Kłamstewka - Dana Mele

-
Proszę czekać

1

Nasza skóra lśniła w srebrzystym blasku księżyca. Kąpiel nago w lodowatej wodzie North Lake tuż po potańcówce halloweenowej należało do tradycji Bates Academy. Jednak niewielu uczniów miało odwagę ją podtrzymywać. Trzy lata temu byłam pierwszą uczennicą z nowego rocznika, która nie tylko znów wskoczyła do wody, ale też pozostała pod nią tak długo, aż wszyscy zaczęli podejrzewać, że utonęłam. Wcale nie planowałam tego skoku.

Skoczyłam, bo po prostu mogłam. Zrobiłam to z nudów, a także, by popisać się przed jedną z czwartoklasistek, która nabijała się z mojego tandetnego kostiumu. Zanurkowałam do samego dna, prześlizgując się przez gęstwinę mchów i jedwabistych w dotyku kosmyków wodorostów. Zatopiłam palce w miękkim, sypkim mule i na chwilę przylgnęłam do podłoża. Moje spragnione tlenu płuca rozsadzał palący ból, lodowata woda zdawała się ranić skórę jak ostrzem noża. Mimo to chciałam zostać na dnie jak najdłużej. Było tam cicho i spokojnie. Czułam się, jakbym znalazła się we wnętrzu wielkiej bryły lodu. Chroniona przed całym światem. Gdybym mogła, być może zostałabym tam na zawsze. Ale moje ciało miało inne plany. Wynurzyłam się na powierzchnię ku uciesze dziewczyn ze starszych klas, które zaczęły wywrzaskiwać moje imię, a po chwili podały mi butelkę zwietrzałego szampana. Niedługo potem musiałyśmy dać nogę, bo nakryła nas straż działająca na terenie kampusu. Tak mniej więcej wyglądało moje oficjalne powitanie w prywatnym liceum Bates. Po raz pierwszy znalazłam się daleko od domu. W nowym miejscu byłam nikim. Przybyłam z mocnym postanowieniem, że wymyślę siebie na nowo. Jak tylko dałam nura do jeziora, zrozumiałam w najdrobniejszych szczegółach, jakiego typu dziewczyną się stanę. Taką, która skacze pierwsza, a potem nie wynurza się z głębiny wcześniej, niż to konieczne, tylko jakieś dziesięć sekund później.

No a teraz to my byłyśmy czwartoklasistkami, tym razem jednak żadne dziewczyny z pierwszej klasy nie miały odwagi zabrać się z nami.

Przodem gnała moja najlepsza przyjaciółka Brie Matthews. Jej zgrabne ciało biegaczki przecinało nocne powietrze, pozostawiając nas wszystkie w tyle. W normalnych okolicznościach rozebrałybyśmy się pod osłoną kolczastych krzaków, którymi obrośnięty był brzeg jeziora w pobliżu akademików Henderson. Najpierw krótki biforek w pokoju jednej z nas, a następnie bieg slalomem po trawniku w kierunku brzegu, bez zrzucania ciuchów. Tego wieczoru Brie dowiedziała się, że przyjęto ją na studia na Uniwersytet Stanforda w ramach wczesnej rekrutacji, no i z radości całkiem jej odbiło. Zapowiedziała, że wszystkie spotykamy się dziesięć minut przed północą. Oznaczało to, że między potańcówką a pływaniem w jeziorze miałyśmy tylko chwilę, by zostawić wartościowe rzeczy w pokojach, porwać coś do przekąszenia nad jeziorem, no i poinformować naszych partnerów, że tej nocy nie spędzimy z nimi. Brie oczekiwała nas na skraju pasa zarośli, ubrana tylko w szlafrok. Szczerzyła zęby w uśmiechu, policzki jej płonęły, oddech pachniał cydrem. Już po chwili zrzuciła szlafrok na ziemię i zawołała: "Ścigamy się!".

Tuż przede mną biegła Tai Carter, dłońmi zasłaniając sobie usta, żeby zdusić śmiech. Na plecach wciąż powiewały jej anielskie skrzydła, których nie zdjęła po imprezie. W nocnym powietrzu tańczyły jej rozwiane na wietrze długie srebrzyste włosy. Pozostałe dziewczyny z naszej paczki biegły za nami. W pewnym momencie Tricia Parck potknęła się o wystający z ziemi korzeń i mało brakowało, byśmy na siebie powpadały. Cori Gates zatrzymała się, po czym przewróciła na ziemię, zanosząc się od śmiechu. Ja też zwolniłam, uśmiechając się od ucha do ucha. Momentalnie jednak dostałam gęsiej skórki - powietrze było lodowate. Nocne kąpiele w jeziorze wciąż dawały mi mnóstwo frajdy. Moją ulubioną częścią rytuału stało się teraz jednak co innego - zakopanie się razem z Brie pod stertą ciepłych koców i pękanie ze śmiechu.

Miałam właśnie pokonać sprintem ostatni, porośnięty mchem, odcinek między wyjściem ewakuacyjnym z akademika Henderson a brzegiem jeziora, gdy usłyszałam krzyk Brie. Tai przystanęła, a ja wyminęłam ją szybko, kierując się tam, skąd dobiegał teraz gwałtowny chlupot. Krzyk Brie narastał z każdą sekundą, przechodząc w ogłuszający pisk. Dopiero po chwili zorientowałam się, że przyjaciółka woła mnie po imieniu, powtarzając je coraz szybciej. Zaczęłam przedzierać się przez zarośla. Kolce żłobiły w mojej skórze białe i czerwone pasy. Po chwili dopadłam Brie, chwyciłam ją za ręce i wywlekłam z wody na brzeg.

- Kay - wydyszała, przyciskając usta do mojej szyi. Jej ociekającym wodą ciałem wstrząsały dreszcze. Szczękała z zębami. Próbując opanować narastającą panikę, omiotłam spojrzeniem ciało Brie w poszukiwaniu krwi i ran. Jej gęste czarne włosy oblepiały czaszkę. Gładka brązowa skóra, w przeciwieństwie do mojej, nie nosiła żadnych śladów skaleczeń.

Nagle poczułam, jak Tai chwyta mnie za rękę. Ścisnęła tak mocno, że niemal straciłam czucie w palcach. W jej twarzy, na której zazwyczaj widniał albo szczery szeroki uśmiech, albo ironiczny półuśmieszek, teraz dostrzegłam coś nowego - spoglądała przed siebie nieobecnym, pustym wzrokiem. Kiedy podążyłam za nią spojrzeniem, poczułam, jak dzieje się ze mną coś dziwnego, jakby moja skóra obracała się w kamień, przy czym działo się to powoli, komórka po komórce.

Na powierzchni jeziora unosiło się ciało.

- Przynieście nasze ciuchy - zarządziłam szeptem.

W tej samej chwili rozległ się szelest suchych liści - któraś z dziewczyn posłusznie popędziła ku akademikom.

Oświetlona księżycem tafla jeziora wyglądała, jakby przysypano ją drobinami rozbitego szkła. Wystające z ziemi korzenie drzew rosnących nad brzegiem gdzieniegdzie nurzały się w płyciźnie. Niedaleko miejsca, w którym stałyśmy, na powierzchni wody unosiło się ciało dziewczyny. Jej zanurzona na parę centymetrów blada twarz, z otwartymi oczami i zbielałymi rozchylonymi ustami, zwrócona była ku górze. Wyraz jej twarzy przywodził na myśl człowieka odurzonego, choć w rzeczywistości nie wyrażała już nic. Unosząca się na wodzie wspaniała biała suknia balowa otaczała dziewczynę niczym płatki kwiatu. Na odkrytych rękach denatki, w okolicach nadgarstków, widniały długie cięte rany. Mimo woli zaczęłam obmacywać swoje nadgarstki, kiedy nagle ktoś położył mi dłoń na ramieniu. Niemal podskoczyłam.

Była to Maddy Farrell, najmłodsza dziewczyna z naszej grupy, która przyniosła mi ubranie. Podziękowałam jej sztywnym skinięciem głowy, po czym wciągnęłam przez głowę luźną czarną sukienkę. Tego dnia przebrana byłam za Daisy Buchanan z Wielkiego Gatsby'ego, ale kieckę przerobiłam z kostiumu, który w zeszłym roku miała na sobie Brie, przez co była o rozmiar na mnie za duża. Pożałowałam teraz, że nie przebrałam się za astronautę. Dokuczał mi chłód, a co gorsza w zwiewnej sukience czułam się nieosłonięta i bezbronna.

- I co teraz zrobimy? - spytała mnie Maddy.

Ja jednak wciąż nie mogłam odwrócić spojrzenia od jeziora.

- Zawołajcie doktor Klein - poradziła Brie. - Ona powiadomi rodziców tej dziewczyny.

Dopiero wtedy zmusiłam się, by spojrzeć na Maddy. Jej szeroko rozstawione oczy błyszczały od łez. Na policzkach widniały ciemne, nierówne ślady rozmazanego makijażu. Pogłaskałam ją uspokajająco po miękkich złocistych włosach, nie okazując cienia wzruszenia. Miałam wrażenie, jakby coś wzbierało w mojej piersi i chciało rozerwać ją od środka. W głębi umysłu zaczynała wyć syrena, jednak zdołałam zdusić ją przywołanym z wyobraźni obrazem: pomieszczenia wykutego w lodzie. Absolutnie cichego. Bezpiecznego. Nie czas na płacz. Jedna łza może okazać się płatkiem śniegu, który zapoczątkuje lawinę.

- Najpierw trzeba zawiadomić dyrekcję szkoły. Potem dopiero policję - powiedziałam.

W przeciwnym razie istniało ryzyko, że rodzice denatki dowiedzieliby się z Internetu, że ich dziecko nie żyje, zanim skontaktuje się z nimi szkoła. Właśnie w taki sposób moja mama dowiedziała się o śmierci mojego brata: z Internetu.

Maddy wybrała na telefonie numer dyrektorki szkoły. Pozostałe dziewczyny, zbite w gromadkę, stały ze spojrzeniem utkwionym w ciele denatki. Ta, z otwartymi oczami i rozchylonymi ustami, które zdawały się wypowiadać jakieś zdanie, wydawała się niemal żywa. Niemal, choć nie do końca. Widywałam już wcześniej ciała nieżywych ludzi, nigdy jednak, jak w tym przypadku, nie miałam poczucia, że patrzy wprost na mnie.

- Ktoś ją znał? - wykrztusiłam w końcu.

Żadnej odpowiedzi. Niewiarygodne. Nasza szóstka zapewne wydawała się lepiej ustawiona towarzysko niż pozostali uczniowie liceum. Podejrzewałam wręcz, że nie było uczennicy, której byśmy nie znały.

Na Bal Kościotrupów wstęp miały wyłącznie uczennice naszego liceum. Na inne imprezy wolno było nam zapraszać osoby spoza kampusu. Dziewczyna w jeziorze była ewidentnie w naszym wieku, a przy tym wystrojona i umalowana. Jej twarz wydawała mi się znajoma, ale nie mogłam jej skojarzyć, zwłaszcza w obecnym ułożeniu. Skrzyżowałam ramiona na piersi, żeby powstrzymać dygotanie, i nachyliłam się, próbując jeszcze raz przyjrzeć się jej nadgarstkom. Przedstawiały straszny widok, ale po chwili znalazłam to, czego szukałam: cieniuteńką neonową bransoletkę na jednym z nich.

- Ma opaskę. Musiała być na potańcówce. To jedna z naszych. - Jak tylko wypowiedziałam ostatnie zdanie, przeszedł mnie dreszcz.

Tricia prześlizgiwała się wzrokiem po marszczącej się powierzchni jeziora, nie mając odwagi ponownie zerknąć na ciało.

- Kojarzę ją. To uczennica z naszej szkoły - bąknęła w końcu. W zamyśleniu bawiła się swoimi lśniącymi czarnymi włosami, a już po chwili pozwoliła, by opadły swobodnie na jej perfekcyjną podróbkę sukni balowej, jaką Emma Watson miała na sobie w Pięknej i Bestii.

- Już nie - mruknęła Tai.

- To nie jest śmieszne - spiorunowała ją wzrokiem Brie.

Wydawało się jasne, że ktoś prędzej czy później musiał rozładować napięcie. Dzięki temu ja również odzyskałam, przynajmniej w pewnym stopniu, przytomność umysłu. Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie, jak lodowe ściany stają się dwu-, a po chwili trzykrotnie grubsze. Rosły tak, dopóki całkiem nie zagłuszyły syren wyjących w głębi mojego umysłu i bicia serca, chaotycznego i pozbawionego wszelkiego rytmu.

Wyprostowawszy się, obrzuciłam spojrzeniem kostium Maddy - była przebrana za Czerwonego Kapturka, przy czym jej kusa sukienka więcej odkrywała niż zakrywała; na ramionach miała ciepłą pelerynkę.

- Pożycz mi pelerynę - poprosiłam, wskazując ją palcem.

Maddy posłusznie strząsnęła ją z bladych kościstych ramion i podała mi. Nie czułam zbyt wielkich wyrzutów sumienia z tego powodu. Panował ziąb, a tak się składało, że byłam od niej o rok starsza. Niedługo Maddy będzie na moim miejscu.

Wkrótce ciszę zmąciło wycie syreny, a w ciemności kampusu wdarło się wirowanie czerwonych i niebieskich świateł.

- Szybko im poszło - zauważyłam półgłosem.

- Wygląda na to, że Klein postanowiła najpierw wezwać gliny - stwierdziła Brie.

Z ciemności wynurzyła się Cori. Ściskała oburącz butelkę szampana, a jej zielone kocie oczy zdawały się świecić w półmroku.

- Mogłyście mi powiedzieć, tobym przedzwoniła do doktor Klein.

Dla Cori każda okazja była dobra, żeby przypomnieć o znajomości jej rodziny z dyrektorką szkoły.

- Przepraszam, nie myślałam o tym, co robię - powiedziała Maddy, krzyżując ramiona na piersi.

- Typowe dla Notorious - warknęła Tai, potrząsając z niedowierzaniem głową.

Maddy w odpowiedzi popatrzyła na nią wilkiem.

- To i tak bez znaczenia. Klein i tak niedługo się tu zjawi - zapewniła Brie, obejmując Maddy ramieniem. Szlafrok Brie wydawał się teraz kusząco puszysty i miękki. Maddy zaczęła pocierać policzkiem o materiał. Obserwowałam przez chwilę tę scenę zmrużonymi oczami, po czym odrzuciłam z powrotem jej pelerynę. Wykonałam jednak za duży zamach i peleryna wylądowała w wodzie.

Tai wzięła do ręki długi patyk i wymacała nim w jeziorze nasiąkniętą wodą, bezkształtną masę materiału. Wydobyła ją i rzuciła na ziemię pod moimi stopami.

- Ja też ją sobie przypominam. Jak ona mogła mieć na imię? Julia? Jennifer? Gina?

- A może Jemima? Albo Jupiter? - przerwałam jej ze złością.

Podniosłam pelerynę z ziemi i próbowałam wykręcić ją w rękach.

- Nie znamy jej imienia. I w pierwszej chwili w ogóle nie mogłyśmy jej skojarzyć - odezwała się przytomnie Brie. - Jeśli powiemy gliniarzom, że ją znałyśmy, wprowadzimy ich tylko w błąd.

- Ja nie potrafię spojrzeć na jej twarz. Przepraszam, po prostu nie mogę. No to co zrobimy... - Maddy zawiesiła głos i wsunęła ramiona do wnętrza sukni. Ze swoją kredowobiałą skórą i ciemnymi smugami na twarzy po rozmazanym makijażu wyglądała teraz jak jakaś straszna bezręka lalka. - Mamy kłamać?

Brie zerknęła na mnie pytająco.

- Brie chodzi o to, byśmy niepotrzebnie nie komplikowały zeznań. Powiemy, że jej nie rozpoznajemy, i tyle.

Brie podziękowała mi, ściskając mnie za rękę.

Jako pierwsi na miejscu zjawili się pracownicy agencji ochrony pracujący na terenie kampusu. Zatrzymali się przed akademikiem Henderson, wyskoczyli z samochodu i natychmiast pobiegli w naszą stronę. Nigdy dotąd nie widziałam, żeby poruszali się tak szybko. Był to dziwny, a zarazem żałosny widok. Wiedziałam, że w sumie żadni z nich gliniarze. Ich podstawowym zajęciem było rozwożenie nas po kampusie i ewentualnie robienie nalotów na imprezy.

- Proszę odsunąć się na bok - poleciła Jenny Biggs, młoda agentka ochrony, która nie raz zapewniała nam obstawę, gdy chciałyśmy się przedostać po godzinach z jednego końca kampusu na drugi, a także przymykała oko na organizowane przez nas potajemnie pijatyki. Tuż obok biegł jej mocno zbudowany partner. Wyminął nas i wskoczył do wody. W ustach poczułam coś gorzkiego, zacisnęłam pięści, zatapiając paznokcie we wnętrzu dłoni. Mimo że teoretycznie nie miałam ku temu żadnych podstaw, czułam, że powinnam chronić ciało martwej dziewczyny. Nie chciałam, żeby ten dupek dotykał jej tymi włochatymi łapami.

- Wydaje mi się, że nie powinniście niczego zmieniać na miejscu zbrodni do przyjazdu policji - szepnęłam do Jenny, licząc na to, że powstrzyma kolegę. Na przestrzeni lat zawsze była dla nas niczym starsza siostra - chętnie żartowała, no i naginała zasady.

Teraz jedynie obrzuciła mnie lodowatym spojrzeniem. Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, na miejsce zajechali prawdziwi gliniarze, a także karetka pogotowia. Ratownicy medyczni dobiegli na brzeg przed policjantami. Jeden z nich wskoczył do wody za partnerem Jenny.

- Nie zbliżać się do ofiary - warknął jeden z gliniarzy, biegnąc w stronę brzegu. Po chwili zorientowałam się, że to kobieta. Wysoka policjantka z wyraźnym bostońskim akcentem.

Barczysty ochroniarz, któremu woda sięgała już do pasa, odwrócił się gwałtownie, zderzając się z nadbiegającym sanitariuszem.

- Wygląda to jak zawody olimpijskie w niekompetencji - mruknęła Tai.

Inny z policjantów, niski facet w typie Tony'ego Soprano, zwrócił się do Jenny lekceważącym tonem, jakby była jego służącą:

- Zabierz stąd tego gościa - polecił.

Jenny poczuła się chyba dotknięta, ale tak czy inaczej gestem przywołała swojego partnera, który niechętnie chwycił ratownika medycznego za rękę. Po chwili ratownik wraz z Jenny wciągnęli ochroniarza na brzeg, spoglądając spode łba na gliniarzy z miejskiej komendy.

Policjantka, ta sama, która przed chwilą odwołała akcję ratowniczą, nagle skupiła uwagę na nas. Miała szpiczastą brodę, paciorkowate oczy i wyskubane brwi - przywodziła na myśl porzucony w połowie rysunek z lekcji plastyki.

- To wy znalazłyście ciało?

Nie czekając na odpowiedź, zaprowadziła nas nad samą wodę. Po chwili przyjechało więcej policjantów, którzy zajęli się odgradzaniem taśmami miejsca zdarzenia. Spoglądałyśmy po sobie z Brie. Próbowałam nawiązać kontakt wzrokowy z Jenny, ale była zajęta przy zabezpieczaniu terenu. Tymczasem z kampusu zaczęły schodzić się uczennice. Po chwili wzdłuż oddzielonej strefy zebrały się też dorosłe opiekunki akademików. Wysoka policjantka uśmiechnęła się do nas, nie otwierając ust.

- Nazywam się detektyw Bernadette Morgan. Która z was dzwoniła na policję?

Maddy uniosła rękę.

Detektyw Morgan energicznym ruchem wydobyła z kieszeni komórkę i pokazała nam jej wyświetlacz.

- Mam fatalną pamięć, dziewczyny. Nie pogniewacie się, jeśli to nagram?

- Nie ma sprawy - odparła Maddy, po czym posłała mi przepraszające spojrzenie.

Detektyw Morgan musiała zauważyć jej reakcję, bo uśmiechnęła się do mnie krzywo, po czym znów zwróciła się do Maddy:

- Nie potrzebujesz pozwolenia koleżanki.

Tai zerknęła na telefon policjantki.

- O mój Boże, to iPhone 4? Nie wiedziałam, że w ogóle jeszcze produkują ten model. Ani że prawo dopuszcza nagrywanie na nich zeznań nieletnich.

- Zeznań świadków - poprawiła ją z uśmiechem detektyw Morgan. - To jak będzie? Dacie mi pozwolenie, czy wolicie pojechać ze mną na komendę i zaczekać, aż wezwiemy waszych rodziców?

- Proszę nagrywać - burknęła niechętnie Tai. Skrzyżowała ramiona na piersi, próbując opanować drżenie.

Inne dziewczyny pokiwały głowami, ja jednak zawahałam się na ułamek sekundy. Jenny była w porządku, ale tak w ogóle to nie miałam zaufania do gliniarzy. Połowę ósmej klasy spędziłam na rozmowach z przeróżnymi policjantami, co wspominałam jako piekielny czas w moim życiu. Z drugiej strony byłam gotowa znieść wiele, byle uniknąć włączania do tej sprawy rodziców.

- W porządku - rzuciłam w końcu.

Detektyw Morgan wybuchła nosowym, opryskliwym śmiechem.

- Jesteś pewna?

Chłód stawał się coraz bardziej dokuczliwy. Dlatego gdy znów się odezwałam, w moim głosie zabrzmiało wyraźne zniecierpliwienie i zdenerwowanie.

- Jasne. Śmiało, Maddy.

Jednak Bernadette najwyraźniej jeszcze ze mną nie skończyła. Wskazując przemoczoną do cna, zwiniętą w kulkę pelerynę Maddy, którą trzymałam w rękach, spytała:

- Wyciągnęłyście ją z wody?

- Tak. Ale nie było jej tutaj, kiedy tu dotarłyśmy.

- Skąd zatem się tu wzięła?

Mimo chłodu poczułam palenie na twarzy.

- Wrzuciłam ją.

Dostrzegłam, jak policjantka przygryza sobie od środka policzek.

- Tak, zupełnie naturalne - powiedziała, kiwając głową. - Będę musiała zabrać tę odzież.

O cholera. I właśnie tak się to zaczyna: od drobnych rzeczy. Podałam jej pelerynę, ona jednak przywołała przez ramię jakiegoś niskiego faceta stojącego z tyłu. Kiedy zbliżył się do nas, ujął pelerynę dłońmi w niebieskich rękawiczkach i umieścił ją w plastikowej torbie.

- No to zacznijmy od początku - rzekła detektyw, odwracając się do Maddy.

- Przyszłyśmy popływać. Brie pobiegła przodem. Nagle usłyszałam, jak krzyczy, i wtedy...

- Która z was to Brie? - przerwała jej detektyw Morgan. Nakierowywała kamerę aparatu po kolei na twarze nas wszystkich. Po chwili Brie uniosła rękę.

- ...i wtedy zobaczyłyśmy, że w wodzie obok niej pływa ciało. Kay kazała mi zadzwonić do doktor Klein, zanim wezwiemy policję - dokończyła Maddy.

- Nieprawda - zaprotestowałam chrapliwym, drżącym głosem. - To był pomysł Brie.

Detektyw Morgan odwróciła się w moją stronę i powoli zlustrowała mnie kamerą aparatu od głowy ku stopom. Prześlizgnęła się po zadrapaniach na mojej skórze.

- To ty jesteś Kay - powiedziała z dziwnym uśmiechem.

- Tak, ale to Brie chciała, żeby najpierw zawiadomić doktor Klein.

- A jakie to ma znaczenie?

Jej pytanie zupełnie zbiło mnie z tropu.

- A nie ma?

- Ty mi powiedz.

Zacisnęłam usta. Z doświadczenia wiedziałam, że policja może wysłuchać zeznań, a potem tak przekręcić słowa przesłuchiwanego świadka, by wynikało z nich coś, czego wcale nie chciał powiedzieć.

- Przepraszam, czy coś nam grozi?

- Czy któraś z was rozpoznała denatkę?

Powiodłam spojrzeniem po twarzach dziewczyn, ale żadna nie kwapiła się z odpowiedzią. Maddy sztywno kiwała się na boki. Ręce nadal trzymała wsunięte do wnętrza sukni. Cori przypatrywała się pracy policjantów na brzegu jeziora; na jej twarzy odmalowała się dziwna fascynacja. Tricia stała ze wzrokiem wbitym w ziemię, jej gołe ramiona dygotały. Tai wlepiała we mnie nieruchome spojrzenie, a Brie kiwaniem głowy zachęcała mnie, bym mówiła dalej.

- Nie. Czy będziemy mieć kłopoty?

- Mam nadzieję, że nie - odparła detektyw Morgan. Dała jakiś znak ponad naszymi głowami swojemu koledze po fachu. Korzystając z jej nieuwagi, zerknęłam na Brie: wyglądała na autentycznie zaniepokojoną. Ciekawe, czy ja też powinnam się martwić. Brie zbliżyła dłoń do ust i wykonała przy nich gest przekręcania klucza w zamku. Odpowiedziałam jej ledwie dostrzegalnym skinieniem głowy, a potem, unosząc brwi, omiotłam spojrzeniem pozostałe dziewczyny. Tai kiwnęła głową na znak, że się zgadza. Tricia i Cori skrzyżowały małe palce u dłoni na znak, że będą milczeć. I tylko Maddy wyglądała na poważnie wystraszoną.

Właśnie wtedy zauważyłam przepychającą się przez tłum gapiów doktor Klein. Dyrektorka szkoły była niewysoką, lecz budzącą respekt kobietą. Jakimś cudem, mimo nocnej pory i nietypowych okoliczności, była nienagannie ubrana i opanowana. Dyskretnym machnięciem dłoni kazała się odsunąć policjantce i pomaszerowała prosto do nas.

- Ani słowa więcej - poleciła, kładąc jedną dłoń na moim ramieniu, drugą na ramieniu Cori. - Te dziewczęta są pod moją opieką. Pod nieobecność ich rodziców to ja jestem za nie odpowiedzialna. Nie wolno wam poddawać ich przesłuchaniu, kiedy nie ma mnie w pobliżu. Zrozumiano?

Detektyw Morgan otwierała już usta, żeby zaprotestować. Jednak wykłócanie się z doktor Klein, gdy weszła w rolę dyrektorki, mijało się z celem.

- Te uczennice przed chwilą były świadkami strasznej tragedii. Panna Matthews jest przemoczona do suchej nitki; grozi jej wychłodzenie organizmu. Może je pani przesłuchać w budynku albo w innym terminie. Jeśli życzy sobie pani porozmawiać z dziewczynami w godzinach lekcyjnych, nie będę z tego powodu robić problemów.

Detektyw Morgan odpowiedziała jej uśmiechem, znowu nie pokazując zębów.

- W porządku. Dziewczyny, sporo przeszłyście. Wyśpijcie się teraz porządnie, dobra? Nie pozwólcie, żeby jedna mała tragedia popsuła wam superimprezę. - Po tych słowach zaczęła się oddalać. Po chwili jednak odwróciła się jeszcze do nas. - Skontaktuję się z wami.

Doktor Klein, zaprowadziwszy nas do akademika, pognała z powrotem na brzeg jeziora.

- To był wredny tekst - stwierdziłam, zwracając się do Brie.

- No - przyznała zatroskanym głosem przyjaciółka. - W ustach tej gliny zabrzmiało to niemal jak groźba.

2

Rankiem wieść o tragedii obiegła całą szkołę lotem błyskawicy. Mimo że mój akademik usytuowany był w części kampusu daleko od jeziora, obudziły mnie syreny i przytłumione pochlipywanie dobiegające z góry. Kiedy otworzyłam oczy, ujrzałam nad sobą Brie. Siedziała na brzegu mojego łóżka z twarzą przyciśniętą do okna. Zdążyła już wziąć prysznic i uczesać się, a teraz popijała małymi łyczkami kawę z mojego kubka z napisem: JA ? DZIEWCZYNY Z REPREZENTACJI PIŁKARSKIEJ BATES.

Widok kubka podziałał na mnie otrzeźwiająco: przecież w poniedziałek nasza drużyna rozgrywa kluczowy mecz, a my dzisiaj rano miałyśmy trenować. Wyskoczyłam z łóżka, związałam moje lekko falujące rude włosy w ciasny koński ogon i założyłam legginsy.

- Jessica Lane - powiedziała niespodziewanie Brie.

Momentalnie oblał mnie zimny pot, a po plecach przeszły mi ciarki.

- Co?

- Tak nazywała się ta dziewczyna w jeziorze.

- Nigdy o niej nie słyszałam.

Wolałabym, żeby Brie nie zdradzała mi jej imienia. Nie mogłam opędzić się od wspomnienia twarzy tej panny, gdy w nocy leżałam na moim wąskim łóżku, bezskutecznie próbując zasnąć. Teraz zaś musiałam być skupiona. Należało więc usunąć z umysłu wszelkie wspomnienia z zeszłej nocy. Przez trzy lata byłam twarda jak skała. Nie mogłam pozwolić, żeby coś takiego, pojedynczy płatek śniegu, skruszył moją pewność siebie.

- A ja ją znałam - odezwała się Brie. - Chodziłyśmy razem na lekcje z trygonometrii.

Poczułam jakiś wstrętny ucisk na dnie żołądka.

- Może źle zrobiłyśmy, zeznając, że jej nie znałyśmy.

- Nie przejmuj się tym - poradziła. Przysunęła się do mnie, po czym zaczęła nawijać sobie na palec kosmyk moich włosów. - W sumie to znałam ją tylko ledwo, ledwo. Nie mogłyśmy powiedzieć glinom wszystkiego. Uwzięliby się na nas i zamienili nasze życie w piekło.

Brie miała swoje powody, żeby wystrzegać się stróżów prawa. Po pierwsze, jej rodzice byli świetnymi adwokatami specjalizującymi się w sprawach karnych, a Brie zamierzała pójść w ich ślady. Zapewne już teraz dysponowała większą wiedzą na temat prawa karnego niż niejeden student piątego roku. Wszystko, co powiesz, w sądzie może zostać użyte przeciwko tobie. Odkąd w zeszłym roku zwyciężyła w regionalnym konkursie debat, jej mantrą był cytat: "Tańcz, jakby nikt nie patrzył. Ale e-maile pisz ze świadomością, że pewnego dnia mogą zostać odczytane na sali sądowej jako materiał dowodowy". Po drugie, Brie nieraz przekonała się na własnej skórze, jak biali policjanci traktują osoby innego pochodzenia. Zaznaczała przy tym, że nigdy nic podobnego nie spotkało jej na terenie Bates. Jednak nawet mojej uwadze nie umknęło, jak inaczej sprawy wyglądały poza terenem szkoły. Pewnego razu, gdy policja nakryła nas na nielegalnej imprezie organizowanej poza kampusem, jeden z gliniarzy wyminął mnie - nieletnią mającą w ręce otwartą butelkę piwa - i poszedł prosto do Brie, każąc jej poddać się badaniu alkomatem. Zmusili ją do tego, mimo że trzymała tylko puszkę napoju gazowanego.

- I pamiętaj, żeby o niczym nie mówić Maddy - nakazałam Brie. - No chyba że chcesz, by dowiedziała się o tym cała szkoła.

- To nie fair - poskarżyła się.

To akurat nie miało żadnego znaczenia. W zeszłym roku Maddy przypadkiem opublikowała w Internecie listę nowo przyjętych do drużyny piłkarskiej, zanim jeszcze nadarzyła się okazja "porwania" ich w ramach ceremonii inicjacyjnej. Tradycja ta umacniała poczucie wspólnoty w zespole, poza tym miałyśmy przy okazji mnóstwo zabawy. Kiedy noc inicjacji zostaje pozbawiona elementu strachu, automatycznie znika też radość na wieść, że zostało się wybranym i że jest się wystarczająco dobrym. No i Maddy musiała to wszystko popsuć. Opublikowała online listę nazwisk, które podesłałam jej e-mailem, więc na własnej skórze miałam okazję przekonać się o prawdziwości mantry Brie: e-maile pisz ze świadomością, że pewnego dnia mogą zostać odczytane na sali sądowej jako materiał dowodowy - albo zamieszczone na ogólnodostępnym forum internetowym.

Choć być może oceniałyśmy Maddy niesprawiedliwie. Parę tygodni wcześniej Tai nadała jej przydomek Notorious; prawdę mówiąc, nie bardzo wiedziałam, o co jej chodzi. Nie zamierzałam jednak być jedyną osobą, która się do tego przyzna. Ostatnio nawet Brie odnosiła się do Maddy z dystansem, a ja nie mogłam pojąć, co się za tym kryło. Maddy nie dorównywała bystrością Tai, nie była również tak pilną uczennicą jak Brie. W naszej grupie traktowana była jako ta głupia, mimo że w rzeczywistości potrafiła być błyskotliwa. W trzeciej klasie miała drugą najwyższą średnią ocen, pełniła funkcję kapitana drużyny hokejowej, a do tego zaprojektowała strony internetowe dla wszystkich drużyn sportowych z naszej szkoły. Poświęcała temu ostatniemu zajęciu sporo czasu, chociaż nic z tego nie miała, za to my dzięki jej stronom cieszyłyśmy się większą popularnością. Możliwe, że Maddy brakowało po prostu cynizmu, cechy wspólnej pozostałym dziewczynom, a to postrzegane było przez innych jako rodzaj słabości. Pod tym względem przypominała mi moją najlepszą przyjaciółkę z rodzinnego miasta, Megan Galloway. Cały światopogląd Megan rozświetlały iskierki naiwnej nadziei. Tego typu spojrzenie na świat bywa niebezpieczne, mimo to zazdrościłam go jej.

Sama miałam niekiedy wrażenie, że wszędzie dostrzegam jedynie czarne plamy. Nawet, gdy zamykałam oczy.

- Tak czy inaczej ostatecznie zidentyfikowano ciało. Wezwano rodziców. Prasa już się rozpisuje o sprawie. - Brie wskazała palcem sufit. Podążyłam tam spojrzeniem, lekko zdezorientowana. Odniosłam wrażenie, że płacz na górze się nasilił.

Kiedy mnie olśniło, zakryłam usta dłonią.

- To był jej pokój?

- Tak mi się wydaje. Teren wokół naszego akademika odgrodzono taśmą policyjną. I już od dwóch godzin na górze ktoś rozpacza. Niesamowite, że cię to nie obudziło.

- Wiesz, jak to ze mną jest.

Zawsze potrafiłam spać jak kamień, jeśli tylko nadarzała się okazja. A Brie wiedziała o tym lepiej niż ktokolwiek inny. Dzieliłyśmy pokój przez dwa lata, zanim, jako czwartoklasistkom, przydzielono nam jedynki. Jednak nawet teraz zostawałyśmy u siebie na noc.

Brie uśmiechnęła się szeroko, ale w końcu spoważniała.

- W Bates od ponad dziesięciu lat nikt nie popełnił samobójstwa.

- Wiem - przyznałam.

Wiedziałam też, że w okresie, gdy uczęszczała tu matka Brie, w Bates panowała istna epidemia samobójstw. Całe skrzydło Henderson pozostawało nieczynne przez niemal trzydzieści lat. Uznałam jednak, że przypominanie o tym przyjaciółce byłoby nietaktowne.

- Jak to możliwe, że jej nie znałaś? - zastanowiła się Brie.

- Nie wiem, może ta laska spędzała większość czasu poza kampusem.

Naciągnęłam przez głowę bluzę dresową, wzięłam ze stołu identyfikator mieszkanki kampusu i klucze. Stałam już przy drzwiach, z dłonią na klamce, jednak w ostatniej chwili się zawahałam. Rzuciłam okiem na kalendarz zawieszony nad łóżkiem. Dostałam go w prezencie od rodziców we wrześniu; wszystkie dni rozgrywanych przez naszą drużynę meczów zaznaczone były czerwonym markerem. Na poniedziałkowym meczu mieli pojawić się trzej łowcy talentów, żeby przyjrzeć się mojej grze. W przeciwieństwie do moich koleżanek, jeśli nie dostanę stypendium, nie będę miała pieniędzy na studia. Nie byłam typową uczennicą Bates, pochodzącą z zamożnej rodziny z Nowej Anglii. Żyłam obecnie ze stypendium sportowego. Nie miałam wystarczająco dobrych ocen, by starać się o naukowe, a moich rodziców nie było stać na opłacenie czesnego. Z drugiej strony to, co wydarzyło się tej nocy, można chyba uznać za nadzwyczajne okoliczności, a udział w dzisiejszym treningu mógłby nie zostać dobrze odebrany. Niewykluczone, że nawet moi rodzice zrozumieją.

- A może powinnam olać dzisiejszy trening? - spytałam Brie.

Posłała mi jedno ze swoich spojrzeń w stylu: ależ-ja-ciebie-nie-osądzam.

- Kay, trening już został odwołany.

- Nie mogą tego zrobić.

- Ależ oczywiście, że mogą. To nie my rządzimy tą szkołą. Kółka sportowe, muzyczne, teatralne, wszystkie zajęcia pozanaukowe są zawieszone na czas śledztwa.

Opadłam z powrotem na łóżko. W głowie miałam mętlik.

- Chyba żartujesz. Ten poniedziałek miał być najważniejszym dniem w moim życiu.

Brie objęła mnie ramieniem i natychmiast otuliło mnie jej ciepło.

- Wiem, kochana, ale jeszcze nic straconego, po prostu wszystko może się opóźnić.

Wypuszczone z dłoni klucze upadły z brzękiem na podłogę. Z czołem opartym o ramię Brie czułam, jak do oczu cisną mi się łzy.

- Nie wolno mi się rozkleić, prawda?

- Ależ jak najbardziej masz prawo czuć się zdołowana. Na razie nie zdążyłaś jeszcze przepracować tego, co się stało, i nie rozumiesz, dlaczego właściwie jesteś rozbita. Zeszłej nocy doznałaś traumy.

- Nie rozumiesz - powiedziałam, odsuwając się od przyjaciółki. Wbiłam knykcie w oczodoły i zaczęłam trzeć powieki. - Nie mogę pojechać do domu. Ty masz już zaklepane miejsce na uczelni, więc dla ciebie to żadna strata.

- To nie fair. A do tego nieprawda.

Wpatrzyłam się w jej żarliwe oczy w kolorze mahoniowym i wiecznie zmarszczone brwi. Jej twarz okalały, niczym aureola, miękkie, przypominające obłoczek włosy. Brie była taka porządna i zorganizowana. Zupełnie nie pasowała do mojego pokoju, który zawsze przywodził na myśl pejzaż po wybuchu atomowym, ani w ogóle do mojego życia. Była inteligentna, śliczna, zamożna i pochodziła z idealnej rodziny.

- Nie rozumiesz - powtórzyłam szeptem.

- To dochodzenie i tak wkrótce zostanie umorzone - stwierdziła zdecydowanym tonem Brie. Wstała z łóżka i znowu wyjrzała za okno. - Wszystko wskazuje na to, że to samobójstwo.

- Czego w takim razie dotyczy śledztwo?

- Pewnie chcą się dowiedzieć, czy doszło do przestępstwa.

- To znaczy morderstwa?

- W sytuacji, gdy ktoś ginie nagłą śmiercią, policja zawsze bierze pod uwagę taką ewentualność.

Jej słowa odbiły się echem w moim umyśle. Ta dziewczyna poniosła z pewnością nagłą śmierć. Jej twarz miała taki spokojny, niemal błogi wyraz, a przecież śmierć z definicji jest czymś gwałtownym i brutalnym.

- I niby miałoby do tego dojść tutaj?

- Zabójca może trafić się wszędzie, Kay. W domach spokojnej starości i w szpitalnym ambulatorium. Na komendach policji. Wszędzie tam, gdzie teoretycznie powinnaś się czuć bezpiecznie. Dlaczego zatem coś takiego nie miałoby się zdarzyć w szkole z internatem?

- Ponieważ jesteśmy tu od czterech lat i wszystkich znamy.

Brie potrząsnęła głową.

- Mordercy to zwyczajni ludzie. Jedzą to, co my, oddychają tym samym powietrzem, co wszyscy pozostali. Nie mają wypisane na czole, że zabijają.

- Może jednak wystarczy uważnie się przyglądać, żeby ich rozpoznać? - zastanowiłam się.

Brie splotła swoje palce z moimi. Moje dłonie zawsze były chłodne, jej zawsze ciepłe.

- To było samobójstwo. Za kilka dni zajęcia sportowe zostaną wznowione. A ty zostaniesz zrekrutowana do drużyny w college'u. Masz to jak w banku.

Nie rozumiałam, jak Brie z taką beztroską może wypowiadać słowo "samobójstwo". Czułam, jak wszystkie części mnie, które chciałam ukryć przed Brie, zaczynają się rozłazić w szwach.

- Teraz zaczną zadręczać nas pogadankami na temat wczesnego rozpoznawania niepokojących zmian w zachowaniu - poskarżyłam się. - Będą nam wciskać do głów, że odbieranie sobie życia jest złe, i tego rodzaju głupoty. Jakby po fakcie mogło to coś dać.

W sumie miało to chyba jakiś sens, biorąc pod uwagę historię samobójstw w Bates. Lepsze to niż nic. Ale równocześnie oznaczało, że wszyscy mają cierpieć dla osoby, która i tak już nie żyje, oraz jej najbliższych.

Po chwili zastanowienia Brie powiedziała:

- Cóż, żeby nie być mądrymi po szkodzie, zawsze możemy być milsze wobec innych. Pomyśl o tym.

Spojrzałam jej w oczy i poszukałam swojego odbicia w ich głębinach. Może faktycznie istnieje jakaś lepsza wersja mnie. Jeśli tak faktycznie jest, mieści się właśnie w umyśle Brie.

- Bycie miłą to kwestia subiektywna.

- Teraz brzmisz jak typowa uczennica Bates. Jesteśmy takie egocentryczne. Jak bardzo trzeba być skupionym na sobie, żeby nie dostrzegać, że ktoś obok za chwilę rozpadnie się na kawałki?

Przez ułamek sekundy wydało mi się, że Brie mówi teraz o mnie.

Ale nie, chodziło jej o Jessicę.

Zaczęłam znów oddychać.

- Na razie nie ubiegasz się o fotel prezydenta - przypomniałam jej. - Nie musisz być najlepszą kumpelą dla wszystkich. Wystarczy, że będziesz nią dla mnie.

Porwałam ją w niedźwiedzi uścisk i przewróciłam na łóżko.

Z westchnieniem Brie umościła czoło w zagłębieniu mojej szyi. Pozwoliłam sobie wtedy na jeden krótki moment błogiego szczęścia. Wdychałam tylko zapach jej włosów, przenosząc się w wyobraźni do alternatywnej rzeczywistości, w której jestem dobrym człowiekiem, a Brie i ja stanowimy parę. Zaraz potem zmusiłam się, żeby usiąść.

- Próbowałaś dodzwonić się do Justine? - spytałam.

Brie wyciągnęła telefon z kieszeni i wybrała numer.

- Nie odbiera. Ona w soboty sypia do późna.

Justine to dziewczyna Brie. Miałyśmy taką zasadę, że nigdy nie umawiałyśmy się na randki z ludźmi z Bates. Trzymałam się tego, mimo że ostatnio zerwałam ze Spencerem Morrowem, Mistrzem Niewierności. Tai nadała mu ten przydomek podczas namiętnej tyrady, którą wygłosiła, gdy dowiedziałyśmy się, że mnie zdradził. Z jakiegoś powodu przezwisko to bardzo mi się spodobało, a do niego przylgnęło na dobre. Usłyszałam dobiegający z komórki zaspany głos, a w tej samej chwili twarz Brie się rozpromieniła. Odepchnęła mnie, po czym wygramoliła się z łóżka i porwawszy ze stołu swoją kawę, wybiegła na korytarz. Wraz z jej odejściem w pokoju zrobiło się wyraźnie chłodniej. Jaka szkoda, że Justine nie budzi się w soboty jeszcze później. Jaka szkoda, że nie przesypia całego weekendu. Podeszłam do okna, uważając, żeby nie nadepnąć na minę w postaci sterty ciuchów, podręczników i sprzętu do ćwiczeń. Dzień prania przypadał jutro, więc brudy musiały jeszcze poczekać.

Pod akademikiem roiło się od ludzi jak w dniu, kiedy wprowadzały się nowe uczennice. Tyle że teraz to nie były tylko uczennice z rodzinami: na ulicy stały rzędem furgonetki miejscowych stacji telewizyjnych. Nieopodal przechadzało się nerwowo kilka elegancko ubranych kobiet, powarkując na wysokich operatorów kamer zainstalowanych na statywie Steadicam. Naliczyłam kilkadziesiąt osób w błękitnych T-shirtach z logo przywodzącym na myśl coś pomiędzy symbolem nieskończoności a dwoma połączonymi sercami. Wkoło kłębiły się też tłumy obszarpanych ludzi z miasta, wyglądających na bezdomnych. Wszyscy mieli załzawione oczy, niektórzy naprawdę płakali. Panował absolutny chaos. Ci w błękitnych koszulkach ustawili już stolik i zaczęli częstować towarzystwo kawą i drożdżówkami. Pomyślałam, że przejdę się tam zamiast na stołówkę. Dotarcie do niej w całym tym zamieszaniu pewnie i tak graniczyłoby z cudem.

Ruszyłam w dół po schodach, pokonując po dwa stopnie naraz. Miałam nadzieję, że nie natknę się na nikogo z rodziny Jessiki, która, jak przypuszczałam, przyjechała, żeby zabrać jej rzeczy z pokoju. Przy drzwiach wejściowych do budynku natrafiłam na agentkę ochrony Jenny, która trzymała tu wartę.

- Zdołałaś się przespać? - spytałam z uśmiechem.

Potrząsnęła przecząco głową i powiedziała:

- Uważaj na siebie, Kay.

- Może przyniosę ci kawę albo coś innego?

- Byłoby super - podziękowała z bladym uśmiechem.

Podbiegłam w podskokach do stolika, przy którym ludzie w błękitnych koszulkach nalewali kawę i rozdawali drożdżówki. Chwyciłam dwa puste kubki i już miałam nalać do nich kawę, gdy facet stojący za stołem wyrwał mi kubki z rąk. Spojrzałam na niego ze zdumieniem. Kojarzyłam jego twarz, ale nie znałam imienia. Podobnie jak Spencer i Justine, chodził do liceum Easterly High School i bywał częstym gościem na organizowanych przez nich imprezach dla ludzi teatru. A ponieważ Justine grywała w większości wystawianych tam spektakli, często widywałam tego chłopaka, chociaż nigdy nie widziałam go na scenie. Pewnie był pracownikiem technicznym.

Muskularne ramiona pokrywały mu tatuaże sięgające od nadgarstka po łokieć tatuaże. Miał ćwiek w dolnej wardze, a ciemne falujące włosy opadały mu na oczy, jakby przed chwilą zwlekł się z łóżka. W obcisłych dżinsach i poszarpanym czarnym swetrze prezentował się niczym upadły gwiazdor rocka. Wrażenia dopełniało pociąganie nosem, jak po nadmiarze kokainy, i przekrwione oczy. Po chwili zauważyłam, że w garści ściska zwiniętą w kulkę chusteczkę higieniczną. Może zatem w ten sobotni poranek nie wciągał wcale koki, tylko zalewał się łzami.

Jak tylko otworzył usta, cała sympatia, którą we mnie wzbudził, wyparowała.

- Zmykaj, pa, pa!

- Przepraszam. Chodzi o to, że mam zapłacić za kawę?

Chłopak wlepił we mnie niechętne spojrzenie, ale nic nie powiedział. Zaczęło do mnie docierać, z kim mam do czynienia: to był jakiś antyspołeczny typ, kompletne dziwadło. Nie zmieniał tego fakt, że gdyby darował sobie pozę udręczonego artysty i świętoszkowatą postawę, mógłby uchodzić za całkiem przystojnego gościa. Na jednej z imprez teatralnych próbowaliśmy zagadać do niego ze Spencerem. Facet przez okrągłą minutę mierzył nas pogardliwym spojrzeniem. Na koniec mruknął: "Wiadomo", po czym odwrócił się na pięcie i odszedł, nie odpowiedziawszy na zadane przez nas pytanie.

- Nie są dla ciebie - oznajmił w końcu.

- A niby dla kogo? - zastanowiłam się, rozglądając się wokół.

Chłopak wykonał szeroki gest, którym objął kłębiący się wokół nas tłum.

- Słucham?

Facet westchnął i przymrużył ciemne oczy. Nachylił się do mnie i szepnął z wyraźnym skrępowaniem:

- Są dla ludzi Jessiki. Dla bezdomnych.

- Ach tak - odparłam, prostując się. - Wydawało mi się, że to poczęstunek dla tłumu.

- Ten tłum to właśnie bezdomni.

Rozejrzałam się wkoło i po chwili zrozumiałam, że chłopak ma rację. Otaczający nas ludzie nie tylko wyglądali na bezdomnych - oni byli bezdomnymi. Większość prawdopodobnie żyła w przytułkach. Z powrotem przeniosłam spojrzenie na wytatuowanego chłopaka.

- Ale dlaczego?

- Opłakują śmierć swojej przyjaciółki. W przeciwieństwie do niektórych - wyjaśnił, po czym machnął ręką, jakby opędzał się od natrętnego owada. - Zmykaj do swojej pieczary.

Odszukałam spojrzeniem kubki, które mi zabrał. Potem obejrzałam się na Jenny stojącą nadal u wejścia do budynku.

- Czy mogłabym dostać chociaż jedną kawę?

- Nie, nie mogłabyś - odburknął chłopak, obrzucając mnie pogardliwym spojrzeniem. - Odwiedź Starbucksa.

- Najbliższy Starbucks znajduje się pięć mil stąd. Poza tym nie proszę o kawę dla siebie - wyjaśniłam, wskazując kobietę pilnującą wejścia do akademika. - To oficer Jenny Biggs. Była na służbie, gdy znaleziono ciało. Od tamtej pory nie zmrużyła oka. Możesz sobie wyobrazić, jak to jest, gdy musisz wytrzymać bez snu po tym, jak odnalazłeś martwą dziewczynę? Dziewczynę, którą przyrzekłeś chronić.

Chłopak z westchnieniem nalał kawę i wręczył mi kubek.

- W porządku. Ale jeśli zobaczę, że sama ją pijesz, wciągnę cię na czarną listę - ostrzegł.

- Czarną listę czego? - spytałam, przewracając oczami. - Przytułku dla bezdomnych?

- Kay Donovan, nie znasz dnia ani godziny.

- Dobra, Hank.

Zrobił zdezorientowaną minę.

- Mam na imię Greg.

- No to już wiem - ucieszyłam się, puszczając do niego oko. - I opuść sobie rękawy, bo zmarzniesz.

Lawirując, przedarłam się przez tłum i po chwili wręczyłam Jenny kubek. Pochłonęła kawę jednym haustem jak shota na imprezie.

- Mam nadzieję, dzieciaku, że szybko się dowiemy, co się stało. - Uśmiechnęła się.

Przez cały czas unikała jednak kontaktu wzrokowego, co było dość niepokojące. Zauważyłam też, że nerwowo poklepuje się po udzie trzymaną w ręce komórką. Czyżby dostała jakieś wieści, kiedy rozmawiałam z Gregiem?

- Czy to prawdopodobne? - spytałam, choć wiedziałam, że mi nie odpowie.

Wzruszyła ramionami i wskazała gestem, żebym wracała do budynku.

- Dzięki za kawę.

Wróciłam do pokoju, spałaszowałam kilka batonów energetycznych, napiłam się wody witaminizowanej. Zaspokoiwszy głód, otworzyłam laptop i zaczęłam przeszukiwać newsy w Internecie. Dowiedziałam się, że Jessica pochodziła stąd i że założyła organizację non profit, której celem było pomaganie bezdomnym w znalezieniu pracy i nabyciu podstawowych umiejętności obsługi komputera. Służył temu program edukacyjny online, który Jessica sama napisała. Jej osiągnięcia były imponujące, nawet jak na uczennicę Bates. Poza tym dowiedziałam się niewiele więcej. Z informacji prasowych wynikało, że jej ciało znaleziono w jeziorze tuż po północy. Przyczyna śmierci na razie była nieustalona. Zapoznałam się z kilkoma innymi artykułami. Nigdzie nie znalazłam wzmianki o ranach na nadgarstkach.

W żadnym z tekstów nie wspomniano, by zachodziło podejrzenie popełnienia przestępstwa. Jeden z artykułów zdradzał jednak, że w sprawie jej śmierci wszczęto śledztwo. Rzuciłam okiem do kalendarza na zakreślone markerem daty planowanych meczów. Czas uciekał nieubłaganie. Każda z tych dat stanowiła jakiś istotny ostateczny termin. Nic nie wskazywało na to, że policja zdoła zamknąć śledztwo, nim rozpoczną się przewidziane rozgrywki, a ja będę mogła zostać zrekrutowana przez łowców talentów. Moi rodzice zapewne dostaną zawału, jak się o tym dowiedzą.

W tym samym momencie, niczym na dany sygnał, moja komórka zaczęła wibrować. Dzwonił ojciec. Po krótkim wahaniu odebrałam.

- Cześć, tato.

- Jak poszło na treningu, koleżanko?

- Trening się nie odbył.

- Dlaczego?

- Ktoś umarł. Jedna z uczennic.

- Och, koleżanko. Jedna z twoich koleżanek z drużyny?

- Nie, ktoś inny - wyjaśniłam.

Usiadłam na łóżku i przyciągnęłam kolana pod brodę. Zazwyczaj dzwoniłam do rodziców w niedzielę. Fakt, że ojciec kontaktuje się ze mną innego dnia niż zwykle, trochę mnie zaniepokoił. Wyglądało, jakby miał mi do zakomunikowania coś strasznego.

- Hmm - rozległo się na drugim końcu linii.

- Wszystko w porządku?

- Może mimo wszystko powinnaś działać zgodnie z harmonogramem, jak myślisz? Zachowywać spokój. No wiesz, żeby dać przykład młodszym koleżankom.

Nagle dotarło do mnie, że ojciec już gdzieś przeczytał o śmierci Jessiki i właśnie z tego powodu dzwoni.

- To nie zależało ode mnie, tato. Dyrekcja szkoły zawiesiła wszystkie zajęcia sportowe do czasu, gdy zakończy się śledztwo w sprawie śmierci tej dziewczyny.

W tle rozległ się przytłumiony głos mojej matki.

- Co takiego?

Super. Powinnam była się domyślić, że od początku podsłuchiwała. W jej obecności za wszelką cenę należało się wystrzegać słowa "śmierć". Wbiłam sobie paznokcie w kark, by się ukarać za popełnienie tak głupiego błędu.

- Spytaj ją, co z poniedziałkiem - poleciła. Po chwili usłyszałam, jak odbiera ojcu aparat. - Co z poniedziałkowym meczem?

Zwinęłam się w kłębek na łóżku. Zacisnęłam powieki.

- Został odwołany. Nic nie mogę na to poradzić. Też nie jestem zachwycona z tego powodu, możesz mi wierzyć.

Usłyszałam, jak ojciec klnie w tle.

- To niedopuszczalne - oznajmiła matka. - Rozmawiałaś z doktor Klein?

- Nie, mamo. Nie kontaktowałam się z dyrektorką szkoły. Jej biuro jest zamknięte.

- A czy w ogóle spróbowałaś się z nią rozmówić? Wolisz, żebym ja to zrobiła? To nie czas, żeby siedzieć z założonymi rękami i łudzić się, że wszystko samo się ułoży. Musimy trzymać się planu.

- Ktoś umarł - powiedziałam cichym, opanowanym głosem. Miałam już dość tej rozmowy.

Matka próbowała coś powiedzieć, ale z jej ust dobyło się tylko ciężkie westchnienie.

Przygryzając dolną wargę, wsłuchiwałam się w przedłużającą się ciszę. W końcu przerwała ją matka, mówiąc drżącym głosem:

- Chciałabyś porozmawiać o czymś jeszcze, skarbie?

- Nie - odparłam, wstrzymując oddech. Nie oddychałam tak długo, że miałam wrażenie, jakby twarz miała mi wybuchnąć.

- Zdzwonimy się niedługo - obiecała matka.

Słuchawka powędrowała znów do ojca.

- Koleżanko, czas na działanie. Dzwoń, gdzie tylko możesz. Pisz listy. Zrób wszystko, co się da, żeby cię przyjęli. Zbyt ciężko pracowałaś, żebyś teraz miała wszystko stracić. Poradzisz sobie z tym tak samo, jak ze wszystkimi wcześniejszymi przeszkodami. Prawda?

- Tak.

Rozłączyłam się i wreszcie wypuściłam wstrzymywane w płucach powietrze. Uderzyłam pięścią w materac i kurczowo przycisnęłam poduszkę do piersi. Wolałabym, żeby Spencer nie okazał się Mistrzem Niewierności. I żeby Justine się nie obudziła, bo wtedy mogłabym zawołać Brie i dać upust emocjom. I żeby moi rodzice, dla odmiany, chociaż ten jeden raz zamknęli się i posłuchali, co mam do powiedzenia. Wszystko to było jednak marzeniem ściętej głowy. No i stawało się jasne, że nie zagram w poniedziałek. I nie miałam na to żadnego wpływu. Niech cię szlag, Jessico Lane.

W końcu usiadłam i zmusiłam się do wzięcia głębokiego, uspokajającego oddechu. Wiedziałam, w jaki sposób zginęła Jessica. Widziałam jej ciało. Wiedziałam, że jej rodzina pochodzi stąd i że Jessica tutaj funkcjonowała. Rany na nadgarstkach, szkoła stawiająca wysokie wymagania. Fakt, że policja nie potrafiła od razu rozwiązać zagadki jej śmierci, świadczył o tym, że miała zbyt wiele na głowie. Ale ja nie. Widziałam, co się stało. Stałam bezradnie, a wszystko wokół mnie wirowało. I nie zdążyłam nic zrobić, a potem cały mój świat obrócił się w ruinę. Moja najlepsza przyjaciółka i mój brat martwi. Ojciec zdruzgotany. Matka o krok od odebrania sobie życia. No i ja - zamknięta w bryle lodu.

Zacisnęłam palce na telefonie i wyciszyłam dzwonek. W głowie wciąż rozlegał mi się echem głos matki. Jeszcze mogę to wszystko naprawić. Dam radę. Zanim odwołają następny mecz.

Rozległ się cichy sygnał powiadamiający o nadejściu e-maila. Zerknęłam szybko na ekran komputera. Jego temat brzmiał: "Najnowsze informacje na temat stypendium sportowego". Serce biło mi jak oszalałe, gdy przyciągnęłam laptop i otworzyłam wiadomość.

Droga Kay, z przykrością informuję, że dotarły do mnie pewne podejrzane fakty z twojej przeszłości, które stawiają pod znakiem zapytania przydzielenie ci stypendium sportowego. Ponieważ ja również nie będę mogła uczęszczać do college'u, wiedz, że świetnie cię rozumiem. Jeśli pomożesz mi w realizacji mojego ostatniego projektu, być może puszczę w niepamięć twoje wykroczenia.

Na końcu tego listu znajdziesz link. Po jego otworzeniu możesz zapoznać się z dalszymi instrukcjami. Kiedy będziesz realizować poszczególne zadania, ze składu klasowego będą po kolei znikać pewne nazwiska. Jeśli nie wypełnisz któregokolwiek z zadań w ciągu 24 godzin, link do strony internetowej, wraz z dowodem twoich uczynków, zostanie przesłany do twoich rodziców, na policję oraz do wszystkich uczniów Bates Academy.

Jeśli ci się powiedzie, nikt nigdy nie dowie się o tym, co zrobiłaś.

Z serdecznymi pozdrowieniami, Jessica Lane

P.S. Być może wyda ci się to banalne, ale sugeruję, żebyś nie zgłaszała tej sprawy na policję. Kiepsko byś na tym wyszła, Kay. Jak zwykle zresztą, prawda?

E-mail został nadany ze szkolnego adresu Jessiki. W pierwszej chwili zrodziła się we mnie myśl, że dziewczyna nadal żyje. Nie wiedziałam tylko, czy z tego powodu powinnam się śmiać, czy płakać. A więc nastąpiło jakieś wielkie surrealistyczne nieporozumienie, na skutek którego zostawiłyśmy w jeziorze krwawiącą ofiarę, sądząc, że to trup. To istny cud, że przeżyła. Kolejna myśl była taka, że w tej sytuacji zapewne będziemy podejrzane o usiłowanie zabójstwa czy coś w tym stylu. O Boże, sama jestem już trupem. Dopiero po chwili przyszło otrzeźwienie - wiedziałam przecież na sto procent, że dziewczyna nie żyje. Czyli tę wiadomość musiała napisać przed śmiercią, a następnie ustawić czas wysyłki na teraz. Równie prawdopodobne jest, że ktoś inny wysłał ją ze skrzynki pocztowej Jessiki. Ta myśl wydała mi się jednak do tego stopnia chora, że nie poświęciłam jej zbyt wiele uwagi. Użyte w liście słownictwo sugerowało, że Jessica wiedziała, że wkrótce umrze. Pisała przecież o swoim ostatnim projekcie. O tym, że nie będzie mogła pójść do college'u. Ale może po prostu nadawałam jej słowom zbyt wielkie znaczenie. Zbliżała się matura; istniało mnóstwo powodów, dla których ludzie nie wybierali się na studia. Z artykułów, które przeczytałam o Jessice w Internecie, wynikało, że pobierała w Bates stypendium.

Pomyślałam, że ten list może przekonać policję, iż Jessica Lane targnęła się na swoje życie. Jeśli zaniosę go glinom, być może dochodzenie skończy się już teraz.

Zaraz jednak przypomniałam sobie o postscriptum - jego treść mnie zmroziła.

U dołu strony znalazłam link o nazwie "Mój ostatni projekt". Najechałam na niego kursorem i kliknęłam.

Ekran zgasł na długą chwilę, po czym ukazał się na nim obraz staroświeckiej wiejskiej kuchni z kuchenką żeliwną. Na zaparowanej szybce drzwiczek kuchenki powoli zaczęły ukazywać się litery. Po chwili ułożyły się w napis stanowiący nazwę strony internetowej, na którą weszłam: ZEMSTA JEST NICZYM POTRAWA. PYSZNY PRZEWODNIK DLA CHCĄCYCH ROZPRAWIĆ SIĘ ZE SWOIMI NIEPRZYJACIÓŁMI.

3

Klikałam raz za razem w link, ale strona była chroniona hasłem. "Zemsta jest niczym potrawa", powtórzyłam w myślach. A zatem ostatnim projektem Jessiki była zemsta. I przesłała go do mnie. Spróbowałam jeszcze raz otworzyć stronę, nadal bez powodzenia, po czym odepchnęłam od siebie laptop najdalej, jak się dało. Jednak nawet wtedy nie umiałam oderwać oczu od ekranu.

Jaka szkoda, że Spencer tak wszystko spieprzył. Poza tym, że uprawiał sport, namiętnie grał w gry komputerowe, więc bez trudu zdołałby obejść zabezpieczenia strony. Przejrzałam w telefonie listę ostatnich połączeń. Świadomość, że Spencer zawsze sytuował się na jej szczycie, była dobijająca. Podświadomie wciąż spodziewałam się, że zadzwoni, przeprosi, spyta, co u mnie słychać, wspomni, że jakiś przypadkowy drobiazg, przypomniał mu o mnie. Najwyraźniej jednak łudziłam się na próżno.

Upuściłam telefon na łóżko i przysunęłam z powrotem laptop. Zalogowałam się do sieci społecznościowej uczennic Bates i zaczęłam przeglądać listę użytkowników w poszukiwaniu kogoś, kto mógłby mi pomóc. Bates zawsze przodowało na polu STEM, czyli nauk przyrodniczych, technologii, inżynierii i matematyki, a ponadto wiele uczennic znało przynajmniej podstawy programowania. Maddy, Brie i Cori uczęszczały na zajęcia świetnie przygotowujące do studiów na tych kierunkach. Teoretycznie mogłabym poprosić o pomoc Maddy, która miała za sobą najwięcej lekcji informatyki z nas wszystkich. Wahałam się jednak. Mając w pamięci groźbę sformułowaną w liście, wolałam nie wtajemniczać moich przyjaciółek w projekt Jessiki. A Maddy w szczególności. Najchętniej w ogóle nie mieszałabym w to nikogo, z kim łączyła mnie jakakolwiek znajomość. Powinien to być ktoś nieudzielający się towarzysko i mało wiarygodny. Wówczas gdyby nawet dowiedział się o czymś, o czym wiedzieć nie powinien, łatwo mogłabym się wszystkiego wyprzeć.

Mój wybór padł ostatecznie na Nolę Kent. Przy jej imieniu lśniła mała zielona kropeczka, oznaczająca, że Nola jest online. Po chwili namysłu wysłałam jej wiadomość prywatną. Dwa lata temu, gdy Nola przeniosła się do naszej szkoły, razem z Tai i Tricią trochę się nad nią pastwiłyśmy. Zazwyczaj po prostu obgadywałyśmy ją za plecami, niewykluczone też, że wymyśliłyśmy dla niej jakieś przezwisko, puściłyśmy w obieg plotkę na jej temat albo nawet dwie. Ale to było wieki temu. Prawdopodobnie gdybym teraz poruszyła w liście te stare dzieje, byłoby jej jeszcze bardziej głupio niż mnie. Poza tym to nie nasza wina, że panna ubierała się jak połączenie dyrektorki domu pogrzebowego i laleczki Chucky. Widziałam, że zjawiła się potem na kilku meczach piłkarskich, więc chyba nie żywiła urazy.

- Cześć, jesteś? - napisałam, czekając teraz na jej odpowiedź.

Wyświetliło się jej zdjęcie klasowe, a obok symbol wielokropka - znak, że pisze odpowiedź. Nola była niziutka i wyglądała zawsze na zabiedzoną. Jej długie, gęste ciemne włosy zdawały się zakrywać całe ciało. Miała porcelanową cerę, a jej błękitne oczy były niesamowicie okrągłe, jakby zawsze wyrażały zdumienie. Kiedy myślałam o Noli, do głowy przychodziło mi słowo "drobna". W sumie była całkiem nijaka, a przynajmniej tak nam się wydawało, kiedy zaczęłyśmy jej dokuczać. Wkrótce jednak okazało się, że ma niezwykle wartościowe dla nas hobby: była mistrzynią kodowania i tworzenia systemów.

- Cześć.

- Próbuję wejść na pewną stronę i nie mogę.

- Czy strona jest zabezpieczona hasłem?

- Tak.

- Znasz hasło?

- Nie.

- A powinnaś je znać?

- To długa historia.

- Chętnie posłucham.

Westchnęłam z rezygnacją. Musiałam za wszelką cenę dowiedzieć się, jakiego rodzaju haka miała - a przynajmniej sądziła, że ma - na mnie Jessica. I co miała na myśli, wspomnając w liście o nieprzyjaciołach i zemście. A Nola była idealnym wyborem - mogła mi pomóc, a przy tym nie ryzykowałam, że potem się komuś wygada.

- Spotkajmy się - napisałam.

- Ale gdzie? Tu, gdzie jestem w tej chwili, panuje straszny tłok.

- W bibliotece.

- Dobra, będę za pięć minut.

Wymknęłam się tylnymi drzwiami z akademika, żeby ominąć tłumy, i udałam się do biblioteki. Usytuowana była u stóp wzgórza, na którym wznosił się internat. Powietrze pachniało dymem z ognisk i cydrem, dokładnie tak, jak powinno pachnieć w sobotę na początku listopada. Dochodziły mnie jeszcze głosy reporterów i żałobników. Niektórzy śpiewali pieśni żałobne, inni prowadzili rozmowy - wszystko to brzmiało jak połączenie stypy na świeżym powietrzu i wielkiego pikniku. Było to dziwaczne i trochę przerażające. Na trawniku między akademikami a dziedzińcem kręciła się garstka uczennic. Zwolniłam kroku i w zamyśleniu kopałam uschłe liście, którymi zasłana była ziemia. W założeniu miał to być mój wielki dzień: trening do siedemnastej, potem kolacja z Brie i Justine, a wieczorem planowałyśmy ostatecznie zadecydować, czy powinnam dać jeszcze jedną szansę Spencerowi. To znaczy odpowiedź powinna być dla wszystkich oczywista. Zdaniem Justine, autorytetu w dziedzinie plotek w liceum Easterly, Spencer za moimi plecami umówił się na randkę z uczennicą z Bates. Co gorsze, spotkali się w tej samej kawiarence, w której spędziliśmy naszą pierwszą randkę. No ale patrząc na to z drugiej strony, ludzie przecież czasem się zmieniają. Każdy robił w przeszłości różne głupoty. Ci, którzy nie mają nic takiego na sumieniu, niech podniosą rękę. No właśnie, tak myślałam.

Poszłam na najwyższe piętro biblioteki, czyli tam, gdzie zachodziło najmniejsze prawdopodobieństwo natknięcia się na kogoś niepowołanego. Następnie wysłałam Noli wiadomość, że jestem na miejscu. Piętro to było utrzymane w niesamowicie staroświeckim stylu. Mieściły się tutaj zbiory kaset wideo i mikrofilmów, a także staromodny papierowy katalog biblioteczny. Domyślałam się, że wszystko to musi stanowić jakąś wartość, w przeciwnym razie szkoła już dawno pozbyłaby się całego badziewia. Wyglądało to jak składowisko starych nośników danych. Byłam niemal pewna, że nikt nam tu nie będzie przeszkadzał. Po chwili znalazłam wygodny fotel obity pogryzionym przez mole zielonym sztruksem, zapewne równie wiekowy, jak tutejsza kolekcja kaset wideo. Rozsiadłam się w nim i ułożyłam sobie na kolanach laptop.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki