Kiss Cam - Emilia Jachimczyk

Kup ebooka

39.00 zł
31.59 zł (31,20 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1DZIEŃ SUKCESÓW

- Jak się masz, Mel?

Tak bardzo trzęsą mi się ręce, że zaraz chyba zemdleję. Świat rozmazuje się przed oczami, a język więźnie w gardle.

Właśnie wpadłam do przyjaciółki. Siadamy na jej łóżku i już mamy zająć się obgadaniem mojej nowej pracy, gdy Lila stwierdza, że musi przyciszyć radio, bo nie będzie potrafiła się skupić na tym, co mówię. I wtedy słyszymy, że zaraz odbędzie się konkurs, w którym można wygrać dwa VIP-owskie bilety na mecz Divesów. Divesi są jedną z najbardziej znanych drużyn baseballowych w stanie Kalifornia, to klub z Los Angeles. Ja i mój tata po prostu ich kochamy. Bardzo często spędzamy popołudnia na ich meczach, a oglądanie jednego z nich z VIP-owskiego miejsca byłoby spełnieniem największego marzenia mojego taty. Dlatego krzyczę:

- Czekaj!

Lila cofa rękę niczym oparzona. Chyba ją przestraszyłam.

- Nie przyciszaj! Pogłośnij!

Koleżanka, choć bardzo zdziwiona, wykonuje to nagłe polecenie. Spiker oznajmia, że już za minutę otworzą linię telefoniczną. Chwytam komórkę i wpisuję powtarzany już po raz kolejny numer.

Nerwowo spoglądam na prawy górny róg wyświetlacza. Jeszcze chwila i... wybija dwunasta. Klikam w słuchawkę.

Nawet nie zdążył zabrzmieć jeden sygnał połączenia, gdy słyszę męski głos.

- Witamy w radio MY-LA! Przedstawisz się światu, złotko?

Odsuwam telefon od ucha i spoglądam na wyświetlacz. Niemożliwe! Połączyłam się z nimi!

Odpowiadam nieco zbyt piskliwym głosem:

- Cześć, jestem Melody i pochodzę z Polski.

- Z Polski? To kawał drogi stąd!

- No. - Śmieję się nerwowo.

- Jak się masz, Mel?

Próbuję opanować drżenie głosu. To nic takiego. Zwykła rozmowa z prowadzącym największego radia w Los Angeles.

Nic takiego.

- Bardzo dobrze, dziękuję.

- Melody, masz ochotę zagrać o dwa bilety na mecz naszej ulubionej drużyny?

- Jasne! - Kiwam głową podekscytowana, choć nikt oprócz siedzącej naprzeciwko mnie Lili nie może tego zobaczyć.

- Zadam ci trzy pytania. Na odpowiedź na dwa z nich będziesz miała pięć sekund, a na jedno minutę. Jesteś gotowa?

Biorę głęboki wdech, a Lila pokazuje mi uniesione kciuki. Jej obecność bardzo mi pomaga.

Prawdopodobnie gdybym była sama, nawet nie potrafiłabym się przedstawić - tak bardzo plątałby mi się język.

- Tak.

W słuchawce rozbrzmiewa gong.

- W którym roku założono Divesów?

Łatwizna. Nawet nie muszę się zastanawiać nad tą odpowiedzią.

- W tysiąc dziewięćset dwunastym...

- Dokładnie tak! A czy znasz legendę ich powstania? - pyta zaczepnie prowadzący.

- Oczywiście! - Uśmiecham się szeroko. Uwielbiam ją. - W ówczesnym Los Angeles każdy znał bliźniaków Born. Słynęli głównie ze swoich idealnych divesów, czyli z "nurkowania" po piłkę. Kiedy ukończyli liceum, słuch po nich zaginął, zupełnie jakby rozpłynęli się w powietrzu. Po wielu latach pojawili się w niewielkim barze, na obrzeżach miasta. Ludzie od razu ich rozpoznali, zaczęli wypytywać o ich życie. Podobno w Kolorado założyli firmę z akcesoriami do baseballu, która nieźle się rozrosła. Teraz mieli dalsze plany, ale na razie nie zdradzali jakie. Wreszcie po wielu godzinach rozmów i równie wielu piwach zaczęli przebąkiwać, że chcą założyć klub baseballowy. Ludzie nie wierzyli, że to się uda, więc Bornowie w końcu z kimś się założyli o dziesięć tysięcy dolarów, a już zaledwie po miesiącu stali się nie tylko założycielami Divesów, ale też bogaczami.

- Wow, Melody, gratulacje! Odpowiedziałaś poprawnie zarówno na pierwsze, jak i na drugie pytanie! - Roześmiał się serdecznie. - Mamy tu prawdziwą fankę!

Czuję, jak na mojej twarzy pojawiają się wypieki.

- W takim razie odbębnisz ostatnie pytanie i dwie VIP-owskie wejściówki są twoje! Gotowa?

Szczerzymy się z Lilką. Obie jesteśmy przekonane, że odpowiem na nie poprawnie.

- Jak nigdy dotąd.

- Ile łącznie światowych gier wygrali Divesi?

Nim prowadzący zdążył dokończyć pytanie, już znałam odpowiedź.

- Dziewięć - rzucam bez zająknięcia.

W słuchawce rozbrzmiewa wesoła muzyka. Prowadzący krzyczy, że wygrałam bilety na mecz. Po policzkach płyną mi łzy szczęścia, a Lila piszczy i rzuca się na mnie, by zaraz zamknąć mnie w ciepłym uścisku.

Przez dobrą minutę śmiejemy się jak dwie wariatki, aż w końcu orientuję się, że wciąż jestem na linii. Cała czerwona od łez, śmiechu i zawstydzenia, przykładam telefon do ucha.

- Przepraszam najmocniej! - mówię znów nieco zbyt piskliwym głosem.

Ale prowadzący także śmieje się serdecznie.

- Nie ma sprawy. Nie ma co wstrzymywać emocji, szczególnie tych pozytywnych. - Muzyka cichnie. - Nie rozłączaj się. Kiedy zejdziemy z anteny, podasz mi adres mailowy, żebyśmy mogli ci wysłać bilety.

Przykładam otwartą dłoń do ust i ją gryzę, a robię to tylko po to, żeby ponownie nie zapiszczeć. Lilka powtarza mój gest.

Po paru sekundach biorę głęboki wdech i starając się ze wszystkich sił, by mój głos zabrzmiał normalnie, odpowiadam:

- Jasne.

- W takim razie życzymy fantastycznego meczu!

- Dziękuję, nawzajem!

Chwila... czemu powiedziałam nawzajem?

Boże, ale wstyd.

Spiker informuje, że już nas nie słychać na antenie, więc podaję mu adres i się rozłączam.

- Dziewczyno. - Lila mnie szturcha. - Czy ty przypadkiem nie chciałaś mi opowiedzieć o swojej nowej pracy, a zamiast tego, ot tak, zadzwoniłaś do radia i wygrałaś bilety na mecz jednej z najlepszych drużyn baseballowych?

- Nic nie mów... - Chowam twarz w dłoniach. - Nie mogę w to uwierzyć.

Lila uśmiecha się szeroko. Wiem, że jej radość jest szczera. Poznałam w życiu wiele osób, ale jej nikt nie dorównuje. Ona jest po prostu chodzącą dobrocią.

- No dobrze, to zanim zejdziesz na zawał, opowiedz mi o tej nowej pracy.

Bardzo bezpieczna zmiana tematu, widzę. Choć gdybym była na miejscu Lilki, tobym zrobiła to samo, zważywszy, że jestem na granicy histerii. Siadam więc wygodnie i opowiadam jej wszystko.

Otóż dostałam się na staż w charakteryzatorni jednej z wytwórni filmowych. Tak, wiem, to tylko staż, ale to on może otworzyć przede mną drzwi do "świetlanej przyszłości", szczególnie że będę odbywać go w jednej z największych - powtarzam, największych - wytwórni filmowych na świecie. Przecież to jest spełnienie marzeń wszystkich charakteryzatorów! Wyobraźcie sobie tylko to CV... ile ono może mi dać.

No dobrze, a jak to się stało, że taka ogromna firma chciała przyjąć na staż akurat mnie? Nieskromnie przyznam, że ze względu na moją wieloletnią praktykę, którą zaczęłam jeszcze za dzieciaka.

Miałam kilka lat, kiedy obejrzałam z mamą jakiś stary hollywoodzki film. Od razu zwróciłam uwagę, jak mocno umalowani byli aktorzy. Tak mnie to zafascynowało, że potem próbowałam tak samo umalować siebie albo mamę. I to się stało takim naszym małym zwyczajem. Po każdym filmie odtwarzałam na nas makijaże, które zwróciły moją szczególną uwagę. Po jakimś czasie już nie tylko powielałam to, co zobaczyłam na twarzy aktora czy aktorki, ale zaczęłam sama eksperymentować. Sprawdzałam, czy umiałabym wykonać coś trudniejszego, bardziej precyzyjnego. Aż odkryłam horrory. Od razu zaczęłam się bawić w sztuczne rany. Dziś opanowałam sztukę charakteryzacji niemal do perfekcji. Bez najmniejszego problemu potrafię zrobić dowolną bliznę albo otwartą ranę. Uwielbiam to, chociaż wielu osobom takie zajęcie może się wydawać straszne bądź obrzydliwe.

- Powiedzieli mi, że mogę zacząć od przyszłego tygodnia - kończę na jednym wydechu.

Lila klaszcze w dłonie.

- Jak wspaniale! Tak bardzo się cieszę, Mel. Serio.

Szczerzę się. Ja też się za siebie bardzo cieszę. Bo przecież pragnęłam, żeby ta zabawa w charakteryzacje przerodziła się w pracę, która będzie mi dawała satysfakcję i dzięki której będę zarabiać.

- No dobra, a teraz ty mi opowiedz, jak ci idzie z castingami?

Lilka wzrusza ramionami.

- Jest okej. To znaczy nic się nie dzieje. Czekam na odpowiedzi.

Przygryzam wargę. Martwię się o nią.

Z Lilą znamy się od podstawówki. Razem planowałyśmy przeprowadzić się do Hollywood, żeby osiągnąć sukces w swoich wymarzonych zawodach - ja w charakteryzacji, ona w aktorstwie.

Odkąd tu zamieszkałyśmy, Lila przeszła diametralną zmianę. Pozbyła się z włosów błękitnej farby i wróciła do naturalnego rudego koloru. Skróciła też włosy do ramion.

Mam wrażenie, że od tego momentu Lila często płacze. Straciła poczucie własnej wartości. Powiedziała mi, że tu jest ogromna konkurencja i że szansa na dostanie jakiejkolwiek roli jest po prostu znikoma. Oczywiście pocieszałam ją i tłumaczyłam, że musi próbować bez ustanku, że ma ogromny talent i prędzej czy później ktoś ją zauważy. Niestety moje gadanie nie starczało na długo.

- Lila... - obejmuję ją ramieniem, a ona ciężko wzdycha. Mam ochotę podarować jej cały świat. Mogłabym nawet zamienić się z nią miejscami. Żebym to ja wciąż czekała na odpowiedzi od firm, a ona grała. - Obiecuję, że pewnego dnia to ty będziesz sobie wybierać, jaką chcesz rolę, a każdy reżyser będzie o ciebie zabiegał.

Usłyszałam jej chichot.

- Jesteś niemożliwa - mówi.

- Jestem wspaniała.

- To też.

Kiedy wracam do domu, moje nozdrza atakuje przepiękny zapach. Uśmiecham się szeroko.

Dzisiaj jest piątek, czyli dzień ojcowskiej pizzy.

Biegnę na paluszkach przez przedpokój aż do kuchni. Tata stoi do mnie tyłem. Przekłada właśnie ciasto z piekarnika na drewnianą deskę.

Nie mógł mnie usłyszeć, bo zdjęłam w progu buty i jestem teraz w samych skarpetkach, a poza tym włączony w salonie telewizor skutecznie zagłusza inne dźwięki.

Upewniam się, że odstawił już formę , żeby się przypadkiem nie oparzył, kiedy przytulę go z zaskoczenia. Tak, wszystko jest w porządku. Obejmuję go, a wtedy podskakuje przerażony.

- Hej - parskam śmiechem i wyswobadzam go z uścisku.

Tata unosi rękę na wysokość serca i rozmasowuje sobie pierś, robiąc przy tym komiczne miny. Nie mam pojęcia, jakim cudem udało mu się jeszcze nie osiwieć. Przysparzam mu tylu kłopotów, że spokojnie mógłby wyglądać niczym zgrzybiały starzec, a on wygląda znakomicie i tętni energią. Ma kręcone jasne włosy i szare oczy, z których biją dobroć i ciepło, a skóra na jego twarzy jest gładka, wolna od zmarszczek.

Tata ma czterdzieści lat, a wydaje się, jakby dopiero co skończył trzydziestkę. Niesamowite.

Zawsze przed snem modlę się, dziękując za jego geny. Bo myślę, że je odziedziczyłam, w końcu z czegoś, a raczej kogoś, wzięły się moje kręcone blond włosy i szare oczy.

Kiedy przychodzą do mnie nowi znajomi, pytają, czy tata to mój starszy brat. Ja się z tego śmieję, a on jest szalenie dumny.

Kiedyś się zastanawiałam, dlaczego nie wyglądam jak mama, która ma czarne włosy, niebieskie oczy i wąską talię, ale usłyszałam gdzieś, że podobno pierwsze dziecko w rodzinie zwykle jest klonem ojca. Nie jestem pewna, czy to prawda, ale rzeczywiście koloryt i sylwetkę mam po tacie. Jestem wysoka i dość... kształtna. Nie żebym narzekała. Po prostu czasem zazdroszczę innym dziewczynom delikatniejszej urody.

- Nie stras - odpowiada.

- Nie stras? Chyba strasz.

Kręci głową. Tata uwielbia bawić się słowami. Cały czas je jakoś modyfikuje i sprawia, że brzmią zabawnie.

Od unoszącego się w kuchni zapachu burczy mi w brzuchu. Tata unosi wysoko brwi i łapie za deskę z pizzą.

- Chodź.

Idziemy do salonu, żeby jak zwykle usiąść, a raczej wtopić się w obszerną, wiekową kanapę. Włączamy nasz ulubiony serial i zabieramy się do jedzenia obiadu.

Kiedy odcinek się kończy, komentujemy wszystko, zaśmiewając się do rozpuku.

- To jest tak bardzo absurdalne... - Tata uwielbia ten rodzaj humoru.

Myślę, że to jest najlepszy moment.

- Wygrałam dla nas VIP-owskie bilety na jutrzejszy mecz Divesów - wypalam.

Tata patrzy na mnie oniemiały i wypuszcza z ręki ostatni kawałek pizzy, który spada najpierw na jego szarą koszulkę, a potem na podłogę.

- Kurka wodna - mamrocze, zbierając z podłogi ciasto i dodatki.

- Tato!

- No co? - Obrusza się. - Przecież to nie przekleństwo.

Chichoczemy oboje, bo to taki nasz mały rytuał. On mówi, ja protestuję, on się tłumaczy. A najlepsze jest to, że tata nauczył się tego polskiego powiedzonka i używa go zamiast typowych amerykańskich przekleństw.

Wyobrażacie to sobie?

- Cieszysz się? - pytam poważnie.

Z jakiegoś powodu bardzo się stresuję jego reakcją. Jest zadowolony? Czy może zdenerwowany? Dlaczego miałby być i dlaczego wydaje mi się, że ta druga opcja jest bliższa prawdy?

- Oczywiście, że się cieszę, Mel. Po prostu... - Między jego brwiami pojawia się lwia zmarszczka.

O nie.

Proszę, proszę, tato, nie mów, że nie możesz iść. Wygrałam dla nas te bilety. To nasze marzenie oglądać Divesów z tak bliska.

- Wziąłem już nadgodziny - mówi z głębokim żalem.

- Tato... - Wzdycham. - Nic się nie stanie, jeżeli je odwołasz.

Przez chwilę wpatruje się we mnie i nic nie mówi. Wiem, że się zastanawia nad tą propozycją, ale jeśli się do czegoś zobowiązał, to nie ma zmiłuj. On zawsze dotrzymuje słowa.

- To byłoby niepoważne z mojej strony.

- Możesz przecież powiedzieć, że się rozchorowałeś.

Nie wiem, jak mam go przekonać. Myślałam, że słowa "VIP-owskie" i "miejsce na Divesów" wszystko załatwi. A tu proszę.

- Melody, wiesz, że muszę spłacać dom. Poza tym możesz pójść beze mnie. - Tata ściska lekko moją dłoń. - Nie kręć tak głową. Wiem, że chcesz. Nie odmawiaj sobie takiej przyjemności tylko dlatego, że ja nie mogę iść.

- Ale tato... dostałam dziś staż w Parabow Pictures. Dołożę się do wydatków. Nie musisz się o to martwić.

- Nie - protestuje stanowczo. - Jeżeli chcesz mi pomóc, to wydaj te pieniądze na siebie i odkładaj trochę na przyszłość.

Przygryzam wargę. Jak mam z nim dyskutować?

- Nie dasz mi wygrać, co?

Tata lekko się uśmiecha i daje mi buziaka w czoło.

- Nie, ale to nie ma znaczenia. Nie mogłem sobie wymarzyć lepszej córki. - Na chwilę się zacina. - Zaraz, czy ty właśnie powiedziałaś, że dostałaś staż w Parabow Pictures? Czemu nic wcześniej nie wspominałaś? Zrobiłbym nam tego - wskazuje na pustą deskę - więcej!

Oboje parskamy śmiechem.

Spędzanie czasu z tatą jest chyba moją ulubioną częścią dnia. Zawsze przy nim dobrze się czuję i mogę być sobą. Wspiera mnie jak nikt inny. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego mama chciała rozwodu. Przecież tata jest takim wspaniałym człowiekiem. Nigdy nie usłyszałam, by z jego ust wyszły jakieś raniące - mnie czy kogoś innego - słowa.

Nawet kiedyś zapytałam go, dlaczego tak naprawdę się rozstali. Odpowiedział mi wtedy, że nie każdy potrafi żyć w związku z osobą, której nie kocha. Co jest dla mnie niezrozumiałe. Bo jak mama może go nie kochać?

Chwilę jeszcze siedzę z tatą, aż na zegarku wybija jedenasta i oboje postanawiamy położyć się spać.

Nie mając pojęcia, że dzisiejszy dzień zapoczątkuje wir pewnych wydarzeń.

Wydarzeń, które zmienią wszystko w naszych życiach.

Rozdział 2PAN NIEMOWA

- No i co ja zrobię z tym biletem? - jęczę.

Obdzwoniłam już wszystkich znajomych z informacją, że mam wolny bilet na Divesów, ale jakimś cudem, nikt, ale to nikt, nie ma czasu.

W końcu zdesperowana dzwonię do mamy i opowiadam jej o problemie.

Jestem za-ła-ma-na. ZAŁAMANA. Nienawidzę chodzić na takie eventy sama.

- Nie wiem, odsprzedaj czy coś. - Mama jest już wyraźnie poirytowana.

Nie dziwię jej się. Gdyby moje dziecko zawracało mi głowę przez trzydzieści minut, ja podsuwałabym sensowne rozwiązania, a ono by je odrzucało, też bym straciła cierpliwość.

- Czemu nikt nie chce ze mną iść na ten mecz? - Ześlizguję się z łóżka na szarą wykładzinę.

- To nie tak, że nikt nie chce, Mel. Po prostu każdy ma jakieś plany. Nie dziw się.

To mnie denerwuje w ludziach. Każdy ma jakieś plany, każdy jest wiecznie zabiegany. Żeby z kimś się umówić, trzeba zapisywać się w ich terminarzach, i to z wyprzedzeniem! Nikt nie pozwala sobie na chwilę szaleństwa.

Wiem, brzmię jak rozkapryszony dzieciak, no ale błagam, zrozumcie moje położenie...

- W życiu tego tak szybko nie sprzedam.

- Bredzisz. Amerykanie mają świra na punkcie Divesów. Dadzą się pokroić za to miejsce.

Przewracam oczami.

- Dobra, spróbuję.

- Super, mądra dziewczynka. - Mama ziewa.

Szykuje się już do snu. No tak. Mamy siedem godzin różnicy. U niej wybiła dziesiąta wieczór, u mnie trzynasta.

Jestem zła, bo naprawdę wstałam o szóstej trzydzieści, o siódmej byłam już po śniadaniu, w sportowych dresach i biegłam po Venice Beach, wydzwaniając do znajomych. Oczywiście jęczeli mi w słuchawkę, że ich obudziłam, że jestem bez serca, że to mogło zaczekać. A generalnie to i tak za późno, bo mają inne plany, tak, mecz super, ale nie w ostatniej chwili... Masakra.

Normalnie namówiłabym Lilkę, żeby ze mną poszła, ale ona dziś bierze udział w jakimś wielkim castingu, na którym bardzo jej zależy. Gdybym ją poprosiła, żeby z niego zrezygnowała, zachowałabym się jak małostkowa świnia, bo jeszcze wczoraj ją przekonywałam, że ma chodzić na castingi i próbować aż do skutku.

- A tak w ogóle to co u ciebie? - pytam mamę.

- Wszystko dobrze. - Ponownie ziewa. - Kochanie, pójdę już spać. Jutro muszę być w pracy o szóstej.

- Jutro jest niedziela.

- Wiesz, że lekarze miewają dyżury.

Ciężko wzdycham.

- W takim razie trzymaj się, mamo.

- Trzymaj się, Mel.

Dobrze. Nie pozostaje mi nic innego, jak spróbować sprzedać ten cholerny bilet. Powoli podnoszę się z podłogi i siadam przy drewnianym biurku. Marszczę nos na dźwięk skrzypiącego krzesła. Wkurza mnie to straszliwie. Te meble są stare jak świat. Chciałabym je wymienić, ale nie mam na to pieniędzy, a tata nie zgadza się na pozbycie mebli po dziadkach.

No właśnie, zapomniałam wspomnieć, że ten dom należy do rodziny taty od pokoleń.

Dlaczego więc tata musi go spłacać? Bo ma brata, wujka Johnny'ego, który jest sknerusem czystej wody, bez serca. I oni obaj odziedziczyli ten dom. Tyle że wujek chciał go od razu sprzedać, bo nie zamierzał tu mieszkać, a że dom stoi w dobrej okolicy, mogliby wziąć za niego duże pieniądze.

Tata absolutnie nie chciał się na to zgodzić, bo cytuję: "Tu się urodziłem i tu zamierzam wykorkować".

Niestety wujek postawił ultimatum: albo sprzedaż i podział majątku, albo tata, proszę bardzo, może tu zostać, ale musi bratu zapłacić równowartość połowy domu. I wycenił to w pełnej wysokości, bez żadnej ulgi dla bądź co bądź najbliższego członka rodziny. Dobrze chociaż, że zgodził się na spłatę w ratach, bo jednorazowo takiej kwoty tata by nie miał jak zapłacić. Cóż, rodzinie zwykle się pomaga, a nie ją dołuje. Wujek powiedział więc, że te raty to jest właśnie pomoc i innej nie będzie. Dlatego tata teraz naprawdę ciężko pracuje, większość jego zarobków idzie na dom i chociaż mieszkamy w jednej z najlepszych dzielnic, nie jesteśmy bogaci. Nie stać nas na ubrania luksusowych marek czy ekskluzywne wycieczki. Tata obiecuje, że jak już spłaci wujka, to wykupimy sobie rejs dookoła świata. Myślę, że na to nigdy nie będzie nas stać, ale rozumiem, że tata dorastał w tym domu, że go kocha, więc nie będę kwestionować jego decyzji.

Poza tym mnie też się tu podoba. W każdej chwili mogę pójść popływać w oceanie czy - jak to robię każdego dnia - pobiegać po plaży.

Więc na razie przeboleję te meble...

W końcu wyszukuję w internecie ceny VIP-owskich miejsc na mecz Divesów i... aż się opluwam z wrażenia.

Ceny wahają się od czterech do piętnastu tysięcy dolarów.

Przecież za te pieniądze można tyle rzeczy kupić! Ba, można życie ułożyć na nowo!

Uderzyłam się lekko w twarz. Opanuj się, Melody.

Do meczu pozostały cztery godziny. I tak raczej nikt nie odkupi tego biletu. A nawet jeśli, to zapewne za najniższą cenę. No bo przecież każdy, kto chciał, kupił bilet wcześniej. Chociaż nie, to nieprawda... Na pewno chętnych było więcej niż miejsc. Niech będzie osiem tysięcy. Jejku, aż mi się ciemno przed oczami zrobiło. O mało co nie oddałam tego biletu za darmo jakiejś przypadkowej dziewczynie poznanej w autobusie albo czterdziestoletniemu pracownikowi piekarni.

Tak, wiem, mam ciekawych znajomych. Co mogę na to powiedzieć? Lubię zagadywać przypadkowych ludzi.

No dobrze, myślę, że ta cena jest w porządku. Najwyżej piętnaście minut przed rozpoczęciem meczu stanę przed stadionem i zacznę krzyczeć, że odsprzedam VIP-owskie miejsce za pięćset dolarów.

Idealnie.

W takim razie klikam "zamieść", i po sprawie.

Dwie godziny później stoję przed lustrem w zwiewnej, żółtej sukience, z oczami pomalowanymi na niebiesko i paznokciami zrobionymi na biało. Czuję się świetnie, szczerzę się jak głupia do sera, bo przed chwilą dostałam SMS-a od jakiegoś Christiana, że jest chętny odkupić bilet.

Jest chętny odkupić bilet za osiem tysięcy dolarów! Przecież to jest kilkadziesiąt tysięcy złotych. Na samą myśl nogi mi miękną.

Łapię niebieską torebkę i wychodzę z domu. Wiem, że do meczu zostały jeszcze dwie godziny, ale wiem też, że dojazd pod stadion będzie trwał wieki, bo wszystko w tamtej części miasta będzie zakorkowane.

Wsiadam do zamówionej wcześniej taksówki i modlę się, żeby udało nam się dojechać na czas.

Przez całą drogę myślę o tym, jak wygląda Christian. Czy to jest jakiś stary facet? A może chłopak w moim wieku? Błagam, żeby tylko był normalny, bo nie zniosę, jeśli przez cały mecz będę musiała siedzieć koło jakiegoś oblecha.

Dojazd zajął nam prawie półtorej godziny. Wysiadam z auta i życzę kierowcy miłej jazdy, chociaż wiem, że najprawdopodobniej będzie teraz klął i się wściekał, bo wyjechać stąd nie będzie mu łatwo.

Naokoło panuje istny armagedon. Ludzi są tysiące, każdy zmierza w stronę stadionu. Jedni się przekrzykują, drudzy śmieją, trzeci pędzą, żeby jak najszybciej zająć miejsce, co jest dla mnie niezrozumiałe, bo przecież nikt im go nie ukradnie.

Ogarnia mnie panika. Czy już wspominałam, że nienawidzę sama chodzić na wszelkie duże imprezy? To dlatego, że pośród tego całego tłumu nie mam z kim porozmawiać, jestem zdana tylko na siebie.

Biorę głęboki wdech i idę do supermarketu naprzeciwko głównego wejścia na stadion. To tam spotkam Christiana. Pokażę mu, że faktycznie mam bilet, a on mi przeleje pieniądze na konto. W zasadzie to skąd on ma tyle hajsu? Śmieję się nerwowo pod nosem. Mam nadzieję, że nie za narkotyki. To jest coś, do czego chyba nigdy nie przywyknę w Ameryce. Nigdy nie wiadomo, czym się ludzie zajmują.

Wchodzę do sklepu i kieruję się w stronę alejki ze słodkościami. Wtedy dostrzegam wysokiego, dobrze zbudowanego chłopaka.

Jego skóra jest niemal złocista, pięknie opalona. Musi być surferem. Ma na sobie niebieską koszulę, która opinia jego szerokie ramiona, i szare spodnie. Twarz zasłonił czarnymi, przeciwsłonecznymi okularami, na głowę założył czapkę z daszkiem tego samego koloru.

Nie, typie, wcale nie wyglądasz podejrzanie.

Podchodzę do niego, zakładając, że to Christian. W końcu tu się umówiliśmy, a nie widzę nikogo innego.

- Cześć. - Podnoszę rękę na powitanie.

Chłopak bez słowa kiwa głową.

Niemową jesteś, czy co?

Wycieram spocone dłonie o sukienkę i wyciągam z torebki wydrukowany bilet.

- Patrz - pokazuję palcem drobny druczek. - To twoje miejsce.

Christian ponownie kiwa głową.

- Umiesz mówić?

Śmieje się i wyciąga z kieszeni spodni telefon.

Już po paru sekundach dostaję powiadomienie o przelewie. Szybki jest.

- Eee, dzięki. - No i co teraz? - To ja już pójdę. Jak chcesz, możesz iść ze mną, bo mamy miejsca koło siebie.

Chłopak wzrusza ramionami. Kurde, a jeśli serio jest niemową? A ja mu tak niemiło to wytknęłam?

Zaczerwieniona, ruszam w stronę stadionu z Christianem podążającym u mego boku.

- No i tak przeprowadziłam się do Ameryki - kończę opowieść.

Okazuje się, że Christian jest wspaniałym słuchaczem. Przez cały mecz opowiadam mu o swoim życiu i o tym, jak mi czasem tęskno do Polski, a dokładniej do Warszawy.

Bo kiedy tylko usiedliśmy na swoich miejscach, pomyślałam, że mi go szkoda. Taki z niego cichy chłopak, pewnie nikt się z nim nie przyjaźni. No to zaczęłam mu opowiadać o swoim życiu. Bo co mi tam? Więcej raczej się z nim nie zobaczę. Gadam, co tylko mi przyjdzie do głowy. Jak to kiedyś, gdy moja eksprzyjaciółka zabrała mi chłopaka, wjechałam autem w śmietnik przed jej domem i uciekłam. Albo jak niedawno na studiach, gdy wykładowca nie patrzył, ukradłam swój koszmarnie napisany esej i podłożyłam lepszą wersję. O! Albo jak na szkolny jarmark zrobiłam babeczki ze zjełczałym masłem i pół mojej klasy się pochorowało. To były czasy.

Christian co jakiś czas się uśmiecha, raz nawet parska cicho. Ciekawi mnie, jak brzmi jego głos. W zasadzie on cały mnie ciekawi.

I lepiej się już czuję. Rozluźniłam się w jego towarzystwie i po prostu jestem sobą. On też chyba się zrelaksował, bo kiedy zawodnikom udaje się przyłożenie, oboje krzyczymy jak prawdziwi kibice, czasem nawet łapiąc się za ręce i wymachując nimi jak szaleni.

W końcu pierwsza połowa meczu dobiega końca. Spoglądam na Christiana, wpatrzonego w olbrzymi ekran nad nami. Sprawdzam, co go tak zainteresowało, i widzę, że na telebimie wyskakuje Kiss Cam.

O rany! Całkowicie zapomniałam o tym zwyczaju, a przecież nie mogło go zabraknąć!

Kamera pokazuje parę nastolatków. Blondyna i blondynkę wyglądających na rodzeństwo. Chłopak nachyla się do dziewczyny, która odpycha go od siebie, ale śmieje się głośno. Wtedy on odwraca się w stronę siedzącego po drugiej stronie brązowowłosego chłopaka. Chyba naprawdę coś ich łączy, bo rzucają się na siebie żarliwie.

Cały stadion wybucha śmiechem.

- Wiesz - zagajam, chichocząc - zawsze, jak chodzę na mecze Divesów, to się boję Kiss Camu. To dlatego, że zawsze przychodzę z tatą. Chociaż to trochę bez sensu, bo przecież mogłabym mu dać buziaka w policzek, przecież nieraz całujemy się na dzień dobry czy do widzenia... - mówię to lekko, ot takie niezobowiązujące zwierzenie, i nie spodziewam się, że to ono sprawi, że Christian w końcu się odezwie.

- A teraz dlaczego z nim nie jesteś? - Do moich uszu dociera głęboki, przyprawiający mnie o ciarki głos.

Wytrzeszczam oczy.

Jeśli myśli, że tyle mi wystarczy, żeby odpowiedzieć na jego pytanie, to się głęboko myli.

- Powiem ci, jeśli w końcu zdejmiesz z siebie to przebranie i nie będziesz się zachowywał jak jakiś niedorobiony agent FBI.

Christian uśmiecha się szeroko. Och, Jesus. On ma dołeczki.

- Chyba nie pozostawiasz mi wyboru.

Zdejmuje najpierw czapkę, uwalniając burzę niepoukładanych, kasztanowych włosów, a potem okulary. Okazuje się, że jest niesamowicie przystojny, ale tak naprawdę, niesamowicie przystojny, wręcz hipnotyzujący swoją urodą. Jego oczy mogłyby stanowić wizualizację definicji nocnego nieba albo głębin oceanu. Są tak ciemnoniebieskie, że zastanawiam się, czy istnieją granatowe tęczówki. Ma mocno zarysowaną linię szczęki i zapadnięte policzki. Jego nos wydaje się wyrzeźbiony, taki zgrabny... Co ja bredzę? On cały wydaje się wyrzeźbiony, męski niczym grecki bóg, a jednak jest w nim taka delikatność, chłopięcość.

Chwila... czy on ma w uszach kolczyki?

O rany. Czy ja temu chłopakowi naprawdę opowiedziałam o najbardziej żenujących momentach mojego życia? Mam ochotę zapaść się pod ziemię, lecz tylko gapię się na niego jak głupia i nie dowierzam.

Czemu ja muszę mieć takie szczęście?

Christian wyciąga do mnie rękę.

- Christian Wood, miło poznać.

Niczym ostatnia ofiara losu ściskam jego dużą dłoń, na której ma...wiele pierścieni. Powtarzam, pierścieni!

- Melody Ray, mnie również miło cię poznać - mówię, czując, jak bardzo pieką mnie policzki.

Christian wygląda, jakby się nad czymś zastanawiał. Długo nie puszcza mojej dłoni, dopiero kiedy chrząknięciem zwracam mu na to uwagę, uwalnia mnie i wygląda, jakby wrócił na ziemię z bardzo daleka.

- Przepraszam, myślałem, że mnie zna...

Nie docierają do mnie jego kolejne słowa. W sumie to nawet nie mogą, bo mu przerywam. Łapię go za ramię i wskazuję palcem na kamerę Kiss Cam, która właśnie nas pokazuje.

Christian blednie. W jego oczach pojawia się panika. On chyba nie lubi znajdować się w centrum uwagi, ale... pieprzyć to. Jak nie teraz, to kiedy? Poza tym zabawa to zabawa, co nie? Przecież nic takiego się nie stanie. W najgorszym wypadku poczujemy się oboje niezręcznie, i tyle. Prawda?

Wpijam się w jego usta, gotowa na wszystko. Naprawdę. Nie wiem, czego się spodziewać. Może mnie odtrącić, a ja przyjmę to na klatę albo może po prostu stać jak słup i nic nie robić... Ale on odwzajemnia pocałunek i robi to tak kurewsko dobrze, że nogi uginają się pode mną, jakby były z rozpuszczającej się galaretki. Jest mi gorąco, bo nigdy nie całowałam tak przystojnego chłopaka, który w dodatku pachnie znakomitymi perfumami.

Jeszcze chwila i zatopię ręce w jego włosach...

No chyba że cały stadion zacznie wiwatować, więc oderwę się od Christiana i zobaczę, że Divesi wrócili na murawę.

Jakby przed chwilą nic się nie wydarzyło i jakbym właśnie nie umierała z braku powietrza, dołączam się do krzyczącego tłumu. Staram się zachowywać, jakby nic wielkiego się nie stało (bo nie stało), ale w końcu przegrywam wewnętrzną walkę i spoglądam kątem oka na stojącego obok Christiana, który najwyraźniej analizuje w duchu to, co się przed chwilą wydarzyło.

Chyba powinnam coś powiedzieć, bo wygląda na to, że zepsułam mu imprezę.

Odwracam się w jego kierunku, czerwona ze wstydu.

- Przepraszam, że nie zapytałam cię o zgodę.

Christian kiwa głową. Czyżby Pan Niemowa wrócił?

Ciężko wzdycham i już mam coś dopowiedzieć, wytłumaczyć się, kiedy zauważam, że Christian zaczyna się wycofywać. Błagam, nie bawmy się w te sceny z filmów, kiedy on całuje główną bohaterkę, a ta ucieka, bo nie potrafi zmierzyć się ze swoimi emocjami. To jest z reguły głupie, a jeszcze głupsze, gdy to on ucieka. Poza tym do końca gry zostało jeszcze kilka minut. Chyba nie chce zrezygnować teraz z widowiska?

- Dokąd idziesz? - pytam.

Nawet nie wiem, czemu mnie to interesuje. Przecież ja tego chłopaka praktycznie nie znam. Nie powinnam się przejmować jakimś nieznajomym. Na jednej imprezie bez mrugnięcia okiem potrafię pocałować dziesięciu chłopaków i zdobyć ich telefony. Może po prostu czuję się winna? W końcu chłopak zapłacił osiem tysięcy dolców nie za zabawę ze mną, a za obejrzenie Divesów na żywo. Może on w ogóle ma dziewczynę i teraz narobiłam mu kłopotów?

O kurczaczki...

- Wracam do domu - odpowiada.

Chociaż nie, nie może mieć dziewczyny. Nie odwzajemniłby pocałunku.

Może po prostu jest nieśmiały... albo introwertyczny? Może nie lubi być w centrum uwagi, a Kiss Cam go przebodźcował?

- Ale...

- I tak Divesi wygrają. Nic tu po mnie.

Zaciskam szczękę. Okej. Nie będę udawać, że nie jest mi przykro. Bo czy znacie to uczucie, kiedy poznajecie kogoś nowego i czujecie, że moglibyście się zaprzyjaźnić, ale ten ktoś nie zwraca na was uwagi? Hej, cześć, to ja. Teraz właśnie tak mam.

I nieważne, co teraz bym powiedziała albo co bym zrobiła, on mnie oleje.

No i dobrze. Skoro chce, byśmy pozostali nieznajomymi, to...

Zauważam, że na jego miejscu leżą czapka z daszkiem i okulary przeciwsłoneczne. Jakim cudem on zapomniał o swoim kamuflażu?

Przeczesuję wzrokiem rzędy ludzi, aż natrafiam na niebieską koszulę. Christian jest już na samym końcu loży. Łapię jego zapomniany skarb i przepycham się między siedzeniami, co nie jest łatwe, bo prawie wszyscy kibice stoją i dopingują.

- Christian! - krzyczę.

Nie odwraca się... No nie mogę. Ja chcę mu tylko oddać jego rzeczy.

Kiedy wreszcie udaje mi się wybiec przed stadion, wpadam w tłum ludzi, którzy nie dostali biletów, i albo nie mają w domu telewizorów (w Ameryce to chyba niemożliwe), albo są po prostu zapaleńcami. Wiem, co to oznacza. Będę musiała się przez nich przeciskać.

Gorzej... dociera do mnie głośny ryk tłumu, zwiastujący koniec gry. Czyli w ciągu kilku minut ten tłum zrobi się jeszcze większy. Jak zwykle, przez godzinę, będę musiała z nimi maszerować, bo inaczej zostanę zadeptana.

No i to koniec. Ani nie wrócę na stadion, zresztą nie mam już po co, ani nie dogonię Christiana. Poddaję się.

Po prostu cudownie, wspaniale.

Chyba że... wyciągam telefon i wybieram zapisane ostatnio połączenie.

Nie odbiera. Debil.

Wysyłam mu wiadomość.

Ja: Zostawiłeś swój kamuflaż.

Christian: Zostaw go sobie.

Prycham pod nosem.

- "Zostaw go sobie" - przedrzeźniam go, na co parę osób spogląda krzywo w moją stronę.

No dobra, to chyba nie jest taki zły pomysł.

Zakładam okulary i czapkę i udaję, że to wcale nie byłam ja.

Rozdział 3SZANSA JEDNA NA MILION

Bardzo możliwe, że znowu zrobiłam coś impulsywnie. Otóż, ponieważ nie mogłam zasnąć, przeglądałam sobie social media na telefonie, aż myśli mi uciekły w kierunku porannego joggingu i pomyślałam, że chciałabym mieć takie słuchawki, które dobrze wyciszają dźwięki z zewnątrz. Więc, uch, zamówiłam je z dostawą do domu i takim sposobem mam o pięćset czterdzieści dziewięć dolarów mniej.

Ale, hej, jeżeli mają mi pomóc w koncentracji w czasie biegania, to czemu miałabym ich nie kupować?

Dobra, kogo ja oszukuję. Mogłam wybrać jakąś tańszą wersję, ale po prostu nie potrafię dysponować pieniędzmi. Kiedy tylko coś wpada mi na konto, natychmiast zaczynam się zastanawiać, jak to wydać. Wiem, to bardzo zła cecha charakteru, ale nic na to nie poradzę.

A dlaczego o tym wspominam? Bo właśnie się obudziłam, przebrałam w sportowe ciuchy i cierpię, bo idę biegać i tak bardzo chciałabym mieć już te słuchawki.

Otwieram drzwi, żeby jak zwykle pobiec wzdłuż Venice Beach, gdy oślepia mnie nagły blask. Odruchowo cofam się o krok i przesłaniam oczy dłonią. Dociera do mnie głośny trzask aparatów fotograficznych, błyskają flesze. Robię z dłoni daszek nad oczami i wtedy dostrzegam masę ludzi stojących niemal w progu naszego domu.

Co tu się odwala?

Przekrzykują się, a ja ledwo rozróżniam słowa.

- Co pani ma do powiedzenia na temat...

Nic nie rozumiem, bo wtrąca się jakaś kobieta o piskliwym głosie.

- Od jak dawna się spotykacie?

Spotykamy? Kto? Ja i kto?

- Czy nie uważa pani, że to było nie na miejscu, zważywszy na to, że...

- Jak to jest...

- Dlaczego mecz Divesów?! Jesteście fanami?

Głowa mi zaraz wybuchnie. Kiedy próbuję się skupić na jednym pytaniu, zaczynam słyszeć już drugie, i tak w kółko, aż ktoś świeci mi po oczach lampą błyskową i...

Co tu robią ci paparazzi?!

Odchrząkuję, ludzie milkną.

- Uhm, chyba państwo pomylili domy, proszę opuścić ten teren, bo wezwę policję.

Próbuję być pewna siebie, ale ponieważ nigdy nie byłam najlepsza w publicznych wystąpieniach, to zaczynam się jąkać, garbię się i zapewne wyglądam jak siedem nieszczęść.

Ponownie rozlega się piskliwy głos jakieś kobiety.

- Przecież to pani się całowała z Christianem Woodem.

No. Całowałam. I co z te... Chwila. O kurka wodna. Nie mówcie mi, że to jakaś gwiazda filmowa.

Przełykam ślinę i staram się zignorować to, że momentalnie cała się spociłam.

- Christianem Woodem? - Powtarzam niczym jakiś robot.

Paparazzi przytakują. Gwar wraca, ponownie zadają jakieś pytania.

- Jak wyglądała wasza pierwsza randka?

- Jest pani jego dziewczyną?

- Czy jego kariera muzyczna w czymś przeszk...

Nie zwracając już na nic uwagi, trzaskam drzwiami. Biorę parę głębokich wdechów, żeby się uspokoić. Czuję, jakbym przebiegła maraton, a nawet nie ruszyłam z domu. Serce wali mi niemiłosiernie.

Nawet kiedy zapada głucha cisza, mam wrażenie, jakby cały czas coś dudniło. Biegam z przedpokoju do salonu i z salonu do przedpokoju. Nic nie rozumiem! O co tu chodzi? Kim on jest?

Aż w końcu skołatany mózg podsuwa mi pewien pomysł. Z kieszeni na ramieniu wyjmuję telefon i wpisuję do wyszukiwarki "Christian Wood".

Na pierwszej stronie widnieje jego zdjęcie i notka z Wikipedii. Zapisany jest jako muzyk, twórca wielu popowo-rockowych hitów.

I kiedy dostrzegam tytuł jego najbardziej znanej piosenki, łączę kropki. Bo Christian Wood jest twórcą Bet On Me. Piosenki, którą znam na pamięć i którą słyszę w radiu prawie codziennie.

Tak, mam na imię Melody, co po polsku oznacza melodia, i tak, zupełnie nie interesuję się muzyką. Jeśli znam tytuł piosenki, nie znam wykonawcy, jeżeli znam wykonawcę, nie pamiętam tytułów jego piosenek.

Christian Wood należy do tego pierwszego przypadku.

No świetnie... Ale się wrąbałam. Już rozumiem całe to zamieszanie, ale co mam zrobić TERAZ? Raczej nie będę biegać ze stadem paparazzi na karku. Chociaż, kiedy sobie pomyślę, jak komicznie by to wyglądało, to zaczynam się zastanawiać, czy to nie jest aż taki zły pomysł...

No nie, nie.

To nie jest dla mnie dobry moment do żartów.

Drżącymi palcami wybieram numer Christiana.

Odbiera po dwóch sygnałach.

- Halo? - Jego głos jest ochrypły. Brzmi, jakby dopiero co się obudził.

- Czemu mi nie powiedziałeś?! - krzyczę do słuchawki i słyszę ni to przepraszający, ni to protestujący syk.

- Melody...

- Lepiej, żeby to twoje tłumaczenie miało jakikolwiek sens, bo inaczej pożałujesz, że się urodziłeś!

Christian śmieje się nerwowo.

- Nie wiedziałem, że mnie pocałujesz.

Niech mnie piorun trzaśnie.

- Nie wiedziałeś, że cię pocałuję?! Christian, byliśmy na Kiss Camie!

- Wiem - odpowiada spokojnie. - Przecież wiem, że to nie powinno się wydarzyć.

- Szedłeś na mecz Divesów, czego innego się spodziewałeś?! Było maseczkę założyć i udawać chorego!

Christian wzdycha ciężko.

- Nie mam siły teraz o tym rozmawiać.

Otwieram szerzej oczy.

No, takiej odpowiedzi to się nie spodziewałam.

Teraz to ja ciężko wzdycham. Ta rozmowa i tak do niczego nie doprowadzi. Przynajmniej nie wtedy, gdy ja na niego krzyczę, a on spokojnie leży w łóżku i mówi mi, że nie ma na nic siły.

Królewicz jeden.

- Przed moim domem stoi stado paparazzi żądających wyjaśnień. Co mam zrobić? Powiedzieć im, że to nie ja, a moja siostra bliźniaczka?

- Masz bliźniaczkę? - brzmi na szczerze zainteresowanego.

Dajcie mi cierpliwość.

- Nie.

- A szkoda, bo byłoby łatwiej się ich pozbyć. - Mimowolnie uśmiecham się pod nosem, rzecz jasna przy okazji prycham, żeby nie pomyślał, że jest zabawny.

- W takim razie ich ignoruj, a na pewno nie odpowiadaj na żadne pytania - recytuje to jak wyuczoną formułę.

Zgaduję, że dla niego to nie pierwsza taka sytuacja. Z takim człowiekiem nic nie jest ani proste.

- Jutro zaczynam staż w Parabow Pictures. Nie obchodzi mnie, jak to zrobisz, ale do tego czasu ma ich tu nie być - warczę. - Rozumiesz?

- Tak, szefowo.

Puszczam jego przytyk mimo uszu i się rozłączam.

Rzucam się na kanapę, wyobrażając sobie, że przed moim domem nie stoi stado paparazzi, a ja właśnie wróciłam do domu po ciężkim biegu.

- Świetnie, po prostu wspaniale. Ze wszystkich ludzi na świecie, czy to akurat musiał być Christian Wood?

Tata wychodzi ze swojego pokoju. Pewnie dopiero co się obudził.

- Ciężki dzień? - pyta, lekko się podśmiewając.

Jęczę w poduszkę na kanapie. Czyli już o wszystkim wie. Pracuje jako specjalista od reklamy w niedużej wytwórni muzycznej. Firma dopiero się rozwija, a on musi być na bieżąco ze wszystkim w świecie muzyki, od premier po plotki.

Pewnie nie zdążył nawet dobrze otworzyć drugiego oka, tylko przysiadł na łóżku z laptopem na kolanach i wszedł w poranne wiadomości.

- Nie przeżywaj tak, Mel. To nic takiego. Wystarczy, że Wood spotka się na mieście z inną dziewczyną i ludzie stracą zainteresowanie tobą.

Dzięki, tato, pocieszasz.

- Jak mam nie przeżywać, gdy nawet nie mogę wyjść z domu? - Siadam na kanapie. - To samo ciebie będzie dotyczyć, też nie wyjdziesz spokojnie z domu, nie śmiej się.

- Trzeba było go nie całować.

- Byliśmy na Kiss Camie!

Energicznie mi przytaknął.

- Widzisz? W sumie nic wielkiego się nie wydarzyło. Siedziałaś sobie spokojnie na meczu, gdy nagle bach! - Tata tak gestykuluje dłońmi, że jeszcze chwila, a mu odpadną. - Kamera Kiss Cam, a obok przystojniak! Krótka piłka i krótka sprawa, za dwa dni dziennikarskie hieny zajmą się czymś innym.

Dobra, nie potrafię powstrzymać uśmiechu.

- Wiesz, jak on świetnie całuje? - Niemal się rozpływam na myśl o wczorajszym pocałunku. Co jak co, ale trzeba chłopakowi przyznać klasę level master.

Tata uśmiecha się przekornie.

- Szczerze mówiąc, naprawdę nie chcę wiedzieć - mówiąc to, wychodzi do kuchni, prawdopodobnie przygotować sobie śniadanie.

Wibruje mój telefon. Spoglądam na SMS-a.

Lila: Wchodziłaś na swoje media społecznościowe???

Ja: Nie, a co?

Lila: To lepiej usiądź.

Natychmiast wchodzę na swój profil na Instagramie.

Wyskakują mi tysiące, jak nie dziesiątki tysięcy powiadomień. Patrzę na swój profil, na którym wstawiam makijażowe filmiki.

Jeszcze wczoraj obserwowało mnie skromne grono stu osób, a teraz...

Zanim przejdziemy do tego, ile osób mnie wyśledziło, chciałabym coś wyjaśnić. Dlaczego Lilka nie wypytywała mnie o chłopaka, który kupił ode mnie bilet i dlaczego nie dostrzegła powiązania między nim a moją nagłą popularnością. Wczoraj, gdy tylko wróciłam do domu, po meczu Divesów, zadzwoniłam do niej i opowiedziałam o meczu i moim towarzyszu. Ale nie mówiłam zbyt wiele, nawet się nie zająknęłam o pocałunku. Powiedziałam tylko, że fajnie się nam gadało i że mi się podobał. Lilka zaczęła mnie namawiać, żebym się z nim umówiła, ostatecznie pretekst w postaci jego czapki i okularów miałam doskonały. Przyznałam jej rację i całą noc wyobrażałam sobie, jak do niego zagadam. Tylko... tylko ja jeszcze wtedy nie wiedziałam, kim tak naprawdę jest Christian Wood. Wracając do obserwujących...

Szczęka mi opada.

Teraz jest ich pięćdziesiąt tysięcy.

Czy to jest w ogóle możliwe, żeby tak dużo osób zaczęło mnie obserwować w jeden dzień?

I ile osób musiało się dowiedzieć, że pocałowałam Christiana Wooda?

Czy mogę się gdzieś schować? Bo, litości, ten jeden pocałunek będzie mnie zapewne prześladował do końca moich dni.

Już sobie wyobrażam poniedziałek. To będzie mój pierwszy dzień na stażu w Parabow Pictures. Przedstawię się osobom, z którymi będę współpracować, a one rozdziawią buzie i powiedzą: "To ty całowałaś się z Woodem!".

Moja kariera jest skończona.

Kiedy umrę ze starości, moje wnuki wygłoszą w pożegnalnej mowie: "Nasza babcia całowała się z Christianem Woodem. Tak, to było jej największe osiągnięcie".

Przecież to jest coś, o czym zawsze marzyłam! Być tą od Wooda!

Prycham pod nosem. Nie dam się tak zapamiętać.

Podnoszę się z kanapy i biegnę do swojego pokoju.

W szafie mam schowaną lampę pierścieniową na długim statywie. W środku można umieścić telefon, dzięki czemu jakość nagrań czy zdjęć jest sto razy lepsza.

Ustawiam ją koło toaletki i wyciągam z szufladek wszystkie kosmetyki.

Zamierzam teraz zrobić transmisję na żywo i pokazać swoje umiejętności w makijażu. Jeżeli mają o mnie mówić w gazetach, niech chociaż wspomną o talencie, który posiadam.

Biorę głęboki wdech i włączam live'a.

Dasz radę, Melody.

Łapię gotowy, spiczasty prostetyk i robię sobie elfie ucho. W tym czasie nie patrzę na telefon. Nie chcę wiedzieć, ile osób mnie ogląda ani co piszą, bo się zestresuję i nic mi nie wyjdzie z tego, co teraz robię.

Natomiast przez cały czas objaśniam wszystkie wykonywane czynności, żebym mogła potem zapisać tę transmisję i ją opublikować na swoim kanale w różnych przeróbkach.

- Określenie prostetyk wywodzi się od słowa prosthesis, czyli proteza. Prostetyki wykorzystuje się w charakteryzacji filmowej, zazwyczaj do stworzenia głębokich ran albo wykreowania postaci nadnaturalnej, magicznej, która ma olbrzymi nos, szpiczaste uszy lub rogi na czole...

Cały czas mówię, ale kiedy udaje mi się przymocować sobie uszy, nie wytrzymuję i spoglądam na ekran telefonu.

Upuszczam pędzelek, który właśnie wzięłam do ręki.

Moją transmisję ogląda sto tysięcy osób.

W głowie mam pustkę, mrugam parę razy, bo to, co widzę, wydaje mi się niemożliwe. Czy mogę się z tego cieszyć? Nie zapracowałam na to. W żadnym stopniu.

Próbuję się skupić na komentarzach, ale jest ich za wiele.

Mel, spokojnie, to tylko liczby. Ludzie. Liczby. Ludzie.

Zaraz serce wyskoczy mi z piersi.

- Dużo tu was - chichoczę nerwowo. - Zgaduję, że nie jesteście tu dla moich makijaży, ale poudawajmy, że istotnie jesteście bardzo, ale to bardzo zainteresowani tym, co robię, więc...

Podnoszę pędzelek z podłogi, dmucham w niego i moczę w różowej farbce, którą wykorzystam jako podkład.

- Dziś robię się na elfkę. Czy ktoś chciałby wymyślić jej historię? Wiemy tyle, że nazwałam ją Rosa.

Półtorej godziny później wyłączam transmisję i dzwonię do Lilki. Wyjaśniam, skąd u mnie taki przyrost popularności, bo ta, ze względu na przygotowania do castingu, nie miała czasu przejrzeć prasy i była pewna, że po prostu jakiś filmik stał się znienacka viralem.

Przy okazji nabawiam się okropnego bólu głowy, bo nigdy nie spotkałam się z taką reakcją przyjaciółki, a moich uszu nie atakowały takie jej piski.

- Całowałaś Christiana Wooda?! - krzyczy, a ja krzywię się w odpowiedzi, chociaż ona nie może tego widzieć.

- Lilka, uspokój się.

- Jak on pachnie?

Kurewsko dobrze.

- Jest wysoki?

Wyższy ode mnie o głowę.

- Dobrze całuje?

Dobrze to za mało powiedziane.

- Czy możemy porozmawiać o czymś innym? - Na żadne z jej pytań nie odpowiadam na głos. - Na przykład o tym, że moje życie jest skończone?

- Gadasz głupoty. - Przysięgam, że Lila właśnie machnęła ręką. - Popatrz na to z innej perspektywy. Teraz drzwi stoją przed tobą otworem. Każdy cię zna i każdy zechce mieć cię w pracy, bo znasz się z Woodem.

- Lilka, słyszałaś kiedyś o nepotyzmie? To po pierwsze. A po drugie, u mnie to tak nie działa - wzdycham. - Może gdybym była aktorką, tak jak ty, producenci by się na mnie rzucili, bo podnosiłabym oglądalność, ale ja jestem zwyczajną charakteryzatorką. Widzowie nie będą mieli pojęcia, że to akurat ja umalowałam tę czy tamtą gwiazdę.

- Po pierwsze, nie masz racji, bo nawet Oscary są przyznawane za charakteryzacje. Po drugie, wykorzystaj swoje social media. Załóż własną firmę. Zatrudnij ludzi, wyszkol ich i zarabiaj na zwykłych makijażach.

Kręcę głową z niedowierzaniem.

- Nie zrobię tego.

- Dlaczego?

Jest wiele rzeczy, które aż krzyczą, że taki plan aż prosi się o porażkę. Poza tym, to było tylko jedno spotkanie z Christianem. Tak jak tata powiedział - ludzie zapomną. Cała sprawa ucichnie w ciągu paru dni, a ja... wrócę do normalnego życia.

- Bo nigdy nawet o tym nie marzyłam, Lila. To byłoby niesprawiedliwe w stosunku do osób, które całe życie ciężko harują, realizując jakieś swoje zamierzenia. - To drugi powód, dla którego porażka byłaby oczywista.

- Przesadzasz. Niektórym się powodzi, a niektórym nie, i tyle.

Jak tak w ogóle można myśleć?

- Byłabym żartem dla innych. Wyszłoby na to, że wystarczy pocałować gwiazdora i ma się wszystko podane na tacy.

- Bo tak jest.

I tak doszłyśmy do momentu, w którym moja migrena przybrała na sile. Bo dlaczego akurat teraz moja przyjaciółka musi tak myśleć? Całe życie rozumiemy się bez słów, mamy te same poglądy, a teraz nagle wyskakuje mi z propozycją wykorzystania... wykorzystania... szansy? Nie. To nie jest szansa. To by było wykorzystanie Christiana i jego sławy. Koniunkturalne wykorzystanie okazji. Tak się nie robi.

- Nie mogę teraz rozmawiać.

Rozłączam się, rozdarta. Nawet jeśli jestem przeogromnie zła na całą tę sytuację (a naprawdę jestem), to mam w sobie resztki empatii i tak zwyczajnie, po ludzku, robi mi się szkoda Christiana Wooda.

Bo co on musi przeżywać, kiedy prawdopodobnie każdy myśli tak jak Lilka? Czy on w ogóle ma kogoś, na kim może polegać?