W przytułku
Oliver Twist był sierotą. Matka zmarła w dniu narodzin Olivera. Nikt nie wiedział, kim był jego ojciec. Woźny dał mu na nazwisko "Twist". Ten woźny, niejaki pan Bumble, był kimś w rodzaju kościelnego dozorcy. Szukał też domów dla dzieci, które nie miały rodziców i odpowiadał za zapewnienie im opieki. Sam pan Bumble nie miał jednak zbyt wiele czasu dla osieroconych maluchów.
Oliver dorastał w sierocińcu w wiejskim gospodarstwie. Miejscowy kościół płacił za opiekę nad sierotami, ale zapłata ta nie była zbyt wielka - z pewnością nie wystarczała na zabawki, słodycze i choinki na święta, czy jakiekolwiek inne rzeczy, które dzieci lubią. Przytułek prowadziła pani Mann. Była bardzo chciwa i samolubna, a większość pieniędzy, które powinna wydać na utrzymanie dzieci, zatrzymywała dla siebie. W rezultacie dzieci były zazwyczaj głodne i nosiły stare podarte ubrania, które zawsze były albo za duże, albo za małe. W wieku dziewięciu lat Oliver Twist był bladym, szczupłym, a przy tym miłym i sprytnym chłopcem. Jako dziewięciolatek uznawany był jednak za zbyt dużego na to, by dalej mieszkać w sierocińcu dla dzieci.
Pan Bumble przybył więc i zabrał Olivera do przytułku, w którym biedni ludzie dostawali jedzenie i byli otaczani opieką - choć niezbyt staranną - w zamian za swoją pracę w warsztacie. Zadaniem Olivera było rozplątywanie starych pokrytych smołą pasm lin okrętowych, po to by można było ponownie użyć ich włókien. Było to nudne zajęcie, a w dodatku bolały od niego ręce.
Oliver i inni chłopcy, którzy tam pracowali, dostawali posiłki w dużej wyłożonej kamieniem sali. W jednym z jej końców stał wielki miedziany kocioł, z którego w porze posiłków majster z warsztatu nalewał zupę. Było to coś w rodzaju wodnistej owsianki.
Chłopcom dawano tylko jedną chochlę zupy, nie więcej. To było wszystko, co jedli, z wyjątkiem specjalnych okazji, kiedy każdy z nich dostawał po małym kawałku chleba.
Oliver Twist i jego towarzysze głodowali przez wiele miesięcy. W końcu byli już tak zdesperowani, że zdecydowali, iż ktoś musi zabrać głos i poprosić o więcej jedzenia. Padło na Olivera.
Nadszedł wieczór, chłopcy zajęli swoje miejsca przy stole. Majster w stroju kucharza stanął przy miedzianym kotle. Nalał każdemu chochlę zupy. Zjedli ją do ostatniej wodnistej kropli.
Chłopcy zaczęli szeptać między sobą i mrugać do Olivera. Dwóch z nich nawet go szturchnęło. Oliver był głodny i nieszczęśliwy. Zdesperowany wstał od stołu i trzymając miskę i łyżkę, podszedł do majstra.
- Poproszę o dokładkę - powiedział.
Majster zrobił się blady. Przez kilka sekund patrzył zaszokowany na Olivera. Chłopcy siedzący przy stole zadrżeli ze strachu.
- Co?! - ryknął majster z niedowierzaniem.
- Poproszę o dokładkę, proszę pana - odpowiedział Oliver.
Majster uderzył Olivera w głowę chochlą i wrzasnął na pana Bumble'a. Ten zaciągnął Olivera do mężczyzn, którzy prowadzili warsztat. W przeciwieństwie do Olivera wszyscy wyglądali na dobrze odżywionych i byli ładnie ubrani. Panowie ci odbywali właśnie ważne spotkanie, kiedy wszedł pan Bumble.
- Proszę panów o wybaczenie! - powiedział bardzo głośno. - Oliver Twist poprosił o dokładkę!
Mężczyźni spojrzeli na siebie z oburzeniem.
- Dokładkę! - powtórzył jeden z mężczyzn, który miał na sobie białą kamizelkę.
- Czy dobrze rozumiem, że zjadł swoją porcję i chce więcej?
- Tak, proszę pana - odparł Bumble.
- Ten chłopiec źle skończy - oświadczył pan w białej kamizelce. - Jestem tego pewien.
Kazali zamknąć Olivera na noc. Następnego ranka na zewnątrz wywieszono ogłoszenie. Oferowano w nim pięć funtów każdemu, kto weźmie do siebie Olivera Twista.
Dalsza część dostępna w wersji pełnej