Klan czerwonego sorga - Mo Yan

Reflow text when sidebars are open.
Do Północno-Wschodniego Gaomi zawitałem pewnego razu, pisząc kronikę mojej rodziny. Interesowałem się przede wszystkim słynną bitwą na brzegu Rzeki Czarnej Wody, w której uczestniczył mój ojciec i w której zginął japoński generał. Pewna stara, dziewięćdziesięciodwuletnia kobieta zaprezentowała mi taką oto śpiewną opowieść: "W Północno-Wschodnim Gaomi mężczyzn było wielu, nad Rzeką Czarnej Wody bitwę rozpoczęli. Powiódł ich sławny komendant Yu, rozległ się chórem wystrzałów huk. Japońskie diabły się porozbiegały, pokotem na równinę popadały. Bohaterska Dai Fenglian, jak kwiat subtelna i piękna jak sen, kazała brony ustawić w szyku, aby wrogowi przeszkodzić w ataku...". Staruszka była pomarszczona i łysa jak gliniany dzbanek, wierzchy jej dłoni z wystającymi żyłami przypominały pofałdowaną skórę owocu luffy. Przeżyła masakrę w dniu Święta Środka Jesieni w 1939 roku dzięki temu, że z powodu owrzodzonych nóg nie mogła uciekać, więc mąż ukrył ją w piwnicy na ziemniaki - los się do niej uśmiechnął. Dai Fenglian, o której śpiewała staruszka, to moja babka. Słysząc ten fragment, wpadłem w wielkie podniecenie. Oto okazało się, że na pomysł, by bronami zagrodzić drogę japońskiej kolumnie zmotoryzowanej, wpadła moja babka, kobieta z mojego rodu. Należała więc do awangardy wojny antyjapońskiej, była prawdziwą bohaterką narodową.
Po wzmiance o mojej babce staruszka się rozgadała. Jej opowieść była porwana i chaotyczna niczym chmara rozwiewanych wiatrem liści. Opowiadała, że stopy mojej babki były najdrobniejsze w całej wsi, a nasza gorzelnia przewyższała sławą wszystkie inne. Kiedy wróciła do tematu drogi Jiao-Ping, narracja stała się uporządkowana: "Jak doszli z drogą do tego miejsca... sorgo było wysokie po pas... Japońskie diabły zabrały wszystkich zdatnych do pracy... Robili byle jak, lenili się jak mogli... Te wielkie dwa czarne muły twojej rodziny też zabrali... Wybudowali most na Rzece Czarnej Wody... Luohan, zarządca z waszego domu... Coś tam było między nim a twoją babką, ludzie gadali... Ajajaj, kiedy twoja babka była młoda, wielu się w niej kochało... Sprytny chłopak ten twój ojciec, kiedy miał piętnaście lat, po raz pierwszy zabił człowieka. Na dziesięciu bękartów dziewięciu zawsze schodzi na złą drogę... Luohan okulawił muły... Złapali go i obdarli ze skóry... Japońskie diabły dręczyły ludzi, srały im do garnków, sikały do dzbanów. Tamtego roku poszłam kiedyś po wodę i co znalazłam w wiadrze? Ludzką głowę, z warkoczykiem...".
Wuj Liu Luohan był bardzo ważną postacią w historii naszej rodziny. Jeśli jednak chodzi o jego romans z babką, jednoznacznych dowodów na ten temat brak, a ja, szczerze mówiąc, nie potrafiłem zaakceptować tej historii. Rozumiałem logikę wydarzeń, ale słowa staruszki o głowie jak dzbanek wprawiały mnie w zakłopotanie. Skoro wuj Luohan traktował mojego ojca jak własnego wnuka, myślałem, to znaczy, że był tak jakby moim pradziadkiem. Jeśli więc mój pradziad romansował z moją babką, to znaczy, że popełniali coś w rodzaju kazirodztwa, prawda? To jednak kompletna bzdura - babka była szefową wuja Luohana, nie jego synową, związek wuja Luohana z naszą rodziną opierał się na interesach, nie na więzach krwi - był naszym oddanym, wiernym pracownikiem, wzbogacił, upiększył historię naszej rodziny i bez wątpienia przydał jej jeszcze większej chwały. Czy babka kochała się w nim, czy nie, czy sypiał z nią na kangu5 - nie ma to żadnego moralnego znaczenia. A jeśli nawet go kochała... Wierzę głęboko, że moja babka mogła robić wszystko, czego zapragnęła. Była nie tylko bohaterką wojny antyjapońskiej, ale i prekursorką wyzwolenia seksualnego, ikoną kobiecej niezależności.
W powiatowych kronikach wyczytałem, że w dwudziestym siódmym roku Republiki Chińskiej armia japońska wzięła na roboty ludzi z powiatów Gaomi, Pingdu i Jiao, którzy przepracowali przy budowie drogi Jiao-Ping czterdzieści tysięcy roboczodniówek. Straty w plonach były nie do oszacowania, a wsie sąsiadujące z budową drogi zostały ogołocone ze zwierząt pociągowych. Pewien chłop, Liu Luohan, zakradł się nocą i szpadlem poranił nogi jednego z mułów. Został schwytany, następnego dnia japońscy żołnierze przywiązali go do pala i żywcem obdarli ze skóry na oczach tłumu. Na jego twarzy nie było strachu, a z ust płynął nieprzerwany potok przekleństw aż do chwili, gdy wyzionął ducha.
Dziewiątego dnia ósmego miesiąca tradycyjnego kalendarza mój ojciec, syn bandyty, miał piętnaście lat. Szykował się właśnie, by dołączyć do oddziału komendanta Yu Zhan'ao - przyszłego legendarnego bohatera - który miał zasadzić się na japońską jednostkę zmotoryzowaną podążającą drogą Jiao-Ping. Moja babka, ubrana w pikowane wdzianko, odprowadziła go do wejścia do wioski.
- Stójcie - polecił komendant Yu.
Babka zatrzymała się i rzekła do syna:
- Słuchaj przybranego taty, Douguan!
Mój ojciec milczał. Postawna sylwetka babki i ciepła woń dochodząca z jej pikowanego ubrania zmroziły go - poczuł dreszcz, zaburczało mu w brzuchu.
- Chodźmy, przybrany synku. - Komendant pogłaskał go po głowie.
Chaos ogarniał niebo i ziemię, w powietrzu wisiała mgła. Odgłos kroków maszerującego oddziału dobiegał z bardzo daleka. Ojciec słyszał go, lecz nie widział żołnierzy skrytych za niebieskawą zasłoną. Uczepiwszy się poły komendanckiego płaszcza, przebierał nogami ile sił. Babka niknęła na horyzoncie niczym odległy brzeg coraz bardziej wzburzonego morza oparów, młodzieniec trzymał się swojego komendanta niby burty statku.
Tak oto mój ojciec ruszył w drogę - drogę do granitowego głazu, tkwiącego wśród czerwonych pól sorga w naszej rodzinnej wiosce, który stał się potem jego pozbawionym inskrypcji kamieniem nagrobnym. Gdy grób był już gęsto porośnięty trawą, pewnego razu mały chłopak z gołym zadkiem przyprowadził tu śnieżnobiałą kozę. Kiedy koza nieśpiesznie skubała trawę, malec stanął na grobie i nasikał nań ze złością, po czym zaśpiewał na całe gardło: "Sorgo już czerwone - Japończycy idą. Gotujcie się bracia, strzelajcie z armaty!".
Chodziły słuchy, że tym kozim pastuszkiem byłem ja, ale nie wiem, czy to prawda. Zawsze kochałem Północno-Wschodnie Gaomi całym sercem i jednocześnie nienawidziłem go do szpiku kości. Kiedy dorosłem i zacząłem pilnie studiować marksizm, doszedłem do wniosku, że Północno-Wschodnie Gaomi jest bez wątpienia najpiękniejszym i najwstrętniejszym, najniezwyklejszym i najpospolitszym, najświętszym i najbardziej zepsutym, najbardziej bohaterskim i najbardziej łajdackim miejscem na tej planecie - miejscem, gdzie pije się najwięcej wódki i kocha najmocniej. Moi przodkowie, którzy żyli na tej ziemi, lubili sorgo i co roku sadzili go mnóstwo. W ósmym miesiącu, gdy jesień była w pełni, nieskończone łany czerwonego zboża lśniły niczym morze krwi. Sorgo, wysokie i gęste1, zachwycało wspaniałością, wzruszało melancholią, budziło namiętność. Jesienią wiały chłodne wiatry, słońce mocno świeciło. Białe, pulchne obłoki przepływały po lazurowym niebie, po polach sorga sunęły ich purpurowe, kształtne cienie. Przez dziesięciolecia, które zdawały się trwać tylko chwilę, gromady czerwonych ludzkich postaci podążały w różnych kierunkach wśród źdźbeł, jakby tkały olbrzymią sieć. Zabijały, grabiły, wiernie broniły ojczyzny - tańczyły bohaterski, tragiczny taniec. Przy nich my, ich potomkowie, wydajemy się mali i niegodni. Żyjąc w czasach postępu, mam dojmujące uczucie, że nasz gatunek cofa się w rozwoju.
Opuściwszy wieś, oddział posuwał się wąską polną drogą, odgłosy kroków mieszały się z szelestem deptanej trawy. Gęsta mgła wydawała się poruszać, jakby coś w niej żyło. Niezliczone drobniutkie kropelki wody łączyły się na twarzy ojca w duże kuliste krople, kosmyki włosów oblepiały czoło. Ojciec przywykł do delikatnego zapachu mięty i słodko-gorzkiej woni dojrzałego sorga dobiegających z pól, wśród których wiodła droga - aromaty te nie były dla niego niczym nowym, wtedy jednak, podczas tamtego marszu, wyczuł przez mgłę jakiś dziwny, wstrętno-słodki, ni to żółty, ni to czerwony odór. Zapach ten, zmieszany z woniami mięty i sorga, wzbudził w nim bardzo odległe, głęboko ukryte wspomnienia.
Siedem dni później, piętnastego dnia ósmego miesiąca, w Święto Środka Jesieni, okrągły księżyc w pełni wzniósł się ponad majestatycznymi, pogrążonymi w ciszy polami sorga. Skąpane w srebrnym blasku pędy lśniły jak powleczone rtęcią. Wśród wyraźnie odcinających się fragmentów światła i cienia mój ojciec wyczuł ów słodko-gorzki odór, wielokrotnie silniejszy od tego, który pojawił się teraz. Wtedy komendant Yu prowadził go za rękę przez sorgowe pole, zasłane piętrzącymi się wszędzie trupami trzech setek jego rodaków. Sącząca się z ciał świeża krew zatapiała zboże, na całej połaci zamieniając czarną ziemię w błoto, po którym szło się powoli i z trudem. Odór zapierał im dech. Pole obsiadła wataha padlinożernych psów, wpatrujących się w ojca i jego dowódcę błyszczącymi ślepiami. Komendant Yu wyciągnął pistolet i strzelił - jedna para oczu zgasła. Drugi strzał - znikła kolejna. Psy zawyły i rozproszyły się, a po chwili rozsiadły się dalej i zanosząc się głośnym ujadaniem, spoglądały łakomie ku ciałom. Wstrętno-słodki odór wzmagał się coraz bardziej.
- Japońskie psy! - wrzasnął komendant. - Japońskie sukinsyny!
Wystrzelał do nich wszystkie naboje, zwierzęta uciekły i zniknęły bez śladu.
- Idziemy, synu! - zarządził dowódca.
Poszli dalej przez zboże, stary i młody, podążając za księżycem. Przesycająca pola woń wypełniła duszę mojego ojca. Przez kolejne, jeszcze straszniejsze, jeszcze bardziej okrutne miesiące i lata woń ta towarzyszyła mu bezustannie.
Źdźbła sorga szeleściły we mgle. Wśród oparów toczyła się z wolna po bagnistej równinie Rzeka Czarnej Wody, jej szum rozbrzmiewał to głośniej, to ciszej, to z daleka, to z bliska. Kiedy dogonili oddział, ojca otoczyły odgłosy kroków i szmery oddechów. Kolba czyjejś strzelby potrąciła inną kolbę. Stopa któregoś z żołnierzy na coś trafiła, może na ludzką kość. Idący przed ojcem człowiek zakasłał jakby znajomym tonem - dźwięk ten przypomniał mu pewną parę uszu. Blade, pokryte siatką maleńkich żyłek półprzejrzyste małżowiny, które zawsze czerwieniały z emocji, były najbardziej rzucającym się w oczy organem na głowie Wanga Wenyi. Wang, mężczyzna małego wzrostu, łeb miał pokaźny, wciśnięty głęboko między ramiona.
Ojciec wytężył wzrok, przewiercając spojrzeniem mgłę, i w końcu dojrzał wstrząsaną kaszlem głowę Wanga Wenyi. Przypomniał sobie, jak pewnego dnia spuszczono mu lanie na placu musztry i jak żałosny był to widok. Wang był wówczas świeżym rekrutem w oddziale komendanta Yu. Adiutant Ren wydał żołnierzom rozkaz: "W prawo zwrot!" - Wang Wenyi radośnie przestawił nogi, po czym ruszył w nieokreślonym kierunku. Adiutant Ren smagnął go biczem w zadek, z otwartych nagle ust Wanga Wenyi wydobył się okrzyk: "Ożeż... matko jedyna!". Po jego minie trudno było zgadnąć, czy jest mu do płaczu, czy do śmiechu. Zza murku okalającego plac dobiegł serdeczny śmiech gapiących się dzieciaków.
Komendant Yu czubkiem buta kopnął Wanga Wenyi prosto w tyłek.
- Czego kaszlesz?
- Panie komendancie... - odpowiedział żołnierz, tłumiąc kolejne kaszlnięcie. - W gardle mnie drapie...
- Drapie, nie drapie, masz być cicho! Jak zdradzisz naszą pozycję i zaczną do nas strzelać, zapłacisz głową!
- Tak jest, panie komendancie! - rzekł Wang Wenyi, po czym chwycił go kolejny spazm kaszlu.
Ojciec raczej wyczuł, niż zobaczył, jak komendant Yu rzuca się do przodu i chwyta Wanga obiema rękami za szyję. Wang Wenyi ze świstem chwytał powietrze, ale przestał kasłać.
Dłonie komendanta puściły kark żołnierza. Ojciec oczyma wyobraźni zobaczył dwa sine niczym dojrzałe winogrona ślady dłoni na skórze Wanga. W niebieskich, wystraszonych oczach mężczyzny poczucie krzywdy mieszało się z wdzięcznością.
Oddział szybko wkroczył między pola. Ojciec czuł instynktownie, że kierują się na południowy wschód. Wąska polna droga, którą szli, była jedynym bezpośrednim połączeniem między Rzeką Czarnej Wody a wioską. W dzień miała kolor białawy. Jej podłoże stanowiła smoliście czarna ziemia, jednak po długim udeptywaniu czerń przestała być widoczna. Drogę pokrywały niezliczone ślady zwierząt: tropy bydła, owiec i kóz w kształcie płatków kwiatów, półokrągłe odciski kopyt mułów, koni i osłów i ich przypominające suszone jabłka odchody, krowie placki, nad którymi roiło się od much, i rozsypane wszędzie kozie bobki podobne do czarnej fasoli. Ojciec często tędy chadzał - później, w ciężkich latach spędzonych w japońskiej kopalni, przed oczyma często pojawiał mu się obraz tego miejsca. Nie miał pojęcia o tych wszystkich erotycznych spektaklach, które swego czasu odegrała na tej drodze moja babka. Nie wiedział, że na ocienionej zbożem czarnej ziemi leżało kiedyś białe, lśniące niczym jadeit jej ciało. Ja jednak wiem o tym doskonale.
Gdy znaleźli się wśród pól, jakość mgły się zmieniła - zasłona stała się gęstsza, bardziej nieruchoma. Wielkie, ponure krople wody kapały z potrącanych przez ludzi i ich ekwipunek źdźbeł zboża, które trzeszczały i pojękiwały ze skrywanym oburzeniem. Woda była lodowata, krystalicznie czysta i świeża w smaku - gdy ojciec podniósł głowę, jedna kropla wpadła mu prosto do ust. Wpatrując się w spokojne opary, dostrzegał kołyszące się, ciężkie główki roślin. Mokre od rosy miękkie liście ocierały się o jego ubranie i twarz. Poczuł na czole krótki podmuch, który zaszemrał w zbożu. Szum Rzeki Czarnej Wody stawał się coraz głośniejszy.
Ojciec lubił pływać w Rzece Czarnej Wody - był urodzonym pływakiem, a babka mówiła, że na widok wody cieszył się bardziej niż na widok własnej matki. Kiedy miał pięć lat, nurkował jak mała kaczka - jego różowe pośladki celowały w niebo, stopy wystawały wysoko nad powierzchnię. Wiedział, że dno rzeki jest czarne, lśniące i miękkie jak łój. Bagniste brzegi porastała szarozielona trzcina i zgniłozielona babka azjatycka, rosły tam też płożące się po ziemi pnącza kudzu i ziele paciorecznika. Na wilgotnej ziemi rysowały się cieniutkie ślady krabów. Kiedy zaczynały wiać jesienne wiatry, przynoszące chłody, stada dzikich gęsi odlatywały na południe, tworząc na niebie klucze w kształcie linii prostej albo znaku "człowiek"2. Kiedy proso czerwieniało, całe watahy krabów wielkości końskiego kopyta wspinały się nocami na brzeg, by żerować wśród zarośli. Przepadały za świeżym krowim łajnem i rozkładającymi się szczątkami zwierząt. Szum wody przypomniał ojcu pewien jesienny wieczór, kiedy to zarządca naszej rodzinnej firmy, Liu Luohan3, zabrał go nad rzekę nad rzekę, gdy szedł łowić kraby. Noc miała przydymiony odcień ciemnych dojrzałych winogron, złoty wietrzyk owiewał brzegi rzeki. Na nieskończonym, ciemnoszmaragdowym niebie lśniły zielonkawą poświatą gwiazdozbiory: Wielka Niedźwiedzica, symbolizująca śmierć, Mała Niedźwiedzica, przynosząca życie, szklana ośmiograniasta studnia Oktantu, której brakuje jednego boku, zdesperowany Pasterz, zamierzający włożyć sobie pętlę na szyję, zrozpaczona Prządka4, już gotowa rzucić się do rzeki - wszystkie wisiały nad ich głowami. Wuj Liu Luohan od kilkudziesięciu lat zarządzał naszą rodzinną gorzelnią. Mój ojciec biegł ochoczo za nim, niczym za własnym ojcem.
Myśli ojca, niespokojne w otaczającej mgle, rozświetlił blask małej lampki z czworobocznym szklanym kloszem, naftowy dym wydostawał się przez otwór wywiercony w blaszanej pokrywce. Słabe światło wycinało w mroku pas szerokości zaledwie pięciu, sześciu metrów. W jego zasięgu woda przybierała na chwilę piękny żółtopomarańczowy kolor dojrzałej brzoskwini, po czym odpływała w ciemność, gdzie odbijało się w niej rozgwieżdżone niebo. Ojciec i wuj Luohan siedzieli przy lampce na brzegu, okryci pelerynami, wsłuchani w niezwykle głęboki, niski głos rzeki. Od nieskończonych pól docierały podniecone nawoływania godowe lisów. Blask lampy przyciągał kraby, które zbierały się w kręgu światła. Mój ojciec i wuj Luohan siedzieli w milczeniu, wsłuchując się z szacunkiem w sekrety, które szeptała ziemia; od czasu do czasu dobiegały ich powiewy zgniłej woni rzecznego mułu. Stada krabów otaczały ich zewsząd, tworząc niespokojny krąg. Ojciec był tak podekscytowany, że prawie poderwał się z miejsca, ale wuj Luohan przytrzymał go za ramiona.
- Spokojnie! - powiedział. - W gorącej wodzie kąpani nigdy nie dostają ciepłego kleiku!
Ojciec stłumił podniecenie i siedział bez ruchu. Kraby, znalazłszy się w zasięgu lampy, zatrzymywały się i głowa przy głowie, ogon przy ogonie, zakryły szczelnie podłoże. Lśniły zielonkawe skorupy, z wklęsłych oczodołów wystawały setki par okrągłych oczu na szypułkach. Kraby nisko pochyliły łby, z niewidocznych teraz otworów gębowych wydobywały się sznury różnokolorowych bąbelków. Gdy rzucały ludzkości to wielobarwne wyzwanie, nastroszyły się długie włókna peleryny mojego ojca.
- Łap! - krzyknął wuj Luohan.
Zachęcony okrzykiem wuja ojciec ruszył do ataku. Chwycili za rogi gęsto tkanej sieci, którą wcześniej rozłożyli na ziemi. Unieśli do góry warstwę krabów, odkrywając zajęty przez nie spłachetek przybrzeżnego piasku. Związali rogi sieci i rzucili ją na bok, po czym równie wprawnymi, szybkimi ruchami podnieśli kolejne dwie. Wszystkie sieci były tak ciężkie, że musiały zawierać setki, może nawet tysiące krabów.
Gdy oddział wkroczył w zboże, ojciec posuwał się do przodu po krabiemu, zakosami, unikając pustych miejsc między roślinami i przydeptując źdźbła tak, że gięły się na wszystkie strony. Wciąż uczepiony rogu komendanckiego płaszcza chwilami maszerował samodzielnie, a chwilami był ciągnięty naprzód. Ogarniała go senność. Szyja mu zesztywniała, oczy nabrały osowiałego, obojętnego wyrazu. W głowie kołatała mu się tylko jedna myśl: dopóki będzie mógł chodzić z wujkiem Luohanem nad Rzekę Czarnej Wody, nigdy nie wróci z pustymi rękami.
Ojciec objadał się krabami do znudzenia, kraby jadła też babka. W końcu im się przejadły, ale szkoda było je wyrzucić, toteż wuj Luohan posiekał resztę, zmełł w młynku do przyrządzania tofu, posolił i ponakładał do słoików. Tak powstała krabowa pasta, którą jadaliśmy przez cały rok, dopóki się nie zepsuła, wtedy nawoziliśmy nią maki. Słyszałem, że babka paliła opium, ale nie wpadła w nałóg, dzięki czemu jej twarz do końca życia zachowała brzoskwiniową świeżość, umysł pozostał jasny, a usposobienie miłe. Nawożone krabami maki rosły duże i dorodne i miały różowe, czerwone i białe kwiaty o odurzającym zapachu. Czarna ziemia mojej rodzinnej wioski zawsze była wyjątkowo żyzna i rodziła obfite plony, a uprawiających ją ludzi cechowała dobroć, wytrwałość i ambicja - taki właśnie był charakter moich rodaków. Białe węgorze żyjące w Rzece Czarnej Wody wyrastały grube niczym penisy i tak głupie, że zawsze połykały haczyk.
Ojciec pamiętał, jak zginął wuj Luohan - było to przed rokiem, na drodze Jiao-Ping. Jego ciało zostało rozerwane na kawałki i rozrzucone na wszystkie strony świata. Kiedy zdejmowano z niego skórę, gołe mięso podskakiwało i drgało, jakby był ogromną, obdzieraną ze skóry żabą. Na wspomnienie tego ciała po plecach ojca przebiegł dreszcz. Potem przypomniał sobie pewną noc przed siedmioma czy ośmioma laty, kiedy to moja babka, pijana, stała oparta o snop sorga na podwórzu naszej rodzinnej gorzelni, obejmowała wuja Luohana za szyję i błagała:
- Wuju... Nie odchodź! Nie obchodzi cię mnich - miej wzgląd na Buddę, nie zależy ci na rybach - zastanów się nad wodą, jeśli nie dbasz o mnie - pomyśl o Douguanie! Jeśli mnie pragniesz... mogę być twoja... Jesteś dla mnie jak ojciec...
Wuj Luohan odepchnął babkę i poczłapał do szopy mieszać paszę dla zwierząt - dwóch czarnych mułów pracujących w naszej gorzelni, dzięki której staliśmy się najbogatszą rodziną w wiosce. Donikąd nie odszedł. Był kierownikiem firmy, dopóki Japończycy nie zabrali mułów na budowę drogi Jiao-Ping.
Od wsi, którą zostawili za sobą, dały się słyszeć przeciągłe porykiwania mułów. Ojciec wzdrygnął się i otworzył szeroko oczy, ale widział tylko mgłę - półprzejrzystą, lecz nieprzeniknioną. Wysokie, proste źdźbła sorga tworzyły gęsty żywopłot majaczący za zasłoną mgieł, za nim krył się następny i jeszcze następny, i tak w nieskończoność. Ojciec już zapomniał, ile czasu minęło od chwili, gdy weszli w zboże - jego myśli wciąż krążyły wokół szumiącej w oddali życiodajnej rzeki, wokół wspomnień. Nie rozumiał, po co w takim tempie przedzierali się przez tę gęstą jak sen, rozległą jak morze połać. Stracił poczucie kierunku. Dwa lata wcześniej też zdarzyło mu się zgubić na polu, ale w końcu zdołał znaleźć drogę - kierował się szumem rzeki. Tym razem także usłyszał jej sygnał i szybko się zorientował, że oddział zmierza na wschód z odchyleniem na południe, równolegle do biegu rzeki. Znał już kierunek, zrozumiał więc, że idą zrobić zasadzkę na Japończyków - że będą zabijać ludzi tak samo, jak zabija się psy. Wiedział, że idąc na południowy wschód, szybko dotrą do drogi z powiatu Jiao do powiatu Pingdu, łączącej północ z południem i dzielącej wielką nizinę na dwie części. Zbudowali ją zwykli ludzie, pod ciosami batów i bagnetów w rękach Japończyków i ich wiernych psów, kolaborantów.
Sorgo poruszało się niespokojnie, roztrącane przez oddział zmęczonych żołnierzy o głowach i szyjach mokrych od opadającej rosy. Wang Wenyi ciągle kasłał, mimo nieustannych połajanek komendanta. Ojciec czuł, że droga jest blisko, jego oczy już dostrzegały niewyraźny zarys. Nie wiedzieć kiedy nawet tam, gdzie mgła była najgęstsza, zaczęły się pojawiać niewielkie prześwity - mokre źdźbła sorga jedno po drugim popatrywały przez owe luki na ojca, a on odpowiadał im oddanym spojrzeniem. Nagle poczuł, że są to żywe istoty, które mają duszę i które tkwiąc korzeniami w czarnej ziemi, wchłaniają energię Słońca i Księżyca, piją deszcz i rosę, rozumieją porządek Nieba i ład Ziemi. Kolor sorga powiedział ojcu, że słońce już rozjarzyło bolesną czerwienią osłonięty zbożem horyzont.
Nagle wydarzyło się coś nieoczekiwanego. Ojciec najpierw usłyszał przenikliwy gwizd tuż koło ucha, a potem trzask, jakby coś się przed nimi rozerwało.
- Kto strzelił?! - krzyknął komendant. - Który gnojek strzelił?!
Ojciec słyszał, jak pocisk przewierca się przez gęstą mgłę między łodygami i liśćmi zboża i strąca jeden z kłosów. Wszyscy wstrzymali oddech. Kula przeleciała z wizgiem i w nieokreślonym miejscu spadła na ziemię. We mgle rozszedł się zapach prochu.
- Panie komendancie! - zapiszczał żałośnie Wang Wenyi. - Nie mam głowy! Panie komendancie! Gdzie moja głowa?
Dowódca zbaraniał na chwilę, po czym wymierzył mu kopniaka.
- Pieprzony idioto! Skoro nie masz głowy, to jak możesz mówić?
Komendant Yu porzucił mego ojca i ruszył na czoło oddziału. Wang Wenyi wciąż lamentował. Ojciec zrobił krok do przodu i spojrzał na jego twarz o dziwacznym wyrazie. Po policzku Wanga Wenyi spływało coś ciemnoniebieskiego. Ojciec wyciągnął rękę i dotknął lepkiej, ciepłej substancji. Poczuł zapach podobny do tego, który wydzielał muł z dna Rzeki Czarnej Wody, lecz dużo świeższy. Zagłuszył aromat mięty i słodko-gorzką woń sorga i obudził w ojcu wspomnienie, z każdą chwilą bliższe. Niczym sznur paciorków zapach ten łączył muł Rzeki Czarnej Wody, czarną ziemię, na której wyrastało sorgo, wiecznie żywą przeszłość i przyszłość, której nie sposób powstrzymać. Bywały czasy, że cały świat pachniał ludzką krwią.
- Wujku, wujku, jesteś ranny! - zauważył ojciec.
- Douguan, to ty, prawda? Sprawdź no, czy wujek ma jeszcze głowę na karku, dobrze?
- Masz, wujku! Wszystko z nią w porządku, tylko z ucha krew ci leci.
Wang Wenyi wyciągnął rękę i pomacał ucho, po czym spojrzał na dłoń - była cała we krwi. Wrzasnął przeraźliwie, po czym zamarł.
- Panie komendancie, jestem ranny! Jestem ranny!
Dowódca wrócił z przodu oddziału, chwycił Wanga Wenyi za szyję i przyklęknął.
- Przestań wrzeszczeć, bo cię uduszę! - warknął ściszonym głosem.
Wang Wenyi ani pisnął.
- Gdzie jesteś ranny? - zapytał komendant.
- W ucho... - zapłakał żołnierz.
Dowódca wyciągnął zza pasa zwinięty kawałek białej tkaniny, przedarł na pół i podał Wangowi Wenyi.
- Przyłóż to, bądź cicho i idź dalej, jak dojdziemy do drogi, to sobie obandażujesz - zarządził. - Douguan! - przywołał ojca.
Ojciec kiwnął głową. Dowódca chwycił go za rękę i ruszyli, a Wang Wenyi, pochlipując, człapał za nimi.
Okazało się, że winien był niejaki Niemowa. Strzelba, którą niósł na plecach, wypaliła, gdy się potknął. Ten rosły mężczyzna otwierał pochód, maszerując z broną w ręku. Był wielkim zawadiaką, starym przyjacielem komendanta Yu, razem buszowali po okolicznych łąkach i lasach, razem opychali się cudzymi plackami wśród sorgowych pól. Kulał na jedną nogę z powodu jakiejś wrodzonej wady, mimo to poruszał się bardzo sprawnie. Ojciec trochę się go bał.
O brzasku, gdy oddział komendanta Yu dotarł w końcu do drogi Jiao-Ping, wielka mgła nareszcie się rozwiała. W naszej wiosce ósmy miesiąc to pora mgieł - być może to kwestia nizinnego, wilgotnego terenu. Kiedy ojciec wszedł na drogę, poczuł się zręczny i lekki, jego krok nabrał tempa i wigoru, puścił więc odważnie skraj płaszcza swojego dowódcy. Wang Wenyi ze szmatką przyłożoną do ucha nadal miał płaczliwą minę. Komendant Yu niezręcznie obandażował ranę, zawijając mu pół głowy. Żołnierz boleśnie zgrzytał zębami.
- Miałeś szczęście! - orzekł dowódca.
- Cała krew mi wypłynęła, nie mogę iść dalej! - jęknął Wang Wenyi.
- Bzdety! To nic gorszego niż ugryzienie komara. Zapomniałeś o swoich trzech synach?
- Nie, nie zapomniałem... - wymamrotał mężczyzna, spuszczając głowę.
Kolba długolufowej strzelby myśliwskiej, którą taszczył na ramieniu, miała kolor krwi. Płaski metalowy pojemnik na proch dyndał mu na pośladku.
Ostatnie skrawki mgły wycofały się w głąb pól. Drogę pokrywał żwir, na którym nie było widać ani odcisków końskich i bydlęcych kopyt, ani śladów stóp człowieka. Gęstwina zbóż otaczająca z obu stron tę dziwaczną opustoszałą drogę wydawała się złowróżbna. Ojciec wiedział, że oddział komendanta Yu, z głuchymi, niemymi i kulawymi włącznie, liczył nie więcej niż czterdziestu żołnierzy. Ludzie ci jednak, gdy mieszkali w wiosce, robili wokół siebie tyle szumu - aż fruwało pierze i psy podskakiwały - że cała wieś wydawała się roić od wojska. Kiedy oddział wszedł na drogę, ta niespełna czterdziestka ludzi zbiła się w małą grupkę, przypominającą zziębniętego węża. Mieli broń najróżniejszego autoramentu: śrutówki, stare karabiny Hanyang, a bracia Fangowie, Szósty i Siódmy, taszczyli armatę, z której można było strzelać odważnikami do wagi. Niemowa dźwigał szeroką bronę o dwudziestu sześciu ostrych metalowych zębach, takie same narzędzia niosło trzech innych żołnierzy. Ojciec nie wiedział jeszcze, na czym ma polegać zastawianie zasadzki na Japończyków ani tym bardziej, dlaczego potrzebowali w tym celu aż czterech bron.
Tak właśnie było: gdy budowa drogi Jiao-Ping dotarła w nasze strony, sorgo na polach sięgało nam ledwie do pasa. Cały ten mierzący siedemdziesiąt na osiemdziesiąt li6 nizinny obszar, z wyjątkiem kilkunastu wiosek, dwóch krzyżujących się rzek i kilkudziesięciu krętych polnych dróg, zalewały zielone fale sorgowego morza. Z wejścia do naszej wioski doskonale widać było Górę Białego Konia - biały skalisty grzbiet o końskim kształcie na północnym skraju niziny. Pracujący w polu rolnicy podnosili głowy i spoglądali na białego konia, opuszczali je i widzieli czarną ziemię, w którą wsiąkał ich pot, a w ich sercach było cierpienie. Kiedy rozeszła się wieść, że Japończycy będą budować drogę na naszej równinie, mieszkańcy wioski natychmiast zrobili się niespokojni i z obawą czekali na zbliżającą się katastrofę.
Mówiono, że Japończycy nadejdą, i tak też się stało.
Kiedy japońskie diabły i ich kolaboranci zjawili się w naszej wiosce, by pojmać siłę roboczą i zabrać nasze konie i muły, mój ojciec spał. Obudziły go jakieś hałasy dochodzące z gorzelni. Babka wzięła go za rękę i pociągnęła na dziedziniec, drobiąc na swoich podobnych do bambusowych pędów stópkach. Na podwórzu naszej gorzelni stało kilkanaście wielkich kadzi, każda pełna przedniej czystej wódki, której aromat unosił się w całej wiosce. Stało tam dwóch odzianych w żółtawe mundury Japończyków, trzymających karabiny z zamocowanymi bagnetami. Dwóch czarno ubranych Chińczyków z karabinami na plecach właśnie odwiązywało dwa wielkie czarne muły od pnia katalpy.Wuj Luohan raz po raz próbował rzucić się na mniejszego z kolaborantów, który odwiązywał lejce, lecz ten postawniejszy odpychał go lufą. Panował upał, więc wuj Luohan miał na sobie tylko cienką koszulę; na odsłoniętej piersi widać już było pełno czerwonych okrągłych śladów, odciśniętych przez metalową rurę.
- Bracia, może się dogadamy, może się dogadamy - prosił.
- Zjeżdżaj stąd, stary psie! - rzucił większy żołnierz.
- Zwierzęta należą do właściciela tej ziemi, nie możecie ich tak po prostu zabrać!
- Jak się będziesz dalej awanturował, fiuta ci odstrzelę! - zagroził kolaborant.
Japończycy stali nieruchomo z karabinami w rękach, podobni do glinianych figurek.
Kiedy moja babka z ojcem zjawili się na dziedzińcu, wuj Luohan poskarżył się:
- Chcą zabrać nasze muły!
- Panie oficerze - odezwała się babka - jesteśmy uczciwymi ludźmi.
Japończycy zmrużyli oczy i uśmiechnęli się krzywo.
Niższy kolaborant odwiązał muły i zaczął je ciągnąć, te jednak podniosły wysoko łby i za nic nie chciały ruszyć z miejsca. Wyższy podszedł i kilka razy szturchnął jednego lufą w zad, rozdrażnione zwierzę jęło ryć ziemię kopytami, lśniące żelazne podkowy drapały błotnistą glebę, opryskując twarze żołnierzy grudkami błota.
Wyższy kolaborant wycelował karabin w wuja Luohana i krzyknął:
- Chodź no tu, stary bydlaku, zaprowadź je na budowę!
Wuj Luohan ukucnął i nie odezwał się ani słowem.
Jeden z Japończyków zamachał mu bronią przed twarzą.
- Minliualajalamilin! - rozkazał.
Na widok lśniącego ostrza tuż przed oczyma wuj Luohan usiadł. Japończyk dźgnął go bagnetem, ostrze wycięło otwór w gładkiej, łysej skórze na jego głowie.
- Wuju, zaprowadź im te muły! - wykrzyknęła roztrzęsiona babka.
Jeden z Japończyków zbliżył się do niej. Ojciec widział, że jest młodym, ładnym chłopakiem o dużych, lśniących czarnych oczach, ale gdy się uśmiechał, kąciki jego ust unosiły się w górę i odsłaniały żółtawe kły. Babka niepewnym krokiem cofnęła się w stronę wuja. Krew z rany zalewała mu głowę i twarz. Obaj Japończycy z uśmiechem podeszli bliżej. Babka położyła obie dłonie na zakrwawionej łysinie Luohana, po czym przyłożyła je do własnej twarzy. Następnie zwichrzyła włosy, otworzyła usta i zaczęła podskakiwać jak szalona. Wyglądała, jakby tylko w trzech częściach była człowiekiem, a w siedmiu - demonem. Zdumieni Japończycy znieruchomieli. Mniejszy kolaborant powiedział:
- Panie oficerze, ta kobieta całkiem oszalała!
Jeden z Japończyków wymamrotał coś i strzelił, celując ponad głową babki. Babka usiadła na ziemię i zaczęła głośno płakać.
Wyższy kolaborant szturchnął wuja Luohana karabinem, żeby skłonić go do wstania. Wuj Luohan wziął lejce z rąk niższego. Muły podniosły łby i na drżących nogach dały się wyprowadzić z dziedzińca. Uliczka roiła się od mułów, koni, owiec i kóz.
Babka wcale nie zwariowała. Gdy tylko japońskie diabły i ich pomagierzy opuścili podwórze, zdjęła drewnianą pokrywę z jednej z kadzi i w lustrzanej powierzchni sorgowej wódki przyjrzała się swojemu budzącemu grozę zakrwawionemu obliczu. Ojciec zauważył, że łzy płynące po jej policzkach nabrały czerwonej barwy. Babka umyła twarz w alkoholu, zabarwiając całą kadź na czerwono.
Wuj Luohan, podobnie jak nasze muły, został zmuszony do pracy na budowie. Na sorgowym polu powstawał zarys przyszłej drogi. Na południowym brzegu Rzeki Czarnej Wody budowa była już niemal skończona, nową drogą nadjeżdżały mniejsze i większe wozy załadowane kamieniami i żółtym piaskiem i zrzucały ładunek na brzegu. Na rzece był tylko jeden drewniany most, Japończycy postanowili więc zbudować nowy, kamienny. Po obu stronach drogi wydeptano wielkie połacie zboża, ziemia wyglądała jak przykryta wielkim zielonym kocem. Na północ od rzeki kilkadziesiąt mułów ciągnęło wzdłuż świeżo usypanego z czarnej ziemi pasa kamienne walce, wygniatając w sorgowym polu wielkie płaskie przestrzenie, drąc pokrywającą ziemię gęstą szmaragdową sieć. Prowadzone przez ludzi zwierzęta maszerowały w tę i z powrotem po polu. Świeże źdźbła sorga padały połamane, potem rozgniatały je walce, barwiąc się na ciemnozielono roślinnym sokiem. Mocna woń zboża unosiła się nad terenem budowy.
Wujowi Luohanowi kazano przenosić kamienie z południowego na północny brzeg. Z wielką niechęcią oddał lejce mułów jakiemuś staruszkowi z kaprawymi oczyma i ruszył na drugą stronę przez lichy mostek, który chwiał się tak, jakby miał się pod nim załamać. Stojący na południowym brzegu Chińczyk, wyglądający na nadzorcę, wydał polecenie, szturchając go w głowę czerwoną rózgą:
- Bierz się do roboty i noś te kamienie na północny brzeg!
Wuj Luohan otarł rękoma oczy - krew płynąca mu po twarzy zmoczyła brwi. Dźwignął średniej wielkości głaz i ruszył z południa na północ. Trzymający lejce staruszek nadal tam był.
- Oszczędzaj te muły, to własność firmy - zwrócił się do niego Luohan.
Starzec obojętnie kiwnął głową i poprowadził muły ku miejscu, gdzie wielka gromada zwierząt przygotowywała grunt pod nowy odcinek. Na gładkich zadach czarnych mułów tańczyły odblaski słońca. Z rany wuja wciąż sączyła się krew. Luohan przykucnął, zebrał w garść trochę ziemi i przyłożył do łysiny. Tępy ból przeszył go od czubka głowy po palce u stóp; czuł się tak, jakby czaszka pękała mu na dwoje.
Na obrzeżach placu budowy stali uzbrojeni japońscy żołnierze i kolaboranci, nadzorca z batem w ręku krążył tam i z powrotem jak duch. Na widok pokrytej krwawym błotem głowy Luohana robotnicy z przestrachem wytrzeszczali oczy. Wuj podniósł kamień. Ledwie ruszył, usłyszał za sobą świst, po czym długie pasmo kłującego bólu przeszyło mu plecy. Upuścił kamień i spojrzał na wykrzywioną uśmiechem twarz nadzorcy.
- Szanowny panie, jeśli ma mi pan coś do powiedzenia, proszę mówić, po co od razu bić?
Nie przestając się uśmiechać, nadzorca zamachnął się znowu; bat owinął się wujowi wokół pasa. Luohan poczuł się tak, jakby uderzenie przecięło go na pół, dwa strumienie gorących, palących łez pociekły mu z kącików oczu, krew uderzyła do głowy. Miał wrażenie, że pokryta mieszaniną krwi i błota skorupa zaczęła podskakiwać, sprawiając mu taki ból, jakby czaszka zaraz miała mu pęknąć.
- Szanowny panie! - krzyknął wuj.
Szanowny pan znowu przyłożył mu batem.
- Czemu pan mnie bije, szanowny panie?
Nadzorca potrząsnął trzymanym w ręku batem, jego oczy zwęziły się w uśmiechu.
- Żebyś zobaczył, jak to jest, psi synu!
Wuj Luohan miał ściśnięte gardło, łzy zalewały mu oczy. Schylił się, podniósł spory kamień ze stosu i ruszył chwiejnym krokiem w kierunku mostku. Czuł, że puchnie mu głowa, przed oczyma robiło mu się biało. Ostre krawędzie kamienia wpijały mu się w brzuch i klatkę piersiową, ale nie czuł bólu.
Nadzorca stał z batem w ręku jak wmurowany, a taszczący kamień wuj Luohan, trzęsąc się ze strachu, usiłował czym prędzej zejść mu z oczu. Nadzorca smagnął go batem w szyję. Wuj zachwiał się i wciąż obejmując głaz rękoma, padł na kolana. Kamień poharatał mu dłonie i poranił podbródek do krwi; ogłupiały z przerażenia i bólu zaczął łkać jak dziecko. W pustce, która zapanowała w jego umyśle, powoli zaczął się rozjarzać czerwony płomyk.
Z wysiłkiem wyciągnął ręce spod kamienia, podniósł się, wyginając grzbiet w łuk niczym rozwścieczony stary kocur.
W tym momencie jakiś mężczyzna w wieku około czterdziestki, cały w uśmiechach, podszedł do nadzorcy i wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów. Wyjął jednego i z szacunkiem podał nadzorcy, który otworzył usta, przyjął papierosa i pozwolił, by mężczyzna podał mu ogień.
- Nie warto się przejmować tym idiotą, szefie - zagaił.
Nadzorca bez słowa wypuścił dym nozdrzami. Wuj Luohan zauważył, że pożółkłe palce, w których trzyma bat, drżą.
Czterdziestolatek włożył nadzorcy do kieszeni całą paczkę. Ten z początku jakby nic nie zauważył, lecz po chwili z cichym prychnięciem poklepał się po kieszeni, odwrócił się na pięcie i odszedł.
- Jesteś tu nowy, starszy bracie? - spytał mężczyzna wuja Luohana.
Wuj potwierdził.
- Pewnie nie przyniosłeś mu żadnego drobiazgu na powitanie?
- Z tymi psami nie ma żadnej rozmowy! Przywlekli mnie tu siłą.
- Można mu dać trochę pieniędzy albo paczkę papierosów. On nie bije pracowitych, nie bije leniwych, tylko tych, którzy nie patrzą i nie wyciągają wniosków.
Czterdziestolatek odszedł rozkołysanym krokiem i wtopił się w brygadę robotników.
Przez cały ranek wuj Luohan nosił kamienie jak szalony. Strup na głowie, spieczony słońcem, pękał, sprawiając mu ból. Dłonie miał poranione do krwi, a uraz dolnej szczęki spowodował, że cały czas ciekła mu ślina. Purpurowy płomień tlił się w jego głowie to mocniej, to słabiej, nie przygasał jednak ani na chwilę.
W południe niegotowym jeszcze odcinkiem drogi nadjechała, trzęsąc się, brązowa ciężarówka. Wuj Luohan jak przez mgłę usłyszał piskliwy dźwięk gwizdka, ledwie żywi robotnicy powlekli się w stronę wozu. Usiadł na ziemi bezmyślnie, zupełnie niezainteresowany, skąd i po co nadjechał samochód. Parzący czerwony płomyk podskakiwał mu w głowie, atakując uszy ciągłym brzęczeniem.
Mężczyzna w średnim wieku podszedł i pociągnął go za rękę.
- Starszy bracie, chodź, czas na jedzenie. Spróbuj japońskiego ryżu!
Wuj wstał i poszedł za nim.
Z ciężarówki wyładowano kilka kotłów z białym ryżem oraz kosz pełen białych porcelanowych miseczek w niebieskie kwiatki. Obok kotłów stanął chudy Chińczyk z metalową łyżką, obok kosza - gruby Chińczyk z miseczką w dłoni. Każdy, kto podchodził, otrzymywał miskę, którą następnie napełniano ryżem. Ciężarówkę otaczał tłum ludzi pochłaniających jedzenie żarłocznie niczym wilki i tygrysy - nie mieli pałeczek, więc wkładali sobie ryż do ust palcami.
Znowu pojawił się nadzorca z batem w ręku i zimnym uśmiechem na twarzy. Płomień w głowie wuja Luohana rozhuczał się, wydobywając z mroków pamięci podobne do koszmarnego snu wydarzenia dzisiejszego poranka. Uzbrojeni japońscy wartownicy i ich pomagierzy także podeszli do jednego z ocynkowanych kotłów i zabrali się do jedzenia. Za kotłem siedział wilczur o długim pysku i z wywieszonym ozorem przyglądał się robotnikom.
Wuj Luohan naliczył kilkunastu Japończyków i podobną liczbę kolaborantów posilających się wokół kotła. Zaświtała mu myśl o ucieczce. Wystarczyłoby dopaść zboża i te psy nigdy go nie znajdą. Jego stopy pokryły się gorącym potem; odkąd wpadł na pomysł, by uciec, stał się niecierpliwy i niespokojny. Ciekawe, cóż to za tajemnicę skrywał zimny, spokojny uśmieszek na twarzy nadzorcy? Na widok tego uśmieszku Luohanowi mieszało się w głowie.
Żaden z robotników porządnie się nie najadł. Gruby Chińczyk pozbierał miski. Robotnicy oblizywali wargi, wpatrując się w grudki ryżu przyklejone do ścianek kotłów, ale żaden nie odważył się poruszyć. Od północnego brzegu rzeki dobiegło ochrypłe ryczenie muła. Wuj Luohan rozpoznał muły z naszego gospodarstwa. Zwierzęta, wciąż przywiązane do kamiennych walców na terenie budowy, obojętnie żuły rozgniecione łodygi i pędy sorga, które niczym trupy pokrywały ziemię.
Po południu jakiś około dwudziestoletni mężczyzna, licząc na chwilę nieuwagi nadzorcy, wymknął się w zboże. Dogoniła go kula. Upadł i legł nieruchomo na skraju pola.
Kiedy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, brązowa ciężarówka odjechała. Wuj Luohan zjadł cały swój przydział ryżu. Jego przyzwyczajony do sorga przewód pokarmowy stanowczo protestował przeciwko tej białej, cuchnącej stęchlizną substancji, lecz pokonując skurcz przełyku, przepchnął ją do żołądka. Myśl o ucieczce odzywała się coraz silniej. Tęsknił za swoim dziedzińcem wypełnionym drażniącym nozdrza zapachem alkoholu, czekającym na niego w wiosce oddalonej o kilkanaście li. Wszyscy robotnicy z gorzelni pouciekali, buchający gorącem gar do gotowania wódki był teraz zimny. Jeszcze bardziej tęsknił za moją babką i moim ojcem. Trudno mu było zapomnieć o czułości, którą okazała mu obok sterty sorgowych liści.
Po kolacji robotnicy zostali zagnani do wielkiej zagrody zbudowanej ze świerkowych drągów, przykrytej kilkoma płachtami brezentu. Słupy były połączone drutem grubości ziarna zielonej fasoli, bramę zbudowano z solidnych żelaznych prętów. Japońskie diabły i ich pomagierzy mieszkali w dwóch osobnych namiotach, oddalonych od zagrody o kilkadziesiąt kroków. Psa uwiązano przy wejściu do namiotu Japończyków. U wejścia do zagrody stał wysoki słup, a na nim wisiały dwie latarnie. Japończycy i Chińczycy stali tu na warcie na zmianę. Muły i konie przywiązano do kilkudziesięciu palików, wbitych gęsto w stratowane pole na zachód od zagrody.
W zagrodzie panował duszący smród. Niektórzy chrapali, inni sikali do blaszanego wiadra w kącie; strumień moczu uderzający w metal wydawał brzęk niczym perły spadające na jadeitowy talerz. Słabe światło latarni wpadało do środka, postaci wartowników rzucały długie, chybotliwe cienie.
W miarę upływu nocy zimno stawało się coraz dotkliwsze. Wuj Luohan nie mógł zasnąć. Wciąż rozmyślał o ucieczce. Odgłos kroków straży okrążał zagrodę. Wuj leżał, bojąc się poruszyć, aż w końcu zapadł w niespokojną drzemkę. We śnie czuł się tak, jakby w głowę wbito mu ostry nóż, a ręce przypiekano rozżarzonym żelazem. Obudził się zlany potem, spodnie miał przesiąknięte moczem. Z odległej wioski dobiegło piskliwe pianie koguta. Muły i konie tupały i parskały. Przez podarty brezent ukradkiem przeświecało kilka gwiazd.
Mężczyzna w średnim wieku, który za dnia pospieszył Luohanowi na ratunek, podniósł się cicho. Mimo mroku wuj dostrzegł dwie ogniste kulki jego oczu. Przeczuwał, że to człowiek niezwykły. Leżąc w ciszy, obserwował go.
Mężczyzna ukląkł u wejścia do zagrody. Bardzo powoli podniósł ręce. Wuj patrzył na jego plecy i głowę, którą otaczała tajemnicza poświata. Mężczyzna wziął głęboki oddech, przechylił głowę, wyrzucił ręce w przód niczym strzały z łuku i chwycił dwa żelazne pręty. Jego oczy miotały ciemnozielone błyski - wydawało się, że gdy spojrzenie to napotyka cokolwiek na swojej drodze, słychać szelest. Żelazne pręty rozstąpiły się bezgłośnie. Do zagrody wsączyło się nieco więcej światła latarni i gwiazd, padając po drodze na znoszony but. Strażnik się odwrócił. Wuj dostrzegł jakiś cień, który wyskoczył na zewnątrz. Japończyk jęknął, po czym bezgłośnie osunął się na ziemię w żelaznym uścisku mężczyzny. Ten podniósł z ziemi karabin strażnika i rozpłynął się w powietrzu.
Dopiero po chwili wuj zdał sobie sprawę z tego, co się właśnie rozegrało przed jego oczami. Mężczyzna w średnim wieku okazał się niezłym chwatem, biegłym w sztukach walki. I oto otworzył mu drogę ucieczki. W nogi! Wuj ostrożnie wyczołgał się przez otwór. Martwy Japończyk leżał na ziemi twarzą do góry, jego noga wciąż podrygiwała.
Wuj wczołgał się w zboże, wstał i poszedł wzdłuż bruzdy. Starając się nie potrącać źdźbeł, by nie szeleściły, dotarł do brzegu Rzeki Czarnej Wody. Trzy Gwiazdy stały w zenicie - był to czas najgłębszej ciemności przed świtem. Ich blask odbijał się w wodzie. Postawszy chwilę na brzegu, wuj Luohan zaczął trząść się z zimna i dzwonić zębami. Ból dolnej szczęki promieniował na policzki, uszy, sięgał czubka głowy, gdzie łączył się z pulsującym bólem ropiejącej rany. Orzeźwiający, zmieszany z wonią roślinnego soku zapach wolności wypełnił nozdrza, płuca i wnętrzności Luohana. Światła dwóch latarni, podobne do diabelskich ogników, jarzyły się we mgle; czarna, rzucająca chybotliwe cienie świerkowa zagroda przypominała gigantyczną mogiłę. Wuj Luohan nie mógł uwierzyć, że poszło mu tak łatwo. Nogi zaniosły go na próchniejący drewniany mostek nad szemrzącą wodą, w której pluskały się ryby. Blask spadającej gwiazdy przeszył nieboskłon, zupełnie jakby nic się nie wydarzyło. Wuj Luohan mógł teraz wrócić do wioski, ukryć się, wyleczyć rany i żyć dalej. Lecz gdy szedł przez most, z południowego brzegu dobiegło go niespokojne porykiwanie mułów. Wuj Luohan zawrócił więc po nie. To właśnie doprowadziło do wielkiej tragedii.
Konie i muły przywiązano do kilkudziesięciu drewnianych palików w pobliżu zagrody dla ludzi. Ziemia cuchnęła tu moczem i odchodami. Konie parskały, muły obgryzały paliki. Konie żuły źdźbła sorga, muły wydalały rzadki kał. Wuj Luohan, potykając się co chwila, zakradł się między zwierzęta. Poczuł znajomy zapach naszych dwóch czarnych mułów i wypatrzył dobrze znane sylwetki. Ruszył w tym kierunku, chcąc uwolnić swoich towarzyszy niedoli. Muły jednak, stworzenia niezdolne do logicznego myślenia, szybko obróciły się do niego zadami, a ich kopyta wystrzeliły w powietrze.
- Czarne muły, czarne muły... - mamrotał wuj. - Ucieknijmy stąd razem!
Zwierzęta gniewnie dreptały w kółko, broniąc swego terytorium. Nie rozpoznały swojego pana. Luohan nie wiedział, że to przez świeży zapach jego zaschniętej krwi i ran wydał się mułom kimś obcym. Zdezorientowany i zmartwiony zrobił kolejny krok naprzód, a wtedy jeden z mułów wymierzył mu cios kopytem w biodro. Wuj przeleciał w powietrzu kilka metrów i runął na ziemię. Zdrętwiało mu pół ciała. Muł wciąż wiercił się i tupał, stalowe podkowy lśniły niczym księżyce. Biodro wuja spuchło, dręczył go palący ból i nieznośne uczucie ciężaru. Wstał, upadł z powrotem i znowu się podniósł. Od wsi dobiegło piskliwe pianie koguta. Ciemność powoli ustępowała, Trzy Gwiazdy świeciły coraz jaśniej, ich blask odbijał się w gładkich zadach i oczach mułów.
- Pieprzone bestie!
Wuj Luohan, płonąc gniewem, kuśtykał dokoła, usiłując znaleźć jakąś broń. W miejscu, gdzie budowano rów melioracyjny, trafił na ostrą żelazną motykę, podniósł ją więc i ruszył z powrotem, międląc w ustach przekleństwa. Nie przypominał już ani trochę więźnia, nie myślał o ludziach i ich psie, którzy znajdowali się o sto kroków od niego. Był wolny - źródłem niewoli jest bowiem strach.
Słońce wyłaniało się nad horyzontem i czerwonawa poświata na wschodnim niebie powoli się rozpraszała, łany sorga w tej godzinie przedświtu stały tak spokojnie, jakby miały za chwilę wybuchnąć. Wuj Luohan, z twarzą zwróconą ku porannej zorzy, zbliżył się do mułów. Nienawiść do nich przenikała go do szpiku kości. Muły stały w ciszy i bezruchu. Wuj Luohan podniósł motykę, wycelował w tylną nogę jednego z nich i ciął z całej siły. Na nogę muła padł lodowaty cień. Zwierzę zachwiało się, potem wyprostowało i wydało gwałtowny, dziki, przerażony, wściekły ryk. Zraniony muł uniósł zad i fontanna gorącej krwi jak deszcz zrosiła twarz wuja Luohana. Korzystając z dogodnego dostępu, wuj uderzył w drugą tylną nogę. Muł westchnął głośno, zad opuścił się i zwierzę przysiadło ciężko na ziemi. Stojąc na przednich nogach, z szyją wyciągniętą w górę, wciąż przywiązaną postronkiem, beczał rozgłośnie prosto w szaroniebieskie niebo. Motyka leżała przygnieciona jego zadem, wuj Luohan także ukucnął. Wytężając wszystkie siły, wyciągnął narzędzie spod zwierzęcia. Czuł, jak stalowe ostrze szoruje o kość. Drugi muł patrzył ogłupiałym wzrokiem na towarzysza i żałośnie porykiwał, zupełnie jakby płakał albo prosił o litość.
Kiedy wuj Luohan podszedł do niego z motyką w ręku, muł się cofnął. Postronek napiął się, jakby miał pęknąć, palik zaskrzypiał. Ogromne oczy zwierzęcia rozjarzyły się ciemnoniebieskim blaskiem.
- Boisz się, kreaturo, co? Gdzie twoja godność? Ty niewdzięczny skurczybyku! Kolaborancki psi pomiocie!
Wykrzykując gniewne obelgi, wuj Luohan ciął motyką, mierząc w kanciasty pysk muła. Ostrze trafiło w palik i utkwiło w nim. Poruszając narzędziem na wszystkie strony, w końcu zdołał wydobyć ostrze z drewna. Muł walczył: jego tylne nogi wyprężyły się w łuk, łysy ogon z szelestem zamiatał ziemię. Wuj znowu wycelował w głowę: trafił w sam środek szerokiego czoła. Rozległ się brzęk, gdy metal uderzył w twardą czaszkę, trzonek motyki przeniósł wibrację, wuj Luohan poczuł mrowienie w ramionach. Z zamkniętego pyska zwierzęcia nie wydobył się żaden dźwięk. Jego kopyta drgały i tupały bezładnie; w końcu muł skrzyżował nogi i runął z głuchym tąpnięciem, jakby na ziemię przewrócił się gruby mur. Postronek się urwał, połowa zwisła bezwładnie z palika, druga połowa zwinęła się tuż przy pysku muła. Wuj Luohan stał z opuszczonymi rękoma i patrzył w milczeniu. Lśniący trzonek motyki tkwiącej krzywo w mulej głowie wskazywał niebo. Gdzieś zaszczekał pies, rozległy się pokrzykiwania ludzi. Świtało. Krwistoczerwona tarcza wstawała na wschodzie ponad polami sorga, promień słońca wpadł w sam środek czarnej czeluści półotwartych ust wuja Luohana.