Rozdział 1
Tego roku, kiedy w prowincji Ivesse rozpętał się prawdziwy koszmar, wiosna była szara, pochmurna i deszczowa. Ciężkie chmury wisiały nieruchomo nad wierzchołkami drzew i każdego dnia zalewały deszczem zarówno pola uprawne, jak i ocieniającą je złowieszczą puszczę stanowiącą północną granicę wszelkich cywilizowanych krain. Jeśli Ivesse dało się w ogóle jeszcze do nich zaliczyć. Stanowiło ono jedną z wielu prowincji Królestwa Otore i nie przynosiło wiele dochodu, rzadko też o nim wspominano w rozmowach. Ot, biedny, prymitywny bufor oddzielający wspaniałe miasta i zamki Otore od grozy, jaką niosły ze sobą pełne dzikiej magii lasy. Ludzie żyjący w cieniu puszczy obawiali się jej i jednocześnie czerpali z niej korzyści - to tam polowali, tam zbierali to, czego nie mogli wyhodować. Futra z północy osiągały dobre ceny na południowych rynkach, więc traperstwo było tutaj zajęciem niezwykle dochodowym, ale i niebezpiecznym, niedającym gwarancji powrotu do domu.
Nie tak rzadko się zdarzało, że ten czy drugi myśliwy ginęli w zielonym mroku lasu. A jeśli dochodziło do tego zbyt często, baron Stephen Ivesse zbierał zbrojną drużynę i przetrzebiał bestie zbliżające się zbyt mocno do ludzkich siedzib. Mieszkańcy Ivesse byli ludźmi twardymi, trzymającymi się swoich tradycji, można by rzec - zacofanymi. Nie wierzyli w takie cuda jak magia i magowie, i to pomimo że wiedli żywot tak blisko nieokiełznanych sił natury odmienionych przez dziką, niespokojną moc. W końcu stąd do Świątyni było naprawdę daleko.
To właśnie takiego zimnego, deszczowego popołudnia zjawiły się tutaj dwie podróżne. Pośniegowe błoto chlupotało pod kopytami ich wyśmienitych wierzchowców. W Ivesse rzadko widywano tak piękne rumaki. Tutaj, na północy, lepiej się sprawdzały krępe, silne konie, równie nieustraszone, co uparte - zupełnie jak mieszkający tu ludzie. Nie mniejsze zainteresowanie wzbudzały obie jeźdźczynie. Przodem jechała smukła kobieta odziana w solidnie wykonaną suknię z jasnoszarej wełny i ciepły płaszcz o tym samym kolorze. Spod naciągniętego na głowę kaptura wymykały się czarne pasma włosów. Jej blada twarz była nieruchoma, jakby wykuta w marmurze i też tyle samo co kamień zdradzała emocji. Szare oczy patrzyły beznamiętnie w przestrzeń, omiatając błotnistą drogę, zabieganych ludzi i zgrzebne chaty.
Za nią podążała dużo żywsza osóbka. Urocza blondynka o wielkich błękitnych oczach wierciła się w siodle i rozglądała dookoła z nieskrywaną ciekawością. Niejeden z kręcących się tu i ówdzie mężczyzn z chęcią klepnąłby ją w ten pyszny, kształtny tyłeczek co rusz podskakujący na siodle. Żaden z nich nie zdawał sobie jednak sprawy z tego, że pewnie równałoby się to z utratą dłoni albo przynajmniej z kilkoma złamaniami, jeśli radosna blondynka w kwiecistej spódnicy miałaby akurat wystarczająco łaskawy humor. Nikt też nie wiedział, że jej sakwy zamiast kobiecych fatałaszków skrywają skórzany, wzmacniany stalowymi płytkami półpancerz i broń. I jeszcze trochę broni. No i broń. Uzbrojenie stanowiło jej wielką pasję.
Kobiety swobodnym kłusem przejechały gwarne, bure od deszczu oraz błota podgrodzie i dotarły do bramy prowadzącej na dziedziniec twierdzy, gdzie rezydował baron prowincji Ivesse. Ze stróżówki wyszedł potężny, wąsaty strażnik i zagrodził im drogę. Nie zauważył, że piegowata blondynka z niesmakiem spojrzała na jego zaniedbany pancerz i wylewający się znad spodni brzuch.
- Panienki do kogo? - zapytał wyzywająco, obrzucając przybyszki wymownym wzrokiem.
Kobieta w szarym płaszczu zdecydowanie odrzuciła kaptur z głowy. Na jej ramiona i plecy wysypała się lśniąca fala czarnych jak noc włosów. Dziwnie bezbarwne oczy omiotły strażnika surowym spojrzeniem. Kiedy się odezwała, jej głos okazał się dźwięczny i przepełniony pewnością siebie.
- Magini Yuno ze Świątyni, na wezwanie barona Ivesse.
Wojownik zastygł na chwilę w zdumieniu, a obie kobiety otuliła głęboka cisza zataczająca coraz szersze kręgi.
- Fils! - ryknął strażnik, na co z budynku przy bramie wybiegł chudy chłystek. - Biegnij no do pana i natychmiast go zawiadom... - Urwał na krótko. - Zawiadom go, że przybyła szanowna pani Yuno ze Świątyni - dokończył. - Dzięki niech będą bogom - westchnął z ulgą tak cicho, by nikt nie dosłyszał. - Proszę obie panie do środka.
Mężczyzna zmienił nastawienie, gnąc się teraz przed nimi w pokłonach. Chciał chwycić uzdę konia magini, ale ta nerwowo przyciągnęła ją do siebie. Szturchnęła konia łydkami i przejechała pod sklepieniem bramy. Jej towarzyszka podążyła za nią, a błękitne oczy błysnęły zimno.
Siedzibę barona Stephena Ivesse stanowiło ponure, kamienne zamczysko o grubych murach i wąskich oknach. Budynek projektowano raczej z myślą o stawianiu czoła wrogom niż o jego walorach estetycznych. Po obu stronach głównego gmachu dobudowano skrzydła, które bardziej już przystosowano do celów mieszkalnych. Jedno z nich było w remoncie. Wybite okna i osmolone sadzą ściany przypominały o niedawnym pożarze, który zmienił życie mieszkańców zamku. Szare oczy magini prześlizgnęły się po zniszczeniach, a potem spoczęły na drobnym chłopcu, który właśnie wybiegł ze stajni na dziedziniec. Miał się skierować do zamku, ale wyczuwszy na sobie spojrzenie przybyszki, przystanął i obejrzał się niepewnie. Był to na oko dziesięciolatek o niesfornej szopie ciemnobrązowych włosów i niezwykle ciemnych oczach. Pozornie nie wyróżniał się niczym spośród setek innych chłopców, ona jednak wyraźnie widziała jego niestabilną, załamującą się aurę. Nieujarzmiona magia kłębiła się wokół jego postaci i zwijała jak jęzory płomieni, gotowa w każdej chwili pochłonąć wszystko wokół.
- Paniczu Altamirze! - Po schodach twierdzy zbiegł zdyszany służący. - Pan woła do siebie.
Towarzysząca magini dziewczyna przysunęła się do niej.
- A więc to ten dzieciak? - zapytała cicho.
Nie spuszczając spojrzenia z dziecka, magini skinęła głową. Przerzuciła nogę nad siodłem i zeskoczyła na ziemię, zanim jeszcze podszedł do niej kolejny zbrojny zdążający już przez dziedziniec. Chłopiec jednak wyprzedził go i pierwszy stanął przed kobietą. Zgiął się w głębokim ukłonie.
- Altamir Ivesse - przedstawił się pełnym podniecenia głosem.
Na posągowej twarzy czarnowłosej kobiety pojawił się lekki uśmiech.
- Miło cię poznać, Altamirze. Jestem Yuno. Będę twoją nauczycielką.
Chłopiec ponownie się ukłonił, chcąc ukryć rumieńce zalewające mu policzki.
- Cieszę się, że mogę powitać cię u nas osobiście, pani Yuno. Panią i pani pokojówkę.
Nikt nie zauważył rozbawienia, z jakim blondynka uniosła brwi.
- Zaprowadzę panie do mojego ojca, barona Ivesse. Nasi stajenni odpowiednio zadbają o wasze wierzchowce, a służba zajmie się waszymi bagażami.
Jasnowłosa pokojówka jednak szybko porwała w ręce swoje sakwy.
- Ponoszę pełną odpowiedzialność za stroje mojej pani i nie ośmieliłabym się powierzyć ich nikomu innemu - wyjaśniła z przejęciem. Jej szeroko otwarte, naiwne oczy były tak pełne oddania i niezmącone żadną głębszą myślą, że nikt nie zamierzał kwestionować tego skądinąd osobliwego zachowania.
* * *
Wieści zastały Stephena Ivesse w gabinecie, pochłoniętego pracą. Gdyby wierzył w jakichkolwiek bogów, pewnie padłby na kolana i zaniósł do nich modły dziękczynne. Ale jego wiara w łaskawość sił wyższych była naprawdę słaba. Tak samo nie wierzył w zasadzie w to, że jego prośba skierowana do Świątyni przyniesie odzew, a tu - proszę... Zmarszczył krzaczaste brwi. A więc naprawdę kogoś mu przysłali? Naprawdę zdecydowali się pomóc? Popatrzył zamyślony za okno i akurat zobaczył, jak jego syn kłania się przed ciemnowłosą kobietą. Wzrok Stephena zmiękł. Altamir był dobrym, choć nad wyraz energicznym i niesfornym chłopcem, który nieraz doprowadzał swoich nauczycieli do rozpaczy. Lubił się wymykać na konne przejażdżki lub włóczyć po podgrodziu z kolegami i trudno było zagonić go do książek. Za to nigdy nie unikał lekcji fechtunku.
Jego życie miało wyglądać tak, jak przystało na dziedzica baronii. Już wkrótce dołączyłby do zbrojnej drużyny, co dałoby mu okazję do wykazania się i zyskania szacunku przyszłych poddanych. Potem baron poszukałby mu odpowiedniej narzeczonej i może Altamir miałby w życiu więcej szczęścia niż on sam, a jego przyszła żona nie zmarłaby w połogu. Po latach młodzieniec przejąłby rządy nad prowincją, a Stephen doczekałby swoich dni przy kominku, bawiąc wnuki.
Niestety. Życie Altamira skręciło w zupełnie przeciwną stronę, kiedy pewnej nocy w zamku rozszalał się pożar.
Stephen nigdy nie widział jeszcze tak zaciekłego żywiołu. Płomienie gnały korytarzami, wylewały się z okien, trawiły zasłony, arrasy i draperie, ale nie dosięgały żadnego z mieszkańców. Na własne oczy widział, jak z pożogi wybiegają nietknięci nią ludzie. Ze strachem patrzył w głąb połykanego przez pożar skrzydła mieszkalnego, z którego uciekali wszyscy poza jego synem. Nie czekał dłużej. Rzucił się w ogień, by ratować swoje jedyne dziecko, a płomienie odsuwały się od jego skóry. Czuł tylko żar, dławił się dymem, ale ogień nie wyrządzał mu krzywdy. Nawet nie zwracał na to uwagi, przepełniony strachem o los syna, kiedy szarpnął drzwi do jego pokoju. Wpadł w samo serce ognistego piekła. Na podłodze, pośrodku wiru płomieni, klęczał Altamir. Usta miał wykrzywione w wyrazie cierpienia, pięści zaciskał kurczowo. Ogień wylewał się wprost z jego ciała, wirując, wznosząc się i rozprzestrzeniając na ściany, pożerając drewniane belki stropu. "Dach się zaraz zawali!" - uświadomił sobie baron, rzucając się do swojego dziecka. Ale wtedy płomienie skoczyły na niego z wściekłością, broniąc mu dostępu do bezradnego chłopca. Osłonił przedramieniem twarz.
- Altamirze!
Chłopiec skulił się i jęknął rozdzierająco. Podparł się na rękach. Chyba chciał coś powiedzieć, bo otworzył usta, ale wylały się z nich tylko płomienne jęzory, jakby wymiotował ogniem. Uniósł powieki, a jego oczy gorzały dziwnym, żółtym blaskiem.
- On jest nasz! - ryknął ogień.
- On jest mój! - warknął baron i rzucił się ku swemu dziecku, czując tym razem, jak płomienie wżerają się w jego dłonie, kiedy zacisnął je na ramionach syna. I nagle ogień się zadławił, zatchnął i zgasł tak nagle, jak się pojawił, zostawiając za sobą tylko zdemolowane wnętrze.
- Tato... - wymamrotał chłopiec, patrząc na ojca błędnym wzrokiem. - To się wydostało... - I osunął się bezwładnie w jego ramiona.
Ta noc zmieniła wszystko w spokojnym dotąd Ivesse. Na początku tylko Stephen i Altamir wiedzieli, co się wydarzyło, ale wkrótce zaczęły krążyć plotki, bo koło chłopca nieraz niespodziewanie coś zajmowało się płomieniami. Stało się jasne, że cokolwiek się przebudziło tej nocy w Altamirze, nie potrafił on nad tym zapanować. Chłopiec był oczywiście zdezorientowany i wystraszony, nie wiedział jednak o innych problemach, które wywołała jego nagła demonstracja mocy.
Nie powiedziano mu, że pojawienie się silnego daru magicznego w bocznej, zbiedniałej gałęzi jednego ze szlacheckich rodów Królestwa Otore wywołało burzę polityczną i chaos. Ustalony porządek zaczął się chwiać, sojusze - rozpadać, a leżąca przy północnej granicy baronia Ivesse nagle znalazła się na ustach wszystkich. Talent magiczny nie zdarzał się często, a jeśli już, to tylko w rodzie królewskim i arystokracji najbliżej z nim spokrewnionej. Gdyby taki incydent jak ten z Ivesse, świadczący o ponadprzeciętnym talencie, przydarzył się królewskiemu dziedzicowi, cały kraj i ościenne księstwa, a nawet dalsze mocarstwa pokłoniłyby się z szacunkiem i trwogą przed władcami Otore. Tak wybitnie uzdolniony następca tronu zagwarantowałby swojemu królestwu stabilność i potęgę.
Jednak stało się to w odległej, zalesionej baronii, o której mało kto słyszał. Baron Ivesse czuwał na granicy północnych lasów w swojej ponurej warowni i nie mieszał się do polityki. Tak więc i polityka dotąd nie mieszała się do jego spraw. Stephen zajmował się głównie wojaczką i polowaniem na bestie wypełzające czasem z cienistych puszczy. Był prostym, twardym człowiekiem, szczerym jak cięcie mieczem. Zarządzał swoim władztwem dobrze, pilnował spokoju, jego wojownicy poszliby za nim w ogień. Na intrygach i polityce dworu królewskiego jednak się nie znał. I nigdy nie chciał się angażować w ten brudny, pełen fałszywego blichtru świat. Jego życiowym celem było oddanie baronii w ręce swojego dziedzica, który tak jak on prowadziłby proste życie w cieniu lasów.
Ale dziedzic barona, jego jedyne dziecko i prawdziwe utrapienie, przejawił talent, którego nikt się nie spodziewał. A z każdym dniem było tylko gorzej. Moce, z którymi nikt ze świty barona nie umiał sobie poradzić, rozhulały się na całego. Tego nie dało się ukryć.
Kim było to dziecko?
Ivesse? Gdzie to? Ta dzicz?!
Taki dar w takim pospolitym rodzie?!
Potwarz. Wyzwanie rzucone królowi.
Polityka nie zapukała grzecznie do drzwi Ivesse. Polityka wtargnęła tam gwałtownie w postaci skrytobójcy, który miał usunąć niewygodnego chłopca. Polityka wjechała na czele gwardii królewskiej i wysokich urzędników mających przeprowadzić śledztwo w sprawie zdrady stanu.
Ojciec, bezradny w starciu z szalejącymi talentami swojego dziecka, złożył Świątyni obfity datek i błagał o pomoc któregoś z magów. Jednak zgodnie z jego podejrzeniami Świątynia nie rozpatrzyła tej prośby pomyślnie i zamiast wysłać do Ivesse wykwalifikowanego nauczyciela, posłała kuriera z listem odmownym. List ten nigdy nie dotarł do barona. Pewnego dnia jak gdyby nigdy nic na dziedziniec warowni wjechała Yuno, a dziesięcioletni Altamir powitał ją wytwornym ukłonem.
* * *
Król Sarnaser Otore z zaciętym wyrazem twarzy długimi, zdecydowanymi krokami przemierzał swój gabinet, krążąc od ściany do ściany niczym tygrys w klatce. Pochylał się lekko do przodu, a ręce założył za plecami. Właśnie dotarły do niego wieści o niepowodzeniu misji, której celem było uprowadzenie młodego panicza Ivesse.
- Poślijcie kolejnego - zdecydował. - Musimy mieć tego chłopaka.
- Baron Ivesse wysłał prośbę do Świątyni o wsparcie - poinformował go doradca, ale król tylko machnął lekceważąco ręką.
- Tym nie musimy się martwić, Świątynia stoi po naszej stronie.
- Jeśli tak, to mogliby nam oddać któreś ze swoich dzieci - prychnął arystokrata.
- No aż tak to nas nie wspierają. - Król się skrzywił. - Taka porażka! Jedyny syn, a nie ma ani odrobiny daru! Nie nadaje się na tron! Altamir Ivesse posiada coś, co powinno należeć do mojego syna! I ma mu to oddać! - Huknął pięścią w ścianę.
Pięcioletni książę Kiervan przysłuchiwał się tej rozmowie ukryty za ciężką atłasową kotarą, ściskając w ręku drewniany mieczyk. Zastawił tutaj zasadzkę na ojca, bo ten zawsze był dumny, kiedy jego syn opracował jakąś udaną strategię. A Kiervan lubił, kiedy tata był z niego dumny. Jego usta wygięły się w podkówkę, ale zapanował nad wzbierającym mu w piersi płaczem. Nie rozumiał, dlaczego ojciec uważa, że nie nadaje się na króla. Dlaczego ten chłopiec, Altamir, zabrał mu coś, co należało do niego? Jak mógł? Przez niego ojciec teraz nie będzie go kochał!
* * *
Baron przyjął mistrzynię Yuno w sali audiencyjnej, gdzie oficjalnie przedstawił ją swojemu synowi, garstce urzędników i zbrojnej drużynie. Królewski wysłannik czuwający w Ivesse nad przebiegiem śledztwa wydawał się zbity z tropu nagłym pojawieniem się magini. Zresztą kilka dni później pospiesznie opuścił zamek i pognał z wieściami na południe. Kiedy służba szykowała komnaty dla magini i jej towarzyszki, baron i Yuno przenieśli się do jego gabinetu, gdzie mogli porozmawiać bez świadków i podsłuchujących uszu. Oraz węszącego ciekawsko Altamira. Początkowo nie zdziwiło go, że wraz z nimi podążyła pokojówka magini, wszak młodej kobiecie nie wypadało zostawać z mężczyzną sam na sam, choć kto wie, czy świątynne maginie obowiązywały te same reguły. Nikt by przecież nie napastował wykształconej w magii mistrzyni. Jednak gdy zamknęli za sobą drzwi, jego uwagę stanowczo zwróciło zachowanie blondynki - uważne spojrzenie i swobodna postawa, kiedy oparła się o ścianę obok wejścia. Gdy kładła na podłodze swój bagaż, ten wydał metaliczny dźwięk, którego baron raczej nie spodziewałby się po kobiecych przedmiotach. Uniósł pytająco brwi.
- Wybacz nam tę małą maskaradę - odezwała się magini cichym głosem. - Enis jest wojowniczką i moją strażniczką, nie chciałyśmy jednak za bardzo zwracać na siebie uwagi, więc zdecydowała się przebrać w coś, co nie będzie jej wyróżniać z tłumu.
- Rozumiem - odpowiedział. Faktycznie, przypomniało mu się, że magowie ze Świątyni zawsze podróżowali w towarzystwie szkolonych tam wojowników, ale nie sądził, że ten trening dotyczył także kobiet. Przyjrzał się uważnie przybyszkom. Enis, niewysoka blondynka o uroczej twarzyczce, łatwo mogła wszystkich zmylić. Teraz jednak dostrzegał w jej postawie nawyki wojownika. Dużo większym zaskoczeniem okazała się dla niego sama Yuno. "Toż to prawie dziecko!" - stwierdził z zakłopotaniem. Była szczupła, wręcz wychudzona, o bladej cerze i podkrążonych oczach, w których próżno by szukać iskierek radości tak właściwych dziewczętom w jej wieku. Wydawało się, jakby lżejszy podmuch wiatru mógł ją złamać wpół. A jednak to właśnie była mistrzyni Yuno, ta sama, o której od kilku miesięcy krążyły plotki i pieśni. Ta, która spektakularnie pokonała na południu wiedźmę Uthę i wyzwoliła ludzi spod jej terroru. Spodziewałby się kogoś starszego, pewnego siebie, emanującego siłą. A widział widmowo bladą, chudą dziewczynę o martwej twarzy.
- Właściwie nawet się cieszę - kontynuował, zerkając na Enis. - Altamira już raz próbowano zamordować.
- Otore? - zapytała Yuno.
Rozłożył ręce.
- Tak przypuszczam. Niestety ciało skrytobójcy zamieniło się w pył, zanim zdążyłem go przeszukać.
- Był obłożony zaklęciem destrukcyjnym. - Zmarszczyła brwi. - Rozumiem. Z nami dwiema Altamir będzie absolutnie bezpieczny, nie będziemy go spuszczać z oczu. Chciałabym usłyszeć coś więcej o chwili, w której uwolnił swoją magię.
Ivesse opowiedział jej wszystko, nie pomijając żadnego szczegółu. Nie zataił także chwili, kiedy ogień zaczął do niego przemawiać, choć nie miał pewności, czy nie było to urojenie. Obie kobiety słuchały go z nadzwyczaj poważnymi twarzami, czasem rzucając sobie krótkie spojrzenia.
- To dość... niespotykane - powiedziała Yuno, kiedy skończył. - Do ujawnienia talentu magicznego dochodzi w pierwszych dwóch latach życia, nigdy nawet nie czytałam o takim przypadku jak ten Altamira. Może mu być trudno opanować podstawy w takim wieku, dzieci zazwyczaj dorastają przyzwyczajone do swojej mocy i zasad dotyczących jej kontrolowania. To trochę jak z nauką mówienia czy chodzenia: robimy to, mimo że nawet nie pamiętamy czasu, kiedy jeszcze nie umieliśmy. Będzie to wymagało od niego sporo skupienia i wysiłku, ale obiecuję, że będę go cały czas osłaniać i nie dojdzie już do takich wypadków. Gdyby nikt się nim nie zajął... - Spojrzała na rozmówcę strapiona. - ...już wkrótce jego własna magia by go pochłonęła.
- Co to znaczy? - zaniepokoił się.
- Spłonąłby - wyjaśniła magini. - Ale nie dopuszczę do tego - zapewniła, zobaczywszy strach w oczach barona. - Zapanujemy nad tym. Od razu zacznę naukę, jeszcze dzisiaj.
- Mam nadzieję, że Altamir nie będzie się wymigiwał - westchnął. - To dobry, zdolny dzieciak, ale trudno zagonić go do książek.
Pokręciła głową.
- On rozumie, jakie to ważne. To się czuje, magię. Tutaj. - Położyła rękę na sercu, choć jej oczy były pełne smutku. - Czuje się jej siłę i jestem pewna, że on od dawna wyczuwał, że coś w nim narasta i usiłuje się uwolnić.
Pokiwał głową.
- Taaak, mówił coś takiego. Altamir nie wie o skrytobójcy i chcę, żeby tak zostało. Chcę, żeby skupił się na nauce i nie martwił zamętem, jaki wkoło panuje. Zostało nam jeszcze jedno do ustalenia. Czy wynagrodzenie powinienem przekazywać pani, czy wysyłać je bezpośrednio do Świątyni?
Yuno zupełnie nie oczekiwała tego pytania, bo wyraźnie się spłoszyła, w jej oczach pojawiły się niepewność i lęk, co nie umknęło uwadze barona. Właściwie specjalnie zadał to pytanie, żeby zobaczyć jej reakcję. Sytuację uratowała Enis, uśmiechając się szeroko.
- Proszę przekazywać je mnie - zaproponowała - a ja już się zajmę całą resztą.
Kiedy przybyszki opuściły jego gabinet, wyciągnął przed siebie nogi i zamyślony utkwił wzrok w zamkniętych drzwiach. Kobiety były wyraźnie nerwowe, wystraszone. Ale bogowie świadkami, że stanowiły ostatnią deskę ratunku dla jego staczającego się w otchłań szaleństwa syna. Nie miał innego wyjścia, niż im zaufać.
* * *
Obawy barona Ivesse dotyczące zaangażowania jego syna w naukę okazały się niepotrzebne. Altamir z zapałem i zachwytem wysłuchiwał wykładów swojej nowej mistrzyni. Wkładał w ćwiczenia całe serce, spędzając dnie na opanowywaniu magii. Oczywiście czasem dochodziło do małych wypadków: a to nagły wiatr wyrwał okiennice, a to iskra przeskoczyła na arras i niemal go podpaliła. Były to jednak drobnostki, a Yuno zawsze w porę ratowała sytuację. Zazwyczaj na czas lekcji siadali w komnacie nauczycielki. Dość surowy charakter wnętrza łagodziło ciepło kominka, w którym Yuno zawsze utrzymywała ogień, nawet w nocy. Może bała się ciemności? Zajmowała zarzucone wilczymi skórami krzesło, a jej uczeń rozsiadał się na dywanie u jej stóp.
Tak samo było i tego dnia. Yuno pochylała się w stronę ognia, wyciągając ku niemu rękę, a płomienie jak psotne chochliki skakały po jej palcach. Altamir obserwował tę sztuczkę ze zmarszczonymi brwiami, nie umiał jej jednak powtórzyć. Starał się, ale czym innym było dać się ponieść koszmarom i emocjom, a czym innym - ustabilizować to, co kłębiło się wewnątrz jego duszy, nadać temu formę i zapanować nad niezrozumiałą mocą.
W końcu westchnął zrezygnowany. Jego brak skupienia najwyraźniej zwrócił uwagę nauczycielki, bo zapytała:
- O czym myślisz?
Opuścił ręce i odwrócił się od paleniska. Zmierzył mistrzynię nieobecnym wzrokiem.
- Mój ojciec nie jest magiem.
- Nie.
- Moja mama nie była maginią, ani babcia, ani dziadkowie. Nikt nigdy nie był magiem. - Rozłożył bezradnie ręce. - To czemu ja?
Mistrzyni pogrążyła się w myślach.
- Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Czasami iskra magii może pozostać uśpiona na wiele pokoleń, a w twoim wypadku coś ją rozbudziło. Może żyjąc u progu puszczy, natknąłeś się kiedyś na coś o tak silnym polu magicznym, że to cię odmieniło. Jeszcze bardziej prawdopodobne, że coś takiego spotkało twoją matkę, kiedy była w ciąży. Mogła nawet nie zdawać sobie z tego sprawy. To właśnie ta dzika, charakterystyczna dla północy magia odmienia bestie, z którymi się spotykacie.
- O tak - podchwycił z entuzjazmem. - Czasami z lasu wychodzą naprawdę paskudne potwory! Chętnie kiedyś ci je pokażę! Znaczy... - Spuścił wzrok nieco skrępowany. - Jak będę nieco starszy, żebym mógł cię przed nimi obronić. Nie śmiałbym cię narażać, pani Yuno.
Yuno z cichym śmiechem potargała mu czuprynę.
- Na pewno będę się przy tobie czuła bezpiecznie.
Wrócili do ćwiczeń, ale po chwili Altamir znowu przerwał i zapytał:
- A ty, pani Yuno?
- Ja?
- No... czy twoi rodzice byli magami?
Zasępiła się na chwilę.
- Ja urodziłam się w Świątyni - odpowiedziała nieznacznie zmieszana. - A raczej zostałam tam starannie... wyhodowana. Więc na pewno moi rodzice posiadali dar. No ale jeśli chcesz mnie obronić przed potworami, to powinniśmy chyba wrócić do ćwiczeń.
Pracowali długie godziny. Wreszcie, kiedy zapadł już zmrok, a Altamirowi ćmiło się przed oczami z wyczerpania, na jego palcu rozbłysnął blady ognik.
- Wspaniale! - ucieszyła się Yuno.
Chłopak uśmiechnął się radośnie, po czym padł bez sił na kolana mistrzyni.
* * *
Nauka odbywała się każdego dnia od świtu do nocy. Stawianie osłon, zaplatanie zaklęć, porozumiewanie się za pomocą myśli. Yuno ani trochę nie oszczędzała ucznia. Być może gdyby Altamir miał choć kilka sekund na zadumę, zdziwiłby go ten rozpaczliwy pośpiech. Może usłyszałby nerwowe szepty straży i dostrzegł ponure spojrzenia. Ale Yuno dbała, by nie miał na to ani chwili. A gdy zmęczony padał na łóżko, magini czuwała tuż za ścianą, tkając zaklęcia ochronne i wypatrując wrogów. Bezsennie wpatrywała się w mrok i tylko czasem jej palce drżały lekko, kiedy z cieni wykrzywiały się do niej koszmary.
Gdy musiała odejść choć na moment, straż przejmowała niepozorna, trzpiotowata Enis. Ciekawski i sprytny chłopak bardzo szybko rozpracował przebraną za pokojówkę wojowniczkę i kiedy Yuno zostawiała ich samych, Enis uczyła go rzucać nożami albo pokazywała mu chwyty w walce wręcz. Potem zmęczeni rzucali się na zasłane łóżko magini i dziewczyna opowiadała chłopcu zasłyszane kiedyś legendy i baśnie. Obie kobiety skutecznie odwracały jego uwagę od problemów nękających ojca. To także one udaremniły atak kolejnego skrytobójcy, kiedy nieświadomy niczego Altamir, wykończony po kolejnym dniu nauki, spał jak suseł. Gdy i ta próba rodu Otore zawiodła, magowie służący królowi zaczęli nękać chłopca klątwami i urokami, wypowiadając ochraniającej go Yuno prawdziwą wojnę.
* * *
Baron Ivesse omiótł zasępionym wzrokiem Yuno, która z westchnieniem bezsilności położyła głowę na stole. Tylko w jego towarzystwie pozwalała sobie zrzucać maskę spokoju i opanowania. Dlatego każdego dnia dawał jej przyzwolenie na tę chwilę wytchnienia. Z niepokojem zaobserwował cienie pod jej oczami i niezwykłą bladość policzków. Bogowie, toż to była młodziutka, drobna dziewczyna, a on zwalił na jej barki tak olbrzymią odpowiedzialność.
Jakby odczytawszy jego myśli, podniosła powieki i spróbowała się uśmiechnąć.
- Kiedy ty ostatnio spałaś? - zapytał ponuro.
- Otore są paskudni - mruknęła w odpowiedzi. - Lubują się w czarnej magii i urokach. Nie pamiętam, kiedy musiałam odpierać taki przypływ klątw... Przynajmniej ostatnio nikt się nie przedostał do zamku, więc muszę tylko czuwać nad osłonami. - Zaraz rzekła w ramach wyjaśnienia: - Czasem drzemię.
Podniosła głowę i oparła ją na dłoni.
- Altamir dobrze sobie radzi. To miły i zdolny chłopiec - powiedziała, po czym dodała z rozbawieniem: - I bardzo rycerski.
Jej powieki znowu opadły.
Stephen łyknął piwa i wyciągnął nogi do ognia. Cisza była ostatnio rzadkim luksusem. Oddech kobiety pogłębił się i spowolnił, a baron obrzucił ją zatroskanym spojrzeniem. W ciągu ostatnich tygodni szczerze ją polubił. Starała się ukryć przed wszystkimi trapiące ją strach i smutek. Baron widział, jak stroniła od ludzi, jak z niepokojem oglądała się na jego wojowników, kiedy tylko wychodziła ze swojej komnaty. Jego uwadze nie umknęła też troska, jaką otaczała ją Enis, czuwająca nad nią niczym duch opiekuńczy. Yuno budziła w nim ojcowskie uczucia i teraz, zamiast martwić się bezpieczeństwem swojego syna, drżał o nich oboje. Jakby mało mu było strapień.
Nie minęło dużo czasu, aż Yuno westchnęła, a jej twarz stężała w wysiłku.
- Stephenie. - Spojrzała na niego z powagą. - Musimy go stąd zabrać.
Baron potrząsnął głową.
- Gdzie chcesz go ukryć?
- Na północy.
Ivesse drgnął.
- Chyba żartujesz!
- Myślałam nad tym - przyznała, masując obolałe skronie. - Tereny za północną granicą emanują magicznym halo. Nie będzie można nas tam wytropić za pomocą zaklęć. Ukryjemy się tam do czasu, aż Altamir będzie w stanie sam się bronić. Do czasu, aż postanowi, co chce zrobić ze swoim darem. A ty w tym czasie poszukasz sojuszników. Kogoś, kto pomógłby nam w starciu z Otore.
- Yuno, tam są dzikie bestie, potwory!
Jej usta wykrzywiły się w grymasie bólu i zmęczenia. Ivesse wiedział, że jej osłony odpierają właśnie kolejny wrogi atak.
- Tutaj też, Stephenie. Tutaj też.
Baron podniósł się z ciężkim westchnieniem.
- Przygotuję was - burknął. - Wyruszycie za dwa dni.