Oko w oko z Grottgerem
Było to w roku 1865 albo szóstym. Tu w Warszawie, do pracowni mojego ojca (...) wszedł młody p o w s t a n i e c, bo takim go w moich oczach dziecka, które ich tylu widziało, pojąłem. Smukły, żywy, z piękną głową o profilu drapieżnego ptaka, a pięknych, łagodnych oczach czarnych, w burce i świtce powstańczej wszedł jak wcielenie młodości dziarskiej i bitnej".
Już było po wszystkim - minęły dwa lata od upadku powstania. W pamięci zostały trupy, zsyłki, kobiety w czarnych sukniach. Wojciech Kossak, który to wspomina jako mężczyzna dojrzały, tytan pracy, a przy tym lew salonowy, stary koń (znaczy bywalec elitarnego klubu końskiego), smakosz i sybaryta, miał wtedy pięć albo sześć lat i nie mógł wiedzieć, że Artur Grottger (który umrze w roku 1867 jako trzydziestolatek), znakomity rysownik, piewca powstania styczniowego, tylko moralnie wspierał narodową epopeję, a o bitwę nawet się nie otarł, już nie mówiąc o belgijskim karabinku. Bo też broń służyła mu jedynie jako rekwizyt do rysowania Wojny, Lithuanii i dwóch cyklów Warszawa; sam sobie również służył za model - i dlatego do dziś niejeden utożsamia wizerunek powstańca z jego osobą.
Wydaje się, że Grottger wpadł na chwilę do warszawskiej pracowni Juliusza Kossaka po definitywnym opuszczeniu Wiednia, gdzie pozostawił całe pękate teki szkiców, studiów i wykończonych rysunków... na spłaty dla wierzycieli. Zrujnowany finansowo, z policzkami w suchotniczym żarze, może przyszedł, żeby usłyszeć ludzkie słowo albo po prostu prosić przyjaciela i swego pierwszego nauczyciela o jakąś pożyczkę. Przed nim był jeszcze najwyżej rok czynnego życia, w tym romans, jakże burzliwy, z piętnastoletnią Wandą Monné, zerwanie przez nią zaręczyn. I koniec. Śmierć w sanatorium w Amélie-les-Bains.
Dygresja niech przypieczętuje tragizm żywota wybrańca muz: Grottger umierał nie na rękach ukochanej, lecz Marcelego Krajewskiego, przyjaciela. Dopiero kiedy już było po wszystkim, skądś wyłoniła się Wanda Monné i zajęła się sprowadzeniem ciała artysty na cmentarz Łyczakowski we Lwowie. W ten sposób mogła często bywać na grobie, ozdobionym rzeźbą Parysa Filippiego - piewcy powstania, niebawem samobójcy - a choć rychło wyszła za mąż za malarza Młodnickiego, do końca długiego życia, otoczona wnukami, "robiła" za wdowę po sławnym Grottgerze.
Ale teraz wróćmy do wspomnień Wojciecha Kossaka: "bezpośrednio po wejściu (...) zobaczyłem tego gościa w ramionach mojego ojca (...), tych dwóch kochanych ludzi. Jak fizycznie przedstawiali obaj pyszne okazy naszej rasy, tak i polskimi były ich serca. Taka radość była w oczach mojego ojca, a takie przywiązanie i głęboka czułość w zachowaniu się powstańca, że to już wystarczyło, żeby ta wizyta utrwaliła się w mojej pamięci na zawsze".
A więc chłopiec, który podpatruje ojca malarza i sam próbuje w malowaniu swych sił, nagle widzi Grottgera, twórcę takiego oto wstrząsającego kartonu: "Ksiądz zamykający drzwi skasowanego przez Moskali kościoła polskiego ma tonsurę obandażowaną, bo był kapelanem w oddziale albo Bosaka [Hauke-Bosaka], albo Kruka jakiego [Kruka Heidenreicha]. A ruch ręki obracającej ogromnym kluczem ma tyle wściekłości i mocy, jak gdyby go wkręcał w gardziel carską", wspomina po latach. Czy to nie znak? Wskazówka, jak swoich bohaterów powinien malować? Już za kilkanaście lat powstaną Raszyn i Olszynka Grochowska, płótna, gdzie widać siłę, energię - i gdzie jest realizm połączony z romantyzmem. To wszystko Wojciechowi wszczepił Artur Grottger - ujrzany przez pryzmat dzieł i w najbliższym miejscu, w domu.