Klątwa Kaliny - Anna Irena Falandysz

Reflow text when sidebars are open.
/Kalina/
Z tamtego czasu nigdy nie zapomnę mojego powrotu do rodzinnego domu. Przedtem uważałem, że pobyt na południu Europy powinien być tym najważniejszym wydarzeniem w moim życiu, lecz to był zaledwie lekki, barwny epizod. Dopiero pierwsza wizyta w kraju po latach nieobecności okazała się wyjątkowa i pozostawiła w pamięci i sercu trwały ślad. Ktoś kiedyś powiedział, że przed miłością nie da się uciec, jeżeli jest nam pisana. Ja jej nie chciałem, ale to nie miało znaczenia. Może dlatego los ze mnie zakpił i nie dając wyboru, nauczył pokory wobec tego, co nieprzewidywalne i przeznaczone.
Ale wtedy, gdy leciałem z Mediolanu do Krakowa, moje myśli były zupełnie inne. Wracałem do Polski po siedmiu latach tułaczki. Odniosłem sukces, o którym zawsze marzyłem. Wówczas uważałem, że jestem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, ponieważ tam, na obczyźnie, stałem się znanym i wziętym malarzem. Moje obrazy podpisywałem pseudonimem "Huba" - skrótem imienia Hubert, skoro od podstawówki zwracano się do mnie właśnie tak. Z czasem poczułem, że w tej wersji jestem naprawdę sobą - człowiekiem, który spełnia swoje marzenia.
Zaraz po maturze, razem z Bartkiem, rozpoczęliśmy studia na warszawskiej ASP. Znaliśmy się od dzieciństwa i tak się szczęśliwie złożyło, że i on przejawiał zdolności plastyczne. Co prawda jego bardziej interesowała architektura wnętrz, ale to nam nie przeszkodziło, żeby zdać egzamin na tę samą uczelnię. Obaj dostaliśmy się na nasze ulubione kierunki, choć jednak... nie do końca. Po trzech latach nauki (być może dlatego, że we dwójkę raźniej) rzuciliśmy ASP. Uznaliśmy, że dyplom nie jest nam do niczego potrzebny, a to, co nam do tej pory dała uczelnia, zupełnie wystarczy, żeby zrobić wymarzoną karierę. I tak większość czasu spędzaliśmy w kawiarni SARP-u na Foksal, uwodząc koleżanki-studentki i dyskutując na temat sensu istnienia. A głównie jego bezsensu.
Z dala od domu i rodzinnej musztry tak bardzo zachłysnęliśmy się wolnością, że zgodnie i bez żalu postanowiliśmy szerzej rozwinąć skrzydła. Zupełnie omotany naszym nowym pomysłem chałturzyłem na prawo i lewo, malując okolicznościowe widoczki i podobizny turystów zwiedzających warszawską Starówkę. W końcu, za uzbierane pieniądze, kupiłem bilet lotniczy w jedną stronę. O moich zamierzeniach nie poinformowałem nikogo z rodziny. Nawet brata. Uznałem, że tak będzie najprościej. Ale przede wszystkim na samą myśl o tym, co powiedziałby ojciec, przechodziły mnie ciarki. Bartek nie miał takiego problemu. Bilet zafundowała mu babcia, a rodzice z wielkim pobłażaniem wspierali go w jego najbardziej zwariowanych pomysłach.
Uznaliśmy, że pierwszym celem naszej podróży powinna być Barcelona, czyli miasto, gdzie ze sztuką można się zderzyć na każdym rogu. Tam, po roku przejadania pieniędzy rodziców Bartka i wciskania przechodniom wyszukanych szkiców, poznałem znanego malarza, który namówił nas na wyjazd do Madrytu. W stolicy Hiszpanii Bartek znowu zaczął szukać pracy, a mnie... mnie się zwyczajnie udało! Ku mojej wielkiej uciesze właśnie tam mogłem profesjonalnie sprzedawać moje pierwsze obrazy. Na początku wstawiałem płótna, gdzie tylko się dało. Aż któregoś dnia w pewnej małej galerii poznałem Włoszkę o imieniu Marina. Już nie pamiętam, na ile ta przedsiębiorcza czarnooka dziewczyna zakochała się we mnie, a na ile... w mojej twórczości. Tak czy siak, namówiła mnie na wyjazd do Mediolanu. Propozycja była wyjątkowo kusząca, ponieważ razem z koleżanką zamierzała otworzyć tam własną galerię sztuki. Rozstałem się więc z Bartkiem, który po dwóch latach poszukiwań odpowiednich kontaktów i wdzięczenia się do madryckich architektów w końcu obraził się na Hiszpanów i postanowił wrócić do kraju.
Pół roku później moje obrazy, wystawiane w galerii "Marina Art-folo", zaczęły cieszyć się rosnącym uznaniem. Coraz częściej przyciągały znawców sztuki i bogatą klientelę. Byłem w siódmym niebie...
Już nie pamiętam, co tak naprawdę zadecydowało, że po czterech latach wspólnego życia z Mariną i kochania się z jej koleżankami uznałem, że powinienem wrócić do Polski. A przynajmniej wpaść na krótko i odwiedzić stare kąty. W końcu powodów było wiele. Przede wszystkim mój brat Piotr obraził się za to, że rok wcześniej nie przyjechałem na jego ślub. Ojciec też nie krył oburzenia. A Marina... zaczęła odkrywać moje liczne romanse. Wiedziałem, że nie powinienem zadzierać z krewką Włoszką, tym bardziej że jej galeria była doceniana nawet za oceanem, wśród najwybitniejszych znawców sztuki.
W końcu, gdy sytuacja zaczęła mnie przerastać, w ciągu dwóch dni podjąłem decyzję i spakowałem torbę podróżną. Kupiłem bilet lotniczy do Krakowa. Obiecałem Marinie, że niedługo zadzwonię.
Teraz przez okrągłe okienko samolotu witałem się z ziemią ojczystą. I byłem zaskoczony własnymi emocjami.
- Za pięć minut lądujemy w Balicach. Proszę zapiąć pasy - oznajmiła stewardesa.
Jej spokojny głos przywołał mnie do porządku. Pomyślałem, że nie mam powodu do zdenerwowania. Wracałem z tarczą jako syn i brat, który dopiął swego. Wiedziałem, że przedtem nikt w rodzinie w to nie wierzył.
Oczkiem w głowie i nadzieją zawsze był Piotr. Szczęśliwie ukończył medycynę i nawet się ożenił. Tylko cóż z tego, że miał żonę? Co w tym nadzwyczajnego? Ja byłem od zawsze artystą, czyli kimś, kto jest ponad wszelkie konwenanse. Dojrzałym mężczyzną o zupełnie innych poglądach na życie. Poglądach, z których byłem dumny.
Ojca ledwo poznałem. Stał z boku, daleko od tłumu witających moich współpasażerów ludzi. Czekał, aż go dostrzegę. A gdy do niego pomachałem, ledwie się uśmiechnął. Miał już zupełnie siwe włosy i zapuścił wąsy, co dodawało mu powagi i dostojeństwa.
To mi jednak nie przeszkodziło, aby go serdecznie ucałować. Widziałem, że jest zaskoczony moją wylewnością, ale na południu Europy było to rzeczą normalną, do której łatwo się przyzwyczaiłem.
- Wszystko u ciebie w porządku? - odezwał się bez sensu.
- Jasne. Od naszej ostatniej rozmowy telefonicznej niewiele nowości.
Potem wsiedliśmy do starej Toyoty, nabytej dziewięć lat temu. Nawet pamiętałem moment jej zakupu...
- Jakbym w ogóle nie wyjeżdżał - zażartowałem, sadowiąc się wygodnie. Ale gdy spojrzałem na ojca, od razu zamilkłem.
- U nas z matką już się niewiele zmienia, ale za to Piotr odnosi same sukcesy - odezwał się po dłuższej chwili.
Pewnie. Nie inaczej. Zawsze tak było i będzie. A moje obrazy zawsze będą nazywane "obrazkami".
- To znaczy? - zapytałem zrezygnowany.
- Ostatecznie został pediatrą. Dobrali się z Kaliną jak w korcu maku, bo jego żona bardzo lubi dzieci. Chce mieć nawet pięcioro...
Ojciec uśmiechnął się pod wąsem, a ja się skrzywiłem. Próbowałem sobie wyobrazić żonę Piotra. Pewnie była przy kości, miała radosny uśmiech i uwielbiała gotować. Pasowała idealnie do rodzinnego wzorca.
- Ona jest wspaniała - podjął ponownie temat, nie zważając na moje milczenie - wykształcona i z dobrej rodziny. Piotr był jej pierwszym chłopakiem, a to się teraz tak często nie zdarza - dokończył i zamilkł.
- Fakt - przyznałem - i na pewno idealnie do siebie pasują. Coś studiuje czy pracuje? - siliłem się na uprzejmość.
Od razu pomyślałem, że jest przedszkolanką. Dlatego, gdy ojciec powiedział, że uczy młodzież, tylko się uśmiechnąłem.
- A konkretnie? - Chciałem już wiedzieć wszystko, żeby potem nie zawracać sobie głowy zbędnymi pytaniami.
- Uczy angielskiego. Jest po anglistyce, a ponadto zna niemiecki i hiszpański - powiedział z dumą, jakby to on sam ją kształcił.
- No, no... - pokiwałem głową z uznaniem - szkoda takich zdolności na wychów pięciorga dzieci - palnąłem.
Odwrócił się i utkwił we mnie znajome, ostre spojrzenie, więc zamilkłem. Pomyślałem, że może jednak powinienem być teraz z Mariną i wylegiwać się na słońcu. Ojciec, jak zwykle, nie znał się na żartach i wszystko przyjmował dosłownie. Ponadto zawsze uważał, że jestem lekkoduchem i nieodpowiedzialnym dzieciakiem. Teraz wiedziałem, że zdania już nie zmieni i pewnie nigdy zamierzał. Miałem wielką ochotę kazać mu zatrzymać samochód i wysiąść.
- Przeproś Piotra - odezwał się znowu. - Nie mógł ci wybaczyć, że nie pojawiłeś się na ślubie. Nie wiem, dlaczego, ale bardzo na to liczył.
- Przeproszę. - Pokiwałem głową i westchnąłem. - A co u mamy?
- Niedawno miała depresję. Nie należy jej denerwować.
- Nie miałem zamiaru - mruknąłem.
Mama pochodziła z arystokratycznej rodziny, dlatego wychowywanie dwojga dzieci nieraz ją przerastało. Ograniczała się więc do wpajania nam dobrych manier, do przestrzegania pór wspólnych posiłków i patrzenia na świat przez różowe okulary. Z czasem prawie przestała wychodzić z domu, zamykając się we własnym świecie. Dlatego to właśnie ojcu przypadła cała reszta naszego wychowania. Ale i on miał z tym kłopot. Najczęściej brakowało mu czasu. Przez lata handlował nieruchomościami, więc to z jego pieniędzy żyliśmy na jako takim poziomie.
Podjechaliśmy pod odrestaurowaną kamienicę, która niegdyś należała do dziadków, a potem rodziców mojej mamy. Być może dlatego nasze mieszkanie na pierwszym piętrze było duże i słoneczne. Lubiłem nasz dom. Miał niewielkie podwórze i był usytuowany zaledwie dwie przecznice od krakowskiego rynku.
W drzwiach stanął Piotr. Przez chwilę patrzył na mnie z udawanym gniewem, ale zaraz otworzył ramiona. Przywitaliśmy się ciepło i serdecznie. Dopiero wtedy poczułem, że jestem u siebie.
- Przepraszam, stary, głupio wyszło z tym ślubem. Na drugi raz się poprawię.
- Przypomnę ci przy chrzcinach - roześmiał się.
Za Piotrem pojawiła się mama. Jak zwykle starała się zachować rezerwę, ale nie wytrzymała i również przygarnęła mnie do siebie.
- Strasznie długo cię nie było - westchnęła.
- Chyba rzeczywiście - przyznałem ze skruchą. - Sam nie wiem, kiedy to zleciało...
- Naszykowałyśmy już obiad i czekałyśmy tylko na ciebie - oświadczyła z wielką powagą, na jaką zasługiwał każdy posiłek. Wtedy do mnie dotarło, że w domu jest jeszcze jedna kobieta.
Położyłem torbę w holu i razem ze wszystkimi wszedłem do jadalni. A potem mnie zamurowało.
Zamiast pulchnej blondynki o dobrodusznym spojrzeniu zobaczyłem wysoką i bardzo szczupłą dziewczynę. Miała długie kasztanowe i kręcone włosy. Były spięte szeroką klamrą i sięgały aż do pośladków, a może jeszcze niżej. Ale najbardziej zdumiały mnie jej oczy. Były w kształcie migdałów, zielone. Pomyślałem, że dziewczyna ma zadziwiającą urodę. Ostre rysy sprawiały, że może nie była klasycznie piękna, ale na pewno ładna. I bardzo oryginalna.
Patrzyliśmy na siebie bez słowa, chyba oboje zaskoczeni. Podobnie jak ja, nie spuściła wzroku, ale najwyraźniej była zmieszana.
- To jest Kalina, moja żona - przedstawił ją Piotr, nie ukrywając dumy.
- Spora niespodzianka... - wyrwało mi się. - To znaczy... miło mi. Huba...
- Czyli Hubert. - Uśmiechnęła się kącikiem ust.
- Nie, Huba - uparłem się, sam nie wiedząc, dlaczego.
- I tak będzie cię nazywała, jak zechce - roześmiał się Piotr. - Zazwyczaj stawia na swoim.
Nagle poczułem, że zaczynam się denerwować. Ta dziewczyna zburzyła porządek tego domu, wszystko, do czego byłem przez lata przyzwyczajony i co sprawiało, że mimo powściągliwości rodziców czułem się tu bezpiecznie. Tak, to było trafne spostrzeżenie. Z bliżej niewyjaśnionych powodów zawisło nade mną niebezpieczeństwo. Inaczej nie mogłem nazwać dziwnego uczucia, które mnie zaskoczyło. Na dodatek łapałem się na tym, że słowa ojca i Piotra docierają do mnie z opóźnieniem, więc bez przerwy musiałem prosić o powtórzenie.
W końcu zasiedliśmy do stołu nakrytego porcelaną i srebrnymi sztućcami po babci. Usadowiłem się na honorowym miejscu przeznaczonym dla gości, mając rodziców z lewej strony, a Piotra z bratową - z prawej. Zająłem się prostowaniem serwetki na kolanach, żeby nie patrzeć w stronę Kaliny. Za bardzo przyciągała wzrok. Starałem się myśleć racjonalnie, więc zwaliłem to na moją artystyczną duszę. Jako malarz miałem pełne prawo do analizowania wszystkiego, co mogło stać się obiektem twórczym. A Kalina była nim na pewno. Lubiłem malować postacie, uwielbiałem kolory i ich nietypowe zestawienia. Zazwyczaj badałem dokładnie zjawiska, które mnie fascynowały. Ale w tym wypadku nie było to takie proste. Z wiadomych względów nie mogłem przyjrzeć się wszystkiemu, co skrywała Kalina, i miałem wrażenie, że umyka mi mnóstwo detali, o których powinienem wiedzieć.
Gdy wreszcie podniosłem wzrok, zobaczyłem smukłą dłoń trzymającą chochlę z zupą nad moim talerzem.
- Wystarczy czy mam jeszcze dolać...?
Spojrzałem na nią ze zdumieniem i dotarło do mnie, że nawet jej nie usłyszałem.
- Przepraszam, zupełnie nie zauważyłem...
- Wiem, byłeś zamyślony - stwierdziła, wciąż czekając na moją decyzję.
- Pewnie jest zmęczony - wtrąciła mama. - Taki szmat drogi.
- Dziękuję za dolewkę, to, co mam, wystarczy - mruknąłem, coraz bardziej zły na siebie.
Kalina włożyła chochlę do wazy i podała talerz ojcu. A ja spojrzałem na mamę, która w tej chwili powinna powiedzieć...
- Gdzie te czasy, gdy mieliśmy służbę - westchnęła, wpasowując się w moją myśl.
Uśmiechnąłem się. To zdanie wygłaszała od lat, zawsze gdy na obiedzie mieliśmy gości. Teraz sam byłem gościem i dopiero po tym stwierdzeniu poczułem się jak w domu. Służby za moich czasów już nie było, ale mama pamiętała z dzieciństwa niejakiego Józefa, który usługiwał przy stole.
- Jak podróż? - zagadnął Piotr.
- Bez problemów, dzięki.
- Na długo przyjechałeś? - zapytał ojciec.
- Jeszcze nie wiem, ale trochę pobędę. Może poszukam pomieszczenia z pracownią. Nie powinienem robić przerwy w malowaniu, poza tym mam chyba nowe natchnienie... - Nagle się roześmiałem, wprowadzając w zdumienie rodziców i samego siebie.
Pomyślałem, że jeszcze pół godziny temu moja odpowiedź na pytanie ojca byłaby zupełnie inna. Marinie powiedziałem, że nie zabawię długo, odwiedzę kogo trzeba, sprawdzę, co się zmieniło, i wrócę. O malowaniu nie było mowy. A teraz wiedziałem, że to ona, żona mojego brata, wywróciła wszystko do góry nogami.
- Przecież wystarczy ci twój pokój, są tam stare sztalugi - zauważyła mama. - Piotr i Kalina mają wspólną sypialnię. Dobrze nam się razem mieszka, ale oni i tak wymyślili, że się wyprowadzą. I to za granicę - dokończyła z goryczą.
- Naprawdę? - spojrzałem na Kalinę, skoro mogłem to zrobić bezkarnie.
- Staram się o pracę w szpitalu w Amsterdamie - uprzedził ją Piotr. - Podobno potrzebują pediatry. Ale nie wiem, czy mi się uda zdobyć tę posadę. Jest duża konkurencja - dodał z powagą.
- Człowiek chowa dzieci, a wnuki będzie musiał odwiedzać za granicą - mruknął ojciec.
- Trochę podróży po świecie tatusiowi nie zaszkodzi - odezwała się Kalina.
Spojrzałem na nią ze zdumieniem. Nazwała naszego ojca "tatusiem"! W głowie się nie mieści...
- A ty, co zamierzasz robić w Holandii? - ponownie zwróciłem się do Kaliny.
- Pewnie to samo, co tutaj. Będę uczyć angielskiego. - Uśmiechnęła się do mnie, a ja poczułem, że robi mi się gorąco.
- Za bardzo mama zupę podgrzała - stwierdziłem ni stąd, ni zowąd. A potem znowu popatrzyłem na bratową. - Masz idealny zawód. Tym bardziej, że lubisz dzieci.
- Tak, to prawda. - Znowu posłała mi uśmiech. - Chyba w ogóle nie jestem skomplikowana, dlatego idealnie dopasowuję się do otoczenia.
- Oczywiście przesadza - odezwał się Piotr. - Jest uparta i zdążyła już wszystkich owinąć wokół palca, więc robimy, co ona chce, a nie na odwrót - dokończył i spojrzał na żonę z zachwytem.
Odstawiłem zupę.
- Nie smakuje ci? - zainteresowała się mama.
- Chyba nie mam apetytu. Za dużo zjadłem w samolocie.
- Szkoda - zmartwiła się Kalina. - Mama zrobiła pyszne rolady. Może jednak spróbujesz chociaż trochę?
- Może spróbuję - zgodziłem się i poczułem, że ogarnia mnie przygnębienie.
Piotr miał rację. Kalina w magiczny sposób działała na wszystkich, a na mnie - niestety - wyjątkowo. Wiedziałem, że to oznacza kłopoty.
Po obiedzie Piotr zaproponował wszystkim lody w kafejce na rynku. Pogoda dopisała, więc pomysł był znakomity.
Podczas wspólnego spaceru mój brat opowiadał o swoich praktykach w innych szpitalach, a ja po raz pierwszy żałowałem, że zaraz będziemy na miejscu. Kalina z rodzicami szła przede mną i Piotrem, mogłem więc spokojnie podziwiać jej figurę. Była wyprostowana i lekko stawiała najpierw palce, a potem piętę. Szeroka, czerwona spódnica podrygiwała rytmicznie, układając się harmonijnie wokół ud. Szczerze mówiąc, byłem zaskoczony jej chudością, a jeszcze bardziej tym, że mi się to podoba. Dotychczas lubiłem zaokrąglone kobiety, szczególnie tu i tam, a głównie w okolicach biustu. Zdążyłem zauważyć, że Kalina ma drobne piersi i pewnie nie nosi stanika. Nigdy w życiu nie gustowałem w takich dziewczynach! Pomyślałem ze zgrozą, że jednak zwariowałem do reszty. Wiedziałem, że jeżeli moje oczarowanie zaraz nie minie, to powinienem wiać z powrotem do Mediolanu, do nieskomplikowanych włoskich kobiet o obfitych kształtach. A potem przypomniałem sobie, że przecież Piotr również nie przepadał za chudzinami i takie na przykład modelki odpadały w przedbiegu.
- Zmienił ci się gust - przerwałem bratu w pół zdania, akurat gdy omawiał jakiś nadzwyczajny przypadek kliniczny.
- Co takiego? - Przystanął. - Czy ty mnie w ogóle słuchasz?!
- Oczywiście - odparłem - ale korzystając z okazji, że twoja żona nas nie słyszy, chciałem się dowiedzieć, jak to się stało, że przerzuciłeś się na dziewczyny o figurze wieszaka?
- O czym ty mówisz? - zdziwił się. - Przecież chodzi o moją żonę, a nie jakieś zwykłe dziewczyny do łóżka!
- Nie sypiasz z nią? - zakpiłem.
Spojrzał na mnie z politowaniem.
- Jakie to ma znaczenie, jak ona wygląda? Czy jest gruba albo chuda, podobna do wieszaka czy do komody, skoro ją kocham? Mogłaby mieć nawet garb albo nie mieć nogi, przecież to bez różnicy. Dla mnie jest doskonała. Rozumiesz?
Rozumiałem, ponieważ nagle poczułem to samo. Kalina była najpiękniejsza.
- To straszne - wyrwało mi się.
- Co takiego? - zdumiał się Piotr.
Na szczęście doszliśmy już na miejsce, a Kalina i mama sadowiły się przy stoliku pod parasolem. Usiadłem naprzeciwko bratowej i poprawiłem na nosie ciemne okulary. Teraz mogłem bezkarnie podziwiać jej drobne piersi ukryte pod falującą bluzką i niebanalną twarz. Miałem nadzieję, że w ten sposób, i to może nawet niedługo, rozszyfruję w końcu, w czym tkwi jej tajemniczy urok. Po tym olśnieniu od razu poczułem odprężenie i odzyskałem humor.
Szybko zamówiłem lody i... wyłączyłem się. Słuch również. Analizę niezwykłości Kaliny rozpocząłem od podziwiania jej twarzy. Wpatrywałem się w jej lekko skośne oczy, w ich niesamowity kolor i blask. Siedziała tyłem do słońca, więc okulary miała nasunięte na czoło. Zmrużyłem oczy i spojrzałem na nią z pewnej perspektywy. Pomyślałem, że ma coś z sarny, a potem, że jest ulotna, jakby nierealna. Miałem wątpliwości, czy mi się przypadkiem nie przyśniła albo czy jej nie wymyśliłem na poczekaniu, żeby przeżyć to, przed czym się tak długo broniłem.
Ocknąłem się, gdy poczułem, że Piotr wali mnie w bok.
- Lody ci się topią! Zasnąłeś czy co?
- Mówiłam, że jest zmęczony - dotarł do mnie głos mamy.
Teraz Kalina utkwiła we mnie wzrok. Przez chwilę wydawało mi się, że odkryła moje myśli i aż zdrętwiałem ze strachu. A zaraz potem zrozumiałem po raz kolejny, i to zupełnie na serio, że jeżeli natychmiast nie wyjadę, to albo moje życie legnie w gruzach, albo... życie mojego brata. Ale zrozumienie to jedno, a wprowadzenie w życie zmian i dziwnych pomysłów - to drugie. Zresztą, chyba było już za późno. A poza tym wiedziałem, że nawet jeżeli zrobię wszystko zgodnie z przeczuciem i zdrowym rozsądkiem, to i tak już nigdy nie będzie tak samo.
***
Kolejne dni tylko pozornie wyglądały normalnie. Rano, gdy Piotr i Kalina wychodzili do pracy, zamykałem się u siebie w pokoju i usiłowałem malować. Niestety, mimo że czułem wielkie pragnienie tworzenia, to wszystko, co nakładałem na płótno rano, po południu ze złością zamalowywałem. Kalina wracała do domu wcześniej niż Piotr. Najczęściej coś u siebie czytała, słuchała muzyki albo pomagała mamie przy obiedzie. Nie miałem odwagi burzyć jej przyzwyczajeń. Wciąż mnie onieśmielała, do czego nie mogłem się przyzwyczaić. Dopiero późnym popołudniem dołączałem do rodzinnej obiadokolacji i unikając jej wzroku, udawałem, że wszystko jest w porządku.
Czasami Piotr miał wolne poranki, więc we dwóch wychodziliśmy na spacer. Czerwcowe słońce przyjemnie przygrzewało, dlatego najczęściej przesiadywaliśmy w kawiarniach z widokiem na Sukiennice. Mówiliśmy o wielu sprawach, których nie poruszaliśmy wcześniej. Pewnie chcieliśmy nadrobić stracony czas. Wtedy dopadały mnie wyrzuty sumienia. Szczególnie, gdy Piotr wspominał o chwilach z dzieciństwa. Jak odprowadzał mnie do szkoły, jak na podwórku bił się w mojej obronie, jak pomagał mi w zadaniu, jak... Było tych momentów nieskończenie wiele. To mi przypomniało, że od zawsze był dla mnie najbliższą osobą w rodzinie. Moim opiekunem, doradcą, a nawet mentorem. Do momentu, aż poszedłem do liceum, a on na studia. Nie miał wówczas tyle czasu, a ja... Ja już go wtedy nie potrzebowałem. Miałem ważniejsze sprawy i moją sztukę. Stałem się samowystarczalny. Za to teraz moja wdzięczność przybrała dziwną formę. Prawie czułem do siebie obrzydzenie.
W końcu nie wytrzymałem ciśnienia i wyjechałem na tydzień do Bartka. Akurat zakupił spory lokal na poddaszu w Kazimierzu Dolnym. Twierdził, że to miasto pachnie artystami z prawdziwego zdarzenia i więcej w nim galerii sztuki niż jakichkolwiek sklepów. I że tu oddycha spokojem i wolnością. Nie dociekałem, co ma na myśli. Ważne, że czuł się szczęśliwy.
Po powrocie z Madrytu Bartek skończył studia i współpracował z warszawskim biurem architektury przestrzennej. Ale projekty malował głównie w Kazimierzu. Gdy przyjechałem, zaburzyłem mu codzienny cykl twórczy. Ale bez względu na uciekający czas, nie było rzeczy, której Bartek nie zrobiłby dla przygnębionego przyjaciela. Otoczył mnie nadspodziewaną opieką. Wieczory spędzaliśmy w knajpie "U fryzjera", gadając przez długie godziny i upijając się przy tym do nieprzytomności. Aż w końcu, po pięciu dniach zalewania rozpaczy, odwróciłem kieliszek do góry dnem i postanowiłem zebrać się do kupy. A przede wszystkim postanowiłem cokolwiek postanowić. Bartek poradził, że powinienem wyjawić wszystko bratu i zniknąć w cholerę z kraju. A najlepiej wpaść wprost w ramiona Mariny, na której telefony już nawet nie odpowiadałem.
Nie byłem pewny, w jaki sposób to załatwię, lecz i tak z Kazimierza wyjechałem. A gdy wieczorem przekroczyłem próg krakowskiego mieszkania i zobaczyłem Kalinę, powiedziałem do Piotra coś zupełnie innego, niż zamierzałem:
- Doszedłem do wniosku, że powinienem namalować twoją żonę. Ma ciekawy typ urody. Mógłbym nawet stworzyć interesujący cykl obrazów...
Spojrzeli na mnie z zaskoczeniem i przez chwilę milczeli. W końcu Piotr odwrócił się do Kaliny.
- Co o tym sądzisz?
Wzruszyła ramionami, ale zaraz dodała:
- Właściwie nie mam pojęcia. Ale może to dobry pomysł? Nigdy przedtem nikt mnie nie chciał malować.
***
W ciągu kolejnych dni słońce świeciło jaśniej, a niebo zrobiło się bardziej niebieskie. Z radością w oczach biegałem po sklepach dla artystów-plastyków i dobierałem to, co było niezbędne do tak szczególnej pracy. Zakupiłem cztery blejtramy wielkości metr dziesięć na metr trzydzieści. Ze względu na transport niestety nie powinny być większe. I oczywiście wyszukałem najlepsze farby oraz pędzle, których na szczęście w Polsce nie brakowało.
- Dlaczego aż cztery płótna? - zainteresował się Piotr.
- Namaluję Kalinę na tle czterech pór roku. Ona sama będzie raz wiosną, raz latem, raz jesienią...
- A raz zimą - dokończył i spojrzał na mnie ze zdziwieniem. - To mnóstwo roboty. Skąd taki pomysł?
- Taką mam wizję. Co w tym dziwnego?
Brat zmarszczył brwi i podrapał się po głowie.
- Właściwie nie znam się na sztuce. Ale pewnie masz swoje racje. To dla mnie za trudne.
Wzruszyłem ramionami.
- Myślisz, że potrafiłbym odróżnić ospę od odry? Co byś nie stwierdził, uwierzyłbym w ciemno.
To był właściwy argument. Piotr zasugerował, że Kalina powinna pozować w tym czasie, kiedy on będzie miał dyżury. Czyli najlepiej, gdy go nie będzie. Ale o konkretach miałem pogadać z nią samą. Okazało się jednak, że nie ma o czym mówić, ponieważ ona zgadza się na wszystko. Miała już więcej czasu. Rok szkolny zbliżał się ku końcowi, a prywatnych lekcji było niewiele i tylko do połowy miesiąca.
A gdy wreszcie (po przemeblowaniu pracowni i ustawieniu sztalug) stanęła w drzwiach, nie posiadałem się ze szczęścia. Byłem oczywiście maksymalnie zdenerwowany, przez pierwsze minuty stałem z węglem w ręce bez słowa. Właściwie nie wiedziałem, jak mam reagować, skoro debiutująca modelka wcale nie miała zamiaru siedzieć bezczynnie. Chodziła wolno po całej pracowni, która była jednocześnie moim pokojem z lat dziecięcych i wczesnej młodości. Stało w nim dużo regałów z książkami i cennymi drobiazgami, których teraz nawet nie zauważałem. Wtopiły się w pomieszczenie, tworząc historię tamtych, młodzieńczych lat.
Dziewczyna przesuwała po kolejnych tytułach dłonią, jakby przez dotyk chciała sobie przypomnieć treść.
- Podstawowe chłopięce lektury: Sienkiewicz, Niziurski, Bahdaj, Dostojewski, Tołstoj, Hemingway... Sporo tego. Wszystko przeczytałeś? - zapytała.
I odwróciła się w moją stronę, oczekując odpowiedzi.
- To coś dziwnego? A ty nie przeczytałaś?
Tylko się uśmiechnęła i wróciła do swojego namacalnego poznawania.
Nie mogłem oderwać od niej oczu. Miałem wrażenie, że każdy jej gest jest spowolniony, płynny, niesie słowa, których nie trzeba wypowiadać, ponieważ od razu stają się czytelne.
Powoli głaskała małe rzeźby przedstawiające Winnetou i Old Shatterhanda, a potem trzy ołowiane żołnierzyki. Na końcu przesunęła palcem po dwóch wiszących na ścianie kopiach Gustava Klimta i... zakręciła się wokół własnej osi. A potem lekko, na palcach, przeszła w drugi kąt pokoju.
I nagle mnie olśniło.
- Wiem! Byłaś kiedyś tancerką!
Odwróciła się i utkwiła we mnie poważne spojrzenie.
- Sam się domyśliłeś?
- Dziwne, że wcześniej na to nie wpadłem. Przecież poruszasz się w szczególny sposób, charakterystyczny dla ludzi ćwiczących balet. Co się stało...?
- Banalny upadek. Chciałam się uczyć jazdy na rowerze, wbrew zakazom mamy. I tyle. Złamana noga w dwóch miejscach. Nie ma o czym mówić.
- Długo uczyłaś się tańca?
- Dziesięć lat. Od piątego roku życia. Wyobrażasz sobie piętnastolatkę nieumiejącą jeździć na rowerze?
Wzruszyłem ramionami.
- A dla mnie to był wstyd - westchnęła. - I w ten sposób szkoła baletowa poszła w zapomnienie.
- Wcale nie. Tańczysz każdym ruchem, gestem. Szkoła tańca cię ukształtowała. I wiesz co? Mam pomysł!
Kalina się roześmiała.
- Wiedziałam, że to nie będzie zwykłe pozowanie.
- Bo ty jesteś niezwykła! - wyrwało mi się, więc szybko przeszedłem do sedna. - Jeśli nie masz nic przeciwko temu, to po prostu tańcz. Jak tylko masz ochotę. Ale chciałbym... - zawahałem się.
- Tak?
- Chciałbym, żebyś rozpuściła włosy - rzuciłem jednym tchem i wstrzymałem oddech.
Spojrzała na mnie ze zdziwieniem. Ale trwało to tylko chwilę.
- Dobrze.
I już bez zbędnych słów rozpoczęła wyplatanie i zdejmowanie dziwnych klamerek, gumek, spinek...
Stałem jak zahipnotyzowany, nie mogąc wydusić z siebie słowa. Wyplątywanie z włosów poszczególnych drobiazgów było czynnością magiczną i pełną erotyzmu. Powoli odkładała na stolik wszystko to, co ograniczało swobodę każdej wijącej się kasztanowej spirali. Gdzieś z pamięci przywołałem obraz Gildy zdejmującej na scenie długie czarne rękawiczki. Był to najbardziej erotyczny moment w całym filmie, a i w rzeczywistości nie zetknąłem z równie mocną nutą erotyzmu. Właśnie. Do teraz.
Kalina rozpuściła włosy do końca i spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
- Masz taką minę...
- Wiesz, że przebiłaś Ritę Hayworth?
Zdziwiła się.
- O ile pamiętam, to miała krótsze włosy.
Roześmiałem się.
- Później ci to wytłumaczę.
Patrzyła na mnie z wahaniem, jakby chciała o coś zapytać, ale wciąż milczała.
- Wiesz, przyszło mi do głowy, że mógłbym cię kiedyś namalować nago - wypaliłem bez zastanowienia. - Chociaż... musiałabyś mi pozować bez ruchu, bez ubrania, a to męczące... - zamotałem się.
I pomyślałem, że może jednak przesadziłem. Ale Kalina spojrzała na mnie uważnie i nawet się uśmiechnęła.
- Przemyślę to - stwierdziła ku mojemu zaskoczeniu i zmieniła temat. - A teraz, co mam robić dalej?
- Tańczyć, tańczyć... a ja cię będę malował.
Wtedy podeszła do półki z płytoteką, bez wahania wybrała Ellę Fitzgerald i włożyła ją w gramofon.
- Do takiej muzyki chcesz tańczyć? - zdziwiłem się.
- Mogę do czegokolwiek. A na Ellę mam ochotę. Nastawię na granie w kółko...
I pokój wypełnił spokojny głos wokalistki w utworze Dream a Little Dream of Me. Kalina stanęła na palcach i rozpoczęła wyjątkowy taniec. Znowu nie mogłem oderwać od niej oczu, zastanawiałem się, gdzie mogłem widzieć coś podobnego. Nagle z pamięci wyłonił się obraz Isadory Duncan, którą musiałem zobaczyć w jakimś filmie. Ale gdzie jej było do Kaliny. A potem przyszło mi do głowy, że może tym tańcem mnie uwodzi...? Kręciła się i zerkała na mnie powłóczystym, szczególnym spojrzeniem spod wpół przymkniętych powiek. Właściwie nie byłem pewien, czy to się dzieje w rzeczywistości, czy może jest tylko moim pobożnym życzeniem. Czasami przysiadała na moment, jakby chciała wprowadzić w swoją spontaniczną choreografię kolejne elementy.
Postanowiłem szybko opanować oczywiste rozterki i po paru minutach zagłębiłem się w pracy. Wyjątkowo szybko powstał szkic tancerki wirującej wśród kaskady loków. Oczami wyobraźni widziałem gamę barw związanych z wiosną, a wokół postaci pąki i soczystą zieleń...
Po godzinie moja modelka wyłączyła płytę i usiadła na tapczanie.
- I tak długo wytrzymałaś - stwierdziłem z uznaniem. - Mógłbym wciąż patrzeć, jak się poruszasz. W nieskończoność.
- Ale na dzisiaj wystarczy?
- Myślę, że tak. Szczerze mówiąc, już na podstawie tego, co właśnie stworzyłem, wiem, jak będzie wyglądać pierwszy obraz. Ale chciałbym, żebyś mi towarzyszyła do jego ukończenia. Zostałaś moją muzą, bez której trudno dalej pracować.
- Naprawdę? To prawda? Nigdy nie wierzyłam w żadne "muzy". Wydaje mi się, że malarze przesadzają - stwierdziła z przekąsem.
- Zapewniam cię, że mówię prawdę - powtórzyłem, wprowadzając w kolory cienie i głębię.
Kalina zapadła mi w pamięć na tyle, że rzeczywiście mogłaby już sobie pójść. Ale wówczas, co by się stało z moim natchnieniem? Byłem pewny, że natychmiast odłożyłbym pędzel. Czy chciała, czy nie - była mi potrzebna. Bałem się myśleć, jak bardzo.
Tymczasem moja modelka ściągnęła włosy gumką. A potem stwierdziła, że przyniesie nam kawę, ponieważ odwaliliśmy kawał dobrej roboty. Wykazała się przy tym sporym zaufaniem, bo na mój szkic nawet nie spojrzała. Stwierdziła, że woli oglądać gotowy obraz i zapewniła, że mogę być spokojny, ponieważ przedwczesnej krytyki nie będzie.
A gdy usiedliśmy przy małym stoliku w rogu pracowni, znowu poczułem zdenerwowanie. Nie spuszczała ze mnie wzroku, popijając z filiżanki małymi łykami.
- Hipnotyzujesz mnie tym swoim niesamowitym spojrzeniem - nie wytrzymałem.
- Jesteś skrępowany?
- Czasami. Bardziej, niż ci się wydaje.
- To dziwne. Przypuszczam, że znałeś wiele kobiet. Nawet jestem tego pewna...
Spojrzałem na nią ze zdziwieniem.
- Mam coś takiego wypisane na czole?
- Właśnie! - Roześmiała się nieoczekiwanie, jeszcze bardziej pogłębiając moje zdenerwowanie. - Jak cię pierwszy raz zobaczyłam, wiesz, w jadalni, to od razu pomyślałam, że musisz mieć powodzenie u kobiet.
- Doprawdy? - nie dowierzałem.
- Oczywiście. Jesteś wyjątkowo przystojny. Ciemne, proste włosy. Czarny, przystrzyżony zarost, piękny uśmiech. I do tego niepokorny malarz... Zniewalasz.
Na chwilę zaniemówiłem.
- Poczułaś się zniewolona? - wyjąkałem w końcu i szybko popiłem kawą, bo zaschło mi w gardle.
- Kto wie... - Uśmiechnęła się.
Przez chwilę patrzyłem na nią zaskoczony tym wyznaniem. A potem powiedziałem coś, czego się sam nie spodziewałem:
- To ty mnie zniewoliłaś. Od pierwszego wejrzenia. Już sobie z tym nie radzę - dokończyłem ciszej.
Kalina spoważniała. Wyglądała na spłoszoną. Przez parę wyjątkowo długich minut panowało milczenie. W końcu, nie patrząc na mnie, oznajmiła cicho:
- Ja się do tego nie nadaję, Hubercie. Nie mam doświadczenia.
- Wiem przecież... Wiem.
Byłem uszczęśliwiony jej wyznaniem i jednocześnie załamany. Ale pragnąłem jej coraz bardziej, bo tak jak ona nie nadawała się do kłamstwa, tak ja - do platonicznej miłości.
- Pójdę już - westchnęła i wstała.
Zamknęła za sobą drzwi. Zostałem sam ze swoim pragnieniem i nikłą nadzieją, że zdarzy się coś niespodziewanego, co nas uszczęśliwi. Albo przynajmniej złagodzi mój ból.
***
Moje zaangażowanie i częsta obecność Kaliny w pracowni pozwalały mi jako tako egzystować. Malowałem nawet w nocy, dopóki jej zapach unosił się jeszcze w powietrzu. Często zapominałem o jedzeniu i o całym świecie. Ale tylko tak mogłem sobie pomóc, żeby nie myśleć i nie czekać na jakikolwiek gest z jej strony, na który nigdy nie powinna się zdecydować. Wiedziałem, że oboje czujemy w powietrzu coś elektryzującego, co nas paraliżuje, ilekroć przechodzimy obok siebie.
Widziałem, że jej też nie było łatwo. Już nie uśmiechała się tak często i przestała tańczyć. Na szczęście nie wymagałem tego ani niczego innego. Chciałem jedynie, żeby po prostu była.
Po miesiącu pierwszy obraz był prawie na ukończeniu, a pozostałe miały solidne szkice i ukazywały Kalinę w kolejnych, trzech różnych ujęciach. Na każdym z nich próbowała wyzwolić się z falującego pierścienia włosów. Układała dłonie, twarz, całe ciało w różnych pozach, za każdym razem inaczej, aby całość współgrała z daną porą roku.
W końcu uznałem, że pierwszy obraz jest gotowy. Dodałem z przodu podpis, a na odwrocie tytuł - WIOSNA KALINY.
- Chodź, zobacz. - Machnąłem pędzlem w jej kierunku, gdy weszła do pracowni. - Wiesz, że jedna z odmian kaliny zakwita wiosną?
- Moja mama też tak twierdziła. - Uśmiechnęła się po raz pierwszy od tamtej rozmowy i podeszła bliżej. - Naprawdę? Obraz jest już gotowy?
Teraz stała koło mnie. Długo wpatrywała się w płótno, zaskoczona i przejęta. A ponieważ milczała, nie wytrzymałem:
- Powiesz coś?
- Niesamowity. Mam zielono-złote włosy, a dłonie tańczą... Obraz jest piękny. Tak jak ty - dodała i odwróciła się do mnie.
Nie wytrzymałem i chwyciłem ją w ramiona. I zaraz potem całowałem jak szalony. A ona odpowiadała na każdy mój pocałunek równie żarliwie, aż nam obojgu zabrakło tchu. A gdy wreszcie oderwaliśmy się od siebie, nie mogłem znieść jej spojrzenia. Jej oczu pełnych łez.
- Kocham cię. Wiesz o tym - wyznałem.
Pokiwała głową. Otarła łzy i powiedziała z powagą:
- Wyjedź, proszę. Muszę się jakoś pozbierać, przemyśleć...
- Dobrze. Wyjadę. Ale zobaczę cię niedługo? Powiedz... Zobaczę?
- Zobaczysz - wyszeptała.
Odetchnąłem.
- Musiałem to wiedzieć. Inaczej nic nie mógłbym już zrobić, namalować... Zupełnie nic...
- Wiem - przyznała spokojniej, a potem szybko wyszła.
Usiadłem przed obrazem i z rozpaczą wpatrywałem się w jej duże zielone oczy w kształcie migdałów. Przez moment miałem wrażenie, że stworzyłem je tylko dla siebie, żeby móc bezkarnie w nie patrzeć.
W końcu wstałem i z daleka od sztalug zagłębiłem się w fotelu. Położyłem głowę na oparciu i przymknąłem powieki. W mojej wyobraźni oboje tańczyliśmy w przedziwnym miłosnym tańcu, zaplątani w jej włosy. Bez szans na uwolnienie, więc złączeni za zawsze...
Nagle drgnąłem, ponieważ upojną wizję przerwało czyjeś chrząknięcie. Podniosłem głowę i zobaczyłem ojca, który na zmianę wpatrywał się raz w obraz, a raz we mnie.
- Długo tu jesteś? - spytałem ze zdziwieniem.
- Parę minut - powiedział i znowu zerknął na płótno.
Wstałem, stanąłem obok niego i teraz obaj przypatrywaliśmy się wiosennej Kalinie. Ojciec przez cały czas milczał, a we mnie - z minuty na minutę - rosło dziwne wrażenie, że ma zamiar powiedzieć coś, czego wcale nie chcę usłyszeć.
- Przyrzeknij mi - powiedział wolno - że Piotr nigdy o niczym się nie dowie.
Serce podeszło mi do gardła. Spojrzałem mu w oczy i już wiedziałem, że nie muszę niczego udawać. A potem... zawahałem się. Jak śmiał ingerować w moją prywatność? W moje uczucia?!
- Przyrzekam - mruknąłem wbrew sobie, jak zwykle. A potem szybko odwróciłem wzrok.
Znowu, jak kiedyś, wobec dotkliwej niesprawiedliwości ogarnęła mnie bezsilna złość. Zazwyczaj w magiczny sposób ojciec odkrywał wszystko, co chciałem ukryć. Oceniał mój osobisty problem według własnych kryteriów moralnych, zanim sam zdążyłem wszystko przemyśleć.
- Mam nadzieję, że dotrzymasz słowa. - Pokiwał głową i odszedł w kierunku drzwi. Ale jeszcze się odwrócił.
- Naprawdę jesteś artystą. Kto by pomyślał...?
I wyszedł.
Tego dnia mój brat wrócił późno, dlatego dopiero wieczorem pokazałem mu obraz, a przy okazji i mamie. Długo stali bez słowa, wpatrując się w płótno.
- Niesamowite - przemówił Piotr. - Tyle barw. A Kalina... nawet podobna. Głównie w ruchach... Co ja mówię? - Roześmiał się w końcu. - Ale obraz mi się podoba. Jest taki... ekscentryczny. A może... eteryczny?
I spojrzał na mnie z uznaniem.
- To zasługa modelki. Potrafi natchnąć artystę - stwierdziłem szybko.
- Mnie też się podoba - odezwała się mama. - Mimo że jest taki nowoczesny. Zielone włosy... i te kolory... Zadziwiające.
Westchnąłem. Kiedyś podobna recenzja z ich strony napełniłaby mnie radością i uniosła pod niebo. Teraz myślałem tylko o tym, co przyrzekłem ojcu. I o Kalinie. Że będę za nią tęsknił jak wariat.
- A co na ten temat mówi moja żona? - zapytał Piotr.
- Nie mówi źle - odparłem krótko.
- A gdzie ona się podziewa?
- Już ją zwolniłem z pozowania, więc pewnie odpoczywa. Dalej poradzę sobie bez niej. Obrazy już należą do twojej żony, ale najpierw wystawię komplet w Mediolanie. Jeżeli Kalina się zgodzi.
- Dlaczego ma się nie zgodzić? - zdziwiła się mama.
Nie odpowiedziałem. Podszedłem do szafki, gdzie walały się farby i słoiki z terpentyną z zanurzonymi w niej pędzlami. Wyjmowałem je po kolei, wycierając dokładnie każdy z osobna.
- Jutro wyjeżdżam - rzuciłem od niechcenia w ich stronę. - Potrzebuję większego skupienia, żeby popracować nad pozostałymi płótnami.
W ciągu dwóch dni załatwiłem wszystko. Szczęśliwie od jednego z sąsiadów odkupiłem paroletniego dostawczaka Nissana i załadowałem do niego cały zestaw malarski oraz niedokończone Cztery pory roku. Potem dołożyłem resztę blejtramów z mojego pokoju. Tak na wszelki wypadek i pewnie dlatego, że nie przewidywałem już powrotu. W końcu zadzwoniłem do Bartka.
- Mógłbyś mi znaleźć pracownię w Kazimierzu? Najlepiej razem z łóżkiem.
- To może potem, bo teraz wybieram się służbowo do Wiednia. Rano już mnie nie będzie.
- Na długo? - zdziwiłem się.
- Na dwanaście dni. Firma funduje szkolenie połączone ze zwiedzaniem. Możesz na razie zatrzymać się u mnie. Klucz będzie pod wycieraczką.
Odetchnąłem. Nie miałem głowy do tak przyziemnych spraw, jak szukanie dachu nad głową.
- Dzięki. To mi sporo ułatwia.
- Nie ma sprawy. A jak tam twój problem?
- Do dołu. Ale dziękuję, że pytasz.
***
Przez cały tydzień malowałem bez przerwy. I czekałem. Prawie nie jadłem, żeby nie odrywać się od pracy i nie myśleć. Najgorsze były noce, gdy padałem zmęczony na łóżko i nie mogłem zasnąć. Wówczas wpatrywałem się w jedno ze skośnych dachowych okien i obserwowałem gwiazdy. Upiorne myśli, że Kalina nie przyjedzie, wywoływały panikę. Często zasypiałem dopiero o świcie, aby w końcu obudzić się w południe, wykończony jakimś sennym koszmarem.
Wreszcie siódmego poranka głośny dźwięk komórki posadził mnie na łóżku. Wcześniej nastawiłem dzwonek na odgłos syreny strażackiej i wiedziałem, co robię.
- Halo? - wykrztusiłem zachrypniętym głosem.
- Tu Kalina... Będę jutro. Podasz adres?
Pamiętam, że wystrzeliłem na równe nogi i wpadłem pod prysznic. Pod zimnym strumieniem wody z wyjątkową precyzją układałem dokładny plan działania. Przede wszystkim sprzątanie i przestawienie łóżka, potem zaopatrzenie, a na końcu... Może powinienem kupić nową koszulę?
Następnego ranka chodziłem nerwowo po pokoju-pracowni. Byłem zły, że nie zapytałem, czym przyjedzie i o której godzinie. Właściwie o nic nie pytałem. Za to ona konkretnie, czyli o adres. Wtedy ledwo przypomniałem sobie numer domu i nazwę ulicy, chociaż tkwiłem w tym mieszkaniu od tygodnia. Wszystko, co mogłem robić, to chodzić w kółko i spoglądać na obrazy równo ustawione pod ścianą. Ale już nie potrafiłem skupić na nich uwagi. O malowaniu nawet nie było mowy. Nie dzisiaj i nie teraz. Później.
A potem usłyszałem lekkie kroki na schodach. Otworzyłem drzwi w momencie, gdy stanęła przed progiem.
Spojrzałem w jej zielone oczy i sekundę potem już trzymałem ją w ramionach. Całowałem po powiekach, skroniach, policzkach, ustach... a potem chwyciłem na ręce i zaniosłem na łóżko. Ale wtedy wyrwała się i skuliła. Opamiętałem się.
- Przepraszam. To było silniejsze ode mnie.
- Nie przepraszaj. Wszystko, co robimy, będziemy robić wspólnie. Zaraz albo później. Ale dzisiaj. I tylko ten jeden, jedyny raz.
Wiedziałem, że już podjęła decyzję i jakiekolwiek targi nie mają sensu.
- To pewnie zaplanowałaś już krok po kroku - uśmiechnąłem się - cały dzień i całą noc?
Odwzajemniła uśmiech.
- Prawie. Bo to będzie nasza jedna, jedyna noc.
Musiałem na chwilę spoważnieć, ponieważ szybko dodała:
- Wtedy, w Krakowie, powiedziałeś, że mógłbyś namalować mój akt. Zawsze chciałam mieć coś takiego. Teraz jestem gotowa. Chociaż pewnie zajmie ci to sporo czasu...
- To zależy. Jeżeli wystarczy sam szkic...?
- W zupełności. Ale z twoim podpisem.
- Jak sobie życzysz. Nawet z dedykacją. - Roześmiałem się.
- To nie traćmy czasu.
Po tych słowach Kalina podeszła do łóżka i zaczęła zdejmować ubranie, a ja usiłowałem się skupić na dobraniu odpowiedniego blejtramu. Na szczęście znalazłem właściwą wielkość, siedemdziesiąt na pięćdziesiąt, i już nie byłem w stanie zrobić niczego więcej. Nie mogłem oderwać od niej wzroku.
W końcu położyła się na łóżku. Promienie słońca wpadające przez okno tuż nad nią rozświetliły delikatną skórę. Patrzyłem z zachwytem, jak jej ciało przybiera alabastrowy odcień.
Kalina uniosła głowę na łokciu, zgarnęła włosy, a one rozsypały się wzdłuż boku. W końcu spojrzała na mnie.
- Nie za banalnie? Może powinnam ułożyć się inaczej?
- Później - odparłem zachrypniętym głosem.
I nie zważając już na nic, podszedłem do łóżka, ukląkłem i położyłem głowę na jej brzuchu. Tylko westchnęła.
Byłem zaskoczony, jak jej kruchość, a nawet kościstość podziałała na moje zmysły. Nie mogłem opanować pożądania. Przyciągnąłem ją do siebie, a potem rzuciłem na łóżko i zamknąłem w ramionach. W nieznanym dotąd popędzie chciałem zgnieść, zmiażdżyć każdą jej wypukłość, ostrość... Jednocześnie bałem się, że przez zapomnienie sprawię jej ból. Momentami łapałem się na tym, że z każdym nadchodzącym impulsem wyzwalam niespodziewaną i nadmierną siłę. Jakbym chciał pokonać nieznane dotąd pragnienie zapanowania nad każdym jej drgnieniem. W setkach miejsc własnego ciała odbierałem jej ostre ruchy i każde wykrzyczane słowo, każde westchnienie szczęścia.
A potem zapadła cisza. Kiedy uniosła powieki, zobaczyłem jej oczy. Przybrały kształt i kolor liści mieniących się w promieniach słońca. Aż w końcu na moment znieruchomiały, rozświetlając policzki wyjątkowym blaskiem. Nie mogłem oderwać wzroku od nieznanego mi dotąd pejzażu jej twarzy. Jedynego, jaki mogła stworzyć natura wiedziona miłosnym uniesieniem.
- Jesteś taka piękna - westchnąłem, prawie czując ból.
Kąciki jej ust i oczu uniosły się w górę. Potem dotknęła dłonią mojego policzka i delikatnie przesunęła po nim palcami.
- Bardzo chciałam być tu z tobą. Jesteś moim świętem. Dla ciebie zakwitłam inaczej i tylko raz.
Przytuliłem ją zachłannie, ponownie napawając się jej kruchością, wdychając zapach włosów, pieszcząc ustami każdy fragment jej twarzy. Nie chciałem myśleć, jak niewiele czasu wyznaczyła na to swoje jedyne, inne kwitnienie. Jak szybko umykają chwile, których nie będę mógł więcej powtórzyć, bo są kradzione...
Kochaliśmy się przez parę godzin. Potem, gdy leżała rozgrzana i zmysłowa, szkicowałem jej ciało, delikatnie pociągając węglem. Z wyjątkową lekkością uchwyciłem smukłość i charakterystyczną ostrość kształtów, których miałem już nigdy nie zapomnieć. Tylko oczy patrzyły fantazyjną zielenią, z której nie byłem w stanie zrezygnować.
- Są takie zielone? - zdziwiła się Kalina, uśmiechając się przy tym z zażenowaniem. - Przecież w rzeczywistości mają ciemniejszą barwę, nie tak intensywną...
- Są właśnie takie. Od początku widzę w nich blask. Nie mógłbym ich namalować inaczej.
- Czerń, biel i... zieleń. Wspaniałe - szepnęła.
Gdy owa nietypowa grafika była gotowa, odczepiłem płótno od drewienek blejtramu i na drugiej stronie napisałem: "Dziękuję za chwilę, w której zakwitła Kalina, chwilę, dla której warto się było urodzić".
Kolację zjedliśmy na wielkiej tacy. Położyłem ją pomiędzy nami na środku łóżka. Właściwie był to nasz jedyny posiłek, zakrapiany czerwonym winem. Delektowaliśmy się każdym kęsem, karmiąc siebie nawzajem i zaśmiewając się z byle czego. A gdy zapadł mrok, księżyc zawisł nad łóżkiem.
- Fantastyczne miejsce do spania - zachwyciła się Kalina. - Można przed snem wpatrywać się w okno, gapić w księżyc i liczyć gwiazdy. Albo wyszukiwać te spadające na szczęście.
- Tak robiłem, gdy czekałem na ciebie. Nie mogłem spać, chociaż byłem wykończony malowaniem...
- Obiecaj mi, że teraz już tak nie będzie - szepnęła i wtuliła się we mnie jeszcze bardziej.
- Myślisz, że mógłbym zapomnieć? Ot tak - pstryknąłem palcami - i już? Przecież to niemożliwe.
- Pewnie nigdy tego nie zapomnimy. Ale musimy żyć dalej. Przecież ja też cię kocham. Inaczej niż Piotra, ale kocham.
- Kochasz nas obu? To możliwe?
- Tak. Możesz mi wierzyć.
Zamknąłem oczy. Nie miałem prawa zazdrościć mojemu bratu, ale wtedy to właśnie czułem. To on miał być szczęśliwy z Kaliną i to on miał z nią spędzić resztę życia. A ja? Ja się musiałem zadowolić tylko chwilą. Dlaczego los aż tak ze mnie zakpił? Dobre pytanie. Chociaż pewnie ojciec stwierdziłby, że tak jest sprawiedliwie. Dlaczego się na to godziłem? Bo kochałem brata? I w imię rodzinnych więzi musiałem zrezygnować z ukochanej kobiety? A może powinienem o nią zawalczyć?
- O czym myślisz? - zapytała z niepokojem.
Otworzyłem oczy i zobaczyłem, że się opiera na łokciu i intensywnie wpatruje w moją twarz.
- Zastanawiam się, czy powinienem tak po prostu dać ci odejść. Nie mogę się z tym pogodzić. I nie chcę.
- Musisz mi przyrzec, że nawet o tym nie pomyślisz.
- Ale dlaczego?
- Bo nic by z tego nie wyszło. Nie można budować szczęścia na nieszczęściu innych. Jeżeli jesteś takim człowiekiem, za jakiego cię uważam, to wiesz, że mam rację. Jestem tutaj nie tylko dlatego, że się w tobie zakochałam, ale również dlatego, że się ze mną liczysz. Nie zrobiłbyś niczego, co mogłoby mnie unieszczęśliwić. Jestem tego pewna.
Czy mogłem zaprzeczyć? Oboje wiedzieliśmy, jaka jest prawda.
Całą noc kochaliśmy się jak szaleni. Aż do utraty tchu. Starałem się nie patrzeć na zegar. Zasnęliśmy nad ranem, w momencie gdy wstawało słońce.
Obudziłem się po paru godzinach i zobaczyłem Kalinę, która właśnie wychodziła z łazienki. Była już ubrana i wyjątkowo spokojna. W ręku trzymała zrolowany akt, który ściągnęła gumką zdjętą z włosów.
- Przepraszam, miałem ci zapakować - westchnąłem.
- Nie szkodzi. - Uśmiechnęła się. - Dałam sobie radę. A teraz... pójdę już.
- Ale chwila! Zapraszam cię na śniadanie... Musisz coś zjeść! I odwiozę cię...
- Nie, Hubercie. Zjem coś po drodze i poradzę sobie.
Zanim zdążyłem zareagować, szybko podeszła do łóżka. Nachyliła się i delikatnie mnie pocałowała. A za chwilę była już przy drzwiach. Ale odwróciła się. Jeszcze na moment.
- Nigdy nie zapomnę wczorajszego dnia i... nocy - powiedziała cicho i szybko otworzyła drzwi.
A potem usłyszałem jej lekkie kroki, które z sekundy na sekundę stawały się coraz cichsze, aż zupełnie umilkły. Już nie pamiętam, jak długo siedziałem bez ruchu, wsłuchując się w dalekie odgłosy kazimierzowskiego rynku. Mijające kolejno godziny nie miały żadnego znaczenia.
***
Bartek zastał mnie w łóżku. Przeleżałem trzy dni, pochłaniając jedynie wodę. Nawet nie miałem siły zwlec się do "Fryzjera", żeby napić się po męsku i zapomnieć choć na chwilę o swoim dramacie. Byłem w takim stanie, że mój przyjaciel miał problem, żeby w ogóle się ze mną dogadać. Na szczęście załatwił mi pracownię na ulicy Krakowskiej i nawet zamówił żelazne łóżko. Potem pomógł mi zatargać graty na miejsce i obiecał, że mnie wkrótce odwiedzi.
Po paru dniach depresji i wypiciu litra wódki w pojedynkę jakoś się pozbierałem. Nawet włączyłem komórkę, a wtedy od razu odebrałem esemesa: "Trzymaj się, kochany. Myślę o tobie i zawsze tak będzie". Te słowa podziałały na mnie jak balsam. Wiedziałem, że na nic więcej nie mogę liczyć, ale jej zapewnienie, że wciąż jestem ważny, dodało mi sił.
Zabrałem się za wykańczanie kolejnych trzech obrazów. Tylko praca mogła mi jakoś pomóc. Gdzieś w zakamarkach głowy zachowałem nadzieję, że może kiedyś wydarzy się coś, co nas połączy. Nie mogłem i nie chciałem myśleć inaczej.
Po miesiącu ojciec poinformował mnie, że Piotr dostał pracę na oddziale pediatrii w holenderskim szpitalu, o którym od dawna mówił. Kupił więc mieszkanie w Amsterdamie i podobno oboje, razem z żoną, zamierzali je powoli spłacać. Pomyślałem, że mój brat, jak zwykle, ma szczęście. Na moje pytanie: "co u bratowej?", ojciec stwierdził krótko, że jeszcze szuka pracy, ale pewnie znajdzie, bo to przecież bystra dziewczyna.
Po tej wiadomości popadłem w przygnębienie. Powoli traciłem złudzenia, że szybko ją zobaczę. Mimo to wciąż malowałem. Zadzwoniłem do Mariny i przeprosiłem za milczenie. Powiedziałem, że mam natchnienie, więc niedługo będzie mogła wstawić do galerii cztery spore obrazy. Oczywiście dodałem, że są własnością mojej bratowej. Ale Marina i tak była szczęśliwa. Miała nadzieję, że szybko wrócę. Nic dziwnego, bo niby dlaczego miałbym siedzieć w Polsce?
Po kolejnych dwóch miesiącach uznałem, że obrazy są skończone. W sumie, łącznie z pobytem w Krakowie, malowałem je jedynie trzy miesiące, co było rekordem. Ale przy tak intensywnej pracy nie było to niemożliwe.
W myślach układałem misterny plan, polegający na chytrym dostarczeniu prac Kalinie (a przynajmniej jednego). Wiedziałem, że najpierw muszę odczekać jakiś czas, żeby jej nie zawieść. W końcu byliśmy rodziną, więc dlaczego nie mielibyśmy się kiedyś zobaczyć? Przecież o niczym więcej nawet nie marzyłem. Uznałem, że obrazy powinny zostać w mediolańskiej galerii około pół roku. A potem... Potem zorganizuję transport do Amsterdamu.
Z takim postanowieniem powoli szykowałem się do wyjazdu z Polski. Ale przedtem zadzwoniłem jeszcze do domu. I wtedy się dowiedziałem, że Kalina jest w ciąży. Rodzice szaleli z radości. Zresztą Piotr również, więc musiałem wysłuchać, jak bardzo jest szczęśliwy. Potem dodał, że siedzą na walizkach i niedługo ostatecznie wyjadą do Holandii. Ze ściśniętym gardłem życzyłem im szczęśliwej podróży i wspomniałem, że obrazy są już skończone. Tak, jak myślałem, Piotr puścił to mimo uszu. Nic dziwnego, w końcu miał ważniejsze sprawy. Mimo to zaprosił mnie na rodzinne pożegnanie, które miało mieć miejsce w kolejną sobotę. Pamiętając, co obiecałem Kalinie, uprzejmie podziękowałem, wykręcając się koniecznością powrotu do Włoch. Czy mogłem przewidzieć, że te słowa będę pamiętać do końca życia?
W niedzielę spotkałem się z Bartkiem, a potem zaprosiłem przyjaciela na wspólną kolację. Postanowiłem opuścić Kazimierz w poniedziałek albo we wtorek. Ale im dłużej trwała nasza biesiada, tym bardziej byłem pewien, że wyruszę dopiero w środę. Odkładałem wyjazd z dnia na dzień. Nawet nie chciało mi się myśleć, jak długo będę się wlec zwykłą furgonetką, na dodatek załadowaną obrazami. Zaznaczyłem na mapie dwa noclegi do wyboru, z zamiarem skorzystania z któregoś, gdy będzie taka konieczność. To było wszystko, co zaplanowałem. Nic więcej mnie nie obchodziło.
Zgodnie z przewidywaniami, do mieszkania na Krakowskiej wróciłem po północy. Nawet nie sprawdziłem komórki, chociaż wyświetlało się jakieś powiadomienie. Dopiero w południe odkryłem, że nagrał się ojciec, który krzyczał, że mam oddzwonić. Wtedy się wystraszyłem. A gdy odebrał telefon... zamarłem.
- Piotr i Kalina mieli wypadek! - płakał w słuchawkę.
- Co?! Co takiego?!
- Piotr nie żyje...
Nigdy nie słyszałem płaczu ojca. Nawet nie mogłem sobie tego wyobrazić.
- Rozumiesz?! Twój brat nie żyje! Jesteśmy w szpitalu w Amsterdamie. Piotr wpadł na latarnię zaraz po wjeździe do miasta, a potem przekoziołkował i zderzył się z innym samochodem. Nikt nie wie, dlaczego i co się nagle stało... Nic nie wiedzą!
Milczałem, bo zabrakło mi słów. W głowie miałem chaos. A najgorsze było to, że nie miałem pojęcia, jak mam w tej sytuacji zapytać o Kalinę.
- Co z jego żoną? - wydusiłem w końcu.
- Jest w poważnym stanie. Straciła dziecko i na razie jest nieprzytomna. Na szczęście przyjechała jej matka... Nie mogę już mówić...
I ojcu znowu załamał się głos.
- Przyjadę do was! - podjąłem szybką decyzję.
- To nie ma sensu. - Ojciec mówił już spokojniej. - Zabieramy Piotra do domu.
Dalsze dni to był jeden wielki koszmar. Zamiast jechać do Włoch, wróciłem do Krakowa i pomagałem rodzicom w przygotowaniach do pogrzebu. Z Amsterdamu mieliśmy wieści, że Kalina nadal nie odzyskała przytomności. Pomyślałem, że może jednak do niej pojadę. Ale po trzech dniach zadzwoniła jej matka, że nareszcie otworzyła oczy. Zaraz potem dodała, że już teraz lekarze dobrze rokują, więc razem dadzą sobie radę i na razie obie zostaną w Amsterdamie.
Pogrzeb Piotra był najgorszym dniem w moim życiu. Z niewiadomych powodów poczuwałem się do winy. Usiłowałem to sobie jakoś wytłumaczyć, ale wciąż nie wiedziałem, dlaczego się obwiniam. Nad grobem nie mogłem się uspokoić i powstrzymać łez.
Po powrocie z ceremonii wszyscy popadli w apatię i położyli się do łóżek. Tylko sąsiadki i przyjaciółki mojej mamy uwijały się po mieszkaniu, doprowadzając mnie do białej gorączki.
Po tygodniu oświadczyłem, że wyjeżdżam. Ojciec ledwo na mnie spojrzał. I wtedy nie wytrzymałem:
- Wiem, że straciłeś nie tego syna, którego mógłbyś jakoś przeboleć... Ale powinieneś przynajmniej zachować pozory!
Miałem nadzieję, że chociaż zaprzeczy. Zamiast tego usłyszałem:
- Pamiętaj, co mi obiecałeś.
- Co takiego?
- Że zapomnisz o Kalinie.
- Nic podobnego - wycedziłem. - Miałem tylko nie wygadać się przed Piotrem.
Ojciec wstał z miejsca i spojrzał na mnie z nienawiścią.
- To nadal obowiązuje! Tak, jakby on żył! - A potem wycelował palec w moją pierś. - Nie waż się skorzystać na jego śmierci!
Nagle poczułem, że tak, jak kiedyś, znowu jestem małym skarconym chłopcem, który zawiódł ojca, chociaż nie miał pojęcia, w jaki sposób. Bo nic się nie zmieniło. Nadal byłem tym mniej doskonałym synem, który na dodatek ośmielił się wciąż żyć, podczas gdy Piotr odszedł na zawsze.
Odwróciłem się na pięcie, wpadłem do mojego pokoju, chwyciłem stojącą na progu torbę i prawie w biegu ucałowałem matkę na pożegnanie. A potem, tak jak stałem, wsiadłem do furgonetki.
Czekała mnie długa podróż do Mediolanu. Wiozłem cztery fantastyczne obrazy i starałem się nie pamiętać o niczym więcej.
W ciągu kolejnych dziesięciu wspólnych lat spędzonych z Mariną tylko raz wyjechałem z Mediolanu - na pogrzeb ojca. Umarł na zawał, rok po śmierci Piotra. Zaraz potem, po paru miesiącach, okazało się, że mama odzyskała resztę kamienicy. Sprawa została założona jeszcze za życia ojca, więc szkoda, że tego nie doczekał. Mama jakby odżyła. Zatrudniła operatywnego administratora i... gosposię. Byłem zdumiony jej metamorfozą, tym bardziej, że za każdym razem, gdy rozmawialiśmy na Skypie, wyglądała coraz to zdrowiej i młodziej.
- Świetnie sobie radzę - mówiła z dumą. - Jestem teraz bizneswoman.
- A ja jestem pod wrażeniem - odpowiadałem zgodnie z prawdą.
A ponieważ nie wymagała, żebym ją odwiedzał, nie robiłem tego. Tylko od czasu do czasu usiłowałem się dowiedzieć, co słychać u jej byłej synowej. Ale oprócz tego, że mama Kaliny nie żyła już od ośmiu lat, a ona sama wciąż mieszkała w Amsterdamie, nie ustaliłem nic więcej. Mama wciąż powtarzała, że nie ma pojęcia, gdzie znajduje się mieszkanie, które kupili razem z Piotrem. Podobno adres znał tylko ojciec i nie zdradził, gdzie schował notkę. Znając ojca, przypuszczałem, że sprawa jest beznadziejna. W końcu przestałem się o bratową dopytywać, a mama też już o niej nie wspominała. Uznałem, że chociaż nie jestem w stanie przestać o niej myśleć, to jednak zgodnie z życzeniem ojca powinienem starać się o Kalinie zapomnieć.
Moje życie z Mariną układało się nadzwyczaj dobrze. Wciąż bardzo mnie kochała, chociaż byłem pewien, że wiedziała, o kim zdarza mi się myśleć. Miewałem wyrzuty sumienia, że nie potrafię się jej odwdzięczyć tak, jak na to zasługiwała. Ale nic nie mogłem na to poradzić. Często wpatrywałem się w Cztery pory roku, obrazy, które wciąż wisiały w galerii, jako ekspozycja stała. Nigdy nie pozwoliłem ich sprzedać, chociaż miałem kupców, którzy dawali za tetralogię zawrotną cenę. Nie robiło to na mnie wrażenia, ponieważ moje obrazy i tak schodziły za wysokie kwoty, z czego byłem dumny.
Czasami tylko żałowałem, że nie mamy dzieci. Nie wiedziałem, dlaczego. A ponieważ dla Mariny był to drażliwy temat, to zwyczajnie nie dopytywałem. Co jakiś czas wpadał do mnie Bartek i wtedy znowu, jak za dawnych lat, królowaliśmy na parkietach i to nie tylko w Mediolanie. Mój przyjaciel się ożenił i miał dwóch rozbrykanych synów. Pewnie dlatego uważał, że należy mu się wypoczynek, a najlepiej czynny i to w moim towarzystwie.
A gdy w końcu pogodziłem się ze smutnym faktem, że w moim życiu nie wydarzy się już nic znaczącego, zadzwoniła mama.
- Wpadniesz w tym roku na cmentarz? - zapytała, jak to nieraz robiła. - Minęło już dziesięć lat od śmierci Piotra...
- Jeżeli tobie samej nic nie potrzeba, to wolałbym, żebyś zapaliła świeczkę w moim imieniu.
- Oczywiście. Zawsze to robię. I na grobie ojca również.
- Dziękuję.
Myślałem, że teraz opowie coś o kamienicy, a potem jak zwykle zakończy rozmowę, ale ona nagle wypaliła:
- Zapomniałam ci powiedzieć... Już jakiś czas temu znalazłam adres Kaliny. Jesteś nadal zainteresowany?
Zaniemówiłem. A ponieważ wciąż milczałem, mama zastukała w kamerę.
- Chyba coś się zacięło, bo tak zastygłeś...
- Już jest w porządku - odzyskałem głos. - Oczywiście, poproszę o ten adres. Wciąż mam obrazy Kaliny, a powinienem jej dawno je oddać. Przynajmniej jeden.
- Pewnie, pewnie - zgodziła się mama, myśląc zapewne o czymś innym. A potem zbliżyła kartkę do kamery. - Jak chcesz, to ci wyślę mailem?
- Nie dziękuję. Już mam.
Adres skwapliwie zapisałem i poczułem, że oto los daje mi znak.
Po tej rozmowie nie mogłem znaleźć sobie miejsca. W końcu nazwę ulicy i numer mieszkania znałem na pamięć, tylko wciąż nie wiedziałem, co dalej. A potem po prostu podjąłem decyzję.
- Muszę wyjechać do Amsterdamu - powiedziałem do Mariny i nawet powieka mi nie drgnęła.
- Po co? - zapytała ze zdziwieniem.
- To sprawa jeszcze z Polski. Niewyjaśniona. Muszę to zrobić teraz.
- Chodzi o ten wypadek? - domyśliła się.
- W pewnym sensie. I myślę, że powinienem się upewnić, czy moja bratowa chce jeszcze swoje obrazy. Wciąż wiszą w galerii, a stanowią przecież jej własność.
- Aha - przytaknęła i spojrzała na mnie uważnie.
Widziałem, że się czegoś domyśla. Byłem jednak pewien, że nie zapyta o nic więcej. Dobrze wiedziała, że skoro już jestem zdecydowany, to i tak wyjadę. A ona nie była w stanie tego zmienić.
***
W ciągu paru godzin zabukowałem bezpośredni lot z Mediolanu do Amsterdamu, a następnego dnia siedziałem już w samolocie. Po raz pierwszy od dziesięciu lat poczułem zdenerwowanie. Nie miałem wyrzutów sumienia, że łamałem postanowienia Kaliny lub mojego ojca. Po prostu odżyły wspomnienia. Wiedziałem, że wiele się zmieniło, a poglądy ojca dawno straciły ostrość. Zmory, które mnie gnębiły po śmierci Piotra, dawno zniknęły. Czas i świadoma ucieczka od rodzinnych wspomnień zrobiły swoje. Natomiast moje uczucie do Kaliny wciąż było takie, jak tamtego dnia, gdy ją zobaczyłem pierwszy raz. I nigdy nie zmalało nawet o jotę.
Po paru godzinach wylądowałem w Schiphol. Miałem tylko podręczny bagaż, więc jako jeden z pierwszych przyjezdnych dopadłem do taksówki. Podałem kierowcy adres i przymknąłem oczy. Usiłowałem sobie wyobrazić nasze spotkanie. Czy się ucieszy? A może nie jest sama? Pewnie tak. Ale jakie to ma znaczenie? A potem tysięczny raz przypominałem sobie nasze spotkanie w Kazimierzu. Odtwarzane tyle razy w pamięci, stało się wyraziste i bardziej czytelne niż dziesięć lat temu. Bywały dni, w których miewałem wątpliwości, czy niektóre sceny wydarzyły się naprawdę, czy jednak były tylko moim wyobrażeniem...
Taksówkarz stanął niedaleko kanału, pokazał palcem wejście do kamienicy i łamaną angielszczyzną powiedział, że bliżej podjechać się nie da. Skinąłem głową i zapłaciłem. Już po paru chwilach wchodziłem na wysokie pierwsze piętro.
Zatrzymałem się przed drzwiami z konkretnym numerem i wstrzymałem oddech. Serce waliło mi jak szalone, chociaż pokonałem zaledwie trzynaście schodów. Na drzwiach nie było żadnej tabliczki, ale wiedziałem, że nie ma mowy o pomyłce. W końcu zadzwoniłem. A potem zapukałem. Odpowiedziała mi cisza. Zapukałem więc mocniej i jeszcze raz, i jeszcze... Moje zdenerwowanie osiągnęło zenit. Leciałem tyle kilometrów, żeby pocałować klamkę? Przecież to niemożliwe!
Wtedy piętro wyżej ktoś trzasnął drzwiami i z góry zbiegła młoda dziewczyna.
- Przepraszam - zagadnąłem po angielsku - przyleciałem do Kaliny...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji