Klan czerwonego sorga - Mo Yan

-
Proszę czekać

2

Do Pół­noc­no-Wschod­nie­go Ga­omi za­wi­ta­łem pew­ne­go razu, pi­sząc kro­ni­kę mo­jej ro­dzi­ny. In­te­re­so­wa­łem się przede wszyst­kim słyn­ną bi­twą na brze­gu Rze­ki Czar­nej Wody, w któ­rej uczest­ni­czył mój oj­ciec i w któ­rej zgi­nął ja­poń­ski ge­ne­rał. Pew­na sta­ra, dzie­więć­dzie­się­cio­dwu­let­nia ko­bie­ta za­pre­zen­to­wa­ła mi taką oto śpiew­ną opo­wieść: "W Pół­noc­no-Wschod­nim Ga­omi męż­czyzn było wie­lu, nad Rze­ką Czar­nej Wody bi­twę roz­po­czę­li. Po­wiódł ich sław­ny ko­men­dant Yu, roz­legł się chó­rem wy­strza­łów huk. Ja­poń­skie dia­bły się po­roz­bie­ga­ły, po­ko­tem na rów­ni­nę po­pa­da­ły. Bo­ha­ter­ska Dai Fen­glian, jak kwiat sub­tel­na i pięk­na jak sen, ka­za­ła bro­ny usta­wić w szy­ku, aby wro­go­wi prze­szko­dzić w ata­ku...". Sta­rusz­ka była po­marsz­czo­na i łysa jak gli­nia­ny dzba­nek, wierz­chy jej dło­ni z wy­sta­ją­cy­mi ży­ła­mi przy­po­mi­na­ły po­fał­do­wa­ną skó­rę owo­cu luf­fy. Prze­ży­ła ma­sa­krę w dniu Świę­ta Środ­ka Je­sie­ni w 1939 roku dzię­ki temu, że z po­wo­du owrzo­dzo­nych nóg nie mo­gła ucie­kać, więc mąż ukrył ją w piw­ni­cy na ziem­nia­ki - los się do niej uśmiech­nął. Dai Fen­glian, o któ­rej śpie­wa­ła sta­rusz­ka, to moja bab­ka. Sły­sząc ten frag­ment, wpa­dłem w wiel­kie pod­nie­ce­nie. Oto oka­za­ło się, że na po­mysł, by bro­na­mi za­gro­dzić dro­gę ja­poń­skiej ko­lum­nie zmo­to­ry­zo­wa­nej, wpa­dła moja bab­ka, ko­bie­ta z mo­je­go rodu. Na­le­ża­ła więc do awan­gar­dy woj­ny an­ty­ja­poń­skiej, była praw­dzi­wą bo­ha­ter­ką na­ro­do­wą.

Po wzmian­ce o mo­jej bab­ce sta­rusz­ka się roz­ga­da­ła. Jej opo­wieść była po­rwa­na i cha­otycz­na ni­czym chma­ra roz­wie­wa­nych wia­trem li­ści. Opo­wia­da­ła, że sto­py mo­jej bab­ki były naj­drob­niej­sze w ca­łej wsi, a na­sza go­rzel­nia prze­wyż­sza­ła sła­wą wszyst­kie inne. Kie­dy wró­ci­ła do te­ma­tu dro­gi Jiao-Ping, nar­ra­cja sta­ła się upo­rząd­ko­wa­na: "Jak do­szli z dro­gą do tego miej­sca... sor­go było wy­so­kie po pas... Ja­poń­skie dia­bły za­bra­ły wszyst­kich zdat­nych do pra­cy... Ro­bi­li byle jak, le­ni­li się jak mo­gli... Te wiel­kie dwa czar­ne muły two­jej ro­dzi­ny też za­bra­li... Wy­bu­do­wa­li most na Rze­ce Czar­nej Wody... Lu­ohan, za­rząd­ca z wa­sze­go domu... Coś tam było mię­dzy nim a two­ją bab­ką, lu­dzie ga­da­li... Aja­jaj, kie­dy two­ja bab­ka była mło­da, wie­lu się w niej ko­cha­ło... Spryt­ny chło­pak ten twój oj­ciec, kie­dy miał pięt­na­ście lat, po raz pierw­szy za­bił czło­wie­ka. Na dzie­się­ciu bę­kar­tów dzie­wię­ciu za­wsze scho­dzi na złą dro­gę... Lu­ohan oku­la­wił muły... Zła­pa­li go i ob­dar­li ze skó­ry... Ja­poń­skie dia­bły drę­czy­ły lu­dzi, sra­ły im do garn­ków, si­ka­ły do dzba­nów. Tam­te­go roku po­szłam kie­dyś po wodę i co zna­la­złam w wia­drze? Ludz­ką gło­wę, z war­ko­czy­kiem...".

Wuj Liu Lu­ohan był bar­dzo waż­ną po­sta­cią w hi­sto­rii na­szej ro­dzi­ny. Je­śli jed­nak cho­dzi o jego ro­mans z bab­ką, jed­no­znacz­nych do­wo­dów na ten te­mat brak, a ja, szcze­rze mó­wiąc, nie po­tra­fi­łem za­ak­cep­to­wać tej hi­sto­rii. Ro­zu­mia­łem lo­gi­kę wy­da­rzeń, ale sło­wa sta­rusz­ki o gło­wie jak dzba­nek wpra­wia­ły mnie w za­kło­po­ta­nie. Sko­ro wuj Lu­ohan trak­to­wał mo­je­go ojca jak wła­sne­go wnu­ka, my­śla­łem, to zna­czy, że był tak jak­by moim pra­dziad­kiem. Je­śli więc mój pra­dziad ro­man­so­wał z moją bab­ką, to zna­czy, że po­peł­nia­li coś w ro­dza­ju ka­zi­rodz­twa, praw­da? To jed­nak kom­plet­na bzdu­ra - bab­ka była sze­fo­wą wuja Lu­oha­na, nie jego sy­no­wą, zwią­zek wuja Lu­oha­na z na­szą ro­dzi­ną opie­rał się na in­te­re­sach, nie na wię­zach krwi - był na­szym od­da­nym, wier­nym pra­cow­ni­kiem, wzbo­ga­cił, upięk­szył hi­sto­rię na­szej ro­dzi­ny i bez wąt­pie­nia przy­dał jej jesz­cze więk­szej chwa­ły. Czy bab­ka ko­cha­ła się w nim, czy nie, czy sy­piał z nią na kan­gu5 - nie ma to żad­ne­go mo­ral­ne­go zna­cze­nia. A je­śli na­wet go ko­cha­ła... Wie­rzę głę­bo­ko, że moja bab­ka mo­gła ro­bić wszyst­ko, cze­go za­pra­gnę­ła. Była nie tyl­ko bo­ha­ter­ką woj­ny an­ty­ja­poń­skiej, ale i pre­kur­sor­ką wy­zwo­le­nia sek­su­al­ne­go, iko­ną ko­bie­cej nie­za­leż­no­ści.

W po­wia­to­wych kro­ni­kach wy­czy­ta­łem, że w dwu­dzie­stym siód­mym roku Re­pu­bli­ki Chiń­skiej ar­mia ja­poń­ska wzię­ła na ro­bo­ty lu­dzi z po­wia­tów Ga­omi, Ping­du i Jiao, któ­rzy prze­pra­co­wa­li przy bu­do­wie dro­gi Jiao-Ping czter­dzie­ści ty­się­cy ro­bo­czod­nió­wek. Stra­ty w plo­nach były nie do osza­co­wa­nia, a wsie są­sia­du­ją­ce z bu­do­wą dro­gi zo­sta­ły ogo­ło­co­ne ze zwie­rząt po­cią­go­wych. Pe­wien chłop, Liu Lu­ohan, za­kradł się nocą i szpa­dlem po­ra­nił nogi jed­ne­go z mu­łów. Zo­stał schwy­ta­ny, na­stęp­ne­go dnia ja­poń­scy żoł­nie­rze przy­wią­za­li go do pala i żyw­cem ob­dar­li ze skó­ry na oczach tłu­mu. Na jego twa­rzy nie było stra­chu, a z ust pły­nął nie­prze­rwa­ny po­tok prze­kleństw aż do chwi­li, gdy wy­zio­nął du­cha.

1

Dzie­wią­te­go dnia ósme­go mie­sią­ca tra­dy­cyj­ne­go ka­len­da­rza mój oj­ciec, syn ban­dy­ty, miał pięt­na­ście lat. Szy­ko­wał się wła­śnie, by do­łą­czyć do od­dzia­łu ko­men­dan­ta Yu Zhan'ao - przy­szłe­go le­gen­dar­ne­go bo­ha­te­ra - któ­ry miał za­sa­dzić się na ja­poń­ską jed­nost­kę zmo­to­ry­zo­wa­ną po­dą­ża­ją­cą dro­gą Jiao-Ping. Moja bab­ka, ubra­na w pi­ko­wa­ne wdzian­ko, od­pro­wa­dzi­ła go do wej­ścia do wio­ski.

- Stój­cie - po­le­cił ko­men­dant Yu.

Bab­ka za­trzy­ma­ła się i rze­kła do syna:

- Słu­chaj przy­bra­ne­go taty, Do­ugu­an!

Mój oj­ciec mil­czał. Po­staw­na syl­wet­ka bab­ki i cie­pła woń do­cho­dzą­ca z jej pi­ko­wa­ne­go ubra­nia zmro­zi­ły go - po­czuł dreszcz, za­bur­cza­ło mu w brzu­chu.

- Chodź­my, przy­bra­ny syn­ku. - Ko­men­dant po­gła­skał go po gło­wie.

Cha­os ogar­niał nie­bo i zie­mię, w po­wie­trzu wi­sia­ła mgła. Od­głos kro­ków ma­sze­ru­ją­ce­go od­dzia­łu do­bie­gał z bar­dzo da­le­ka. Oj­ciec sły­szał go, lecz nie wi­dział żoł­nie­rzy skry­tych za nie­bie­ska­wą za­sło­ną. Ucze­piw­szy się poły ko­men­danc­kie­go płasz­cza, prze­bie­rał no­ga­mi ile sił. Bab­ka nik­nę­ła na ho­ry­zon­cie ni­czym od­le­gły brzeg co­raz bar­dziej wzbu­rzo­ne­go mo­rza opa­rów, mło­dzie­niec trzy­mał się swo­je­go ko­men­dan­ta niby bur­ty stat­ku.

Tak oto mój oj­ciec ru­szył w dro­gę - dro­gę do gra­ni­to­we­go gła­zu, tkwią­ce­go wśród czer­wo­nych pól sor­ga w na­szej ro­dzin­nej wio­sce, któ­ry stał się po­tem jego po­zba­wio­nym in­skryp­cji ka­mie­niem na­grob­nym. Gdy grób był już gę­sto po­ro­śnię­ty tra­wą, pew­ne­go razu mały chło­pak z go­łym za­dkiem przy­pro­wa­dził tu śnież­no­bia­łą kozę. Kie­dy koza nie­śpiesz­nie sku­ba­ła tra­wę, ma­lec sta­nął na gro­bie i na­si­kał nań ze zło­ścią, po czym za­śpie­wał na całe gar­dło: "Sor­go już czer­wo­ne - Ja­poń­czy­cy idą. Go­tuj­cie się bra­cia, strze­laj­cie z ar­ma­ty!".

Cho­dzi­ły słu­chy, że tym ko­zim pa­stusz­kiem by­łem ja, ale nie wiem, czy to praw­da. Za­wsze ko­cha­łem Pół­noc­no-Wschod­nie Ga­omi ca­łym ser­cem i jed­no­cze­śnie nie­na­wi­dzi­łem go do szpi­ku ko­ści. Kie­dy do­ro­słem i za­czą­łem pil­nie stu­dio­wać mark­sizm, do­sze­dłem do wnio­sku, że Pół­noc­no-Wschod­nie Ga­omi jest bez wąt­pie­nia naj­pięk­niej­szym i naj­wstręt­niej­szym, naj­nie­zwy­klej­szym i naj­po­spo­lit­szym, naj­święt­szym i naj­bar­dziej ze­psu­tym, naj­bar­dziej bo­ha­ter­skim i naj­bar­dziej łaj­dac­kim miej­scem na tej pla­ne­cie - miej­scem, gdzie pije się naj­wię­cej wód­ki i ko­cha naj­moc­niej. Moi przod­ko­wie, któ­rzy żyli na tej zie­mi, lu­bi­li sor­go i co roku sa­dzi­li go mnó­stwo. W ósmym mie­sią­cu, gdy je­sień była w peł­ni, nie­skoń­czo­ne łany czer­wo­ne­go zbo­ża lśni­ły ni­czym mo­rze krwi. Sor­go, wy­so­kie i gę­ste1, za­chwy­ca­ło wspa­nia­ło­ścią, wzru­sza­ło me­lan­cho­lią, bu­dzi­ło na­mięt­ność. Je­sie­nią wia­ły chłod­ne wia­try, słoń­ce moc­no świe­ci­ło. Bia­łe, pulch­ne ob­ło­ki prze­pły­wa­ły po la­zu­ro­wym nie­bie, po po­lach sor­ga su­nę­ły ich pur­pu­ro­we, kształt­ne cie­nie. Przez dzie­się­cio­le­cia, któ­re zda­wa­ły się trwać tyl­ko chwi­lę, gro­ma­dy czer­wo­nych ludz­kich po­sta­ci po­dą­ża­ły w róż­nych kie­run­kach wśród źdźbeł, jak­by tka­ły ol­brzy­mią sieć. Za­bi­ja­ły, gra­bi­ły, wier­nie bro­ni­ły oj­czy­zny - tań­czy­ły bo­ha­ter­ski, tra­gicz­ny ta­niec. Przy nich my, ich po­tom­ko­wie, wy­da­je­my się mali i nie­god­ni. Ży­jąc w cza­sach po­stę­pu, mam doj­mu­ją­ce uczu­cie, że nasz ga­tu­nek cofa się w roz­wo­ju.

Opu­ściw­szy wieś, od­dział po­su­wał się wą­ską po­lną dro­gą, od­gło­sy kro­ków mie­sza­ły się z sze­le­stem dep­ta­nej tra­wy. Gę­sta mgła wy­da­wa­ła się po­ru­szać, jak­by coś w niej żyło. Nie­zli­czo­ne drob­niut­kie kro­pel­ki wody łą­czy­ły się na twa­rzy ojca w duże ku­li­ste kro­ple, ko­smy­ki wło­sów ob­le­pia­ły czo­ło. Oj­ciec przy­wykł do de­li­kat­ne­go za­pa­chu mię­ty i słod­ko-gorz­kiej woni doj­rza­łe­go sor­ga do­bie­ga­ją­cych z pól, wśród któ­rych wio­dła dro­ga - aro­ma­ty te nie były dla nie­go ni­czym no­wym, wte­dy jed­nak, pod­czas tam­te­go mar­szu, wy­czuł przez mgłę ja­kiś dziw­ny, wstręt­no-słod­ki, ni to żół­ty, ni to czer­wo­ny odór. Za­pach ten, zmie­sza­ny z wo­nia­mi mię­ty i sor­ga, wzbu­dził w nim bar­dzo od­le­głe, głę­bo­ko ukry­te wspo­mnie­nia.

Sie­dem dni póź­niej, pięt­na­ste­go dnia ósme­go mie­sią­ca, w Świę­to Środ­ka Je­sie­ni, okrą­gły księ­życ w peł­ni wzniósł się po­nad ma­je­sta­tycz­ny­mi, po­grą­żo­ny­mi w ci­szy po­la­mi sor­ga. Ską­pa­ne w srebr­nym bla­sku pędy lśni­ły jak po­wle­czo­ne rtę­cią. Wśród wy­raź­nie od­ci­na­ją­cych się frag­men­tów świa­tła i cie­nia mój oj­ciec wy­czuł ów słod­ko-gorz­ki odór, wie­lo­krot­nie sil­niej­szy od tego, któ­ry po­ja­wił się te­raz. Wte­dy ko­men­dant Yu pro­wa­dził go za rękę przez sor­go­we pole, za­sła­ne pię­trzą­cy­mi się wszę­dzie tru­pa­mi trzech se­tek jego ro­da­ków. Są­czą­ca się z ciał świe­ża krew za­ta­pia­ła zbo­że, na ca­łej po­ła­ci za­mie­nia­jąc czar­ną zie­mię w bło­to, po któ­rym szło się po­wo­li i z tru­dem. Odór za­pie­rał im dech. Pole ob­sia­dła wa­ta­ha pa­dli­no­żer­nych psów, wpa­tru­ją­cych się w ojca i jego do­wód­cę błysz­czą­cy­mi śle­pia­mi. Ko­men­dant Yu wy­cią­gnął pi­sto­let i strze­lił - jed­na para oczu zga­sła. Dru­gi strzał - zni­kła ko­lej­na. Psy za­wy­ły i roz­pro­szy­ły się, a po chwi­li roz­sia­dły się da­lej i za­no­sząc się gło­śnym uja­da­niem, spo­glą­da­ły ła­ko­mie ku cia­łom. Wstręt­no-słod­ki odór wzma­gał się co­raz bar­dziej.

- Ja­poń­skie psy! - wrza­snął ko­men­dant. - Ja­poń­skie su­kin­sy­ny!

Wy­strze­lał do nich wszyst­kie na­bo­je, zwie­rzę­ta ucie­kły i znik­nę­ły bez śla­du.

- Idzie­my, synu! - za­rzą­dził do­wód­ca.

Po­szli da­lej przez zbo­że, sta­ry i mło­dy, po­dą­ża­jąc za księ­ży­cem. Prze­sy­ca­ją­ca pola woń wy­peł­ni­ła du­szę mo­je­go ojca. Przez ko­lej­ne, jesz­cze strasz­niej­sze, jesz­cze bar­dziej okrut­ne mie­sią­ce i lata woń ta to­wa­rzy­szy­ła mu bez­u­stan­nie.

Źdźbła sor­ga sze­le­ści­ły we mgle. Wśród opa­rów to­czy­ła się z wol­na po ba­gni­stej rów­ni­nie Rze­ka Czar­nej Wody, jej szum roz­brzmie­wał to gło­śniej, to ci­szej, to z da­le­ka, to z bli­ska. Kie­dy do­go­ni­li od­dział, ojca oto­czy­ły od­gło­sy kro­ków i szme­ry od­de­chów. Kol­ba czy­jejś strzel­by po­trą­ci­ła inną kol­bę. Sto­pa któ­re­goś z żoł­nie­rzy na coś tra­fi­ła, może na ludz­ką kość. Idą­cy przed oj­cem czło­wiek za­ka­słał jak­by zna­jo­mym to­nem - dźwięk ten przy­po­mniał mu pew­ną parę uszu. Bla­de, po­kry­te siat­ką ma­leń­kich ży­łek pół­przej­rzy­ste mał­żo­wi­ny, któ­re za­wsze czer­wie­nia­ły z emo­cji, były naj­bar­dziej rzu­ca­ją­cym się w oczy or­ga­nem na gło­wie Wan­ga We­nyi. Wang, męż­czy­zna ma­łe­go wzro­stu, łeb miał po­kaź­ny, wci­śnię­ty głę­bo­ko mię­dzy ra­mio­na.

Oj­ciec wy­tę­żył wzrok, prze­wier­ca­jąc spoj­rze­niem mgłę, i w koń­cu doj­rzał wstrzą­sa­ną kasz­lem gło­wę Wan­ga We­nyi. Przy­po­mniał so­bie, jak pew­ne­go dnia spusz­czo­no mu la­nie na pla­cu musz­try i jak ża­ło­sny był to wi­dok. Wang był wów­czas świe­żym re­kru­tem w od­dzia­le ko­men­dan­ta Yu. Ad­iu­tant Ren wy­dał żoł­nie­rzom roz­kaz: "W pra­wo zwrot!" - Wang We­nyi ra­do­śnie prze­sta­wił nogi, po czym ru­szył w nie­okre­ślo­nym kie­run­ku. Ad­iu­tant Ren sma­gnął go bi­czem w za­dek, z otwar­tych na­gle ust Wan­ga We­nyi wy­do­był się okrzyk: "Ożeż... mat­ko je­dy­na!". Po jego mi­nie trud­no było zgad­nąć, czy jest mu do pła­czu, czy do śmie­chu. Zza mur­ku oka­la­ją­ce­go plac do­biegł ser­decz­ny śmiech ga­pią­cych się dzie­cia­ków.

Ko­men­dant Yu czub­kiem buta kop­nął Wan­ga We­nyi pro­sto w ty­łek.

- Cze­go kasz­lesz?

- Pa­nie ko­men­dan­cie... - od­po­wie­dział żoł­nierz, tłu­miąc ko­lej­ne kaszl­nię­cie. - W gar­dle mnie dra­pie...

- Dra­pie, nie dra­pie, masz być ci­cho! Jak zdra­dzisz na­szą po­zy­cję i za­czną do nas strze­lać, za­pła­cisz gło­wą!

- Tak jest, pa­nie ko­men­dan­cie! - rzekł Wang We­nyi, po czym chwy­cił go ko­lej­ny spazm kasz­lu.

Oj­ciec ra­czej wy­czuł, niż zo­ba­czył, jak ko­men­dant Yu rzu­ca się do przo­du i chwy­ta Wan­ga obie­ma rę­ka­mi za szy­ję. Wang We­nyi ze świ­stem chwy­tał po­wie­trze, ale prze­stał ka­słać.

Dło­nie ko­men­dan­ta pu­ści­ły kark żoł­nie­rza. Oj­ciec oczy­ma wy­obraź­ni zo­ba­czył dwa sine ni­czym doj­rza­łe wi­no­gro­na śla­dy dło­ni na skó­rze Wan­ga. W nie­bie­skich, wy­stra­szo­nych oczach męż­czy­zny po­czu­cie krzyw­dy mie­sza­ło się z wdzięcz­no­ścią.

Od­dział szyb­ko wkro­czył mię­dzy pola. Oj­ciec czuł in­stynk­tow­nie, że kie­ru­ją się na po­łu­dnio­wy wschód. Wą­ska po­lna dro­ga, któ­rą szli, była je­dy­nym bez­po­śred­nim po­łą­cze­niem mię­dzy Rze­ką Czar­nej Wody a wio­ską. W dzień mia­ła ko­lor bia­ła­wy. Jej pod­ło­że sta­no­wi­ła smo­li­ście czar­na zie­mia, jed­nak po dłu­gim udep­ty­wa­niu czerń prze­sta­ła być wi­docz­na. Dro­gę po­kry­wa­ły nie­zli­czo­ne śla­dy zwie­rząt: tro­py by­dła, owiec i kóz w kształ­cie płat­ków kwia­tów, pół­okrą­głe od­ci­ski ko­pyt mu­łów, koni i osłów i ich przy­po­mi­na­ją­ce su­szo­ne jabł­ka od­cho­dy, kro­wie plac­ki, nad któ­ry­mi ro­iło się od much, i roz­sy­pa­ne wszę­dzie ko­zie bob­ki po­dob­ne do czar­nej fa­so­li. Oj­ciec czę­sto tędy cha­dzał - póź­niej, w cięż­kich la­tach spę­dzo­nych w ja­poń­skiej ko­pal­ni, przed oczy­ma czę­sto po­ja­wiał mu się ob­raz tego miej­sca. Nie miał po­ję­cia o tych wszyst­kich ero­tycz­nych spek­ta­klach, któ­re swe­go cza­su ode­gra­ła na tej dro­dze moja bab­ka. Nie wie­dział, że na ocie­nio­nej zbo­żem czar­nej zie­mi le­ża­ło kie­dyś bia­łe, lśnią­ce ni­czym ja­de­it jej cia­ło. Ja jed­nak wiem o tym do­sko­na­le.

Gdy zna­leź­li się wśród pól, ja­kość mgły się zmie­ni­ła - za­sło­na sta­ła się gęst­sza, bar­dziej nie­ru­cho­ma. Wiel­kie, po­nu­re kro­ple wody ka­pa­ły z po­trą­ca­nych przez lu­dzi i ich ekwi­pu­nek źdźbeł zbo­ża, któ­re trzesz­cza­ły i po­ję­ki­wa­ły ze skry­wa­nym obu­rze­niem. Woda była lo­do­wa­ta, kry­sta­licz­nie czy­sta i świe­ża w sma­ku - gdy oj­ciec pod­niósł gło­wę, jed­na kro­pla wpa­dła mu pro­sto do ust. Wpa­tru­jąc się w spo­koj­ne opa­ry, do­strze­gał ko­ły­szą­ce się, cięż­kie głów­ki ro­ślin. Mo­kre od rosy mięk­kie li­ście ocie­ra­ły się o jego ubra­nie i twarz. Po­czuł na czo­le krót­ki po­dmuch, któ­ry za­szem­rał w zbo­żu. Szum Rze­ki Czar­nej Wody sta­wał się co­raz gło­śniej­szy.

Oj­ciec lu­bił pły­wać w Rze­ce Czar­nej Wody - był uro­dzo­nym pły­wa­kiem, a bab­ka mó­wi­ła, że na wi­dok wody cie­szył się bar­dziej niż na wi­dok wła­snej mat­ki. Kie­dy miał pięć lat, nur­ko­wał jak mała kacz­ka - jego ró­żo­we po­ślad­ki ce­lo­wa­ły w nie­bo, sto­py wy­sta­wa­ły wy­so­ko nad po­wierzch­nię. Wie­dział, że dno rze­ki jest czar­ne, lśnią­ce i mięk­kie jak łój. Ba­gni­ste brze­gi po­ra­sta­ła sza­ro­zie­lo­na trzci­na i zgni­ło­zie­lo­na bab­ka azja­tyc­ka, ro­sły tam też pło­żą­ce się po zie­mi pną­cza ku­dzu i zie­le pa­cio­recz­ni­ka. Na wil­got­nej zie­mi ry­so­wa­ły się cie­niut­kie śla­dy kra­bów. Kie­dy za­czy­na­ły wiać je­sien­ne wia­try, przy­no­szą­ce chło­dy, sta­da dzi­kich gęsi od­la­ty­wa­ły na po­łu­dnie, two­rząc na nie­bie klu­cze w kształ­cie li­nii pro­stej albo zna­ku "czło­wiek"2. Kie­dy pro­so czer­wie­nia­ło, całe wa­ta­hy kra­bów wiel­ko­ści koń­skie­go ko­py­ta wspi­na­ły się no­ca­mi na brzeg, by że­ro­wać wśród za­ro­śli. Prze­pa­da­ły za świe­żym kro­wim łaj­nem i roz­kła­da­ją­cy­mi się szcząt­ka­mi zwie­rząt. Szum wody przy­po­mniał ojcu pe­wien je­sien­ny wie­czór, kie­dy to za­rząd­ca na­szej ro­dzin­nej fir­my, Liu Lu­ohan3, za­brał go nad rze­kę nad rze­kę, gdy szedł ło­wić kra­by. Noc mia­ła przy­dy­mio­ny od­cień ciem­nych doj­rza­łych wi­no­gron, zło­ty wie­trzyk owie­wał brze­gi rze­ki. Na nie­skoń­czo­nym, ciem­nosz­ma­rag­do­wym nie­bie lśni­ły zie­lon­ka­wą po­świa­tą gwiaz­do­zbio­ry: Wiel­ka Niedź­wie­dzi­ca, sym­bo­li­zu­ją­ca śmierć, Mała Niedź­wie­dzi­ca, przy­no­szą­ca ży­cie, szkla­na ośmio­gra­nia­sta stud­nia Oktan­tu, któ­rej bra­ku­je jed­ne­go boku, zde­spe­ro­wa­ny Pa­sterz, za­mie­rza­ją­cy wło­żyć so­bie pę­tlę na szy­ję, zroz­pa­czo­na Prząd­ka4, już go­to­wa rzu­cić się do rze­ki - wszyst­kie wi­sia­ły nad ich gło­wa­mi. Wuj Liu Lu­ohan od kil­ku­dzie­się­ciu lat za­rzą­dzał na­szą ro­dzin­ną go­rzel­nią. Mój oj­ciec biegł ocho­czo za nim, ni­czym za wła­snym oj­cem.

My­śli ojca, nie­spo­koj­ne w ota­cza­ją­cej mgle, roz­świe­tlił blask ma­łej lamp­ki z czwo­ro­bocz­nym szkla­nym klo­szem, naf­to­wy dym wy­do­sta­wał się przez otwór wy­wier­co­ny w bla­sza­nej po­kryw­ce. Sła­be świa­tło wy­ci­na­ło w mro­ku pas sze­ro­ko­ści za­le­d­wie pię­ciu, sze­ściu me­trów. W jego za­się­gu woda przy­bie­ra­ła na chwi­lę pięk­ny żół­to­po­ma­rań­czo­wy ko­lor doj­rza­łej brzo­skwi­ni, po czym od­pły­wa­ła w ciem­ność, gdzie od­bi­ja­ło się w niej roz­gwież­dżo­ne nie­bo. Oj­ciec i wuj Lu­ohan sie­dzie­li przy lamp­ce na brze­gu, okry­ci pe­le­ry­na­mi, wsłu­cha­ni w nie­zwy­kle głę­bo­ki, ni­ski głos rze­ki. Od nie­skoń­czo­nych pól do­cie­ra­ły pod­nie­co­ne na­wo­ły­wa­nia go­do­we li­sów. Blask lam­py przy­cią­gał kra­by, któ­re zbie­ra­ły się w krę­gu świa­tła. Mój oj­ciec i wuj Lu­ohan sie­dzie­li w mil­cze­niu, wsłu­chu­jąc się z sza­cun­kiem w se­kre­ty, któ­re szep­ta­ła zie­mia; od cza­su do cza­su do­bie­ga­ły ich po­wie­wy zgni­łej woni rzecz­ne­go mułu. Sta­da kra­bów ota­cza­ły ich ze­wsząd, two­rząc nie­spo­koj­ny krąg. Oj­ciec był tak pod­eks­cy­to­wa­ny, że pra­wie po­de­rwał się z miej­sca, ale wuj Lu­ohan przy­trzy­mał go za ra­mio­na.

- Spo­koj­nie! - po­wie­dział. - W go­rą­cej wo­dzie ką­pa­ni nig­dy nie do­sta­ją cie­płe­go kle­iku!

Oj­ciec stłu­mił pod­nie­ce­nie i sie­dział bez ru­chu. Kra­by, zna­la­zł­szy się w za­się­gu lam­py, za­trzy­my­wa­ły się i gło­wa przy gło­wie, ogon przy ogo­nie, za­kry­ły szczel­nie pod­ło­że. Lśni­ły zie­lon­ka­we sko­ru­py, z wklę­słych oczo­do­łów wy­sta­wa­ły set­ki par okrą­głych oczu na szy­puł­kach. Kra­by ni­sko po­chy­li­ły łby, z nie­wi­docz­nych te­raz otwo­rów gę­bo­wych wy­do­by­wa­ły się sznu­ry róż­no­ko­lo­ro­wych bą­bel­ków. Gdy rzu­ca­ły ludz­ko­ści to wie­lo­barw­ne wy­zwa­nie, na­stro­szy­ły się dłu­gie włók­na pe­le­ry­ny mo­je­go ojca.

- Łap! - krzyk­nął wuj Lu­ohan.

Za­chę­co­ny okrzy­kiem wuja oj­ciec ru­szył do ata­ku. Chwy­ci­li za rogi gę­sto tka­nej sie­ci, któ­rą wcze­śniej roz­ło­ży­li na zie­mi. Unie­śli do góry war­stwę kra­bów, od­kry­wa­jąc za­ję­ty przez nie spła­che­tek przy­brzeż­ne­go pia­sku. Zwią­za­li rogi sie­ci i rzu­ci­li ją na bok, po czym rów­nie wpraw­ny­mi, szyb­ki­mi ru­cha­mi pod­nie­śli ko­lej­ne dwie. Wszyst­kie sie­ci były tak cięż­kie, że mu­sia­ły za­wie­rać set­ki, może na­wet ty­sią­ce kra­bów.

Gdy od­dział wkro­czył w zbo­że, oj­ciec po­su­wał się do przo­du po kra­bie­mu, za­ko­sa­mi, uni­ka­jąc pu­stych miejsc mię­dzy ro­śli­na­mi i przy­dep­tu­jąc źdźbła tak, że gię­ły się na wszyst­kie stro­ny. Wciąż ucze­pio­ny rogu ko­men­danc­kie­go płasz­cza chwi­la­mi ma­sze­ro­wał sa­mo­dziel­nie, a chwi­la­mi był cią­gnię­ty na­przód. Ogar­nia­ła go sen­ność. Szy­ja mu ze­sztyw­nia­ła, oczy na­bra­ły oso­wia­łe­go, obo­jęt­ne­go wy­ra­zu. W gło­wie ko­ła­ta­ła mu się tyl­ko jed­na myśl: do­pó­ki bę­dzie mógł cho­dzić z wuj­kiem Lu­oha­nem nad Rze­kę Czar­nej Wody, nig­dy nie wró­ci z pu­sty­mi rę­ka­mi.

Oj­ciec ob­ja­dał się kra­ba­mi do znu­dze­nia, kra­by ja­dła też bab­ka. W koń­cu im się prze­ja­dły, ale szko­da było je wy­rzu­cić, to­też wuj Lu­ohan po­sie­kał resz­tę, zmełł w młyn­ku do przy­rzą­dza­nia tofu, po­so­lił i po­na­kła­dał do sło­ików. Tak po­wsta­ła kra­bo­wa pa­sta, któ­rą ja­da­li­śmy przez cały rok, do­pó­ki się nie ze­psu­ła, wte­dy na­wo­zi­li­śmy nią maki. Sły­sza­łem, że bab­ka pa­li­ła opium, ale nie wpa­dła w na­łóg, dzię­ki cze­mu jej twarz do koń­ca ży­cia za­cho­wa­ła brzo­skwi­nio­wą świe­żość, umysł po­zo­stał ja­sny, a uspo­so­bie­nie miłe. Na­wo­żo­ne kra­ba­mi maki ro­sły duże i do­rod­ne i mia­ły ró­żo­we, czer­wo­ne i bia­łe kwia­ty o odu­rza­ją­cym za­pa­chu. Czar­na zie­mia mo­jej ro­dzin­nej wio­ski za­wsze była wy­jąt­ko­wo ży­zna i ro­dzi­ła ob­fi­te plo­ny, a upra­wia­ją­cych ją lu­dzi ce­cho­wa­ła do­broć, wy­trwa­łość i am­bi­cja - taki wła­śnie był cha­rak­ter mo­ich ro­da­ków. Bia­łe wę­go­rze ży­ją­ce w Rze­ce Czar­nej Wody wy­ra­sta­ły gru­be ni­czym pe­ni­sy i tak głu­pie, że za­wsze po­ły­ka­ły ha­czyk.

Oj­ciec pa­mię­tał, jak zgi­nął wuj Lu­ohan - było to przed ro­kiem, na dro­dze Jiao-Ping. Jego cia­ło zo­sta­ło ro­ze­rwa­ne na ka­wał­ki i roz­rzu­co­ne na wszyst­kie stro­ny świa­ta. Kie­dy zdej­mo­wa­no z nie­go skó­rę, gołe mię­so pod­ska­ki­wa­ło i drga­ło, jak­by był ogrom­ną, ob­dzie­ra­ną ze skó­ry żabą. Na wspo­mnie­nie tego cia­ła po ple­cach ojca prze­biegł dreszcz. Po­tem przy­po­mniał so­bie pew­ną noc przed sied­mio­ma czy ośmio­ma laty, kie­dy to moja bab­ka, pi­ja­na, sta­ła opar­ta o snop sor­ga na po­dwó­rzu na­szej ro­dzin­nej go­rzel­ni, obej­mo­wa­ła wuja Lu­oha­na za szy­ję i bła­ga­ła:

- Wuju... Nie od­chodź! Nie ob­cho­dzi cię mnich - miej wzgląd na Bud­dę, nie za­le­ży ci na ry­bach - za­sta­nów się nad wodą, je­śli nie dbasz o mnie - po­myśl o Do­ugu­anie! Je­śli mnie pra­gniesz... mogę być two­ja... Je­steś dla mnie jak oj­ciec...

Wuj Lu­ohan ode­pchnął bab­kę i po­czła­pał do szo­py mie­szać pa­szę dla zwie­rząt - dwóch czar­nych mu­łów pra­cu­ją­cych w na­szej go­rzel­ni, dzię­ki któ­rej sta­li­śmy się naj­bo­gat­szą ro­dzi­ną w wio­sce. Do­ni­kąd nie od­szedł. Był kie­row­ni­kiem fir­my, do­pó­ki Ja­poń­czy­cy nie za­bra­li mu­łów na bu­do­wę dro­gi Jiao-Ping.

Od wsi, któ­rą zo­sta­wi­li za sobą, dały się sły­szeć prze­cią­głe po­ry­ki­wa­nia mu­łów. Oj­ciec wzdry­gnął się i otwo­rzył sze­ro­ko oczy, ale wi­dział tyl­ko mgłę - pół­przej­rzy­stą, lecz nie­prze­nik­nio­ną. Wy­so­kie, pro­ste źdźbła sor­ga two­rzy­ły gę­sty ży­wo­płot ma­ja­czą­cy za za­sło­ną mgieł, za nim krył się na­stęp­ny i jesz­cze na­stęp­ny, i tak w nie­skoń­czo­ność. Oj­ciec już za­po­mniał, ile cza­su mi­nę­ło od chwi­li, gdy we­szli w zbo­że - jego my­śli wciąż krą­ży­ły wo­kół szu­mią­cej w od­da­li ży­cio­daj­nej rze­ki, wo­kół wspo­mnień. Nie ro­zu­miał, po co w ta­kim tem­pie prze­dzie­ra­li się przez tę gę­stą jak sen, roz­le­głą jak mo­rze po­łać. Stra­cił po­czu­cie kie­run­ku. Dwa lata wcze­śniej też zda­rzy­ło mu się zgu­bić na polu, ale w koń­cu zdo­łał zna­leźć dro­gę - kie­ro­wał się szu­mem rze­ki. Tym ra­zem tak­że usły­szał jej sy­gnał i szyb­ko się zo­rien­to­wał, że od­dział zmie­rza na wschód z od­chy­le­niem na po­łu­dnie, rów­no­le­gle do bie­gu rze­ki. Znał już kie­ru­nek, zro­zu­miał więc, że idą zro­bić za­sadz­kę na Ja­poń­czy­ków - że będą za­bi­jać lu­dzi tak samo, jak za­bi­ja się psy. Wie­dział, że idąc na po­łu­dnio­wy wschód, szyb­ko do­trą do dro­gi z po­wia­tu Jiao do po­wia­tu Ping­du, łą­czą­cej pół­noc z po­łu­dniem i dzie­lą­cej wiel­ką ni­zi­nę na dwie czę­ści. Zbu­do­wa­li ją zwy­kli lu­dzie, pod cio­sa­mi ba­tów i ba­gne­tów w rę­kach Ja­poń­czy­ków i ich wier­nych psów, ko­la­bo­ran­tów.

Sor­go po­ru­sza­ło się nie­spo­koj­nie, roz­trą­ca­ne przez od­dział zmę­czo­nych żoł­nie­rzy o gło­wach i szy­jach mo­krych od opa­da­ją­cej rosy. Wang We­nyi cią­gle ka­słał, mimo nie­ustan­nych po­ła­ja­nek ko­men­dan­ta. Oj­ciec czuł, że dro­ga jest bli­sko, jego oczy już do­strze­ga­ły nie­wy­raź­ny za­rys. Nie wie­dzieć kie­dy na­wet tam, gdzie mgła była naj­gęst­sza, za­czę­ły się po­ja­wiać nie­wiel­kie prze­świ­ty - mo­kre źdźbła sor­ga jed­no po dru­gim po­pa­try­wa­ły przez owe luki na ojca, a on od­po­wia­dał im od­da­nym spoj­rze­niem. Na­gle po­czuł, że są to żywe isto­ty, któ­re mają du­szę i któ­re tkwiąc ko­rze­nia­mi w czar­nej zie­mi, wchła­nia­ją ener­gię Słoń­ca i Księ­ży­ca, piją deszcz i rosę, ro­zu­mie­ją po­rzą­dek Nie­ba i ład Zie­mi. Ko­lor sor­ga po­wie­dział ojcu, że słoń­ce już roz­ja­rzy­ło bo­le­sną czer­wie­nią osło­nię­ty zbo­żem ho­ry­zont.

Na­gle wy­da­rzy­ło się coś nie­ocze­ki­wa­ne­go. Oj­ciec naj­pierw usły­szał prze­ni­kli­wy gwizd tuż koło ucha, a po­tem trzask, jak­by coś się przed nimi ro­ze­rwa­ło.

- Kto strze­lił?! - krzyk­nął ko­men­dant. - Któ­ry gno­jek strze­lił?!

Oj­ciec sły­szał, jak po­cisk prze­wier­ca się przez gę­stą mgłę mię­dzy ło­dy­ga­mi i li­ść­mi zbo­ża i strą­ca je­den z kło­sów. Wszy­scy wstrzy­ma­li od­dech. Kula prze­le­cia­ła z wi­zgiem i w nie­okre­ślo­nym miej­scu spa­dła na zie­mię. We mgle roz­szedł się za­pach pro­chu.

- Pa­nie ko­men­dan­cie! - za­pisz­czał ża­ło­śnie Wang We­nyi. - Nie mam gło­wy! Pa­nie ko­men­dan­cie! Gdzie moja gło­wa?

Do­wód­ca zba­ra­niał na chwi­lę, po czym wy­mie­rzył mu kop­nia­ka.

- Pie­przo­ny idio­to! Sko­ro nie masz gło­wy, to jak mo­żesz mó­wić?

Ko­men­dant Yu po­rzu­cił mego ojca i ru­szył na czo­ło od­dzia­łu. Wang We­nyi wciąż la­men­to­wał. Oj­ciec zro­bił krok do przo­du i spoj­rzał na jego twarz o dzi­wacz­nym wy­ra­zie. Po po­licz­ku Wan­ga We­nyi spły­wa­ło coś ciem­no­nie­bie­skie­go. Oj­ciec wy­cią­gnął rękę i do­tknął lep­kiej, cie­płej sub­stan­cji. Po­czuł za­pach po­dob­ny do tego, któ­ry wy­dzie­lał muł z dna Rze­ki Czar­nej Wody, lecz dużo śwież­szy. Za­głu­szył aro­mat mię­ty i słod­ko-gorz­ką woń sor­ga i obu­dził w ojcu wspo­mnie­nie, z każ­dą chwi­lą bliż­sze. Ni­czym sznur pa­cior­ków za­pach ten łą­czył muł Rze­ki Czar­nej Wody, czar­ną zie­mię, na któ­rej wy­ra­sta­ło sor­go, wiecz­nie żywą prze­szłość i przy­szłość, któ­rej nie spo­sób po­wstrzy­mać. By­wa­ły cza­sy, że cały świat pach­niał ludz­ką krwią.

- Wuj­ku, wuj­ku, je­steś ran­ny! - za­uwa­żył oj­ciec.

- Do­ugu­an, to ty, praw­da? Sprawdź no, czy wu­jek ma jesz­cze gło­wę na kar­ku, do­brze?

- Masz, wuj­ku! Wszyst­ko z nią w po­rząd­ku, tyl­ko z ucha krew ci leci.

Wang We­nyi wy­cią­gnął rękę i po­ma­cał ucho, po czym spoj­rzał na dłoń - była cała we krwi. Wrza­snął prze­raź­li­wie, po czym za­marł.

- Pa­nie ko­men­dan­cie, je­stem ran­ny! Je­stem ran­ny!

Do­wód­ca wró­cił z przo­du od­dzia­łu, chwy­cił Wan­ga We­nyi za szy­ję i przy­klęk­nął.

- Prze­stań wrzesz­czeć, bo cię udu­szę! - wark­nął ści­szo­nym gło­sem.

Wang We­nyi ani pi­snął.

- Gdzie je­steś ran­ny? - za­py­tał ko­men­dant.

- W ucho... - za­pła­kał żoł­nierz.

Do­wód­ca wy­cią­gnął zza pasa zwi­nię­ty ka­wa­łek bia­łej tka­ni­ny, przedarł na pół i po­dał Wan­go­wi We­nyi.

- Przy­łóż to, bądź ci­cho i idź da­lej, jak doj­dzie­my do dro­gi, to so­bie oban­da­żu­jesz - za­rzą­dził. - Do­ugu­an! - przy­wo­łał ojca.

Oj­ciec kiw­nął gło­wą. Do­wód­ca chwy­cił go za rękę i ru­szy­li, a Wang We­nyi, po­chli­pu­jąc, czła­pał za nimi.

Oka­za­ło się, że wi­nien był nie­ja­ki Nie­mo­wa. Strzel­ba, któ­rą niósł na ple­cach, wy­pa­li­ła, gdy się po­tknął. Ten ro­sły męż­czy­zna otwie­rał po­chód, ma­sze­ru­jąc z bro­ną w ręku. Był wiel­kim za­wa­dia­ką, sta­rym przy­ja­cie­lem ko­men­dan­ta Yu, ra­zem bu­szo­wa­li po oko­licz­nych łą­kach i la­sach, ra­zem opy­cha­li się cu­dzy­mi plac­ka­mi wśród sor­go­wych pól. Ku­lał na jed­ną nogę z po­wo­du ja­kiejś wro­dzo­nej wady, mimo to po­ru­szał się bar­dzo spraw­nie. Oj­ciec tro­chę się go bał.

O brza­sku, gdy od­dział ko­men­dan­ta Yu do­tarł w koń­cu do dro­gi Jiao-Ping, wiel­ka mgła na­resz­cie się roz­wia­ła. W na­szej wio­sce ósmy mie­siąc to pora mgieł - być może to kwe­stia ni­zin­ne­go, wil­got­ne­go te­re­nu. Kie­dy oj­ciec wszedł na dro­gę, po­czuł się zręcz­ny i lek­ki, jego krok na­brał tem­pa i wi­go­ru, pu­ścił więc od­waż­nie skraj płasz­cza swo­je­go do­wód­cy. Wang We­nyi ze szmat­ką przy­ło­żo­ną do ucha nadal miał płacz­li­wą minę. Ko­men­dant Yu nie­zręcz­nie oban­da­żo­wał ranę, za­wi­ja­jąc mu pół gło­wy. Żoł­nierz bo­le­śnie zgrzy­tał zę­ba­mi.

- Mia­łeś szczę­ście! - orzekł do­wód­ca.

- Cała krew mi wy­pły­nę­ła, nie mogę iść da­lej! - jęk­nął Wang We­nyi.

- Bzde­ty! To nic gor­sze­go niż ugry­zie­nie ko­ma­ra. Za­po­mnia­łeś o swo­ich trzech sy­nach?

- Nie, nie za­po­mnia­łem... - wy­mam­ro­tał męż­czy­zna, spusz­cza­jąc gło­wę.

Kol­ba dłu­go­lu­fo­wej strzel­by my­śliw­skiej, któ­rą tasz­czył na ra­mie­niu, mia­ła ko­lor krwi. Pła­ski me­ta­lo­wy po­jem­nik na proch dyn­dał mu na po­ślad­ku.

Ostat­nie skraw­ki mgły wy­co­fa­ły się w głąb pól. Dro­gę po­kry­wał żwir, na któ­rym nie było wi­dać ani od­ci­sków koń­skich i by­dlę­cych ko­pyt, ani śla­dów stóp czło­wie­ka. Gę­stwi­na zbóż ota­cza­ją­ca z obu stron tę dzi­wacz­ną opu­sto­sza­łą dro­gę wy­da­wa­ła się zło­wróżb­na. Oj­ciec wie­dział, że od­dział ko­men­dan­ta Yu, z głu­chy­mi, nie­my­mi i ku­la­wy­mi włącz­nie, li­czył nie wię­cej niż czter­dzie­stu żoł­nie­rzy. Lu­dzie ci jed­nak, gdy miesz­ka­li w wio­sce, ro­bi­li wo­kół sie­bie tyle szu­mu - aż fru­wa­ło pie­rze i psy pod­ska­ki­wa­ły - że cała wieś wy­da­wa­ła się roić od woj­ska. Kie­dy od­dział wszedł na dro­gę, ta nie­speł­na czter­dziest­ka lu­dzi zbi­ła się w małą grup­kę, przy­po­mi­na­ją­cą zzięb­nię­te­go węża. Mie­li broń naj­róż­niej­sze­go au­to­ra­men­tu: śru­tów­ki, sta­re ka­ra­bi­ny Ha­ny­ang, a bra­cia Fan­go­wie, Szó­sty i Siód­my, tasz­czy­li ar­ma­tę, z któ­rej moż­na było strze­lać od­waż­ni­ka­mi do wagi. Nie­mo­wa dźwi­gał sze­ro­ką bro­nę o dwu­dzie­stu sze­ściu ostrych me­ta­lo­wych zę­bach, ta­kie same na­rzę­dzia nio­sło trzech in­nych żoł­nie­rzy. Oj­ciec nie wie­dział jesz­cze, na czym ma po­le­gać za­sta­wia­nie za­sadz­ki na Ja­poń­czy­ków ani tym bar­dziej, dla­cze­go po­trze­bo­wa­li w tym celu aż czte­rech bron.

3

Tak wła­śnie było: gdy bu­do­wa dro­gi Jiao-Ping do­tar­ła w na­sze stro­ny, sor­go na po­lach się­ga­ło nam le­d­wie do pasa. Cały ten mie­rzą­cy sie­dem­dzie­siąt na osiem­dzie­siąt li6 ni­zin­ny ob­szar, z wy­jąt­kiem kil­ku­na­stu wio­sek, dwóch krzy­żu­ją­cych się rzek i kil­ku­dzie­się­ciu krę­tych po­lnych dróg, za­le­wa­ły zie­lo­ne fale sor­go­we­go mo­rza. Z wej­ścia do na­szej wio­ski do­sko­na­le wi­dać było Górę Bia­łe­go Ko­nia - bia­ły ska­li­sty grzbiet o koń­skim kształ­cie na pół­noc­nym skra­ju ni­zi­ny. Pra­cu­ją­cy w polu rol­ni­cy pod­no­si­li gło­wy i spo­glą­da­li na bia­łe­go ko­nia, opusz­cza­li je i wi­dzie­li czar­ną zie­mię, w któ­rą wsią­kał ich pot, a w ich ser­cach było cier­pie­nie. Kie­dy ro­ze­szła się wieść, że Ja­poń­czy­cy będą bu­do­wać dro­gę na na­szej rów­ni­nie, miesz­kań­cy wio­ski na­tych­miast zro­bi­li się nie­spo­koj­ni i z oba­wą cze­ka­li na zbli­ża­ją­cą się ka­ta­stro­fę.

Mó­wio­no, że Ja­poń­czy­cy na­dej­dą, i tak też się sta­ło.

Kie­dy ja­poń­skie dia­bły i ich ko­la­bo­ran­ci zja­wi­li się w na­szej wio­sce, by poj­mać siłę ro­bo­czą i za­brać na­sze ko­nie i muły, mój oj­ciec spał. Obu­dzi­ły go ja­kieś ha­ła­sy do­cho­dzą­ce z go­rzel­ni. Bab­ka wzię­ła go za rękę i po­cią­gnę­ła na dzie­dzi­niec, dro­biąc na swo­ich po­dob­nych do bam­bu­so­wych pę­dów stóp­kach. Na po­dwó­rzu na­szej go­rzel­ni sta­ło kil­ka­na­ście wiel­kich ka­dzi, każ­da peł­na przed­niej czy­stej wód­ki, któ­rej aro­mat uno­sił się w ca­łej wio­sce. Sta­ło tam dwóch odzia­nych w żół­ta­we mun­du­ry Ja­poń­czy­ków, trzy­ma­ją­cych ka­ra­bi­ny z za­mo­co­wa­ny­mi ba­gne­ta­mi. Dwóch czar­no ubra­nych Chiń­czy­ków z ka­ra­bi­na­mi na ple­cach wła­śnie od­wią­zy­wa­ło dwa wiel­kie czar­ne muły od pnia ka­tal­py.Wuj Lu­ohan raz po raz pró­bo­wał rzu­cić się na mniej­sze­go z ko­la­bo­ran­tów, któ­ry od­wią­zy­wał lej­ce, lecz ten po­staw­niej­szy od­py­chał go lufą. Pa­no­wał upał, więc wuj Lu­ohan miał na so­bie tyl­ko cien­ką ko­szu­lę; na od­sło­nię­tej pier­si wi­dać już było peł­no czer­wo­nych okrą­głych śla­dów, od­ci­śnię­tych przez me­ta­lo­wą rurę.

- Bra­cia, może się do­ga­da­my, może się do­ga­da­my - pro­sił.

- Zjeż­dżaj stąd, sta­ry psie! - rzu­cił więk­szy żoł­nierz.

- Zwie­rzę­ta na­le­żą do wła­ści­cie­la tej zie­mi, nie mo­że­cie ich tak po pro­stu za­brać!

- Jak się bę­dziesz da­lej awan­tu­ro­wał, fiu­ta ci od­strze­lę! - za­gro­ził ko­la­bo­rant.

Ja­poń­czy­cy sta­li nie­ru­cho­mo z ka­ra­bi­na­mi w rę­kach, po­dob­ni do gli­nia­nych fi­gu­rek.

Kie­dy moja bab­ka z oj­cem zja­wi­li się na dzie­dziń­cu, wuj Lu­ohan po­skar­żył się:

- Chcą za­brać na­sze muły!

- Pa­nie ofi­ce­rze - ode­zwa­ła się bab­ka - je­ste­śmy uczci­wy­mi ludź­mi.

Ja­poń­czy­cy zmru­ży­li oczy i uśmiech­nę­li się krzy­wo.

Niż­szy ko­la­bo­rant od­wią­zał muły i za­czął je cią­gnąć, te jed­nak pod­nio­sły wy­so­ko łby i za nic nie chcia­ły ru­szyć z miej­sca. Wyż­szy pod­szedł i kil­ka razy szturch­nął jed­ne­go lufą w zad, roz­draż­nio­ne zwie­rzę jęło ryć zie­mię ko­py­ta­mi, lśnią­ce że­la­zne pod­ko­wy dra­pa­ły błot­ni­stą gle­bę, opry­sku­jąc twa­rze żoł­nie­rzy grud­ka­mi bło­ta.

Wyż­szy ko­la­bo­rant wy­ce­lo­wał ka­ra­bin w wuja Lu­oha­na i krzyk­nął:

- Chodź no tu, sta­ry by­dla­ku, za­pro­wadź je na bu­do­wę!

Wuj Lu­ohan ukuc­nął i nie ode­zwał się ani sło­wem.

Je­den z Ja­poń­czy­ków za­ma­chał mu bro­nią przed twa­rzą.

- Min­liu­ala­ja­la­mi­lin! - roz­ka­zał.

Na wi­dok lśnią­ce­go ostrza tuż przed oczy­ma wuj Lu­ohan usiadł. Ja­poń­czyk dźgnął go ba­gne­tem, ostrze wy­cię­ło otwór w gład­kiej, ły­sej skó­rze na jego gło­wie.

- Wuju, za­pro­wadź im te muły! - wy­krzyk­nę­ła roz­trzę­sio­na bab­ka.

Je­den z Ja­poń­czy­ków zbli­żył się do niej. Oj­ciec wi­dział, że jest mło­dym, ład­nym chło­pa­kiem o du­żych, lśnią­cych czar­nych oczach, ale gdy się uśmie­chał, ką­ci­ki jego ust uno­si­ły się w górę i od­sła­nia­ły żół­ta­we kły. Bab­ka nie­pew­nym kro­kiem cof­nę­ła się w stro­nę wuja. Krew z rany za­le­wa­ła mu gło­wę i twarz. Obaj Ja­poń­czy­cy z uśmie­chem po­de­szli bli­żej. Bab­ka po­ło­ży­ła obie dło­nie na za­krwa­wio­nej ły­si­nie Lu­oha­na, po czym przy­ło­ży­ła je do wła­snej twa­rzy. Na­stęp­nie zwi­chrzy­ła wło­sy, otwo­rzy­ła usta i za­czę­ła pod­ska­ki­wać jak sza­lo­na. Wy­glą­da­ła, jak­by tyl­ko w trzech czę­ściach była czło­wie­kiem, a w sied­miu - de­mo­nem. Zdu­mie­ni Ja­poń­czy­cy znie­ru­cho­mie­li. Mniej­szy ko­la­bo­rant po­wie­dział:

- Pa­nie ofi­ce­rze, ta ko­bie­ta cał­kiem osza­la­ła!

Je­den z Ja­poń­czy­ków wy­mam­ro­tał coś i strze­lił, ce­lu­jąc po­nad gło­wą bab­ki. Bab­ka usia­dła na zie­mię i za­czę­ła gło­śno pła­kać.

Wyż­szy ko­la­bo­rant szturch­nął wuja Lu­oha­na ka­ra­bi­nem, żeby skło­nić go do wsta­nia. Wuj Lu­ohan wziął lej­ce z rąk niż­sze­go. Muły pod­nio­sły łby i na drżą­cych no­gach dały się wy­pro­wa­dzić z dzie­dziń­ca. Ulicz­ka ro­iła się od mu­łów, koni, owiec i kóz.

Bab­ka wca­le nie zwa­rio­wa­ła. Gdy tyl­ko ja­poń­skie dia­bły i ich po­ma­gie­rzy opu­ści­li po­dwó­rze, zdję­ła drew­nia­ną po­kry­wę z jed­nej z ka­dzi i w lu­strza­nej po­wierzch­ni sor­go­wej wód­ki przyj­rza­ła się swo­je­mu bu­dzą­ce­mu gro­zę za­krwa­wio­ne­mu ob­li­czu. Oj­ciec za­uwa­żył, że łzy pły­ną­ce po jej po­licz­kach na­bra­ły czer­wo­nej bar­wy. Bab­ka umy­ła twarz w al­ko­ho­lu, za­bar­wia­jąc całą kadź na czer­wo­no.

Wuj Lu­ohan, po­dob­nie jak na­sze muły, zo­stał zmu­szo­ny do pra­cy na bu­do­wie. Na sor­go­wym polu po­wsta­wał za­rys przy­szłej dro­gi. Na po­łu­dnio­wym brze­gu Rze­ki Czar­nej Wody bu­do­wa była już nie­mal skoń­czo­na, nową dro­gą nad­jeż­dża­ły mniej­sze i więk­sze wozy za­ła­do­wa­ne ka­mie­nia­mi i żół­tym pia­skiem i zrzu­ca­ły ła­du­nek na brze­gu. Na rze­ce był tyl­ko je­den drew­nia­ny most, Ja­poń­czy­cy po­sta­no­wi­li więc zbu­do­wać nowy, ka­mien­ny. Po obu stro­nach dro­gi wy­dep­ta­no wiel­kie po­ła­cie zbo­ża, zie­mia wy­glą­da­ła jak przy­kry­ta wiel­kim zie­lo­nym ko­cem. Na pół­noc od rze­ki kil­ka­dzie­siąt mu­łów cią­gnę­ło wzdłuż świe­żo usy­pa­ne­go z czar­nej zie­mi pasa ka­mien­ne wal­ce, wy­gnia­ta­jąc w sor­go­wym polu wiel­kie pła­skie prze­strze­nie, drąc po­kry­wa­ją­cą zie­mię gę­stą szma­rag­do­wą sieć. Pro­wa­dzo­ne przez lu­dzi zwie­rzę­ta ma­sze­ro­wa­ły w tę i z po­wro­tem po polu. Świe­że źdźbła sor­ga pa­da­ły po­ła­ma­ne, po­tem roz­gnia­ta­ły je wal­ce, bar­wiąc się na ciem­no­zie­lo­no ro­ślin­nym so­kiem. Moc­na woń zbo­ża uno­si­ła się nad te­re­nem bu­do­wy.

Wu­jo­wi Lu­oha­no­wi ka­za­no prze­no­sić ka­mie­nie z po­łu­dnio­we­go na pół­noc­ny brzeg. Z wiel­ką nie­chę­cią od­dał lej­ce mu­łów ja­kie­muś sta­rusz­ko­wi z ka­pra­wy­mi oczy­ma i ru­szył na dru­gą stro­nę przez li­chy mo­stek, któ­ry chwiał się tak, jak­by miał się pod nim za­ła­mać. Sto­ją­cy na po­łu­dnio­wym brze­gu Chiń­czyk, wy­glą­da­ją­cy na nad­zor­cę, wy­dał po­le­ce­nie, sztur­cha­jąc go w gło­wę czer­wo­ną ró­zgą:

- Bierz się do ro­bo­ty i noś te ka­mie­nie na pół­noc­ny brzeg!

Wuj Lu­ohan otarł rę­ko­ma oczy - krew pły­ną­ca mu po twa­rzy zmo­czy­ła brwi. Dźwi­gnął śred­niej wiel­ko­ści głaz i ru­szył z po­łu­dnia na pół­noc. Trzy­ma­ją­cy lej­ce sta­ru­szek nadal tam był.

- Oszczę­dzaj te muły, to wła­sność fir­my - zwró­cił się do nie­go Lu­ohan.

Sta­rzec obo­jęt­nie kiw­nął gło­wą i po­pro­wa­dził muły ku miej­scu, gdzie wiel­ka gro­ma­da zwie­rząt przy­go­to­wy­wa­ła grunt pod nowy od­ci­nek. Na gład­kich za­dach czar­nych mu­łów tań­czy­ły od­bla­ski słoń­ca. Z rany wuja wciąż są­czy­ła się krew. Lu­ohan przy­kuc­nął, ze­brał w garść tro­chę zie­mi i przy­ło­żył do ły­si­ny. Tępy ból prze­szył go od czub­ka gło­wy po pal­ce u stóp; czuł się tak, jak­by czasz­ka pę­ka­ła mu na dwo­je.

Na obrze­żach pla­cu bu­do­wy sta­li uzbro­je­ni ja­poń­scy żoł­nie­rze i ko­la­bo­ran­ci, nad­zor­ca z ba­tem w ręku krą­żył tam i z po­wro­tem jak duch. Na wi­dok po­kry­tej krwa­wym bło­tem gło­wy Lu­oha­na ro­bot­ni­cy z prze­stra­chem wy­trzesz­cza­li oczy. Wuj pod­niósł ka­mień. Le­d­wie ru­szył, usły­szał za sobą świst, po czym dłu­gie pa­smo kłu­ją­ce­go bólu prze­szy­ło mu ple­cy. Upu­ścił ka­mień i spoj­rzał na wy­krzy­wio­ną uśmie­chem twarz nad­zor­cy.

- Sza­now­ny pa­nie, je­śli ma mi pan coś do po­wie­dze­nia, pro­szę mó­wić, po co od razu bić?

Nie prze­sta­jąc się uśmie­chać, nad­zor­ca za­mach­nął się zno­wu; bat owi­nął się wu­jo­wi wo­kół pasa. Lu­ohan po­czuł się tak, jak­by ude­rze­nie prze­cię­ło go na pół, dwa stru­mie­nie go­rą­cych, pa­lą­cych łez po­cie­kły mu z ką­ci­ków oczu, krew ude­rzy­ła do gło­wy. Miał wra­że­nie, że po­kry­ta mie­sza­ni­ną krwi i bło­ta sko­ru­pa za­czę­ła pod­ska­ki­wać, spra­wia­jąc mu taki ból, jak­by czasz­ka za­raz mia­ła mu pęk­nąć.

- Sza­now­ny pa­nie! - krzyk­nął wuj.

Sza­now­ny pan zno­wu przy­ło­żył mu ba­tem.

- Cze­mu pan mnie bije, sza­now­ny pa­nie?

Nad­zor­ca po­trzą­snął trzy­ma­nym w ręku ba­tem, jego oczy zwę­zi­ły się w uśmie­chu.

- Że­byś zo­ba­czył, jak to jest, psi synu!

Wuj Lu­ohan miał ści­śnię­te gar­dło, łzy za­le­wa­ły mu oczy. Schy­lił się, pod­niósł spo­ry ka­mień ze sto­su i ru­szył chwiej­nym kro­kiem w kie­run­ku most­ku. Czuł, że puch­nie mu gło­wa, przed oczy­ma ro­bi­ło mu się bia­ło. Ostre kra­wę­dzie ka­mie­nia wpi­ja­ły mu się w brzuch i klat­kę pier­sio­wą, ale nie czuł bólu.

Nad­zor­ca stał z ba­tem w ręku jak wmu­ro­wa­ny, a tasz­czą­cy ka­mień wuj Lu­ohan, trzę­sąc się ze stra­chu, usi­ło­wał czym prę­dzej zejść mu z oczu. Nad­zor­ca sma­gnął go ba­tem w szy­ję. Wuj za­chwiał się i wciąż obej­mu­jąc głaz rę­ko­ma, padł na ko­la­na. Ka­mień po­ha­ra­tał mu dło­nie i po­ra­nił pod­bró­dek do krwi; ogłu­pia­ły z prze­ra­że­nia i bólu za­czął łkać jak dziec­ko. W pu­st­ce, któ­ra za­pa­no­wa­ła w jego umy­śle, po­wo­li za­czął się roz­ja­rzać czer­wo­ny pło­myk.

Z wy­sił­kiem wy­cią­gnął ręce spod ka­mie­nia, pod­niósł się, wy­gi­na­jąc grzbiet w łuk ni­czym roz­wście­czo­ny sta­ry ko­cur.

W tym mo­men­cie ja­kiś męż­czy­zna w wie­ku oko­ło czter­dziest­ki, cały w uśmie­chach, pod­szedł do nad­zor­cy i wy­cią­gnął z kie­sze­ni pacz­kę pa­pie­ro­sów. Wy­jął jed­ne­go i z sza­cun­kiem po­dał nad­zor­cy, któ­ry otwo­rzył usta, przy­jął pa­pie­ro­sa i po­zwo­lił, by męż­czy­zna po­dał mu ogień.

- Nie war­to się przej­mo­wać tym idio­tą, sze­fie - za­ga­ił.

Nad­zor­ca bez sło­wa wy­pu­ścił dym noz­drza­mi. Wuj Lu­ohan za­uwa­żył, że po­żół­kłe pal­ce, w któ­rych trzy­ma bat, drżą.

Czter­dzie­sto­la­tek wło­żył nad­zor­cy do kie­sze­ni całą pacz­kę. Ten z po­cząt­ku jak­by nic nie za­uwa­żył, lecz po chwi­li z ci­chym prych­nię­ciem po­kle­pał się po kie­sze­ni, od­wró­cił się na pię­cie i od­szedł.

- Je­steś tu nowy, star­szy bra­cie? - spy­tał męż­czy­zna wuja Lu­oha­na.

Wuj po­twier­dził.

- Pew­nie nie przy­nio­słeś mu żad­ne­go dro­bia­zgu na po­wi­ta­nie?

- Z tymi psa­mi nie ma żad­nej roz­mo­wy! Przy­wle­kli mnie tu siłą.

- Moż­na mu dać tro­chę pie­nię­dzy albo pacz­kę pa­pie­ro­sów. On nie bije pra­co­wi­tych, nie bije le­ni­wych, tyl­ko tych, któ­rzy nie pa­trzą i nie wy­cią­ga­ją wnio­sków.

Czter­dzie­sto­la­tek od­szedł roz­ko­ły­sa­nym kro­kiem i wto­pił się w bry­ga­dę ro­bot­ni­ków.

Przez cały ra­nek wuj Lu­ohan no­sił ka­mie­nie jak sza­lo­ny. Strup na gło­wie, spie­czo­ny słoń­cem, pę­kał, spra­wia­jąc mu ból. Dło­nie miał po­ra­nio­ne do krwi, a uraz dol­nej szczę­ki spo­wo­do­wał, że cały czas cie­kła mu śli­na. Pur­pu­ro­wy pło­mień tlił się w jego gło­wie to moc­niej, to sła­biej, nie przy­ga­sał jed­nak ani na chwi­lę.

W po­łu­dnie nie­go­to­wym jesz­cze od­cin­kiem dro­gi nad­je­cha­ła, trzę­sąc się, brą­zo­wa cię­ża­rów­ka. Wuj Lu­ohan jak przez mgłę usły­szał pi­skli­wy dźwięk gwizd­ka, le­d­wie żywi ro­bot­ni­cy po­wle­kli się w stro­nę wozu. Usiadł na zie­mi bez­myśl­nie, zu­peł­nie nie­za­in­te­re­so­wa­ny, skąd i po co nad­je­chał sa­mo­chód. Pa­rzą­cy czer­wo­ny pło­myk pod­ska­ki­wał mu w gło­wie, ata­ku­jąc uszy cią­głym brzę­cze­niem.

Męż­czy­zna w śred­nim wie­ku pod­szedł i po­cią­gnął go za rękę.

- Star­szy bra­cie, chodź, czas na je­dze­nie. Spró­buj ja­poń­skie­go ryżu!

Wuj wstał i po­szedł za nim.

Z cię­ża­rów­ki wy­ła­do­wa­no kil­ka ko­tłów z bia­łym ry­żem oraz kosz pe­łen bia­łych por­ce­la­no­wych mi­se­czek w nie­bie­skie kwiat­ki. Obok ko­tłów sta­nął chu­dy Chiń­czyk z me­ta­lo­wą łyż­ką, obok ko­sza - gru­by Chiń­czyk z mi­secz­ką w dło­ni. Każ­dy, kto pod­cho­dził, otrzy­my­wał mi­skę, któ­rą na­stęp­nie na­peł­nia­no ry­żem. Cię­ża­rów­kę ota­czał tłum lu­dzi po­chła­nia­ją­cych je­dze­nie żar­łocz­nie ni­czym wil­ki i ty­gry­sy - nie mie­li pa­łe­czek, więc wkła­da­li so­bie ryż do ust pal­ca­mi.

Zno­wu po­ja­wił się nad­zor­ca z ba­tem w ręku i zim­nym uśmie­chem na twa­rzy. Pło­mień w gło­wie wuja Lu­oha­na roz­hu­czał się, wy­do­by­wa­jąc z mro­ków pa­mię­ci po­dob­ne do kosz­mar­ne­go snu wy­da­rze­nia dzi­siej­sze­go po­ran­ka. Uzbro­je­ni ja­poń­scy war­tow­ni­cy i ich po­ma­gie­rzy tak­że po­de­szli do jed­ne­go z ocyn­ko­wa­nych ko­tłów i za­bra­li się do je­dze­nia. Za ko­tłem sie­dział wil­czur o dłu­gim py­sku i z wy­wie­szo­nym ozo­rem przy­glą­dał się ro­bot­ni­kom.

Wuj Lu­ohan na­li­czył kil­ku­na­stu Ja­poń­czy­ków i po­dob­ną licz­bę ko­la­bo­ran­tów po­si­la­ją­cych się wo­kół ko­tła. Za­świ­ta­ła mu myśl o uciecz­ce. Wy­star­czy­ło­by do­paść zbo­ża i te psy nig­dy go nie znaj­dą. Jego sto­py po­kry­ły się go­rą­cym po­tem; od­kąd wpadł na po­mysł, by uciec, stał się nie­cier­pli­wy i nie­spo­koj­ny. Cie­ka­we, cóż to za ta­jem­ni­cę skry­wał zim­ny, spo­koj­ny uśmie­szek na twa­rzy nad­zor­cy? Na wi­dok tego uśmiesz­ku Lu­oha­no­wi mie­sza­ło się w gło­wie.

Ża­den z ro­bot­ni­ków po­rząd­nie się nie najadł. Gru­by Chiń­czyk po­zbie­rał mi­ski. Ro­bot­ni­cy ob­li­zy­wa­li war­gi, wpa­tru­jąc się w grud­ki ryżu przy­kle­jo­ne do ścia­nek ko­tłów, ale ża­den nie od­wa­żył się po­ru­szyć. Od pół­noc­ne­go brze­gu rze­ki do­bie­gło ochry­płe ry­cze­nie muła. Wuj Lu­ohan roz­po­znał muły z na­sze­go go­spo­dar­stwa. Zwie­rzę­ta, wciąż przy­wią­za­ne do ka­mien­nych wal­ców na te­re­nie bu­do­wy, obo­jęt­nie żuły roz­gnie­cio­ne ło­dy­gi i pędy sor­ga, któ­re ni­czym tru­py po­kry­wa­ły zie­mię.

Po po­łu­dniu ja­kiś oko­ło dwu­dzie­sto­let­ni męż­czy­zna, li­cząc na chwi­lę nie­uwa­gi nad­zor­cy, wy­mknął się w zbo­że. Do­go­ni­ła go kula. Upadł i legł nie­ru­cho­mo na skra­ju pola.

Kie­dy słoń­ce za­czę­ło chy­lić się ku za­cho­do­wi, brą­zo­wa cię­ża­rów­ka od­je­cha­ła. Wuj Lu­ohan zjadł cały swój przy­dział ryżu. Jego przy­zwy­cza­jo­ny do sor­ga prze­wód po­kar­mo­wy sta­now­czo pro­te­sto­wał prze­ciw­ko tej bia­łej, cuch­ną­cej stę­chli­zną sub­stan­cji, lecz po­ko­nu­jąc skurcz prze­ły­ku, prze­pchnął ją do żo­łąd­ka. Myśl o uciecz­ce od­zy­wa­ła się co­raz sil­niej. Tę­sk­nił za swo­im dzie­dziń­cem wy­peł­nio­nym draż­nią­cym noz­drza za­pa­chem al­ko­ho­lu, cze­ka­ją­cym na nie­go w wio­sce od­da­lo­nej o kil­ka­na­ście li. Wszy­scy ro­bot­ni­cy z go­rzel­ni po­ucie­ka­li, bu­cha­ją­cy go­rą­cem gar do go­to­wa­nia wód­ki był te­raz zim­ny. Jesz­cze bar­dziej tę­sk­nił za moją bab­ką i moim oj­cem. Trud­no mu było za­po­mnieć o czu­ło­ści, któ­rą oka­za­ła mu obok ster­ty sor­go­wych li­ści.

Po ko­la­cji ro­bot­ni­cy zo­sta­li za­gna­ni do wiel­kiej za­gro­dy zbu­do­wa­nej ze świer­ko­wych drą­gów, przy­kry­tej kil­ko­ma płach­ta­mi bre­zen­tu. Słu­py były po­łą­czo­ne dru­tem gru­bo­ści ziar­na zie­lo­nej fa­so­li, bra­mę zbu­do­wa­no z so­lid­nych że­la­znych prę­tów. Ja­poń­skie dia­bły i ich po­ma­gie­rzy miesz­ka­li w dwóch osob­nych na­mio­tach, od­da­lo­nych od za­gro­dy o kil­ka­dzie­siąt kro­ków. Psa uwią­za­no przy wej­ściu do na­mio­tu Ja­poń­czy­ków. U wej­ścia do za­gro­dy stał wy­so­ki słup, a na nim wi­sia­ły dwie la­tar­nie. Ja­poń­czy­cy i Chiń­czy­cy sta­li tu na war­cie na zmia­nę. Muły i ko­nie przy­wią­za­no do kil­ku­dzie­się­ciu pa­li­ków, wbi­tych gę­sto w stra­to­wa­ne pole na za­chód od za­gro­dy.

W za­gro­dzie pa­no­wał du­szą­cy smród. Nie­któ­rzy chra­pa­li, inni si­ka­li do bla­sza­ne­go wia­dra w ką­cie; stru­mień mo­czu ude­rza­ją­cy w me­tal wy­da­wał brzęk ni­czym per­ły spa­da­ją­ce na ja­de­ito­wy ta­lerz. Sła­be świa­tło la­tar­ni wpa­da­ło do środ­ka, po­sta­ci war­tow­ni­ków rzu­ca­ły dłu­gie, chy­bo­tli­we cie­nie.

W mia­rę upły­wu nocy zim­no sta­wa­ło się co­raz do­tkliw­sze. Wuj Lu­ohan nie mógł za­snąć. Wciąż roz­my­ślał o uciecz­ce. Od­głos kro­ków stra­ży okrą­żał za­gro­dę. Wuj le­żał, bo­jąc się po­ru­szyć, aż w koń­cu za­padł w nie­spo­koj­ną drzem­kę. We śnie czuł się tak, jak­by w gło­wę wbi­to mu ostry nóż, a ręce przy­pie­ka­no roz­ża­rzo­nym że­la­zem. Obu­dził się zla­ny po­tem, spodnie miał prze­siąk­nię­te mo­czem. Z od­le­głej wio­ski do­bie­gło pi­skli­we pia­nie ko­gu­ta. Muły i ko­nie tu­pa­ły i par­ska­ły. Przez po­dar­ty bre­zent ukrad­kiem prze­świe­ca­ło kil­ka gwiazd.

Męż­czy­zna w śred­nim wie­ku, któ­ry za dnia po­spie­szył Lu­oha­no­wi na ra­tu­nek, pod­niósł się ci­cho. Mimo mro­ku wuj do­strzegł dwie ogni­ste kul­ki jego oczu. Prze­czu­wał, że to czło­wiek nie­zwy­kły. Le­żąc w ci­szy, ob­ser­wo­wał go.

Męż­czy­zna ukląkł u wej­ścia do za­gro­dy. Bar­dzo po­wo­li pod­niósł ręce. Wuj pa­trzył na jego ple­cy i gło­wę, któ­rą ota­cza­ła ta­jem­ni­cza po­świa­ta. Męż­czy­zna wziął głę­bo­ki od­dech, prze­chy­lił gło­wę, wy­rzu­cił ręce w przód ni­czym strza­ły z łuku i chwy­cił dwa że­la­zne prę­ty. Jego oczy mio­ta­ły ciem­no­zie­lo­ne bły­ski - wy­da­wa­ło się, że gdy spoj­rze­nie to na­po­ty­ka co­kol­wiek na swo­jej dro­dze, sły­chać sze­lest. Że­la­zne prę­ty roz­stą­pi­ły się bez­gło­śnie. Do za­gro­dy wsą­czy­ło się nie­co wię­cej świa­tła la­tar­ni i gwiazd, pa­da­jąc po dro­dze na zno­szo­ny but. Straż­nik się od­wró­cił. Wuj do­strzegł ja­kiś cień, któ­ry wy­sko­czył na ze­wnątrz. Ja­poń­czyk jęk­nął, po czym bez­gło­śnie osu­nął się na zie­mię w że­la­znym uści­sku męż­czy­zny. Ten pod­niósł z zie­mi ka­ra­bin straż­ni­ka i roz­pły­nął się w po­wie­trzu.

Do­pie­ro po chwi­li wuj zdał so­bie spra­wę z tego, co się wła­śnie ro­ze­gra­ło przed jego ocza­mi. Męż­czy­zna w śred­nim wie­ku oka­zał się nie­złym chwa­tem, bie­głym w sztu­kach wal­ki. I oto otwo­rzył mu dro­gę uciecz­ki. W nogi! Wuj ostroż­nie wy­czoł­gał się przez otwór. Mar­twy Ja­poń­czyk le­żał na zie­mi twa­rzą do góry, jego noga wciąż po­dry­gi­wa­ła.

Wuj wczoł­gał się w zbo­że, wstał i po­szedł wzdłuż bruz­dy. Sta­ra­jąc się nie po­trą­cać źdźbeł, by nie sze­le­ści­ły, do­tarł do brze­gu Rze­ki Czar­nej Wody. Trzy Gwiaz­dy sta­ły w ze­ni­cie - był to czas naj­głęb­szej ciem­no­ści przed świ­tem. Ich blask od­bi­jał się w wo­dzie. Po­staw­szy chwi­lę na brze­gu, wuj Lu­ohan za­czął trząść się z zim­na i dzwo­nić zę­ba­mi. Ból dol­nej szczę­ki pro­mie­nio­wał na po­licz­ki, uszy, się­gał czub­ka gło­wy, gdzie łą­czył się z pul­su­ją­cym bó­lem ro­pie­ją­cej rany. Orzeź­wia­ją­cy, zmie­sza­ny z wo­nią ro­ślin­ne­go soku za­pach wol­no­ści wy­peł­nił noz­drza, płu­ca i wnętrz­no­ści Lu­oha­na. Świa­tła dwóch la­tar­ni, po­dob­ne do dia­bel­skich ogni­ków, ja­rzy­ły się we mgle; czar­na, rzu­ca­ją­ca chy­bo­tli­we cie­nie świer­ko­wa za­gro­da przy­po­mi­na­ła gi­gan­tycz­ną mo­gi­łę. Wuj Lu­ohan nie mógł uwie­rzyć, że po­szło mu tak ła­two. Nogi za­nio­sły go na próch­nie­ją­cy drew­nia­ny mo­stek nad szem­rzą­cą wodą, w któ­rej plu­ska­ły się ryby. Blask spa­da­ją­cej gwiaz­dy prze­szył nie­bo­skłon, zu­peł­nie jak­by nic się nie wy­da­rzy­ło. Wuj Lu­ohan mógł te­raz wró­cić do wio­ski, ukryć się, wy­le­czyć rany i żyć da­lej. Lecz gdy szedł przez most, z po­łu­dnio­we­go brze­gu do­bie­gło go nie­spo­koj­ne po­ry­ki­wa­nie mu­łów. Wuj Lu­ohan za­wró­cił więc po nie. To wła­śnie do­pro­wa­dzi­ło do wiel­kiej tra­ge­dii.

Ko­nie i muły przy­wią­za­no do kil­ku­dzie­się­ciu drew­nia­nych pa­li­ków w po­bli­żu za­gro­dy dla lu­dzi. Zie­mia cuch­nę­ła tu mo­czem i od­cho­da­mi. Ko­nie par­ska­ły, muły ob­gry­za­ły pa­li­ki. Ko­nie żuły źdźbła sor­ga, muły wy­da­la­ły rzad­ki kał. Wuj Lu­ohan, po­ty­ka­jąc się co chwi­la, za­kradł się mię­dzy zwie­rzę­ta. Po­czuł zna­jo­my za­pach na­szych dwóch czar­nych mu­łów i wy­pa­trzył do­brze zna­ne syl­wet­ki. Ru­szył w tym kie­run­ku, chcąc uwol­nić swo­ich to­wa­rzy­szy nie­do­li. Muły jed­nak, stwo­rze­nia nie­zdol­ne do lo­gicz­ne­go my­śle­nia, szyb­ko ob­ró­ci­ły się do nie­go za­da­mi, a ich ko­py­ta wy­strze­li­ły w po­wie­trze.

- Czar­ne muły, czar­ne muły... - mam­ro­tał wuj. - Uciek­nij­my stąd ra­zem!

Zwie­rzę­ta gniew­nie drep­ta­ły w kół­ko, bro­niąc swe­go te­ry­to­rium. Nie roz­po­zna­ły swo­je­go pana. Lu­ohan nie wie­dział, że to przez świe­ży za­pach jego za­schnię­tej krwi i ran wy­dał się mu­łom kimś ob­cym. Zdez­o­rien­to­wa­ny i zmar­twio­ny zro­bił ko­lej­ny krok na­przód, a wte­dy je­den z mu­łów wy­mie­rzył mu cios ko­py­tem w bio­dro. Wuj prze­le­ciał w po­wie­trzu kil­ka me­trów i ru­nął na zie­mię. Zdrę­twia­ło mu pół cia­ła. Muł wciąż wier­cił się i tu­pał, sta­lo­we pod­ko­wy lśni­ły ni­czym księ­ży­ce. Bio­dro wuja spu­chło, drę­czył go pa­lą­cy ból i nie­zno­śne uczu­cie cię­ża­ru. Wstał, upadł z po­wro­tem i zno­wu się pod­niósł. Od wsi do­bie­gło pi­skli­we pia­nie ko­gu­ta. Ciem­ność po­wo­li ustę­po­wa­ła, Trzy Gwiaz­dy świe­ci­ły co­raz ja­śniej, ich blask od­bi­jał się w gład­kich za­dach i oczach mu­łów.

- Pie­przo­ne be­stie!

Wuj Lu­ohan, pło­nąc gnie­wem, kuś­ty­kał do­ko­ła, usi­łu­jąc zna­leźć ja­kąś broń. W miej­scu, gdzie bu­do­wa­no rów me­lio­ra­cyj­ny, tra­fił na ostrą że­la­zną mo­ty­kę, pod­niósł ją więc i ru­szył z po­wro­tem, mię­dląc w ustach prze­kleń­stwa. Nie przy­po­mi­nał już ani tro­chę więź­nia, nie my­ślał o lu­dziach i ich psie, któ­rzy znaj­do­wa­li się o sto kro­ków od nie­go. Był wol­ny - źró­dłem nie­wo­li jest bo­wiem strach.

Słoń­ce wy­ła­nia­ło się nad ho­ry­zon­tem i czer­wo­na­wa po­świa­ta na wschod­nim nie­bie po­wo­li się roz­pra­sza­ła, łany sor­ga w tej go­dzi­nie przed­świ­tu sta­ły tak spo­koj­nie, jak­by mia­ły za chwi­lę wy­buch­nąć. Wuj Lu­ohan, z twa­rzą zwró­co­ną ku po­ran­nej zo­rzy, zbli­żył się do mu­łów. Nie­na­wiść do nich prze­ni­ka­ła go do szpi­ku ko­ści. Muły sta­ły w ci­szy i bez­ru­chu. Wuj Lu­ohan pod­niósł mo­ty­kę, wy­ce­lo­wał w tyl­ną nogę jed­ne­go z nich i ciął z ca­łej siły. Na nogę muła padł lo­do­wa­ty cień. Zwie­rzę za­chwia­ło się, po­tem wy­pro­sto­wa­ło i wy­da­ło gwał­tow­ny, dzi­ki, prze­ra­żo­ny, wście­kły ryk. Zra­nio­ny muł uniósł zad i fon­tan­na go­rą­cej krwi jak deszcz zro­si­ła twarz wuja Lu­oha­na. Ko­rzy­sta­jąc z do­god­ne­go do­stę­pu, wuj ude­rzył w dru­gą tyl­ną nogę. Muł wes­tchnął gło­śno, zad opu­ścił się i zwie­rzę przy­sia­dło cięż­ko na zie­mi. Sto­jąc na przed­nich no­gach, z szy­ją wy­cią­gnię­tą w górę, wciąż przy­wią­za­ną po­stron­kiem, be­czał roz­gło­śnie pro­sto w sza­ro­nie­bie­skie nie­bo. Mo­ty­ka le­ża­ła przy­gnie­cio­na jego za­dem, wuj Lu­ohan tak­że ukuc­nął. Wy­tę­ża­jąc wszyst­kie siły, wy­cią­gnął na­rzę­dzie spod zwie­rzę­cia. Czuł, jak sta­lo­we ostrze szo­ru­je o kość. Dru­gi muł pa­trzył ogłu­pia­łym wzro­kiem na to­wa­rzy­sza i ża­ło­śnie po­ry­ki­wał, zu­peł­nie jak­by pła­kał albo pro­sił o li­tość.

Kie­dy wuj Lu­ohan pod­szedł do nie­go z mo­ty­ką w ręku, muł się cof­nął. Po­stro­nek na­piął się, jak­by miał pęk­nąć, pa­lik za­skrzy­piał. Ogrom­ne oczy zwie­rzę­cia roz­ja­rzy­ły się ciem­no­nie­bie­skim bla­skiem.

- Bo­isz się, kre­atu­ro, co? Gdzie two­ja god­ność? Ty nie­wdzięcz­ny skur­czy­by­ku! Ko­la­bo­ranc­ki psi po­mio­cie!

Wy­krzy­ku­jąc gniew­ne obe­lgi, wuj Lu­ohan ciął mo­ty­ką, mie­rząc w kan­cia­sty pysk muła. Ostrze tra­fi­ło w pa­lik i utkwi­ło w nim. Po­ru­sza­jąc na­rzę­dziem na wszyst­kie stro­ny, w koń­cu zdo­łał wy­do­być ostrze z drew­na. Muł wal­czył: jego tyl­ne nogi wy­prę­ży­ły się w łuk, łysy ogon z sze­le­stem za­mia­tał zie­mię. Wuj zno­wu wy­ce­lo­wał w gło­wę: tra­fił w sam śro­dek sze­ro­kie­go czo­ła. Roz­legł się brzęk, gdy me­tal ude­rzył w twar­dą czasz­kę, trzo­nek mo­ty­ki prze­niósł wi­bra­cję, wuj Lu­ohan po­czuł mro­wie­nie w ra­mio­nach. Z za­mknię­te­go py­ska zwie­rzę­cia nie wy­do­był się ża­den dźwięk. Jego ko­py­ta drga­ły i tu­pa­ły bez­ład­nie; w koń­cu muł skrzy­żo­wał nogi i ru­nął z głu­chym tąp­nię­ciem, jak­by na zie­mię prze­wró­cił się gru­by mur. Po­stro­nek się urwał, po­ło­wa zwi­sła bez­wład­nie z pa­li­ka, dru­ga po­ło­wa zwi­nę­ła się tuż przy py­sku muła. Wuj Lu­ohan stał z opusz­czo­ny­mi rę­ko­ma i pa­trzył w mil­cze­niu. Lśnią­cy trzo­nek mo­ty­ki tkwią­cej krzy­wo w mu­lej gło­wie wska­zy­wał nie­bo. Gdzieś za­szcze­kał pies, roz­le­gły się po­krzy­ki­wa­nia lu­dzi. Świ­ta­ło. Krwi­sto­czer­wo­na tar­cza wsta­wa­ła na wscho­dzie po­nad po­la­mi sor­ga, pro­mień słoń­ca wpadł w sam śro­dek czar­nej cze­lu­ści pół­otwar­tych ust wuja Lu­oha­na.