Klątwa - Maja Wolny
37.90 zł
31.46 zł
(26,53 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
1.
Pustelnik
Tyś przeklęty!
co klątwy piętno masz na czole!
Ksiądz
Jakie?
Pustelnik
Lęk.
Stanisław Wyspiański, Klątwa, 1899
Jest koniec lutego 1708 roku, wcześnie rano. Wraz ze światłem wracam tu,do tego dnia i roku, choć wolałabym wciąż jeszcze poznawać przyszłość,która jest po mojej ciemniejszej stronie. Budzi nas jednak skraplającesię zimno i zły sen, czmychający w bladym świetle nowego dnia. Jakubstaje przede mną nagi, jego koścista dłoń wędruje od pach do ud,nerwowym ruchem poszukuje guzków, od których zaczyna się bolesneumieranie. Dobrze wiem, że dotyka swojego chudego ciała z wprawą, ale i z obrzydzeniem. Nie lubi siebie takiego szorstkiego, z wystającymiżebrami i ostrymi jak krzemień kośćmi bioder. Już od dwóch tygodni niezażywa kąpieli, ale codziennie tak się przede mną bada, coś mrucząc podnosem. Wreszcie się odwraca, widzę teraz jego pomarszczony jak suszonaśliwka zadek. Jego dłoń opada, a on stoi tak przez chwilę w bezruchu,myśląc, że skoro nie jest ani lepiej, ani gorzej, to i ten dzień uda musię przeżyć. Mężczyzna czuje jednocześnie i ulgę, i rozczarowanie, bochoć nie chciałby skonać w męczarniach, to samo życie nie bardzo go jużinteresuje. Niestety, w dzisiejszych czasach spokojna śmierć jestrzadkim przywilejem.
Jakub wkłada wypłowiałą sutannę. Wieczorem niedbale przewiesił ją przezstary klęcznik z orzechowego drewna i teraz taką pogniecionąnieprzyjemnie jest odbijać. Na chwilę znów się do mnie odwraca, widziswoją podzieloną na nierówne połówki gębę z siwą brodą, czarne oczy,wydatny nos i wąskie, posiniałe od chłodu usta. Ochlapuje się lodowatąwodą z porcelanowej miski, aż kilka kropel ląduje mi na tafli, a potemszybkim ruchem zarzuca na siebie wełniany płaszcz. Rozciera skostniałeręce. Mrucząc pod nosem, odsuwa parawan i człapie do pokrytego stertąpapieru biurka. Ze ścian zerkają na niego groźne twarze świętychmęczenników, przeglądające się nieufnie w mojej głębi, oraz niecołagodniejsze oblicze Jezusa w towarzystwie dwóch łotrów. Obraz ten Jakubotrzymał wraz ze mną od pana Lubomirskiego wiele lat temu, w pierwsząrocznicę objęcia parafii świętego Jana Chrzciciela w Kazimierzu nadWisłą, miasteczka, w którym się urodził i w którym chciałby umrzeć.
Pokój jest duży, choć ostatnimi czasy jakby się skurczył. Odkąd Jakubzdecydował, żeby do sypialni przenieść biblioteczkę, a także ciężkidębowy stół z jadalni i obite aksamitem krzesła, meble wypełniają niemalcałą przestrzeń. Ubolewam nad tym, jak niewiele wpada tu światła. Oknojest tylko jedno - nieduże, półokrągłe, niepasujące do dzisiejszej mody,przypomina wbite w grube mury oko czujnego zwierza. Na dodatek wychodzina północny zachód i rano nie zagląda tu słońce.
Jakub rozpala ogień w piecu z zielonych kafli gdańskich, przywołuje dopomocy sługę, ale ten nie odpowiada. Może to oznaczać, że mężczyznawyszedł do miasta, by zdobyć coś świeżego do jedzenia. Od pięciutygodni, odkąd miasto opanowała zaraza, żywią się tylko grochem i hreczanymi krupami, do niedawna skąpo, bo skąpo, ale okraszanymi, a odkąd zabrakło słoniny, posypywanymi tylko małymi kawałkami cebuli,której zapas też jest na ukończeniu. Tak się przynajmniej Jakubowiwydaje, bo do plebanijnej spiżarni o stromych kamiennych schodach oddawna nie schodzi. Ale i bez tego wie dobrze, co w niej jest, a raczejczego tam już od dawna nie ma.
Kapłan siada przy stojącym pod oknem biurku i jak co rano czyta zapiskisporządzone dnia poprzedniego. Nie zwracając uwagi na dobiegające z zewnątrz pokrzykiwania gawiedzi, jedne zdania wykreśla, inne zaznacza namarginesie krzyżykiem.
Nagle słychać znajome skrzypienie i kroki służącego Marcina w korytarzu.Proboszcz otwiera drzwi do pokoju i zostawia je uchylone. Chyba nie madziś ochoty na natrętne Marcinowe pukanie i niezdecydowanepochrząkiwanie w progu, które i mnie zawsze irytuje. Zaraz wypowiegłośne, nieznoszące sprzeciwu "Wejść!", ale służący wpada bezzaproszenia do środka, co jest zupełnie nie w jego zwyczaju. Pokaźnasylwetka Marcina wypełnia całą mą taflę.
- Księże proboszczu, idą tu! Tłumy idą! - dyszy, usta otwierają mu się i zamykają jak u ryby.
- Kto idzie? - Jakub mierzy go od stóp do głów, nie bardzo wie, co mogłogo tak zdenerwować.
- Całe miasteczko, parobki też. Będzie ze stu chłopa! A baby idą za nimii pomstują... Na czele rajca, pan Kazimierz Wilbe!
- Czego chcą?
Marcin patrzy księdzu w oczy, a jego twarz przecina grymas. Dostrzega wemnie swe niezbyt piękne odbicie, szybkim ruchem poprawia zlepione potemwłosy.
- Krzyczą, że trzeba księdza ubić! Tak właśnie mówią!
Proboszcz tylko kręci głową i szepcze coś niezrozumiałego pod nosem.Jego ciemne oczy wpatrują się w odległy punkt, w niewidoczną o porankugwiazdę przeznaczenia. Sługa chwyta swego pana za ramię, chcąc wyrwać goz niebezpiecznego letargu. Rękę ma Jakub owłosioną i kościstą. KiedyMarcin nią potrząsa, na co w inny dzień i w innych okolicznościach nigdyby sobie nie pozwolił, daje się słyszeć delikatny trzask, jakbychrobotanie kornika. Ksiądz wyrywa się z Marcinowego uścisku i wznosisię delikatnie na palcach. Teraz może dostrzec przez okno mały kawałekświata, który i ja z przyjemnością w sobie odbijam. Oderwany od resztyziemi, kłębi się i wiruje w makabrycznym tańcu kapryśnego słońca. WidziJakub mężczyzn z kosami, o twarzach bladosinych, mężczyzn odzianych w powalane krwią łachmany, widzi grupkę brudnych, zakapturzonych grabarzy,których zwykle reszta gawiedzi unika, a teraz ludzie idą z nimi, tymitrupimi łopaciarzami, ramię w ramię, prosto na kościelne wzgórze.
- Gadają, głupcy, że to niby przez księdza te nieszczęścia na miastospadły! - Marcin staje teraz między Jakubem a tymi wszystkimi strachami,które czają się na zewnątrz.
Proboszcz wzdycha ciężko i obraca się w kierunku biurka. Chce z powrotemzasiąść do swoich papierów. Ma jeszcze mnóstwo do zrobienia. Stosdokumentów, które przekłada z jednej strony blatu na drugą, zapisuje sięna mojej tafli. Marcin znów zastępuje Jakubowi drogę.
- Ja sam nie dam rady dobrodzieja obronić! - Zaciska swoje silne pięści.- Spuściłem psy, ale wrota w bramie długo nie wytrzymają. Ludzie gadają,że to klątwa, że na księdzu ciąży...
Ciemnieję, ale tylko na chwilę. Nie mogę sobie pozwolić na mętność czypofałdowanie, nie w takiej chwili. Zwłaszcza że już słychać głosy przybramie. Ktoś uderza pięścią w drzwi. Proboszcz kiwa głową przyzwalająco,a sługa, potykając się ze zdenerwowania, biegnie na dwór. Jakub bierzegłęboki wdech, odsuwa papiery i wlepia we mnie swoje ciemne, lekkowilgotne oczy. Posyłam mu kojący błysk, łut słodkawego srebra, któryzawsze go uspokaja.
Po dwóch zdrowaśkach Marcin wraca zdyszany.
- Pan Kazimierz Wilbe chce z księdzem mówić. Mam go wpuścić?
- Wpuść.
Po chwili Marcin wraca z tęgim, wysokim mężczyzną. Kiedyś go już w sobieodbijałam, choć było to dawno, jeszcze zanim objął przywództwo w miejskim ratuszu. Proboszcz wie, że pan Wilbe sprzyja kalwińskiejwierze, a w farze pojawia się tylko dla pozorów. Zdarzało się Jakubowicoś tam rajcy z ambony wytknąć, mieli też kiedyś spór o sad, którygraniczy z polami należącymi do rodziny rajcowskiej małżonki. Takie tamnieznaczące ludzkie sprawy. Teraz jednak chodzi o coś innego. Surowamina Kazimierza Wilbego i zacięte usta pod sumiastym wąsem nie wróżąniczego dobrego. Dostojnik ma na sobie długi, obszyty lisim futrempłaszcz i złoty łańcuch. Strój taki wkłada się, gdy rozstrzyga się o rzeczach poważnych. Wielki brzuch rajcy porusza się miarowo, jakby podsuknem, wczepione w ludzką skórę, tkwiło szykujące się do ataku zwierzę.Marcin usuwa się na bok, ale nie opuszcza pokoju, gotowy bronić swegopana.
- Pochwalony - mówi przybysz i patrzy Jakubowi głęboko w oczy. - Ksiądzjuż wie, po co tu przychodzę?
Jakub nic nie odpowiada, więc Kazimierz Wilbe mówi dalej.
- Wolą mieszczan i chłopów jest, by sprawiedliwości stało się zadość.Czasy są ciężkie, a sądy pozamykane są teraz, podczas zarazy. Gród naszmusi radzić sobie sam. Ksiądz oskarżony jest o to, że działaniem swoimsprowadza na mieszkańców nieszczęście. Klątwa, która na was ciąży,zagraża całemu miastu, czego dowody widoczne są na każdym kroku. Tłumżąda, aby ksiądz odkupił swoje winy.
- Chcecie mnie zabić? - pyta Jakub spokojnie, jakby chodziło o najzwyklejszą na świecie sprawę.
W tym samym momencie służący Marcin rzuca się na kolana i woła do obupanów, a może i do Boga:
- Przecież to bzdury jakieś! Panie rajco, szaleństwo ogarnęło ludzi,morowe powietrze zatruło im głowy. A ksiądz niechże zaraz panuKazimierzowi powie, że to nieprawda, ta... klątwa?
Jakub patrzy na wykrzywioną błaganiem czerwoną gębę Marcina. Żal mu sięrobi wiernego sługi o dobrym sercu i wielkich jak łopaty dłoniach.
- Sam już nie jestem tego taki pewien, mój drogi.
Rajca kładzie dłoń na rękojeści swojej długiej szabli, z którejposiadania jest niezwykle dumny. Dzięki dostojnej funkcji wolno mu nosićbroń, choć nie wywodzi się ze stanu szlacheckiego. Idą jednak noweczasy. Niedługo i urodzenie, i tarcze, i herby coraz mniejszą będąodgrywać rolę.
- Musicie księdza wysłuchać! - Marcin wstaje z kolan i patrzy błagalniena mieszczanina. - Moja siostrzenica przyrzeczona jest bratankowi waszejmałżonki, panie rajco!
Kazimierz zerka spode łba na służącego. Wstyd mu trochę, że tennieokrzesany człowiek będzie niebawem jego dalekim wprawdzie, ale jednakpowinowatym. Datę ślubu już dwa razy zmieniano ze względu na zarazę.Jeśli on, rajca, sprawnie przeprowadzi egzekucję, to jest szansa, że mórwreszcie odpuści i weselisko niebawem się odbędzie.
- Każdy człowiek ma przecie prawo rzec parę słów - nie odpuszcza Marcin.- Dajcie znak ludziom, że jeszcze nie czas. Nie możecie proboszcza takjak baranka na rzeź...
Wilbe wzdycha, wyobrażając sobie suto zastawione weselne stoły, brawa i toasty. Ciężkim wzrokiem mierzy i Marcina, i Jakuba.
- Dobrze - mówi, ściągając krzaczaste brwi - uciszę tłum. Zaraz wracam.W tym czasie niech się proboszcz szykuje.
Pan rajca nie mówi dokładnie, o jakie szykowanie chodzi, ale w wymownymspojrzeniu Marcina czai się więcej troski, strachu i współczucia niżnadziei. Służący, który rozumie, że już niewiele da się dla księdzazrobić, stoi bez ruchu, wpatrując się w swego dobrodzieja. Kiedy tenkiwa przyzwalająco głową, Marcin najpierw kłania się nisko, a potem padaJakubowi do stóp. Tak trwają przez chwilę, a z suchych jak dotąd oczusługi spada kilka kropli czystej bezsilności. Dłoń Jakuba ląduje naramieniu przyjaciela, a potem obaj padają sobie w ramiona - wreszcierówni: wobec prawa, wobec niesprawiedliwości życia i nieuchronnościśmierci. Ksiądz szepcze coś słudze na ucho, ten zastyga w bezruchu, a potem uśmiecha się przez łzy i odchodzi powoli, w pokłonach, głośnopociągając nosem. Przy samych drzwiach odwraca się jeszcze raz doJakuba, kiwa głową, jakby chciał powiedzieć, że rozumie i zgadza się z wolą swego pana. Wreszcie otwiera drzwi, w których niemal zderza się z wracającym właśnie panem Kazimierzem.
- Już jestem! - woła rajca, dając Marcinowi znak, by szybko się oddalił,po czym siada na krześle i prosi Jakuba, by też zajął miejsce. - Zatemmówcie, księże proboszczu. Macie kwadrans na waszą historię o klątwie.Potem musimy na Rynek, sami rozumiecie.
Jakub spuszcza głowę, tak że już nie widzę jego oczu, a potem odzywa sięcicho i ochryple.
- Pan Kazimierz chce usłyszeć o klątwie? Dobrze, opowiem wam o klątwie.
Jakub bierze głęboki wdech, sadowi się na krześle, które odpowiadanieprzyjemnym skrzypnięciem. Otwiera usta i rzuca spojrzenie w mojąstronę. Odbijam je łagodnie.
- Jest nas dwóch, dwóch ja. Jeden prawy, wielkoduszny, współczujący. Tendrugi zaś, ten skłonny do podstępu, pełen namiętności i dzikiej żądzy,to też ja. Pierwszy siedzi przed wami, panie Kazimierzu, nawet teraz,podczas zarazy, dzień za dniem pokornie wykonując swą posługę. Drugiegozaś rozgrzewa lenistwo, leży rozwalony na łożu, marzy o kobietach, a zwłaszcza o tej jednej, o której marzyć mu nie wolno. Ten pierwszy jestkapłanem, powołanym do tutejszej parafii roku pańskiego 1675. Ten drugiteż tu jest i śledzi każdy krok pierwszego.
Pan Kazimierz unosi krzaczastą brew. Już chce przerywać Jakubowi, ale onkładzie na stole srebrną monetę, bo mowa jest przecież srebrem. Rajcamarszczy czoło, po chwili chowa pieniądz do sakwy. Odchyla się nakrześle i splata dłonie na piersiach, dając do zrozumienia, że to onJakubowi robi przysługę, a nie odwrotnie. Jest w tym geście mnóstwopychy, co bardzo mi się nie podoba. Zbyt często widzę próżność i mamdość tej ludzkiej pewności, która często przejawia się uniesionympodbródkiem i nieznacznie wysuniętą do przodu żuchwą. Chciałabym terazoślepić tego Wilbego, odbijając promień słońca, ale jak na złość zaoknem pojawia się chmura.
Jakub bierze głęboki oddech i odzywa się trochę ciszej.
- Tak, wiem, że dziś, kiedy nasz świat opanowała zaraza, jest za późnona cokolwiek. Za chwilę wtargnie tu rozwrzeszczany tłum, żądając mojejgłowy. Teraz mogę tylko roztrząsać, w którym momencie wszystko zmieniłoswój bieg czy raczej kiedy nastąpiło owo rozdwojenie, jak w ujściu rzekidzielącej się na wody pomniejsze, rozlewającej kanałami od siebieniezależnymi, choć biorącej swój początek z jednego strumienia. Jakchoćby nasza Wisła, rozwidlona na Żuławach, niosąca nurtem tratwy zezłotym zbożem aż do Gdańska, gdzie zamienia się ładunek na złotoprawdziwe czy - jak to w ostatnich latach - raczej na srebro i miedź.
Pan Kazimierz dotyka ukradkiem sakiewki, którą zawsze nosi przy sobie -myśli, że nikt tego nie widzi, ale się myli. Ja bowiem mam oko nawszystko. Wiem, że słowa proboszcza przypominają mu o nieuregulowanejnależności u pewnego wierzyciela. Rajca krzywi się, a Jakub, myśląc, żeto przez jego rozwlekłą mowę, kiwa potulnie głową, dając do zrozumienia,że przyjmuje tę drobną naganę. Mężczyźni patrzą sobie przez chwilę w oczy, próbując zgadnąć, jak w grze karcianej, na ile można ukryć własnemyśli.
- Wiary w Boga Wszechmogącego, drogi panie rajco - dodaje Jakub trochęciszej - o dziwo wciąż nie straciłem. Nawet teraz, w czasie wielkiejzarazy, która zabiera niewinnych, każe konać w męczarniach kobietom,dzieciom i wszystkim biedakom niemogącym się schronić bezpiecznie, wciążwierzę, że On nad nami czuwa. Tak myśli ten pierwszy ja, bo ten drugi,który cały czas we mnie jest, nad istnieniem Boga się nie zastanawia. Ontylko podszeptuje sprośności, namawia do złego, tak jak wtedy, w rokupańskim 1644, kiedy matkę moją Reginę po raz ostatni widziałem, a mojesłowa dziecięce na wieki zmieniły los naszego rodu. Ileż to razyprzywoływałem w pamięci tamto zgromadzenie, twarze srogich mężówwpatrzone w matkę i we mnie, ośmioletniego ledwie pędraka. Czoło tego,który siedział na środku, najważniejszego z nich wszystkich, przecinaładługa, pionowa zmarszczka. Najbardziej wtedy pragnąłem, by sięrozchmurzył i spojrzał na nas z zapewnieniem, że sprawa cała zwykłą jestkrotochwilą, pomyłką jakąś lub zapustnym spektaklem. Daleko jednak byłodo zapustów, dopiero nadchodził czas adwentu, dni coraz krótsze,pochmurne, pełne znienawidzonego przeze mnie deszczu, od którego zaczęłysię straszliwe kłopoty. "Mów, dziecko! - rzekł tedy ów groźny mąż jakbyłaskawiej. - Mów, jak było naprawdę". I wysypały się ze mnie słowa,drogi panie Kazimierzu, jakby mi je ktoś do gęby powkładał, gadałemprawie kwadrans, aż zadziwili się inni członkowie zgromadzenia. Długomyślałem, że tam, w Lublinie, w roku pańskim 1644, narodził się tendrugi, zły ja, ale im jestem starszy, tym częściej uważam, że ówodszczepieniec siedział już we mnie wcześniej. Matka moja kochała nasobu, bo i w niej istniało podobne pęknięcie. Być może wzięliśmy się - oni ja - z tej właśnie szczeliny w jej głowie, może wyszliśmy z owegomiejsca między oczami, gdzie podobno mieszka ludzka dusza. Włosy matki,zanim je brzytwą zgolili, były przedwcześnie posiwiałe, jej twarz -wciąż to pamiętam - zmęczona, ale piękna. Ona zawsze wszystko wiedziała,poza tym miała ciepłe, odkrywające kłamstwo dłonie. Wystarczyło, żedotknęła mojego czoła i już stawało się jasne, że ją zawiodłemniemówieniem prawdy. Przekrzywiała wtedy nieco głowę, mrużyła oczy i czekała, aż sam do wszystkiego się przyznam.
Widzę po zamglonym spojrzeniu i lekko dostrzegalnym, prawie dziecięcymuśmieszku, że panu Kazimierzowi przypomina się jego własna matkanieboszczka. Opisałby ją dokładnie tymi samymi co Jakub słowami. Jakbychodziło o jedną niewiastę. Rajca wzdryga się na tę myśl, bo doskonalewie, co ludzie gadają o Reginie, o tej kobiecie, której dawno już nie mawśród żywych, a przecie nagle wśród tego żądnego zemsty tłumu powstało z martwych jej wspomnienie. Podnosi się na chwilę z krzesła, a Jakub,zmieszany, przerywa opowieść. Kazimierz podchodzi do okna i patrzy nakłębiących się na Rynku ludzi, nad którymi on ma teraz władzę. Tłumpoukładał się w mniejsze grupki wokół przezornie wysłanych przez rajcębab, żeby rozdawały ludowi ciemne kromki suchego chleba. Niebo jestzachmurzone, gniewne, ciężkie od lutowych chmur.
- Wciąż dobrze pamiętacie matkę? - zwraca się do Jakuba, odrywając wzrokod przybrudzonej szyby.
- Obraz rodzicielki zamazuje mi się coraz bardziej. - Ksiądz kiwa smutnogłową. - Muszę wytężać zmysły, by przypomnieć sobie linie delikatnychjak rybackie sieci zmarszczek, jej duże usta, wygadane, mądre, pełnezarówno słodyczy, jak i przekleństw.
Kazimierz wraca na miejsce, a Jakub mówi dalej:
- Lewe oko matki było zielone i przejrzyste. Prawe ciemniejsze, bardziejbrązowe, przypominało barwą kadź z piwem lub wiślany nurt po ulewie,kiedy woda, zmącona i szybka, pędzi na północ, unosząc gałęzie, kawałkitratw, szczątki czyjegoś straconego dobytku. To brązowe, bystrzejsze,zawsze prędzej dostrzegało dziecięce przewinienia, podczas gdy oko lewespokojnie wpatrywało się w dal. Kiedy się uśmiechała, jedno z dwojga óczśmiało się zawsze bardziej. Przez całe życie szukałem kobiet, w którychrównież byłaby taka niejednomyślność, jakaś skaza i niezgodność, owakłótnia ze sobą, jak spór bliźniaczek o dwóch różnych duszach. W końcugdy taką kobietę znalazłem, okazało się, że kochać mi jej nie wolno.Teraz stary już jestem. Gdy na deszcz się zbiera, palce grabieją mizupełnie i nie bardzo nawet nadają się do utrzymania tego wielkiegogęsiego pióra, nie mówiąc już o niewieścich kształtach. Ciało wciążjednak domaga się, bym mu dogadzał. Tak twierdzi ten drugi ja, duchemode mnie młodszy, wiecznie głodny wszelakich podniet, niebojący sięmorowego powietrza ani boskiego gniewu. Czuję, jak wstrząsa mną dreszcz,życiodajne soki pną się ku górze, docierając do wszystkich członków - todrugi mnie wzywa, podszeptuje niedorzeczne myśli, żeby pójść z plebaniiw miasto, do gospody, a potem konie zaprzęgać i jechać choćby i dosamego Lublina, na Szpitalną, pod dom gościnnego meliniarza Włocha, bytam noc spędzić w słodkich objęciach pulchnych dziewcząt, zapominając o zarazie i czyhającym na mnie tłumie.
Kazimierz patrzy oniemiały na księdza. Gdzieś znika ta jego przeklętapewność siebie. Rajca dobrze wie, że stary Jakub posiada dar wymowy, w dawnych czasach, jeszcze przed zarazą, na jego kazania zjeżdżali sięwierni z całej okolicy. Nigdy jednak nie słyszał z jego ust takich słówi nie bardzo potrafi ukryć, że tak, chętnie zostawiłby to wszystko i ruszył w nocną podróż, i zapomniał o troskach. Natychmiast jednakprzywołuje się do porządku, podnosi do góry swój gruby, upierścienionypalec i mierzy nim prosto w pierś Jakuba. Otwiera usta, by go skarcić,ale wymowny skazaniec już rozumie, że musi się szybko wycofać.
- Tym razem wygra ten dobry ja - odpowiada ksiądz uspokajająco. Palecrajcy wisi jeszcze przez chwilę w powietrzu, ale zaraz wraca na miejsce,spełniwszy swoją groźbę. - Nigdzie przecież nie wyjeżdżam. - Jakubwzrusza chudymi ramionami. - Będę trwać tu z wami, z opowieścią o dziejach moich, tego miasta i całej Rzeczypospolitej, która obecnie taksamo jak ja jest podzielona. Na dwie części rozdarta, wynędzniała odwojen i złych wyborów, Res Publica stoi nad grobem własnym, tak jak i janad nim stoję. Ale i w Polszcze głosy są takie jak w mojej głowie - żeprzecie jest dobrze, że nierządem pięknie się stoi, a wolnośćzabezpieczona dla dzieci i wnuków.
Rozjaśniam się. Znam Jakuba dobrze i wiem, że chciałby wyrzucić z siebietę winę, która zalega mu w środku. Tyle razy proponowałam, że ją ze sobązabiorę na drugą stronę. W końcu to nic trudnego. Wystarczy się tylko wemnie mocno wpatrzeć, zmrużyć oczy i oddać obolałe serce. Niejeden jużlos wessałam w siebie i poniosłam dalej w moją ciemność, w czas, którydopiero nastąpi. Jakub uważa jednak, że musi opowiedzieć komuś na głoswszystko od początku. Zależy mu, by słowa wybrzmiały w obecnościświadków mniej gładkich i przezroczystych niż ja. Ten kanciasty, pocącysię smrodliwie karierowicz Wilbe dostanie całą prawdę. Jakub chce muwszystko przekazać, zanim zawilgła i zbutwiała pamięć zniszczy kolejnośćwydarzeń oraz brzmienie słów. Aby pojąć sens przepowiedni, należy zrobićto, co możliwe jest tylko w opowieści, nie w życiu prawdziwym - cofnąćsię w czasie. Cofanie owo musi być ostrożne, jak w domostwie zastawionymdelficką porcelaną. Krok za krokiem, by niczego nie zepsuć, a każdeważniejsze zdarzenie niczym kosztowną kruchą figurkę delikatnie w palcach poobracać, sprawdzając, czy pada na nią właściwe światło.
- Widzę na waszym obliczu, panie Kazimierzu, niecierpliwość i wiem, żetłum kipi z nienawiści. Mógłbyś mnie tu, waszmość, teraz zostawić i wrócić na Rynek. Jednak tę krew, która niebawem pojawi się na waszychrękach, tylko prawda może wybielić. Ręce wasze już nie są tak czyste jakkiedyś, zanim objęliście miejski urząd, więc wolelibyście, panie, z sumieniem własnym po raz kolejny nie igrać. Usiądźcie zatem wygodnie i pozwólcie mówić dalej.
I wysypują się słowa z ust Jakuba. Spokojne, miarowe, jak na wieczornejpogawędce przy kartach i wódce, a nie pod szubienicą. Ksiądz wspominaczasy tuż po swojej nominacji, które dobrze pamiętam. Przyjemnie byłoodbijać jego tak przystojną wtedy twarz. Umysł miał stateczny, nie takjuż może młody, ale za to osąd wyważony, choć niepozbawiony naiwności.Widział wtedy wszystko ostrzej, miał wokół siebie ludzi, miał ważnesprawy do zrobienia, nie to, co teraz, gdy zostało mu tylko pisanie -sterta papieru na sekretarzyku, skrzypiące gęsie pióro, spod któregowyskakują szpiczaste pętle liter, jedyny łącznik pomiędzy tym, co było,a tym, co jeszcze się w świecie tli. Od wielu lat codziennie zasiada dopracy, zapełnia atramentem kolejną stronicę i czuje, jakby mu krwiupuszczano, czarnej, zatrutej, a osłabione tym aktem ciało powoliodzyskuje zdrowie. Chętnie sięgnie teraz do swoich zapisków, żebyniczego nie przeoczyć i wiernie swą historię opowiedzieć. Cofa się o latprzeszło trzydzieści, do roku 1675, kiedy wracał do Kazimierza nad Wisłąpo długiej dworskiej tułaczce.
- Wyobraź sobie, panie, senny letni dzień. Chałupy przydrożne, zmęczoneupałem i wielotygodniową żniwną robotą, drgały przed oczami, tak że niewiadomo, które były prawdziwe, a które tylko migotały wspomnieniem w obolałej głowie. Powóz podskakiwał na wertepach, pulsowała mi czaszka,nozdrza piekły od zapachu jeżyn i kopru, którego baldachimy kołysały sięprzed coraz gęściej pobudowanymi zagrodami. Byliśmy w Wylągach, prawiena miejscu, jakieś pół mili od kazimierskiego Rynku. Zawołałem dowoźnicy, żeby koni już nie popędzał, bo chętnie rozprostuję kości.Zmęczone zwierzęta prychały. Zeskoczyłem na ziemię, ostre ukłucie w kolanach przypomniało mi, że wiosna mojego życia już minęła, ciało moje,tak jak i cała ziemia, było dojrzałe, jeszcze nie stare, ale właśnie takpo sierpniowemu ociężałe. Już niebawem, szybciej niż się tegospodziewam, miała nadejść jesień, a za nią zima. Wtedy jednak wciążmogłem cieszyć się ciepłem, wigorem i względną niezawodnością moichczłonków, a także ostrością zmysłów.
Poczułem, że ktoś mi się przygląda. I rzeczywiście zza studni błyskałapara ciekawskich oczu. "Stój!" - zawołałem. Podglądacz, przestraszony,wyskoczył zza studni. Był to dzieciak najwyżej dziesięcioletni,wyglądający niemal tak samo jak ja wtedy, podczas ostatniego lata w Kazimierzu, w roku 1644. Chłopak, ubrany w lnianą koszulę i połataneportki, miał brązowe, poczochrane włosy, nos cały w piegach i długie,bose stopy, zapowiadające wysoki wzrost. Wiecie, panie, kto to taki? Tobył właśnie Marcin, mój drogi sługa. Od razu go polubiłem. Nie speszyłsię wcale, jego ciekawość zawsze była większa od strachu. Na zadziornejtwarzy dziesięciolatka malowało się szczenięce wyczekiwanie. Od razuwymyśliłem więc dla niego robotę.
"Pójdziesz do fary. Powiesz księdzu Falibowskiemu, że proboszcz Zaleskijuż w Wylągach. Wieczerzę można szykować". Kazałem mu powtórzyć, a onwyrecytował bez zająknięcia zalecone słowa. Głośniej i dobitniej, niżsię tego spodziewałem. Machnąłem ręką, żeby go popędzić. Za nim wzbiłsię tuman kurzu. Nie padało od tygodni, ziemia była sucha i spieczona.
Chwilę później podszedł do mnie inny mieszkaniec wylągowskiej zagrody.Stara, bezzębna babka, rozłożysta i przegięta w pół jak wiekowa jabłoń,przyniosła mi chłodnej wody z sokiem z malin, pokłoniła się nisko i zaprosiła do chaty. Obejście, choć skromne, było czyste i przystrojonekwieciem po święcie Matki Boskiej Zielnej. W szerokie sufitowe belkiwsiąknął ten tak nieomylnie kojarzący się z chłopstwem zapach wsi -zwęglonego drewna, końskiego potu, pierza i skórzanej uprzęży. Babka nieodezwała się żadnym zrozumiałym słowem, mamrotała coś do siebie w językustaruch, do mnie jedynie kiwając głową na tak lub nie. Wprawnymi ruchaminakryła do stołu.
Zacząłem pojmować, że inni domownicy są w polu, a jedzenie, któretrafiło na mój talerz, mały Marcin miał zanieść pracującym. Na chwilęprzestałem przeżuwać, gliniasty chleb z serem posmakował kwaśno. Tenpierwszy ja chciał wstawać od stołu, żeby zachować resztę dla ubogiejrodziny, a nawet sięgnął do kieszeni po grosz, ale ten drugi już we mniesyczał, kazał głośno mlasnąć; naraz masło na chlebie zrobiło się taksmaczne, że grzechem byłoby się nim nie zachwycić i niepozostawiającympo sobie okruszka apetytem wyrazić ukontentowanie. Takie są prawa tegoświata, każdy z nas wypełnia swoją posługę. Wy, panie, jako rajca wiecieo tym zresztą najlepiej. Kmiecie z Wylągów tamtego dnia już nic niezjedli, a ja kilka godzin później ponownie zasiadłem do stołu w towarzystwie niezbyt lotnego, ale gościnnego wikarego Falibowskiego.
Wyszedłem z ubogiej izby do sadu, znalazłem ławkę w cieniu pod gruszą.Babka cały czas krzątała się po obejściu, z lekkością, jakby pod jejdługą spódnicą skrywały się skrzydła. Przyniosła mi miskę z wodą,obmyłem twarz z upału i kmiecego kurzu. Tępy ból głowy zniknął tylko nakrótką chwilę, gdy lodowata woda ze studni schłodziła mi skronie.Obserwowałem dzięcioła na wielkim grabie i czekałem na chłopaka, trochęsię niecierpliwiąc. W końcu Marcin wrócił, cały zdyszany, i zapewnił, żewszystko jak należy przekazał księdzu Falibowskiemu. Zostawiłem monetęna stole w chacie, bo chłopak nie chciał zapłaty. Od razu sobie wtedypomyślałem, że Marcin na pewno wyrośnie na ludzi i nie pomyliłem się.Pięć lat później dałem mu pracę na plebanii, a jego zatrudnienie tojedna najlepszych decyzji w moim życiu. Jednak w tamten letni dzieńMarcin był tylko obdartym wyrostkiem, a ja zwykłym przyjezdnym i nowicjuszem. Pożegnałem się z gościnną babką, która wręczyła mi jeszczekilka soczystych gruszek, i ruszyłem ku farze. Ze wzruszeniem minąłemniemal zupełnie wyschnięty Grodarz, w którym tak chętnie bawiłem się w dzieciństwie. Woda sięgała praczkom zaledwie po kolana. Spragnionebydlęta próbowały pić, ale kobiety je przeganiały, żeby nie zabrudziłybiałych płacht suszących się na słońcu prześcieradeł...
- Dość tego, księże proboszczu! - Wilbe uderza dłonią w blat stołu, a ledwo dostrzegalna wiązka światła przeskakuje z oka jego pierścieniawprost w mą kryształową powłokę. Rajca podnosi się i rusza w kierunkuJakuba. Skrzypiąca podłoga wprawia mnie w drżenie. Zdobywam się napewien wysiłek, zacinam w sobie, przywołuję ciemność, którą mam z drugiej strony, i kiedy Kazimierz ukradkiem na mnie zerka, nie widzi jużsiebie. Zaskoczony przystaje. Rozdziawia wielkie usta. Robi krok dotyłu, przechyla głowę i zerka pytająco na księdza.
- Co to za diabelskie sztuczki? - pyta, marszcząc czoło i celującpaluchem w mą zmętniałą taflę.
Jakub odwraca się zdziwiony. Kazimierz popycha go lekko, w końcu obajniemal dotykają mnie nosami. Czuję ich zmieszane oddechy i jakby nigdynic odbijam ich tak różne twarze. Rajca przeciera zaczerwienione oczy.
- Zmęczonyś, panie Kazimierzu? Usiądźmy z powrotem, miałem ci przeciedokończyć opowieść - mówi Jakub ze spokojem.
Wilbe posłusznie ląduje na krześle, nieufnie zerkając w moją stronę.Wybrzuszając się nieco, sprawiam, że jego gęba zdaje się bardziejnapuchła. Rajca poklepuje policzki jak po goleniu, co raz to opuszcza,to wznosi podbródek.
- A co wy się tak mizdrzycie do lustra, panie? Dobrze wyglądacie, choćtrochę blado...
- Nic, nic mi nie jest. Mówcie dalej. - Rajca ściąga brwi i gestemzachęca księdza do wylewności.
Jakub, z początku nieufny, sadowi się wygodniej, bierze głęboki wdech i wraca do swej opowieści.
- A więc jechaliśmy do fary. Na wysokości niedawno wybudowanego kościołaŚwiętej Anny dopadły mnie przekupki. Chciały, bym posmakował piwa,powąchał cebul, dotknął miękkich lnianych koszul. Woźnica próbował jeodpędzać, ale one dobrze wiedziały, że najlepszy klient to ten, cowłaśnie zjawia się w mieście, bo nie zna jeszcze miejscowych cen, nie maswoich stałych sprzedawców. Można mu więc wcisnąć towar gorszy i zarobićprzy tym podwójnie. Rzuciłem jednej z kobiet, tej najwyższej i najładniejszej, monetę.
Pan Kazimierz uśmiecha się z powątpiewaniem, jakby nie dowierzał, żeksiądz może tak szybko ocenić niewieścią urodę.
- A ona, ta najwyższa i najładniejsza - podkreśla Jakub - podała mikoszulę. Stała wyczekująco przy powozie. Miałem chwilę na to, żeby sięrozmyślić, choć - jak zawsze powtarzała moja matka - oddanie jużkupionej rzeczy przynosi pecha. Nasze spojrzenia się skrzyżowały.Zauważyłem, że urodziwa sprzedawczyni mimo olśniewającej urody nie byłamłódką. W jej oczach krył się ból, smutek i strata. Z początku niedostrzegłem tego, co kobieta starała się schować za ciemnym kosmykiem,figlarnie wypuszczonym z czepka, odkryłem to dopiero znacznie później."Bianka! Bianka!" - zawołała na nią inna handlarka, stara i brzydsza,zapewne zazdrosna o jej utarg i urodę.
Kiwnąłem do ciemnowłosej kobiety, do sprzedającej białe koszule Bianki,a ona, nic sobie nie robiąc z nawoływania starej, powoli wyciągnęła dogóry rękę, trochę tak, jakby zasłaniała się przed słońcem, a trochęjakby tym gestem rzucała czar. Schowałem zakup do kufra i dałem znakwoźnicy, żeby ruszał dalej. Z radością zauważyłem, że towarzyszący mi odrana ból głowy zupełnie zniknął.
Przesuwaliśmy się wśród gawiedzi, wśród straganów z kiełbasami i nabiałem oraz budek Żydów handlujących wianuszkami czosnku. Niezatrzymaliśmy się ani przy kadziach z piwem, ani przy beczkach lekkopodkiszonych ogórków, do których podbiegały psotne dzieci, choć tęga,wiekowa sprzedawczyni przeganiała je rózgą. Jednemu chłopakowi udało sięwsadzić rękę do beczki i wyjąć z niej dwa zgniłozielone warzywa.Dzieciarnia uciekła roześmiana, za rogiem kamienicy chłopcy podzielilisię ogórkowym łupem.
Przecięliśmy Rynek, naszym oczom ukazała się fara.
To tu wszystko się stało, w tamtą niedzielę, trzydzieści lat wcześniej,w dzień pierwszej komunii.
- Co wasza komunia ma niby do tego wszystkiego? - pyta Wilbepodejrzliwie i znów kieruje oczy na mą taflę.
- Zaraz, zaraz. Pozwólcie powiedzieć, jak było. Ujrzałem kościół. Nagłypowiew wiatru osuszył moje wzruszone oczy. Tyle lat czekałem na tenmoment: w chwilach zwątpienia myślałem, że nigdy nie zobaczę tegobudynku z dachem mieniącym się w zachodzącym słońcu, z groźnymi,przypominającymi dekalog i śmierć obeliskami. Było ich, jak zawsze,dziesięć. Policzyłem je na nowo. Tak, żadnego nie brakowało; ani wojny,ani burze nie śmiały zniszczyć tej okazałej harmonii. Jak dziecko podziesięciu księżycowych miesiącach życia opuszcza łono matki, rodząc siędo życia doczesnego, tak i nasza dusza po śmierci opuszcza ciało,przechodząc do życia wiecznego. Dziesięć dachowych obelisków natrzydzieści lat mojego wygnania. Po tysiąc dni na każdy z nich.
Od razu rzuciło mi się w oczy, że plebania była odnowiona i zadbana, nieto co teraz. Świeżo wybielona fasada tonęła w wysokich malwach, a napodwórcu rozchodził się zapach pieczonego specjalnie dla mnie mięsa.Ledwie powóz przejechał przez otwartą szeroko bramę, już do pomocywyskoczyły parobki, w mgnieniu oka rozładowano podróżne kufry. Tuż zanimi wytoczył się olbrzymi, tęgi, łysiejący Falibowski. Wikary pokłoniłmi się z uniżonością, ja jednak dałem znak, żebyśmy się objęli napowitanie, jak przystało na braci w Chrystusie. Mój gest uszczęśliwiłksiędza. Jego szeroka pierś przywarła do mojej, poczułem zapachpotliwego strachu przed przełożonym. Wytarłem nos haftowaną chusteczką.Falibowski, umocniony serdecznym powitaniem, uśmiechnął się szeroko, z radością zapominając o niewygodnym poddaństwie wikarego przed nowymproboszczem.
- Wielmożny Jakub Zaleski! Witamy, księże, Bóg zapłać, żeście takszczęśliwie dojechali.
- Szczęść Boże i wam, i tej pięknej parafii.
- Od dziś waszej parafii, panie. Proszę na pokoje.
Poszliśmy z Falibowskim ciemnym korytarzem plebanii, dębowe podłogipachniały wilgocią i mydlinami. Moje mieszkanie mieściło się w zachodnimskrzydle budynku, tu, gdzie jest teraz. Wikary zajmował stronęprzeciwną, za kuchnią, jadalnią i biblioteką. Falibowski przekręciłklucz w zamku, drzwi się otworzyły. Byłem u siebie, w nowym domu.Sypialnia wydała mi się z początku trochę za obszerna. Na środku stałowielkie, nieco zawstydzające przepychem łoże z baldachimem, obok komodana bieliznę i sekretarzyk, pod oknem stolik pod miskę i dzbanek. Przywysłużonym parawanie postawiono obite zielonym suknem krzesło. Gabinetbył również urządzony ze smakiem. Dębowe biurko, wygodny fotel, naścianach obrazy. Na jednym z nich namalowano kazimierski pejzaż. Niebyło to wielkie dzieło sztuki, raczej cieszący oko widoczek. Inne obrazywydawały się za to cenniejsze, musiały pochodzić z północy, z Flandriilub Niemiec. Było też stare, pęknięte lustro, które zaraz zdjąłem, bo w jego miejsce miało zawisnąć moje piękne, kryształowe, prezent od panaLubomirskiego...
Wilbe chrząka i podnosi dłoń, jakby chciał proboszcza uciszyć, ale onnic sobie z tego nie robi. Wstaje i kolistym ruchem objaśnia gościowi,jak wszystko tu kiedyś wyglądało.
- W oknie wisiały całkiem nowe, okazałe kotary, świetnie dobrane doseledynowo-srebrnych tapet. Dziś już nic z tych dekoracji nie zostało.Gdy tylko wybuchła wojna, sprzedałem prawie wszystkie cenniejszemalowidła handlarzowi z Poznania. Teraz nie stać mnie na zbytki, alewtedy, w roku 1675, parafia opływała w dostatek, zarówno w salonie, jaki w spiżarni. No i właśnie tymi przysmakami chciał się Falibowski przedemną pochwalić. Widział, że miałem ochotę odpocząć, ale jegonieumiarkowanie w jedzeniu i piciu nakazywało mu pośpiech. Najchętniejod razu pognałby do stołu.
- Gospodyni będzie się niecierpliwić, księże proboszczu kochaniutki -nalegał.
- Potrzebuję zaledwie kwadransa - odpowiedziałem i uchyliłem drzwi,dając do zrozumienia, żeby się już ze mną nie targował.
W końcu zasiedliśmy do wieczerzy. Pulchne policzki księdza nadymały sięzabawnie, gdy wgryzał się w kolejny kawałek mięsa, pilnując, czy i jasobie nie żałuję. Służka dolewała wina, co raz donosząc pachnącychwędlin. Na stole parowała kasza ze skwarkami i gotowana kapusta. W przerwie między daniami wypiliśmy po parę kieliszków nalewki z rokitnika. Falibowski wyciągnął wyborną tabakę.
- Towary są tu przednie, księże proboszczu, prawie jak w samym Gdańsku.Zwłaszcza teraz, kiedy kupcy wracają z północy. Zimą jest gorzej, ale japrzezornie robię zapasy! A jakie my tu mamy maliny, jakie wiśnie! Musiksiądz też spróbować smakołyku znanego tylko u nas: kazimierskiejwędzonej śliwki.
- Wiem, jakie to dobre, całe dzieciństwo się tymi śliwkami zajadałem -odpowiedziałem nieco rozmarzony.
- Waszmość przecie pochodzi aż spod Zamościa? - spytał zdziwiony wikary,prawie zachłystując się łykiem trójniaka, który przed chwilą postawiłana stole służąca, rumiana dziewczyna o imieniu Róża.
Uśmiechnąłem się do siebie. Stara plotka o moim zamojskim pochodzeniu,którą kiedyś puściłem w obieg, była wciąż żywa.
- Jako dziecko często bywałem w Kazimierzu z panem Jerzym SebastianemLubomirskim, świeć Panie nad jego duszą. Miałem okazję popróbowaćtutejszych specjałów.
- Wielki był to człowiek, pan Jerzy Sebastian - rozmarzył się wikary.
- O tak. Światły, wyprzedzający swój czas, nasze czasy... A cóż to zanęcący zapach? - zmieniłem temat rozmowy, a rozochocony Falibowskizaklaskał w dłonie.
- Kazałem ugotować dla nas kapłonka według sekretnego przepisu siostryAntonii, sandomierskiej przeoryszy i mojej krewniaczki. Zaraz zjawi sięna stole. W sam raz przed wetami. - Falibowski zaklaskał i natychmiastzza kotary wychyliła się Róża. - Czy kapłonek już gotowy?
Dziewczyna pokiwała głową, aż zsunął jej się na czoło biały, ogromnyczepek, i zniknęła w kuchni. Chwilę później zajadaliśmy wyborne miękkiemięso w gęstym sosie z wina i korzeni. Sprawa Zamościa została na raziezapomniana.
- I jak smakuje? - spytał pewny swego Falibowski.
- Wyśmienite danie - pochwaliłem, choć pękałem z przejedzenia. Brzuchnapełniał mi się ciepłem, miałem wrażenie, że zwymiotuję.
Tymczasem gospodarz zaczął opowiadać o konfektach.
- Dziewki pieką już od tygodnia: miodownik przełożony śmietaną,jabłecznik - chluba gospodyni, sam pan zaraz spróbujesz, sernik z makiem, a do tego owoce w cukrze przywiezione przez kupców z dalekiegoOrientu. Te ostatnie jadam tylko na święta i wielkie okazje...
Dni na nowej plebanii upływały mi na błogim nieróbstwie i obżarstwie z Falibowskim, który za punkt honoru postawił sobie otoczenie mnietłuszczem. Pozwalałem się karmić i powoli, niespiesznie poznawałemparafię. Oto dotarłem do Kazimierza w miesiącu szczęśliwym: nikt nieumierał, żadnego nie było pogrzebu. Tak się też złożyło, że i kolejnaniedziela minęła bez chrzcin i ślubów, co wydało mi się dziwne, jakbymtrafił do parafii poza czasem, poza bólem i radością życia samego. A może od obżarstwa zapadłem w tak długi sen, że nie mogłem sięprzebudzić? Miewałem bowiem tamtymi czasy dziwaczne koszmary, duszne,męczące noce zamiast ulgi przynosiły mi cierpienie. Zdarzało się, żewychodziłem z plebanii jeszcze przed świtem i wędrowałem kazimierskimiulicami, dotykając fasad kamienic, sprawdzając ich temperaturę i twardość, chcąc dotykiem przegnać wrażenie ułudy. Miasto wyglądałojednak zupełnie zwyczajnie.
Po jednej z suto zakrapianych kolacji po raz pierwszy przyśniło mi sięcoś miłego: Bianka, kobieta, od której kupiłem koszulę. Tańczyła w lesie, wystrojona w swoje białe płótna. Na głowie miała wianek z polnychkwiatów, z prześcieradła długi welon. Kłaniała się niewidocznejpubliczności, unosiła do góry ręce w weselnym tańcu na pustej leśnejsali.
Obudziłem się wtedy rozpalony, nabrzmiały pożądaniem i pełen złychprzeczuć. Kipiała we mnie wola działania, młodość i energia człowiekapragnącego zasłużyć na szacunek. Dopadłem do Falibowskiego i spytałem,który to dzień już wedle kalendarza oraz dlaczego do tej pory w kościelenie mieliśmy żadnej ważniejszej ceremonii. On westchnął ciężko i wreszcie przyznał się do winy.
- Zakazałem parafianom żenić się, chrzcić dzieci, a nawet, choć takiejmocy przecież nie mam, umierać. Powiedziałem, że dopiero od NarodzeniaNajświętszej Marii Panny można będzie prosić o posługę.
- Co też ksiądz wygaduje? - Zmarszczyłem czoło i zobaczyłem malujące sięna szerokiej gębie Falibowskiego przerażenie.
- To wszystko dla księdza dobrodzieja. Chciałem, żeby ksiądz kochaniutkimiał czas na... nicnierobienie.
Ten pierwszy ja struchlał, z czego zaśmiewał się ten drugi, gardzącyniezmiernie każdą formą gorliwości.
- Nicnierobieniem zajmujemy się już od przeszło dwóch tygodni. Jutro naporannej mszy ogłosisz, że jest już po staremu!
Falibowski pokiwał zabawnie głową. Trzęsły mu się tłuste fałdypodbródka. Ostatnie dni obżarstwa sprawiły, że jeszcze bardziej przytył.
Widzę, panie rajco, że coraz częściej zerkacie w okno. Obiecuję, żedotrzymam słowa i opowiem wam o mojej klątwie. Dajcie mi, proszę,jeszcze trochę czasu. Moim wielkim pragnieniem jest, żeby się przedśmiercią czegokolwiek dowiedzieć o Biance. Może wśród tej dyszącejzemstą gromady, która zaraz tu przyjdzie z cepami i widłami, będziektoś, kto wie, gdzie ona teraz jest? Poznałeś, waćpan, moje ostatnieżyczenie, ale wciąż daleko nam do wydarzeń, które doprowadziły mnie doupadku. Pozwólcie, że opowiem, co było dalej.
Kazimierz przesuwa krzesło na skraj stołu, wyciąga ręce, strzelaknykciami dla rozruszania i odchyla się mocniej na aksamitne oparcie.Stopy odziane w nowe skórzane trzewiki opiera na niewielkim podnóżku.Teraz ma w zasięgu wzroku to dziwaczne półkoliste okno, za którym kłębisię miejski ludek. Wystarczy tylko odwrócić się w prawo, nieco wyciągnąćszyję, a już wszystko widać jak na dłoni: czy doszli już włościanie z Dołów, czy wozy konne dowiozły szubienicznego drewna, no i czy aby niktsię nie buntuje. Pan rajca splata swoje dłonie o grubych palcach, jestgotowy na opowieść Jakuba, oby tylko nie za długą.
- Mówcie więc, księże proboszczu. - Kazimierz kiwa głową. Odchrząkujekrótko i donośnie, jakby miał właśnie wysłuchać próśb interesantów w ratuszu.
Jakub przymyka oczy. Lubię odbijać go takiego. Pod powiekami szkli musię wspomnienie dobrej jeszcze przeszłości, tej, o której przyjemniejest mówić, choćby stanowiła tylko wstęp do czegoś bolesnego i ukrytegogłęboko jak dawno złamana kość. Miło mi, że o tym wszystkim wiem i żemogę to odmalowywać na mej tafli.
- A więc wciąż był rok 1675, czas dla mnie beztroski. Myślałem o niej, o Biance, bardzo często. Ten pierwszy i ten drugi ja. Wyobrażałem sobie,jak w zimny, deszczowy ranek wstawała i w nieśmiałym świetle wczesnościszła do studni po wodę. Pod szorstką koszulą twardniały jej małe,kształtne piersi. Chłód końca lata i coraz szybciej nadchodzące długiewieczory z ulatującymi wśród dartego pierza opowieściami kobietnapełniał ją smutkiem. Zawsze o tej samej porze roku, w te ukradkiemkurczące się dni między Matką Boską Zielną a Narodzeniem NajświętszejPanienki, kiedy wciąż jest zielono i błogo, a chwilami po jesiennemuchłodno, Biankę, tak jak i mnie, ogarniało przygnębienie. Mówiła mi o tym już na pierwszej spowiedzi, krótko po moim do kazimierskiej parafiiprzyjeździe.
- Czy to jest lenistwo i zniechęcenie duchowe, a więc grzech, księżeproboszczu? Ta moja niezgoda na jesień - pytała, a ja nie odważyłem siępowiedzieć, że czuję dokładnie to samo.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki