Ceremonja była skończona.
Hałas rozsuwanych krzeseł i wesoły gwar napełniły tak uroczystą
jeszcze przed chwilą salę.
Nauczycielstwo w galowych frakach zeszło z estrady, mieszając
się z tłumem granatowych mundurków i ich rodzin, na którego tle
jaskrawo połyskiwały białością długie rury grubego bristolu -
świadectwa maturalne.
Na estradzie pod olbrzymim portretem cesarza Mikołaja I-go
pozostał tylko w swym głębokim fotelu sam dyrektor Karawajew. Na
jego bladej przezroczystej twarzy rysował się ten sam ironiczny
półuśmiech, z pod siwych brwi patrzyły te same pełne zimnej apatji
oczy.
Józef Domaszko, jak zahypnotyzowany nie mógł oderwać wzroku
od tej głowy. Stał pod piecem, rolując w rękach swój "atestat
dojrzałości" i walczył z sobą.
Zrobi to, musi to zrobić! Powinien był dotrzymać danej sobie
obietnicy i zrobić to w chwili odbierania świadectwa. Ale wtedy
wywołałby wielką awanturę. Nie mógł się zmusić do tego.
Teraz dyrektor jest sam. Nikt nawet nie zauważy. Ci wszyscy,
jego koledzy, tłoczą się tu teraz w "Familienbadzie". Że też nie
przyszła ani ciotka Michalina, ani Natka!... Właśnie, powinien
cieszyć się z tego, stanowczo musi cieszyć się, przecie dzięki temu
może podejść do Karawajewa i wypalić mu wszystko.
Zacisnął szczęki. Pójdzie i powie, zmiażdży go, wychłoszcze
prawdą, zdepcze pozardą. Jego, jego jako reprezentanta tej ohydy, w
której on, Józef Domaszko dusił się przez lat osiem, a teraz, gdy
jest wolnym, dorosłym człowiekiem...
Przemógł się wreszcie i ruszył na estradę.
Dyrektor odwrócił głowę:
- A, Domaszko? - powiedział z obojętnem zdziwieniem - cztoż
prikażetie?
Józefowi serce zabiło młotem:
- Panie dyrektorze - wykrztusił z zaciśniętego gardła,
niespodziewanie dla samego siebie popolsku - panie dyrektorze,
przyszedłem panu powiedzieć, że cieszę się, strasznie cieszę się z
tego, że już skończyłem gimnazjum...
Zabrakło mu tchu.
- Goworitie, pożałujsta, ja ponimaju - z pobłażliwą ironją
pomógł mu dyrektor - nu, konieczne radujetieś, cztoż dalsze?...
- Tak, panie dyrektorze, cieszę się, że już nie będę musiał
chodzić do tego... moralnego więzienia, do tej... obrzydiiwej
garkuchni, gdzie tępe belfry przez osiem lat karmiły mnie fałszem i
obłudą. Nie dlatego to mówię, że to gimnazjum jest rosyjskie,
głównie nie o to mi chodzi, ale o tę wstrętną atmosferę! Pan miał
mnie zawsze za wzorowego ucznia. Otóż nie! Zawsze nienawidziłem
gimnazjum! I pana nienawidzę i pogardzam wszystkimi nauczycielami!
Waszem zadaniem było pogruchotać nasze charaktery, wykrzywić dusze,
nauczyć pełzać, spodlić nas, zabić inywidualizm, wdusić pod
strychulec miernoty!...
- Izwiniajuś - przerwał dyrektor poważnym głosem - ja skazał
czto panimaju, a wot, okazywajetsia, nie wsio. Wy, Domaszko,
skazali "strychulec", da?... Czto eto takoje?
Józef zmieszał się. Na jego płomienne oskarżenie ten
człowiek odpowiada zimnem pytaniem o znaczenie jednego wyrazu?!...
Nie wiedział co zrobić.
- Nu? - przynaglił dyrektor.
Jednak trzeba wyjaśnić, dlaczego nie miałby wyjasnić?...
- Urowień, cztoli - wybąknął cicho.
- Aha?... Nus pradałżajtie. Eto wieśma intieresno.
Józef blady jak płótno gniótł w wilgotnych dłoniach
"atestat":
- Nic więcej, panie dyrektorze... Chciałem tylko powiedzieć,
że oni tam wszyscy - ruchem głowy wskazał salę - że oni tam
okłamują się wzajemnie, mówią o jakichś węzłach, jakichś ciepłych
wspomnieniach, które mają łączyć przez całe życie nas, wychowanków
tego gimnazjum, z temi murami i z tymi nauczycielami. To jest
nieprawda! Ja jeden przyszedłem panu prosto w oczy powiedzieć, co
myślę, ale taksamo myślą wszyscy! Teraz, kiedy jestem już
człowiekiem wolnym, dorosłym, niezależnym, człowiekiem, który ma
prawo mieć własne zdanie, własny pogląd, któremu wolno nareszcie
być sobą, przyszedłem, żeby panu to wszystko powiedzieć.
Karawajew podniósł głowę i spojrzał mu prosto w oczy:
- A zacziem? Poco?...
- Uważałem to za mój obowiązek... etyczny...
- Teks... Posłuszajtie Domaszko, skolko wam let?
- Osiemnaście.
- Tak? A mnie sześćdziesiąt i wot, Domaszko, ja myślał, że
ty naprawdę mnie coś ciekawego powiesz, ale ty młokos jeszcze, nie
zmądrzał nic nad swoje lata... Czy ty, Domaszko, pomyślał, że za
twój postępek, możesz ciężko odpowiedzieć? Że ja mogę i atiestat
odebrać i wszystkie uniwersytety przed nosem tobie zamknąć, a i
policję w to wmieszać?... Co?...
Józef spuścił głowę i milczał.
Dyrektor wstał, przeszedł się wolnym krokiem po estradzie i
położył mu rękę na ramieniu:
- Ale ja tego nie zrobię, Domaszko. Nie potomu nie zrobię,
żeby tobie pokazać wielikoduszje silniejszego, ale dlatego, że mam
sześćdzesiąt lat, a wy, Domaszko, nie żaden dojrzały człowiek,
młokos, Domaszko, Che... Che... Che... Smotri jewo! Własne zdanie!
Własny pogląd!... Durak wy, Domaszko, jeszcze bolszoj durak!...
Założył ręce pod poły fraka i pokiwał głową:
- Wy przyszli, Domaszko, myśleli, że mnie obrazicie tem
wszystkiem, a udowodniliście tylko, że u nas całkiem zielono w
głowie. Ot co! Dużoby ja wam jeszcze Domaszko, powiedział, żeby
wierzył, że to wam coś pomoże. Sami musicie przechorować swój...
obowiązek etyczny. A jeżeli nauczycie się żiźń panimat' to
będziecie wiedzieć gdzie trzymać własne zdanie... Nu, doswidanja
Domaszko, proszczaj, maładoj czeławiek.
Poklepał go po ramieniu i swoim powolnym krokiem zszedł z
estrady.
Józef zdążył ukłonić się mu, kiedy już drzwi się za nim
zamykały. Był zupełnie roztrzęsiony nerwowo.
Chciał nie żegnając się z kolegami wymknąć się do domu, lecz
właśnie natknął się na Buszla i Malinowskiego.
- O czem gadałeś ze starym? - zaczepił go Buszel.
- Eee... nic, tak sobie.
- A nie zapomnij - wziął go za guzik Malinowski - że o
piątej spotykamy się w budzie i idziemy oblać maturę.
- Józef wzruszył ramionami:
- Mówiłem już ci, że nie pójdę.
- To będziesz świnia.
- Nie mam pieniędzy do wyrzucenia - bronił się Domaszko.
Podszedł do nich Lipman, piegowaty jak indycze jajo i
zawyrokował, że nieobecność na bibie Domaszki byłaby szczytem
niesolidarności. Nawet taka rura, jak Kuczkowski, idzie.
- A przecież sam mówiłeś, że masz pięć rubli - przygwoździł
go Buszel.
- Nie zapieram się - skrzywił się Józef - ale potrzebne mi
są.
Malinowski zrobił złośliwą minę:
- Wiecie na co?... Józiek bierze gumy i jedzie z panną
Stasią do Wilanowa.
- Głupi jesteś.
- Więc przyjdziesz?
- Zobaczę.
Szybko zbiegł ze schodów.
- Ba - myślał, szukając w szatni swojej czapki - gdyby tylko
ona zechciała. Głupie jest życie.
I ten cynizm dyrektora! Wogóle niewiadomo poco poszedł do
niego i tylko się zbłaźnił.
Trzasnął drzwiami i wybiegł na ulicę.
Było słonecznie i gwarno. Środkiem jezdni pędziły lśniące
lakierem powozy. Na drewnianym bruku klang kopyt, który tak lubił.
Nie odwracając się zawsze mógł rozpoznać, czy to idzie para, czy
dwie jednokonki. Zrzadka przemknął hałaśliwie warczący automobil,
płosząc konie.
Na chodnikach też pełno było ludzi. Panowie postukiwali
laseczkami. Konieczniie musi mieć laskę. Kobiety w sukniach
wąziutkich w kostkach i z olbrzymiemi kapeluszami na głowach
wyglądały jak palmy. I posuwały się z konieczności bardzo
malutkiemi kroczkami. Natka marzy o takiej sukni, a ciocia
Michalina ma wszystkie ze szczoteczkami u dołu.
Nie pójdzie na bibę. Obiecał Natce, że nie pójdzie... Mają
wieczór spędzić w domu, bo ciocia wybiera się do Skałkiewiczów na
rocznicę ślubu. Zostaną sami, we dwoje.
- Gdybyż tak ze Stasią!...
Westchnął. Cóż? Nawet spaceru jej nie mógł zaproponować.
Jakby przy niej wyglądał! Wprawdzie ma teraz nowe buty, ale mundur
jest bardzo poplamiony, srebro z guzików zlazło, a spodnie
błyszczą, jak lustro. I tak zawsze: jak ma nowe spodnie, to buty są
wyłatane... I te wieczne pryszcze. Poprostu obrzydliwość. Żeby
gdzieindziej, ale właśnie na twarzy.
Teraz zapuści sobie wąsiki.
Na Krakowskiem Przedmieściu był jeszcze większy tłok niż na
Nowym Świecie. Wszyscy załatwiają sprawunki przed wyjazdem na lato.
Na roku Królewskiej spotkał panią Leszczycową, matkę tego
trzecioklasisty, któremu dawał korepetycje. Ukłonił się szarmancko
i nagle przyszło mu na myśl, że mógłby zapalić papierosa.
Zupełnie inaczej się wygląda.
W gmachu hotelu Europejskiego jest sklep Noblessa. Wstąpił i
kupił dziesięć sztuk "Renomy". Kosztowało dziesięć kopiejek, ale w
dniu tak uroczystym trzeba było sobie na taki luksus pozwolić.
Zaraz zapalił jednego i szedł ostentacyjnie środkiem
chodnika, puszczając wielkie kłęby dymu. Na ulicy Freta wszyscy
sąsiedzi i znajomi naocznie stwierdzą fakt jego emancypacji.
Dyrektor Karawajew jest zgorzkniałym cynikiem - Józef
zarumienił się - djabli nadali, psiakrew, wyskoczył ze swoją
przemową, jak Filip z Konopi. Teraz Karawajew będzie go miał za
bałwana.
Jednak w domu o tem ani słowa, nawet Natce. Bo Natka, to
niby taka przyjaciółka, niby siostra cioteczna, a gdy co przyjdzie
do czego to zaraz wyjeżdża z morałami. Całej parady o pięć lat
starsza. Wielka mi rzecz! Tylko wiecznie całowałaby się i ściskała
i wtedy to on jest "mój słodki Józek", a tak to trzyma stronę
ciotki.
Jak na złość papieros dopalił się, gdy właśnie wchodził na
Freta. Oczywiście, natychmiast wyjął drugiego i to w samą porę, bo
szła Małgosia państwa Lipkiewiczów, a tuż za nią obaj Kurkowscy, co
to tak nosa drą, że są już studentami.
Ukłonił się im, nie wyjmując papierosa z ust. Niech wiedzą!
Czy jednak nie pójść na oblewanie matury? Gotowi pomyśleć,
że mnie ciotka nie puściła. A wogóle niesolidarnie. Wszyscy zawsze
oblewają maturę. Zwyczaj, nawet można powiedzieć - tradycja. I ma
się wyłamywać z niej dlatego, że Natka chce znowu ściskać się i
całować. Właśnie dzisiaj, kiedy wszyscy idą na bibę. Niech sobie
kogo innego znajdzie, choćby Kurkowskiego.
Tylko, że Kurkowski jej nie zechce, on chodzi z taką rudą
chórzystką z operetki, a Natka nie jest wcale ładna...
Wbiegł po stromych drewnianych schodach i zastukał do drzwi.
Po chwili usłyszał człapanie pantofli i głos ciotki Bulkowskiej:
- A kto tam?
- To ja - odpowiedział, jak zwykle, wiedząc, że ciotka i tak
nie czekając na to otwierała drzwi.
W twarz buchnął odór kuchni: - dziś na obiad kalafjory i
kotlety z cebulką - skonstatował w duchu Józef i przełknął ślinę.
Był głodny.
W przedpokoju było ciemno. Ciotka cofnęła się, jak zawsze do
tak zwanego salonu i stamtąd zapytała swoim cieniutkim głosikiem:
- To ty Józieczku?
- No przecież ja. Ciocia otwiera drzwi, a gdyby to był
bandyta?
- Złotko moje, pocóż ty takie rzeczy opowiadasz!
Wyszła do niego i wciągnęła go do salonu:
- A pokażże się! No patrzcie, to mi dorosły człowiek.
Jesssusss, Maryja! A to twoja matura?! Rozwińże kochanie i pokaż,
bo ja ręce mam w maśle... Boże drogi!...
Józef z uśmiechem wyższości rozwinął "atestat", Ciotka
Michalina nabożnie przyglądała się wielkiemu dwugłowemu orłowi,
bogatym złoceniom i potężnej czerwonej pieczęci.
- Może cioci przynieść okulary?
- I tak, kochanie nie przeczytam, bo przecie rosyjskiego nie
znam. Boże drogi! Pójdźże, niech cię uściskam! Niech ci
powinszuję!...
Józef Domaszko odłożył ostrożnie papier i pochylił się do
rąk ciotki. Ta jednak objęła go s szyję i ucałowała w oba policzki.
Uderzył mu w nozdrza zapach octu, ciotka miała głowę owinięta
ręcznikiem, z którego właśnie wydobywała się woń octu,
najskuteczniejszego leku na migrenę. Z pod tego turbanu wymykały
się wilgotne kosmyki siwych włosów, nadając bladej, a
zaczerwienionej teraz od płyty kuchennej twarzy wygląd niemal
komiczny.
Józef Domaszko nie zauważył tego. Kochał ciotkę za jej
dobroć i tkliwość, jaką otaczała jego narówni z Natką, która
przecież była jej rodzoną córką.
- Boże drogi, tak żałowałyśmy, że nie mogłyśmy pójść na tę
uroczystość do gimnazjum, ale może to i lepiej, bo tam pewno bardzo
komfortowe towarzystwo było, a my cóż? Natka sama mogłaby pójść w
tej sukience w paski z hafcikami, ale samej nie wypadało, a mnie
jak chwyciła migrena, Boże drogi, to ani rusz.
- To może ciocia i do Skałkiewiczów nie pójdzie? - zapytał z
nadzieją w głosie.
Gdyby nie poszła, mógłby wypuścić się z kolegami. Natka nie
miałaby celu zatrzymywania go w domu.
Jednakże ciotka Michalina szybko rozwiała jego nadzieje:
- Gdzież tam, Boże drogi! Jakby to wyglądało! Ani mowy
niema? Z migreną, czy nie z migreną muszę iść. Nie dalej jak przed
kwadransem była tu jeszcze Helka, żeby koniecznie na siódmą...
Z kuchni dobiegł ich uszy gwałtowny bulgot i syk.
- Jessssusss, Maryja! - załamała ręce ciotka Michalina -
buljon wykipiał!
Drobnym krokiem poczłapała na miejsce katastrofy.
Józef zajrzał do pokoju sypialnego. Natki nie było. Oba
łóżka, jej i ciotki, były już posłane. Jego pościel leżała zwinięta
na kufrze.
Sypiał w salonie na kozetce. Trzeci pokój zajmowała panna
Pęczkowska stara nauczycielka, daleka krewna nieboszczyka wuja
Bukowskiego.
Właściwie teraz, kiedy panna Pęczkowska jechała na lato do
Wielunia, mógłby sypiać w jej pokoju, ale ciotka Michalina uważała,
że to nieładnie i nawet interwencja Natki nie pomogła.
Zresztą na te parę dni nie było warto. Pojutrze, albo może
nawet i jutro przyjedzie matka i wyjadą na wieś.
Zaczął systematycznie zdejmować z bambusowej etażerki swoje
książki i zeszyty. Książki można będzie sprzedać na
Świętokrzyskiej. Wyciągnie się z tego ze trzy i pół rubla, a może
trzy siedemdziesiąt pięć. Więcej nie dadzą. Słownika niemieckiego
nie sprzeda. Na politechnice może się przydać.
Nigdy nikomu o tem nie mówił, ale postanowił stanowczo pójść
na politechnikę.
Już w siódmej klasie, gdy brat Buszla inżynier od "Lilpopa"
zabrał ich do fabryki, postanowił zostać inżynierem.
To ma przed sobą przyszłość. Wciąż robią nowe wynalazki. Sam
chciał nawet założyć w mieszkaniu dzwonki elektryczne, ale ciotka
żałowała głupich dwóch rubli. Ludzie nie umieją iść z duchem casu.
O trzeciej przyszła Natka. Przyniosła ciastka i jeszcze
kilka paczek. Gdy otworzył jej drzwi, zaraz zapytała, czy ciocia
idzie do Skałkiewiczów?
Nawet nie zainteresowała się jego maturą!
Dopiero, gdy wróciła z kuchni i zaczęłą nakrywać do stołu
zapytała:
- No i cóż? Jakże tam było.
- Normalnie - wzruszył ramionami.
- Jesteś czegoś zły? - zauważyła.
- Nie... tak sobie.
Stanął przed oknem i odwrócony do niej tyłem dorzucił:
- A wiesz spotkałem starszego Kurkowskiego z tą rudą
chórzystką.
Nic nie odpowiedziała więc dodał:
- Jechali gumami w Aleje.
- Głupiec - zirytowała się nareszcie Natka.
Zerknął na nią i zobaczył, że zarumieniła się ze złości.
Chciał jej dopiec.
- Ta chórzystka jest bardzo ładna.
- Odczepże się odemnie z tą małpą! - zawołała rzucając noże
i widelce na stół.
Józef uśmiechnął się jadowicie:
- Prawdopodobnie pójdę na bibę z kolegami - zaczął lekko - w
gruncie rzeczy bardzo mnie namawiali.
Znieruchomiała:
- Jakto pójdziesz?
- Prawdopodobnie nogami.
- Przecież obiecałeś!
- I cóż z tego? Obiecałem, ale doszedłem do przekonania, że
należy pójść. Matura raz w życiu się zdarza.
Nic nie powiedziała i dlatego odwrócił się.
Stała z talerzem w ręku, a w oczach miała łzy. Kąciki jej
zagrubych warg opuściły się ku dołowi, duży biust podciągnięty
gorsetem zaczął drgać i wogóle wyglądała tak bezradnie i
nieszczęśliwie, a jeszcze gotowa się rozbeczeć.
Józef Domaszko, jako dorosły mężczyzna, miał dość poczucia
rycerskości, by wiedzieć jak należy postąpić.
Podszedł do Natki i pocałował ją w czoło:
- No, nie rozmazuj się, już dobrze, nie pójdę.
Oczekiwał wyrazu radości na jej twarzy, lecz Natka
powiedziała obojętnie:
- Ja ciebie nie zatrzymuję, możesz iść. Jeżeli mnie nic nie
kochasz, a wolisz wyrzucać pieniądze na hulankę, to idź. Proszę
bardzo.
Nakryła do stołu i wyszła. Słyszał, że w kuchni sprzeczała
się o coś z matką.
- A może jednak pójść? Skoro jej na tem nie zależy... Tylko,
że wówczas floty na laskę nie starczy, a wszyscy chodzą z
laskami...
Ciotka Michalina przyniosła dymiącą wazę i postawiła na
środku stołu.
- No, dzieci - zawołała - siadajcie do tego, co Bóg dał.
Natka spojrzała na Józefa z pod oka i usiadła. On też zajął
swoje miejsce. Przeżegnali się.
- Wie ciocia - odezwał się podmuchując w talerz - nie pójdę
na oblewanie matury. Co tam! Obejdzie się cygańskie wesele bez
marcepanów.
Ciotka pochwaliła to postanowienie i zaczęła wypytywać o
gimnazjum, jak się odbyło rozdawanie świadectw, co mówili
nauczyciele, czy dużo było gości.
Józef odpowiadał, nie wspomniał jednak o swoim wybryku. Przy
kotletach ciotka Michalina zrobiła wysoce tajemniczy wyraz twarzy i
wydobyła z szafki dużą butelkę:
- No - uśmiechneła się - w dniu tak uroczystym wypijemy
sobie po kieliszeczku.
Było rzeczywiście nie więcej na dnie butelki bardzo
słodkiego wiśniaku.
Po obiedzie obie z Natką musiały zabrać się do zmywania
naczyń, bo przychodnia służąca Teofila dostała fluksji i przyszła
tylko pokazać swoja obrzękłą twarz, pokrajała sobie cebulę w duże
plastry i za radą ciotki Michaliny obłożyła tem policzek. Jeszcze
ciotka musiała dać jej chustkę perkalową do obwiązania tego
niezawodnego kompresu.
Józek siedział w salonie i rysował. Rysował plan od dawna
wymyślonej przezeń wielkiej polewaczki do ogrodu w Terkaczach.
Pomysł był zręczną kompilacją mechanicznej czerpaczki, jaką nieraz
widział na Wiśle z ryciną z historji starożytnej, wyobrażającą
egipskie żórawie do polewania pól wodą z Nilu.
Nowość polegała na samoczynnem przechylaniu się kubłów
wprost do rynien. Jeżeli wuj Mieczysław zdecyduje się przedstawić
ten projekt panu Hejbowskiemu, a pan Hejbowski pozwoli wziąć trochę
żerdzi i desek, to Józef z łatwością skonstruuję tę machinę.
Ustawi się na brzegu stawu, da się konia do kołowrotu i cały
ogród będzie mógł być polany w przeciągu niespełna godziny. A
jeżeli w rynnach zrobi się dziurki, to wystarczy do całej roboty
jeden człowiek.
Dziurek tych jednak Józef nie był jeszcze zupełnie pewny.
Trzebaby zrobić model i sprawdzić, czy będzie z nich sikało choćby
na łokieć, czy nie. Bo naprzykład te drzwi od wozowni, do których
dorobił rolki popsuły się w ciągu tygodnia i tylko pan Hejbowski
śmiał się z niego. To będzie niezawodne, bo żadnego smaru nie
potrzeba.
Ciotka Michalina zdjęła swój turban i zaczęła się przebierać
w aksamitną czerwoną suknię. Natka przyszła i zajrzała mu przez
ramię:
- Co ty rysujesz?
- Nic, tak sobie.
Nie lubił pokazywać swoich projektów i wsunął rysunek pod
stary numer "Biesiady Literackiej". Na pierwszej stronie był
portret królowej greckiej. Józef kilkoma pociągnięciami słówka
dorobił jej wąsy i misterną hiszpańską brówkę, taką, jak u wuja
Mieczysława.
Ciotka była gotowa.
- No, kochane dzieci - powiedziała nakładając kremowe
mitynki - nie wiem, do której mnie tam zatrzymają. Od Skałkiewiczów
zawsze trudno się wyrwać. W każdym razie herbatę wypijecie
bezemnie... Nie będzie się wam nudzić? Co?...
- Broń Boże, mamusiu - odpowiedziała z przekonaniem Natka.
- No to dowidzenia, kochane dzieciaki, dowidzenia, a może i
dobranoc, bo pewno dość późno wrócę.
- Dobranoc cioci.
Odprowadzili staruszkę do drzwi i stali chwilę cicho,
przysłuchując się jej krokom na schodach.
Natka wyciągnęła w ciemności rękę i natrafiła na ramię
Józka. Zwolna przyciągnęła go do siebie i przylgnęła doń całem
ciałem.
- Józek..
- Czekaj, Natka, ciocia może wrócić...
- Nie wróci - wyszeptała mu do samego ucha ocierając
policzek o jego nos.
- Czekaj, cicho! Przecie mogła zapomnieć coś i wróci.
- Więc zamknę drzwi na łańcuch.
Józef poszedł do salonu i usiadł na swojej kozetce. Natka
nareszcie założyła łańcuch Ulokowała się tuż przy chłopcu i
zarzuciła mu rękę na szyję. Zawsze tak był trochę zażenowany i
nieruchawy, lecz Natka miała na to swój sposób: łaskotki. Te łamały
niezawodnie tak zwane pierwsze lody.
Następnie nasunęły się obawy wygniecenia munduru.
Niepotrzebny już, ale zawsze szkoda. Sukienka tem większej wymagała
pieczołowitości, że była jeszcze niemal nowa, w gorsecie zaś łatwo
połamać fiszbiny. Tem większego poszanowania wymagał piękny
czerwony plusz kozetki, o którym wiadomo, że najbardziej niszczy
się od obuwia.
Ostatecznie firanki są gęste, a między sobą niema powodu
wstydzić się oszczędzania ubioru i mebli, w czasach, kiedy o każdy
grosz tak trudno.
Argumenty natury ekonomicznej mają tę zaletę, że natychmiast
trafiają do przekonania ludziom rozsądnym. To też, po usunięciu z
terenu działań przedmiotów wartościowych, a mogących ulec
uszkodzeniom, uznano z kolei, że flanelowa matinka również nie jest
wskazana już ze względów czysto higienicznych, bo: raz - na taki
upał, i dwa - jest bardzo wytłuszczona.
Płótno i batyst nie zostały poddane programowi
oszczędnościowemu, gdyż w niczem nie należy przesadzać, a tak łatwo
przez zbędną dbałość o rzeczy mniej cenne przyczynić się do strat w
znacznie kosztowniejszych.
Na zegarze ściennym wybiła dziesiąta. Przez otwarte okno i
rozsunięte firanki wpłynęła fala ożywczego wieczornego chłodu i
smuga księżya.
Do herbaty było dwanaście ciastek, nie licząc bułek i wędliny.
Pomimo początkowo szczerych zamiarów zostawienia czegokolwiek
ciotce na wypadek, gdyby wróciła od Skałkiewiczów głodna,
sprzątnęli wszystko bez reszty, młodość bowiem ma swoje prawa.