Klasztor - Krzysztof Wagner

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (17,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dzień czwarty

13

Nieprzytomnego Piątkowskiego zaniesiono do refektarza. Doktor Adamczyk miał pełne ręce roboty. Poza kilkoma tabletkami uspokajającymi nie miał żadnych specjalistycznych leków, żeby mu pomóc. Piątek na razie spał, ale nie wiadomo było, co się stanie, gdy się obudzi. Na wszelki wypadek przygotowano kilka wojskowych pasów, żeby mieć czym go skrępować. Ludzie gubili się w domysłach, co mogło się wydarzyć. Zaczęły powstawać plotki z nieprawdopodobnymi historiami. Koledzy wypytywali Bergera i Piotrowskiego, jak się zachowywał gdy szedł do latryny.

Poranna odprawa nie kleiła się. Wszyscy myśleli o tym, co stało się kilka godzin wcześniej.

- Co z Piątkowskim, panie doktorze?

- Teraz śpi. Coś lub ktoś prawie śmiertelnie go wystraszyło.

- Czy mogło to być jakieś zwierzę? - Radzikowski sam nie wierzył w tę teorię.

- Raczej nie. Ptaków, jak wiemy nie widać od kilku dni, a coś większego nie przeszłoby przez drzwi na dole nie robiąc hałasu.

- Więc pozostaje nam "coś". Czyli powtórka z zeszłej i przedwczorajszej nocy. Może, jak trochę dojdzie do siebie, to nam powie.

- Nie liczyłbym na to, panie majorze. Przynajmniej nie tak prędko. Przeszedł ciężki uraz psychiczny i jest w stanie szoku. Można to porównać do tego, co przechodzili żołnierze podczas Wielkiej Wojny. Niektórzy latami dochodzili do siebie i to po intensywnej kuracji. Tutaj nie ma ani warunków, ani specjalistów, ani, obawiam się, czasu.

Radzikowski zdecydował, że po śniadaniu zbierze żołnierzy i prosto z mostu przedstawi im sytuację. To będzie lepsze rozwiązanie, niż trzymanie ludzi w niepewności. Mimo, że Kuleczka dwoił się i troił, apetyty nie dopisywały. Nie było żartów ani śmiechów, ani typowych próśb o dokładkę. Każdy jadł w ciszy i skupieniu. Sam

Kuleczka przeżywał to na swój sposób, a krzątanie się po kuchni, aby zająć czymś ręce i umysł, było próbą nie myślenia o tym, co zaszło.

Po śniadaniu ściągnięto do refektarza nawet warty. Major Radzikowski wstał, odchrząknął i powiedział do zebranych.

- Proszę o uwagę, chciałbym wam o czymś powiedzieć.

Godzinę później wszyscy siedzieli w ciszy, próbując poukładać w głowach to, co usłyszeli. Po majorze mówili Strzałkowski, Adamczyk oraz żołnierze, którzy pełnili wartę podczas pierwszej i drugiej nocy i na ich służbie były dziwne wypadki.

- Więc co robimy, panie majorze? - zapytał Kamiński.

- Doktor Adamczyk z plutonowym Marcem i wyznaczonymi żołnierzami wracają do archiwum i kontynuują poszukiwania. Może dzisiaj dopisze im szczęście. Kapitan Strzałkowski, kapral Wojtkowiak, starszy szeregowy Nowak oraz szeregowi Barański, Bednarz i Kamiński pójdą na pierwsze piętro sprawdzić te pomieszczenia, obok których leżała lampa zostawiona przez Piątkowskiego. Sprawdźcie je dokładnie, może coś znajdziecie. Szeregowy Piotrowski jako nasz sanitariusz, pod nieobecność pana doktora będzie doglądać naszego rannego w izbie i Piątkowskiego. Ktoś chętny do pomocy? - Zgłosiło się dwóch żołnierzy. - Reszta, która nie ma służby razem z sierżantem Poobiednim i wart niech postara się przespać. W dzień ilość wartowników bez zmian, ale w nocy podwoimy ilość ludzi na półpiętrze i na posterunkach z tyłu budynku. Wiem, że jak dotąd tam było spokojnie, ale lepiej dmuchać na zimne.

Ruszyli korytarzem. Jak zawsze było cicho i spokojnie. Przez małe okienka i otwarte drzwi zewnętrznych cel wpadały promienie słońca, tworząc w ich blasku nieustający spektakl z tańczących drobinek kurzu.

- Jest lampa - powiedział Strzałkowski. - Czyli to musiało być gdzieś tutaj.

- Szliśmy powoli, panie kapitanie, więc to mogła być ta cela lub ta - odparł Wojtkowiak. - Tamte na pewno nie. Za daleko.

- Zatem sprawdźmy je - oficer uchylił drzwi. Weszli do środka. Tak jak się tego spodziewali: nic, kompletnie nic. - To teraz sprawdźmy tą drugą.

Znów uchylenie drzwi, znów inspekcja i... znowu nic. Żołnierze wychodzili w odwrotnej kolejności jak weszli. Strzałkowski zamykał pochód.

- W sumie czegóż innego mogłem się spodziewać - pomyślał. - Że na środku będzie siedział duch i nas powita? Absurd.

Był już jedną nogą za progiem, gdy bardziej poczuł niż usłyszał, jakiś metaliczny pobrzęk, jęk bólu i coś jakby... chrapliwy szyderczy śmiech, a w głowie przeplatające się ze sobą słowa wypowiadane przez dwie osoby. Niski nieprzyjemny męski głos "Teraz należycie do nas" i o wiele słabszy kobiecy wielokrotnie powtarzający "Pomóż nam, pomóż, pomóż..."

Ciarki przeszły mu po plecach...

14

- Panie majorze, sprawdziliśmy te pomieszczenia na pierwszym piętrze. Nic nie znaleźliśmy - Strzałkowski meldował swojemu przełożonemu.

- Tak przypuszczałem - Radzikowski wbił wzrok w podłogę.

- Panie majorze?

- Tak?

- Jesteśmy tutaj już czwarty dzień, a niemiaszków ani widu, ani słychu.

- Stęsknił się pan za nimi?

- Nie, ale cały czas deptali nam po piętach nim tu trafiliśmy. Trzeba zadecydować, co zrobimy, gdy się pojawią, a że wcześniej czy później to nastąpi to pewne.

- A może niekoniecznie? Może ten klasztor nas przed nimi chroni.

- W świetle ostatnich wydarzeń, zastanawiam się, gdzie byłoby nam lepiej. Czy tutaj, gdzie wprawdzie jest spokój, sucho i ciepło, ale dzieją się jakieś dziwne rzeczy i nie wiadomo, jak na nie zareagować, czy na froncie, gdzie sprawa jest jasna.

- Ma pan rację. Pytanie tylko, z jakimi siłami się tutaj pojawią. Jak obaj doskonale wiemy, jedyne, co mamy, to tylko Mausery i nic poza tym. Ludzie już trochę odpoczęli i nabierają sił, ale jeśli szkopy pojawią się tutaj z czymś cięższym, to nie mamy szans.

- Naszym obowiązkiem jest walczyć, panie majorze. Bronić ojczyzny.

- Panie kapitanie, bardzo proszę bez tych górnolotnych haseł. Żeby walczyć, trzeba mieć czym jej bronić. Co ojczyźnie po naszych trupach? Jeśli przyjadą czołgami, a nie daj Boże pogoda się poprawi, mgła ustąpi i będziemy widoczni dla samolotów, to czym się obronimy? Tymi kilkunastoma żołnierzami z karabinami i skrzynką amunicji?

- To co zrobimy?

- Zobaczymy. Trzeba będzie opracować jakiś plan. W tej chwili jest to wróżenie z fusów. Posterunki wystawione, więc nikt się nie zakradnie, tym bardziej, że dookoła jest mur. Teraz mamy inne rzeczy na głowie.

Rozległo się pukanie do drzwi.

- Wejść.

- Panie majorze - doktor Adamczyk wszedł do "kancelarii". - Chyba coś znaleźliśmy. Marzec z ludźmi tłumaczą jeszcze tekst na dole, dlatego pozwoliłem sobie nie przynosić naszego odkrycia tutaj. Jeśli to nie sprawi panom kłopotu, to...

- Nareszcie jakaś dobra wiadomość. Panowie, chodźmy zobaczyć, o co chodzi.

Chwilę później byli już w "archiwum". Na jednej z oczyszczonych z papierów półek, która służyła za prowizoryczny "stół", leżała otwarta gruba księga. Plutonowy Marzec wczytywał się w nią, po czym ołówkiem robił notatki w swoim notesie. Gdy weszli oficerowie, Marzec i żołnierze stanęli na baczność.

- Panie majorze, plutonowy Marzec...

- Dobrze, darujmy sobie formalności - Radzikowski machnął ręką. - Co znaleźliście? Podeszli do otwartej księgi.