ani razu nie przygruchałeś sobie żadnej Amerykaneczki - rzucił w moim kierunku jeden z chłopaków.
- Mam wysoko zawieszoną poprzeczkę, a tu nie widzę żadnej dziewczyny, która choćby zbliżyła się do moich standardów.
- Do nikogo też nie dzwonisz - zauważył inny as.
- Ty, Krysti! A może to ty masz ochotę na mnie, co? - Błażej zawadiacko poruszył brwiami i przechylił kufel z piwem. Nie piliśmy mocniejszych trunków. O świcie czekała nas musztra, nie ma zmiłuj...
- Mam ochotę zanurzyć pięść w twojej facjacie - sprecyzowałem.
Żadne słowa jednak nie działały. Już podłapali temat i nie omieszkali stroić sobie żartów z mojej orientacji w kolejnych dniach. Doszło do tego, że zamiast podawać mi dłoń na powitanie, zakrywali tyłki. Sytuacja stała się tym śmieszniejsza, że gdy wieści się rozeszły, żołnierze innych narodowości robili to samo na mój widok.
Bardzo zabawne, panowie.
Śmiałem się z tego wszystkiego, ale jednocześnie postanowiłem, że następnym razem skończę z celibatem, żeby sprawiedliwie przekazać pałeczkę geja kolejnej osobie. Dojrzałem do degradacji. Trzeba się przesiąść z porsche na malucha. Żadna nie dorówna Sarze, musiałem to zaakceptować.
Och, Saro...
Coś ty mi zrobiła?
Mimo upływających dni wciąż o niej myślałem. I ta częstotliwość rosła zamiast maleć. Cały czas jeszcze budziłem się co noc, zdumiony, że nie ma jej obok mnie. Nie wysypiałem się, ale nie narzekałem. Inni też miewali problemy i również znosili wszystko bez marudzenia.
- Kurwa... - sapnąłem, śledząc raport podczas kolacji. Dostałem go chwilę wcześniej od szefa, każdy dostał. Były w nim informacje o określonych ludziach. Mogliśmy dowiedzieć się, co słychać u tych, którzy nas interesują. Mnie interesowali krewni i parę innych osób...
Lewska.
Tylko to jedno nazwisko cię interesuje, po co się okłamujesz?
Rzeczywiście... Mój wzrok od razu odnalazł dane na jej temat. Stąd wiedziałem o jej wciąż pogarszających się wynikach w nauce. Zawaliła aż pięć przedmiotów. Na szczęście do końca semestru miała jeszcze prawie dwa miesiące.
- Dalej nie chcesz zainterweniować? - Zbyszek, który przepytywał mnie, gdy byłem podpięty pod wariograf, często przylatywał do jednostki w Kalifornii. I miałem wrażenie, że wyłącznie po to, żeby ze mnie drwić.
- Poradzi sobie - bąknąłem cicho. Nie chciałem, by ktokolwiek podłapał temat. Kumple zaraz wzięliby mnie na spytki, ja nic bym nie powiedział, ale oni i tak szybko stworzyliby własną historię. W tej kwestii nie byłem do nich podobny. Tutaj każdy chętnie dzielił się sprawami, które dla mnie stanowiły szczyt intymności. Nie udało mi się jednak zachować prywatności. Wyskoczyłem do łazienki, nie było mnie dosłownie pięć minut. W tym czasie kumple pogadali sobie ze Zbyszkiem od serca. Facet pewnie myślał, że Sara nie jest żadną tajemnicą, skoro wszyscy tu plotkują o wszystkim i nie ma tabu...
- Krystiii, bracieee...
- No, no, no!!!
- Teraz wiadomo, co znaczy wysoko zawieszona poprzeczka!
- Czy ta twoja dziecinka jest już wychowana?
- Masz polot!
- Jak on ma, to i ja! Jesteśmy jak bliźniaki!
- I ja!
- Przecież my wszyscy mamy jednakowy urok osobisty. Gdzie nasze nastolatki?
No to kibel.
Możemy wrócić do czasów, gdy robiliście ze mnie geja?
Po tygodniu byłem niemal pewny, że wolałem być gejem. Kumple nie dawali mi żyć. Nagle wszyscy zaczęli określać swoje partnerki mianem "moja stara".
Moja stara powiedziała to, moja stara zrobiła tamto, a moja stara to już się urodziła stara...
Temat mojej młodej dziewczyny nie tylko nie schodził z pierwszego miejsca, ale nawet zdołał jeszcze urosnąć...
Dziś siedzieliśmy w auli, przyswajając zasady pewnej taktyki, kiedy drzwi się otworzyły.
- Pułkowniku Krzycki! - zawołał dowodzący z wyrazem rozbawienia na twarzy. - Niespodziankę niosę! - zaanonsował.
Westchnąłem na znak rezygnacji. Czułem bowiem, że czeka mnie kolejny żart. Inni już zacierali ręce. Parskali śmiechem, choć - tak jak ja - nie wiedzieli, o co chodzi.
Wszystko jednak nagle zniknęło, gdy usłyszałem głos Sary.
- Cześć, panie Tyryryry... Wiem, że... Rozumiem... Ja...
To jąkanie... Jak mi go brakowało...
- Chodzi o to, że... Ech... Nie wiem, po co tak uważam na słowa, skoro i tak tego nie usłyszysz...
Słyszę, aniołku... Pojąkaj się jeszcze.
- Minęła północ i pomyślałam, żeby ci przypomnieć, że mam urodziny. Dwudzieste, panie Krystianie. - Jej chichot teraz nie brzmiał jak ten, który zapamiętałem. Był nieprawdziwy... - Jestem pewna, że chciałbyś być pierwszy, który złoży mi życzenia, więc... No więc... daję ci tylko znać, że złożyłam je sobie od ciebie równiutko sekundę po dwudziestej czwartej - dopowiedziała. Rozbawiła mnie tym. Spojrzałem na zegarek. Nagranie było świeże. W Polsce dochodziła teraz pierwsza w nocy. - Prezentem też się nie przejmuj, z rana kupię sobie kwiaty, takie same jak te, które mi dałe... - W tym momencie nagranie się urwało, a ja się otrząsnąłem. Panowała głucha cisza i wreszcie zdałem sobie sprawę, gdzie się znajduję i że moja prywatność została pogwałcona.
Chuj z prywatnością.
Raptownie wbiłem mordercze spojrzenie w typa, rozkazując mu w ten sposób, żeby puścił mi drugą część.
- Nie ma więcej.
W efekcie rozległ się chóralny aplauz. Okrzyki zmieszały się z wilczym wyciem, gwizdami i oklaskami.
- Zadzwońmy do niej! - rzucił Centyl.
Że co, proszę? My?
- O tak! - poparł go inny.
- Panie Krystianie! Twoja dziewczyna jest naszą dziewczyną. Uważam, że wszyscy powinniśmy do niej zadzwonić - zarechotał dziko Błażej.
- Wykluczone - warknąłem ostro. Pojąłem, że mimo żartów naprawdę chcieli to zrobić, i wiedziałem, że dowództwo mogłoby się zgodzić. Naszym bezwzględnym zobowiązaniem było dochowanie tajemnicy w kwestii tego, kim jesteśmy, gdzie jesteśmy, dla kogo pracujemy i co robimy. To wszystko jednak można zgrabnie ominąć podczas rozmów.
- No weź, Krystiii... - jęknął błagalnie Krzysiek. - Znaczy się panie Tyryryryryry... Nasze stare urwałyby nam jaja, twoje też, gdybyśmy zapomnieli choćby o ich imieninach.
- Walić nasze stare. Zadbajmy o naszego małego ptaszka!
- Sara!
- Sara! Sara!
- Sara! Sara! Sara!
Grupowe skandowanie nie pozwoliło mi zachować powagi.
- Yeah! Zgodził się! Dzwonimy! Dowódco! Ogarnie dowódca temat?
Hę?
- Nie wiem, w którym momencie uznaliście Sarę za "naszą", ale wyprowadzę was z błędu...
Wara, panowie, bo rozstrzelam wszystkich i powieka mi przy tym nie drgnie. Czy to jasne?
- Uuu!!!
- Miłość rośnie wokół nas... - zaśpiewał Centyl.
- To nie czas na droczenie się, Krystek. Nasza Sara czeka. Wyobrażasz sobie jej minę, gdy ujrzy trzydziestu panów Krystianów zamiast jednego?
- To ją naładuje!
- Już nigdy nie będzie tęsknić.
- Nie, dziękuję - uciąłem. Ogromny fart, że Amerykanin prowadzący wykład upomniał się o atencję. W efekcie musieliśmy wrócić do zajęć. Szczęśliwie w porze naszej kolacji w Polsce był środek nocy, a zatem Sara nie miała dłużej urodzin...
W kolejnych dniach myślałem tylko o tym, że nie złożyłem jej tych cholernych życzeń. Moja żelazna zasada, by niczego w życiu nie żałować, nie funkcjonowała poprawnie. Decyzyjność też szwankowała...
Tymczasem szybko zbliżał się potencjalny wyjazd do kraju. Dostaliśmy przepustki na okres świąteczno-noworoczny. Chętni mogli polecieć do Polski... Nie wiedziałem, do której grupy należę. Mniejszość, choć i tak znaczna, ci bez zobowiązań wobec innych, postanowiła w tym czasie zwiedzić kilka stanów. W końcu i ja potwierdziłem chłopakom, że do nich dołączę.
- O yeah! Ostatni kawaler na pokładzie! - Adam zaklaskał.
- Och nie! - skontrował Błażej. - A co z Sarunią? Ta dziecinka pewnie dalej wierzy, że Mikołaj istnieje. Musisz do niej lecieć! Nie podniesiesz jej, żeby mogła założyć gwiazdkę na choince?
- Spokojnie, stary. My z Witkiem mamy blisko do Wrocka. Odwiedzimy naszą Sarę.
- A i ja podjadę, żaden problem. Podpowiedz tylko, czy lalka Barbie będzie odpowiednim prezentem w jej wieku, czy dzisiejsze nastolatki bawią się innymi zabawkami?
- Spierdalaj - bąknąłem, maskując to słowo kaszlem.
- Ty brutalu...
- Właśnie! Panowie! Nie wiem jak wy, ale mnie stara nie wpuści do domu, jeśli jej czegoś nie przywiozę ze Stanów.
- Stara jak stara, ale moje poczwarki oczekują walizki fantów.
- Ja też bym poszedł do jakiejś galerii. Zastanawiam się, czy się nie oświadczyć, więc chyba przydałoby się kupić pierścionek - palnął Drwal, choć przez ostatnie trzy miesiące wielokrotnie podkreślił, że nie wierzy w instytucję małżeństwa. Tak jak ja...
Gwoli ścisłości, dwa miesiące, jedenaście dni i jakieś... trzy godziny.
Tyle nie widziałeś pani Sary.
Rozmowy w tak dużej ekipie nie były proste, bo z reguły w jednym momencie głos zabierało kilka osób, a gdy doda się do tego śmiechy i okrzyki, trudno zapanować nad harmidrem...
- Ty?
- Nie rób tego!
- Tak jest! Gratulacje słusznej decyzji.
- Wspomnisz moje słowa, będziesz żałować.
- Popieram.
- Wyjdziesz na tym jak Zabłocki na mydle.
- Radzę od razu odkładać na alimenty.
- I pampersy.
Każdy wtrącał swoje trzy grosze, aż w końcu główny zainteresowany znalazł odpowiedni moment, by się odezwać.
- Spokojnie, panowie. Rozważam oświadczyny jedynie, żeby urobić Malwinę. Źle znosi moją nieobecność, więc pomyślałem, że to ją udobrucha chociaż na kilka kolejnych miesięcy.
- Jak już sobie nie radzi, to pęknie prędzej czy później.
- Moja też grozi, że dłużej nie wytrzyma. Chyba ze mną zerwie w święta.
- Romantycznie...
- To nie wracaj wcale. Dawaj z nami na tripa.
- Nieee... odpadam mimo wszystko. Mam jeszcze mamuśkę. A dziewczyna nie ta, to następna.
- Dziewięćdziesiąt dziewięć procent kobiet nigdy nie zrozumie, że służba zawsze będzie na pierwszym miejscu.
- Mnie się trafiła wyrozumiała.
- Moja stara zrozumiała po wielu latach. W zasadzie mam wrażenie, że woli, jak mnie nie ma.
- Nie boisz się, że puszcza się z listonoszem?
- Mamy listonoszkę.
- Moja puszcza się na bank, ale... co zrobić. Takie życie...
- Życie?
Oburzenie niektórych kontrastowało ze spokojnymi twarzami tych, którzy zdawali się akceptować taki stan rzeczy.
- Zajebałbym, gdybym się dowiedział, że moja mnie zdradza.
- Nic byś nie zrobił...
- Może i nic głupiego, ale na pewno bym z nią nie był.
- Już teraz cię nie ma, jakbyś nie zauważył.
- Związek nie kończy się na...
Polemika, rady i wymiana poglądów na temat miłości trwały w najlepsze.
- Zawsze byliście tacy żałośni czy wizja rychłego powrotu do innej rzeczywistości sprawiła, że nagle coś wam przeskoczyło w głowach? - parsknął Adam.
Popieram kolegę.
Stałem jak słup soli i zastanawiałem się, po co im to wszystko... Ich obawy i zmartwienia były dla mnie argumentami przemawiającymi przeciw miłości. Dlaczego ludzie podejmowali decyzje wbrew zdrowemu rozsądkowi? Związki nie szły w parze ze służbą! I Szyszka dobrze to ujął, mówiąc:
- Zwróćcie wolność tym kobietom! Uwolnijcie je od siebie i zajmijcie się swoją pierwszą i jedyną prawdziwą miłością: walką, która możliwe, że zakończy wasze życie szybciej, niż wygląda to w przypadku przeciętnego narzeczonego, męża, ojca, osobnika na bezpiecznej posadce...
- Nie uważacie za hipokryzję tego, że krzywdzicie osoby, które rzekomo kochacie najbardziej na świecie?
Tym razem kawalerowie postanowili przedstawić swoje poglądy. Teraz i ja miałbym dużo do powiedzenia, ale dowódca poprosił mnie do biura. Spojrzałem na zegarek. Zostało piętnaście minut do zebrania, na którym mieliśmy przedstawić swoje plany, by jednostka mogła zorganizować loty, hotele i cokolwiek trzeba.
Skonsternowany miną mężczyzny usiadłem naprzeciw niego przy biurku i czekałem, choć już wiedziałem, że to, co usłyszę, mi się nie spodoba.
- To nic pewnego... - zastrzegł na starcie.
Jasssne. Wszystko, co zaczyna się od tych słów, jest pewne w chuj.
- Jestem gotowy. Wal.
- Zauważono pewną tendencję u naszej Sary...
Mojej Sary! Tendencję do coraz gorszych wyników w nauce?
- Do?
- Do tycia, Krystian.
Hę?
- Eee... Okeeej... Jeśli to kolejny żart, tooo... mogłeś go przytoczyć na forum. Może chłopaki by się pośmiały, bo ja nie zamierzam. Dieta mojej dziew... dieta Sary - poprawiłem się szybko. Widać dowcipy za bardzo weszły mi w krew. - Odjebcie się już od niej. To trochę niesprawiedliwe, że dziewczyna nie wie, że jest sławna na całą jednostkę, zarówno wśród rodaków, jak i żołnierzy innych nacji, włączając w to generałów.
- Analitycy podsunęli, że może być w ciąży, i... pomyślałem, że może chciałbyś to sprawdzić, zamiast oglądać Statuę Wolności.
Eeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee...
3 Yeah, babe. Push (ang.) - Tak, mały. Pchaj...