105
- Życie nie polega na tym, że się ma albo nie ma, lecz na tym, że się jest.
- Słucham?
- Odchodząc z tego świata, nie zabierzesz ze sobą żadnych nieruchomości, samochodów, drogich zegarków czy innych kosztowności. Nie weźmiesz nawet starych, podartych spodni, które być może odłożyłeś gdzieś, kiedyś na czarną godzinę.
- Ale ja nie mam takich spodni - rzekł nastolatek, jakby na serio nie załapał, o co biega.
- Przyjacielu, zapomnij o wszelkich tytułach i dyplomach.
Twoje ciało, zdjęcia najbliższych, to również tutaj pozostanie.
Wszystko, rozumiesz? Wszystko. Jedyne, co twoja dusza zabierze, przechodząc do innego wymiaru, to uczucia i emocje, jakich na co dzień doświadczasz w wielu wydarzeniach, sytuacjach bądź okolicznościach. Negatywne i pozytywne, wszystkie, które jesteś w stanie poczuć we własnym sercu. Wiesz, mam takie wrażenie, graniczące niemal z pewnością, że urodziliśmy się po to, aby uszczęśliwić naszą duszę, a żeby to robić, trzeba nauczyć się odczuwać...
- Dusza, powiadasz. Dobrze prawisz, nie pomyślałem w ten sposób.
- I właśnie dlatego uważam, że cały ten samorozwój jest o kant dupy, ale gdy połączysz go z duchowością, wówczas pro-wadzi do prawdziwego szczęścia i spełnienia.
Teofil zaczął powoli odzyskiwać radość życia, aż w końcu doszło do tego, że codziennie budził się z uśmiechem na twarzy, a gdy szedł spać, nie mógł doczekać się kolejnego dnia. Młodzieniec bez większych problemów zdał maturę. Pożegnawszy rodziców, wyjechał na studia do Wyższego Seminarium Du-106
chownego w Gołodupcach. Wielki budynek, w jakim zamiesz-kał, składał się z kilku brył i otoczony był ogromnym ogrodem, w którym dominował pewien charakterystyczny styl - proste formy oraz minimalizm w doborze koloru. Gdyby ktoś nie wiedział, seminarium jest domem mieszkalnym dla kleryków, choć nie tylko. To miejsce, w którym alumni przygotowują się do ka-płaństwa. Jego fundamentem jest kaplica. Ponadto znajdują się tam sale wykładowe, biblioteka, jadalnia, siłownia, hale sporto-we oraz wiele innych pomieszczeń. Teo dzielił swój pokój z Do-minikiem, Kacprem i Szymonem. Każdy z nich był inny, w związku z czym uczyli się akceptacji.
- Ej, czemu chcecie służyć Bogu? - zapytał któregoś razu syn państwa Muntari.
- Od zawsze czułem, że moje miejsce jest przy ołtarzu - wyrwał się z odpowiedzią Szymon.
- Wiesz, odkąd pamiętam, to chciałem pracować z ludźmi.
Prowadzić ich do zbawienia, do Boga, jest dla mnie największą wartością - oznajmił bez zastanowienia Kacper.
- A ja przyszedłem tutaj po to, aby odkryć swoje powołanie. W ciszy i spokoju. Chciałbym mieć rodzinę, ale chyba gdzieś w głębi duszy czuję, że powinienem zostać księdzem.
Studiowałem też marketing i zarządzanie, ale to nie było dla mnie - przemówił Dominik, zmarszczywszy delikatnie czoło.
- Fil, a ty? Co tutaj robisz? - spytał Szymek.
- W sumie, to nie wiem, bo po tym, co zobaczyłem, no to, kurwa, ale ja pierdolę, zacząłem się zastanawiać... Nie tego się spodziewałem, jednak czuję, że powinienem tutaj zostać.
- Ale czemu? Dlaczego? - dociekał Kacper.
103
- No, spoko. Fajne marzenie, a do kościoła chodzisz?
- Kiedyś chodziłem, ale przestałem.
- Myślisz, że to możliwe, aby zostać sługą bożym bez wę-drówki do Przybytku Pana?
- Chyba nie.
- No jasne, że nie. A pamiętasz, co powinieneś zrobić, żeby pójść do przodu?
- Ruszyć dupę.
- Dokładnie. Przeczytałeś książkę, być może nawet z wielkim zaangażowaniem, ale czy wdrożyłeś coś z tego do swojego życia? Ja wiem, że ty wiesz, ale sama wiedza tutaj nie wystarczy.
Możesz wiedzieć więcej ode mnie. Możesz przeczytać wszystkie książki rozwojowe, jakie są na świecie, ale... jeżeli nie zaczniesz działać, to nic się w twoim życiu nie zmieni. Zupełnie nic, mój przyjacielu. No takie jest życie, a życia nie oszukasz.
- O rzesz kurwa! - wybrzmiał syn państwa Muntari, patrząc na mnie w taki sposób, że poczułem się dość niepewnie.
- Teraz już kumam. Jakie to wszystko proste! Grzechu, czas nam się skończył, godzina minęła - dodał po chwili.
- Teo, zapomnij o czasie, jest tylko iluzją. Chciałbym, abyś wiedział, że w życiu należy cieszyć się drogą, a nie celem.
- Jak mam to rozumieć?
- Pozwól, że opowiem ci pewną historię. Siedzę sobie przy stole pokerowym, wokół mnie znajduje się mnóstwo gra-czy. Jednym z nich jest mój mistrz. Wóda leje się strumieniami, marihuana, piguły, niektórzy walą w nosa sztosa. Nagle mistrz wstaje i odchodzi. Potrzebuję odpocząć. Powiedział. No i poszedł, aby przemyśleć swoją strategię na dalszy etap gry. Cykor, leszcz, nie ma jaj! Wrzeszczeli pozostali gracze. Nie wracaj, 104
bo nie masz nic więcej do zaoferowania! Grzmiał ten najbar-dziej spłukany. Siedziałem i obserwowałem, próbując nie oce-niać, aczkolwiek ocenianie jest procesem myślowym, którego nie da się zatrzymać. OK, można, ale potrafią to zrobić tylko nieliczni. Co z nim nie tak? Spuchł? Zacząłem się zastanawiać.
Przecież to on jest tutaj mistrzem, spokojnie, na pewno wróci, da sobie radę. Pomyślałem. Chciałem go wyczekać, niczym chy-try pokerzysta, ale nie po to, aby z nim wygrać, lecz po to, że-by się dobrze bawić. Wkrótce potem wrócił. Pewnym krokiem podszedł do stołu. Zasiadł, spoglądając na wszystkich zawodni-ków, jak gdyby nic się nie stało. Kolejne rozdanie. Za wszystko!
Powiedział dość pewnie. I wszyscy sprawdzili, poza mną, a on wygrał. Wygrał kilka kolejnych partii, podczas których zdąży-łem wszamać całą paczkę chipsów. Mi się nie spieszyło, więc czekałem, czekałem i wyczekałem, aż w końcu spotkaliśmy się w wielkim finale. Miał więcej żetonów ode mnie, ale siedział obsrany, a przynajmniej takie odnosiłem wrażenie, gdy syste-matycznie podbijałem stawkę. To co, za wszystko? Zapytałem.
Pass. Odpowiedział. Jego wyraz twarzy mówił sam za siebie. Nigdy jeszcze nie widziałem, aby ktoś tak mocno zalał się potem.
W tym samym momencie wstałem od stołu i powiedziałem: dziękuję. Zrezygnowałem z gry. Stwierdziłem, iż wolę cieszyć się drogą, a nie celem. Ta podróż była dla mnie naprawdę wyjątkowa, nieprzewidywalna tudzież pełna wzniosłych uczuć i emocji. Nie zawsze trzeba zgarnąć całą pulę, aby czuć się jak zwycięzca.
- A pieniądze?
- A, to, to, podzieliliśmy na pół.
- Dalej nic z tego nie rozumiem.
94
A co Ty, mój drogi Czytelniku, o tym wszystkim sądzisz?
Czy Samuel postąpił słusznie? Zabił tak wiele osób... Gdyby nie popełnił samobójstwa, winien pójść do więzienia? Myślisz, że był psychopatą? A co z Teofilem? Czy powinien pomścić śmierć przyjaciela? Być może powinien siedzieć za kratkami? Jakie są Twoje pierwsze myśli? Co czujesz w ciele? Przypatrz się temu bardzo uważnie. Tym wszystkim uczuciom tudzież emo-cjom, jakie Ci teraz towarzyszą. Potrafisz je nazwać? I bardzo dobrze, super! To teraz wyobraź sobie, że jesteś jednym z po-szkodowanych chłopaków. Stojąc przed całą klasą, zostajesz zmuszony do uprawiania miłości. Wszyscy szydzą z Twoich na-rządów płciowych, wyzywając Cię od najgorszych. Odczuwasz przerażenie, strach, wstyd, poniżenie, zażenowanie, upokorze-nie... Tracisz poczucie własnej wartości i szacunek do samego siebie. Leżąc na podłodze, wiesz, że nic już nie będzie takie sa-mo jak wcześniej. Co dalej? Zostawisz wszystko, jak gdyby nic się nie stało, czy opracujesz konkretny plan działania? Plan zemsty, żeby była jasność. A może pójdziesz na policję i donie-siesz na swoich rówieśników? Wówczas zachowałbyś się jak przykładny obywatel tego kraju, ale przecież nie masz żadnych dowodów na to, co się stało. Myślisz, że ktoś się wstawi za Tobą, że zacznie sypać na kumpli, narażając się reszcie gru-py? Będąc w amoku, masz milion myśli na sekundę, a jedną z nich jest to, że Twój tata jest szczęśliwym posiadaczem broni palnej, którą trzyma w domu. Chcesz, aby sprawiedliwości stało się zadość, prawda? Jednak nie zwrócisz się do rodziców z prośbą o pomoc, ponieważ wstydzisz się tego, co zaszło. I jest to całkowicie normalne, zresztą nie muszą przecież o wszystkim wiedzieć. Jaki będzie Twój następny krok? Czy już wiesz? Wła-95
ściwie to zejdźmy jeszcze głębiej... A gdyby ktoś zgwałcił Twoje dziecko? I to na Twoich oczach! Odpuścisz temu komuś czy za-jebiesz gołymi rękami? Wczuj się w sytuację, przeżyj ją całym sobą. No i co chcesz w końcu zrobić, mój kochany Księgoznaw-co? Tak wielu z nas ocenia drugiego człowieka na podstawie te-go, co widzi lub słyszy na jego temat, nie zastanawiając się wca-le, co ten człowiek czuje, przez co przeszedł, jaką wewnętrzną walkę toczy z samym sobą, dlaczego zachowuje się właśnie tak, a nie inaczej... Zanim ocenisz, to najpierw zrozum.
Teofil mocno przeżył to, co się wydarzyło ostatnimi czasy.
Najpierw został upokorzony na oczach rówieśników, następnie jego jedyny przyjaciel popełnił samobójstwo. Państwo Muntari przepisało swojego syna do innej szkoły, jednakże to nie uchro-niło go przed depresją. Młodzieniec zamknął się w sobie, nie chciał z nikim rozmawiać. Większość wolnego czasu spędzał we własnym pokoju, słuchając melancholijnej muzyki i wpatru-jąc się w ścianę.
- Teo, może wyszedłbyś na rower? Dawno nigdzie nie byłeś - zapytał któregoś razu Yusuf, siedząc przy rodzinnym obie-dzie.
- Nie chcę.
- Ale dlaczego? Co z tobą? - wtrąciła się matka.
- Nie, i chuj! - wrzasnął siedemnastolatek, waląc pięścią w stół.
- Synku, uspokój się. I trochę więcej kultury, bo mama ma rację. Mógłbyś od czasu do czasu zaczerpnąć świeżego powie-trza. Poza tym idzie zima, więc korzystaj z pogody - rzekł ojciec, kontrolując sytuację.
- Czy wy naprawdę niczego nie rozumiecie? - odrzekł Fil.
108
- Oczywiście, aczkolwiek niektórzy mają dyżury, więc robią zakupy, zmywają podłogi, sprzątają toalety, etc.
- I co jeszcze robicie?
- Surfujemy po internecie, gramy w piłę, w pingla, w bi-lard, i... takie tam - rzekł Teo, odwróciwszy głowę w bok.
- Co dokładnie masz na myśli? - naciskała rodzicielka.
- Wybaczcie, ale nie mogę wam o wszystkim mówić.
- Nie szkodzi. Zrobisz z tym, co zechcesz, ale pamiętaj, że łatwe decyzje to trudne życie, natomiast trudne decyzje, to...
łatwe życie - stwierdził nonszalancko ojciec.
W sanktuarium raczej nikomu nie brakowało czasu na to, aby rozwijać swoje pasje. Niektórzy klerycy spełniali się, prowa-dząc własne kanały na platformie YouTube, inni zaś realizowa-li się, dzięki temu, że przynależeli do chóru kościelnego lub coś w ten deseń. Byli też tacy, którzy odstawali od norm społecz-nych, zachowując się skandalicznie i karygodnie. Ci ludzie nie znaleźli uznania w oczach syna państwa Muntari, który po-stanowił na nich dyskretnie donosić, wysyłając anonimowe skargi, zarówno na policję, jak i do kurii. Treść jednego z listów brzmiała: "Uprzejmie informuję, że w Wyższym Seminarium Duchownym w Gołodupcach dochodzi do stosunków seksual-nych pomiędzy alumnami. Zauważono też nadużycia seksualne wobec dzieci i młodzieży, jakich dopuścili się katoliccy księża.
Z pozdrowieniami, Dobry Duszek". Niestety, ale nikt nie zare-agował...
Na piątym roku studiów Teofil dzielił pokój z Piotrem i Pawłem, do których początkowo nie miał żadnych zastrzeżeń.
Klerycy mieli mnóstwo wspólnych zainteresowań, co sprzyjało temu, aby między nimi wytworzyła się szczególna więź. Przy-109
wołany do porządku syn Aminy i Yusufa zaczął wreszcie przy-mykać oczy na pewne sprawy, które od czasu do czasu wymyka-ły się spod kontroli. Pewnego wieczoru został wyznaczony do zmywania jednego z korytarzy. Pracując, natknął się na pod-ekscytowanych przyjaciół.
- O! Teoś! Idziesz z nami? - zapytał pierwszy z nich.
- Dokąd?
- Na dziwki, Teoś. Na dziwki - oznajmił drugi.
- He, he. Nie mogę, mam dyżur.
- Nie ma problemu. Skoro nie możesz iść na dziwki, to dziwki przyjdą do ciebie - kontynuował Paweł, spoglądając beztrosko w kierunku wyjścia.
- Ha! Ha! Ha! Dokładnie! - zakończył Piotrek.
Kilka godzin później "Picia" i "Pablo" wrócili z burdelu, przyprowadzając ze sobą rosyjską prostytutkę o imieniu Daria.
Dziewczyna ledwo stała na nogach, zresztą chłopaki tak samo.
- I co teraz, "Święty"? - wybełkotał Paweł, spoglądając na Teofila.
- Dawaj, na trzy baty ją zrobimy! - zaproponował urado-wany Piotrek.
- Do paszczu pjatdzjesiat, w żopu sto - przemówiła bladź.
- No chyba was pojebało do reszty! Idę się przewietrzyć.
Jak wrócę, to tej kurwy ma tutaj nie być! Rozumiemy się?! -
grzmiał rozdrażniony Teo, nie dowierzając własnym uszom i oczom.
Wychodząc, trzasnął drzwiami. Poszedł do ogrodu, aby w ciszy i spokoju zastanowić się nad swoim powołaniem, bo jak by nie było, spodziewał się zupełnie innego życia w seminarium.
99
Następnie zamknął oczy i zasnął, a gdy się obudził, był już prawie na miejscu. Po starszej pani nie było ani śladu, mu-siała wysiąść gdzieś po drodze. Jechał jeszcze przez kilkanaście minut, po czym wysiadł na docelowej stacji i zamówił taksów-kę, którą dojechał do jednego z hoteli, jakie znajdowały się nie-opodal Stadionu Narodowego.
- To tutaj, koniec trasy - oznajmił taksówkarz.
- Sto dwadzieścia złotych się należy - dodał błyskawicznie, zacząwszy obgryzać największego paznokcia u lewej ręki.
- Ile?! - przeraził się nastolatek.
- Sto dwadzieścia, mówię! Sobota jest.
- Aha, rozumiem. Proszę chwilę zaczekać, muszę znaleźć portfel.
Po chwili młodzieniec chwycił za klamkę tylnych drzwi i, odczuwając nagły przypływ adrenaliny, uciekł ze starego i za-niedbanego samochodu, w którym miał bardzo wątpliwą przy-jemność przebywać.
- Jeszcze mnie popamiętasz, gówniarzu! Jak cię dorwę, to ci nogi z dupy powyrywam! - grzmiał rozwścieczony kierowca taksówki.
- Powodzenia, tłuściochu! - zdążył odpyskować syn państwa Muntari.
Niespełna godzinę później był już pod stadionem.
- Przepraszam, może bilecik chcesz kupić? Pińcet złotych - zaczepił go jakiś "konik".
- Nie, dziękuję. Mam swój - odparł chłopiec.
- To może chcesz odsprzedać za trzy paki? - naciskał nie-znajomy.
Krótka konwersacja, do jakiej dopuścili obaj dżentelmeni, 100
była jedynie stratą czasu, zarówno dla jednego, jak i dla drugiego z nich. Wchodząc na stadion, Teofil odczuwał ogromne pod-niecenie. Podobało mu się dosłownie wszystko, co widział, jednak największe wrażenie zrobił na nim człowiek, dla którego tam się zjawił. Człowiek ten przez większość swojego eventu mówił na temat Prawa Przyciągania, aczkolwiek nie zabrakło informacji odnośnie samodyscypliny, budowania pewności siebie, planowania, czy chociażby wyznaczania celów. Wisienką na torcie była wspólna medytacja, w której wzięło udział około stu tysięcy śmiertelników. Kolejnego dnia Teoś udał się na go-dzinne spotkanie z autorem książki, jaką dostał od rodziców.
- Co tam dobrego? - zacząłem w swoim stylu po przywita-niu się z synem Aminy i Yusufa.
- W sumie, to nic. Gdybyś się urodził czarny, to też byś miał całe życie pod górkę - oznajmił Teofil, sprawiając wrażenie mocno przygnębionego.
- Myślisz, że narzekanie na to, co było wczoraj sprawi, że jutro będzie lepiej? - kontynuowałem, patrząc swojemu roz-mówcy prosto w oczy.
- W sumie, to nie wiem. Przepraszam, ale jestem totalnie rozbity psychicznie.
- Rozumiem, strasznie mi przykro. Chcesz o tym pogadać?
- Tak, inaczej by mnie tutaj nie było.
- To nawijaj. Co się stało?
Teo był ze mną całkowicie szczery, nawet uronił kilka łez.
Myślę, że nie było mu łatwo mówić o tym, co go tak naprawdę dręczyło, ale dał sobie radę. Wielki ukłon w jego stronę.
- Nikt nam nie dał prawa do tego, aby decydować o życiu drugiego człowieka, ale każdy z nas ma prawo, by żyć po swoje-101
mu. I właśnie dlatego wydaje mi się, że powinieneś uszanować decyzję swojego przyjaciela. Taki był jego wybór. Wiem, że cięż-ko to zrozumieć i jeszcze ciężej zaakceptować, ale ty też podej-mujesz decyzje. Czasem zapewne właściwe, czasami niewątpli-wie paranoidalne, jak każdy zresztą. Czy chciałbyś, żeby ktoś - nazwijmy to po imieniu - ładował się z butami do twojego życia? Nie wiem, ale być może lubisz, gdy ktoś cię krytykuje, twoje decyzje, zachowanie, etc. Tak czy nie? - zapytałem.
- Chyba nikt nie lubi.
- Już rozumiesz?
- Chyba tak, ale mimo wszystko dalej boli.
- Przyjacielu, ale co cię boli? Dupsko cię piecze?
- No, nie. To jak mam z tym żyć?
- Zmień myślenie, a zmieni się twoja rzeczywistość... Za-miast opłakiwać śmierć przyjaciela, po prostu bądź wdzięczny za to, że go poznałeś. Za to, czego się od niego nauczyłeś.
Za wszystkie chwile, które spędziliście razem, zarówno te przyjemne, jak i mniej przyjemne, bo każda z nich była wyjątkowa.
Poza tym każda chwila była dla ciebie jakąś lekcją, więc ciesz się tym, bądź wdzięczny. Pamiętaj, że to był jego wybór, do którego miał prawo, zatem powinieneś to uszanować. Uśmiechnij się do świata, a zobaczysz, że wkrótce świat uśmiechnie się do ciebie. Innego rozwiązania nie widzę. Żyjąc negatywną przeszło-ścią, nie zbudujesz pozytywnej przyszłości. Postaraj się to zrozumieć, bardzo cię proszę.
- Może i ma to sens - powiedział Teofil, uśmiechając się niepewnie.
- A wracając do tego, że jesteś czarny, jak sam powiedzia-łeś. Chuj z tym. Ja jestem biały, inni są żółci, a jeszcze inni...