Jan Gondowicz
Breweriant. Boy-autoportrecista
Jak w znanym dowcipie o numerowaniu dowcipów, numeruje się czasem anegdoty. Anegdota numer 20 ze zbioru relacji o Francu Fiszerze Na rogu świata i nieskończoności przynosi opowiastkę w klimacie humoresek Czechowa. Spisał ją Antoni Słonimski:
Pewien zamożny ziemianin - opowiadał Fiszer - zwykle grywał w karty w bufecie kolejowym w Łomży. Kiedyś, czekając parę godzin na pociąg, nie mając partnerów, zwrócił się do bufetowego, czy nie znalazłby mu jakich graczy. Bufetowy oznajmił, że jest dwu graczy, ale są to znani szulerzy z Częstochowy. - Z szulerami grać nie będę - obruszył się szlagon. Po półgodzinie załamał się psychicznie i zwrócił się do bufetowego: - Daj pan tych szulerów, zagram, ale na gotówkę. - Bufetowy wrócił po chwili i oznajmił, że niestety szulerzy nie mają ani grosza, bo ich poprzedniego dnia ograli szulerzy warszawscy. - Z szulerami, i to jeszcze bez gotówki, mowy nie ma! - sapał z irytacji ziemianin. Po drugiej półgodzinie zwrócił się znów do bufetowego: - Dawaj pan tych szulerów, ja im pożyczę. - To - dodawał Fiszer z uznaniem - to był gracz prawdziwy!1
W co grano w tej Łomży? Pewnie w staroświeckiego ferbla. Jednak w tym samym mniej więcej czasie Tadeusz Żeleński uznawał wyłącznie "wściekłego bakarata". Był co się zowie graczem prawdziwym w wyżej podanym sensie i ujrzał w tej grze coś na kształt wtajemniczenia. "Siedząc żałośnie nad bakiem - czytamy w znanym wierszu Słówek - Dumałem o życiu takiem..."2. Żart! Ale po latach już bynajmniej już nie żartował.Od dziesiątego wydania Słówek uczony komentarz doktora Tadeusza Żeleńskiego odsyła wspomniany wierszyk do szkicu Czysta poezja, otwierającego (bodaj nie przypadkiem) zbiór Marzenie i pysk (1930)3. Owa Czysta poezja to perła eseistyki Boya, w której naprawdę jest w czym wybierać. Tekst wiąże w równych proporcjach "pysk" z "marzeniem" - to, co nieczyste, z tym, co wzniosłe, co poniżające - z istotnym; co bezwstydne - z darzącym mądrością.
Czym jest czysta poezja z tytułu eseju, Boy wyłożył sporo wcześniej w czwartym tomie Flirtu z Melpomeną, recenzując francuską komedię Dzień cudów:
Jest jeden cudowny talizman, mający władzę rzucania tęczowego mostu pomiędzy naszem szarem, smutnem życiem a zaczarowanym światem cudów, światem owych baśni, któremi kołysało się nasze dziecięctwo. Jest moc, która, jakby czyniąc sobie igraszkę, może w ciągu kilku godzin biednego prostaczka wynieść na zawrotne wyżyny, uczynić równym potentatom tego świata, aby potem, z ironicznym uśmiechem, jednym szczutkiem strącić go w dawną mizerję. [...] Tym talizmanem, tą mocą, tym duchem jest po prostu - talja kart. Talja kart, to poezja, to czyn, to marzenie w kieszonkowem wydaniu i dostępne każdemu. Nie każdy może napisać poemat, wygrać bitwę, przeprowadzić szczęśliwie misję polityczną; ale każdy może uczynić to, w czem mieszczą się poniekąd sensacje tego wszystkiego razem: trzymać bank i pociągnąć "passę" dwanaście razy z rzędu...4
Jak wskazuje porównanie daty premiery Dnia cudów z datą pierwodruku recenzji, Boy tworzył swe nader obszerne omówienie tej bulwarowej sztuczki całą noc, porwany siłą wspomnień, w autentycznych emocjach. Z myślą zarówno o tych, którzy nie znają reguł gry w bakarata, jak i tych, co znają je aż nazbyt dobrze, skłaniał ich do utożsamienia się ze szczęśliwym graczem, przedstawionym - niczym w liście prywatnym - w drugiej osobie gramatycznej:
Czy jest taki nieszczęśnik, który nigdy w życiu nie grał w baka? Żal mi go: zubożył swoją egzystencję o 50% wrażeń. Trzymasz w ręku talję kart; przeciągnąłeś szczęśliwie pięć, sześć razy; zostawiasz wszystko. Banco! Karty padają, wśród ciszy, z mechaniczną sprawnością: raz, dwa, raz, dwa; wykrywasz trzecią - sprzedałeś trójkę. Zaglądasz w swoje: - piątka. Chwila wahania, lekkie ciareczki przebiegają ci przez krzyże, wreszcie kupujesz. Teraz "filujesz". Jeżeli jest jakaś przyjemność, którą szatan wymyślił osobiście, to owa aż do bólu mocna rozkosz "filowania". Wysuwają się dwa rożki, potem nic, długo nic, biała płaszczyzna niemal aż do środka. Na tym milimetrze, który się odsłoni za chwilę, skupia się twoja myśl, życie, nadzieja, duma: jeżeli się okaże czwórka, jesteś bohaterem, bogiem, jeśli piątka - durniem. Czwórka! Oddychasz; oddech zawieszony długo, długo, wydziera się z ulgą; tak musiał odetchnąć Napoleon po wzięciu mostu pod Lodi, lub Mickiewicz, gdy wyrzucił z siebie lawę swej improwizacji5.
Z perspektywy stulecia czytelnik odnieść może wrażenie, iż hazard pod piórem Boya rywalizuje zwycięsko z kwestiami, które zbudowały jego reputację: uwolnieniem erotyki z pęt konwenansu, wyzwoleniem kobiet, propagandą francuskiej clarté, ograniczeniem wpływów Kościoła katolickiego, odbrązawianiem wieszcza i tak dalej. Cały niewątpliwy Boyowski racjonalizm kapituluje w tym wywodzie w obliczu metafizyki czystej emocji, libido sukcesu, o jakim wiele rzec mógłby nader ówcześnie poważany psychoanalityk Alfred Adler6. Kluczowe odkrycie Adlera, Minderwertigkeitskomplex, kompleks niższej wartości i żądzę wydobycia się zeń, Boy odtwarza z bezbłędną ścisłością:
Talja kart, to przedmiot, w którym mieści się w całej czystości najgłębszy filozoficzny problem świata: tajemnica determinizmu i wolności. Rozdajesz po dwie karty: przeciwnik ma ósemkę, ty dziewiątkę; obie te cyfry spoczywały obok siebie w talji, niezawodnie, nieodmiennie, mimo to uczuciowo wygrana była aktem twojej zwycięskiej woli, i duma, która rozpiera twoją pierś, w niczem nie ustępuje dumie najbardziej zasłużonych ludzi czynu7.
Istota rzeczy polega więc na odzyskaniu poczucia panowania nad losem przez narzucenie przypadkowi własnej woli. Fiksowanie wzrokiem odsłanianych kart czy kulki rulety należy do widomych objawów tej najpierwotniejszej z magii. Późniejszy o sześć lat esej, a właściwie studium medyko-socjologiczne Czysta poezja intuicję tę poszerza i pogłębia: zmagania z przeznaczeniem ujawniają swe oblicze nałogu. Toteż w diagnozie Boya jaskinia gry okazuje się przystanią dusz nie tyle znieprawionych, ile wydanych na łaskę przypadku. Hazardziści Boyowscy to bardzo średnia krakowska klasa średnia: studenteria, biuraliści, rzemiosło - ludzie (zawsze - co skłania do refleksji - mężczyźni) rozczarowani i wyjałowieni:
Nic nie można było zarobić, nic wykombinować, pensja w tem biednym urzędniczem mieście nikomu nie wystarczała [...]. Drugą przyczyną to było ubóstwo już nie pieniędzy, ale życia. To był Kraków z epoki W sieci, gdy młodzi tłukli głowami o mur. Smutek, ciasnota, beznadziejność... [...] Karciarnia była w maleńkim Krakowie niby eksterytorjalna ambasada potężnego szatana. [...] Miało się uczucie, jakby, za obróceniem pierścienia w bajce lub wymówieniem zaklętego słowa, otwierał się sezam wzruszeń, przeżyć, nadziei...8
Młody Tadeusz Żeleński trafił w to środowisko, z czego zdawał sobie sprawę, jako, by tak rzec, kandydat do deklasacji, na progu katastrofy, która spotkała na przykład jego partnera od kart, Włodzimierza Asnyka, syna poety ("Synowie takich ojców..."9). Na tym tle rozlokowane zostaje kapitalne panoptikum graczy - co do jednego nieudaczników lub desperatów. I aczkolwiek bakarat w zasadzie jest grą losową, twórca sylwetek nie wspomina, by którykolwiek z nich wyszedł w hazardzie na swoje.
"Byłem tedy graczem; mogę się przyznać, już jest przedawnienie"10. Lecz kiedy się to działo, jest nie całkiem pewne. Z jednej strony wspomina Boy o "obkuwaniu podręczników medycyny" i "wiszących wciąż nad głową egzaminach lekarskich", od której to wizji uciekał. Mowa więc o czasach sprzed "kryzysu powołania" medycznego i przerwy w studiach 1898-1899. Z drugiej opowiada, jak wymknął się z widowni spektaklu teatru japońskiego, by wrócić do stołu gry. Sławna tragiczka Sada Yacco wystąpiła w Krakowie raz jeden, 11 marca 1902 roku11, gdy dr Tadeusz Żeleński był już obiecującym stażystą w Szpitalu św. Łazarza. Stąd wniosek, że dotknęła go, mówiąc językiem medycznym, recydywa. Wspomnienia Boya z tych lat są szczególnie zwodnicze i sumaryczne, zaś korespondencja przepadła. Przyjąć można, iż uzyskane przezeń w 1898 roku fatalne stypendium wojskowe w wysokości pięciuset guldenów (właściwie już koron austro-węgierskich)12 pochłonęły finansowane z uwagi na Dagny ekscesy Przybyszewskiego. Nie była to suma zawrotna: odpowiadała stu litrom koniaku. Trudno rzec, by armia austriacka szacowała wysoko swych medyków. Natomiast hazard służyć miał uzupełnianiu ciągłych deficytów. W miarę możliwości: "Byłem wówczas potrosze graczem; jak wiadomo, szczęście bywa zmienne"13. Skądinąd kronikarz Znasz-li ten kraj?... nader starannie maskuje fakt, że wkrótce (od przybycia do Krakowa Dagny w listopadzie 1898) przyszło mu stać się jednym z głównych sponsorów "Przybysza", i temu właśnie zawdzięczał przynależność do jego "bandy". Powrót do gry w 1902 roku miał natomiast na celu zwrot (skądinąd, jak zastrzega Boy, zasadniczo nieprawny) pobranej sumy, a tym samym uniknięcie sześcioletniej służby wojskowej, do której go powołano, co relacjonuje w felietonie Mój debiut w psychiatrii14. Od wojska wymigał się cudem, lecz nigdy się nie odegrał.
Cały ów biograficzny epizod wskazuje, jak środek zdobycia pieniędzy stał się celem samym w sobie, darząc ofiarę hazardu nieodpartym oszołomieniem, ilinx w kategoriach Rogera Caillois. "Mnie samemu, w bogobojnym Krakowie - wspomina Boy - zdarzało się za młodu rżnąć w baka, przez 40 godzin nie wstając z krzesła: rzecz fatalna dla zdrowia!"15. Za dobroduszną autoironią byłego już lekarza kryją się jednak zadziwiające emocje. Boy tym razem recenzuje bowiem pamflet sceniczny Gabrieli Zapolskiej o akcji umieszczonej w Monte Carlo. I w nieświadomie komiczny sposób bierze kasyno w obronę:
Zapewne, Monte-Carlo nie jest przybytkiem cnoty; ale trudno znowuż zwalać mu na głowę wszystkie nieprawości ludzkie. Nie tworzy ono graczy, tylko ich skupia, zapewniając im warunki gry względnie bardzo przyzwoite i bezpieczne. Przedewszystkiem, każdy może przegrać tylko to, co ma w kieszeni, nie może zgrać się na słowo, co bywa najczęstszem źródłem tragedji. Świadomość iż, w razie zupełnej przegranej, trzeba bezzwłocznie opuścić plac boju, sprawia iż gra się tam znacznie umiarkowaniej i niżej niż u siebie w domu, gdzie człowiek czuje za sobą różne, mniej lub więcej godziwe, źródła pieniędzy i kredytu. [...] Wogóle zgrywają się tam (zwłaszcza drobni gracze) o wiele mniej niż się mówi, a nawet myśli: niejeden "zgrany", gdyby obliczył wydatki pobytu, okazałby się może wygranym; a mimo to, poczciwe kasyno wspomoże go wiatykiem na drogę. Jest się w dobrym klimacie, pięknem otoczeniu [...]. Trzeba przyjąć za pewnik, że każdy, kto gra nałogowo w Monte, zgrywałby się i gdzieindziej: a przeciwnie, są typy, które, dzięki nadziei dorocznej wycieczki do Monte-Carlo, prowadzą, przez 11 miesięcy w roku, oszczędny i pracowity żywot16.
Poczciwe kasyno... Idylla! Jakiż kontrast z ponurymi szulerniami na krakowskim Stradomiu czy Grzegórzkach!
Co stoi za tą wizją? Niewątpliwie Bodenhain, wystawiona w Zielonym Baloniku parodia umoralniającej sztuki Lucjana Rydla (1906) pod tymże tytułem. Lektura tekstu Boya nie pozostawia wątpliwości, że musiał on zawadzić o "wspaniałe salony bakaratowe" Monte Carlo, zapewne podczas drugiego stypendium paryskiego w 1904 roku. I ze świeżej pamięci stworzył postać 99-letniego polskiego arystokraty, któremu ku konsternacji szefów kasyna sprzyja szczęście w grze i który udziela wnukowi i siostrzeńcowi nauk, znanych po latach z Boyowskiej Czystej poezji:
Ziemowit gwałtownie
[...]
Ja chcę być mojej karty panem!
Hr. Napoleon z goryczą i smutkiem
Panem? Z nas każdy karty sługą!
Ona władczyni, ona pani,
Ona kieruje złota strugą,
A myśmy wszyscy jej poddani;
W tym, dziecko, mądrość tkwi najwyższa,
By umieć s ł u c h a ć jej rozkazu,
A wówczas ze swojego spichrza
Da ci garść złota raz po razu17.
Bakarat to gra publiczna i spektakularna. Przy długim stole, gdzie optymalna liczba wynosi czternastu graczy, każdy, czekając na swoją kolej, obserwować może pozostałych. Szczególnie zaś tego, który akurat ciągnie dwie karty lub dobiera trzecią. Wygrywa, mając na ręce najwyższe karty: dziewiątkę - duży szlagier, jak poucza w przypisach do Bodenhainu dr Tadeusz Żeleński, lub przynajmniej ósemkę - mały szlagier, "bardzo wysoką kartę, prawie dającą pewność wygranej"18. Niestety, wyższą kartę może mieć krupier... Rozgrywki błyskawicznie obiegają stół, stąd inna nazwa gry: chemin de fer, czyli kolejka. By uniknąć rozpoznania koszulek konkretnych kart, co potrafią niektórzy gracze, używa się kolejno ośmiu talii. I tu pojawia się motyw z anegdoty Franca Fiszera: "Ogłupienie grą przechodzi w najniebezpieczniejszą fazę, kiedy zaczyna trącić finansowym platonizmem. Dochodzi się do tego, że wszystko jedno jak, z kim, po czemu, byle grać"19. Po latach doświadczenie to zabarwiało czasem konieczność recenzowania kiepskich sztuk - i wtedy pod pióro Boya trafiało, jakby niechcący, słownictwo bakarata: "Byłbym pochlebcą, gdybym powiedział, że pomysł, na którym opiera się ta komedyjka, jest bardzo nowy; ale, ostatecznie i dziewiątka w baku nie jest niczem nowem, a przecież można ją zawsze oglądać z przyjemnością"20. Recenzent nie ma żadnej wątpliwości, że wyraża się w sposób powszechnie zrozumiały.
"Sam był dla siebie problemem. Wykładał na widok publiczny epizody życiowe, które ludzie pospolicie ukrywają (hazard, symulacja obłędu itp.)" - stwierdza w pionierskiej książce o Boyu sceptyczny wobec jego wynurzeń Andrzej Stawar. "Boy nie szczędzi [sobie] rysów o charakterze niemal psychopatycznym"21. Istotnie, świadectwa tak drastyczne, jak Jeszcze dokumenty ze zbioru Słowa cienkie i grube (1931) czy sławny felieton Czemu? z tomu Zmysły... zmysły... (1932) nie mają sobie równych w publicystyce Dwudziestolecia, a i długo później. Uchylając się od rozwiązania zagadki osobowości Boya, Stawar przywołuje Wyznania Rousseau, z którymi ich tłumacz zdaje się rywalizować. Nie bez racji: "Czy mianowicie nie byłoby dobrze, czy nie byłoby zbawienne - czytamy - aby pisarze nasi pokazywali się czasem publiczności tak, jak ich Pan Bóg stworzył (oczywiście w znaczeniu moralnem, proszę być bez obawy)"22, co wiedzie do brzmiącej już poważnie deklaracji: "Prześladuje mnie największa z tragedji: dwoistość osobowości"23. Wypowiedziawszy to zdanie, Boy z miejsca zjeżdża na kontrast tłumacza-benedyktyna, niemal profesora, oraz leniwego, kapryśnego i lubieżnego poety, co stanowi prześladujący go komunał. Istota rzeczy tkwi jednak, jak się zdaje, gdzie indziej: w strukturze świadomości pisarskiej podzielonej na obserwowanego i obserwatora. Dwa wyżej wspomniane, kompromitujące ponoć felietony dają temu dobitne świadectwo. "Sam był dla siebie problemem"... Przypadkiem do zbadania.
Tadeusz Żeleński, już sceptyczny Boy, spogląda w Czystej poezji na opętanego przez demona gry jeszcze-nie-Boya, odtwarzając z pamięci wypełniający spelunkę klimat rozprzężenia. I on także siedzi tam przy kartach wśród demonicznych w swym zaślepieniu straceńców, żywych trupów, znieczulony na wszystko, co nie jest grą: "Od pierwszego wejścia chwyta po prostu za włosy astralna ręka gry, dreszczyk przebiega po krzyżach. Stanowczo w tem jest coś więcej, niż te pieniądze, które się rozgrywa: to powietrze przesycone wszystkiemi możliwościami, całą energją potencjalną szansy, niespodzianki, występku i nieszczęścia, energją, która jest utajona w talji kart"24. Żeby tak widzieć siebie, trzeba zdobyć się na szczególną odwagę, tym bardziej, jeśli ma to trafić pod osąd opinii publicznej. Jest to moment, w którym osławione Boyowskie brewerie przechodzą w wielkie serio obnażonej ludzkiej natury. Istotnie, pisarz odkrywa tu w sobie człowieka "jak go Pan Bóg stworzył", zaś tę nagość ledwie przysłonić może ironia: "Niejeden z państwa zauważył, że nic tak nie nastraja do filozoficznych dumań, jak zerżnąć się w baka, ale tak na goło!..."25.
Bibliografia
Adler Alfred, Znajomość człowieka. Charakter, przeł. J. Buchholtzowa, Warszawa 1935.
Na rogu świata i nieskończoności. Wspomnienia o Franciszku Fiszerze, zebrał i opracował R. Loth, Warszawa 1985.
Stawar Andrzej, Tadeusz Żeleński (Boy), Warszawa 1958.
Wśród mitów teatralnych Młodej Polski, red. I. Sławińska, M.B. Stykowa, Kraków 1983.
Żeleński-Boy Tadeusz, Brewerje, Warszawa 1926.
Żeleński-Boy Tadeusz, Flirt z Melpomeną i inne flirciki (wieczór trzeci), Kraków 1922.
Żeleński-Boy Tadeusz, Flirt z Melpomeną (wieczór czwarty), Warszawa 1924.
Żeleński-Boy Tadeusz, Flirt z Melpomeną. Wieczór ósmy, Warszawa 1929.
Żeleński-Boy Tadeusz, Marzenie i pysk, Warszawa 1930.
Żeleński-Boy Tadeusz, Słówka. Wydanie nowe, przedmową i komentarzem opatrzył dr Tadeusz Żeleński, Kraków 1962.
Żeleński-Boy Tadeusz, Znasz-li ten kraj?... (Cyganerja Krakowska), Warszawa 1932.
Breweriant. Boy-autoportrecista
Abstrakt: Tadeusz Żeleński (Boy) w Czystej poezji - jednym z najlepszych swoich esejów, otwierającym zbiór Marzenie i pysk - przyznaje się do hazardowego nałogu sprzed lat. A okazał się szczególnie podatny na uroki gry w bakarata, łasy na emocje, na klimat wtajemniczenia towarzyszący karcianym potyczkom. Żeleński grać zaczął nie bez powodów natury osobistej, finansowej, a także środowiskowej. Kraków lat 80. XIX wieku nie oferował ani wielu rozrywek, ani możliwości zarobkowania, wybicia się. Hazard staje się w tekstach Boya nie tylko epizodem biograficznym, lecz także poligonem autoanalizy. Z bakarata czyni metaforę gry społecznej, ale i - co ważniejsze - "ogrywania" przypadku.
Słowa kluczowe: Tadeusz Żeleński (Boy), nałóg, inicjacja, hazard, autoanaliza, biografia
The Rogue. Boy the Self-Portraitist
Abstract: In his work 'Czysta poezja' (Pure Poetry), one of the best essays that opens the collection 'Marzenie i pysk' (The Dream and the Gob), Tadeusz Żeleński (Boy) confesses to a gambling addiction from years past. It seems he had been particularly susceptible to the charm of baccarat, avidly gulping the emotions and atmosphere of initiation that accompanies card skirmishes. Żeleński started playing not without motivations of a personal, financial or even social nature. Kraków in the 1890s did not offer much in the way of entertainment or opportunities to earn a living or make a name. In Boy's texts, gambling becomes not only a biographical episode, but also a field for self-analysis. He turns baccarat into a metaphor for the social game, but also and more importantly, for 'putting one over' chance itself.
Key words: Tadeusz Żeleński (Boy), addiction, initiation, gambling, self-analysis, biography
Jan Gondowicz - eseista i tłumacz, absolwent polonistyki UW, były felietonista "Nowych Książek", były konsultant programowy warszawskiego Teatru Dramatycznego. Autor pięciu tomów szkiców, monografii rysunków Brunona Schulza, książki o istotach fantastycznych, a także licznych przekładów literatury rosyjskiej i francuskiej, głównie awangardowej. W 2024 roku ukazał się zbiór jego szkiców Flirt z Paralipomeną.
1 Na rogu świata i nieskończoności. Wspomnienia o Franciszku Fiszerze, zebrał i opracował R. Loth, Warszawa 1985, s. 272.
2
T. Żeleński-Boy, Zdarzenie prawdziwe, w: Słówka. Wydanie nowe, przedmową i komentarzem opatrzył dr Tadeusz Żeleński, Kraków 1962, s. 183. Wiersz z 1911 roku.
3 Pierwodruk: "Kurier Poranny" 1930, nr 61, 2 marca.
4 T. Żeleński-Boy, Dzień cudów Yves Mirande'a i Gustave'a Quinsona, w: Flirt z Melpomeną (wieczór czwarty), Warszawa 1924, s. 189-190. Premiera 22 września 1923, pierwodruk recenzji: "Kurier Poranny" z 23 września.
5
T. Żeleński-Boy, Dzień cudów, dz. cyt., s. 190-191.
6 Por. A. Adler, Znajomość człowieka. Charakter, przeł. J. Buchholtzowa, Warszawa 1935.
7 T. Żeleński-Boy, Dzień cudów, dz. cyt., s. 191.
8
T. Żeleński-Boy, Czysta poezja, w: tegoż, Marzenie i pysk, Warszawa 1930, s. 8-9.
9 Tamże, s. 16.
10 Tamże, s. 7.
11 R. Taborski, Z dziejów recepcji teatru i dramatu orientalnego w okresie Młodej Polski, w: Wśród mitów teatralnych Młodej Polski, red. I. Sławińska, M.B. Stykowa, Kraków 1983, s. 151.
12
Od reformy walutowej 1892 roku.
13 T. Żeleński-Boy, Znasz-li ten kraj?... (Cyganerja Krakowska), Warszawa 1932, s. 48.
14 T. Żeleński-Boy, Mój debiut w psychiatrii, w: Brewerje, Warszawa 1926, s. 99 i n.
15 T. Żeleński-Boy, Nerwowa awantura G. Zapolskiej, w: Flirt z Melpomeną i inne flirciki (wieczór trzeci), Kraków 1922, s. 51. Premiera 6 czerwca 1921.
16
Tamże, s. 50-51.
17 T. Żeleński-Boy, Bodenhain, w: tegoż, Słówka, dz. cyt., s. 375.
18
Tamże, s. 479.
19 T. Żeleński-Boy, Czysta poezja, dz. cyt., s. 15.
20 T. Żeleński-Boy, Kochanek pani Vidal Louisa Verneuila, w: tegoż, Flirt z Melpomeną. Wieczór ósmy, Warszawa 1929, s. 209. Premiera 1 września 1928.
21 A. Stawar, Tadeusz Żeleński (Boy), Warszawa 1958, s. 96.
22 T. Żeleński-Boy, Jak zostałem literatem, w: Brewerje, dz. cyt., s. 37.
23
Tamże, s. 39.
24 T. Żeleński-Boy, Czysta poezja, dz. cyt., s. 9-10.
25 T. Żeleński-Boy, Jak zostałem literatem, w: Brewerje, dz. cyt., s. 40-41.