Kto tutaj jest szalony?
1
Ludzie często pytają mnie o natchnienie. Panuje pogląd, że pisarz
pracuje wyłącznie trafiony weną, czemu towarzyszy romantyczne i całkowicie fałszywe wyobrażenie artysty, który błądzi wśród skał,
wznosząc oczy ku gwiazdom, bądź czeka za ciężkim biurkiem w półmroku
gabinetu, aż muza sfrunie i pacnie go w czoło.
Sándor Márai z pewną przesadą opisuje swoje życie bogatego pisarza w przedwojennym Budapeszcie. Z niemal teatralnym bólem (ale i poczuciem
humoru) przywołuje kawę z koniaczkiem, popołudnia w łaźniach, sute
kolacje, przyjęcia i leniwe kursy dorożką w przyjacielskim gronie. Te i podobne, melancholijne radości mają, zdaniem Máraiego, swoją straszliwą
cenę w postaci dwóch, góra trzech godzin dziennie, które trzeba
poświęcić na udrękę pracy twórczej. Pisanie to koszmar, którego nie
osłodzi najsłodsze nawet, najbardziej rozkoszne życie - Márai utracił je
zresztą, wygnany z Węgier strzelił sobie w głowę.
Te dwa wyobrażenia - pisarza wyglądającego weny i cierpiętnika ze
wstrętem sięgającego po pióro - są równie piękne, jak fałszywe. Piszemy
w zgiełku i hałasie. Wyrywamy codzienności cenne godziny na pracę, od
której owoców zależy byt nasz i naszych najbliższych. Zawodowy pisarz
żyje z pióra, tymczasem w pisaniu przeszkadza wszystko naokoło: rodzina,
która też potrzebuje uwagi i miłości, kumpel, co wpada z opowieścią i flaszką, nieskoszony trawnik i zakupy, które trzeba zrobić, jakieś
przylegające do pisania obowiązki w rodzaju korekt własnych tekstów,
wywiadów, fuch czy wstępów do książek innych autorów - oto jeden z nich.
Wreszcie w pisaniu przeszkadza sam pisarz, jednostka ułomna,
pogruchotana i dziwna. Gdybyśmy byli inni, tobyśmy nie pisali. Łatwo
pójść drogą na skróty, uciec w bezpieczne, artystyczne chciejstwo lub
ulec jakiejś niezdrowej obsesji, co jeszcze nie byłoby najgorsze. Złe
książki sprzedają się lepiej niż dobre. Pisarz boi się i wątpi w siebie,
strach i wątpliwość zaś należą do złych doradców. Łatwo zbłądzić,
śpieszyć się, odpuścić. Lęk, zwątpienie i nadzieja - te właśnie siły
targają nami, pisarzami. Są Eryniami, ale i przyjaciółmi.
Takim właśnie pisarzem był Philip K. Dick, autor Łowcy androidów,
Człowieka z Wysokiego Zamku, a także Klanów księżyca Alfy, pięknej,
choć potrzaskanej książki, którą właśnie trzymasz w rękach. Tworzył
dużo, często w pośpiechu, a literatura, którą uprawiał, nie odpowiadała
jego rzeczywistym ambicjom. Poza tym żył mocno i niebezpiecznie, żenił
się i rozwodził, brał hurtowe ilości narkotyków, rozmawiał z Bogiem i najprawdopodobniej chorował psychicznie. Był piekłem dla siebie i dla
innych.
2
Wyobraźmy sobie odległą przyszłość, kiedy Ziemia podbiła daleki kosmos,
a ludzie podróżują między układami planetarnymi mniej więcej tak, jak my
przebywamy odległość pomiędzy Krakowem i Warszawą. Kolonizacja księżyców
i planet przebiegała w żywiołowy i nieco chaotyczny sposób. Posuwaliśmy
się naprzód bardzo szybko, z zachłannością konkwistadorów. Zagarnialiśmy
tyle, ile się dało, odurzeni perspektywą zysku, ale i czymś
szlachetniejszym - podążaniem ku tajemnicy skrytej w świetle gwiazd.
Podbój kosmosu, urzekająco łatwy od strony technologicznej, rodzi
konsekwencje natury psychologicznej. Świat ruszył naprzód, ludzie jednak
się nie zmienili. Cierpią i chorują po staremu. Możemy się domyślać, że
eksploracja dalekich planet i podróże międzygwiezdne, mimo archaicznego,
romantycznego uroku, mają swoją cenę w postaci zaburzeń i chorób
psychicznych. Możemy budować wspaniałe okręty z napędem lepszym niż w Sokole Millennium, laserowe działa i gwiezdne niszczyciele. Sami
pozostajemy krusi.
Jako dziecko marzyłem o podboju wszechświata i szczerze wierzyłem, że
dokona się on za mojego życia. Tkwił we mnie powidok kosmicznego
optymizmu z lat sześćdziesiątych. Kto wie, myślałem sobie, może nawet
postawię stopę na Księżycu? Ta młodzieńcza nadzieja rozpadła się wraz z katastrofą Challengera, którą zobaczyłem w telewizji. Zrozumiałem, że
zostaniemy na Ziemi, i chyba miałem rację. Nie radzimy sobie nawet z Księżycem, w najlepszym razie, kiedy załogowy lot dotrze na Marsa, ja
będę już starcem. Może to i lepiej?
Wyobrażam sobie teraz, że ktoś spełnia moje dziecięce marzenie i wysyła
mnie w daleki kosmos w wypasionym pojeździe. Skaczę sobie po galaktyce i zwiedzam planety, na których zawsze czeka tlen. Szczęście trwałoby
krótko. Oszalałbym od samotności, monotonnej wędrówki przez ciemność i obcych, zmieniających się gwiazd nad moją głową. Przynajmniej gwiazdy
powinny być znajome. W najlepszym razie doznałbym załamania nerwowego, o jakim dotąd nawet nie śniłem, w najgorszym - skrzywdził siebie lub
kogoś. Sam nie wiem, jaka ciemność we mnie jeszcze drzemie.
Możemy więc założyć, że podbój kosmosu rodziłby szereg dysfunkcji i problemów psychicznych u ludzi, którzy biorą w nim udział.
Zaryzykowałbym nawet tezę, że nikt całkiem normalny nie zostawi swojego
życia, by lecieć na Proximę Centauri. Wzrost zaburzeń i chorób
psychicznych wśród członków załóg i kolonizatorów byłby problemem, z którym architekci lotów międzygwiezdnych musieliby się mierzyć. Z tego
właśnie punktu wyrusza Philip K. Dick w Klanach księżyca Alfy. I idzie
o wiele dalej.
3
Podbój kosmosu jako przedsięwzięcie gigantyczne (nawet niewyobrażalne z naszej przyziemnej perspektywy) wymaga adekwatnej opieki
psychiatrycznej. Chorych i cierpiących wysyłano na tytułowy księżyc,
gdzie znaleźli dach nad głową i opiekę. Tak właśnie u Dicka wygląda
rozwój ludzkości: chorych i cierpiących mamy, tylko że trzeba osobnego
ciała niebieskiego, aby ich pomieścić.
Ten planetarny szpital, Tworki na skalę kosmiczną, funkcjonował dobrze -
aż przestał. Chorzy zostali pozostawieni sami sobie wskutek działań
wojennych i będącego ich konsekwencją urzędniczego niedopatrzenia (wątek
ten ma, jak sądzę, źródło w osobistym doświadczeniu autora) i teraz
radzą sobie, jak mogą. Minęły dziesiątki lat. O personelu medycznym nikt
już nie pamięta, a potomkowie pacjentów-założycieli z układu Alfy
zbudowali własną cywilizację. Właściwie kilka, każda oparta na kamieniu
węgielnym innej jednostki chorobowej.
Mamy więc Adolfville, fortecę paranoików, którzy wszędzie widzą wrogów,
nie ufają nikomu ani niczemu i przygotowują się do odparcia licznych
ataków, urojonych bądź prawdziwych (powieść opowiada właśnie o próbie
wrogiego przejęcia Alfy, co dowodzi, że paranoikowi czasem nie można
odmówić słuszności). Nieopodal znajdują się chaotyczne osiedla chorych
na schizofrenię oraz brudne, przypominające wysypisko śmieci Gandhitown
- dom hebefreników. Ci kosmiczni pustelnicy nie przejmują się światem
zewnętrznym, za to często wydają spośród siebie świętych zdolnych czynić
prawdziwe cuda, jakby choroba była darem, a nie przekleństwem.
Maniacy skupili się w Da Vinci Heights, którego rozbuchana architektura
odzwierciedla, jak i w innych przypadkach, charakter mieszkańców.
Rozmach nie nadąża za planem i cierpliwością niezbędną do wykonania
dzieła. Wszystko jest tutaj wielkie, lecz niedokończone. Klanów i miast
znajdziemy więcej. Razem tworzą kolorową i w gruncie rzeczy niegroźną
społeczność. Do czasu, aż ktoś się nimi zainteresuje.
Potomkowie ludzi, którzy porzucili księżyc Alfy, obracają ku niemu swoje
chciwe oczy. Planują odzyskać to miejsce, dotychczasowych mieszkańców
zaś otoczyć swoiście rozumianą opieką. Najpewniej zamkną ich gdzieś,
zafundują przelot nad kukułczym gniazdem. Sami zainteresowani długo nie
rozumieją, co tak naprawdę się dzieje, nie potrafią dostrzec rozmiaru
zagrożenia. Aby ocalić swoje dziwaczne domy, muszą się zjednoczyć mimo
licznych sprzeczności, przeciwstawiając międzygwiezdnej korporacji swoją
własną, wariacką słuszność.
4
Powieść powstała na początku lat sześćdziesiątych. Do kontekstów, które
ją zrodziły, przejdę niżej. Od tego czasu pogłębiła się wiedza na temat
chorób psychicznych, a przede wszystkim stosunek do chorych. Kiedyś
traktowano ich, jakby schorzenie, na które zapadli, było ich winą,
kwestią wyboru. Wariata, szaleńca, świra uważano za istotę gorszą i ułomną, niezdolną do decydowania o własnym losie, kogoś, komu należy
ewentualnie "pomóc", skazując na cierpienie, samotność i kpinę. Sam
dobrze pamiętam żarty z chorych i zaburzonych. W najlepszym razie osoby
cierpiącej na chorobę psychiczną nie traktowano poważnie. Decydowano za
nią. O tym właśnie między innymi opowiada powieść Dicka.
Tytułowe klany ze społeczności chorych pozostawionych samym sobie.
Zdołali oni wytworzyć mozaikę dziwacznych kultur: niekiedy pięknych,
czasem groźnych, z pewnością osobliwych. Te maleńkie cywilizacje
wykształciły kulawą funkcjonalność. Żyją sobie w spokoju i chcą, aby tak
zostało. Tkwią przecież na jakimś nieważnym, do niedawna zapomnianym
księżycu i nie wadzą nikomu. Porzuceni dali sobie radę. A teraz grozi im
utrata wolności. Kto o zdrowych zmysłach stanie w obronie "szaleńców"?
Smaczku całej sprawie dodaje powód zainteresowania mieszkańcami księżyca
Alfy. Intencje korporacji stojącej za tym zamierzeniem wydają się mętne,
w książce pada jednak sugestia, że mamy do czynienia z realizowanym
przez wiele dziesięcioleci planem. Chorych porzucono specjalnie,
następnie obserwowano tworzenie się ich społeczności. Korporacja
wkracza, gdy te uległy scementowaniu. Kreatywność niektórych klanów,
choć chaotyczna i trudna do przekucia na przyziemną konwencję realizacji
określonego projektu, może zaskoczyć swoją odmiennością. "Szaleniec"
wpadnie na wynalazki i rozwiązania, które "normalnemu" nie przyjdą do
głowy. Mowa o brutalnym, podzielonym na fazy eksperymencie: porzucamy
was, patrzymy, co robicie z własną wolnością, zabieramy wam jej owoce i zniewalamy na nowo.
Ta myśl dodaje komercyjnej powieści dodatkowego znaczenia. Dick jawi się
humanistą, upomina się o najsłabszych, ich godność i prawo do
samostanowienia. W fabułę wplata intuicje, które dziś znamy i podzielamy. Przynajmniej taką mam nadzieję. Wiemy, że choroba psychiczna
nie wynika z wyboru, a chory człowiek nie jest gorszy od zdrowego.
Zresztą te kategorie pozostają płynne. Tak naprawdę kto jest zdrowy na
księżycu Alfy? Przypadkowy przybysz z Ziemi czy mieszkańcy? Do tego
pytania dochodzi kolejne, rozświetlone szelmowskim spojrzeniem
amerykańskiego pisarza: czy "wariat" może mieć rację?
No pewnie, że może. Od siebie dorzucę jeszcze jedno pytanie. Czy Dick
pisał o sobie? Istnieje częściowo uzasadnione podejrzenie, że cierpiał
na schizofrenię paranoidalną. Jego biograf Lawrence Sutin widzi w nim
jednostkę zdziwaczałą, lecz psychicznie zdrową. W mojej opinii diagnoza
nie ma znaczenia. Liczy się coś innego: Dick przez całe życie zmagał się
z łatką wariata. Tak go traktowano. Miał znamię, stygmat szaleńca, tę
szkarłatną literę nowożytności. I pisał o swoich ludziach porzuconych na
dalekim księżycu.
5
Awanturę w Układzie Alfa obserwujemy z perspektywy między innymi Chucka
Rittersdorfa i jego żony. Akurat się rozwodzą, a Mary Rittersdorf
została odmalowana w najczarniejszych barwach, jako zimna, wyrachowana
egoistka gotowa puścić męża z torbami. Ten niesprawiedliwy, a przynajmniej jednostronny punkt widzenia ma zapewne źródło w licznych
rozwodach samego Dicka. Mam nadzieję, że pisarz nie poszedł tak daleko
jak jego bohater i nie postanowił własnej żony zamordować.
Chuck wpada właśnie na taki pomysł. Mary leci na Alfę, więc ją kropnie i będzie po kłopocie. Tylko jak to zrobić? Z pomocą przychodzi mu praca.
Zajmuje się programowaniem dla CIA robotów zwanych symulakrami. Taki
symulakr wygląda zupełnie jak człowiek, da się go jednak odróżnić, w przeciwieństwie do androidów. Steruje nim bazowe oprogramowanie bądź
zdalnie operator. Chuck pracuje właśnie na takim stanowisku.
Tu ujawnia się genialna prostota morderczego planu. Jeden z symulakrów
towarzyszy Mary na księżycu Alfy. Chuck pokieruje ruchami maszyny,
sprzątnie żonkę i uniknie kary. Odpowiedzialność za tę śmierć spadnie na
błędy w oprogramowaniu. Mary nie pozostaje dłużna Chuckowi i strzela do
faceta, z czego tylko może - rozwali pół księżyca, żeby go sprzątnąć.
Najbardziej na świecie pragną się pozabijać. Dick wyciąga z tego wniosek
we własnym niepowtarzalnym stylu: tych dwoje jest sobie przeznaczonych.
Tak z grubsza wygląda fabuła tej powieści. Mamy księżyc opanowany przez
wysoce funkcjonalnych szaleńców, którzy z obłędu uczynili podwaliny
swoich społeczności, oraz rozpadające się, dysfunkcyjne małżeństwo:
obojętnej kobiety i pogubionego, tchórzliwego faceta. Na tle Chucka i Mary mieszkańcy Adolfville i innych kolonii wyglądają na całkiem
rozsądnych. Szaleństwo, zdaniem Dicka, bywa sztuczną kategorią, wygodnym
narzędziem do tłamszenia kolorowej mniejszości przez większość. To
kaganiec, smycz, więzienie - nic więcej.
6
Literatura fantastyczna w czasach Dicka nie cieszyła się uznaniem.
Uchodziła za niepoważną, skierowaną do dzieci lub, jeszcze gorzej, do
czytelników komiksów. Sam autor Klanów księżyca Alfy nie zamierzał być
"fantastą", tę drogę wybrał, ponieważ nikt nie chciał wydawać jego
powieści obyczajowych, a uznania się doczekał, stojąc nad grobem. Wiele
jego książek łączy oszałamiające, oryginalne założenia z motywami
obiegowymi współczesnej literatury fantastycznej. Tak jest i w tym
przypadku.
Klany księżyca Alfy są uroczą, błyskotliwą i zabawną powieścią
pulpową, odróżniającą się od innych za sprawą oryginalnego pomysłu o cywilizacjach osób cierpiących na dolegliwości psychiczne. Ze swoją
wariacką akcją, finałem pełnym wybuchów i wojnami szpiegów przynależy,
przynajmniej częściowo, do świata eskapistycznej rozrywki, od którego
sam Dick próbował uciec. Okładka pierwszego wydania nie zostawia nadziei
na żadne subtelności. Widzimy na niej kosmicznego żołnierza w cudacznym
hełmie prującego z działa we wrogie, obce, wściekle żółte niebo.
Dick rozumiał konwencję, w której przyszło mu się poruszać. Był wielkim
pisarzem zmuszonym do pospiesznego tworzenia poczytnych powieści.
Amerykański czytelnik, prócz wojny i przygody, łaknął również seksu.
Dick zapełnił więc książkę masą prostych, erotycznych akcentów,
ujawniając komiczną ze współczesnej perspektywy fiksację na punkcie
biustów. Wszystkie postacie kobiece opisuje z tej, bądźmy szczerzy, dość
prymitywnej perspektywy, plecie o braku biustonoszy, sztucznie
powiększanych sutkach, kurczących się pod wpływem strachu, i ekscytuje
się imponującą objętością silikonu w implantach. Jest trochę jak
uczniak, trochę jak podstarzały świntuch, co dzisiaj razi, a nawet
oburza. Spróbuję go obronić przed zarzutem seksizmu (trudne to jednak
zadanie). Na początku lat sześćdziesiątych, kiedy powstała powieść,
implanty silikonowe stanowiły nowość ekscytującą opinię publiczną.
Pierwszy zabieg powiększenia piersi wykonano rok przed premierą książki.
Dick, uczciwy "fantasta" o kosmatych myślach, próbował przewidzieć
przyszłość i doszedł do wniosku, że operacje korekcyjne staną się
powszechne. Rozejrzyjmy się - i w tym miał rację.
Do tego Dick, jak większość ówczesnych amerykańskich pisarzy, uległ
zimnowojennym lękom, których ślady łatwo znaleźć w powieści. Chuck, nim
wpląta się w awanturę na księżycu Alfy, zarabia na życie, programując
symulakra potrzebne do akcji propagandowych przeciwko komunistycznym
państwom otaczającym oazę wolności, Amerykę. Podbiliśmy kosmos, a podziały z lat czterdziestych tylko się pogłębiły - świat drży w nieustannym napięciu pomiędzy Moskwą a Waszyngtonem.
Niektóre wynalazki urzekają naiwnością. Po Nowym Jorku śmigają odrzutowe
taksówki, samoloty zostały wyparte przez ekspresowe rakiety, a poczciwe
pługi w razie zagrożenia łączą się ze sobą, tworząc wyrzutnię rakietową.
Skrytobójcy przetrzymują śmiercionośne zarodki w ustach i aż strach
pomyśleć, co nastąpi, gdy kichną albo dopadnie ich kaszel. Roboty
szpiegowskie korzystają z wykresów fal mózgowych ściągniętych od osób,
które mają śledzić. Dzięki temu znają wszystkie miejsca, które delikwent
odwiedził. Dziś ta wiedza jest dostępna za sprawą lokalizacji w smartfonach, nie trzeba też robotów: sami ujawniamy ją na serwisach
społecznościowych.
Zaciera się granica pomiędzy nauką a magią. Święty z Gandhitown żyje jak
żebrak, choć opanował teleportację, lewitację i potrafi przechodzić
przez ściany. Dla odmiany pewna policjantka zakrzywia czas na
niewielkiej przestrzeni. Potrafi cofnąć kawałek rzeczywistości,
niedaleko, o jakieś pięć minut, co wystarcza, na przykład by uratować
ofiarę wypadku samochodowego bądź zapobiec strzelaninie. Sama uważa
swoje moce za skromne. Czego więc potrafią dokonać jej potężniejsze
koleżanki i koledzy?
W kosmosie nie jesteśmy sami. Ludzkość nawiązała kontakt z cywilizacją
śluzowców. Te sympatyczne, życzliwe innym stworzenia wyglądają jak
wielkie, żółte gluty, potrafią jednak docenić przyjaźń, alkohol, dobrą
zabawę i zawsze są przy forsie. Porozumiewają się telepatycznie i cieszą
przywilejem częściowej nieśmiertelności. Zmarły śluzowiec zostawia
zarodki, z których w sprzyjających warunkach wyrastają jego liczne
kopie, obdarzone wspomnieniami i świadomością wsteczną. Mając takiego
kompana w drużynie, można podbijać księżyce i knajpy - świat jest dla
takich za mały.
7
Pamiętam swoje pierwsze spotkanie z tą książką. W Polsce ukazała się na
początku lat dziewięćdziesiątych i przepadła, przysypana przez tony
innych groszowych powieści fantastycznych oraz, co tu kryć, bardziej
dopracowane powieści samego Dicka. Zachwycaliśmy się pierwowzorem
literackim Łowcy androidów, Człowiekiem z Wysokiego Zamku, Trzema
stygmatami Palmera Eldricha. Na wyprawę do układu Alfy zabrakło rozumu
i serca. Z książki zapamiętałem głównie te monstrualne biusty i sam
pomysł o księżycu zawiadywanym przez potomków osób chorych psychicznie.
Śmiałem się nawet, że to książka o planecie wariatów. Zmądrzałem i już
się nie śmieję.
Tę powieść można odczytać jako świadectwo czasów: taksówki odrzutowe i kosmici z galarety przynależą do pewnej epoki, która już nie wróci.
Kosmos pozostaje obcy i daleki. Pozostało świadectwo nieaktualnej już
wyobraźni i wielkiego optymizmu. Naprawdę wierzyliśmy, że będziemy
skakali pomiędzy gwiazdami. Mamy też ciekawą refleksję na temat natury
szaleństwa i płynności tego terminu oraz dramat małżeński rozpisany na
sekwencję zamachów i strzelanin - zwykłych ludzi, którzy nie radzą sobie
z własnymi emocjami, których życie zwyczajnie przerosło.
Jestem świadomy wad tej powieści. Dick pracował w pośpiechu, próbował
pogodzić wartką akcję i tanie atrybuty literatury science fiction z problemem głębszej natury: jak powinniśmy traktować chorych psychicznie?
Co taka choroba właściwie oznacza? Jaką prawdę, jakie wartości niesie ze
sobą taki chory? Te pytania wybrzmiewają w tle fabuły, ale na odpowiedzi
musimy zdobyć się sami. Klany księżyca Alfy są mocną, poczytną
powieścią, ale też głosem cierpiącego humanisty w sprawie mu bliskiej.
Philip K. Dick, mistyk, dziwak, geniusz, potwór i wizjoner, naprawdę
wiedział, co pisze.
Łukasz Orbitowski