Od autora
OD AUTORA
System monetarny występujący w tej książce przedstawia się następująco.
Podstawową jednostką monetarną jest "sztuka złota", czyli aureus. Warta
jest sto sesterców lub dwadzieścia pięć srebrnych denarów ("sztuk
srebra"). W przybliżeniu jest to równowartość dziesięciu złotych.
Jednostką długości jest mila rzymska, równa 1478,5 metra. Daty w książce
dla ułatwienia podano według kalendarza gregoriańskiego. Zachowano
również współczesne nazwy miast oraz większości terminów wojskowych.
Kalendarz grecki, którym posługuje się Klaudiusz, oparty jest na
zasadzie liczenia od pierwszej olimpiady w roku 776 p.n.e. Podobną
zasadę zastosowano odnośnie do najbardziej popularnych imion. I tak,
pisze się Liwiusz zamiast Titus Livius, Cymbelin zamiast Cunobelinus,
Marek Antoniusz zamiast Marcus Antonius.
Klaudiusz pisał po grecku, zgodnie z duchem jego czasów, starannie
wyjaśniał zatem łacińskie dowcipy oraz zamieszczał swoje tłumaczenie
fragmentu dzieła Enniusza.
Kilku recenzentów książki "Ja, Klaudiusz", która poprzedza Klaudiusza i Messalinę, sugeruje, że pisząc tę książkę, korzystałem jedynie z "Roczników" Tacyta oraz "Żywotów cezarów" Swetoniusza, a uzyskany
materiał poszerzyłem o wytwory swojej bujnej wyobraźni. Nie jest to
prawda w wypadku "Ja, Klaudiusz", a zupełnie inaczej jest w wypadku
kolejnej książki. Źródłami do napisania "Klaudiusza i Messaliny" były
prace następujących starożytnych pisarzy: Tacyta, Kasjusza Diona,
Swetoniusza, Pliniusza, Warrona, Waleriusza Maksyma, Orozjusza,
Frontyna, Strabona, Cezara, Kolumelli, Plutarcha, Flawiusza, Diodora,
Focjusza, Ksylifina, Zonaraza, Seneki, Petroniusza, Juwenala, Filona,
Celsusa, autorów "Dziejów Apostolskich" i apokryficznych ewangelii
Nikodema i św. Jakuba, a także listy i mowy Klaudiusza.
Kilka zdarzeń opisanych w tej książce, mimo że nie popartych żadnymi
faktami historycznymi, jednak, mam nadzieję, nie wydaje się
nieprawdopodobne. Żadna z opisanych postaci nie jest fikcyjna.
Największe trudności sprawiło mi opisanie zwycięstwa Klaudiusza nad
Karaktakiem z powodu skąpych informacji na ten temat. By względnie
wiernie przedstawić obraz brytyjskiego druidyzmu, dodatkowo korzystałem
z wyników prac archeologicznych, ze starej literatury celtyckiej oraz z wiadomości o megalitycznej kulturze na Nowych Hebrydach, gdzie do dziś
dolmeny i menhiry odgrywają znaczną obrzędową rolę. W krytyce wczesnego
chrześcijaństwa starałem się nie wymyślać nowych zarzutów, lecz jedynie
powtarzać te z czasów antycznych. Sam Klaudiusz nieprzychylnie odnosił
się do chrześcijaństwa, a swoje sądy o religiach bliskowschodnich
czerpał ze słów Heroda Agrypy, króla żydowskiego, który skazał na śmierć
św. Jakuba i uwięził św. Piotra, a który był przyjacielem Klaudiusza.
Ponownie dziękuję Laurze Riding za staranne przygotowanie maszynopisu
oraz za cenne wskazówki; T.E. Shaw za sczytanie "szczotek"; Jocelyn
Toynbee, wykładowcy historii starożytnej w Newnham College w Cambridge,
za serdeczną pomoc. Kieruję także słowa podziękowania do Arnalda
Momigliano, autora monografii o Klaudiuszu.
Rozdział I
ROZDZIAŁ I
41 r. n.e.
Dwa lata mijają od chwili, kiedy ukończyłem swą długą opowieść o tym, w jaki sposób ja, Tyberiusz Klaudiusz Druzus Neron Germanik, kuternoga,
jąkała, rodzinny głupek, którego żaden z moich krwi i władzy żądnych
krewnych nie zadał sobie trudu skazać na śmierć, otruć, zmusić do
samobójstwa, zamorzyć głodem - jednym słowem: pozbyć się praktykowanym w naszej rodzinie zwyczajem; w jaki sposób, powtarzam, przeżyłem ich
wszystkich, nawet mego szalonego bratanka Kaligulę, i pewnego dnia,
całkiem niespodzianie, zostałem przez optio1 i centurionów
pretorianów obwołany cesarzem.
Na tym dramatycznym momencie zakończyłem swoją opowieść; , przyznaję, w sposób, jak na historyka, wielce niestosowny. Historiografia bowiem nie
uznaje efektownej maniery przerywania dzieła w momencie największego
napięcia. Wedle przepisów powinienem był uwzględnić przynajmniej jeszcze
jedno stadium w rozwoju zdarzeń. Powinienem był opowiedzieć o stanowisku, jakie zajęła reszta armii wobec samowoli pretorianów; o tym,
co myślał i czuł senat, gdy mu przyszło przyjąć władcę tak nieświetne
rokującego nadzieje; o tym, czy doszło do rozlewu krwi i jakie były
dalsze losy pretorianów: Kasjusza Cherei, Akwili, Tygrysa, męża mej
bratanicy, Winicjusza, i pozostałych zabójców Kaliguli. Zamiast tego
zwierzyłem się w zakończeniu z myśli, które przebiegały mi przez głowę,
gdy siedzącego niewygodnie na ramionach dwóch pretorianów,
przystrojonego złotym wieńcem Kaliguli, krzywo wsadzonym na głowę,
obnoszono mnie triumfalnie naokoło dziedzińca.
Jeżeli nie kontynuowałem dzieła, to dlatego, iż uważałem je raczej za
rodzaj apologii niż pracę ściśle historyczną. Chciałem w jakiś sposób
usprawiedliwić swoją zgodę na przyjęcie władzy cesarskiej.
Prawdopodobnie bowiem przypominacie sobie, że zarówno mój dziadek, jak i ojciec byli republikanami z krwi i kości i że w spadku po nich przejąłem
republikańskie przekonania. Rządy Tyberiusza i Kaliguli utwierdziły mnie
jeszcze w niechęci do monarchii. Cezarem obwołano mnie w pięćdziesiątym
roku życia; w tym wieku trudno już zmienić polityczną barwę. Chodziło mi
więc o to, żeby przekonać czytelnika, jak obca mi była wszelka żądza
władzy i że tylko nieuchronna konieczność kazała mi ulec kaprysowi
żołnierzy. Odmawiając wydałbym wyrok śmierci nie tylko na siebie, ale i na Messalinę, którą gorąco kochałem, i na swe nienarodzone jeszcze
dziecię. (Ciekawa rzecz, skąd biorą się tak silne uczucia do
nienarodzonego jeszcze dziecka). Nie chciałem, żeby potomność widziała
we mnie chytrego oportunistę, który robi z siebie półgłówka i przyczaiwszy się czeka cierpliwie, kiedy go zaleci od strony pałacu
wiatr spisku przeciw cesarzowi, aby w pomyślnym momencie zgłosić się
śmiało po sukcesję. Podejmując obecnie dalszy ciąg autobiografii, pragnę
przede wszystkim wytłumaczyć, dlaczego linia mego postępowania w ciągu
trzynastoletnich rządów wykazuje tyle załamań. Mam nadzieję, że uda mi
się usprawiedliwić pozorny brak konsekwencji w mych poczynaniach z różnych okresów panowania, gdy wykażę ich zależność od przekonań, którym
nigdy, przysięgam, dobrowolnie się nie sprzeniewierzyłem. A jeśli nie
potrafię usprawiedliwić swych czynów, to może przynajmniej wykażę, w jak
niezwykle trudnej znajdowałem się sytuacji, pozostawiając czytelnikom
rozstrzygnięcie, jak powinienem był postępować.
Powróćmy więc do chwili, w której przerwałem swoje opowiadanie. Wpierw
jednak pozwólcie mi podkreślić, że sprawy wzięłyby znacznie gorszy dla
Rzymu obrót, gdyby właśnie w tym czasie nie bawił w stolicy król
żydowski Herod Agrypa. On jeden w krytycznej chwili po zamordowaniu
Kaliguli nie stracił głowy i ocalił życie tłumom zebranym w teatrze
palatyńskim. Gdyby nie on, germańska straż przyboczna sprawiłaby wśród
widzów niebywałą masakrę. Dziwne może się wydać moim czytelnikom, że aż
do ostatniej strony tej historii nie spotkali się z najmniejszą wzmianką
dotyczącą zdumiewających losów Heroda Agrypy, choć drogi naszego życia
tyle razy się krzyżowały. Wynikło to stąd, że przygody Heroda tworzyły
same przez się całość; chcąc je potraktować tak, jak na to zasługiwały,
musiałbym ich bohatera uczynić pierwszoplanową postacią mojej opowieści,
której punkt ciężkości miał przecież leżeć gdzie indziej, a której i tak
już groziło nieustanne przeładowanie materiałem wątpliwej wartości.
Dlatego też rad jestem, że pominąłem dotychczas Heroda. Ponieważ w wypadkach, na które teraz przychodzi kolej, odegrał on poważną rolę,
mogę, nie obawiając się niewskazanej dygresji, opowiedzieć historię jego
życia aż do śmierci Kaliguli i ciągnąć ją równolegle ze swoją własną aż
do chwili śmierci samego Heroda. W ten sposób nie nadwerężę dramatycznej
jedności, co nastąpiłoby, gdybym historię Heroda rozbił między obydwa
tomy. Nie chcę przez to jednak powiedzieć, że należę do historyków
dramatyzujących swe dzieła. Jak mogliście zauważyć, jestem raczej
ostrożny w stosowaniu jakichś określonych form literackich. Faktem
jednak jest, że nie można pisać o Herodzie, nie zaprawiając opowiadania
pewną dozą teatralności. Życie jego bowiem przypominało teatralną
sztukę; on sam grał w niej główną rolę, a reszta zespołu dzielnie mu
sekundowała. Nie była to jednak tragedia w czystym stylu klasycznym; ten
charakter posiadało tylko zakończenie z konwencjonalną karą bogów za
konwencjonalny grzech pychy. Poza tym zbyt wiele było w sztuce elementów
niehelleńskich. Tak na przykład bóg, który wymierzył karę, nie należał
do wytwornego towarzystwa olimpijczyków. Przeciwnie, był to chyba
najdziwaczniejszy z bogów, jacy znajdują się na obszarze moich
rozległych dominiów i poza ich granicami; bóg, którego wizerunek nigdzie
nie istnieje, którego imienia nie wolno wymawiać pobożnym wyznawcom
(chociaż ku czci jego obrzezują napletek i dokonują wielu innych
dziwnych i barbarzyńskich obrządków). Bóg ten podobno przebywa samotny w Jerozolimie, w antycznej cedrowej skrzyni obitej borsuczymi, na
niebiesko farbowanymi skórami; nie chce mieć nic do czynienia z innymi
bóstwami tego świata i nawet nie przyjmuje do wiadomości ich istnienia.
Zresztą historia Heroda obok elementów tragicznych zawiera zbyt wiele
farsowych, aby mogła się stać tematem dla dramaturga złotego wieku
Hellady. Wyobraźcie sobie tylko dostojnego Sofoklesa, który w górnolotnym, poetyckim stylu ma mówić o długach Heroda.
Obecnie, jak już nadmieniłem, chcę szczegółowo opowiedzieć wszystko, co
pominąłem poprzednio, i wydaje mi się, że będzie najlepiej, jeśli
skończę najpierw starą historię, a dopiero potem przejdę do nowej.
Tak więc w tym miejscu rozpoczyna się wreszcie
HISTORIA HERODA AGRYPPY
Przede wszystkim trzeba pamiętać, że Herod Agrypa nie był ani krewnym,
ani powinowatym wielkiego Marka Wipsaniusza Agrypy, Augustowskiego
legata, który ożenił się z jedyną córką cezara, Julią, i został w ten
sposób dziadkiem mojego bratanka Gajusza Kaliguli i mej bratanicy
Agrypinilli. Nie był też wyzwoleńcem Agrypy, jak moglibyście
przypuszczać ze względu na to, że w Rzymie wyzwoleni niewolnicy mają
zwyczaj w dowód wdzięczności przyjmować imiona swoich poprzednich panów.
Nie, nic podobnego. Został on tak nazwany przez swego dziadka Heroda
Wielkiego, króla żydowskiego, na cześć wspomnianego Agrypy, który
właśnie w tym czasie umarł. Przecież Herod Wielki, ten nieprzeciętny i groźny starzec, tron swój zawdzięczał w równym stopniu stosunkom z Agrypą, jak poparciu Augusta, który widział w nim pożytecznego
sprzymierzeńca na Bliskim Wschodzie.
Rodzina Heroda wywodziła się z Edom, górzystej krainy leżącej między
Arabią a południową Judeą, i nie była pochodzenia żydowskiego. Herod
Wielki, urodzony z matki Arabki, otrzymał od Juliusza Cezara zarząd
Galilei w tym czasie, kiedy ojciec jego dostał zarząd Judei. Miał wtedy
zaledwie piętnaście lat. Od razu popadł w ciężkie tarapaty, gdyż tępiąc
w swoim okręgu bandytyzm, skazał na śmierć bez sądu kilku obywateli
żydowskich, za co pozwano go przed najwyższy sąd żydowski, sanhedryn. Na
wezwanie to zareagował w sposób wysoce prowokacyjny, zjawiając się przed
sędziami w purpurowym płaszczu, otoczony zbrojnymi żołnierzami.
Ostatecznie jednak, nie czekając na wyrok, potajemnie opuścił
Jerozolimę. Rzymski namiestnik Syrii, do którego się zwrócił z prośbą o poparcie, oddał mu zarząd nad innym okręgiem w tej samej prowincji,
niedaleko Libanu. Nie chcąc się dłużej rozpisywać, powiem krótko, że
Herod Wielki, którego ojciec tymczasem umarł otruty, został mocą
wspólnej ustawy mego dziadka Antoniusza i stryjecznego dziadka Augusta
(wówczas zwanego Oktawianem) królem żydowskim. Przez trzydzieści lat z wielką surowością i chwałą sprawował rządy nad krajami, których granice
szczodrobliwość Augusta wciąż rozszerzała. Pojął aż dziesięć żon, w tym
dwie własne siostrzenice, i po wielu nieudanych zamachach samobójczych
umarł wreszcie na najstraszliwszą i najohydniejszą może chorobę, jaką
zna medycyna. Zwie się ona chorobą Heroda. Innej jej nazwy nie znam, jak
również nigdy nie słyszałem, żeby ktoś przedtem na nią zapadł.
Charakterystyczne objawy to wilczy głód, wymioty, gnicie żołądka, robaki
toczące członek i nieustanna biegunka. Przypadłości te stały się dla
Heroda przyczyną niewypowiedzianych katuszy i doprowadziły do zupełnego
szału tego już z samej natury niepohamowanego człowieka. Żydzi widzieli
w nich karę bożą za dwa kazirodcze małżeństwa. W pierwszej żonie
Mariamme, która pochodziła ze słynnej żydowskiej rodziny Machabeuszów,
Herod był nieprzytomnie zakochany. Pewnego razu, wybierając się do
syryjskiej Laodycei na spotkanie z mym dziadkiem Antoniuszem, wydał
swemu szambelanowi poufny rozkaz, aby, w razie gdyby padł ofiarą intryg
swoich wrogów, Mariamme została bezzwłocznie zabita. Nie chciał bowiem
dopuścić, by stała się łupem Antoniusza. Podobnie postąpił, wyjeżdżając
na Rodos, gdzie miał się spotkać z Augustem. Wszak obydwaj moi
dziadkowie słynęli jako wielcy kobieciarze. Kiedy Mariamme dowiedziała
się o tym rozkazie, poczuła słuszny żal do męża i powiedziała w obecności matki i siostry Heroda kilka słów, których było rozsądniej nie
wypowiedzieć. Obydwie kobiety, zazdrosne o wpływ, jaki miała na ich syna
i brata, powtórzyły mu słowa Mariamme zaraz po przyjeździe, dodając, że
z zemsty dopuściła się ona cudzołóstwa z tym samym szambelanem, który
otrzymał ów warunkowy rozkaz jej zgładzenia. Herod kazał stracić oboje.
Ogarnęła go jednak później straszna rozpacz i wyrzuty sumienia, a wreszcie dostał gorączki i cudem udało się go ocalić. Kiedy wrócił do
zdrowia, stał się tak ponury i podejrzliwy, że przy najbłahszej poszlace
skazywał na śmierć swoich najlepszych przyjaciół i najbliższych
krewnych. Jedną z jego ofiar był najstarszy syn Mariamne: oskarżony o spiskowanie przeciw ojcu, został wraz z bratem zgładzony. Autorem
oskarżenia był ich przyrodni brat, którego Herod później też kazał
stracić. Przy tej to właśnie sposobności August zrobił ową dowcipną
uwagę: "Zaiste, wołałbym być świnią Heroda niż jego synem". I rzeczywiście, świnie Heroda mogły spokojnie doczekać sędziwego wieku,
gdyż przepisy religijne zakazywały Żydom spożywać wieprzowinę. Właśnie
ów nieszczęśliwy książę, najstarszy syn Mariamne, był ojcem mego
przyjaciela Heroda Agrypy, którego Herod Wielki, uczyniwszy sierotą,
wysłał bezzwłocznie jako czteroletniego chłopca na dwór Augusta.
Herod i ja byliśmy rówieśnikami, a dzięki temu, że mieliśmy wspólnego
przyjaciela - Postuma, do którego Herod poczuł specjalną sympatię -
przebywaliśmy zawsze razem. Herod był ładnym chłopcem i należał do
ulubieńców Augusta, który zaglądał czasami na boisko szkolne, aby
zabawić się z chłopcami w ciągnienie liny, skakankę lub wojsko. Z Heroda
urwis był nie lada. August miał ulubionego psa z gatunku wielkich
puszystowłosych brytanów hodowanych w Adranas koło Etny. Pies ten
słuchał tylko cezara, chyba że mu August wyraźnie powiedział: "Dopóki
cię nie zawołam, masz być posłuszny temu a temu człowiekowi". Bydlę,
rade nierade, spełniało rozkaz, lecz trzeba było zobaczyć ten
nieszczęśliwy wzrok, jakim patrzyło za odchodzącym panem. Herodowi udało
się w jakiś sposób przywabić psa, a korzystając z tego, że zwierzęciu
chciało się właśnie pić, dał mu miskę tęgiego wina. Pies urżnął się jak
stary żołnierz, którego zwolniono z wojska. Wtedy Herod zawiesił mu na
szyi dzwonek, ogon pomalował na żółto, a łapy i pysk na czerwono; do nóg
przywiązał świńskie pęcherze, do grzbietu gęsie skrzydła i tak
przystrojonego puścił na pałacowy dziedziniec. W pewnym momencie August
przypomniał sobie swego ulubieńca. "Tyfon! Tyfon! - zaczął wołać. -
Gdzie jesteś?". Patrzy, aż tu jakiś dziwaczny potwór zatacza się od
strony bramy. Był to jeden z najkomiczniejszych momentów tak zwanego
Złotego Wieku. Ponieważ jednak zdarzyło się to podczas świąt Saturna,
August wziął żart za dobrą monetę. Herod miał obłaskawionego węża,
którego nauczył chwytać myszy. Nosił go zazwyczaj pod ubraniem i podczas
lekcji, kiedy nauczyciel obrócił się do tablicy, wypuszczał ku wielkiej
uciesze kolegów. W ogóle Herod tak absorbował uwagę klasy, że wreszcie
odebrano go ze szkoły. Miał się uczyć razem ze mną pod kierunkiem
Atenodora, mego białobrodego opiekuna z Tarsu. Początkowo usiłował
płatać figle i Atenodorowi, ale skoro spostrzegł, że ten traktuje jego
wybryki z pobłażliwym uśmiechem, a ja, będąc bardzo przywiązany do mego
nauczyciela, nie zachęcam do nich, ustatkował się wkrótce. Herod
posiadał bystry umysł, niezwykłą pamięć i szczególne zdolności do
języków.
- Mam takie przeczucie, Herodzie - powiedział mu kiedyś Atenodor - że
przyjdzie dzień, w którym zostaniesz powołany do objęcia najwyższej
godności w swym ojczystym kraju. Powinieneś każdą godzinę młodości
obrócić na przygotowanie się do tego zadania. Przy twoich zdolnościach
możesz stać się równie potężnym monarchą jak twój dziadek Herod.
- Bardzo to piękne, Atenodorze - odrzekł Herod - ale cóż, kiedy ja mam
tak liczną i tak przewrotną rodzinę. Nawet nie wyobrażasz sobie, co to
za banda opryszków. Możesz rok podróżować po świecie i nie spotkasz
gorszych drabów. Od czasu śmierci mojego dziadka, to jest od ośmiu lat,
nie poprawili się, o ile mi wiadomo, ani trochę. Gdybym musiał powrócić
do kraju, nie wiem, czy przeżyłbym pół roku. To samo mówił mój biedny
ojciec, kiedy bawił w Rzymie, wychowując się w domu Azyniusza Polliona.
I to samo powtarzał mój stryj Aleksander, który chował się razem z nim;
obaj mieli rację. Stryj, który obecnie panuje w Judei, jest nieodrodnym
potomkiem starego Heroda. Lecz gdy tamten wykazywał w swoich występkach
pewną wielkość, ten jest tylko nikczemny. A moi stryjowie, Filip i Antypas, to para chytrych lisów.
- Jedynie cnota oprze się wielu zdrożnościom - odrzekł Atenodor. -
Pamiętaj, że Żydzi są bardziej fanatycznie przywiązani do cnoty niż
jakikolwiek inny naród. Jeżeli okażesz się cnotliwy, staną za tobą jak
jeden mąż.
- Cnota żydowska jest inna niż grecko-rzymska, którą głosisz. Ale
serdeczne dzięki za przepowiednię. Możesz liczyć na mnie, jeśli zostanę
królem. Lecz dopóki nie zasiądę na tronie, nie mogę być bardziej
cnotliwy niż reszta mojej rodziny.
Chcielibyście pewno, żebym wam jeszcze powiedział coś o charakterze
Heroda. Na podstawie doświadczenia twierdzę, że ludzie przeważnie nie są
ani cnotliwi, ani źli. Trochę tacy, trochę tacy - na ogół mierność bez
znaczenia. Niewielu tylko posiada zdecydowanie krańcowy charakter. Ci
zostawiają po sobie niezatarty ślad w dziejach. Podzieliłbym ich na
cztery grupy. Do pierwszej zaliczyłbym czarne charaktery o kamiennych
sercach. Ten typ doskonale reprezentuje Makron, prefekt pretorianów za
Tyberiusza i Kaliguli. Następnie idą cnotliwi ludzie, również o kamiennych sercach; za przykład posłużyć może postrach mojego
dzieciństwa, Katon Cenzor. Do trzeciej grupy należą ludzie cnotliwi o złotych sercach, jak stary Atenodor i mój biedny zamordowany brat
Germanik. Ostatnią grupę stanowią bardzo rzadko spotykane okazy
nicponiów o złotych sercach. Najdoskonalszym przedstawicielem tego typu
był właśnie Herod Agrypa. Te nicponie o złotych sercach, te
"antykatony", okazują się w chwilach potrzeby najlepszymi przyjaciółmi.
Człowiek niczego dobrego się po nich nie spodziewa. Nie posiadają, jak
sami przyznają, żadnych zasad i dbają tylko o własną korzyść. Lecz kiedy
znalazłszy się w rozpaczliwym położeniu, pójdziesz do takiego nicponia i powiesz mu: "Na litość boską, zrób dla mnie to a to", zrobi to bez
najmniejszej wątpliwości. I nie poczyta tego za przyjacielską przysługę.
Powie, że wyświadczył ci tę przysługę tylko dlatego, że dogadzało to
jego własnym krętackim planom. Nawet nie wolno mu wobec tego dziękować.
Antykatony lubią uprawiać gry hazardowe i szastać pieniędzmi; lecz
ostatecznie lepiej być kosterą i rozrzutnikiem niż żebrakiem. Przebywają
ustawicznie w towarzystwie pijaków, morderców, filutów i oszustów, lecz
rzadko upijają się sami, a jeśli zaaranżują jakieś skrytobójstwo, to
można być pewnym, że zabitego nikt nie będzie bardzo żałował. Ofiarą ich
oszustw padają raczej bogaci oszuści niż niewinna biedota; nie biorą też
nigdy kobiety wbrew jej woli. Herod upierał się zawsze przy tym, że jest
urodzonym szelmą.
- Mylisz się - twierdziłem ku jego irytacji. - Jesteś z gruntu uczciwym
człowiekiem, który tylko udaje szelmę.
Na miesiąc czy dwa przed śmiercią Kaliguli rozmawialiśmy znowu na ten
temat.
- Czy chcesz, żebym ci powiedział, kim jesteś? - zapytał.
- Zbyteczne - odrzekłem. - Jestem oficjalnym błaznem pałacowym.
- Są błazny, które usiłują robić wrażenie mądrych ludzi, i mądrzy ludzie
usiłujący robić wrażenie błaznów, ale po raz pierwszy widzę błazna,
który utrzymuje, że jest błaznem. Co do mnie, drogi przyjacielu,
przyjdzie dzień, kiedy zobaczysz, jaki ze mnie będzie cnotliwy Żyd.
Po wygnaniu Postuma Herod zaprzyjaźnił się z synem Tyberiusza, Kastorem.
Obaj młodzieńcy zasłynęli wkrótce jako najwięksi awanturnicy i hulaki w całym Rzymie. Prawie nie przestawali pić, a większą część nocy spędzali,
jeśli wierzyć famie, na włażeniu i wyłażeniu przez okna i bójkach z nocną strażą tudzież z zazdrosnymi mężami i ojcami czcigodnych rodzin.
Herod po dziadku, który odumarł go w siódmym roku życia, odziedziczył
pokaźny majątek. Zaledwie jednak dostał pieniądze do rąk, przepuścił je
i musiał zaciągać pożyczki. Najpierw pożyczał od swoich
arystokratycznych przyjaciół - między innymi i ode mnie - a czynił to
niby tak przypadkowo, że trudno było później domagać się zwrotu. Kiedy
już wyczerpał kredyt w tych kołach, zaczął pożyczać od bogatych
patrycjuszy, którzy radzi byli, że mogą się przysłużyć zażyłemu
przyjacielowi cesarskiego jedynaka. Po pewnym czasie jednak i ci zaczęli
się niepokoić o zwrot swoich pieniędzy; wtedy Herod zwrócił się do
wyzwoleńców cesarskich kierujących finansami państwa, którzy,
przekupieni, okazali gotowość udzielenia mu pożyczki ze skarbu. Herod
zawsze umiał wytrząść jak z rękawa jakąś historię o bajecznych widokach,
które go czekają w najbliższej przyszłości: raz miał przyrzeczone takie
czy inne państwo na Wschodzie, kiedy indziej znów jakiś stary senator
miał mu na łożu śmierci zapisać krocie sesterców. Wreszcie wszystkie tak
pomysłowo odkrywane źródła zaczęły wysychać. W tym właśnie czasie -
Herod miał wtedy trzydzieści trzy lata - umarł Kastor, jak się później
okazało, otruty przez swoją żonę, a moją siostrę Liwillę, i Herod musiał
czmychać z Rzymu przed wierzycielami. Byłby się może osobiście zwrócił o pomoc do Tyberiusza, ale ten oświadczył publicznie, że nie życzy sobie
widzieć żadnego z przyjaciół zmarłego syna; widok taki bowiem mógłby
"odnowić ojcowską boleść". W rzeczywistości Tyberiusz podejrzewał
przyjaciół Kastora o należenie do spisku na jego życie. Spisek ten
istniał oczywiście tylko w fantazji Sejana, który też wmówił cezarowi,
że inicjatorem sprzysiężenia był Kastor.
Herod uciekł więc do Edom, ziemi swych przodków, i zamieszkał w jakiejś
zrujnowanej twierdzy na pustyni. Była to jego pierwsza od czasów
dzieciństwa bytność na Wschodzie. W tym czasie stryj jego Antypas był
wielkorządcą, czyli jak brzmiał właściwy tytuł, tetrarchą Galilei i Gilead. Państwo Heroda Wielkiego zostało bowiem podzielone pomiędzy jego
trzech pozostałych przy życiu synów, a mianowicie: Antypasa, Archelaosa,
którzy otrzymali Judeę z Samarią, i Filipa, tetrarchę Basanu, kraju
leżącego za Jordanem, na wschód od Galilei. Wkrótce do twierdzy na
pustyni przybyła żona Heroda, ubóstwiająca męża ponad wszystko księżna
Cypros, i Herod zaczął nalegać, aby zwróciła się o pomoc do Antypasa,
który był nie tylko jego stryjem, lecz równocześnie szwagrem, ożenił się
bowiem z siostrą Heroda, Herodiadą, rozwiedzioną z poprzednim mężem,
również własnym stryjem. Antypas całkowicie ulegał Herodiadzie i chcąc
coś od niego uzyskać, trzeba było przede wszystkim zwrócić się do niej.
Ale na to właśnie Cypros nie chciała się zgodzić. Niedawno podczas
pobytu Herodiady w Rzymie obydwie niewiasty posprzeczały się ze sobą i Cypros przysięgła, że więcej słowem nie odezwie się do stryjenki.
Zaklinała się więc teraz, że woli pędzić życie na pustyni, wśród
barbarzyńskiego, lecz gościnnego ludu, niż upokorzyć się przed
Herodiadą. Herod zaczął wtedy grozić, że popełni samobójstwo, rzucając
się z fortecznej wieży w przepaść. Osobiście jestem najgłębiej
przekonany, że na całym świecie nie ma człowieka, któremu samobójcze
zamiary byłyby bardziej obce niż Herodowi, Cypros jednak w końcu
uwierzyła w szczerość pogróżek, napisała do Herodiady list i przyznała
się, że podczas ostatniej sprzeczki nie miała słuszności.
Herodiada, której dumę mile pogłaskała skrucha przeciwniczki, skłoniła
męża, żeby zaprosił bratanka wraz z żoną do Galilei, gdzie Herod został
urzędnikiem w Tyberiadzie, stołecznym mieście wzniesionym przez Antypasa
ku czci Tyberiusza. Wkrótce jednak pokłócił się ze stryjem, człowiekiem
dbałym o własne wygody, a skąpym, który, wyznaczywszy bratankowi skromny
urząd i szczupłą pensyjkę, w przykry sposób wypominał wciąż swoje
dobrodziejstwa. Pewnego razu w Tyrze, dokąd wyjechali razem na wywczasy,
Antypas zaprosił Heroda z Cypros na biesiadę. Podczas dyskusji, która
wywiązała się przy stole na temat prawa rzymskiego, Herod pozwolił sobie
być odmiennego zdania niż stryj.
- Dziwię ci się, mój bratanku - oburzył się Antypas - że śmiesz spierać
się ze mną, któremu zawdzięczasz, że masz co do ust włożyć!
- To oczywiście jest argument, jakiego można się po tobie spodziewać,
stryju Antypasie - odparł Herod.
- Co chcesz przez to powiedzieć? - spytał rozgniewany tetrarcha.
- Tylko to, że jesteś ograniczonym gburem, równie źle wychowanym, jak
niemającym pojęcia o zasadach prawa panującego w cesarstwie, i równie
niemającym pojęcia o prawie, jak wstrętnym sknerą.
- Upiłeś się chyba! - wykrztusił purpurowy z gniewu Antypas.
- Tym gatunkiem wina, które ty podajesz, na pewno się nie upiłem. Zbyt
dbam o własne nerki. Skąd, u licha, wydostałeś taką lurę? Musiałeś sobie
dobrze nałamać głowę, zanim wynalazłeś coś podobnego. Czy to wino nie
pochodzi przypadkiem z tego okrętu, który dość dawno temu zatonął w porcie i dopiero wczoraj został wydobyty? A może kazałeś popłukać wodą
opróżnione amfory, zagotować te pomyje z wielbłądzim łajnem i rozlać do
swych pięknych złotych czar?
Po tej rozmowie nie pozostawało oczywiście Herodowi nic innego, jak
pognać z Cypros i dziećmi do portu i wskoczyć na pierwszy odchodzący
statek. Statek płynął przypadkiem na północ, do Antiochii, gdzie
namiestnik rzymski Flakkus ze względu na moją matkę Antonię przyjął
Heroda bardzo uprzejmie. Ze zdziwieniem bowiem pewnie się dowiecie, że
matka moja, ta cnotliwa matrona, która we własnym domu nie pobłażała
żadnym zbytkom ani wybrykom, miała szczególną słabość do tego
niepoprawnego urwisa. Miała jakby pewien rodzaj perwersyjnego podziwu
dla jego awanturniczego życia, a Herod często przychodził zasięgać jej
rady i ze szczerą skruchą spowiadał się z popełnionych szaleństw. Matka
robiła zawsze zgorszoną minę, lecz w gruncie rzeczy chętnie słuchała
tych spowiedzi i pochlebiał jej szacunek okazywany przez Heroda. Choć
nigdy nie starał się naciągać jej na pożyczki, ona sama pożyczała mu od
czasu do czasu pokaźniejsze sumy pod warunkiem, że będzie żył
statecznie. Trzeba przyznać, że część tych długów nawet zwrócił. Były to
właściwie moje pieniądze, o czym Herod wiedział, i za każdym razem
przychodził mi serdecznie podziękować, jakbym to ja mu dawał. Kiedyś
zwróciłem matce uwagę, że może jest zbyt szczodrobliwa dla Heroda.
Odparła z gniewem, że jeśli pieniądze mają iść na marne, to niech je
raczej z wytwornym gestem przepuści Herod, niżbym ja miał je przegrywać
w kości do swych podejrzanych przyjaciół w trzeciorzędnych knajpach.
Była to aluzja do wielkiej sumy, którą rzekomo przegrałem, w rzeczywistości zaś pożyczyłem w tajemnicy Germanikowi, kiedy potrzebował
pieniędzy na uśmierzenie buntu w armii nadreńskiej. Pewnego razu,
rozmawiając z Herodem, wyraziłem zdziwienie, że tak cierpliwie słucha
długich wywodów mojej matki na temat rzymskich cnót.
- Mam wielki szacunek dla twojej matki, Klaudiuszu - odparł. - I pamiętaj, że w głębi duszy jestem wciąż jeszcze nieucywilizowanym
Edomitą. Wielki zatem to dla mnie zaszczyt słuchać nauk rzymskiej
matrony, której żywot jest równie nienaganny, jak pochodzenie znakomite.
A poza tym mało kto w Rzymie mówi tak czystą łaciną jak ona. Jeżeli
chodzi o właściwy szyk zdań podrzędnych i należyty dobór przymiotników,
to z jednego kazania twojej matki odnoszę większą korzyść niż z wysłuchania całego kursu wykładów zawodowego gramatyka.
Namiestnik Syrii Flakkus służył swego czasu pod moim ojcem, znał przeto
matkę, która towarzyszyła mężowi we wszystkich kampaniach, i miał dla
niej wielki szacunek. Po śmierci ojca oświadczył się nawet o jej rękę,
lecz matka odparła, że chociaż ma i zawsze mieć będzie dla niego wiele
sympatii i uważa go za swego najlepszego przyjaciela, nie wyjdzie
powtórnie za mąż, chce bowiem pozostać wierną pamięci swego wielkiego
małżonka. Poza tym Flakkus, tłumaczyła, jest od niej znacznie młodszy i ich małżeństwo wywołałoby niemiłe plotki. Flakkus musiał więc ze swych
zamiarów zrezygnować. Korespondowali jednak ze sobą przez długie lata,
aż do śmierci Flakkusa, który umarł cztery lata przed śmiercią matki.
Herod, wiedząc o tym stosunku, często z uznaniem podnosił szlachetność,
piękność i dobroć Antonii i w ten sposób pozyskał sobie przychylność
syryjskiego namiestnika, który zresztą sam nie mógł uchodzić za wzór
cnót. Sławny był w Rzymie jego zakład z Tyberiuszem o to, kto więcej
wypije. Flakkus pił dwie noce i dzień pomiędzy, nie omijając żadnej
kolejki. Wreszcie o świcie drugiego dnia ze względów kurtuazji uchylił
się od ostatniego kubka i w ten sposób pozwolił cesarzowi wygrać zakład.
Tyberiusz jednak, jak opowiadają świadkowie tych zawodów, był już
zupełnie wyczerpany, podczas gdy Flakkus mógł pić jeszcze przynajmniej
przez parę godzin. Nic dziwnego, że teraz dobrze się czuł w towarzystwie
Heroda. Nieszczęśliwy traf chciał jednak, że w Syrii bawił młodszy brat
Heroda, Arystobul, a stosunki między braćmi nie były zgoła
przyjacielskie. Herod obiecał kiedyś Arystobulowi udział w pewnej
imprezie handlowej z Indiami i otrzymał od niego na ten cel odpowiednią
sumę pieniędzy. Po pewnym czasie zawiadomił brata, że kapitał jego
niestety przepadł, gdyż okręty wiozące towar zatonęły. Okazało się
tymczasem, że okręty nie tylko nie zatonęły, lecz w ogóle nie wypływały
z portu. Arystobul oskarżył teraz Heroda przed Flakkusem o oszustwo.
Namiestnik o niczym nie chciał słyszeć. Jego zdaniem, oświadczył,
Arystobul na pewno się myli, posądzając brata o nieuczciwość, a on,
Flakkus, nie życzy sobie nie tylko występować w tej sprawie jako sędzia,
lecz w ogóle nadawać jej urzędowego biegu. Arystobul dał za wygraną,
postanowił jednak mieć brata na oku; spostrzegł bowiem, że Herod
gwałtownie potrzebuje pieniędzy, i podejrzewał, że spróbuje je zdobyć w jakiś mniej lub bardziej nieuczciwy sposób. Wtedy zamierzał uciec się do
szantażu i zmusić Heroda do zwrotu wyłudzonej sumy.
W jakiś rok później Flakkusowi wypadło rozstrzygnąć spór graniczny
pomiędzy Damaszkiem i Sydonem. Wiedziano powszechnie, że w tego rodzaju
sprawach namiestnik polega na zdaniu Heroda, który posiadał nie tylko
doskonałą znajomość wielu języków, ale i odziedziczoną po dziadku
umiejętność orientowania się w gmatwaninie sprzecznych zeznań, jakie
zazwyczaj składają przed sądem mieszkańcy Wschodu. Toteż damasceńczycy
wysłali po kryjomu do Heroda deputację, która zaproponowała mu pokaźną
sumę pieniędzy w zamian za uzyskanie u Flakkusa pomyślnego dla Damaszku
wyroku. Dowiedział się o tym Arystobul i kiedy spór rozstrzygnięto na
korzyść popieranych przez Heroda damasceńczyków, udał się do brata i oświadczywszy mu, że wie o całej sprawie, zażądał zwrotu sumy wpłaconej
ongiś jako udział handlowy. Herod wpadł w taką wściekłość, że Arystobul
ledwie umknął z życiem. Widząc, że groźbą szantażu nie wymusi od brata
ani grosza, poszedł do Flakkusa, opowiedział całą historię i dodał, że
lada dzień mają nadejść dla Heroda worki złota z Damaszku. Flakkus
przejął cenną przesyłkę u bram miasta i posłał po Heroda. W tych
warunkach Herod nie mógł zaprzeczyć, że pieniądze były istotnie
przeznaczone dla niego jako wynagrodzenie za pomoc w sporze o granicę.
Nie tracąc jednak rezonu, prosił Flakkusa, aby łaskawie nie uważał tej
sumy za łapówkę. Opinia, jaką wypowiedział w sądzie, była zgodna z prawdą: słuszność mieli za sobą damasceńczycy. Dodał też, że również
sydończycy wysłali do niego deputację; oświadczył im jednak, że nie mają
racji, nic więc nie może im pomóc.
- Prawdopodobnie Sydon ofiarował ci mniej niż Damaszek - zaśmiał się
urągliwie Flakkus.
- Bądź łaskaw nie znieważać mnie - odparł Herod z miną skrzywdzonej
cnoty.
- Protestuję przeciwko kupczeniu sprawiedliwością w sądzie rzymskim! -
krzyknął wzburzony do głębi Flakkus.
- Sam sądziłeś tę sprawę, dostojny namiestniku.
- A ty mnie wystrychnąłeś na dudka w moim własnym trybunale! - pienił
się Flakkus. - Między nami wszystko skończone. Ruszaj do stu diabłów, i to najkrótszą drogą!
- Obawiam się, że będzie to droga taenaryjska. Nie mam bowiem nawet
obola, żeby opłacić Charona. - (Taenarum jest najbardziej na południe
wysuniętym cyplem Peloponezu. Można się stamtąd dostać do podziemi drogą
na przełaj, omijając Styks. Tamtędy to właśnie wyciągnął Herkules na
ziemię Cerbera. Sprytni tubylcy, grzebiąc swoich zmarłych, nie wkładają
im do ust tradycyjnej monety; wiedzą bowiem, że nie będą musieli opłacać
przewozu). - Zupełnie niepotrzebnie gniewasz się na mnie, Flakkusie -
ciągnął dalej Herod. - Wiesz chyba dobrze, jak się sprawa istotnie
przedstawia. Na myśl mi nie przyszło, że źle postępuję. Pochodzę ze
Wschodu i choć prawie trzydzieści lat spędziłem w Rzymie, trudno mi
zrozumieć wasze szlachetne rzymskie skrupuły, gdy chodzi o tego rodzaju
sprawę. Dla mnie przedstawia się ona całkiem prosto: damasceńczycy
zaangażowali mnie w charakterze adwokata, a adwokaci biorą w Rzymie
ogromne honoraria i nie przestrzegają tak sumiennie prawdy, jak ja w tym
wypadku. Wyświetliwszy należycie sprawę, tym samym dobrze wywiązałem się
z zadania, jakim mnie obarczyli damasceńczycy. Cóż więc może komu
szkodzić, jeśli przyjmę ofiarowane mi dobrowolnie pieniądze? Bynajmniej
też nie opowiadałem o tym, jakobym miał wpływ na ciebie. O tej
możliwości wspominali sami damasceńczycy; pochlebiło mi to i zdumiało
zarazem. A jak często podkreślała Antonia, ta niezwykle mądra i piękna
kobieta...
Lecz na próżno Herod powoływał się na moją matkę. Flakkus dał mu
dwadzieścia cztery godziny na opuszczenie miasta, zapowiadając, że jeśli
po tym terminie Herod nie będzie już w drodze ku granicy syryjskiej,
pociągnie go do odpowiedzialności karnej.
Rozdział II
ROZDZIAŁ II
- No i dokąd teraz ruszymy? - zwrócił się Herod do Cypros.
- Wszystko mi jedno dokąd - odparła żałośnie - bylebym tylko nie musiała
żebrać w skrusze o czyjąś łaskę; wolę umrzeć niż pisać podobne listy jak
ostatnio. Jak myślisz, czy Indie są położone dość daleko, żebyśmy tam
nie spotkali naszych wierzycieli?
- Cypros, królowo moja! - zawołał Herod. - Wybrnęliśmy cało z tylu
przygód, wybrniemy i z tej również, i dożyjemy sędziwego wieku w szczęściu i dostatkach. Obiecuję ci też solennie, że zatriumfujesz nad
Herodiadą, zanim rozprawię się ostatecznie z nią i z jej mężem.
- Och, ta wstrętna nierządnica! - zawołała Cypros z iście żydowskim
oburzeniem. Nie można się dziwić temu oburzeniu, jeśli się pamięta, że
Herodiada nie tylko popełniła kazirodztwo, wychodząc za mąż za swego
stryja, lecz rozwiodła się z nim, by poślubić drugiego, bogatszego i potężniejszego. Biorąc jednak pod uwagę, że małżeństwa stryjów z bratanicami były dość rozpowszechnione w królewskich rodach orientalnych
- szczególnie partyjskich i armeńskich - a rodzina Herodów była
pochodzenia nieżydowskiego, Żydzi byliby skłonni okazać dla tego
kazirodczego związku pewną wyrozumiałość. Cięższym natomiast kamieniem
obrazy był dla nich (jak ongiś dla Rzymian) rozwód. Rozwód poczytywano
za ujmę zarówno dla mężczyzny, jak dla kobiety, i nikt, kogo przykre
okoliczności zmusiły do tego kroku, nie uważał rozwodu za umożliwienie
powtórnego małżeństwa. Herodiada jednak dość długo przebywała w Rzymie i podobne skrupuły wydawały jej się śmieszne. W Rzymie prędzej czy później
każdy się rozwodzi. Trudno na przykład mnie nazwać rozpustnikiem, a przecież już trzykrotnie się rozwodziłem i może uczynię to po raz
czwarty. U Żydów panują poglądy zupełnie odmienne; dlatego też Herodiada
była w Galilei osobistością wielce niepopularną.
Arystobul tymczasem udał się do Flakkusa.
- Czy nie zechciałbyś - spytał - w uznaniu przysługi, którą ci oddałem,
ofiarować mi wspaniałomyślnie skonfiskowanej Herodowi sumy? Pokryje ona
wyłudzone przez niego swego czasu pieniądze.
- Nie oddałeś mi żadnej przysługi - odparł Flakkus. - Przeciwnie,
poróżniłeś mnie z moim najzdolniejszym doradcą, którego brak odczuwam
bardziej, niżby to się mogło na pierwszy rzut oka wydawać. Dla
podtrzymania powagi urzędu musiałem Heroda oddalić; ambicja nie pozwala
mi się cofnąć; lecz gdybyś nie odkrył tej łapówki, nikomu nie stałoby
się nic złego, a ja miałbym pod ręką człowieka, którego rady mógłbym
zasięgać w tutejszych sprawach. Są one bowiem tak diabelnie pogmatwane,
że prostolinijnie myślący Rzymianin, jak ja, nie potrafi się w nich
zorientować. Herod ma tę orientację już we krwi; w tych wypadkach, w których mnie się zaledwie niewyraźnie majaczy, jak należy postąpić, on
instynktownie natrafia na właściwą drogę, choć krócej ode mnie przebywał
na Wschodzie.
- A czy ja nie potrafiłbym zastąpić Heroda? - spytał Arystobul.
- Ty, mały człowieczku? - wzgardliwie skrzywił się Flakkus. - Nie. Ty
nie masz tego wyczucia co Herod. A co ważniejsze, nigdy go nie będziesz
miał. Wiesz o tym równie dobrze jak ja.
- A co będzie z pieniędzmi?
- Nie dostanie ich Herod, a tym bardziej ty. Żeby jednak nie było między
nami żadnego kamienia obrazy, odeślę je z powrotem do Damaszku. -
Flakkus rzeczywiście uczynił, jak zapowiedział, wywołując w damasceńczykach przekonanie, że namiestnik syryjski niechybnie oszalał.
Arystobul pobył jeszcze miesiąc w Antiochii, a widząc, że całkiem
stracił łaski, postanowił przesiedlić się do Galilei, gdzie posiadał
majątek leżący o jakiś dzień drogi od Jerozolimy. Obiecywał więc sobie,
że będzie odwiedzał stolicę podczas wszystkich ważniejszych świąt
żydowskich; przewyższał bowiem religijnością pozostałych członków
rodziny. Nie chciał jednak zabrać ze sobą wszystkich pieniędzy w obawie,
że gdyby się przypadkiem poróżnił z Antypasem i musiał uciekać z Galilei, cały majątek przypadłby stryjowi. Za pośrednictwem
antiochijskiej firmy bankowej przekazał więc mnie, jako zaufanemu
przyjacielowi rodziny, większą część gotówki i prosił, żebym przy
odpowiedniej sposobności ulokował tę sumę w jakiejś posiadłości
ziemskiej.
Herod nie mógł wrócić do Galilei ani udać się do Basanu, gdyż pokłócił
się z tamtejszym tetrarchą, swoim stryjem Filipem, który przywłaszczył
sobie bezprawnie część jego dziedzictwa po ojcu. Nie było też mowy o Judei i Samarii. Kraje te przypadły w udziale najstarszemu ze stryjów
Heroda. Okazał się on jednak tak złym władcą, że został zdjęty z urzędu,
a państwo zamieniono w prowincję rzymską. Władzę namiestnika sprawował
tam Poncjusz Piłat, jeden z wierzycieli Heroda. Pozostać w Edom Herod
nie miał najmniejszej ochoty - nie był zupełnie amatorem pustyń. Nie
mógł też liczyć na serdeczne przyjęcie ze strony żydowskiej kolonii w Aleksandrii. Żydzi aleksandryjscy byli bodaj jeszcze bardziej
ortodoksyjni niż ich rodacy w Jerozolimie, a Herod skutkiem długiego
pobytu w Rzymie nabrał bardziej liberalnych zwyczajów, a zwłaszcza w dziedzinie gastronomicznej. Stare prawo Mojżesza zakazywało Żydom - ze
względów, jak przypuszczam, higienicznych - spożywania wielu całkiem
zwykłych potraw. Nie zezwalano nie tylko na wieprzowinę, co by się może
łatwiej dało usprawiedliwić, ale również na zające i króliki, które
dostarczają przecież mięsa całkiem zdrowego. Poza tym zwierzęta
przeznaczone do jedzenia należy uśmiercać w specjalny sposób. Nie wolno
więc spożywać Żydom dzikiej kaczki zabitej z procy; kapłona, któremu
ukręcono głowę, ani żadnej zwierzyny ustrzelonej z łuku. Zwierzę
przeznaczone na stół żydowski musi mieć przeciętą gardziel i skonać z upływu krwi. Z innych zwyczajów wspomnieć jeszcze muszę o święceniu
każdego siódmego dnia, który jest dniem zupełnego odpoczynku. Nie wolno
wtedy wykonać najlżejszej nawet pracy; nie wolno ugotować posiłku ani
napalić w piecu. Mają też Żydzi dni narodowej żałoby, które przypadają
na rocznice dawnych klęsk, a często zbiegają się z rzymskimi świętami.
Dopóki Herod przebywał w Rzymie, nie mógł być równocześnie ortodoksyjnym
Żydem i cieszyć się popularnością w wyższych sferach towarzyskich. Wołał
więc z dwojga złego narazić się na wzgardę swych ziomków niż Rzymian.
Dlatego też obecnie postanowił nie próbować szczęścia w Aleksandrii ani
nie mitrężyć dłużej na Bliskim Wschodzie, gdzie wszystkie drzwi były
przed nim zamknięte. Raczej już gotów był schronić się w Partii lub
wrócić do Rzymu. W pierwszej byłby mile widzianym gościem, partyjski
król bowiem chętnie by się nim posłużył w swoich planach skierowanych
przeciw naszej prowincji syryjskiej. W Rzymie mógłby szukać protekcji u mojej matki i przy jej pomocy załagodzić nieporozumienie z Flakkusem.
Plan udania się do Partii Herod po pewnym namyśle odrzucił. Byłoby to
zupełne zerwanie z dotychczasowym życiem, czego sobie bynajmniej nie
życzył, więcej miał bowiem zaufania do potęgi Rzymu niż Partii; zresztą
brakowało mu pieniędzy na łapówki dla straży granicznej, która miała
rozkaz zatrzymywania wszystkich zbiegów politycznych. W tych warunkach
wszelka próba przedostania się za Eufrat byłaby krokiem bardzo
nierozważnym. Tak więc ostatecznie Herod zdecydował się na Rzym. Zaraz
się dowiecie, po jakich przygodach tam się dostał.
Herod prowadził w Antiochii życie na wysokiej stopie - i na kredyt.
Kiedy mu przyszło opuścić Syrię, nie miał nawet czym zapłacić za miejsca
na statku. Wprawdzie Arystobul ofiarował się z pożyczką, która by
wystarczyła na koszty podróży do Rodos, zbyt poniżające jednak było
skorzystanie z tej propozycji. Zresztą Herod nie chciał ryzykować
podróży statkiem w dół Orontesu z obawy, że w porcie aresztują go
wierzyciele. Nagle przypomniał sobie, że przecież istnieje człowiek, od
którego można by pożyczyć niewielką sumę pieniędzy. Człowiekiem tym był
dawniejszy niewolnik matki Heroda. Zapisała go ona w testamencie mojej
matce, przez którą wyzwolony osiedlił się w Akrze, nadbrzeżnym mieście
położonym na południe od Tybru. Pośredniczył tam w handlu zbożem i wiodło mu się wcale dobrze, a procent od zysków sumiennie przesyłał
mojej matce. Niestety, droga do Akry prowadziła przez terytorium Sydonu,
a ponieważ Herod przyjął podarunki zarówno od damasceńczyków, jak od
sydończyków, nie miał najmniejszej ochoty wpaść w ręce tych ostatnich.
Wysłał więc do Akry zaufanego wyzwoleńca, a sam w przebraniu umknął z Antiochii w kierunku wschodnim, tym właśnie, o którego obranie nikt go
nie podejrzewał. Podróż odbył na skradzionym wielbłądzie, a wydostawszy
się raz na Pustynię Syryjską, zatoczył wielki łuk i omijając zarówno
Basan, należący do jego stryja, tetrarchy Filipa, jak Petrę, czyli
Gilead, gdzie rządził Antypas, dostał się wreszcie do Edom. Tu,
serdecznie powitany przez swoich półdzikich rodaków, zamieszkał znowu w tej samej zrujnowanej twierdzy i oczekiwał pieniędzy. Wyzwoleńcowi udało
się uzyskać pożyczkę w wysokości dwudziestu tysięcy drachm attyckich,
czyli ponad dziewięć tysięcy naszych aureusów. To znaczy, na tę sumę
opiewał wystawiony przez Heroda i wręczony akryjskiemu faktorowi rewers.
Wyzwoleniec otrzymał jednak tylko sześć tysięcy pięćset aureusów.
Okazało się bowiem, że Herod kiedyś naciągnął eks-niewolnika swojej
matki na półtrzecia tysiąca i ten teraz potrącił tę sumę z pożyczki.
Wyzwoleniec miał pewne obawy, jak Herod będzie się zapatrywał na tego
rodzaju transakcję, lecz ten się tylko roześmiał.
- Dwa i pół tysiąca już z góry uwzględniłem w rachunku - rzekł. - Gdyby
ten sknera nie uważał, że postąpił niezmiernie sprytnie, pokrywając
rewersem dawną należność, nigdy by mu nie przyszło do głowy pożyczyć mi
pieniędzy; wie bowiem niewątpliwie, w jakich znajduję się opałach.
Herod, wydawszy pożegnalną ucztę dla całego plemienia, wyruszył z zachowaniem wszelkich środków ostrożności do Antedonu - portu leżącego
opodal filistyńskiej Gazy, w miejscu, gdzie wybrzeże wygina się na
zachód ku Egiptowi. Tutaj na pokładzie handlowego stateczku, który
zabrał ich z Antiochii, czekała Cypros z dziećmi. Wedle umowy kapitan
miał drogą na Egipt i Sycylię zawieźć ich dalej aż do Italii. Zaledwie
jednak tak szczęśliwie znowu połączona rodzina zdołała się sobą
nacieszyć, ukazała się łódź wioząca optio i dwóch rzymskich żołnierzy.
Wszedłszy na pokład, podoficer pokazał rozkaz uwięzienia Heroda,
podpisany przez tamtejszego komendanta. Jako przyczynę aresztowania
wymieniono w dokumencie niezapłacenie długu w wysokości dwunastu tysięcy
aureusów, które Herod pożyczył swego czasu z prywatnej szkatuły
cesarskiej.
- Biorę to za dobrą wróżbę - rzekł Herod do Cypros, przeczytawszy
dokument. - Skarbnik zmniejszył mi dług z sumy czterdziestu tysięcy do
dwunastu. Musimy po przyjeździe do Rzymu wydać na jego cześć wielką
ucztę. Wprawdzie podczas pobytu na Wschodzie oddałem mu wiele przysług,
ale dwadzieścia osiem tysięcy to doprawdy wspaniały rewanż.
- Wasza wysokość wybaczy - wtrącił optio - ale nie pora mówić o ucztach
w Rzymie przed spotkaniem z namiestnikiem. Otrzymał on rozkaz
niewypuszczania waszej wysokości przed zapłaceniem długu.
- Ależ oczywiście! Zapłacę - uspokoił go Herod. - To drobnostka, która
mi całkiem wypadła z pamięci. Teraz ruszaj z powrotem i oświadcz jego
ekscelencji panu namiestnikowi, że jestem w zupełności na jego usługi.
Niestety, jego uprzejme przypomnienie o pożyczce przyszło trochę nie w porę. Dopiero co, po sześciotygodniowej rozłące spotkaliśmy się z moją
kochaną małżonką, księżną Cypros. Czy jesteś żonaty, optio? No to
rozumiesz, jak wielką mamy ochotę pozostać teraz trochę sam na sam.
Jeżeli nam nie dowierzasz, zostaw na pokładzie swoich dwóch żołnierzy.
Za trzy, cztery godziny możesz powrócić, a wtedy chętnie będziemy ci
towarzyszyć. A teraz pozwól sobie wyrazić moją wdzięczność - i Herod
wsunął podoficerowi do ręki sto drachm.
Podoficer, nie czyniąc już dłużej żadnych wstrętów, zostawił swoich
żołnierzy, a sam, wsiadłszy do łodzi, powiosłował w kierunku brzegu.
Herod odczekał jeszcze godzinę czy dwie, aż do zmierzchu; następnie
przeciął liny kotwiczne i statek wypłynął na pełne morze. Najpierw Herod
zamierzał popłynąć na północ do Azji Mniejszej, ale szybko zmienił plan
i skierował statek na południowy zachód. Postanowił spróbować, czy mu
się nie poszczęści u Żydów aleksandryjskich.
Obydwaj żołnierze za zachętą majtków siedli do gry w kości i ani się
spostrzegli, jak w pewnym momencie schwycono ich, związano i zakneblowano im usta. Kiedy niebezpieczeństwo pościgu przestało już
grozić, Herod kazał ich uwolnić i obiecał, że jeśli zachowają się
rozsądnie, wysadzi żywych i całych na ląd Aleksandrii. Żądał tylko, żeby
przez dzień czy dwa po przybyciu towarzyszyli mu w charakterze eskorty
wojskowej; w zamian przyrzekł zapłacić koszty podróży powrotnej do
Antedonu. Żołnierze czym prędzej wyrazili zgodę, przerażeni, że w razie
odmowy zostaną wrzuceni do morza.
Powinienem wspomnieć, że w ucieczce z Antiochii pomógł Cypros i dzieciom
niejaki Silas, Samarytanin, oddany Herodowi duszą i ciałem. Był to człek
w średnim wieku, o posępnym wejrzeniu, atletycznej budowie i olbrzymiej,
czarnej, kwadratowo przyciętej brodzie. Swego czasu służył jako oficer w jeździe tubylczej, brał udział w wyprawie przeciw Partom i posiadał z tego okresu dwa ordery wojskowe. Herod kilkakrotnie podejmował się
wyrobić mu obywatelstwo rzymskie, Silas jednak uparcie odmawiał,
twierdząc, że zostawszy Rzymianinem, musiałby na rzymską modłę ogolić
brodę, a na to nie chciał przystać za żadną cenę. Silas miał zawsze w pogotowiu dobre rady, z których Herod nigdy nie korzystał. Toteż ilekroć
ten ostatni popadał w tarapaty, Silas miał zwyczaj mówić:
- A co? Nie przepowiadałem ci tego? Trzeba było mnie słuchać.
Silas chełpił się bezwzględną otwartością i pod względem taktu
pozostawiał wiele do życzenia. Herod znosił go jednak, gdyż wiedział, że
czy będzie na wozie, czy pod wozem, Silas go nigdy nie opuści. Silas był
mu jedynym towarzyszem podczas pierwszej ucieczki do Edom i gdyby nie
on, rodzina Heroda nigdy nie zbiegłaby z Tyru w dniu, kiedy Herod
znieważył Antypasa. To on Herodowi, uciekającemu z Antiochii przed
wierzycielami, dostarczył ubrania; on też później zaopiekował się Cypros
i dziećmi i wynalazł dla nich statek. Kiedy sytuacja stawała się
rozpaczliwa, Silas wpadał w doskonały humor. Wiedział, że będzie
potrzebny Herodowi i znajdzie sposobność do powiedzenia:
- Jestem całkowicie na twoje rozkazy, drogi przyjacielu, jeśli wolno mi
cię tak nazwać, lecz nigdy by do tego nie doszło, gdybyś słuchał rad
moich.
W czasach pomyślności Silas posępniał z dnia na dzień i zdawało się, że
z żalem wspominał dawne złe dni biedy i kłopotów. Jakby chcąc je
przywołać, przestrzegał wciąż Heroda, że "na tej drodze" (bez względu na
to, co to była za droga) dojdzie na pewno do ruiny. Ponieważ obecnie
sytuacja była dość kiepska, Silas promieniał radością. Przekomarzał się
z załogą i zabawiał dzieci opowiadaniem o długich i zawikłanych
przygodach swego żołnierskiego żywota. Księżnie Cypros, która normalnie
nie znosiła towarzystwa Silasa, obecnie wstyd było, że kiedykolwiek
mogła być szorstka wobec tego zacnego, dobrodusznego przyjaciela.
- Żydzi mają wiele uprzedzeń do Samarytan - powiedziała pewnego dnia na
statku - i ja wychowałam się w atmosferze tej niechęci. Musisz mi
wybaczyć, Silasie, że trzeba było lat, żebym ją wreszcie teraz
przezwyciężyła.
- Muszę cię przeprosić, księżno - odparł Silas. - Przeprosić z góry za
swoją otwartość. Zechciej ją wybaczyć. Taki jestem z natury. Pozwolisz
więc powiedzieć sobie, że gdyby twoi żydowscy przyjaciele i krewni na
ogół mniej zadzierali nosa, a posiadali więcej miłości bliźniego,
miałbym dla nich więcej sympatii. Pewien mój krewny wybrał się kiedyś w interesach handlowych z Jerozolimy do Jerycha. W drodze napotkał
jakiegoś biednego Żyda, którego bandyci, obrabowawszy i poraniwszy,
pozostawili półżywego na gościńcu. Nagi, zakrwawiony leżał w żarze
słonecznych promieni. Mój krewniak obmył mu rany, obandażował, jak
potrafił, wsadził na swego podjezdka i dowiózł do najbliższej oberży.
Tam, ponieważ gospodarz domagał się zapłaty z góry, opłacił za rannego
kilkudniowy pobyt, a w powrotnej drodze z Jerycha wstąpił po biedaka i pomógł mu dostać się do domu. Nie było zresztą w tym postępku nic
nadzwyczajnego. My, Samarytanie, już tacy jesteśmy. Dziwniejszym jednak
musi się wydać, że o kilka minut wcześniej tą samą drogą jechało trzech
czy czterech zamożnych Żydów, wśród nich jeden kapłan. Widzieli oni
człowieka leżącego w kałuży krwi i wołającego żałośnie o pomoc, ponieważ
jednak był to nieznajomy, przejechali mimo, pozostawiając rannego jego
własnemu losowi. Oberżysta, który również był Żydem, wytłumaczył memu
krewnemu postępowanie swoich rodaków: nie chcieli - mówił - opatrzyć
rannego w obawie, aby nie skonał im na rękach. Przez dotknięcie trupa
bowiem strefniliby się, czyli stali się nieczyści w znaczeniu
religijnym, a to pociągnęłoby za sobą wiele kłopotów dla nich i dla ich
rodzin. Zwłaszcza kapłan, dodał oberżysta, który prawdopodobnie udawał
się do Jerozolimy, żeby złożyć ofiarę w świątyni, nie mógł zaryzykować
strefnienia się. Chwała Bogu - zakończył Silas swą opowieść - jestem
Samarytaninem; u mnie co w sercu, to i na języku. Ja...
- No cóż, moja droga? - przerwał mu Herod. - Czyż to nie wysoce
pouczająca historia? Pomyśleć tylko, że gdyby ten biedak był
Samarytaninem, byłby uniknął niebezpiecznej przygody. Zbójcom nie
opłaciłoby się napadać na człowieka dla paru groszy.
Przybywszy do Aleksandrii, Herod w towarzystwie Cypros, dzieci i dwóch
żołnierzy złożył wizytę naczelnikowi gminy żydowskiej, niejakiemu
Alabarchowi, który był urzędnikiem odpowiedzialnym wobec namiestnika za
lojalne zachowanie swoich współwyznawców, przestrzegał regularnego
opłacania przez nich podatków i pilnował, aby nie wszczynali burd
ulicznych z Grekami lub w inny sposób nie naruszali spokoju publicznego.
Herod, przywitawszy Alabarcha z wyszukaną uprzejmością, poprosił go o pożyczkę w wysokości ośmiu tysięcy aureusów, a w zamian przyrzekł użyć
swoich wpływów na dworze cesarskim dla obrony interesów Żydów
aleksandryjskich. W Edom, opowiadał, gdzie bawił ostatnio z wizytą u swoich krewnych, otrzymał list od cezara Tyberiusza. Cezar domaga się,
aby natychmiast przybył do Rzymu, chce bowiem zasięgnąć jego rady w sprawach Wschodu. Chcąc uczynić zadość cesarskiemu życzeniu, wyruszył w drogę tak pośpiesznie, że nie zdołał zabrać ze sobą dostatecznej ilości
pieniędzy. Fakt, że podróżował pod eskortą żołnierzy rzymskich, zdawał
się poświadczać prawdę opowiadania i Alabarch zadecydował, że dobrze
byłoby mieć w Rzymie wpływowego przyjaciela. Ostatnio znowu wydarzyły
się w mieście zamieszki, wywołane przez Żydów, i Grecy ponieśli poważne
straty materialne. Tyberiusz mógł się więc okazać skłonnym do
ograniczenia dość znacznych przywilejów, którymi cieszyli się Żydzi.
Aleksander Alabarch był starym przyjacielem naszej rodziny.
Administrował nieruchomościami, które matka moja odziedziczyła w Aleksandrii po dziadku, Marku Antoniuszu. August, choć większą część
zapisów Antoniusza unieważnił, ten ze względu na moją babkę Oktawię
zatwierdził. Nieruchomości aleksandryjskie stanowiły posag mojej matki,
a następnie siostry Liwilli, kiedy wychodziła za mąż za syna Tyberiusza,
Kastora. Liwilla jednak, która prowadząc życie na bardzo wysokiej
stopie, wciąż potrzebowała pieniędzy, sprzedała wkrótce spadek po
dziadku. Alabarch przestał więc być naszym administratorem i korespondencja pomiędzy nim a moją matką stopniowo się urwała. A chociaż
obecne swe stanowisko zawdzięczał poparciu mojej matki i mógł stąd
wnioskować o jej życzliwości, nie był przecież pewien, do jakiego
stopnia może liczyć na protekcję Antonii w razie politycznych kłopotów.
Wiedział natomiast dobrze, że Herod był swego czasu w zażyłych
stosunkach z naszą rodziną, i chętnie by służył mu pożyczką, gdyby miał
pewność, że zażyłość ta istnieje w dalszym ciągu. Tego właśnie nie
wiedział. Zaczął więc wypytywać gościa o moją matkę, a Herod, który z góry przewidział całą sytuację i przezornie nie wspomniał ani słowem o swojej protektorce, odparł, że wnosząc z ostatnich wiadomości, jakie od
niej otrzymał, Antonia cieszy się najlepszym zdrowiem. Ma nawet
przypadkiem ze sobą, mówił, jeden z jej listów, pisany tuż przed jego
wyjazdem z Antiochii. List ten, utrzymany w serdecznym tonie i zawierający wiele nowinek rodzinnych, pokazał Alabarchowi, a pismo mojej
matki wywarło większe wrażenie niż eskorta wojskowa. List jednak
kończyła Antonia słowami nadziei, że Herod może wreszcie się ustatkuje i zacznie pożytecznie pracować jako doradca polityczny jej wielce
poważanego przyjaciela Flakkusa. Tymczasem Alabarch, który miał od swych
antiochijskich przyjaciół wiadomości, że Herod poróżnił się z Flakkusem,
nie był pewien, czy rzeczywiście Tyberiusz listownie zapraszał księcia.
Kiedy wreszcie po pewnym wahaniu zdecydował się pożyczyć pieniędzy,
jeden z porwanych żołnierzy, rozumiejący nieco po hebrajsku, odezwał
się:
- Daj mi tylko osiem aureusów, Alabarchu, a zaoszczędzisz osiem tysięcy.
- Co chcesz przez to powiedzieć? - spytał Alabarch.
- To, że ten człowiek jest oszustem zbiegłym przed sprawiedliwością. Nie
jesteśmy jego eskortą, porwał nas przemocą. Istnieje rozkaz cesarski,
aby uwięzić go za wielkie długi, których narobił w Rzymie.
Sytuację ocaliła księżna Cypros, z płaczem padając Alabarchowi do nóg.
- Zaklinam cię na dawną przyjaźń z moim ojcem Fazaelem! - błagała. -
Miej litość nade mną i nad moimi dziećmi! Nie skazuj nas na ostateczną
nędzę! Mój mąż nie popełnił żadnego oszustwa. Wszystko, co opowiedział,
jest w gruncie rzeczy prawdą, może tylko w szczegółach trochę ubarwioną.
Udajemy się rzeczywiście do Rzymu i w związku z ostatnimi zmianami
politycznymi jesteśmy pełni najlepszych nadziei. Pożycz nam tyle
pieniędzy, żebyśmy mogli wydostać się z chwilowych trudności, a Bóg
naszych ojców wynagrodzi ci tysiąckrotnie. Dług, z powodu którego Herod
miał zostać aresztowany, to pozostałość z czasów jego młodzieńczej
lekkomyślności. Kiedy tylko staniemy w Rzymie, znajdziemy uczciwe
środki, aby uiścić tę należność. Lecz jeśli dostaniemy się w ręce
nieprzyjaciół, których Herod posiada w rządzie Syrii, przepadniemy
nieodwołalnie i my, i dzieci.
Wierność, z jaką Cypros dzieliła niedolę swego małżonka, wzruszyła
Alabarcha do łez; zwrócił się do księżnej i uprzejmie, choć podejrzliwie
zapytał:
- A czy małżonek twój przestrzega praw Mojżeszowych?
Herod, spostrzegłszy wahanie żony, sam zabrał głos:
- Chciej pamiętać, że w żyłach moich płynie krew edomicka. Trudno
stawiać takie same wymagania Edomicie jak Żydowi. Edomici i Żydzi są
braćmi po wspólnym przodku Izaaku, ale niech każdy Żyd, chełpiący się
szczególną łaską Boga dla wybranego narodu, wspomni najpierw, jak Jakub,
przodek Żydów, podstępnie wyłudził od Ezawa, przodka Edomitów, prawo
pierworództwa i błogosławieństwo ojcowskie. Nie bądź zbyt bezwzględny,
Alabarchu. Okaż więcej współczucia znękanemu i biednemu Edomicie niż
swego czasu Jakub, bo - na Boga ojców moich! - pierwsza łyżka czerwonej
soczewicy, którą weźmiesz do ust, napełni cię odrazą. Straciliśmy prawo
pierworództwa, a wraz z nim szczególniejszą łaskę bożą. Chciejcie nam w zamian okazać tyle wspaniałomyślności, na jaką nas zawsze było stać.
Wspomnij wielkoduszność Ezawa, który nie zabił Jakuba spotkanego
przypadkiem w Penial.
- Lecz czy przestrzegasz praw Mojżeszowych? - nalegał Alabarch, choć
płomienna wymowa Heroda wywarła na nim wrażenie, a na historyczne
argumenty nie miał żadnej odpowiedzi.
- Jestem obrzezany i takoż obrzezane są moje dzieci. A "Księgi Praw",
objawionej waszemu przodkowi Mojżeszowi, przestrzegałem wraz z całym mym
domem tak pilnie, jak tylko mogliśmy to czynić, będąc w trudnej sytuacji
obywateli rzymskich i mając niedoskonałe sumienia Edomitów.
- Nie ma dwóch dróg dla sprawiedliwego - odrzekł sucho Alabarch. - Albo
się przestrzega praw Księgi, albo je się łamie.
- Czytałem, że Pan pozwolił kiedyś nawróconemu Syryjczykowi Naamanowi
towarzyszyć królowi swemu w składaniu ofiar w świątyni pogan. I Naaman
okazał się wiernym przyjacielem Żydów. Czyż nie tak?
- A jeśli pożyczę ci żądaną sumę - spytał Alabarch - czy przysięgniesz
mi na imię Pana, któremu niech będzie chwała wieczysta, że wedle
możności swojej będziesz przestrzegał praw jego i kochał lud jego, i ani
czynem żadnym, ani zaniedbaniem uczynku nie zgrzeszysz przeciw jego
majestatowi?
- Przysięgam ci na najświętsze imię jego - rzekł Herod - i biorę żonę
swą Cypros i dziatki swe na świadków, że od dnia dzisiejszego będę czcił
Pana z całej duszy i ze wszystkich sił moich; że będę niezmiennie kochał
i osłaniał lud jego. A jeśli kiedykolwiek świadomie, w zatwardziałości
serca mego złamię przysięgę, niechaj robaki, które stoczyły mego dziadka
Heroda, stoczą mnie za życia.
Tak więc Herod dostał pieniądze. Opowiadając mi później o tej
przygodzie, zauważył:
- Znajdowałem się w takiej opresji, że przysiągłbym zrobić wszystko,
czego ode mnie zażądają, byleby tylko dostać pieniądze.
Alabarch jednak postawił dwa warunki. Po pierwsze, Herod miał otrzymać
teraz tylko połowę żądanej sumy, a właściwie jej równoważnik w srebrze.
Drugie cztery tysiące zostaną mu wypłacone po przybyciu do Italii.
Pomimo wszystko bowiem Alabarch nie całkiem dowierzał Herodowi i obawiał
się, aby ten, dostawszy pieniądze, nie czmychnął do Maroka lub Arabii.
Po drugie, Cypros miała zabrać dzieci do Jerozolimy, aby wyrosły tam na
dobrych Żydów pod opieką samego arcykapłana, szwagra Alabarcha. Na ten
ostatni warunek Herod z Cypros zgodzili się tym chętniej, iż wiedzieli,
jakie niebezpieczeństwa grożą w Rzymie ładnym chłopcom i dziewczynkom z dobrych rodzin ze strony rozpustnego zwyrodnialca Tyberiusza. Stanęło
więc na tym, że Cypros, odwiózłszy dzieci do Jerozolimy, miała
przyjechać do męża do Rzymu.
Herod postanowił udać się do Aleksandrii i pożyczyć pieniądze od
Alabarcha na wiadomość o upadku Sejana, którą przywiózł wyzwoleniec
wysłany do Akry. Wiadomość ta znalazła w Aleksandrii potwierdzenie.
Sejan, który był najbardziej zaufanym ministrem Tyberiusza, spiskował,
jak się okazało, z moją siostrą Liwillą. Zamierzali oni zgładzić cezara
i zagarnąć władzę w swoje ręce. Spisek odkryła moja matka i uprzedziła
Tyberiusza, a ten przy pomocy mego bratanka Kaliguli i wyzutego z wszelkich uczuć nędznika Makrona szybko uporał się z Sejanem. Przy tej
sposobności odkryto, że Liwilla otruła przed siedmiu laty swego męża
Kastora i że Kastor nigdy nie spiskował przeciw ojcu, lecz został
niewinnie oczerniony przez Sejana. Wobec tego Tyberiusz cofnął zakaz
dopuszczania do siebie przyjaciół Kastora, a protekcja mojej matki stała
się bardziej cenna niż kiedykolwiek. Gdyby nie te okoliczności, Herod
nie straciłby czasu na upokarzające pertraktacje z Alabarchem. Żydzi
potrafią być wprawdzie wspaniałomyślni, lecz są bardzo przezorni.
Pożyczają swym współplemieńcom, kiedy ci nie z własnej winy wpadną w nieszczęście, i pożyczają bez procentu, gdyż zakazują im tego prawa
Mojżeszowe. Jedyną nagrodą bywa dla nich w tych wypadkach zadowolenie
moralne. Nie pożyczą jednak ani grosza nie-Żydowi, choćby ten konał z głodu, a tym bardziej Żydowi, który przyjąwszy na obczyźnie
cudzoziemskie zwyczaje, sam się postawił, jak mówią, "poza nawiasem
społeczności żydowskiej". Chyba że mają pełną gwarancję, iż szlachetność
sowicie im się opłaci.
Rozdział III
ROZDZIAŁ III
Ani matka, ani ja nie wiedzieliśmy nic o powrocie Heroda do Italii, aż
pewnego dnia otrzymaliśmy od niego w pośpiechu nakreślony list, w którym
uprzedzał, że ma zamiar odwiedzić nas, i niejasno zaznaczył, że liczy na
naszą pomoc; znajduje się bowiem w bardzo krytycznym położeniu
finansowym.
- Jeśli mu chodzi o pożyczkę - zauważyłem - to odpowiedź usłyszy dość
krótką, bo nam samym brak pieniędzy.
Jak wspomniałem w poprzedniej swej książce, nie mieliśmy istotnie w tym
czasie pieniędzy do wyrzucenia. Lecz matka się oburzyła:
- To bardzo nieładnie, mój Klaudiuszu, stawiać sprawę w ten sposób.
Zawsze byłeś gburem. Jeżeli Herod znalazł się w ciężkim położeniu i potrzebuje pieniędzy, musimy je dla niego w jakiś sposób zdobyć. Jestem
winna to pamięci jego matki, kochanej Bereniki. Pomimo swych
cudzoziemskich obyczajów i wierzeń Berenika była moją najlepszą
przyjaciółką. A w dodatku jaką świetną gospodynią!
Matka nie widziała Heroda od siedmiu lat i całkiem wyraźnie odczuwała
brak jego towarzystwa. Utrzymywali jednak ze sobą korespondencję i Herod
bardzo sumiennie donosił matce o wszystkich swoich kolejnych kłopotach.
A opisywał je w tak dowcipny sposób, że czytało się jego listy jak jakiś
najbardziej zajmujący grecki romans awanturniczy. Najweselszy z tych
listów był może ten, który napisał z Edom, wkrótce po opuszczeniu Rzymu;
opowiadał w nim, jak to jego słodka, kochana naiwna Cypros starała się
go odwieść od samobójczego zamiaru zeskoczenia z murów fortecy. "I miała
zupełną rację - kończył - wieża była rzeczywiście wysoka". Jeden z ostatnich listów, pisany również z Edom, kiedy czekał na pieniądze z Akry, utrzymany był w tym samym żartobliwym tonie. Herod opowiadał, jak
pewnemu perskiemu kupcowi ukradł wielbłąda. Początkowo - pisał - myśl,
że tak nisko upadł moralnie, napełniała go niezmiernym wstydem. Wkrótce
jednak wstyd ustąpił miejsca błogiemu uczuciu zadowolenia z oddanej
bliźniemu przysługi. Wielbłąd bowiem okazał się siedliskiem siedmiu
czartów, z których jeden gorszy był od drugiego. Co za ulgę musiał
poczuć ów kupiec, kiedy obudziwszy się pewnego ranka, stwierdził, że
jego opętany wielbłąd zniknął razem z siodłem i uzdą. Podróż przez
Pustynię Syryjską miał Herod tak koszmarną, jak tylko można sobie
wyobrazić. Wielbłąd robił wszystko, aby nowy właściciel skręcił kark,
skrupulatnie wykorzystywał w tym celu każde przejście przez wyschnięte
koryto rzeki, każdy wąski górski przesmyk, a w nocy chciał śpiącego
Heroda zdradziecko zatratować na śmierć. W liście z Aleksandrii Herod
donosił, że wreszcie w Edom pozbył się wielbłąda, puszczając go po
prostu luzem. Kiedy jednak wyruszył w dalszą drogę, bestia szła za nim
ślad w ślad, aż do wybrzeża, a w ślepiach miała wyraz szczególnej
złośliwości.
"Przysięgam ci, dostojna i czcigodna Antonio, przyjaciółko ma
najdawniejsza i najszlachetniejsza dobrodziejko moja, że owego figla w Antedonie spłatałem namiestnikowi nie tyle z obawy przed wierzycielami,
co ogarnięty panicznym lękiem przed wielbłądem. Gdybym się był dał
zaaresztować, ten potwór usiłowałby na pewno się znaleźć w tej samej
celi".
W liście znajdował się dopisek: "Moi edomiccy kuzyni są niepomiernie
gościnni, lecz nie należy stąd wnioskować, iżby wszelkie pomiarkowanie
było im obce. Oszczędność swoją posuwają do tego stopnia, że tylko w trzech wypadkach wkładają na siebie czystą szatę - kiedy biorą ślub,
kiedy umierają i kiedy złupiwszy jakąś karawanę, mogą się bezpłatnie
zaopatrzyć w czyste płótno. Pranie jest wynalazkiem nieznanym w Edom".
Zajście z Flakkusem Herod przedstawił w jak najkorzystniejszym dla
siebie świetle: cała sprawa, pisał, polegała tylko na nieporozumieniu.
Oskarżał siebie o brak zastanowienia, a wychwalał Flakkusa jako
człowieka obdarzonego wysokim poczuciem honoru, nadmiernym może nawet,
jeśli godzi się użyć tego określenia - lud bowiem, nad którym sprawuje
władzę, nie potrafi go należycie ocenić i uważa raczej za dziwaka.
Pominięte w liście szczegóły opowiedział nam Herod osobiście, nic lub
prawie nic nie ukrywając. Wiedział bowiem, że otwarte przyznanie się do
wszystkiego to najlepszy sposób postępowania z moją matką. Szczególnie
ubawił ją - choć oczywiście udawała wielce zgorszoną - historią o porwaniu żołnierzy i wykorzystaniu tej eskorty dla zamydlenia oczu
Alabarchowi. Opowiedział nam też, jak w powrotnej drodze z Aleksandrii
zaskoczyła statek straszna burza i jak wszystkich, z wyjątkiem jego i kapitana, choroba morska powaliła na pięć dni i pięć nocy. Przez cały
ten czas kapitan tylko płakał i modlił się, pozostawiając kierowanie
statkiem w rękach jednego, jedynego Heroda.
- Kiedy wreszcie - ciągnął dalej - statek nasz zaprzestał podskoków i podrygów, a ja, puszczając mimo uszu podziękowania i pochwały wracającej
do zdrowia załogi, ujrzałem z przedniego pomostu skrzącą się w słońcu
Zatokę Neapolitańską, oślepiającą biel cudownych świątyń i will na
wybrzeżu i górującego nad tym wszystkim potężnego Wezuwiusza, którego
szczyt dymił dobrotliwie niby domowe ognisko, to wyznam szczerze, że się
rozpłakałem. Zrozumiałem, że wracam do domu, do mojej pierwszej i najumiłowańszej ojczyzny. Przyszli mi na myśl wszyscy moi drodzy
przyjaciele w Rzymie, z którymi dawno się rozstałem, a szczególnie ty,
czcigodna, urocza i szlachetna Antonio. I oczywiście także ty,
Klaudiuszu. Z jakąż radością, myślałem, będziemy się witać. Przede
wszystkim jednak, rzecz prosta, musiałem się sam jakoś przyzwoicie
urządzić. Nie wypadało mi przecież zjawić się u waszych drzwi niby
żebrak lub ubogi klient proszący o wsparcie. Zaraz więc po wylądowaniu i zrealizowaniu przekazu, wystawionego przez Alabarcha na jeden z banków
neapolitańskich, napisałem na Capri do cezara, prosząc, aby zaszczycił
mnie audiencją. Udzielił jej łaskawie, oświadczając, że z radością się
dowiedział o moim powrocie, i następnego dnia miałem z nim rozmowę,
która napełniła mnie wielką otuchą. Cezar był początkowo w złym humorze,
więc czułem się - ze wstydem wyznam - w obowiązku zabawienia go kilkoma
azjatyckimi dykteryjkami, których ze względu na waszą skromność pozwolę
sobie tutaj nie powtarzać. Znacie przecież cezara: człowiek o liberalnych poglądach, wolny od przesądów. Kiedy opowiedziałem mu jedną
anegdotę, specjalnie w jego guście, rzekł: "Lubię takich jak ty,
Herodzie. Chętnie powierzyłbym ci pewne bardzo odpowiedzialne
stanowisko. Czy podjąłbyś się wychowywać mego jedynego wnuka Tyberiusza
Gemellusa, który bawi tu razem ze mną? Jako bliski przyjaciel jego ojca,
na pewno mi nie odmówisz, a i chłopiec, jestem pewien, poczuje do ciebie
sympatię. Jest to, muszę z przykrością stwierdzić, młodzieniec trochę
posępny i melancholijny; przydałby mu się starszy, pełen życia, o otwartym usposobieniu towarzysz, z którego mógłby brać przykład".
Przenocowałem na Capri, a rano byliśmy z cesarzem w najdoskonalszej
komitywie. Nie bacząc na przestrogi lekarzy, pił ze mną całą noc.
Myślałem już, że dawne szczęście powróciło na dobre, kiedy nagle ów
włos, na którym tak długo nad moją biedną głową wisiał miecz Damoklesa,
pękł. Z Antedonu nadszedł list, w którym ten idiota namiestnik donosił,
że wydał rozkaz aresztowania mnie za niezapłacenie długu w wysokości
dwunastu tysięcy, zaciągniętego w prywatnej szkatule cesarskiej. Pisał
dalej, że "przez podstęp" uniknąłem aresztowania i umknąłem, porywając
dwóch żołnierzy, którzy dotychczas jeszcze nie powrócili, a prawdopodobnie zostali zamordowani. Zapewniałem cezara, że żołnierze są
żywi; że bez mojej wiedzy zakradli się na statek, by odbyć podróż na
gapę, i że nie pokazano mi żadnego rozkazu aresztowania mnie. Możliwe,
mówiłem, że żołnierzy w tym celu wysłano, woleli jednak urządzić sobie
wycieczkę do Egiptu. W połowie drogi do Aleksandrii znalazłem ich
ukrytych pod pokładem. Z Aleksandrii odesłałem zbiegów bezzwłocznie do
Antedonu, aby ponieśli zasłużoną karę.
- Herodzie Agrypo - odezwała się poważnym tonem matka. - Opowiadając to,
popełniłeś świadome kłamstwo. Wstydzę się za ciebie bardzo.
- Nie tak bardzo jak ja sam - rzekł Herod. - Wiele razy powtarzałaś mi,
że uczciwość to najlepsza polityka. Ale na Wschodzie wszyscy kłamią i każdy odlicza na kłamstwo dziewięć dziesiątych tego, co słyszy. Na
moment zdarzyło mi się zapomnieć, że wróciłem do kraju, gdzie
odstąpienie od prawdy na włos jest poczytywane za nieuczciwość.
- Czy cesarz ci uwierzył? - spytałem.
- Spodziewam się z całego serca, że tak. Bo zapytał mnie tylko: "A jak
sprawa z długiem?". Wytłumaczyłem, że była to całkiem formalna pożyczka,
na którą dałem dobre zabezpieczenie, udzielona mi z prywatnej szkatuły.
I tylko temu zdrajcy Sejanowi zawdzięczam, że z tego powodu wydano
rozkaz aresztowania mnie. Pomówię, rzekłem, bezzwłocznie ze skarbnikiem
i załatwię tę sprawę. Ale cesarz nie zadowolił się tym zapewnieniem.
"Herodzie - rzekł - jeżeli długu tego nie uregulujesz w ciągu tygodnia,
nie zostaniesz wychowawcą mojego wnuka". Otóż wiecie, jak cesarz jest
skrupulatny na punkcie długów zaciągniętych w prywatnej szkatule. Tak
niedbałym tonem, na jaki tylko mogłem się zdobyć, zapewniłem, że dług
będzie uregulowany w ciągu trzech dni. Ale jakby mi kto kamień położył
na sercu. Od razu też napisałem do ciebie, moja droga dobrodziejko,
myśląc, że może...
- To było bardzo brzydko z twojej strony, że okłamałeś cezara -
przerwała matka.
- Racja, zupełna racja - rzekł Herod, udając głęboką skruchę. - Ty na
moim miejscu byłabyś niewątpliwie powiedziała prawdę. Mnie, niestety,
zabrakło odwagi. A do tego tych siedem lat na Wschodzie, spędzonych z dala od ciebie; mocno doprawdy nadwerężyło moje moralne zasady.
Matka nagle powzięła decyzję.
- Klaudiuszu - rzekła. - W jaki sposób możemy dostać bezzwłocznie
dwanaście tysięcy? Co powiesz o liście, który dziś rano otrzymałeś od
Arystobula?
Szczęśliwym dla Heroda zbiegiem okoliczności właśnie tego rana
otrzymałem od Arystobula list, w którym prosił mnie, abym korzystając ze
spadku cen ziemi, wywołanego brakiem gotówki, zakupił w jego imieniu
jakąś posiadłość wiejską. Równocześnie załączał przekaz bankowy na
dziesięć tysięcy.
- Arystobul kupuje majątek? - zawołał ze zdumieniem Herod, kiedy mu
matka opowiedziała treść listu. - A jakimże cudem doszedł on do
dziesięciu tysięcy? Ten pozbawiony wszelkich zasad gałgan musiał
najwidoczniej wykorzystać wpływ, jaki miał na Flakkusa, i obłowił się
łapówkami dawanymi mu hojnie przez tubylców.
- W tym wypadku - rzekła moja matka - uważam, iż postąpił szkaradnie w stosunku do ciebie, donosząc memu przyjacielowi Flakkusowi o prezencie,
który ci przysłali damasceńczycy za dzielną obronę ich sprawy. Miałam
doprawdy lepsze wyobrażenie o Arystobulu. Toteż jedynie sprawiedliwym
zadośćuczynieniem będzie, jeżeli tych dziesięć tysięcy, które otrzymasz
jako chwilową pożyczkę - chwilową, Herodzie, pamiętaj - pomoże ci stanąć
o własnych siłach. Z wydostaniem pozostałych dwóch chyba nie będzie
trudności, jak sądzisz, Klaudiuszu?
- Zapominasz matko, że Herod ma jeszcze osiem tysięcy otrzymanych od
Alabarcha. O ile ich już nie wydał. Jeśli pożyczymy mu pieniądze
Arystobula, będzie miał więcej od nas.
Uprzedziłem Heroda, że jeśli w ciągu trzech miesięcy nie zwróci
pieniędzy, będę uważał to za nadużycie zaufania. Cała sprawa zupełnie
nie przypadła mi do gustu; wołałem ją jednak załatwić w ten sposób niż
zastawić nasz dom na Palatynie. Inaczej zaś nie można było uzyskać
pieniędzy. Wszystko jednak przyjęło niespodziewanie dobry obrót. Herod
nie tylko zwrócił pożyczkę zaciągniętą w prywatnej szkatule, ale oddał
też pieniądze Arystobula, i to na dwa dni przed terminem; a co więcej,
pięć tysięcy pożyczone jeszcze dawniej, których nigdy nie spodziewaliśmy
się już oglądać.
Herod jako wychowawca Gemellusa przebywał teraz często w towarzystwie
Kaliguli, którego siedemdziesięciopięcioletni Tyberiusz niedawno
zaadoptował i który uchodził za następcę starego cezara. Dzięki
wytwornym ucztom wydawanym na cześć Kaliguli i pięknym prezentom w krótkim czasie pozyskał sobie zaufanie młodzieńca, a że Tyberiusz
przybranemu synowi skąpił pieniędzy, więc Herod stał się pełnomocnym
agentem do naciągania na znaczniejsze pożyczki ludzi, którzy chcieli
zaskarbić sobie względy przyszłego cezara. Tyberiuszowi bowiem nie
rokowano już długiego życia. Kiedy w ten sposób stosunek Kaliguli do
Heroda zyskał trwalsze podstawy i wieść o tym dotarła do ogółu, mój
przyjaciel nie miał już żadnych trudności z zaciąganiem pożyczek, równie
dobrze we własnym imieniu, jak na rachunek swego dostojnego protektora.
Większość długów datujących się sprzed siedmiu lat została umorzona
przez śmierć wierzycieli. Za Sejana bowiem, a w dalszym ciągu za jego
następcy Makrona, procesy o zdradę stanu przerzedziły mocno szeregi
rzymskich bogaczy. O pozostałe długi Herod nie bardzo się troszczył.
Któż by śmiał prześladować człowieka, który cieszył się na dworze tak
wielkimi łaskami? Na spłacenie mnie Herod obrócił część pożyczki, którą
w wysokości czterdziestu tysięcy zaciągnął u jednego z wyzwoleńców
Tyberiusza. Wyzwoleniec ów jeszcze jako niewolnik był jednym z dozorców
więziennych starszego brata Kaliguli, Druzusa, który został zamorzony
głodem w podziemiach pałacu. Otrzymawszy wolność, eks-dozorca zajął się
handlem niewolnikami. Kupował tanio chorych niewolników z wyższymi
kwalifikacjami, leczył ich w szpitalu, którym sam zarządzał, i sprzedawał z dobrym zarobkiem. Zgromadził w ten sposób olbrzymi majątek,
ale bał się, że Kaligula, zostawszy cesarzem, zechce pomścić jego
okrutne obchodzenie się z Druzusem. Herod więc podjął się ułagodzić
Kaligulę.
Coraz większe szczęście dopisywało Herodowi. Na Wschodzie załatwił
pomyślnie wiele spraw. Każdy bowiem, do kogo się zwrócił, uważał za
wielki zaszczyt okazać mu w czymkolwiek pomoc. Tak na przykład napisał
do kilku swych przyjaciół w Edom i Judei z prośbą, aby mu dostarczyli
dowodów złej gospodarki namiestnika, który swego czasu chciał go
aresztować w Antedonie. Zebrał w ten sposób pokaźny materiał
obciążający, który załączył do listu, jakoby pochodzącego od wybitnych
obywateli Antedonu, i wszystko razem przesłał na Capri. Namiestnik
utracił swoje stanowisko. Pośrednikowi zbożowemu w Akrze Herod odesłał
otrzymaną w drachmach pożyczkę; potrącił z niej jednak dwukrotnie sumę,
którą mu odciągnął wierzyciel. Tych pięć tysięcy drachm, wyjaśnił w liście, zatrzymuje jako równowartość pożyczki, którą jego wierzyciel
zaciągnął przed kilku laty u księżnej Cypros i dotąd nie zwrócił. Tylko
na Flakkusie Herod ze względu na moją matkę nie szukał odwetu. Zresztą
Flakkus wkrótce umarł. Arystobulowi postanowił wspaniałomyślnie
przebaczyć, wiedział bowiem, że ten nie tylko wstydzi się swego
postępku, lecz trapi się bardzo, że tak nieopatrznie naraził sobie
potężnego brata. Ta nauczka, sądził, była dla Arystobula zupełnie
wystarczająca, a moralnie skarcony mógł oddać jeszcze cenne przysługi na
Wschodzie. Zemścił się też Herod na Poncjuszu Piłacie, z którego
polecenia został wydany rozkaz aresztowania Heroda w Antedonie. Zachęcił
mianowicie kilku swoich przyjaciół w Samarii, aby u nowego namiestnika
Syrii, mojego przyjaciela Witeliusza, zaprotestowali przeciw zbyt
brutalnemu uśmierzaniu przez Piłata miejscowych rozruchów i oskarżyli go
o branie łapówek. Skutek był taki, że Piłat otrzymał rozkaz stawienia
się w Rzymie i oczyszczenia z zarzutów przed Tyberiuszem.
Pewnego pięknego wiosennego dnia Kaligula z Herodem wyjechali w otwartym
powozie na spacer poza Rzym.
- Najwyższy to już czas - zauważył beztrosko podczas przejażdżki Herod -
ofiarować temu staremu rębaczowi drewniany miecz. - Mówiąc to, miał na
myśli Tyberiusza i robił aluzję do zwyczaju ofiarowania na arenie
wysłużonym gladiatorom drewnianego miecza. Był to symbol honorowego
przeniesienia na emeryturę. - I wybacz mi, mój drogi - dodał - bo
wygląda to na pochlebstwo, ale jestem święcie przekonany, że na
igrzyskach popiszesz się lepiej niż on kiedykolwiek.
Kaligulę mile pogłaskały te słowa po sercu, ale na nieszczęście usłyszał
je woźnica. Zrozumiał ich sens i skrzętnie przechował je w pamięci.
Świadomość, że może w każdej chwili doprowadzić swego pana do ruiny,
przewróciła mu w niezbyt mocnej łepetynie do reszty i zaczął pozwalać
sobie na wiele impertynencji, na które początkowo Herod nie zwracał
specjalnej uwagi. Wreszcie strzeliło mu coś do głowy i sprzedał kilka
pięknie haftowanych derek innemu woźnicy, którego pan mieszkał daleko od
Rzymu. Herodowi doniósł, że derki są całkiem niezdatne do użytku,
poplamiono je bowiem smołą, która z nieszczelnej beczki wyciekała na
podłogę stajni, i plam tych nie da się usunąć. Herod uwierzył w wykręt,
ale pewnego dnia wyjechawszy na spacer z panem owego woźnicy, który
kupił derki, zobaczył, że jedną z nich ma otulone nogi. Tak kradzież
wyszła na jaw. Woźnica jednak zdołał uprzedzić swego kolegę i złodziej w porę uciekł przed karą. Pierwotnie zamierzał, o ile kradzież zostanie
wykryta, stanąć przed Herodem i zagrozić opowiedzeniem cesarzowi słów,
które usłyszał, ale w ostatnim momencie zabrakło mu odwagi; zdał sobie
sprawę, że Herod zagrożony szantażem gotów go zabić i dostarczyć później
świadków, że uczynił to w samoobronie. Woźnica należał do ludzi, których
głupota przyczynia wiele kłopotu innym, ale najwięcej im samym.
Herod, który domyślał się, gdzie przypuszczalnie mógł przebywać w Rzymie
zbieg, a nie przeczuwał zgoła, co się kryje na dnie sprawy, zażądał od
władz aresztowania złodzieja. Sprowadzony przed sąd woźnica skorzystał z przysługującego mu jako wyzwoleńcowi prawa i odwołał się do sądu
cesarskiego.
- Mam coś powiedzieć cesarzowi - dodał. - Coś, co dotyczy jego
osobistego bezpieczeństwa. Chcę powtórzyć pewne słowa, które usłyszałem,
jadąc z panem na spacer w stronę Kapui.
Urzędnikowi, który rozpatrywał sprawę, nie pozostawało nic innego, jak
odesłać oskarżonego pod eskortą na Capri.
Z tego, co już opowiedziałem o charakterze stryja Tyberiusza, łatwo
możecie się domyślić, jak zareagował na raport urzędnika. Zgadywał, że
woźnica najprawdopodobniej usłyszał jakieś niezbyt prawomyślne zdanie z ust Heroda, nie chciał jednak na razie badać dokładniej, o co chodzi.
Herod nie należał do ludzi, którzy by pozwalali sobie na niebezpieczne
rozmowy w obecności służby. Kazał więc woźnicę bez przesłuchania
zatrzymać w więzieniu, dziesięcioletniemu wówczas Gemellusowi polecił,
aby bacznie obserwował swojego wychowawcę i donosił o każdym jego słowie
czy czynie, który by wydał mu się podejrzany. Herod widząc, że Tyberiusz
zwleka z przesłuchaniem woźnicy, zaniepokoił się i omówił całą sprawę z Kaligulą. Obaj doszli do przekonania, że powiedzenie, do którego czyni
aluzje woźnica, nie zawiera w sobie nic takiego, czego by nie można
wyjaśnić, nadając słowom sens zupełnie niewinny. A im bardziej Herod
będzie nalegał na zbadanie woźnicy, tym łatwiej Tyberiusz uwierzy w dosłowne znaczenie "drewnianego miecza". Herod po prostu wyjaśni, że
rozmawiali o niejakim Żółtonogim, sławnym gladiatorze, który niedługo
potem wycofał się z areny i przy tej sposobności gratulował Kaliguli
jego szermierczych zdolności.
Herod zauważył, że Gemellus zachowuje się w sposób wysoce podejrzany;
podsłuchuje pod drzwiami i kręci się koło jego apartamentów o zgoła
dziwnych porach. Było jasne, że działał z polecenia Tyberiusza. Herod
więc udał się znowu do mojej matki, przedstawił jej całą sprawę i prosił, aby zechciała wpłynąć na przyspieszenie śledztwa. Pragnie,
wyjaśnił, żeby złodziej poniósł wreszcie karę, a zasłużył sobie na nią
tym bardziej, że czarną niewdzięcznością odpłacił panu, który go
dobrowolnie zaledwie przed rokiem wyzwolił. O zeznaniach, które woźnica
obiecywał poczynić, nie było mowy i matka, przychyliwszy się do prośby
swego ulubieńca, napisała do Tyberiusza list. Cezar, jak zwykle, odpisał
dopiero po pewnym czasie. Odpowiedź tę posiadam w swoich zbiorach, tak
że mogę ją tu przytoczyć dosłownie. Tyberiusz tym razem przechodził do
meritum sprawy bez żadnych wstępów.
Jeśli woźnica chce oskarżyć Heroda o jakieś nieprawomyślne słowa w tym
celu, aby osłonić własne przestępstwo, to głupotę swą dostatecznie
odpokutował dłuższym pobytem w moim niezbyt gościnnym więzieniu
mizeńskim. Właśnie zamierzałem go wypuścić z przestrogą, aby w przyszłości nie apelował do mnie od wyroku niższej instancji w tak
pospolitej sprawie jak kradzież. Jestem za stary i za dużo mam zajęć,
żeby mi zabierano czas podobnymi głupstwami. Jeśli jednak domagasz się,
abym zbadał sprawę, a okaże się, że istotnie wypowiedziano słowa
posiadające znamiona przestępstwa, Herod pożałuje natarczywości, z jaką
nalega na wszczęcie procesu. Jego chęć ściągnięcia surowej kary na
woźnicę może na niego samego ściągnąć jeszcze surowszą.
List ten wywarł taki skutek, że Herod jeszcze bardziej zapragnął, aby
przesłuchano więźnia, i to w jego obecności. Silas, który przybył do
Rzymu, odradzał mu, cytując przysłowie: "Lepiej nie ruszać Kamaryny".
(Niedaleko miasta Kamaryna na Sycylii znajdowały się malaryczne moczary,
które mieszkańcy osuszali ze względów zdrowotnych. Skutkiem tego miasto,
straciwszy swoją naturalną obronę, zostało zdobyte i zburzone). Herod
jednak nie chciał słuchać Silasa, który w ciągu pięciu lat niezamąconej
pomyślności stał się zbyt męczącym towarzyszem. A właśnie przyszła
wiadomość, że Tyberiusz wydał rozkaz, aby na jego przybycie przygotowano
wielką willę, którą posiadał w Mizenum (tę samą, w której później
umarł). Herod bezzwłocznie więc przygotował się do drogi. Postanowił
jechać razem z Gemellusem i zamieszkać w sąsiedztwie jako gość Kaliguli,
który posiadał willę pod Bauli. Towarzyszyć mu miała moja matka, która
jak pamiętacie pewnie, była babką Kaliguli i Gemellusa. Bauli leży na
północnym wybrzeżu Zatoki Neapolitańskiej, niedaleko Mizenum, całkiem
więc naturalne, że po przyjeździe Tyberiusza do Mizenum całe towarzystwo
z Bauli złożyło mu wizytę. Tyberiusz zaprosił ich na następny dzień na
obiad. Ponieważ więzienie, w którym ów woźnica pędził marny żywot,
znajdowało się opodal, Herod namówił moją matkę, aby w obecności
wszystkich poprosiła Tyberiusza o naznaczenie przesłuchania na to samo
jeszcze popołudnie.
Do Bauli byłem wprawdzie i ja zaproszony, lecz ponieważ ani stryj
Tyberiusz, ani matka nie przepadali za moim towarzystwem, wymówiłem się
od przybycia. O tym jednak, co się stało owego dnia w Mizenum, mam
dokładne wiadomości od całego szeregu naocznych świadków. Obiad był
bardzo wytworny i zarzucić mu można było tylko zbyt skąpą ilość wina.
Tyberiusz, idąc za radą lekarzy, nie pił teraz zupełnie, a goście,
wychyliwszy po pucharku z kurtuazji i przez ostrożność, nie kazali sobie
nalać powtórnie; służba też nie kwapiła się z napełnianiem opróżnionych
kielichów. Tyberiusz był w kiepskim humorze jak zwykle, kiedy nie mógł
pić; matka mimo to śmiało przypomniała sprawę z woźnicą i dopiero kiedy
Tyberiusz przerwał jej jakby mimowolnie i poruszył jakiś inny temat, na
razie dała mu spokój. Po obiedzie całe towarzystwo postanowiło przejść
się cienistą aleją, która otaczała miejscowy tor wyścigowy. Tyberiusz
kazał nieść się w lektyce, a matka, która na starość stała się dziwnie
żwawa, szła obok pieszo.
- Tyberiuszu - rzekła w pewnym momencie - czy mogę z tobą pomówić o sprawie tego woźnicy? Już najwyższy czas ją załatwić. Mam wrażenie, że
wszyscy odetchniemy swobodniej, jeżeli zechcesz dziś jeszcze ostatecznie
ją zlikwidować. Więzienie znajduje się o parę kroków i wszystko potrwa
kilka minut.
- Dałem ci już raz do zrozumienia, Antonio - odparł Tyberiusz - że
byłoby lepiej, gdybyś pozostawiła tę historię w spokoju. Ale skoro
nalegasz, dobrze, spełnię twoją prośbę. - Przywoławszy zaś Heroda, który
szedł z tyłu w towarzystwie Kaliguli i Gemellusa, oświadczył: - Na
prośbę mej bratowej przesłucham obecnie twego woźnicę, Herodzie Agrypo,
ale wzywam bogów na świadków, że czynię to wbrew własnym chęciom, pod
przymusem.
Herod gorąco podziękował cesarzowi za łaskę, a ten przyzwał Makrona i polecił mu bezzwłocznie przysłać woźnicę na przesłuchanie.
Przypuszczalnie poprzedniego wieczoru Tyberiusz miał z wnukiem krótką
rozmowę w cztery oczy. (W rok czy dwa później Kaligula zmusił Gemellusa,
żeby mu zdradził treść tej rozmowy). Na zapytanie dziadka, czy ma coś do
doniesienia na swego wychowawcę, Gemellus odparł, że nie słyszał ani nie
zauważył nic podejrzanego. Tyle tylko może powiedzieć, że w ostatnich
dniach Herod każe mu samemu czytać różne książki, a nie odbywa lekcji
osobiście, gdyż cały czas spędza w towarzystwie Kaliguli.
- A czy w twojej obecności nie rozmawiali czasem o pożyczkach? -
dopytywał się Tyberiusz.
Gemellus zastanowił się chwilę i przypomniał sobie, iż istotnie pewnego
razu Kaligula spytał Heroda o pożyczkę P.O.T., na co Herod odpowiedział:
- Później ci powiem o tym; małe smyki mają długie uszy.
Tyberiusz od razu się domyślił, że owe trzy litery oznaczały pożyczkę,
która miała być płatna post obitum Tiberii, tzn. po śmierci
Tyberiusza. Pozwolił więc Gemellusowi odejść, oświadczywszy, że sprawa
pożyczki P.O.T. jest bez znaczenia i że w dalszym ciągu ma do Heroda
pełne zaufanie. Bezzwłocznie jednak wysłał do więzienia zaufanego
wyzwoleńca, który w imieniu cezara kazał woźnicy powtórzyć zasłyszane
słowa. Woźnica uczynił zadość żądaniu, a wyzwoleniec doniósł o wszystkim
Tyberiuszowi, który po głębszym namyśle powtórnie wysłał go, aby nauczył
woźnicę, co ma mówić podczas badania. Kiedy więzień wykuł wreszcie na
pamięć, co kazano, wyzwoleniec dał mu do zrozumienia, że jeśli zezna,
jak należy, nie tylko odzyska wolność, lecz dostanie jeszcze nagrodę
pieniężną.
Przesłuchanie odbyło się na polu wyścigowym. Woźnica, zapytany przez
Tyberiusza, czy przyznaje się do kradzieży derek, zaprzeczył. Nie
poczuwa się do żadnej winy, oświadczył, Herod bowiem podarował mu te
derki i dopiero później pożałował swej hojności. Herod, oburzony
niewdzięcznością i kłamstwem, chciał przerwać zeznania, ale cesarz
przyzwał go do porządku i pytał oskarżonego dalej:
- Co jeszcze masz do powiedzenia na swoją obronę?
- A gdybym był nawet ukradł te derki, czego nie uczyniłem - podjął
woźnica - to mimo to nie zasługiwałbym na potępienie, bo mój pan jest
zdrajcą. Na krótko przed aresztowaniem mnie powiozłem księcia Kaligulę i mego pana, Heroda Agrypę, na spacer w stronę Kapui. W czasie drogi mój
pan powiedział: "Ach, żeby wreszcie nadszedł dzień, kiedy ten rębacz
skona, a ty jako następca obejmiesz władzę! Młody Gemellus nie będzie
dla ciebie przeszkodą. Bez trudu będzie można go się pozbyć ku ogólnemu,
a zwłaszcza mojemu zadowoleniu".
Te słowa całkiem wytrąciły Heroda z równowagi. Przez chwilę nie
wiedział, co ma powiedzieć, poza stwierdzeniem, że opowiadanie woźnicy
jest wierutnym łgarstwem. Tyberiusz zwrócił się do Kaliguli. Kaligula,
który był wielkim tchórzem, rzucał przerażone spojrzenia w stronę Heroda
w nadziei, że ten mu da jakiś znak, co ma mówić. Ponieważ Herod nie
reagował, zapewnił pośpiesznie, że może takie słowa zostały
wypowiedziane, lecz on ich nie słyszał. W przeciwnym razie na pewno nie
puściłby płazem zuchwalstwa, lecz natychmiast doniósł o tym cesarzowi.
Przypomina sobie, że dzień był wtedy bardzo wietrzny. Kaligula, kiedy
chodziło o jego życie, zdradzał najlepszych przyjaciół bez cienia
skrupułu, a tak baczył na każde słowo Tyberiusza, iż mówiono, że nigdy
gorszy pan nie miał lepszego niewolnika. Herod bronił się odważnie.
- Gdy chodzi o usłyszenie tego, co ktoś gdzieś powie przeciw tobie -
rzekł - to chyba nikt nie posiada lepszego słuchu niż twój syn. Jeżeli
więc on, który siedział obok, nie słyszał słów, o które mnie oskarżają,
nie mógł ich na pewno słyszeć woźnica obrócony do mnie plecami.
Lecz Tyberiusz powziął już decyzję. Zwrócił się do Makrona i rzucił
krótki rozkaz:
- Zakuć tego człowieka! - a potem do tragarzy: - Naprzód! - Tragarze
posłusznie ruszyli, a Herod, Antonia, Makron, Kaligula, Gemellus i reszta towarzystwa została, patrząc na siebie w osłupieniu. Kiedy
Tyberiusz, okrążywszy cały tor, zbliżył się znowu do miejsca, gdzie
niedawno odbył się sąd, Makron, który dotychczas nie był pewien, kogo
kazano mu zakuć, podszedł do lektyki i spytał:
- Wybacz, Cezarze, ale kogo mam uwięzić?
- Tego człowieka - rzekł Tyberiusz, wskazując na Heroda. Makron, który
wielce poważał Heroda, postanowił udać, że nie rozumie rozkazu. Miał
nadzieję, iż w ten sposób może zdoła skłonić cezara do zmiany decyzji.
- Przecież nie myślisz, Cezarze, o Herodzie Agrypie?! - zawołał ze
zdumieniem.
- Właśnie o nim - odburknął Tyberiusz.
Herod podskoczył do lektyki i wprawdzie nie upadł na ziemię, wiedział
bowiem, że Tyberiusz nie lubi, aby go traktowano jak wschodniego
monarchę, ale wyciągnął błagalnym gestem ręce i zaklinał się, że jest
najwierniejszym sługą cezara, że to zupełnie niemożliwe, aby dopuścił do
siebie choćby najlżejszą nielojalną myśl, a cóż dopiero głośno ją
wypowiedział. Zaczął wymownie opowiadać o swojej przyjaźni ze zmarłym
synem Tyberiusza, Kastorem, podobnie jak on ofiarą fałszywego
oskarżenia, i o wielkim zaszczycie, jakim było mianowanie go wychowawcą
cesarskiego wnuka. Tyberiusz spojrzał na mówiącego swoim zimnym,
złośliwym wzrokiem i przerwał drwiąco:
- Zachowaj tę mowę, mój szlachetny Sokratesie, na dzień procesu - a następnie, zwracając się do Makrona, rozkazał: - Zabrać go natychmiast
do więzienia. Może skorzystać z łańcucha, który zostawia mu jego uczciwy
woźnica.
Herod nie odpowiedział już na to ani słowa, podziękował tylko mojej
matce za jej szlachetną, choć bezskuteczną pomoc i ze skrępowanymi na
plecach rękoma pomaszerował do więzienia. W więzieniu tym, w ciasnych,
niezdrowych celach, pozbawieni łóżek i skąpo odżywiani, siedzieli
obywatele rzymscy, którym przyszedł do głowy pomysł apelowania od
wyroków niższych instancji do cezara. Niektórzy z nich siedzieli tam już
wiele lat, czekając, aż Tyberiusz znajdzie czas, żeby rozpatrzyć ich
sprawę.
Rozdział IV
ROZDZIAŁ IV
Przed bramą więzienia Herod spostrzegł greckiego niewolnika Kaliguli.
Chłopak biegł widać prędko, gdyż był całkiem bez tchu. W ręku trzymał
dzbanek na wodę. Herod domyślił się, że Kaligula chce dać mu w ten
sposób do zrozumienia, iż jest nadal jego przyjacielem, choć z obawy
przed Tyberiuszem nie mógł tego otwarcie potwierdzić.
- Taumaście! Na litość boską, daj mi łyk wody! - zawołał Herod. Dzień
był jak na wrzesień wyjątkowo upalny, a przy obiedzie, jak już
wspomniałem, zaledwie skosztowano wina. Niewolnik, jak gdyby tylko
czekał na wezwanie, podbiegł czym prędzej. Potwierdziło to
przypuszczenie Heroda i napełniło go wielką otuchą. Wziąwszy z rąk
niewolnika dzbanek, który jak się okazało, zawierał nie wodę, lecz wino,
wysuszył go prawie do dna. - Pozyskałeś sobie, chłopcze, wdzięczność
spragnionego więźnia - rzekł, oddając puste naczynie. - Gdy tylko znajdę
się na wolności, przyrzekam hojnie ci odpłacić za ten łyk. Dołożę
starań, żeby twój pan, który widać nie należy do tych, co opuszczają
przyjaciół w biedzie, uzyskawszy dla mnie wolność, dał ją tobie. A wtedy
zajmiesz w moim domu odpowiedzialne stanowisko. - Herod rzeczywiście
dotrzymał później tej obietnicy i Taumast został jego marszałkiem dworu.
Żyje po dziś dzień, przeszedłszy po śmierci Heroda na służbę do jego
syna.
Herod wkroczył w obręb więziennych murów w tej właśnie porze, kiedy
więźniowie zażywali ruchu na dziedzińcu. Podzieleni byli na grupy po
pięciu; każda piątka pozostawała pod opieką dozorcy śledzącego bacznie
najlżejszy ruch swoich pupilów. Surowy regulamin zabraniał więźniom
rozmawiać między sobą, chyba za wyraźnym pozwoleniem dozorcy. Pojawienie
się Heroda wywołało wśród gromady znękanych i zobojętniałych już ludzi
niemałe wrażenie. Po raz pierwszy zobaczyli wschodniego księcia
odzianego w płaszcz z autentycznej tyryjskiej purpury. Herod jednak, nie
skinąwszy nawet głową na powitanie, stanął i zapatrzył się w widoczny z dala dach Tyberiuszowej willi, jakby na nim mógł odczytać przyszły swój
los.
Wśród więźniów znajdował się pewien germański wódz, człek już niemłody,
który, w czasie gdy prowincje rzymskie sięgały za Ren, służył jako
oficer wojsk posiłkowych pod Warusem i za zasługi na polu bitwy otrzymał
obywatelstwo rzymskie. Kiedy Herman, wciągnąwszy w zasadzkę Warusa,
wyrżnął w pień całą jego armię, Germanin ów, chociaż nie walczył w szeregach Hermana ani nie udzielił mu żadnej pomocy (przynajmniej sam
tak twierdził), nie postarał się po bitwie niczym podkreślić własnej
lojalności względem Rzymu, lecz został naczelnikiem w swej plemiennej
wsi. Podczas wojny prowadzonej przez Germanika opuścił razem z rodziną
wioskę i skrył się w głębi kraju. Dopiero gdy brata mego odwołano do
Rzymu i minęło niebezpieczeństwo, odważył się powrócić do dawnej sadyby.
Jakoż niedługo potem wojska rzymskie podjęły jedną z tych
niespodziewanych wypraw, które urządzamy od czasu do czasu, aby utrzymać
ludzi w gotowości bojowej, a Germanom uprzytomnić, że wcześniej czy
później musimy odzyskać utraconą prowincję. Nieszczęśliwy traf chciał,
że ów naczelnik dostał się w czasie tej wyprawy do niewoli. Rzymski
legat chciał początkowo potraktować jeńca jako dezertera i kazał go
zasmagać na śmierć. Germanin jednak zaczął się zaklinać, że nigdy nie
dopuścił się żadnego przewinienia względem Rzymu, i, korzystając z przysługującego mu jako obywatelowi rzymskiemu prawa, odwołał się do
wyroku cezara. Nawiasem mówiąc, zapomniał już był do reszty swojej
obozowej łaciny. Teraz, zaintrygowany wyglądem Heroda, spytał strażnika,
rozumiejącego trochę po germańsku, kim jest ten smutny, piękny
młodzieniec stojący pod drzewem. Dowiedziawszy się, że to pewien Żyd
zajmujący w swej ojczyźnie wysokie stanowisko, poprosił, aby mu wolno
było z nim pomówić. Nigdy bowiem dotychczas nie spotkał człowieka tej
narodowości, a słyszał, że Żydzi pod względem inteligencji i odwagi nie
ustępują podobno nawet samym Germanom i można się od nich wielu rzeczy
nauczyć. On też, dodał, w swojej ojczyźnie zajmował wysokie stanowisko.
- No, to będziemy mieć tu cały uniwersytet - roześmiał się dozorca. -
Jeżeli, moi cudzoziemscy panowie, macie ochotę pogawędzić we dwójkę o filozofii, służę wam za tłumacza. Ale nie liczcie zbytnio na moją
niemczyznę.
Tymczasem zdarzył się dziwny wypadek. Herod, jak powiedzieliśmy, stał
pod drzewem, a nie chcąc, żeby przyglądający mu się z zaciekawieniem
dozorcy i więźniowie zauważyli, że płacze, zasłonił głowę płaszczem.
Nagle na gałęzi drzewa usiadła sowa i za chwilę kawałek łajna upadł na
płaszcz Heroda. Chociaż pojawienie się sowy w dzień należy do rzadkości,
nikt z wyjątkiem Germanina nie zwrócił uwagi na ten wypadek, gdyż
wszyscy byli zajęci Herodem.
Germanin za pośrednictwem dozorcy pozdrowił Heroda, zaznaczając przy
tym, że ma mu coś ważnego do zakomunikowania. Kiedy dozorca się zbliżył,
Herod odsłonił twarz i cały zamienił się w słuch, oczekiwał bowiem
ciągle wiadomości od Kaliguli i dopiero po chwili się zorientował, że
dozorca występuje tylko jako tłumacz jednego z więźniów.
- Wybacz mi, panie - ciągnął dozorca - ale ten oto Germanin chce
wiedzieć, czy zwróciłeś uwagę, że sowa poplamiła ci płaszcz. A pyta
dlatego za moim pośrednictwem, że łacina jego, jakkolwiek jest
obywatelem rzymskim, trochę zardzewiała w wilgotnym klimacie Germanii.
Herod mimo zawodu, który go spotkał, roześmiał się szeroko. Wiedział, że
więźniowie z braku zajęcia znaczną część czasu spędzają na wzajemnym
płataniu sobie figlów, a nie mniej od nich znudzeni dozorcy pomagają
czasem w tej zabawie. Nie chcąc więc, by go wzięto na kawał, nie
spojrzał na drzewo ani na płaszcz, lecz odpowiedział z humorem:
- Dziwne doprawdy rzeczy spotykają mnie, mój przyjacielu. Niedawno do
mojej sypialni wleciał przez okno flaming i złożywszy jajko w moim
trzewiku, wyleciał z powrotem... Żona nie mogła się uspokoić z tego
powodu. Gdyby to był wróbel, no, powiedzmy nawet sowa, nie wzbudziłby
ten fakt podejrzeń. Ale flaming...
Germanin jednak, który nie znał słowa flaming, nie zrozumiał dowcipu i zapytał znowu:
- Czy wiesz, co to znaczy, jeśli ptak upuści komu łajno na głowę lub
ramię? W mojej ojczyźnie wypadek taki uchodzi za bardzo dobrą wróżbę;
zwłaszcza jeśli uczyni to jakiś święty ptak, jak na przykład sowa, i nie
wyda przy tym zupełnie głosu. Głos sowy bowiem nie jest pomyślną wróżbą,
lecz gdy sowa ukaże się, nie wydając głosu, zwiastuje bardzo radosne
zdarzenia. My, Chaukowie, wiemy wszystko o sowach, sowa bowiem jest
naszym totemem i od niej bierze nazwę cały naród. Gdybyś był Chaukiem,
powiedziałbym, że to bóg Mannus wysłał tego ptaka na znak, że pobyt twój
w więzieniu nie potrwa długo, a wypuszczony na wolność, osiągniesz
najwyższą godność w swej ojczyźnie. Ale jak słyszałem, jesteś Żydem. Czy
możesz mi powiedzieć imię boga czczonego w twym kraju?
Herod, który wciąż jeszcze nie był pewien, czy Germanin żartuje zeń, czy
mówi poważnie, odparł dobrodusznie:
- Imię naszego boga jest zbyt święte, żeby je wymawiać. My, Żydzi,
mówiąc o naszym bogu, musimy posługiwać się omówieniem, a nawet
omówieniem omówienia.
Germanin, sądząc, że Herod pokpiwa sobie z niego, odrzekł:
- Nie myśl, proszę, że za swoje słowa oczekiwałem jakiejś nagrody;
zobaczywszy sowę, czułem się po prostu w obowiązku powinszować ci tak
dobrej wróżby. Chcę ci coś jeszcze powiedzieć. Dowiedz się jednak
najpierw, że jako wróżbita cieszę się w swoim kraju niemałym poważaniem.
Otóż jeżeli znowu kiedy ten sam ptak siądzie blisko ciebie i zacznie
hukać, pamiętaj, że choćbyś znajdował się u szczytu potęgi, chwile twego
szczęścia są policzone, a dni życia pozostaje ci tyle tylko, ile razy
odezwie się sowa.
Herod, który tymczasem całkiem już przyszedł do siebie, odrzekł:
- Zdaje mi się, że bzdurzysz, mój stary, ale piękniejszych bzdur nie
słyszałem od czasu powrotu do Italii. Dziękuję ci serdecznie za chęć
pocieszenia mnie. Jeśli kiedy odzyskam wolność, postaram się i ciebie
stąd wydostać. A jeśli okażesz się równie dobrym kompanem bez kajdan,
jak w kajdanach, niejeden wesoły wieczór spędzimy przy pucharze,
opowiadając sobie ucieszne historie.
Germanin odszedł urażony.
Tymczasem Tyberiusz rozkazał nagle swej służbie pakować rzeczy i jeszcze
tego samego wieczoru odpłynął na Capri. Jak przypuszczam, bał się, żeby
moja matka nie usiłowała nakłonić go do uwolnienia Heroda, a trudno
byłoby mu odmówić jej ze względu na przysługę, jaką oddała, wykrywając
spisek Sejana i Liwilli. Matka, widząc, że nie może obecnie nic zrobić
dla Heroda, co najwyżej wystarać się o możliwie najlepsze warunki w więzieniu, zwróciła się do Makrona, dodając, że będzie mu bardzo
zobowiązana, jeżeli zechce spełnić jej prośbę i zapewnić Herodowi jakie
takie wygody. Makron wahał się z obawy przed Tyberiuszem, ale matka
nalegała:
- Proszę cię jednak bardzo, zrób dla niego wszystko, co możesz, z wyjątkiem, oczywiście, ułatwienia ucieczki. Jeśli Tyberiusz dowie się i będzie niezadowolony, przyrzekam ci ponieść wszystkie skutki jego
niezadowolenia.
Muszę zaznaczyć, że matka z dużą niechęcią zdecydowała się prosić o przysługę Makrona, którego ojciec był jednym z naszych niewolników, lecz
miała wielką osobistą sympatię dla Heroda i byłaby uczyniła wszystko, co
leżało w jej mocy, byleby tylko ulżyć jego doli. Makron, któremu
pochlebiły prośby matki, przyrzekł wybrać dla Heroda dozorcę, który by
możliwie względnie traktował więźnia, a naczelnikiem więzienia mianował
pewnego osobiście znanego matce kapitana. Co więcej, postarał się o to,
żeby Herod jadał wraz z naczelnikiem i mógł codziennie pod eskortą
udawać się do miejscowej łaźni. Pozwolił też, by wyzwoleńcy Heroda
dostarczali swemu panu prowiantów i ciepłej pościeli (właśnie zbliżała
się zima), pod tym jednak warunkiem, że odźwiernemu powiedzą zawsze, iż
rzeczy te są przeznaczone dla samego naczelnika. Tak więc więzienne
doświadczenie nie było zbyt bolesne, chociaż podczas nieobecności
dozorcy przykuwano Heroda do ściany ciężkim żelaznym łańcuchem. Bardziej
dokuczała mu nieświadomość tego, co się dzieje z Cypros i dziećmi;
żadnych bowiem wieści ze świata nie dopuszczano do więźniów. Silas,
chociaż ominęła go satysfakcja udowodnienia Herodowi, że powinien był
posłuchać jego rady i dać spokój kamaryńskim moczarom, pilnował, by
wyzwoleńcy w porę i dyskretnie dostarczali więźniowi prowiantów i innych
potrzebnych rzeczy. Wreszcie, kiedy usiłował przemycić list do
więzienia, został sam uwięziony, lecz wkrótce zwolniony za kaucją.
Z początkiem następnego roku Tyberiusz postanowił przenieść się z Capri
do Rzymu i polecił Makronowi wysłać do stolicy wszystkich więźniów.
Zamierzał bowiem po przybyciu rozpatrzyć ich sprawy. Herod i jego
współtowarzysze niedoli zostali więc etapami wysłani do Rzymu i tam
osadzeni w aresztanckich barakach obozu gwardii, poza miastem.
Przypominacie sobie pewnie, że Tyberiusz, przerażony śmiercią swego
ulubionego jaszczura, którą wziął za zły omen, zawrócił pospiesznie
prawie spod samych murów Rzymu, a zaziębienie, którego nabawił się w drodze, zatrzymało go w Mizenum. Przypominacie sobie też pewnie, że
rozeszła się przedwczesna pogłoska o śmierci cezara i Kaligula puszył
się już w atrium i błyskał cesarskim sygnetem w oczy nadskakującej
gromadzie dworzan, kiedy rzekomy nieboszczyk nagle ocknął się z omdlenia
i mocnym głosem zażądał jedzenia. Ale tymczasem kurierzy zdążyli już
wyruszyć do Rzymu z nowinami o śmierci Tyberiusza i objęciu rządów przez
Kaligulę. Wyzwoleniec Heroda, ten sam, który mu swego czasu przyniósł
pieniądze z Akry, znajdował się właśnie koło rogatki miejskiej, kiedy
jeden z kurierów minął go galopem, wykrzykując po drodze nowinę o śmierci cezara. Wyzwoleniec popędził do obozu, wpadł do aresztu i biegnąc do Heroda, zawołał w podnieceniu po hebrajsku:
- Lew nie żyje.
Herod zadał mu szybko kilka pytań w tym samym języku, a z otrzymanych
odpowiedzi taką okazywał radość, że naczelnik więzienia, któremu
doniesiono o tym, przyszedł się dowiedzieć, jakie nowiny przyniósł
wyzwoleniec. Zaznaczył przy tym, że otrzymywanie przez więźniów
wiadomości z zewnątrz bez jego wiedzy jest sprzeczne z regulaminem.
Podobne wypadki nie mogą się na przyszłość powtarzać.
- Nie stało się nic takiego ważnego - wyjaśnił Herod. - Jeden z moich
krewnych z Edom zawiadamia mnie o przyjściu na świat męskiego potomka. -
Kiedy jednak naczelnik nie dał wiary tym słowom i domagał się wyjawienia
całej prawdy, Herod oświadczył wreszcie: - Cezar nie żyje.
Naczelnik, który zdążył się już do pewnego stopnia zaprzyjaźnić z Herodem, spytał wyzwoleńca, czy jest pewien, że wiadomość ta jest
prawdziwa. Wyzwoleniec wyjaśnił, że usłyszał ją bezpośrednio od
cesarskiego kuriera. Naczelnik zdjął wtedy własnoręcznie Herodowi
kajdany i rzekł:
- Taką okazję musimy, mój przyjacielu, oblać najlepszym winem, jakie się
znajdzie w obozie.
Siedzieli właśnie przy stole, obaj w najdoskonalszych humorach, a Herod,
dziękując za tyle okazywanych mu względów, rozpływał się nad dobrocią
naczelnika i rozwodził nad szczęśliwymi czasami, jakie nastaną za rządów
Kaliguli, kiedy nadeszła wiadomość, że Tyberiusz bynajmniej nie umarł.
Naczelnik, przestraszony nie na żarty, doszedł do przekonania, że Herod
umyślnie, chcąc go nabawić kłopotów, zaaranżował scenę z wyzwoleńcem.
- Marsz natychmiast z powrotem na łańcuch! - krzyknął wściekły. - I nie
myśl, że ci kiedykolwiek jeszcze uwierzę. - Herod musiał wstać od stołu
i w smętnym nastroju powędrować do celi. Ale, jak sobie przypominacie,
Makron nie pozwolił Tyberiuszowi zbyt długo cieszyć się odzyskanym
życiem. Pospieszył do sypialni cesarskiej i udusił Tyberiusza poduszką.
Znowu więc przyszły wieści o śmierci cezara, tym razem prawdziwe.
Naczelnik wołał jednak nie ryzykować i Herod całą noc spędził na
łańcuchu.
Kaligula chciał od razu wypuścić Heroda, ale - ciekawa rzecz -
sprzeciwiła się temu moja matka, która bawiła wtedy w Bajach, niedaleko
Mizenum. Wytłumaczyła ona Kaliguli, że nie wypada przed pogrzebem
Tyberiusza uwalniać więźnia oskarżonego o obrazę nieboszczyka. Godziła
się na powrót Heroda do Rzymu, uważała jednak za wskazane, żeby przez
pewien czas pozostawał w areszcie domowym. Tak więc Herod wrócił do
domu, lecz musiał chodzić w ubraniu więziennym i stale był pilnowany
przez swego dozorcę. Dopiero kiedy skończyła się oficjalna żałoba, Herod
otrzymał od Kaliguli polecenie, aby się ogolił, należycie przyodział i zjawił następnego dnia w pałacu na obiad. Tak, zdawało się, skończyły
się ciężkie dni mojego przyjaciela.
O ile dobrze pamiętam, nie wspomniałem dotychczas o śmierci stryja
Herodowego, Filipa, który umarł trzy lata przed wyżej opisanymi
wypadkami. Pozostała po nim wdowa, córka Herodiady, Salome, która
słynęła jako najpiękniejsza kobieta Wschodu. Gdy wieści o śmierci Filipa
nadeszły do Rzymu, Herod czym prędzej porozumiał się z wyzwoleńcem,
który był zaufanym doradcą Tyberiusza w sprawach Wschodu, i poprosił go
o pewną przysługę. Chodziło mianowicie o przypomnienie Tyberiuszowi, że
Filip nie pozostawił po sobie dzieci, i podsunięcie mu myśli, żeby nie
powierzał tetrarchii Basanu żadnemu z członków rodziny Heroda, lecz ze
względów administracyjnych włączył ją do prowincji syryjskiej. Pod
żadnym warunkiem natomiast nie należało przypominać Tyberiuszowi o królewskich dochodach tetrarchy, wynoszących sto sześćdziesiąt tysięcy
rocznie. Jeżeliby Tyberiusz zgodził się na podsunięty mu projekt i polecił zawiadomić namiestnika Syrii o przejściu tetrarchii pod jego
rząd, rzeczą wyzwoleńca będzie przemycić w piśmie urzędowym uwagę, że
dochody z tetrarchii mają być tezauryzowane aż do chwili, kiedy na
miejsce Filipa zostanie mianowany następca. W ten sposób Herod chciał
Basan i płynące z tego kraju dochody zarezerwować dla siebie. Teraz
podczas obiadu Kaligula, aby wynagrodzić Herodowi wszystko, co
przecierpiał, ofiarował mu całą tetrarchię wraz z dochodami i królewskim
tytułem. To od razu postawiło Heroda na nogi. Kaligula kazał też
skopiować w złocie łańcuch, którym Herod był przykuty w więzieniu, i kopię tę ofiarował mu w prezencie. W kilka dni później przyjaciel mój,
który nie zapomniał postarać się ani o uwolnienie starego Germanina, ani
o skazanie woźnicy za krzywoprzysięstwo (odebrano mu wolność i prawie na
śmierć obatożono), odpłynął rad i wesół na Wschód, by objąć w posiadanie
nowe królestwo. Towarzyszyła mu Cypros, jeszcze bardziej uradowana niż
mąż. W czasie pobytu Heroda w więzieniu mieszkała ona w domu młodszego
brata męża, Heroda Polliona, i budziła powszechną litość swoim mizernym
wyglądem. Była bowiem wyjątkowo przywiązana do męża i nawet do ust wziąć
nie chciała lepszej strawy niż ta, którą podawano Herodowi w Mizenum.
Płynąc na Wschód w towarzystwie nieodstępnego Silasa, szczęśliwi
małżonkowie, których przychylny los znowu zjednoczył, postanowili
zatrzymać się w Egipcie. Wylądowali w Aleksandrii i odwiedzili
Alabarcha. Herod zamierzał dostać się do miasta możliwie
niepostrzeżenie, nie chciał bowiem, żeby z jego przyczyny doszło do
jakichś awantur między Grekami a Żydami. Żydzi jednak, rozentuzjazmowani
przybyciem żydowskiego króla, cieszącego się szczególną łaską cesarza,
wyszli na jego spotkanie do przystani.
Kilkutysięczny tłum, odświętnie odziany, odprowadził Heroda do
żydowskiej dzielnicy Delta, wznosząc po drodze okrzyki: "Hosanna!
Hosanna!", i śpiewając radosne pieśni. Herod robił, co mógł, żeby
ostudzić entuzjazm, ale Cypros była tak zachwycona kontrastem między
obecnym a poprzednim ich przybyciem do Aleksandrii, że dla zrobienia
przyjemności żonie pozwolił swym rodakom w niejednym przebrać miarę. Z gniewem i zawiścią patrzyli na tę manifestację Grecy. Żył zaś wtedy w Aleksandrii niejaki Baba, popularna w całym mieście postać, matołek, a właściwie tylko udający matołka. Zebrał on na głównych placach miasta, a dzięki błazeństwom, które rozśmieszały ludzi, zbierał sporo miedziaków.
Tego Babę Grecy przebrali w strój będący karykaturą szat królewskich,
dodali mu straż przyboczną uzbrojoną równie groteskowo w miecze z kiełbasy, tarcze z połci słoniny i hełmy ze świńskimi ryjami i całemu
temu orszakowi kazali przemaszerować przez Deltę. Tłum krzyczał: "Marin!
Marin!", co znaczy "Król! Król!" Przed domami Alabarcha i jego brata
Filona błazeński orszak urządził demonstrację. Herod odwiedził dwu
przywódców ludności greckiej i zaprotestował przeciw tej demonstracji.
- Nie zapomnę - rzekł - o dzisiejszym widowisku. Mam wrażenie, że kiedyś
go pożałujecie.
Z Aleksandrii Herod z Cypros udali się w dalszą drogę do Jaffy, a stamtąd do Jerozolimy, gdzie odwiedzili dzieci. Zamieszkali w obrębie
murów świątyni jako goście arcykapłana, z którym porozumienie się było
dla Heroda rzeczą pierwszej wagi. Bardzo dobre wrażenie wywarło na
Żydach ofiarowanie przez Heroda jako wotum kajdan, którymi był przykuty
w więzieniu. Zawieszono je na ścianie skarbca świątyni. Następnie
królewska para ruszyła przez Samarią i pogranicze Galilei do swojej
nowej siedziby Cezarei Filippi, uroczej stolicy Filipa, wzniesionej
przezeń na południowych stokach Hermonu. W Cezarei podjęli zaległe
dochody gromadzone od śmierci tetrarchy. Wdowa po Filipie, Salome,
starała się usidlić Heroda, ale cały jej uwodzicielski kunszt nie
odniósł żadnego rezultatu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki