Marcel
Praca po godzinach od pewnego czasu zupełnie mi nie leżała. W ogóle przebywanie w kancelarii ze świadomością, że Kostecki jest tuż obok, działało na mnie drażniąco. Chociaż nie, to mój wspólnik tak na mnie działał, on i jego chora naiwność, której nabawił się przy tej całej Judycie. Nadal nie rozumiałem, jak mógł być tak nieostrożny. I już nawet nie chodziło o to, że naraził na szwank dobre imię naszej kancelarii i wplątał się w jakiś podejrzany układ. Ja po prostu zachodziłem w głowę, jak mógł dać się tak omotać babie! Miłostki, romanse - mógł sobie je mieć, ale nigdy, absolutnie nigdy jego życie osobiste nie wpływało na robotę. Był naprawdę jednym z niewielu ludzi, których ceniłem przede wszystkim za profesjonalizm, tymczasem wystarczyła ta jedna, konkretna kobieta, która zakręciła mu tyłkiem przed nosem, a on stracił głowę! Co ona takiego w sobie miała, że mój najlepszy przyjaciel zapominał o zasadach, które sam tutaj wprowadził i których do tej pory twardo się trzymał?! Bo kto to widział, żeby na podstawie jakichś szczątkowych informacji, które mu podała, podejmować decyzję o rezygnacji z jednego z najbardziej dochodowych klientów! I to jeszcze informacji, których mnie, wspólnikowi, nie chciał w szczegółach podać!
Cisnąłem długopisem o blat i założywszy ramiona za głowę, oparłem się o zagłówek fotela i obróciłem w nim w stronę przestronnego przeszklenia, za którym rozpościerał się widok na zachodnią część Warszawy. Dotąd zawsze koił moje nastroje, ale dzisiaj zupełnie nie pomagał. I sam nie wiedziałem, co bardziej wytrąciło mnie z równowagi: kolejne starcie z Piotrem, do którego nie byłem w stanie przemówić, czy raczej fakt, że... Nie. Nie byłem zazdrosny ani o niego, ani o to, że znalazł kogoś, kto stał się dla niego wyjątkowo ważny. Przecież byłem dorosłym facetem, zupełnie nie chodziło o zazdrość. Miałem mu za złe wyłącznie nieporozumienie dotyczące klienta, tyle.
Tym bardziej jednak potrzebowałem odreagować, a skoro jeden przyjaciel balansował w tej chwili na cienkiej granicy mojego zaufania, musiałem poszukać towarzystwa u drugiego. Zadzwoniłem więc do Pawła.
- Powiedz, że masz dzisiaj czas wieczorem - zacząłem na powitanie, nim zdążył się odezwać.
- Mówię - odpowiedział z tym swoim luzem w głosie.
- Świetnie. W takim razie wpadnę do ciebie przed zamknięciem sklepu. Masz coś nowego i dobrego w zanadrzu?
- Mam same dobre rzeczy, innych nie sprowadzam - powiedział dosadnie. - Ale wolałbym się spotkać na mieście. Nie tylko ty potrzebujesz odpocząć od pracy.
- Zaintrygowałeś mnie. - Wyprostowałem się, bo wiedziałem, że sklep Pyrzyńskiego był jego oczkiem w głowie. Przyjaciel rzadko kiedy proponował wyjścia, raczej zwykle zapraszał do siebie na degustacje nowych trunków, które wprowadzał do asortymentu. - Jakieś problemy?
- Żadnych, po prostu ostatnio pracuję niemal non stop, bo mój jedyny pracownik jest na chorobowym, więc z przyjemnością zobaczę jakiś inny lokal niż mój sklep. I z chęcią rozeznam rynek.
Ostatecznie mnie tym przekonał i choć wolałem posiedzenia u niego w sklepie, w tym klimatycznym kąciku degustacyjnym, w którym zwykle we trzech rozprawialiśmy do późnych godzin, popijając najlepszą whisky, jaką Paweł akurat miał na półce, to tym razem przystałem na jego propozycję. W sumie gdybym miał od rana do wieczora siedzieć w kancelarii, a później jeszcze spotykać się tu z kumplami, faktycznie mógłbym zatrzeć granice między pracą a życiem poza nią.
Umówiliśmy się więc na dwudziestą na Nowym Świecie, nie konkretyzując jeszcze planów co do miejsca. A kiedy zakończyłem połączenie i odwróciłem się znów w stronę swojego biurka, rzuciłem jeszcze okiem na skrzynkę i ostatnio otwarty e-mail. Westchnąłem, przypomniawszy sobie tę rozmowę z nową panią pełnomocnik pana Kochańskiego. Radczyni prawna Agata Bednarek, powtórzyłem w myślach z przesadną ironią i prychnąłem pod nosem. Jak mnie niemiłosiernie wkurwiało to wciskanie wszędzie i na siłę żeńskich form osobowych! Szczególnie tam, gdzie takie feminizowanie wyjątkowo nie pasowało. Od samego początku zaczęła mnie drażnić, jeszcze zanim zdążyłem z nią porozmawiać. W ogóle się nie znaliśmy, a ona już na wstępie poprosiła mnie o przysługę. Może jeszcze miałem jej streścić swoją taktykę procesową? Dobre sobie. I jeszcze ta jej wymuszona uprzejmość...
Z doświadczenia wiedziałem, że w sprawach o tak wysokie odszkodowania uprzejmość była jedynie maską mającą zmylić przeciwnika w procesie, a w tej też nie miałem co do tego żadnych wątpliwości. Tym bardziej że bujałem się z tym od kilku lat, zdążyłem poznać samego powoda, ale też dwóch jego pełnomocników, których zmieniał co jakiś czas z niewiadomych względów. Mogłem się jedynie domyślać, że żaden z nich nie sprostał jego wymaganiom, albo raczej wymaganiom jego partnerki. Tym bardziej nie miałem zamiaru jakoś szczególnie przywiązywać się do obecnej pełnomocnik, bo przeczuwałem, że i ta współpraca nie potrwa długo.
Nie miałem jednak zamiaru się teraz na niej skupiać, a już tym bardziej na tej wydumanej prośbie. Dlaczego w ogóle miałbym cokolwiek ułatwiać swojemu przeciwnikowi procesowemu? Sama to zresztą zauważyła, wyciągając trafne wnioski. Mimowolnie jednak sięgnąłem po akta doktora Hessa, żeby uaktualnić sobie stan sprawy. Od ostatniej rozprawy niewiele się wydarzyło. Sędzia zlecił sporządzenie kolejnej opinii, powoławszy w sprawie zupełnie nowych biegłych z kolejnego zakresu medycyny. Najwyraźniej jeszcze nie wpłynęła, skoro żadne pismo z sądu nie przyszło. Odłożyłem więc segregator z powrotem na półkę i zająłem się bieżącymi sprawami, w tym najpilniejszą: pozwem o zapłatę dla Kowalczyka.
Przynajmniej udało mi się oderwać myśli od konfliktu z Kosteckim. Praca nigdy mnie nie zawiodła, a kiedy skupiałem się na niej w stu procentach, nie miałem czasu, by zaprzątać sobie myśli czymś innym. Choć tak naprawdę z Piotrem też pośrednio pokłóciliśmy się o sprawy związane z firmą. Jak dotąd nigdy nie poróżniliśmy się o kwestie zawodowe, zawsze byliśmy zgodni, nawet co do najdrobniejszych szczegółów. Nie miałem jednak ochoty dłużej roztrząsać tego, dlaczego tym razem stało się inaczej, i to w tak poważnej kwestii, jak wypowiedzenie pełnomocnictwa jednemu z największych klientów. Wyraziłem swoje zdanie jasno i nie zamierzałem maltretować ani siebie, ani jego kolejnymi powrotami do tematu. Miałem tylko nadzieję, że w porę się opamięta.
- To mówisz, że macie z Kosteckim ciche dni - wyszydził mnie Paweł, gdy zamówiwszy sobie po drinku, usiedliśmy przy jednym ze stolików w Warmucie.
Westchnąłem ciężko i posłałem kumplowi upominawcze spojrzenie, bo tak dobrze mi szło niemyślenie o tej sprawie.
- A co, poskarżył ci się? - zapytałem po chwili i upiłem spory łyk whisky na lodzie.
- Raczej zbył mnie milczeniem, kiedy zadzwoniłem do niego dzisiaj i zapytałem, czy też się pojawi - powiedział wprost, a ja tym razem się skrzywiłem. - No co, nie uprzedzałeś mnie, że się pokłóciliście. Skąd mogłem wiedzieć, że nie chcesz się z nim widzieć?
- Wystarczy, że nacinam się na niego w robocie.
- O co poszło?
- O sprawy firmy - wyjaśniłem krótko i znów przechyliłem szklankę.
- Serio? Nie podejrzewałem, że kiedykolwiek się o to poprztykacie, całkiem nieźle szła wam ta współpraca.
- Szła, dopóki nie wcięła się osoba trzecia - rzuciłem z przekąsem i od razu pożałowałem. Obiecałem sobie przecież, że nie będę dalej roztrząsał tego tematu, tym bardziej przed Pawłem, którego nie powinienem wtajemniczać w sprawy kancelarii. Machnąłem więc ręką, wyzerowałem szklankę i poprosiłem barmana o jeszcze raz to samo.
- I tak będziesz cedził informacje? - dopytał po chwili.
- Szczerze? To nie chce mi się nawet o tym gadać. Jestem zawiedziony Kosteckim, ot co. Dopóki używał sobie bez zobowiązań, jak...
- Jak ty - wszedł mi z uśmiechem w słowo.
- A co w tym złego? - zdziwiłem się. - Pakowanie się w relacje tylko komplikuje życie. A tak... żadnych oczekiwań, żadnych rozczarowań, żadnego...
- Złamanego serca - znów się wciął, ale tym razem zgromiłem go spojrzeniem.
- Kończymy temat? - Uniosłem brew.
- Racja, do brzegu - zaśmiał się Paweł i dał znak, bym kontynuował.
- No więc dopóki Kostecki myślał głową, a nie... sercem - wypowiedziałem to słowo z obrzydzeniem - to wszystko chodziło jak w zegarku. Tymczasem pojawiła się niejaka Judyta i koleś wyłączył racjonalne myślenie.
- A co ona ma do waszej kancelarii?
- No właśnie! - Trafił w sedno. - Nie powinna mieć zupełnie nic! A jednak mąci, i to z naszym największym klientem! Przez nią musimy rozwiązać z nim współpracę, bo szacowny pan mecenas Kostecki nie potrafi oddzielić pracy od łóżka! - Ulało mi się jednak, ale chyba tego potrzebowałem, bo poczułem nagle chwilową ulgę.
- I naprawdę uważasz, że Kostecki jest tak zaślepiony, że rzeczywiście działa na szkodę firmy, czy może jednak ma podstawy do takiego postępowania?
Znów popatrzyłem na Pawła z ukosa.
- Ty tak serio? A co, może już z nim gadałeś na ten temat?
- Mówiłem ci, że nie chciał o tym rozmawiać, tylko powiedział, że lepiej będzie, jeśli przynajmniej poza pracą od siebie odpoczniecie. Ale gdy widzę, jak się unosisz, zaczynam się zastanawiać.
- Nad czym?
- Co tobą tak naprawdę kieruje.
- Dobro kancelarii, nic innego. - Opróżniłem kolejną szklankę jednym haustem, bo wiedziałem, do czego pije Paweł. - Ale jeszcze trochę i pomyślę, że trzymasz jego stronę - dodałem gorzko.
- Nie trzymam niczyjej strony, nawet nie wiem, o co dokładnie wam poszło, poza tym, że jesteś wyjątkowo cięty na Piotra i jego nową dziewczynę - odparł swobodnie Paweł. - Jedyne, co mogę stwierdzić, to że znam Kosteckiego i raczej trudno mi uwierzyć, że stracił zdrowy rozsądek, nawet jeśli naprawdę się zakochał.
Kiedy usłyszałem ostatnie słowo, poczułem, jak nieprzyjemny dreszcz przeszedł mi po plecach, i aż się wzdrygnąłem. Nie wierzyłem w miłość albo raczej nie wierzyłem, że może w życiu przynieść coś dobrego. Wyznawałem zasadę, że im mniej się człowiek przywiązuje do drugiego, tym lepiej na tym wychodzi. I może to było egoistyczne podejście, ale życie mnie nauczyło, że ludzie ostatecznie i tak dbali tylko o siebie, nie zważając na nikogo innego. I od lat kultywowałem właśnie takie zasady w swoim życiu.
- Ciekawe, do kogo zadzwoni, żeby się napić, jak go ta Judytka kopnie... - Zacisnąłem usta, bo kolejny pobłażliwy uśmiech Pawła to już było dla mnie za dużo. Przewróciłem oczami i sięgnąłem po szklankę.
- Trąci od ciebie szowinizmem w najczystszej postaci - powiedział w końcu.
- Odezwał się...
Paweł westchnął i zerknął na mnie wymownie, a ja popatrzyłem na niego zrezygnowany.
- Nadal kręcisz z tą blondyną? - zapytałem zawiedziony.
- Nie kręcę. - Zrobił pauzę. - Jestem z nią. Ma na imię Iga i jest świetna. - Wzruszył ramionami. - Nie każdy jest takim lekkoduchem jak ty, stary. - Uderzył szklanką o moją, a potem zadowolony z siebie upił spory łyk.
- To skoro jest taka świetna, to czemu teraz jesteś tutaj? - rzuciłem od niechcenia, bo wciąż czułem niesmak po jego wypowiedzi.
- Bo trzeba w życiu zachowywać też balans i równowagę, a ona to akurat rozumie. Między innymi dlatego jest taka...
- Świetna - powiedziałem z ironią.
- Świetna - powtórzył po mnie z uśmiechem, po czym dodał: - Poza tym przyjaciel zadzwonił, bo potrzebował się wyżalić... - Wyszczerzył się, a ja znów posłałem mu mrożące spojrzenie.
Nie wyżalić, tylko napić i pogadać, a że mimowolnie temat zszedł na Kosteckiego i to nasze nieporozumienie, zwyczajnie wykorzystałem moment. Ale już teraz widziałem to oceniające spojrzenie Pyrzyńskiego i nie miałem zamiaru mu nic więcej mówić. Tym bardziej że najwyraźniej i jemu romans zamroczył umysł.
- A jak ogólnie w pracy? - zapytał swobodnie, po czym szybko doprecyzował: - Pomijając, rzecz jasna, spięcie z Kosteckim.
- Kołchoz, jak zawsze - powiedziałem od niechcenia i upiłem łyk drinka. - Roszczeniowi klienci, roszczeniowi pełnomocnicy stron przeciwnych. Nic nowego - dodałem i powiodłem obojętnym spojrzeniem po wnętrzu baru.
Skończyliśmy niedługo przed dwudziestą trzecią. Jak na trzy drinki i tak czułem się całkiem nieźle, ale mogłem sobie na tyle pozwolić tylko dlatego, że jutro nie miałem żadnych spotkań ani rozpraw, mogłem więc popracować z domu albo zwyczajnie przyjechać później do kancelarii. I przede wszystkim nikt się mnie o to nie czepiał, że wypiłem za dużo albo że w ogóle piłem. Mogłem wrócić do cichego mieszkania bez obaw o jakieś kobiece niezadowolenie albo moralizujące kazania. Sam byłem sobie sterem, żeglarzem, okrętem... jak mawiał klasyk.
Uregulowaliśmy z Pawłem rachunek i wyszliśmy z knajpy, by już na zewnątrz zamówić ubera. Fakt, że trochę mieniło mi się w oczach, nie ułatwiał wybrania lokalizacji, ale kiedy w końcu udało mi się zamówić kierowcę i otrzymałem potwierdzenie, że przyjedzie po mnie biała skoda octavia, schowałem telefon do kieszeni kurtki.
- To co, następnym razem widzimy się już we trzech u mnie? - zagadnął Paweł, gdy obaj czekaliśmy na swoje taksówki.
- Jeśli Kostecki się opamięta...
- Nie odpuścisz, co?
- Nie, bo wiem, że mam rację - przyznałem twardo, choć wcale tak pewny siebie nie byłem.
Na szczęście Paweł nie drążył już tematu, zaśmiał się tylko po swojemu, jakby naprawdę był w tej sytuacji tym, który ma rozstrzygnąć ten spór, po czym pokręcił głową i wskazawszy na podjeżdżający właśnie samochód, pożegnał się i wsiadł do auta.
Dreptałem w miejscu, bo chłód zaczynał mi coraz bardziej doskwierać. Nie spodziewałem się takiego zimna, choć przecież była już głęboka jesień. Kontrolnie zerknąłem na zegarek, a potem wyciągnąłem telefon, żeby sprawdzić, czy mój uber jest już w pobliżu. Mijał właśnie plac Konstytucji. Podszedłem więc bliżej ulicy, żeby jak najszybciej wskoczyć do samochodu, a kiedy zobaczyłem zbliżającą się białą skodę, machnąłem ręką do kierowcy.
Już miałem sięgać do klamki w tylnych drzwiach, kiedy samochód zatrzymał się przed knajpą, a wtedy za plecami usłyszałem pośpieszny stukot obcasów i oburzony kobiecy głos:
- Przepraszam, ale ten uber jest już zajęty!
- Tak, przed chwilą sam go zamówiłem - rzuciłem lekceważąco, nawet się nie odwracając, po czym otworzyłem drzwi.
Nie zdążyłem jednak wsiąść, bo kobieta mnie uprzedziła i zatarasowała mi wejście do auta.
- Bardzo pan uprzejmy, dziękuję - powiedziała z przekąsem i sięgnęła do wewnętrznej klamki, gdy wciąż trzymałem drzwi, a kiedy napotkała opór, podniosła na mnie spojrzenie i na chwilę zastygła w bezruchu.
Ja na ułamek sekundy też się zapomniałem, ulegając jej urokowi, który niezaprzeczalnie w sobie miała. Ta burza ciemnych loków i przenikliwe spojrzenie wielkich brązowych oczu... Szybko się jednak opamiętałem i przytrzymałem drzwi mocniej, gdy znów próbowała szarpnąć. Co, myślałaś, że tak łatwo ci pójdzie, złodziejko taksówek? Ładne spojrzenia na mnie nie działają, a już na pewno nie dzisiaj, pomyślałem, po czym nie dając za wygraną, powiedziałem:
- Chyba coś się pani pomyliło. Po pierwsze, to ja zamówiłem tego kierowcę chwilę temu i otrzymałem potwierdzenie. - Podniosłem telefon, który trzymałem w drugiej ręce. - A po drugie, nie jestem uprzejmy - dodałem dosadnie i zgromiłem ją spojrzeniem.
- Faktycznie, o tym już wcześniej zdążyłam się przekonać - odparła twardo, nie spuszczając ze mnie wzroku, a kiedy ledwo zauważalnie zmarszczyłem brwi, nie do końca rozumiejąc, co miała na myśli, wykorzystała moment mojego zawahania, wsiadła do samochodu i znów sięgnęła do klamki. - Proszę sprawdzić numer rejestracyjny pojazdu, który miał po pana przyjechać, bo z pewnością wyświetlił się panu w aplikacji. Czasem takie szczegóły są bardzo istotne. Zapewne podobnie jak w sprawach, które pan prowadzi. Powinien pan o tym wiedzieć, mecenasie - skończyła z piorunującą pewnością siebie, po czym dodała jeszcze dosadne "dobranoc" i zatrzasnęła drzwi do samochodu, które mimowolnie puściłem.
Była moją klientką? A może przeciwniczką w którejś z dawnych spraw? Nie kojarzyłem jednak, żebym kiedykolwiek wcześniej ją spotkał po drugiej stronie sali sądowej. Zapewne zapadłaby mi w pamięć, głównie ze względu na tę nieprzeciętną urodę, ale teraz miałem zupełną pustkę w głowie. A może była świadkiem w którejś ze spraw? To by tłumaczyło, dlaczego nawiązała do istotnych szczegółów - zdarzało się, że maglowałem przesłuchiwanych i dopytywałem o najdrobniejsze niuanse, byle tylko wychwycić coś, co mogłoby wpłynąć korzystnie na pozycję mojego klienta. Tak czy inaczej, przez chwilę mojej nieuwagi i rozkojarzenie, spowodowane najpewniej przez alkohol, złodziejka odjechała moim uberem, a ja znowu sterczałem tu jak pajac!
Zacisnąłem szczękę i już miałem wpisywać w aplikacji reklamację i skargę na kierowcę, kiedy zorientowałem się, że mój uber dopiero zjeżdża ze skrzyżowania z Marszałkowską. Spojrzałem na numer rejestracyjny samochodu i na tablicę zbliżającego się właśnie auta.
- Kurwa - zakląłem pod nosem.
Miała rację. Zbieg okoliczności, zrządzenie losu, niefortunny przebieg wydarzeń, zwał jak zwał. Faktem było, że w tym samym miejscu pojawiły się dwa takie same auta, tylko o różnych rejestracjach. A ja w dodatku wygłupiłem się przed jakąś nieprzypadkową osobą, bo ona najwyraźniej dobrze wiedziała, kim byłem. Czy jakoś mnie to obchodziło? Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie, bo byłem świadomy swojego zachowania i tak, czasem pozwalałem sobie na bycie chamem i gburem. Tylko dlaczego akurat dzisiaj musiałem uruchomić tę parszywą część siebie przy kimś, kto mógł przekazać okoliczności tego spotkania dalej? Wśród palestry i klientów mimo wszystko wolałem mieć dobrą opinię, bo też nie było tak, że zupełnie się nią nie przejmowałem. Pozostawało mi jednak mieć w tym wszystkim nadzieję, że z tą panią miałem już przyjemność spotkać się wcześniej i nigdy więcej się ona nie powtórzy. Choć gdybym faktycznie miał z nią PRZYJEMNOŚĆ, na pewno bym zapamiętał. Nie dość, że była bardzo ładna, to jeszcze wyszczekana, a nie wiedzieć czemu, takie przyciągały mnie najbardziej.
Gdy tylko o tym pomyślałem, dotarło do mnie, że zaczyna ogarniać mnie ta konkretna faza upojenia alkoholowego, odpowiedzialna za bzdury, które przychodziły mi właśnie do głowy. A kołysanie na tylnej kanapie białej skody octavii, jak się okazało niejedynej w mieście, tylko ten stan potęgowało.
Niemal wyskoczyłem z samochodu, jak tylko kierowca zatrzymał się pod moim blokiem, i od razu zaczerpnąłem haust świeżego, rześkiego powietrza z nadzieją, że tym razem skutecznie mnie otrzeźwi. Owszem, odzyskałem jasność umysłu, ale złodziejki taksówek za nic nie mogłem sobie przypomnieć. Choć w sumie... chyba nie powinienem jej tak nazywać.