Klatka. Reykjavik Noir. Tom 3 - Lilja Sigurdardóttir

-
Proszę czekać

1

Drzwi celi cicho zatrzasnęły się za Aglą. W nowym więzieniu w Holmsheidi wszystkie drzwi zostały wyposażone w amortyzatory, więc na oddziale kobiecym wieczorami panował spokój. Żadnego trzaskania drzwiami, nawoływań, szumu telewizorów w dobrze wygłuszonych celach. Panowała przytłaczająca cisza, otaczająca ją niczym woda, w której pomalutku się zatapiała. Spodziewała się, że izolacja nie będzie przyjemnym doświadczeniem. Kilka miesięcy wcześniej, podczas śledztwa w sprawie malwersacji finansowych, przesiedziała kilka dób w areszcie, zatem wiedziała, jakie uczucie towarzyszy zamknięciu, i spodziewała się czegoś podobnego, lecz to przerosło wszelkie oczekiwania. Co innego świadomość, że musi odsiedzieć samotnie w celi dwa, trzy dni, dopóki niczym anioł wolności nie zjawi się obrońca i nie porwie jej na kolację, a co innego pobyt w tym budynku, cuchnącym jeszcze wilgotnym betonem i zaprawą, i zdawanie sobie sprawy z tego, że będzie on stanowić całą jej przestrzeń życiową przez najbliższy rok.

Został jej miesiąc do zwolnienia warunkowego. W głowie podzieliła sobie odsiadkę na etapy, które realizowała: najpierw przebrnąć przez połowę wyroku, następnie do warunkowego, ale im bardziej zbliżał się termin, tym większy czuła niepokój. Pomimo nudy i odosobnienia znajdowała tu pewne bezpieczeństwo. W pewnym sensie zmieniła się w zamknięte zwierzę lękające się tego, co je spotka po opuszczeniu klatki, kiedy stanie oko w oko z zagrożeniami wolności.

Z upływem czasu życie w klatce robiło się coraz wygodniejsze, aż wreszcie całkiem zobojętniała. W tej pasywności było coś pocieszającego. Im częściej narzekała na twardy materac czy ledwo ciepłą wodę pod prysznicem, tym bardziej docierało do jej świadomości, że nieważne, co tu, w zamknięciu, zrobi czy powie, bo to i tak nie ma znaczenia. Jej wola w tym miejscu nie powoduje żadnych konsekwencji.

Zupełnie jakby krew coraz wolniej płynęła w jej żyłach. Coraz trudniej było jej przejawić jakąkolwiek inicjatywę. Strażnicy proponowali gry lub robótki ręczne, przynosili książki z biblioteki, ale jej już się nawet nie chciało czytać. Najwyraźniej to samo dotyczyło pozostałych kobiet. Te, które trafiły do więzienia po niej, przybyły tu podobnie jak ona zagubione w gniewie, przytłoczone bólem, a potem gdzieś w trzecim miesiącu wszystkie popadały w znieczulicę i prawie się do siebie nie odzywały. Dwie Islandki zjawiły się tutaj mniej więcej w tym samym czasie, co Agla, i tak samo jak ona długo czekały na rozpoczęcie odsiadki. Cudzoziemki były trzymane w drugim korytarzu żeńskim - jedne wychodziły, a na ich miejsce przybywały nowe, ale Agla specjalnie się nimi nie interesowała. Wszystkie były drobnymi przemytniczkami narkotyków: młode dziewczyny z Europy Wschodniej, w dresach, z farbowanymi włosami i słabą znajomością angielskiego. Trzymały się razem, podobnie jak Islandki, i z jakichś powodów wydawały się radośniejsze, choć czasem wybuchy śmiechu zmieniały się w krzyki i bijatykę.

Agla zaczęła od codziennych wizyt na siłowni i telefonicznych rozmów z pastorem, wyłącznie po to, by z kimś pogadać; przykładała się do gotowania, kiedy miała dyżur. Ale już dawno przestało jej się chcieć cokolwiek, a jej współtowarzyszki musiały się zadowalać kleikiem ryżowym albo cienkim krupnikiem, bo nie miała ochoty przygotowywać bardziej wyszukanych dań. Nie narzekały jednak, bo pewno i one już przestały odczuwać jakikolwiek smak jedzenia.

Agla wyjęła obcinacz do paznokci z kosmetyczki i zaczęła odcinać niewielkie kawałki prześcieradła, które potem porwała na paski. Musiała spleść co najmniej dwa paski, aby sznur był wystarczająco wytrzymały. Obmyśliła to już jakiś czas temu. Właściwie od razu, gdy tylko się dowiedziała, że grozi jej warunek, choć dopiero po czasie zdecydowała o terminie realizacji pomysłu. I jakoś tak wcześnie wieczorem, prawdopodobnie tuż po wiadomościach telewizyjnych, poczuła, że nadszedł ten czas. Nie towarzyszył jej ani żal, ani lęk - raczej pewne oświecenie, jakby ktoś przegonił mgłę z jej głowy. Widziała wyraźniej niż przez ostanie miesiące, że w obecnej sytuacji jest to właściwa decyzja. Nie spodziewała się, że rwanie prześcieradła zajmie jej aż tyle czasu, a kiedy splotła paski po dwa, linka okazała się o połowę krótsza. Rozejrzała się i zaraz zauważyła rozwiązanie: jakby teraz, kiedy wybiła godzina, jej umysł otworzył się na możliwości, których nie widziała wcześniej. Wyciągnęła kabel z telewizora i rozplątała kłębek, w który był zwinięty za odbiornikiem. Wystarczyło. I nie pęknie.

Z liny wykonanej z prześcieradła ukręciła pętlę, która się zaciśnie na jej szyi, po czym przytwierdziła ją do kabla. Wstała i podeszła do kaloryfera przy drzwiach. Była to w zasadzie jedyna rzecz w celi, do której można było coś przywiązać. Miała nadzieję, że grzejnik wisi dość wysoko. Przyczepiła kabel do szczytu kaloryfera i szarpnęła, najpierw ostrożnie, z obawy, że ten dziwny sznur podda się jej sile, potem nieco mocniej i na końcu z całej siły. Rękodzieło zdawało się solidne. Teraz miała tylko nadzieję, że jej organizm w ostatnim momencie nie zacznie się mimowolnie bronić i nie wyprostuje nóg.

Przez ułamek sekundy wydawało jej się, że cisza została przerwana przez kosa, wijącego sobie gdzieś w okolicy gniazdo. Grube mury nie dały rady stłumić radosnego śpiewu ptaka, który wzbudził w niej nagłe pragnienie zaczerpnięcia świeżego powietrza i odetchnięcia zapachem kwitnącej brzozy. Ale pragnienie to znikło, gdy tylko ptasi śpiew ucichł, a w jej umyśle pojawiały się na zmianę obrazy mamy i Sonji. Tęsknota i cierpienie towarzyszące tym wizjom mąciły jej w głowie, przyprawiały o ból serca, lecz jednocześnie poczuła ulgę, że to już ostatni raz dusza ją tak boli. Nigdy więcej nie będzie musiała przebywać sama za tymi murami i zastanawiać się, dlaczego Sonja ją opuściła. Już nigdy w życiu nie będzie zmuszona stawać wobec niezliczonych wyborów wolności, które do tej pory głównie sprowadzały ją na manowce. Co za ulga pozostawić życie za sobą.

Stanęła plecami do kaloryfera, nałożyła torbę foliową na głowę i zarzuciła pętlę na szyję. Kiedy tylko ją zacisnęła, westchnęła z zadowoleniem. Potem usiadła na podłodze.

2

Był wieczór. Anton dygotał z zimna. Zasunął zamek kurtki po szyję i spojrzał na zegarek. Minęło osiem minut od chwili, gdy Gunnar odwiózł skuter, którym tu przyjechali, do wybranej przez nich kryjówki. Nie wtajemniczałby Gunnara w tę sprawę, gdyby nie ten jego skuter. Zastanawiał się, czy pożyczyć auto taty, żeby się tutaj dostać, bo mimo iż miał dopiero piętnaście lat i nie posiadał nawet próbnego prawa jazdy, potrafił prowadzić. Ale samochód byłby zbyt ryzykowny. Gdyby go zatrzymali albo gdyby ktoś ich zauważył w okolicy, skończyłoby się katastrofą. Samochód bardziej rzuca się w oczy niż skuter bez świateł.

Za plecami usłyszał zbliżające się szybko kroki. Odwrócił się. To nadbiegał Gunnar w białym kasku wyglądającym jak wielka purchawka. Postanowili, że obaj cały czas będą mieć kaski na głowach, by zmniejszyć prawdopodobieństwo zatrzymania przez policję i nie zostać rozpoznanym, gdyby w okolicy znajdowały się kamery monitorujące. Ale tych nie było widać. Przez jakiś czas obserwował teren wokół i zauważył, że robotnicy drogowi oświetlają i ogrzewają swoje pomieszczenia, używając generatora prądu zasilanego olejem napędowym, ale teraz wszystko tonęło w ciemnościach. Było tak ciemno, że zielony kolor zorzy polarnej na wschodnim niebie jawił się jako niezwykle jaskrawy.

Anton zarzucił plecak z narzędziami na ramiona i cicho podeszli do ogrodzenia. Gunnar wyciągnął nożyce do metalu i zaczął przecinać siatkę, żeby przygotować otwór, przez który się przecisną.

- Co to? Wejście dla kota? - zdziwił się Anton. - Dziura musi być większa. Musimy się w niej zmieścić z pełnymi plecakami.

- Okej - przytaknął Gunnar i przeciął jeszcze kilka oczek, ale był już tak zmęczony, że Anton wziął od niego nożyce i kontynuował robotę. Choć nożyce były prawdziwe, nowiuśkie i ostre, wcale niełatwo było ciąć. Anton musiał wkładać wiele siły w przecinanie każdego oka. Początkowo mieli zamiar przeskoczyć przez ogrodzenie, ale na samej górze był drut kolczasty, który i tak musieliby przeciąć, więc lepiej było zrobić dziurę w samym ogrodzeniu. Mniejsze prawdopodobieństwo, że tuż przy ziemi zostaną zauważeni.

- Pociągnij teraz - rozkazał Anton i Gunnar odgiął kawałek ogrodzenia, żeby jego towarzysz mógł się przecisnąć. A potem on sam. Przebiegli obok pomieszczenia socjalnego dla robotników w stronę magazynu na tyłach placu. Anton zdjął plecak i wyjął z niego lampki na głowę. Przymocowali je do kasków. Był zadowolony z tego pomysłu, bo dzięki temu widzieli, co robią, a nie musieli trzymać latarki czy lampy w ręku.

- Okej - powiedział. - To zaczynamy. - Gunnar nie czekał na zaproszenie. Wyciągnął młotek i zaczął uderzać w pierwszą kłódkę, a Anton wziął śrubokręt i przystąpił do odkręcania zawiasów. Co do tego się nie dogadali. Wcześniej leżeli na mchu ponad terenem robót i obserwowali magazyn przez lornetkę. Spierali się o to, jak najlepiej go otworzyć. To nie były prawdziwe drzwi - wyglądały raczej jak domowej roboty płyta ze sklejki przycięta do rozmiaru framugi i zamontowana za pomocą zewnętrznych zawiasów. Po krótkiej sprzeczce postanowili użyć obu metod i przekonać się, która z nich umożliwi im otwarcie magazynu. Zresztą metoda nie była najważniejsza i Anton miał tego świadomość. Najważniejszy był cel. Dostać się do magazynu. Dla Gunnara jednak liczył się głównie sposób - wyłamać kłódki, więc Anton przystał na takie rozwiązanie.

- Widzisz! - krzyknął Gunnar, kiedy pierwsza z trzech kłódek się poddała.

- Świetnie. - Anton dalej odkręcał zawiasy. Z pierwszego wykręcił już wszystkie śruby i teraz pracował nad drugim. Kiedy wyciągnął ostatnią, Gunnar wciąż jeszcze odpoczywał po zmaganiach z pierwszą kłódką. Anton wyjął młotek z jego dłoni i podważał nim kolejne zawiasy. Drzwi wypadły z nich i wisiały jedynie na dwóch kłódkach po przeciwnej stronie.

- Yes! - krzyknął Gunnar. - Wygrałeś. Stawiam potem lody! Dostaniesz największe, mistrzu! - Był podniecony i najwyraźniej świetnie się bawił. Za to Anton sam siebie zaskoczył swoim opanowaniem. Sądził, że będzie bardziej zestresowany. Teraz jednak czuł się błogo, wchodząc do magazynu. Promień światła z lampki na głowie oświetlał skrzynki. Zrobili pierwszy krok do osiągnięcia celu. Ukląkł, otworzył pierwszą skrzynię i zaczął pakować do swojego plecaka laski dynamitu.

3

- Jestem na liście odwiedzających - powiedziała Maria z gniewem, który kumulował się w niej w trakcie rozmowy ze strażnikiem odpowiedzialnym za odwiedziny. Zaanonsowała tę wizytę kilka dni wcześniej i nie chciała dać wiary, że Agla skreśliła ją z listy. Według własnej wiedzy była jedyną odwiedzającą ją osobą. I choć te wizyty z reguły Aglę drażniły, zawsze wykorzystywała je co do minuty. Rozmawiały głównie o bzdurach i powtarzały plotki. Maria za każdym razem przychodziła z długą listą pytań, na które Agla zwykle unikała odpowiedzi, ale te wizyty z pewnością stanowiły jedyne urozmaicenie jej życia w odosobnieniu. W każdym razie Maria w ten sposób tłumaczyła sobie fakt, że Agla zgodziła się wpisać ją na listę gości, więc teraz trudno jej było uwierzyć, że zmieniła zdanie.

- Proszę zadzwonić jutro i umówić się na inny termin widzenia - powiedział strażnik, gładząc koszulę na brzuchu i wpychając jej poły do spodni. - Agla dziś nie może nikogo przyjąć.

- Dlaczego? - dociekała Maria. Pochyliła się i oparła o blat, dając do zrozumienia, że się stąd nie ruszy.

- Jest zajęta - odrzekł funkcjonariusz, po czym pochylił się nad listą i coś na niej skreślił.

- Chcę wiedzieć dlaczego - uparła się Maria. - Albo zadzwonić do niej i osobiście usłyszeć, czemu się nie godzi na odwiedziny. - Strażnik westchnął ciężko.

- Agla nie może dziś przyjąć gości. Proszę zadzwonić jutro.

- Jestem dziennikarką śledczą i żądam wyjaśnienia powodu, dla którego więzień Agla Margeirsdottir nie może się zjawić na umówionym wcześniej widzeniu. Jeśli nie uzyskam odpowiedzi, pójdę prosto do Zarządu Służby Więziennej. - Funkcjonariusz westchnął ponownie, ciężej niż przed chwilą, i wzniósł oczy do nieba.

- Proszę pani, to nie jest Guantanamo. Obowiązuje nas poufność w sprawach zdrowia naszych podopiecznych, ale mogę pani powiedzieć, że Agla słabo się dzisiaj czuje. Może pani zadzwonić jutro i umówić się na kolejne widzenie. - Teraz to Maria westchnęła. W ten sposób nic więcej nie osiągnie. Niepotrzebnie wyżywa się na strażniku. Nie miała żadnych podejrzeń co do przyczyn nieobecności Agli na widzeniu, po prostu była niecierpliwa. Bo pytania, które dla niej tym razem przygotowała, były szczególnie ekscytujące. Dotyczyły powiązań Agli z Ingimarem Magnussonem i Williamem Teddem, spekulantem giełdowym z Paryża. Na oba nazwiska natknęła się już wcześniej, prowadząc śledztwo. Wtedy zajmowała się jeszcze przestępstwami gospodarczymi w prokuraturze nadzwyczajnej. Ale to było w poprzednim życiu. Zanim Agla przyczyniła się, nie wprost, do jej zwolnienia.

Maria puściła wodze fantazji, idąc do swego samochodu. Dni robiły się coraz dłuższe, kwietniowe słońce wisiało nisko, więc musiała mrużyć oczy. Fajnie będzie, kiedy te bladoniebieskie, ostre promienie ustąpią miejsca łagodnemu światłu wiosny. Po wyniszczającej zimie wszystko w tym świetle zdawało się takie szare i suche. Roślinność była jeszcze pozbawiona pąków, a słońce bezlitośnie oświecało suche trawy, które zaczynały się tam, gdzie kończyły się zwały ziemi po budowie nowego więzienia. Nie chodzi o to, że pora roku nie jest dla niej ważna. Nie idzie na żaden urlop. Nie stać jej na to. Jej sieciowe medium, "Wiewiórka", ledwo wiąże koniec z końcem dzięki nielicznym reklamom, jakie udało jej się sprzedać. Większe publikatory jeszcze nie kupiły od niej żadnego tematu, ale teraz być może wpadła na trop czegoś znaczącego. Nazwiska Williama Tedda i Ingimara Magnussona to dobry prognostyk.

Wsiadła do auta. Poczuła ukłucie w sercu na widok wiszącego na lusterku maleńkiego kryształowego anioła, którego podarował jej Maggi. To było na rok przed jego odejściem. Zostawił ją, mówiąc, że nie jest tą osobą, którą mu się zdawało, że poślubił. I gdy przemyślała wszystkie przesłanki, doszła do wniosku, że jej rozwód to też wina Agli. Kiedy straciła posadę w prokuraturze nadzwyczajnej, całe jej życie legło w gruzach. Przez wiele miesięcy bujała w oparach jakiegoś gniewu i niedowierzania. I Maggi nie wytrzymał. Powiedział, że już jej nie poznaje. Prawdę mówiąc, ona sama siebie nie poznawała. Ale nie warto teraz zbyt dużo myśleć o Maggim, zepsuje sobie tylko cały dzień. Jeśli nie będzie uważać i się zapomni, może się okazać, że się ocknie z płaczem na schodach jego domu. A to byłoby bardzo niedobre, bo mimo iż zawsze miała nadzieję, że zaprosi ją do środka i weźmie w objęcia, wiedziała doskonale, że spojrzy na nią z mieszaniną pogardy i współczucia, po czym zamknie jej drzwi przed nosem. Włączyła silnik i przyszło jej do głowy, żeby zerwać anioła z lusterka i wyrzucić go przez okno, ale nie zdobyła się na odwagę. Być może zrobi to jutro. I jutro zadzwoni do więzienia i umówi się na nowe widzenie. A skoro nie może zacząć od zadania Agli przygotowanych pytań, zada je najpierw Ingimarowi.

4

Dziś postępowała z nim niezwykle brutalnie i Ingimar był z tego zadowolony. Batożenie okazało się dla niego tak wyczerpujące, że musiała go podtrzymywać, prowadząc do łóżka. To była najlepsza część - właśnie tego od niej oczekiwał. Godzina, którą spędzi w jej łóżku między snem a jawą, osłabiony działaniem własnych hormonów: adrenaliną, która niekontrolowana buzowała we krwi, gdy zadawano mu ból, chłoszcząc po plecach, i endorfinami mnożącymi się w krwiobiegu podczas batożenia i powodującymi coś na kształt odurzenia. Kiedy był młodszy, sądził, że chodzi mu o podległość. Podległość polegającą na tym, że jest związany, zakneblowany, podwieszony pod sufitem i biczowany, całkiem od niej zależny. Lecz ona wiedziała lepiej. Zależało mu przede wszystkim na tej bezbronności, jaka ogarniała go po fakcie. Był bezbronny, kiedy prowadziła go do łóżka szlochającego i poobijanego do krwi, wcierała delikatnie kojącą maść w jego plecy, owijała go kołdrą i łagodnie pocieszała kojącym szeptem jak matka dziecko. Wtedy czuł się kochany i rozkoszował się leżeniem w łóżku, nie musząc robić nic, dosłownie nic, aby na to zasłużyć.

- Dobry chłopczyk - wyszeptała i pocałowała go w głowę. Wyszła z pokoju, a on natychmiast zapadł w drzemkę. Leżał przez chwilę w letargu, nie zdając sobie sprawy, jak długo to trwało, dopóki nie wróciły jasne linearne myśli i nie nabrał przekonania, że dalszy pobyt w łóżku jest bezcelowy. Koniec sjesty. Wstał, włożył spodnie, a koszulę zabrał z sobą do kuchni, gdzie powitał go jej uśmiech.

- Daj, zobaczę - powiedziała i przyjrzała się jego plecom. - Nic ci nie będzie - dodała, po czym podała mu podkoszulkę i pomogła mu ją włożyć. Swędziało jak diabli, ale było przyjemne. Przez następne dni będzie czuł to swędzenie podczas ubierania się, pod prysznicem i za każdym razem, kiedy się oprze o zagłówek fotela - i tak ma być. Potrzebuje przypomnienia. Aby się poczuć człowiekiem. Tak jak rzymscy cesarze, za którymi chodził służący i ciągle powtarzał: "Jesteś tylko człowiekiem, jesteś tylko człowiekiem".

- Zrobię przelew - powiedział, zapinając koszulę. Podeszła do niego i pomogła mu przy guziku pod szyją, a potem zawiązała krawat.

- Tylko nie za dużo - zaznaczyła. - Zawsze robisz za duży przelew.

- To z wdzięczności.

- Jesteś jeszcze pod wrażeniem, kiedy dokonujesz przelewu, więc kwota jest zawsze za wysoka.

- Bo na tyle zasługujesz - zapewnił ją i pocałował w policzek.

- Bądź grzeczny, robaczku, i rób, co ci każę. - Uśmiechnęła się i przekornie puściła do niego oko. - Bo inaczej będziesz miał za swoje...

Ukłonił się rozbawiony.

- Tak, psze pani! - Pod tym względem dobrali się idealnie. Ona precyzyjnie wyczuwała, kiedy może sobie pozwolić na żarty z ich zabaw, a kiedy zachować powagę, aby nie zniweczyć siły uderzenia.

- Zadzwoń, jak będziesz chciał - powiedziała, przytrzymując mu drzwi wejściowe. Posłał jej całusa, schodząc po schodach, i podobnie jak wiele razy wcześniej dziwił się, jak bardzo się zmieniło jego samopoczucie od chwili, kiedy się tu zjawił ponad dwie godziny wcześniej. Przyszedł spięty, zestresowany, z rozbieganymi myślami, a teraz jest spokojny i myśli jasno, jakby właśnie wykąpał duszę.

Odpalił samochód i podkręcił ogrzewanie. Wprawdzie nie było szczególnie zimno, ale po chłoście zawsze przez kilka godzin miewał dreszcze. Telefon zasygnalizował jedną nieodebraną rozmowę i dwie wiadomości. Wszystko z jednego numeru. Otwo rzył pierwszą wiadomość - była długa. Od Marii, dziennikarki śledczej. Westchnął. Dokładnie wiedział, kim jest Maria. Była prokurator śledcza w prokuraturze nadzwyczajnej, która popadła w niełaskę, a teraz prowadzi swoją stronę bardziej z desperacji niż z powołania. Taki typ, który widzi spisek za każdym rogiem i potrafi sprawić, że najbardziej niewinne rzeczy wyglądają na podejrzane. Wiadomość składała się z litanii pytań na temat jego i Agli oraz ich wspólnych interesów. Szybko byłby w stanie na nie odpowiedzieć. W tej chwili nie ma żadnych. Zakończyli współpracę kilka lat temu i od tego czasu unikają się wzajemnie jak ognia.

Otworzył drugą wiadomość - litania się ciągnęła. Świadczyło to o niepoprawnym optymizmie. Chyba nie spodziewała się, że odeśle jej odpowiedzi esemesem. Zazwyczaj unikał kontaktów z dziennikarzami i pewnie nie zawahałby się, aby natychmiast skasować te wiadomości. Ale ostatnie pytanie go zaniepokoiło: Jakie interesy robi pan i William Tedd z islandzkimi hutami aluminium?

5

Jeśli sądziła, że nie może się czuć gorzej niż w tygodniach poprzedzających założenie pętli na szyję, to musiała przyznać, że była to dziecinna igraszka w porównaniu z tym, co nastąpiło, gdy się przebudziła po próbie samobójczej. Ból przy ponownym powitaniu życia po uprzednim ostatecznym z nim pożegnaniu był tak nieznośny, że nie miała nawet siły złościć się na siebie za to, że tak to spieprzyła. Otworzyła oczy. Wokół było biało. Zorientowała się, że leży w szpitalu. Zamknęła powieki w nadziei, że znów zapadnie się w nieświadomość snu, ale tak się nie stało. Obudziła się, a obok łóżka siedziała strażniczka Gudrun i czytała gazetę.

- Jak się czujesz? - spytała i nacisnęła dzwonek. W tych okolicznościach pytanie zabrzmiało dość dziwnie, a odpowiedź mogła być tylko jedna. Źle. Agla usiłowała wypowiedzieć to słowo, ale z jej krtani nie wydobył się żaden dźwięk. Jedynie niewyraźne, jakby zwierzęce charczenie. Wściekłego i rannego zwierza. Na salę weszła kobieta w białym fartuchu i pochyliła się nad nią.

- Nawet nie próbuj się odzywać - ostrzegła ją. - Odpoczywaj i pij wodę z lodem. Krtań jest wciąż bardzo napuchnięta i dopiero odstawiono cię od respiratora. Po nim także cię swędzi. Przyniosę wody i środki przeciwbólowe, a potem przyjdzie lekarz, żeby z tobą porozmawiać. - Patrząc Agli w oczy, położyła dłoń na jej ręce, uścisnęła ją szybko i się uśmiechnęła. Ten drobny wyraz współczucia zadziałał niczym cios w żołądek i Agla poczuła, jak łzy spływają jej do oczu, a potem na poduszkę. Nie zwykła sobie współczuć, niezależnie od okoliczności, ale to odebrała jako swoisty szczyt poniżenia. Nieudana śmierć bez reszty i doskonale wpisywała się w nieudane życie.

Pielęgniarka wróciła ze strzykawką i środkiem przeciwbólowym, który podała jej przez wenflon w dłoni. Potem łyżeczką wyjęła kostkę lodu ze szklanki i podniosła do warg Agli, która otworzyła usta niczym posłuszne dziecko i przyjęła lód, czując, jak równocześnie morfina zaczyna się rozchodzić po jej ciele. Natychmiast wszystko stało się lepsze, łzy przestały spływać jej z oczu i poczuła jakieś bezpieczeństwo emanujące od Gudrun pogrążonej w lekturze gazety.

Głęboki głos lekarza wyrwał Aglę z letargu. Jakoś tak dudnił przez chwilę w pustce jej świadomości. Być może doktor stał tam i mówił już od dłuższego czasu.

- Miała pani szczęście - powiedział. - Niezwykłe szczęście, że pani siedziała, a kabel rozciągnął się na tyle, że cały ciężar ciała nie zawisł na szyi. Inaczej uszkodziłaby sobie pani kręgi szyjne i przerwała rdzeń. Ale ponieważ kabel się rozciągnął i nie wisiała pani dość długo, mamy tylko uszkodzony aparat oddechowy, opuchnięcia i siniaki. Nawet pani krtań jest w dość dobrym stanie. Zostanie pani jeszcze jedną noc na obserwacji, a jutro powinna pani wyjść do domu. - Przeniósł wzrok na Gudrun i chrząknął zakłopotany. - To znaczy będzie się pani mogła jutro wypisać. - Agla spokojnie potaknęła ruchem powiek, bo szyję wciąż miała sztywną, a lekarz odwrócił się na pięcie. - Potem przyjdzie psychiatra, żeby z panią porozmawiać. Takie mamy procedury w takich przypadkach - dodał w drzwiach.

"W takich przypadkach" - powtórzyła Agla w myślach. Dlaczego nie powie po prostu: "Kiedy człowiek próbuje się zabić"?

6

Julia podeszła do niego od tyłu na schodach szkolnych i włożyła mały palec w jego dłoń, a on zareagował, owijając wokół niego swój mały palec. To był ich znak. Najważniejszy dotyk cielesny. W ten sposób wyrażali to, co ich łączy. Zresztą zakazywano im czegokolwiek więcej, co było bardzo kłopotliwe, ale niczego nie zmieniało. Mogą być razem, ile chcą, jak to określił jej tata, kiedy przyszedł "obgadać sprawę" z jego tatą, więc odwiedzali się do woli, ale był warunek, że drzwi do pokoju zawsze będą otwarte.

Anton zauważył, jak trudno jego ojcu było ukryć zdziwienie takim postawieniem sprawy i od początku starał się rozładować atmosferę, podając gościowi kawę i ciasteczka. Potem jednak, ku zdumieniu Antona spodziewającego się, że tata w najgorszym razie zbędzie wszystko milczeniem, ten zgodził się z gościem. Wtórował mu nawet i surowym głosem upominał syna, że jeśli zależy mu na dziewczynie, winien poczekać. I Anton czekał. Wszyscy w szkole wiedzieli, że ze sobą chodzą i żaden z chłopaków nie ważył się nawet zbliżyć do niej, co sprawiało, że był jej pewny. Najładniejsza dziewczyna w szkole. Najładniejsza, jaką kiedykolwiek widział. Oczywiście, że łamali zasady, kiedy byli sami - całowali się, nawet z języczkiem - ale działo się to rzadko, bo wyczuwał, że Julia czuje się niekomfortowo, sprzeniewierzając się ojcowskiej woli, więc nie chciał na nią naciskać. A jego tata wyraźnie mu powiedział, że jeśli chce zatrzymać przy sobie dziewczynę, musi stworzyć takie warunki, by czuła się przy nim bezpieczna.

I chciał, żeby była przy nim bezpieczna. Chciał zrobić wszystko, co w jego mocy, by tak było. Lekko ścisnął jej mały palec i spojrzał na nią. Uśmiechnęła się.

- Pójdziemy jutro do kina? - spytała.

- Dinner and a movie. - Puścił do niej oko. Oznaczało to hamburgera lub kebab, a potem autobus do kina. Niedługo Julia będzie miała urodziny i wtedy zaprosi ją na wykwintną kolację. Włoży koszulę i założy krawat, i wynegocjuje z tatą dofinansowanie oraz podwózkę. Ale najpierw da jej prezent. Od wielu tygodni fantazjował o tym wieczorze i był pewien, że będzie to najlepsza chwila ich życia.

- Do wieczora - powiedziała, kiedy Gunnar podjechał pod schody na swoim skuterze, który wciąż jeszcze był brudny po wczorajszym.

- Do wieczora - odpowiedział Anton, ściskając jeszcze raz jej palec. Nie musieli mówić "do wieczora", bo dzwonili do siebie co wieczór, bez przerwy pisali esemesy i czatowali w necie. Julia była najfajniejszą dziewczyną, jaką kiedykolwiek widział.

Wsiadł z tyłu na skuter i mocno chwycił się kurtki Gunnara, a ten ruszył z kopyta. Umówili się po szkole, żeby przenieść dynamit w lepsze miejsce. I obgadać sprawę detonatora. Spodziewał się, że w magazynie będą także detonatory, ale ich nie znaleźli. Szukali uważnie, lecz bez skutku. Będą musieli znaleźć jakiś inny sposób, aby zdetonować dynamit.

7

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej