ROZDZIAŁ 1
Ritz
- Siedziałem w saudyjskim więzieniu. Ale to nie będzie historia o panujących tam warunkach, choć to samo w sobie byłoby niezłym materiałem na książkę - mówi Raif, gdy po wszystkich wstępach i formalnościach wreszcie możemy pozwolić płynąć jego historii.
Siedziałem w saudyjskim więzieniu, choć nie zrobiłem niczego złego.
Mało tego...
Siedziałem w saudyjskim więzieniu z kilkoma innymi osobami, które też znalazły się tam zupełnie bez winy. Ale to, że my czuliśmy się niewinni, nie miało żadnego znaczenia, bo gdy chodzi o władzę, religię lub pieniądze, w Arabii Saudyjskiej prawda się nie liczy.
Kiedy po śmierci króla Abdullaha w 2015 roku w Królestwie rozpoczynał się przewrót, a syn nowego króla zaczynał swój marsz po władzę, rozpętując zadziwiające cały kraj i wielu za granicami Arabii czystki w ministerstwach, wojsku, meczetach, a nawet w swojej własnej rodzinie, nie miałem pojęcia, że sam stanę się ich ofiarą.
Byłem wtedy zwykłym pracownikiem jednego z luksusowych hoteli w stolicy kraju, Rijadzie. Wprawdzie zajmowałem w nim całkiem znaczące stanowisko, ale nie byłem w najmniejszym stopniu związany z polityką i nie mogłem się spodziewać, że w jakikolwiek sposób narażę się saudyjskiemu reżimowi. Tacy ludzie jak ja zdawali się dla niego zupełnie przezroczyści. A jednak.
Należę do trzeciego pokolenia w mojej rodzinie, które jest związane z Arabią Saudyjską. Nie zawsze są to chlubne historie. Po tym, co spotkało w Królestwie mojego dziadka, żaden z nas nie powinien był nigdy tam wracać, ale mój ojciec również tam wyjechał. Dostał świetny kontrakt i zdawało się, że odwrócił złą passę dziadka. Przywiózł z Arabii naprawdę znaczące pieniądze, które pozwoliły mnie, moim braciom i siostrom zdobyć edukację, ale mam wrażenie - choć on sam nigdy o tym nie mówił - że praca w tym kraju przyczyniła się do jego przedwczesnej śmierci.
A potem wyjechałem również ja. Nigdy tego nie planowałem, nigdy tego nie chciałem, ale wydaje mi się, że nad moją rodziną ciąży jakaś trudna do wytłumaczenia klątwa, która nas tam pcha. Splata losy tak, by wyjazd zdawał się wspaniałym pomysłem, a potem zmienia go w katastrofę.
Moja rodzina pochodzi z okolic Agadiru. Dziadek stracił niemal całą rodzinę w trzęsieniu ziemi, które spustoszyło to miejsce na początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Katastrofę przeżył tylko on i jego młodsza siostra.
Zaraz po trzęsieniu ziemi siostrą dziadka zaopiekowała się rodzina jej przyszłego męża. Nie była to praktyka bardzo muzułmańska, ale w takich sytuacjach ludzie radzą sobie jak mogą. Wraz z nimi siostra wyjechała w okolice Casablanki.
Mój dziadek nie czekał na ich ślub. Skorzystał z okazji, która nadarzyła się krótko potem, i jako dziewiętnastolatek wyjechał do pracy do Arabii Saudyjskiej. Wrócił nieco ponad dekadę później i ożenił się z moją babcią. Wybudowali niewielki domek - dziś już nie istnieje, ale stał nieopodal tego, w którym nadal mieszka moja rodzina. Ten drugi dom za pieniądze zarobione w saudyjskiej rafinerii postawił dla nas wszystkich mój tata. Mieszkali w nim dziadkowie, rodzice i wnuki, co sprawiało, że zawsze był pełen życia. Był całkiem wygodny, choć pamiętam, że przez większą część czasu, kiedy w nim mieszkałem, nie był ukończony. Dziadkowie zajmowali parter, my z rodzicami pierwsze piętro, a drugie jakby ciągle było w budowie. Tata zawsze mawiał, że to dla nas - dla mnie i mojego rodzeństwa - żebyśmy kiedyś mogli je wykończyć i zamieszkać tam wraz z nimi. Gdyby tak się stało, byłoby nam naprawdę bardzo ciasno, ale los dbał o to, by raczej nas ubywało...
Najpierw umarł mój tata. Pewnego dnia po prostu gorzej się poczuł, a już następnego nie było go wśród nas. Lekarz powiedział, że zabił go rak, ale tato nigdy na raka nie chorował. Tak przynajmniej nam się wydawało.
Dopiero po jakimś czasie okazało się, że kilka miesięcy wcześniej dostał diagnozę, ale kompletnie ją zignorował. Mama znalazła wyniki jego badań, gdy po kilku miesiącach odważyła się w końcu dotknąć jego rzeczy. Tato ewidentnie po prostu nie zamierzał chorować, nie planował się na nic leczyć. Chodził, dopóki nie upadł. A gdy upadł, już nigdy nie wstał.
Niespełna miesiąc później umarła moja babcia. Dziadek mówił, że to z żalu, że pękło jej serce... I chyba miał rację. Od śmierci taty babcia nie przestawała płakać. Nie potrafiła się pogodzić ze stratą syna. Próbowała to wszystko tłumaczyć wolą Allaha, ale - choć bała się powiedzieć to na głos - nie mogła zrozumieć, dlaczego jej syn umarł przed nią.
- Rodzice nie powinni chować swoich dzieci - powtarzała.
A potem, jakby chciała naprawić to boskie niedopatrzenie, odeszła cicho, we śnie, pogrążając nas wszystkich w jeszcze większym smutku.
Byłem wtedy na pierwszym roku ekonomii i zarządzania na Ibn Zohr University w Agadirze i pracowałem już w jednym z hoteli popularnych wśród turystów, również tych z Polski. Nigdy nie miałem zamiaru pracować w biznesie, od dziecka wiedziałem, kim będę, ale ekonomia i zarządzanie wydawały się w tej kwestii całkiem pomocne.
Nie wiem, czy to fakt, że urodziłem się w miejscu, które słynie z turystyki, czy może stał za tym jakiś inny powód, ale nie widziałem swojej przyszłości nigdzie indziej, jak tylko w pracy w branży hotelarskiej. Zawsze pociągała mnie możliwość obcowania z ludźmi z tak wielu miejsc, tylu różnych narodowości, pragnąłem słuchać niesamowitych historii, które ze sobą przywozili. Kochałem to i choć zarabiałem grosze, dzięki tym opowieściom ludzi z niemal całej planety czułem się panem świata.
I wtedy nastąpiło coś, czego nie mogłem przewidzieć. Do potężnego bólu serca związanego z odejściem taty i babci doszły kłopoty z pracą. Światowy kryzys odcisnął swoje piętno na turystyce, a hotele, nawet w tak popularnych destynacjach jak Maroko, zaczęły ciąć koszty, redukując przede wszystkim zatrudnienie. Jako jednego z najmłodszych stażem, a do tego studenta, wciąż traktowano mnie mało poważnie; nikt tu nie patrzył na moje marzenia. Straciłem pracę, a na inną w tych okolicznościach nie miałem żadnych szans. Do zdobycia dyplomu zostały mi jeszcze dwa lata. W tym czasie mój dziadek, który bardzo przeżywał śmierć babci, podupadł na zdrowiu. Poświęciłem się więc nauce i opiece nad staruszkiem, którego bardzo kochałem.
Odkąd pamiętam, mój tata dużo pracował, nawet po powrocie z Arabii, dziadek za to zawsze miał dla mnie czas i byłem z nim niesamowicie zżyty. Nie przeszkadzało mi, że nie pamięta tego, iż opowiadał mi historię swojego życia kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset razy. I choć z dokładnością przytaczał mi jej szczegóły, nie mógł zapamiętać, że już ją od niego słyszałem. Za każdym razem, gdy podejmował opowieść od nowa, słuchałem go z zainteresowaniem. Utrwalałem sobie ją w głowie. Nie potrafiłem tylko zrozumieć, dlaczego ludzie są tak bezduszni, i obiecywałem sobie, że choćby nie wiem co się stało, nigdy nie wyjadę do Arabii Saudyjskiej, kraju, który tak bardzo skrzywdził mojego dziadka.
A to tam wyjechałem.
Dziadek umarł ponad dwa lata później. Tak jak babcia, spokojnie, we śnie. Przyszedł na niego czas i Allah przerwał jego ziemską podróż. Siedziałem z nim do późnej nocy, przysnąłem w fotelu obok jego łóżka, a gdy się przebudziłem, dziadek już nie oddychał. Nigdy nie zapomnę spokoju na jego twarzy i uśmiechu, który na niej zastygł. Umarł szczęśliwy, choć jego życie przez wiele lat zdawało się dalekie od szczęścia.
Kiedy zabrakło dziadka, w moim świecie zapanowała pustka. Szybko też dołączyły do niej wyrzuty sumienia i wstyd. Byłem dorosły, miałem dyplom, a nie miałem pracy. Moja mama nigdy nie robiła mi z tego powodu wyrzutów, nawet nie przeszłoby jej to przez myśl, ale ja i tak czułem się z tym bardzo źle. Zastanawiałem się, co zrobić, ale wszelkie próby zdobycia pracy w okolicznych kurortach paliły na panewce. Pracowałem przez chwilę w lokalnej restauracji, ale nie potrafiłem się w tym odnaleźć. Nie byłem sobą. Czułem się kompletnym nieudacznikiem.
To wtedy mój najlepszy kumpel ze studiów, Hadi, powiedział mi o rekrutacji do otwieranego za pół roku luksusowego hotelu w Rijadzie. Miał zamiar się w nim zatrudnić i ja też zacząłem się nad tym poważnie zastanawiać.
Pamiętałem opowieści dziadka i to, co sobie obiecywałem, ale szybko górę wzięło nade mną racjonalne myślenie. Bo przecież to było dawno... To już nie ten sam kraj... Mnie nic takiego nie spotka... To musiałby być wielki pech, by takie rzeczy zdarzyły się dwóm członkom tej samej rodziny... Tata też tam był i dzięki temu mamy dom... Wszystkie te argumenty były bardzo przekonujące, ale koronnym był dla mnie ten, że znowu będę mógł pracować w hotelu. Postanowiłem, że poczekam tam, aż w Maroku minie kryzys, i jeszcze na tym skorzystam. Doświadczenie w luksusowym hotelu (wtedy jeszcze nie wiedziałem, o jaki hotel chodzi) musiało się liczyć. Nie byłbym już nieopierzonym, pierwszym do odstrzału żółtodziobem.
Kiedy ostatecznie zdecydowałem się aplikować do tej pracy, powiedziałem o tym mamie. Rozpłakała się, choć nie do końca wiedziałem dlaczego. Jej łzy mogły być spowodowane wieloma rzeczami. Może przypomniałem jej o tacie, może bała się rozłąki, może martwiła się o moje dobro, a może po prostu nie wiedziała, jak powinna zareagować w takiej sytuacji.
Przytuliłem ją i trwaliśmy w uścisku, aż się uspokoiła.
- To dla mnie duża szansa - wyszeptałem, próbując przerwać ciszę.
Nie mogliśmy przecież tak po prostu przemilczeć tej sytuacji.
- Nie chcę, żebyś jechał, ale wiem, że to dla ciebie dobre - odparła.
Mama podchodziła do sprawy racjonalnie. Wiedziała, że wchodzę w dorosłe życie, że będę chciał założyć rodzinę, a do tego potrzebne są pieniądze. Pamiętała, że tata zarobił w Arabii małą fortunę, przynajmniej jak na marokańskie warunki. Doskonale to rozumiała i choć uczucia pchały ją do tego, by stanąć mi na drodze, rozsądek utrzymywał ją na poboczu.
- A może wcale nie będą mnie chcieli - rzuciłem trochę żartobliwie, choć oczywiście istniała ewentualność, że nie dostanę tej pracy. Rekrutacja wciąż jeszcze była przede mną.
Mama się uśmiechnęła, ale czuła, że sprawa jest już przesądzona.
I miała rację.
Rekrutacja była zwykłą formalnością. Odbywała się w hotelu Albatros, dziś noszącym zdecydowanie bardziej kojarzącą się z Arabią Saudyjską nazwę Royal Mirage (Królewski Miraż), choć trudno znaleźć w nim coś naprawdę królewskiego. Miraż pryska tuż po przekroczeniu progu tego przybytku. Hotel daleki jest od standardu, jaki obiecuje jego nazwa, ale dla mnie nie miało to większego znaczenia.
Podejście osób, które przeprowadzały rekrutację, początkowo bardzo mnie zastanawiało. Na spotkaniu sprawdzano chyba tylko to, czy mamy nogi, ręce i niebudzącą odrazy twarz. Zupełnie jakby rekrutujący dokądś się śpieszyli. Oni nawet wyglądali na znudzonych, jakby kompletnie nie zależało im na tym, kogo zatrudniają. Dodatkowo żadna z tych osób nie była z Arabii Saudyjskiej - wszystko odbywało się za pośrednictwem wynajętej do tego celu marokańskiej agencji.
Zarówno ja, jak i Hadi zostaliśmy przyjęci. Za dwa dni mieliśmy wylecieć do Rijadu. Dopiero kiedy to usłyszałem, dotarło do mnie, że to wszystko dzieje się naprawdę.
Nie byłem gotowy na tak szybkie opuszczenie domu rodzinnego, ale przynajmniej nie miałem kiedy rozmyślać i mnożyć w swojej głowie złych myśli. Do tej pory nigdy nie opuszczałem Maroka - po świecie podróżowałem tylko za sprawą opowieści gości hotelu, w którym pracowałem. Bałem się niesamowicie, zacząłem tęsknić, jeszcze zanim opuściłem mamę i rodzeństwo. Ale w życiu każdego człowieka przychodzi taki czas, że musi on opuścić rodzinne strony i wyruszyć w nieznane. Wprawdzie zgodnie z planami mojego taty ta chwila miała nigdy nie nastąpić, bo przecież nasz dom był ciągle w budowie, a drugie piętro czekało na ukończenie - i na swoich lokatorów - ale ja wiedziałem, że zostając, musiałbym zrezygnować ze swoich marzeń. Poza tym miałem zamiar wrócić i skończyć tę budowę.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI
PEŁNY SPIS TREŚCI:
Prolog
CZĘŚĆ I. WŁADZA
ROZDZIAŁ 1. Ritz
ROZDZIAŁ 2. Purge
ROZDZIAŁ 3. Dekret
ROZDZIAŁ 4. Cisza
ROZDZIAŁ 5. Przesłuchanie
CZĘŚĆ II. RELIGIA
ROZDZIAŁ 6. Ulemowie
ROZDZIAŁ 7. Firquat El-Nemr
ROZDZIAŁ 8. Wizyta
ROZDZIAŁ 9. Czerwony Książę
ROZDZIAŁ 10. Inni
CZĘŚĆ III. PIENIĄDZE
ROZDZIAŁ 11. Al Ha'ir
ROZDZIAŁ 12. Bracia
ROZDZIAŁ 13. Neom
ROZDZIAŁ 14. Abdullah
ROZDZIAŁ 15. Zamach
Epilog