Szanghaj
K illorain przyszedł na świat w 1826 roku w hrabstwie Clare na zachodnim wybrzeżu Irlandii. Wychowywał się w rodzinie o silnych tradycjach nacjonalistycznych. Z racji swojego temperamentu wkrótce zaczęło się robić wokół niego zbyt gorąco w kraju ojczystym. Udał się więc do Francji, ale i tam nie czuł się bezpiecznie, dlatego postanowił zaciągnąć się na okręt, co zawsze wydaje się dobrym sposobem na życie pełne przygód.
Dyscyplina nie była jego mocną stroną, dlatego często pakował się w kłopoty. Rzadko odbywał więcej niż jeden rejs na tym samym statku, a często nawet i tego jednego nie kończył w porcie przeznaczenia. Był niczym - by użyć polinezyjskiego określenia - rai rewa, mknące po niebie, białe, lekkie jak puch, przyniesione przez pasat obłoki, które rodzą się z morza i żeglują znad jednej wyspy ku drugiej. Jak twierdził Sverre Holmsen
, szwedzki pisarz urodzony w Transwalu:
"rairewa płyną ku górom jak wielkie ptaki i są przez chwilę widoczne, by za moment zniknąć . Inne przyjdą na ich miejsce. Obłoki rairewa rozpływają się w łagodnym deszczu, spadają kaskadami z progów skalnych, podążają w dal strumieniem i rzeką ku morzom, a później wracają na skrzydłach wiatru - niekiedy następnego dnia, niekiedy za rok. Rai rewa to obłoki, które podróżują, nie spiesząc się i o których śpiewa się wiele pieśni".
Ludzi podobnych do rairewa rodzi morze, żeglują od wyspy do wyspy. Bywają za pan brat z rzekami i lubią wędrować po zboczach gór. Żeglują z wiatrami hen daleko, gdzie zaledwie wzrok sięga, albo nawet na krańce tego świata. Czasami wracają nazajutrz, czasami dopiero po latach. Rairewa spotykają się i rozstają - na morzach i wśród palm. Wynurzają się nagle i znikają tak samo szybko jak białe obłoki przyniesione przez pasat.
Killorain po raz pierwszy zamustrował się licząc dziewiętnaście wiosen, pięć lat później miał już za sobą wizyty w niemal wszystkich ważniejszych portach świata: od Kapsztadu przez Aleksandrię po San Francisco. Po zejściu na ląd przez tydzień-dwa poznawał "uroki" każdego z miast.
Do znamiennego w skutki zdarzenia doszło w Szanghaju, gdzie spotkał niejakiego Artura Browna, a przynajmniej tak się ów Jankes przedstawiał. Ponoć zaledwie rok starszy od Killoraina, też był człowiekiem morza. Do ich poznania doszło w dość szczególnych okolicznościach. Killorain, nie mając specjalnie nic do roboty, spacerował ulicą w dzielnicy pełnej lokalnych herbaciarni, które stanowiły zwykłą przykrywkę dla domów schadzek. Biali mieszkańcy Szanghaju wykorzystywali pomieszczenia na tyłach budynków na tajne spotkania, najczęściej ze swoimi kochankami.
Ze zwyczajem tym wiąże się pewna zabawna anegdota, z dwoma znanymi urzędnikami brytyjskimi w rolach głównych. Pierwszy z nich był już zasiedziałym rezydentem, drugi przybył na placówkę stosunkowo niedawno. Natknąwszy się na siebie przypadkiem, rozpoznali się jako dawni koledzy z ławy szkolnej.
- Musimy to uczcić drinkiem - oświadczył stary wyga i poprowadził kompana do jednej z herbaciarni. Jednak w progu przybytku zawrócił gwałtownie, blednąc na twarzy. Drugi, zdziwiony zachowaniem druha, zajrzał do środka i również wycofał się w popłochu.
- Do licha! - wykrzyknął pierwszy. - Nie możemy wejść do środka, moja żona pije tam herbatę z moją nową kochanką!
Na takie dictum jego kolega rzucił mu zszokowane spojrzenie, po czym mruknął:
- Taaak? To zabawne, właśnie miałem powiedzieć to samo...
Trudno powiedzieć, czy anegdotka jest prawdziwa, ale spotkanie Killoraina z Brownem miało rzeczywiście miejsce. Irlandczyk spostrzegł Jankesa wychodzącego z herbaciarni, a potem z lekkim zdziwieniem obserwował, jak ten stanął w rynsztoku, kołysząc się na piętach i trzymając jedną ręką za czoło. Miał piaskowe włosy i piegowatą twarz.
- Wszystkie baby to diabelski pomiot - wymruczał.
Killorain przechodzący koło niego zatrzymał się na dźwięk angielskiej mowy.
- Święta prawda, przyjacielu - zagaił.
Jankes podniósł głowę, powiódł wzrokiem dookoła, po czym zatrzymał spojrzenie na wypowiadającym powyższe słowa.
- Jeśli kpisz sobie ze mnie, możesz tego zaraz pożałować - ostrzegł.
- Chciałem wyrazić współczucie, nie zirytować cię.
- Paddy, co? - zapytał retorycznie, używając gwarowej nazwy mieszkańca wyspy Świętego Patryka. - To prawie tak jak ja, bo we mnie też płynie trochę irlandzkiej krwi. Co powiesz na drinka, kolego, bo poznaję po ubiorze, że też jesteś żeglarzem?
- Niezła myśl.
- Znam fajny lokalik - powiedział, po czym nie czekając na odpowiedź, ruszył w stronę portu. Jednak już po kilku krokach zatrzymał się i wyznał z rozbrajającym uśmiechem:
- Szkopuł w tym, że pewna chińska lady oskubała mnie do gołej skóry.
- Następnym razem ty postawisz. Mam co nieco. Wprawdzie oszczędzałem na czarną godzinę, ale taka okazja wymaga poświęcenia - roześmiał się Irlandczyk z beztroską typową dla młodzieńców w jego wieku.
Spotkanie Europejczyka wśród Azjatów i możliwość rozmowy o rodzinnych stronach pokonała zdrowy rozsądek. Dwa wilczki morskie natychmiast znalazły wspólny język przy kieliszku. Gdy Killorainowi skończyła się gotówka, Brown zniknął na godzinę, by w tym czasie napaść i obrabować jakiegoś Anglika, co nie było jego pierwszym tego rodzaju przestępstwem. Urodził się w purytańskiej rodzinie z Nowej Anglii, lecz szybko wpędził pewną dziewczynę w tarapaty, po czym zwiał w te pędy, mając policję na karku. Obaj doszli do wniosku, że co dwie głowy, to nie jedna, a co cztery pięści, to nie dwie.
- Musimy jednak zmienić szanghajski klimat - stwierdził Jankes. - Ofiara mogła mnie zapamiętać i przekazać rysopis policji.
- Zamustrujemy się na byle jaki statek, a gdyby warunki nam nie odpowiadały, zawsze możemy ulotnić się w pierwszym porcie, do jakiego zawiniemy - zaproponował Killorain.
W trakcie tych ustaleń dosiadło się do nich dwóch żeglarzy. Jeden z nich był Hiszpanem, na co wskazywało już samo jego nazwisko: Diego Alvarez, choć on sam utrzymywał, że jest obywatelem świata. Killorain powinien wyczuć kłopoty, gdy tylko rzucił okiem na tego hombre, a poczuł jedynie smażoną fasolę. Hiszpan miał cienki, długi nos, który - wcześniej złamany - zrósł się nieprawidłowo. Z jego oblicza spoglądały ciemnobrązowe oczy, które nie dość, że były zbyt blisko siebie osadzone, to w dodatku jedno z nich lekko zezowało. Przez twarz Hiszpana na skos od lewego ucha przez wąskie usta biegła blizna, która nadawała jej właścicielowi wyraz najnikczemniejszej gęby pod słońcem. Zdawało się, że reprezentował typ człowieka, który nawet własnej matce ukradłby sztuczne zęby.
Jego gadatliwy nad wyraz kompan nazwiskiem Barrett też popisywał się wiedzą o wszystkich możliwych krajach, niby jakaś chodząca encyklopedia, o co trudno go było podejrzewać na podstawie jego powierzchowności. Długi i chudy, miał twarz nieco otwartą, i nie tyle ona, ile ciemne iskrzące oczy zwiastowały niekiepski rozum. Dziurawy kapelusz okrywał włosy długie, usiłujące skręcać się nieco w pukle, opadające na zaniedbane odzienie marynarskie. Był Anglikiem, co potwierdzała wytatuowana gwiazda w zagłębieniu dłoni, między kciukiem a palcem wskazującym. Tak zwykli tatuować się brytyjscy marynarze, a zwyczaj ten przetrwał w niektórych portach do dziś. Pierwotnie tatuaż ten wyrażał prośbę do Wenery, bogini morza i Jupitera, boga atmosfery, o zapewnienie żeglarzowi bezpiecznego powrotu na ląd, jako że gwiazda jest symbolem nadziei, ale także przewodnikiem.
Nie było żadnych wątpliwości, że w tej parze pierwsze skrzypce gra Iberyjczyk, zwłaszcza że można było się przekonać, iż jest lepiej wykształcony niż przeciętny majtek. Spotkanie marynarskiej braci tego rodzaju nie jest niczym niezwykłym w żadnym porcie świata nawet w dzisiejszych czasach. Równie często kończy się też w podobny sposób jak i w tym przypadku: Killorain i Brown, zamroczeni ilością wypitych trunków, po jakimś czasie stracili świadomość.
Gdy Irlandczyk ocknął się wreszcie, skonstatował, że jest na statku, i to statku znajdującym się na morzu. Z poprzedniego wieczoru przypominał sobie jedynie, że Alvarez uderzył go dwa razy, i że po jego ciosach całkowicie stracił przytomność. W międzyczasie musiał przebudzić się także Brown, bo z jego strony dobiegać zaczęły odgłosy godne duszy potępionej. O ilości alkoholu, jaki wczoraj pochłonęli, świadczył ciągnący się od niego oddech - tak nieświeży, że szpaki pospadałyby z drzew jak przejrzałe czereśnie, gdyby tylko na nie go skierował. Kolejnym faktem, jaki dotarł do świadomości Killoraina, było zniknięcie zawartości jego kieszeni, w których ostał się jedynie składany nóż, kawałek sznurka i parę mniej wartościowych drobiazgów. Cwany Irlandczyk miał jednak w butach schowane na czarną godzinę dziesięć dolarów, w banknotach po pięć w każdym z trzewików. Z westchnieniem ulgi przyjął fakt, że te nie zniknęły. Pieniądze - nie buty, choć i to się często zdarzało. Nie zniknęły niestety również kłopoty, które pojawiły się wraz z nadejściem Alvareza. Ten zaklął na dzień dobry:
- Por las entra?as de Dios! - Jak każdy bowiem świątobliwy Hiszpan lubił przekleństwa typu anatomiczno-religijnego.
Następnie Killorain i Brown otrzymali ciosy i kopniaki, które obu doprowadziły do wymiotów. Musieli teraz wysłuchać perory swojego nowego bosmana zwieńczonej litościwym objaśnieniem im ich położenia:
- Nie znaleźliście się na pokładzie w celu odbycia rejsu wycieczkowego, lecz aby ciężko pracować! Jeśli będziecie się dobrze spisywać, to może ujrzycie jeszcze stały ląd, w innym przypadku pójdziecie na dno z kamieniem uwiązanym do szyi!
Nic dziwnego, że dezercja była jedną z plag ówczesnej marynarki. Werbowano marynarzy skąd się tylko dało, podstępem zwabiano na statki, nie gardzono przymusowymi łapankami we własnej flocie. W czasie panowania wielkiego króla Ludwika XIV, list pisany przez jakiegoś uprzejmego oficera, zajmującego się werbunkiem rekruta w głębi Francji, i adresowany do władz marynarki jednego z portów francuskich, brzmiał jak następuje:
"Wielmożny Panie!
Niniejszym przesyłam Mu stu ochotników, których Mu przyobiecałem. Jeżeli Pan zechce otrzymać jeszcze stu ludzi, mogę ich Panu dostarczyć, proszę jednak uprzejmie o przysłanie mi z powrotem kajdanków"
..
Ledwie statek handlowy wrócił po długiej nieobecności do macierzystego portu, a już dybali nań zawodowi łapacze. Rejsy trwały nieraz całymi latami, marynarze pływali w najbardziej prymitywnych warunkach. Kiepskie jadło, szkorbut, straszna ciasnota w pomieszczeniach załogi, rzadkie przepustki na ląd, rejsy w nieznane - wszystko to odstraszało ludzi od zaciągu na żaglowce, gdzie załogę różnego autoramentu obowiązywała surowa dyscyplina i ślepe posłuszeństwo wobec kapitana. Był on bowiem panem życia i śmierci dla podległych sobie marynarzy dopóty, dopóki się nie zbuntowali. Wówczas role się odwracały i kapitan zawisał na najwyższej rei albo, w najlepszym przypadku, wylatywał za burtę. Tylko ludzie o wyjątkowo silnym charakterze dobrowolnie godzili się na służbę na okrętach, gdzie sześć uderzeń dziewięcioramiennym biczem zaopatrzonym w wielkie supły zdzierało całkowicie skórę z pleców. A przecież trzy tuziny smagnięć marynarskim "kotem" były - choćby w angielskiej flocie - karą powszechną. Z tego właśnie powodu nieraz dochodziło do wybuchów niezadowolenia na pokładzie. Jednym z najsłynniejszych przykładów jest incydent na "Bounty", wywołany trudnymi warunkami służby - wśród zbuntowanych znajdowało się czternastu najciężej pracujących marynarzy. I trudno się dziwić, gdy zapoznać się z poniższą perorą osławionego kapitana Williama Bligha skierowaną do porucznika Fletchera Christiana:
- Ten okręt jest brudny, widzi pan? Tu i tu i tu! Pan już zwolnił ludzi, podczas gdy pokład lepi się od brudu! Widzi pan?
- Widzę tylko pana palec, sir - odpowiedział jeszcze ze spokojem jego oficer, choć do wybuchu słynnego buntu pozostało już niewiele godzin, a jeszcze mniej cierpliwości załogi.
- To hańba! Radziłbym wezwać ludzi i tym razem zrobić wszystko tak, jak należy. Nie chcę brudu na moim okręcie. Zrozumiano? Proszę znów wezwać ludzi do mycia i tym razem dopilnować, żeby pokład lśnił, albo pociągnę pana do odpowiedzialności. Mój okręt to nie tubylcza chata. Zrozumiano? Świnie w chlewie mają lepsze pojęcie o czystości niż wy! Wyszorujcie ten pokład albo każę wam go wymyć jęzorami!
Nie bez kozery w osiemnastowiecznych dokach portowych krążyło powiedzenie: "Ci, którzy dla przyjemności idą na morze, dla rozrywki poszliby do piekła".
Podczas długiej podróży Jamesa Cooka po Oceanie Spokojnym do worka z dyscypliną sięgano z przygnębiającą regularnością. Pewnego dnia wychłostano aż trzech ludzi, w tym jednego za to, że "nie wywiązał się z obowiązku wychłostania pozostałych dwóch". Do końca podróży Cook zdążył wychłostać co piątego członka załogi, co było przeciętnym wynikiem jak na osiemnastowieczną podróż.
- Jezu! - stęknął z rezygnacją Brown na widok brygu o imieniu "Słodka Alicja", który został nowym "domem" Killoraina oraz jego własnym. - Już sam jego wygląd musi zniechęcać do myśli o zamustrowaniu się na jego pokład.
- Ta łajba jest tak brudna i cuchnąca, że aż nie wiadomo, w jaki sposób morze potrafi odnaleźć kil - wtórował mu kompan w niedoli.
- I w ogóle zorientować się, że jest to statek, a nie jakiś śmieć lub odbicie światła.
Wreszcie sam pokład, któremu w tej chwili przyglądał się Killorain, niczego nie widząc ani nie rozumiejąc, pokład wypełniony bezładnie rzuconymi sprzętami. Na ożaglowanie brygu - zbudowanego w Nowej Anglii, ale z portem macierzystym w Nowym Jorku - składał się bomkliwer, kliwer, sztaksel foka, bezan i bombramżagle powyżej marseli, przez co wydawał się niezwykłą jednostką. Z pewnością został tak skonstruowany, aby płynąć jak najszybciej, lecz jego nietypowy takielunek i omasztowanie wywoływało wrażenie, że w każdej chwili miałby się wywrócić do góry dnem. Żaglowiec był w dodatku konstrukcją starą i nie w pełni wyposażoną. "Słodka Alicja" nie zasługiwała wprawdzie na miano statku piekielnego, ale była z pewnością tego określenia bliska. Pod pokładem znajdowała się istna kopalnia brudu, a zardzewiałe zęzy zamieszkiwały wszystkie chyba gryzące i tnące insekty świata.
Kapitan był - jak to się często, acz niezbyt elegancko, mówi - makaroniarzem. Pierwszy mat był dobrym marynarzem, ale człowiekiem o słabym charakterze. Drugi zaś był niezdarnym, ale brutalnym chłopiskiem, co klasyfikowało go tylko nieznacznie powyżej półgłówka. Stary kapitan przez cały rejs za wyjątkiem jednego dnia był pijany i rzadko widywany, przez co na statku rządziło zło wcielone pod postacią Alvareza, który do tego stopnia terroryzował ludzi, że na pokładzie nie znalazłby się ani jeden człowiek, nie noszący dowodów jego "uwagi".
Po zawinięciu do Szanghaju trzem szczęściarzom udało się zniknąć po angielsku. Z tego właśnie powodu na krótko przed wypłynięciem Alvarez wyprawił się na ląd w celu uzupełnienia załogi. Wtedy to w jego sidła wpadł Killorain, który wkrótce stał się "ulubieńcem" bosmana. Rejs był monotonny niczym piosenka country, ponieważ ze względu na przeciwne, niesprzyjające wiatry statek posuwał się bardzo wolno, w przeciwieństwie do nienawiści, która narastała w Irlandczyku w szybkim tempie. Już nie chciał wyłącznie oddać Alvarezowi, pragnął jego śmierci. Czekał tylko na sposobność. A ta nadarzyła się pewnej nocy, gdy zaległa mgła tak gęsta, że nic nie było widać na wyciągnięcie ręki. Gdy ucichł już dzwon okrętowy wybijający cztery szklanki, co oznaczało dziesiątą wieczór, do uszu Killoraina doszedł nieznaczny szmer. Kiedy się odwrócił, zamarł niczym koala na eukaliptusie. Dojrzał bowiem opartego o burtę i zatopionego w myślach Alvareza, który palił spokojnie cygaro. Jednak próba zamachu nie powiodła się, gdyż jakiś szósty zmysł ostrzegł bosmana. Dla Killoraina sprawa zakończyła się kontuzją ramienia i obolałą grdyką, ponieważ Hiszpan mało go nie udusił.
- Życie ci niemiłe?! - syknął, wtapiając swoje stalowe spojrzenie w oczy niedoszłego zamachowca.
Mimo wszystko od tego momentu Alvarez zostawił go w spokoju. Początkowo skierował swoje zainteresowanie w stronę niepozornego chłopczyny również "zwerbowanego" w Szanghaju. Coś mu w nim nie grało, ale na szczęście dla niego, a właściwie dla niej, nie zorientował się w czym rzecz, mimo że często żartował z niego:
- Refujesz żagle gorzej od baby! - co było dość niesprawiedliwym dla słabszej płci osądem.
Historia odnotowuje bowiem wiele przypadków, kiedy to na morze wyruszały kobiety. W tamtych czasach większość kobiet pochodzących z klasy robotniczej była przyzwyczajona do ciężkiego życia, długotrwałej pracy i wysiłku fizycznego. Jeżeli więc kobieta była wystarczająco silna i sprawna, większość prac wykonywanych przez marynarzy nie przekraczała jej możliwości, tyle że życie pod pokładem oznaczało ciągłą wilgoć, brak światła, wszechobecny zapach smoły, brudnej wody i niemytych ciał.
Jedną z głównych przyczyn, dla których tak łatwo udawało się kobietom ukrywać przed mężczyznami swą płeć, było to, że zazwyczaj wyglądały jak dorastający chłopcy. Każdy statek, zarówno handlowy, jak i wojenny, miał na pokładzie chłopców okrętowych. Niektórzy mieli zaledwie po 9-10 lat, a większość z nich było nastolatkami. Marynarka chętnie angażowała chłopców, szybkich i zwinnych na rejach, bo już w młodym wieku mogli uczyć się skomplikowanych zasad nawigacji i żeglarstwa.
Strój żeglarza idealnie nadawał się do tego, by ukryć kobiece kształty. Składał się z luźniej koszuli i kamizelki lub kubraka, workowatych spodni lub bryczesów, które przypominały szarawary, oraz chusty na szyję. Marynarze często nosili długie włosy, związane w koński ogon lub zaplecione w warkocz. Wystarczyło jedynie obwiązać piersi, aby nie było ich widać pod koszulą.
Przypadek na pokładzie "Słodkiej Alicji" nie był zatem ewenementem. Tymczasem jednak Alvarez upatrzył już sobie nową ofiarę - zwerbowanego w Rio de Janeiro marynarza nazwiskiem Juan Damerion - prawdopodobnie mieszańca krwi indiańskiej i hiszpańskiej, który był dość dobrym żeglarzem, ale jednocześnie człowiekiem brudnym i niechlujnym. Bosman przez tydzień dręczył biedaka, aż ten doprowadzony do ostateczności rzucił się na niego z nożem w ręku. Świadkiem tej sceny był Killorian.
Początkowo Hiszpan i Metys siedzieli na stosie lin i zabawiali się butelką ginu. Alvarez klarował coś Damerionowi, który ze zwykłą obojętnością przyjmował to do wiadomości albo udawał, że tak robi. Killorain nie słyszał, co było przedmiotem tego monologu, ujrzał tylko, w momencie, gdy wciągał na pokład kubeł wody, błyśniecie noża w ręku Juana i pchnięcie nim w kierunku bosmana. Ale ten, szybki jak kot, za pierwszym poruszeniem ręki napastnika, stoczył się na bok. W mgnieniu oka już dwóch trzymało Metysa w objęciach, trzeci wydzierał mu z dłoni nóż.
- Zwariowaliście?! - krzyknął drugi mat, który pojawił się nie wiadomo skąd. - Rozejść się do swojej roboty! Wszyscy! - zakomenderował.
Potem okazało się, że Damerionowi udało się jednak ugodzić Alvareza w ramię, czego ten mu nie zapomniał i z nastaniem nocy w rewanżu zmasakrował jego twarz, zamieniając ją w krwawą miazgę oraz łamiąc mu przy okazji kilka żeber. Skatowany Metys wymagał opieki, a ponieważ rzucał się niespokojnie, wyznaczono pary, które miały go na zmianę doglądać. Przebywający w pobliżu Metysa Killorain usłyszał jego majaczenia:
- ... navegador ... tesoro ... iglesia ... pisco ...
Nie znając hiszpańskiego, niewiele z tego zrozumiał. Pojął jedynie, że wykrzykuje coś o jakimś żeglarzu, skarbie i kościele, przy czym najczęściej powtarzało się słowo "pisco". W tej samej chwili Killorain dojrzał też skupioną twarz Alvareza, który jednak nie zwracał najmniejszej uwagi na Irlandczyka. Jego zainteresowanie wzbudzał wyłącznie mamroczący Brazylijczyk, który w malignie próbował właśnie zsunąć się z koi. Killorain usiłował go zatrzymać, a pomagał mu w tym - o dziwo - Alvarez. I to delikatnie!
- Chwyć go ostrożnie pod pachy - mruknął do Irlandczyka.
To nie był koniec cudów, gdyż despotyczny bosman otarł pot z czoła pobitego, przemawiając uspokajająco po hiszpańsku. Siedząc obok Dameriona, gasił odrobiną wody męczące go pragnienie, śledząc najmniejsze poruszenie warg i wsłuchując się z natężeniem w najcichsze westchnienie. Po chwili wziął go nawet za rękę tak, jak to się czyni z chorym dzieckiem lub ukochaną osobą. Łagodna perswazja w jego głosie odniosła skutek. Chory uspokoił się, co bosman wykorzystał na zadanie mu kilku pytań. Na niektóre z nich uzyskał odpowiedź, na inne nie. Było coś zadziwiającego w tym, jak na Brazylijczyka wpłynęła prawdopodobnie jakaś obietnica złożona przez Alvareza, który mijając Killoraina zapytał:
- Znasz ten język?
Irlandczyk potrząsnął przecząco głową.
- Mam nadzieję, że nie kłamiesz - wolno odpowiedział bosman i wspiął się po drabinie na górny pokład.
Gdy Brown dowiedział się od Killoraina o zajściu, był przekonany, że wkrótce dojdzie do jakiegoś nieszczęśliwego wypadku.
- Uważaj - radził towarzyszowi. - Wkrótce przekonasz się, że Alvarez mimo to obawia się, czy aby jednak nie zrozumiałeś bezładnych słów Brazylijczyka - prorokował złowróżbnie.
I rzeczywiście wilk nie mógł się długo ukrywać w ludzkiej skórze, ale jego ofiarą nie stał się Killorain, ale ponownie Juan Damerion. W nocy obudziły Irlandczyka komendy Alvareza, który odsyłał ludzi na rufę. Niedługo potem słyszeć dał się złowieszczy plusk, a gdy o czwartej rano, przy zmianie wachty, odkryto nieobecność Brazylijczyka - wszystko było jasne, przynajmniej dla Killoraina. Wahał się, czy wyjawić prawdę i narazić się na podobne niebezpieczeństwo, czy raczej trzymać język za zębami. Mimo że wybrał drugie rozwiązanie, Alvarez przez następne dni wodził za nim badawczym wzrokiem.
Pewnej nocy doszło do kolejnej nietypowej reakcji Hiszpana. Zerwał się bowiem bardzo mocny wiatr, a że na masztach rozpiętych było zbyt dużo żagli, stwarzało to realne zagrożenie, że "Słodka Alicja" może się wywrócić. W tej sytuacji na pokładzie musiały się zameldować wszystkie ręce zdolne do pracy. Killorain, wyrwany z głębokiego snu, był jeszcze nieco zaspany, gdy został wyznaczony do zwinięcia jednego z żagli. Pomagał mu w tym sam Alvarez. Wtem nastąpił gwałtowny podmuch i poluzowany żagiel uderzył z taką siłą, że Killorain poślizgnął się tracąc oparcie pod stopami. Jak nic roztrzaskałby się o pokład, spadając z wysokości kilkunastu metrów, gdyby Alvarez nie chwycił go w ostatniej chwili za nadgarstek, mało nie wyrywając mu ramienia ze stawu. Killorain mógłby przysiąc, że usłyszał, jak mięśnie bosmana niemal zatrzeszczały z ogromnego wysiłku. Gdy Irlandczyk doszedł do siebie, zapytał ze zdumieniem:
- Dlaczego, do diabła, to zrobiłeś?
Hiszpan spojrzał na niego z dziwnym błyskiem w czarnych oczach.
- Może chcę, żebyś pożył jeszcze trochę? - odpowiedział wzruszając ramionami. - A może wkrótce będę miał dla ciebie pewną propozycję, amigo?
Szczególna modulacja głosu, jaką Killorain wychwycił w ostatnim zdaniu wypowiedzianym przez Alvareza, zabrzmiała dość intrygująco. Tymczasem bosman odwrócił się i odszedł, pozostawiając Killoraina, jeśli nie w osłupieniu, to co najmniej w lekkiej konsternacji. Początkowo - jakby na potwierdzenie oklepanej prawdy, że prozę życia ubarwia niektórym poezja donosów - nosił się z zamiarem wskazania na Alvareza jako mordercy, gdy tylko dobiją do pierwszego cywilizowanego portu. W tej sytuacji byłoby jednak czarną niewdzięcznością wobec nowego kompana, który bądź co bądź naraził dla niego własne życie. Ostatecznie postanowił poczekać i zorientować się, w jakim kierunku potoczą się sprawy.
Przez resztę rejsu do Bojnes
bosman traktował Killoraina względnie normalnie, czyli przestał go bić i szykanować, co nie oznaczało jednoczesnego publicznego okazywania jakiejś serdeczności czy przyjaźni. Na statku służyło trzech oficerów: mat, drugi mat oraz bosman i to oni wymieniali się wachtami między sobą, w związku z czym niekiedy wypadała mu zmiana z Alvarezem.
Tej nocy, gdy migające światła argentyńskiego portu były już widoczne jak białe skarpetki podczas rautu w ambasadzie i żaglowiec oczekiwał na wejście do zatoki, wachtą dowodził właśnie Hiszpan, który w pewnym momencie odciągnął go na bok.
- Słuchaj, Killorain - zagaił, lustrując go badawczym wzrokiem. - Jesteś gotów puścić stare urazy w niepamięć? Jeśli tak, to mam plany związane z twoją osobą.
Irlandczyk był tak zaskoczony jego pytaniem, że było go stać tylko na dość głupawą odpowiedź:
- Cóż, uratowałeś mi życie, to zmienia postać rzeczy.
Alvarez roześmiał się cicho.
- Może istotnie tak było, ale teraz słuchaj, amigo, chcesz zarobić? Dużo zarobić?
- Kto by nie chciał?
- Łączy się z tym jednak ryzyko, tak samo duże.
- Nie boję się ryzyka, jeśli dzięki temu można się wzbogacić.
Hiszpan z aprobatą skinął głową na takie dictum i uśmiechnął się przyjaźnie. Killorain tymczasem miał wrażenie, że już śni na jawie o Wyspie skarbów Roberta Louisa Stevensona, że widzi, jak Długi John Silver chodzi po pokoju, pod jego drewnianą nogą drżą deski podłogi, oczy mu błyszczą, a słowa mają wciągnąć młodego Jima Hawkinsa w wielce ambitne plany: "Słowem, rzecz tak się z grubsza przedstawia; nie możesz wrócić do swoich, bo cię nie przyjmą, więc jak nie wystawisz trzeciej załogi, składającej się z ciebie jednego, a może będziesz czuć się trochę osamotniony, będziesz musiał przejść na stronę kapitana Silvera"
.