Rozdział 1
Jeffrey
Zanim Jeffrey Lawrence zdał sobie sprawę, czym tak naprawdę jest życie, miał ją - kobietę, która znaczyła dla niego więcej, niż kiedykolwiek chciałby przyznać. Potem odeszła, a wszystko stało się zbyt realne i przytłaczające. Zgubił siebie, sens życia i już nikt nie potrafił do niego dotrzeć. Brakowało mu jej widoku, więc zrobił tatuaż - dwukropek i nawias, jego "Smiley", który miał mu o niej przypominać do końca życia. Miley Cooper była jedyną osobą, która potrafiła otworzyć jego serce i zajrzeć w duszę. Nieważne, jak bardzo się przed tym bronił, za każdym razem poległ.
Jeffrey odrzucił uczucia - stał się maszyną bez emocji, bez smaku, bez czucia. Nie pamiętał już, jak smakuje kawałek ciepłego chleba prosto z piekarni. Nie pamiętał, jak to jest czuć na skórze świeży podmuch wiatru, który mierzwi włosy i przyprawia o dreszcze. Przede wszystkim nie potrafił sobie przypomnieć, jak to jest czuć cokolwiek. Był pozbawiony emocji i chęci do życia, niezdolny nawet do normalnych rozmów, odcięty od rodziny.
Dwa lata temu wszystko się zmieniło. Dwudziestego czwartego lutego dwa tysiące dwudziestego drugiego roku. Jeffrey w jakimś stopniu czuł się za to odpowiedzialny, ponieważ został wysłany przez agencję wywiadowczą do Moskwy w celu zebrania informacji na temat planów Rosji. Ta misja się nie powiodła. Wtedy także stracił Miley, która została jedną z pierwszych ofiar w konflikcie zbrojnym. Była dyplomatką powołaną przez prezydenta Stanów Zjednoczonych do rozmów między Rosją a Ukrainą. Wiedziała o zamiarach Rosji, ale nie udało jej się skontaktować z Dmytro Petrenko - człowiekiem, który miał przekazywać władzom ukraińskim wszystkie zdobyte przez nią informacje. Chciała ostrzec Ukrainę, dlatego postanowiła, że sama się tam uda i powie, co wie, zanim będzie za późno. Ale nie zdążyła - cały konwój został zaatakowany pociskami.
Jeffrey siada na ławce przed grobem i dotyka zimnego kamienia prawą dłonią. W lewej ręce trzyma niezapominajki, które przynosi każdego tygodnia i kładzie je na nagrobku. Uśmiecha się, spoglądając w roześmiane oczy na zdjęciu i wpatruje się w nie przez dłuższy czas. Te czynności powtarza co tydzień. Są jego rutyną. W każdą środę wstaje, pije kawę i odwiedza Miley. Przychodzi, by powiedzieć, co mu leży na sercu. Mimo iż zdaje sobie sprawę, że grób jest pusty i że kobieta już nigdy mu nie odpowie, to wie, że tylko ona byłaby w stanie go zrozumieć. Opowiada o wszystkim, co zdarzyło się w ostatnich dniach. Wielokrotnie sam odnajduje odpowiedzi na własne pytania.
Początkowo nie umiał się przełamać i wygłaszać monologu. To było dziwne. Nie potrafił rozmawiać o emocjach. Uczono go, by wszystko w sobie tłumić, a ona dysponowała wachlarzem emocji i tak łatwo je wyrażała. W jej oczach życie było kolorowe. Była jedyną osobą, przed którą nie musiał się ukrywać. Wcześniej nie interesował go żaden związek ani tym bardziej rodzina, od której się uwolnił, ponieważ oczekiwała od niego całkowitej lojalności wobec kraju, nawet za cenę życia swojego lub innych. Po śmierci ojca wiele rzeczy się zmieniło, przede wszystkim jego podejście do pracy.
Czasem to, co jest słabością, zmienia się w naszą broń - czyta wygrawerowany złotem cytat przy jej zdjęciu. Żałuje, że wcześniej nikt mu tego nie powiedział, wówczas wiedziałby, że o słabości trzeba dbać, i wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej. Gdyby tylko wiedział... nigdy nie pozwoliłby jej jechać do Kijowa. Wtedy bardzo się pokłócili. Chcieli uwolnić się od tego konfliktu, wrócić do Stanów i wieść spokojne życie na wsi, ale Jeffrey chciał dokończyć swoje zadanie.
Przez dłuższy czas siedzi na cmentarzu. Myśli szaleją w jego pokręconym umyśle, fruwają we wszystkie strony niczym kartki na wietrze. Oddycha głęboko. Przeciera zmęczone oczy i masuje skronie. Tylko tutaj, przy niej, odczuwa cokolwiek. Zadręcza się bólem, który siedzi w nim tak głęboko, że zakorzenił się na dnie serca. Pozwala, by wyrzuty sumienia dominowały nad rozsądkiem. Wraca myślami do wspólnych chwil i widzi wszystko tak wyraźnie jak jeszcze nigdy. Analizuje każde zachowanie i każde jej słowo. Pamięta wszystko, co mówiła. Jak go prosiła, by stamtąd uciekli, bo wiedziała, że niedługo rozpęta się piekło. Kręci głową z bezsilności. Wstaje, rzuca w stronę pomnika wymuszony uśmiech i kolejny raz wpatruje się w wesołe oczy, które zapamiętał jako zmęczone i udręczone.
- Do zobaczenia za tydzień.
Poprawia czarny płaszcz, wkłada ręce do kieszeni i maszeruje chodnikiem ku wyjściu z cmentarza. Zaniepokojony dostrzega kilka dużych, czarnych samochodów. Wie, co zaraz się stanie. Spodziewał się tego prędzej czy później, w końcu nie był niewiniątkiem. Po śmierci Miley przeprowadził dokładne dochodzenie w celu ustalenia, co się stało w drodze do Kijowa i skąd ktokolwiek wiedział, że konwój będzie jechał tamtą drogą. Dowiedział się, kto pierwszy puścił parę, jak wyglądała linia rozmów i skąd Rosja wiedziała o konwoju. Zabawił się w samodzielne wymierzenie sprawiedliwości...
Wyciąga telefon z kieszeni spodni, wysyła ostrzeżenie Marcelowi Sanchezowi i jednym przyciskiem blokuje urządzenie, którego nie zhakują nawet najlepsi specjaliści. Był na to przygotowany od początku, gdy tylko rozpoczął zemstę na każdym, kto miał cokolwiek wspólnego ze śmiercią Miley. Nie jest zaskoczony, że po niego przyjechali. Zdziwiony jest tylko tym, że robią to właśnie tutaj.
Jeden agent wysuwa się na prowadzenie, pozostali dopiero wysiadają z samochodów. Facet robi ręką gest, przez który podchodzi do Jeffa dwóch elegantów i stają po jego bokach.
- Jest pan zatrzymany pod zarzutem wielokrotnego zabójstwa oraz prowadzenia nielegalnych interesów. Ma pan prawo zachować milczenie. Wszystko, co pan powie, może zostać wykorzystane przeciwko panu w sądzie...
Jeffrey nie wie, czy żyje. Znajduje się w miejscu, o którym się nie mówi. W miejscu, o którym wiedzą tylko nieliczni. Dlatego pierwszy raz od dłuższego czasu jest przerażony. Ciężko oddycha, odwraca głowę na lewy bok, rozchyla wargi i stara się zaczerpnąć świeżego powietrza. W pomieszczeniu unosi się nieprzyjemny odór zgnilizny, wilgoci, a także czegoś, czego nie potrafi określić. Leży bezwładnie, nie może unieść ciążących mu powiek. Choć niewyobrażalnie bolą go wszystkie kończyny, żebra i inne części ciała, to wie, że nie po to przeszedł tak długą drogę przez piekło, by zostać w nim już na zawsze. Udało mu się raz - uda się i kolejny.
Mężczyzna wie, że tylko od niego zależy, czy przeżyje. Od tego, jak usilnie będzie się starał zachować świadomość, nim oszaleje. Kości zdają się wbijać w skórę od wewnątrz, łamać się, zahaczać o siebie. Dzieje się z nim wszystko to, o czym nigdy nie był w stanie pomyśleć. Nie ma pojęcia, czy to dzieje się naprawdę, ale ból wydaje się autentyczny. Drapie go w gardle i ma ogromną ochotę się podrapać, wbić cokolwiek w krtań, by tylko przestać czuć tę niedogodność. Nie potrafi odkaszlnąć, a to sprawia, że brakuje mu powietrza i ma wrażenie, że się dusi. Czuje jakiś przedmiot między wargami i ktoś usilnie stara się wepchnąć go głębiej.
- Pij - nakazuje spokojny kobiecy głos.
Trudno jest mu wykonać to zadanie, ale zbiera w sobie całą siłę, jaka mu pozostała, i pociąga trzy duże łyki. To nie sprawia jednak, że woda dociera do organizmu. Większość wykrztusza, ale przez to czuje, że jest dla niego nadzieja.
Kobieta przeciera jego twarz wilgotną ścierką, najwięcej czasu poświęca oczom. Jeffrey wie, że jeszcze z nim nie skończyli. Nie trafił do Czarnej Dziury po to, by mógł się z niej wydostać. Wyciągną z niego wszystkie informacje, a później się go pozbędą.
- Dasz radę otworzyć oczy? - pyta przestraszona.
Pomaga mu uchylić powieki, rozkleja je i ponownie przemywa. Udaje mu się. Niepewnie otwiera oczy, wkładając w tę czynność mnóstwo siły, i od razu je mruży, bo razi go światło słabej żarówki na suficie.
Kobieta ma delikatne dłonie, zupełnie takie, jakie miała Miley. I ten głos, który zawsze go uspokajał. Wraca do niej wspomnieniami, choć nie robi tego często. Ostatnio wcale, jakby myśl o niej sprawiała, że czuje się jeszcze gorzej.
Czas dla niego nie istnieje. Nie tutaj. Mogłoby się wydawać, że jest w tym agonalnym stanie od miesięcy, choć tak naprawdę mija trzynasty dzień. Prawie dwa tygodnie bezwzględnych tortur i przesłuchań, ale Jeffrey nie mówi.
Tym razem picie sprawia mu mniej kłopotu. Wraca energia i siła, lecz gdy tylko chce podnieść ręce, coś mu to uniemożliwia. Pasy zaciskają się mocniej na przegubach, więc tego samego próbuje z nogami. To wszystko na nic.
Słyszy pisk, przez co automatycznie otwiera powieki. Po raz pierwszy może dokładnie przyjrzeć się osobie, która się nim zajmuje. Przychodzi tu codziennie, czuje jej bliskość. Nie ma pojęcia, kim jest i co tu robi. Wygląda normalnie i jest zdecydowanie zbyt młoda, by się tu znajdować.
To miejsce oficjalnie nie widnieje w żadnym rejestrze, nawet na mapie. Agenci CIA wszystkim się zajęli, więc nawet gdyby ktoś zauważył, że Jeff zniknął, nikt nie byłby w stanie go odnaleźć. Chociaż nie wierzył, że po wszystkim, co zrobił, zostawią go w spokoju i pozwolą mu żyć, to miał nadzieję, że zdąży uciec. Jednak przed takimi ludźmi nigdy to się nie udaje.
- Chce pan jeszcze pić? - pyta dziewczyna, więc odwraca ku niej głowę.
Kobieta siedzi spokojnie na metalowym krześle, choć w jej niebieskich oczach widać strach. Ciemne włosy ma spięte w kucyk, co odsłania długą i smukłą szyję, na której zawieszony jest łańcuszek z krzyżykiem.
- Dziękuję - odmawia, chociaż wszystko w nim wrzeszczy z pragnienia. Dostrzega w jej zachowaniu ulgę. Wciąż mierzy ją wzrokiem, mając nadzieję, że się go nie przestraszy. W tej chwili jest jego jedynym łącznikiem ze światem i chce z tego skorzystać. - Nie powinnaś tu być - charczy słabo. Już dawno nie odczuwał współczucia względem kogokolwiek. - Odejdź od nich, póki możesz.
Sam nie wie, dlaczego to powiedział. Jego pierwszym pomysłem było wykorzystanie jej, lecz nie chce narażać kolejnej niewinnej osoby. Dopiero teraz zaczynają go męczyć wyrzuty sumienia z powodu ofiar, których krew ma na rękach, i ich rodzin. Nie musiał zabijać, przynajmniej nie wszystkich.
Dziewczyna z dnia na dzień wydaje się coraz mniej przerażona. Czasem informuje go o pogodzie panującej na zewnątrz, ponieważ Jeff nie ma żadnego dostępu do świata. Zamknięty w czterech ścianach niczym zwierzę w klatce, doprowadzony na skraj szaleństwa, nie ma pojęcia, czy jest dzień czy noc. Od dawna nie widział słońca i chociaż nigdy nie zwracał uwagi na takie rzeczy, teraz żałuje.
Pochłonięty własnymi sprawami i zadawaniem cierpienia innym zapomniał, jakie to uczucie, gdy ciepłe promienie słońca padają na twarz. Szukał w sobie resztek człowieczeństwa, bo w momencie gdy widywał tę dziewczynę, chciał tego. Wydawała się dobra, inteligentna. Starał się, jak tylko mógł, by nie zranić i nie zatruć jej duszy. Miała w sobie coś dziwnego, tajemniczego, ale jednocześnie widział, że była słaba. Jakby nie sypiała i nie jadła.
Nie zamienili więcej niż parę zdań, które z trudem wypowiedział. Przez cały kolejny tydzień ponownie zabierali go na przesłuchania, wymuszali zeznania, lecz w dalszym ciągu nie powiedział ani słowa.
- Muszę oczyścić pana plecy, na chwilę pana rozwiążę - szepcze wystraszona dziewczyna, która nie zdradziła mu nawet swojego imienia. Zresztą, on o to nie pyta, ponieważ każdy, kto ma z nim do czynienia, nie dożywa jutra. - Mam przy sobie paralizator, jeśli pan czegoś spróbuje...
- Niczego nie będę próbował - odpowiada, chociaż uważa, że nawet gdyby została do tego zmuszona, nie potrafiłaby zrobić mu krzywdy.
Kobieta powoli odpina pasy na jego nadgarstkach. Jeffrey widzi, jaka jest przerażona. W końcu go nie zna, a skoro on znajduje się w tym miejscu tak długo, to musi być naprawdę zły. Bije od niej niepewność i strach wyczuwalny na kilometr. Mężczyzna rozmyśla, czy gdyby ją teraz załatwił, to udałoby mu się stąd wydostać. Nie chce ryzykować, a przede wszystkim nie potrafiłby tak po prostu jej zabić, mimo że jeszcze do niedawna mordował każdego, kto doprowadził do śmierci Miley. Nie odpuścił, tropił ich po kolei, a gdy już miał ofiarę w swoich rękach, pastwił się nad nią. Nigdy wcześniej nie czuł przyjemności z morderstwa, każdy oddany strzał w celu ochrony kraju uważał za swoją pracę. Wiedział, że robił to w dobrej wierze. Potem wszystko się zmieniło, a zemsta przynosiła mu ukojenie.
Siada prosto na twardej pryczy i tłumi jęk. Plecy zdają się palić żywym ogniem. Przyzwyczaił się do bólu i odczuwa go słabiej, ale jednak nikt nie jest aż tak znieczulony, by przestać czuć całkowicie. Wymyślają dla niego nowe zabawy, a w nim narasta złość. Jeszcze go popamiętają, zwłaszcza dwaj bracia Moritz, którzy się nad nim pastwią.
Dziewczyna siada za nim, kładzie na nogach wszystkie potrzebne przedmioty i dotyka palcami jego skóry. Opuszkami przesuwa po ranach i wyciąga z nich resztki materiału oraz drobinek. Gdy tylko Jeff podnosi rękę, by przetrzeć zmęczone oczy, ona wstaje w popłochu. Zrzuca wszystko na ziemię i chwyta jakiś przedmiot, który ma jej służyć do obrony. Mężczyzna rzuca jej zdziwione spojrzenie, kręci głową, ściąga brwi i opuszcza ramię.
- Nic ci nie zrobię.
Dziewczyna niepewnie podchodzi, ale nie wypuszcza paralizatora z dłoni. Nie siada, stoi sztywno i utrzymuje dystans. Trochę zbyt mocno pozbywa się resztek z jego ran, a Jeffrey zaciska zęby.
- Już. Proszę się ponownie położyć.
Mężczyzna odwraca głowę ku nieznajomej, nie zamierza wykonywać tego polecenia. Widzi, jak kobieta cofa się o parę kroków.
- Nie zdążysz nawet krzyknąć, więc o tym nie myśl. Nic ci nie zrobiłem do tej pory i teraz także nie zamierzam. Odłóż te zabawki.
Wstaje i przeciąga się leniwie, lecz o mało nie upada, gdy tylko robi krok. Trzyma się brudnej ściany z cegieł i niechętnie uświadamia sobie, że jest mokra i śliska. Z pewnością znajduje się pod ziemią.
- Chcę tylko porozmawiać. Odpowiedz na kilka moich pytań i się położę - wyjaśnia Lawrence.
Dziewczyna kiwa lekko głową i odsuwa się w kąt, by być od niego jak najdalej. Zapewne karci się w myślach, że popełniła tak ogromny błąd. Jeśli ktokolwiek się dowie, co zrobiła, i że przez nią miał minimalną szansę na ucieczkę, przypłaci to życiem.
- Najpierw mi powiedz, jak się nazywasz.
- Rosalie Turner.
- Rose... dlaczego tu jesteś? - zadaje kolejne pytanie i wwierca w nią wzrok.
Kobieta przełyka głośno ślinę.
- To jedyny sposób, bym mogła widywać brata. Zabrali go, a ja...
Daje jej chwilę, by poukładała myśli. Nie popędza jej, wie, że musi zaczekać. Cierpliwość jest jego mocną stroną. Nauczył się nad sobą panować już w liceum, a doszlifował tę cechę podczas szkoleń.
- Robby pracował dla nich, a teraz... Jest niewinny, przysięgam! Od zawsze chciał dobrze.
Jeffrey zaczyna rozumieć. Rose jest siostrą Roberta Turnera, tego samego, który zniszczył jego życie. Ten człowiek odpowiada za to, co przydarzyło się Miley i wszystkim tym, których Jeff zabił. Powoli wypuszcza powietrze i czuje, jak adrenalina zaczyna w nim buzować. Musi się tego pozbyć. Znajduje idealny sposób, by zemścić się na Turnerze.
Dopada do dziewczyny, prawą ręką łapie ją za szyję i dociska do ściany. Widzi w tych niebieskich oczach przerażenie i łzy, które spływają po policzkach. Jest zły, gniewny i mściwy. Nie odpuści nikomu.
- Obiecałeś.
Jego serce bije coraz szybciej, lecz czuje, jak pierwsza warstwa lodu zaczyna się kruszyć.
- Twój brat zniszczył mi życie.
Niechętnie ją puszcza, a ona upada na ziemię i zaczyna kaszleć. Mężczyzna siada na prowizorycznym łóżku. Oddycha głośno, wycieńczony tym atakiem. Nie może jej zabić, nie teraz. Turner ma go dobrze zapamiętać, dlatego postara się, by widział, jak jego siostra umiera.
Jeffrey kładzie się na plecach, ręce umieszcza między pasami i zmusza się, by pozwolić jej je zapiąć. Wcale nie chciał jej skrzywdzić, ale myśl, że jest siostrą tego człowieka, całkowicie przysłoniła mu umysł.
Chodzi z miejsca na miejsce. Przenieśli go do innego pomieszczenia, chociaż wcale nie lepszego niż dotychczas. Tu przynajmniej nic nie trzyma go na łóżku. Dali mu spokój na kilka dni, lecz on doskonale wie, co robią - grają na jego psychice, dają fikcyjne poczucie bezpieczeństwa, by powrócić ze zdwojoną siłą. Sam tak robił, więc zdaje sobie sprawę, że to tylko kwestia czasu, nim ktoś się pojawi.
Nie spodziewał się ujrzeć kolejny raz Rosalie, ale skoro widzi ją za kratami, to oznacza, że nikomu nie powiedziała, co zaszło między nimi parę dni temu. Czuje satysfakcję na myśl o tym, że Robert Turner przeżywa to samo, lecz po chwili ogarnia go zawód. Żałuje, że to nie jego ręka sprowadza na niego ten ból. Starał się go odnaleźć już dwa lata temu, lecz na marne. Jest ciekaw, co takiego zrobił, że traktują go jak wroga.
Spogląda w młodą twarz dziewczyny, która wyciąga ku niemu rękę z talerzem. Widząc jedzenie, żołądek automatycznie podchodzi mu do gardła. Nie pamięta, kiedy ostatnio miał coś w ustach. Skręca go z bólu i głodu.
Rosalie wgapia się w ziemię, a Jeff zauważa, że któryś ze strażników wchodzi na korytarz. Pogwizduje coś wesoło pod nosem i klepie dziewczynę w tyłek, na co oczy zachodzą jej łzami. Odsuwa się od faceta, ale on, nie zwracając na nic i na nikogo uwagi, uderza ją prosto w twarz. Kobieta wpada na ścianę za sobą, upuszczając tacę na brudną podłogę.
- Widzimy się wieczorem, głupia suko - grozi jej i idzie dalej, pogwizdując wesoło.
Rose zbiera wszystko z podłogi, szepcze jakieś przeprosiny i ucieka. Po chwili pojawia się ponownie. Tym razem na talerzu ma kanapki i butelkę wody.
- Przepraszam, tamto zniszczyłam, a pomyślałam, że pewnie jesteś głodny - tłumaczy i wyciąga w stronę Jeffa posiłek.
Mężczyzna odbiera od niej jedzenie i marszczy brwi, bo ona wciąż stoi i wgapia się w niego. Dziwnie się czuje, gdy ona nie ucieka, jakby zupełnie zapomniała, że niedawno chciał ją udusić.
Jednakże Rosalie Turner zostaje, wybierając mniejsze zło, bo wie, że na piętrze nie czeka jej nic lepszego. Tyle się nasłuchała o Jeffreyu Lawrencie - tym bezlitosnym człowieku, który morduje bez skrupułów. Ale zaczyna zmieniać do niego podejście. Ci na górze są zdecydowanie gorsi.
Siada więc na zimnym betonie, opiera się o kraty i zaczyna monolog. Opowiada o tym, jak pogoda się zmienia i że od wczoraj nie przestaje padać deszcz. Mówi, a on słucha.
Jeff zapisuje w głowie jeszcze jedną osobę, której musi się pozbyć, gdy tylko uda mu się stąd wydostać. Prędzej czy później się wydostanie. Jest o tym przekonany.