Zaproszenie do Gruzji
1
Podróż zaczynałem od Gruzji i to był błąd.
Gruzja powinna być zakończeniem, a nie początkiem. Wszystko tu stwarza
wrażenie przybicia do przystani, dotarcia pod dach. Wszystko - klimat,
krajobraz i obyczaje - namawia, żeby przysiąść w cieniu, łyknąć wina,
odetchnąć i pomyśleć: fajnie tu.
Piękny to kraj, Gruzja.
Z każdego miejsca widać góry. Podniebny Kaukaz, zielone grzbiety Suramu.
Słońce pada na śnieżne szczyty kaukaskie, odbija się i oświetla Gruzję.
Dlatego promienie słoneczne, zabarwione kolorem śniegu, są tu nie złote,
a srebrne, jak oprawa starej ikony.
Gruzja to mały kraj, ponad cztery razy mniejszy od Polski. Ale to
właśnie porównanie nigdy nie przychodzi tam na myśl. Wrażenie kłóci się
z faktami, ponieważ wszechobecność gór zmienia prawa optyki. Gruzja
wydaje się ogromna, bezgraniczna jak ocean. Góry pomnażają krajobraz. Na
danej przestrzeni równina oferuje tylko jeden pejzaż. Na tej samej
przestrzeni góry pokażą dziesiątki, a nawet setki widoków. Wystarczy
przejechać kilometr dalej, wystarczy minąć jakieś zbocze, wejść na skałę
albo opuścić się w dolinę. Obraz będzie się rozrastać, potężnieć,
przekraczać ramy, nabierać nowych wymiarów; w końcu, obracając się
niemal w jednym miejscu, zaczynamy odczuwać, że poruszamy się w nieskończoności. Nie byłem w stanie przewędrować Gruzji ani nie umiałem
znaleźć z niej wyjścia. Przez kilka dni dzieliłem los Gruzinów,
przekonany, jak oni, że jednego życia za mało, aby obejść całą ich
Republikę.
Góry kształtują również naturę Gruzina. Gruzin strzeże tajemnicy gór i wierzy, że trzeba je rozumieć. Wie on, że urodził się jako ich strażnik
i opiekun, i z tego przekonania czerpie najgłębszą satysfakcję. Dlatego
Gruzin nie ma w sobie nic z obywatela świata. Jeździ za granicę bez
entuzjazmu i niechętnie osiedla się w innych krajach.
Gruzinów można spotkać właściwie tylko w Gruzji.
Ich patriotyzm jest patriotyzmem ziemi, tej doliny albo tego wzgórza,
gdzie człowiek się urodził i gdzie - jak nakazuje zwyczaj - powinien
umrzeć. Gruzini nigdy nie byli koczownikami, co w tej części globu,
przedeptywanej przez ciągle wędrujące ludy, jest rzadkim zjawiskiem.
Pędzili życie osiadłe, zamknięci w swoich mikroświatach, często nie
większych niż jedna dolina. Granica tej doliny - zawsze górzysta - mogła
być dawniej dla Gruzina granicą ziemi. W każdym takim zaścianku ludzie
mówili własnym dialektem, mieli swoje obyczaje, swój porządek społeczny.
Trudny do poruszania teren pchał ich w stronę partykularyzmu. Świat
kończył się tam, dokąd można było dojechać koniem. Stąd w przeszłości
Gruzini albo odpierali kolejnego najeźdźcę, albo toczyli między sobą
niekończące się wojny. Księstwo najeżdżało na księstwo, zaścianek na
zaścianek, dolina na dolinę. Okresy pełnej jedności, choć wspaniałe, nie
były nigdy długie.
Dzisiaj to wszystko jest przeszłością. Gruzin jest obywatelem Gruzji,
jest częścią tej ziemi. Przy każdej okazji, nawet w sytuacjach
najbardziej rodzinnych i prywatnych, pije on toast "za naszą wspaniałą
Gruzję". W barach również piją taki toast. U nas podobna manifestacja
uznana byłaby za zbyt patetyczną. A tutaj jest naturalnym, przyjętym
rytuałem.
2
Gruzja jest rówieśniczką Grecji i starszą siostrą Rzymu. Jest ona tak
stara jak Biblia. Pieśni, które tu śpiewają, mają wiek Akropolu, może
nawet wiek Babilonu. W 1924 roku przyjechał do Tbilisi Jesienin.
"Szedłem z Jesieninem ulicą - mówi Georgi Leonidze - na ulicy stał ślepy
bandurzysta i śpiewał gruzińską piosenkę:
I cóż z tego, żem jest smagła,
- słońce tak mnie opaliło!
Jestem taka jak i inne,
Bóg mnie stworzył jak i inne.
- Co on śpiewa? - spytał Jesienin.
- Biblię - odpowiedziałem.
- Jak to? - zdumiał się Jesienin.
- On śpiewa Pieśń nad Pieśniami. Nie
pamiętasz? "Śniada jestem, lecz piękna... jak namioty Kedaru... Nie
patrzcie na mnie, żem śniada, że mnie spaliło słońce". Stary śpiewa to
jak nową piosenkę, nie wiedząc, że ta pieśń ma dwa tysiące lat".
Historia jest tu zawsze obecna, jest elementem krajobrazu, solą
gruzińskiej gleby. Język Gruzji jest jednym z najstarszych języków
świata, a alfabet gruziński ma już szesnaście wieków. Przeszłość
zostawiła tu wszędzie swój ślad. - Mamy ciągłe kłopoty z archeologami -
powiedziała mi wicepremier Gruzji, Wiktoria Sziradze. - Jeśli chcemy
gdzieś zacząć budować, natychmiast protestują - tu nie można, tu są
zabytki. - Samochody jeżdżą dziś po drogach, które znali starożytni, a na południu pije się wodę ze źródeł przebitych trzy tysiące lat temu.
Antyk i nowoczesność łączą się często w śmiały sposób. W Suchumi Guram
zabrał mnie na smażoną rybę do restauracji "Dioskuria". Urocze to
miejsce. Lokal jest zbudowany na skałach zatopionych w Morzu Czarnym. A skały, na których się opiera, są ruinami greckiej kolonii - Dioskurii,
istniejącej tu dwadzieścia pięć wieków temu. Siedząc przy stoliku, można
oglądać pogrążone na dnie morza miasto, zamienione teraz w jakieś
monstrualne akwarium, którego ulicami przeciągają gromady tłustych,
leniwych ryb.
W czasie Dioskurii Gruzja dzieliła się na dwa państwa antyczne: Kolchidy
i Iberii, handlujące z Grecją, o czym pisze Herodot. Potem, rozpierani
ideą ekspansji, próbowali zawładnąć Gruzją Rzymianie. Nieco później, w 337 roku, Gruzja przyjmuje chrześcijaństwo - na sześć wieków wcześniej
niż Polska. Już w tym czasie o wpływy w Gruzji walczy Bizancjum i Persja
Sasanidów. W VII wieku zajmują Gruzję Arabowie. Ale Gruzja islamu nie
przyjęła. Książęta gruzińscy stopniowo wyparli Arabów i w IX wieku
zaczął się proces jednoczenia kraju. Gruzję zjednoczył cesarz cesarzy -
Dawid III, w 1001 roku. Zaczyna się najlepszy okres w historii Gruzji,
którego szczytem jest wiek XII. W Gruzji panuje wtedy cesarzowa Tamara,
którą malarscy panegiryści przedstawiają jako kobietę władczej i wspaniałej urody. Kult Tamary jest w Gruzji żywy do dzisiaj i Gogi,
pokazując mi sztuczne jezioro pod Tbilisi, komentuje: - O tym jeziorze
marzyła cesarzowa Tamara - choć oczywiście nikt nie wie, o czym Tamara
naprawdę marzyła. W wieku XII Gruzja jest wielka, sięga od morza do
morza (tzn. od Morza Czarnego do Morza Kaspijskiego) i przeżywa swój
Renesans na dwa wieki wcześniej niż Włochy i trzy wieki wcześniej niż
reszta Europy. Złote czasy kończą się w XIII wieku najazdem Mongołów,
którzy przemieniają Gruzję w popiół i cmentarzysko. "Czerepów ludzkich
było tyle co kamieni" - zapisał, jakimś cudem ocalały z tych rzezi,
mnich gruziński.
Tak na dobre Gruzja już nigdy nie podniosła się do dawnej świetności.
Gruzję podbijał później Iran, potem Turcja, znowu Turcja i znowu Iran,
itd. Ale przede wszystkim Gruzja rozdrobniła się feudalnie, rozleciała
się na dzielnice i księstwa, które toczyły ze sobą nieskończoną ilość
zaciekłych i bratobójczych wojen. Oświeceni cesarze próbowali Gruzję
jednoczyć, ale te wysiłki były niweczone przez liczne gruzińskie
Targowice.
Ostatni z cesarzy Gruzji, Jerzy XII, prowadził politykę podobną do
polityki ostatniego z królów Polski - Stanisława Augusta, któremu był
zresztą współczesny. Jerzy, bezsilny i opuszczony przez magnaterię,
niezdolny nic naprawić ani zbudować, przyłączył Gruzję do Rosji w 1801
roku. Z tej okazji car Aleksander I, ten sam, który mianował się później
królem Polski, wydał specjalny manifest.
Historia Gruzji ma wiele podobieństw do dziejów Polski.
Dobrze jest zobaczyć muzeum w Tbilisi. Mieści się ono w dawnej siedzibie
seminarium duchownego, w którym uczył się kiedyś Stalin. Mówi o tym
murowana tablica przed wejściem. Budynek jest ciemny, ale przestronny, i stoi w centrum miasta, na skraju starej dzielnicy śródmiejskiej. W salach było właściwie pusto. Oprowadzała mnie studentka, Tamiła
Tewdoradze, dziewczyna o subtelnej, skupionej urodzie.
Stara sztuka Gruzji swoim przepychem i doskonałością wprawia takiego
prostaczka jak ja w zupełne oszołomienie. Najbardziej fantastyczne są
ikony! Są one dużo wcześniejsze od ikon ruskich, najlepsze gruzińskie
ikony powstały długo przed Rublowem. Zdaniem Tamiły ich oryginalność
jest w tym, że są to ikony metaloplastyczne: malowana była tylko twarz.
Najlepszy ich okres to VIII-XIII wiek. Twarze świętych, ciemne, ale
emanujące w świetle, tkwią znieruchomiałe w przebogatych, złotych
oprawach utkanych drogimi kamieniami. Są ikony otwierane, tak jak
otwiera się ołtarz Wita Stwosza. Rozmiary ich są ogromne, niemal
monumentalne. Jest tu ikona, którą mistrzowie robili przez kilka
pokoleń, przez trzy wieki. Jest tu mały krzyżyk, najcenniejszy eksponat
muzeum, jedyne, co zostało z rzeczy cesarzowej Tamary.
Potem idą freski z gruzińskich kościołów. Takie cuda i tak się o tym
mało wie. Nic właściwie. Niestety, najlepsze freski zostały zniszczone.
Pokrywały one wnętrze największego kościoła Gruzji - Sweti Cchoweli,
zbudowanego w 1010 roku w dawnej stolicy Gruzji, w Mcchecie, koło
Tbilisi. Te freski były takim arcydziełem średniowiecza jak witraże z Chartres. Zostały zamalowane na rozkaz carskiego gubernatora, który
chciał, żeby wybielono kościół, "jak u nas baby bielą piece". Żadne
wysiłki restauratorskie nie mogą przywrócić światu tych fresków. Ich
blask już zgasł na zawsze.
Sweti Cchoweli jest najlepiej zachowanym w Europie zabytkiem
architektury XI wieku. Kościół wygląda tak, jakby miał nie więcej niż
sto lat, chociaż nie był restaurowany. Budował go architekt gruziński,
Arsukidze, któremu cesarz kazał potem obciąć rękę: żeby nie postawił już
nic konkurencyjnego. Kilka razy próbował ten kościół wysadzić Tamerlan,
ale mur ani drgnął. Świątynia jest czynna do dzisiaj i głowa Kościoła
gruzińskiego, Katolikos Wszechgruzji Jefrem II, odprawia nabożeństwa.
Zobaczyłem również, ale już tylko na zdjęciach - Wardzię. Jest to jeden
z tych niepojętych dziwów, których współczesny człowiek nie może sobie
wytłumaczyć. Wardzia to gruzińskie miasto z XII wieku, całe wykute w skale. Miasto położone jest nie płasko, a pionowo, jakby rozmieszczone
na piętrach. Ważne jest, aby zrozumieć, że tu chodzi nie o jakieś
pieczary czy rozpadliska, ale o całe miasto, z planem, z ulicami, z oryginalną architekturą, tyle że to wszystko jest wcięte w skałę,
wpuszczone w przeogromną górę. Tylko jak, za pomocą jakich narzędzi?
Wykuć takie miasto musiało być trudniej, niż zbudować egipską piramidę.
Za to Wardzia była kiedyś tworem praktycznym. Dzisiaj, tak samo jak
piramidy, jest martwa. Została ściana skały, uformowana w posępną,
surrealistyczną kompozycję.
W końcu Tamiła zaprowadziła mnie do sali Nika Pirosmaniszwili, żebym
zobaczył obrazy, które niedługo miały jechać na wystawę do Paryża.
Tamiła twierdzi, że Paryż pasjonuje się teraz Nikiem Pirosmaniszwili.
Niko umarł w 1918 roku. Był to gruziński Nikifor czy Celnik Rousseau.
Wielki naiwny.
Niko mieszkał w Nachałowce - tbiliskiej dzielnicy lumpów i biedoty.
Nigdy nic nie miał. Pędzle robił sam. W obrazach Nika dominuje czerń -
miał zawsze najwięcej czerni, bo mu farbę dawali trumniarze. Zbierał
stare, blaszane szyldy, żeby mieć na czym malować. Dlatego z tła jego
obrazów przebijają napisy niedokładnie zamalowane, jakieś "Magaz" albo
"Tabak". Reklama w złocie i czerwieni, a na tym czarno-białe wizje Nika.
Gruziński prymityw nałożony na ruską secesję kupiecką. Niko malował w tawernach, w zaduchu nachałowskich knajp. Czasem gapie stawiali mu wino.
Może miał gruźlicę? Może miał padaczkę? Mało o nim wiadomo. Wiele rzeczy
Nika zginęło, część ocalała. Główny temat jego obrazów to wieczerze.
Niko malował wieczerze jak Veronese.
Tylko wieczerze Nika są gruzińskie i są świeckie. Na tle krajobrazu
Gruzji - obfity stół, za tym stołem Gruzini piją i jedzą. Stół jest na
pierwszym planie. Ten stół jest najważniejszy. Nika fascynują kulinaria.
Co będzie do jedzenia, czym się człowiek opcha. Niko to wszystko
namaluje. Niko pokaże, co chciałby zjeść i czego nie będzie jadł ani
dzisiaj, ani może nigdy. Stoły zawalone żarciem. Pieczone barany. Tłuste
prosiaki. Wina czerwone i ciężkie jak cielęca krew. Soczyste arbuzy.
Pachnące granaty. Jest w tym malowaniu jakiś masochizm, jakieś wbijanie
noża we własny brzuch, chociaż sztuka Nika jest pogodna, nawet zabawna.
Gruzja Nika jest syta, ciągle biesiadująca, dobrze odkarmiona. Kraj
płynie mlekiem. Z nieba sypie się manna. Wszystkie dni są tłuste. Taka
Gruzja śniła się Nachałowce po nocach.
Niko malował sny Nachałowki.
Malarstwo nie przyniosło mu szczęścia. Miał dziewczynę imieniem
Margerita. Nie wiadomo, co to była za dziewczyna. Niko ją kochał i namalował jej portret. Twarz Margerity jest zrobiona w konwencji
wielkich naiwnych, u których wszystko jest za duże i nie w normie. Usta
za duże, gały wybałuszone, uszy wielgachne. Niko ten portret dał
Margericie. Oburzona dziewczyna wybuchnęła wrzaskiem. Porzuciła go,
rozwścieczona, nienawidząca. Jego talent skazał go na samotność.
Odtąd żył w opuszczeniu.
Znosił zardzewiałe szyldy, trumniarze dawali mu farbę. Ciągle malował
swoje uczty, z tym stołem na tle górzystego pejzażu. Czasem gapie
stawiali mu wino. Miał 56 lat, kiedy umarł, w Tbilisi, w jakiejś izbie,
nie wiadomo na co, w głodzie, a może w szaleństwie.
3
W Tbilisi lubię dwie ulice: Nakaszidze - ulicę słońca, i Czachruchadze -
ulicę cienia. Ich bieg jest kręty, spadzisty i sobie przeciwny:
Nakaszidze kieruje się na południe, a Czachruchadze - na północ.
Obie ulice są wystrugane z drewna.
Są jak z jasełek.
Obie wąskie, ciasno zabudowane, o skąpym metrażu. Domki na tych ulicach
mają taką barwę jak pudła starych skrzypiec albo antycznych zegarów. Są
to miniaturowe budynki z dębu, z klonu, a czasem ze świerku. Tynków jest
mało, a cegły jeszcze mniej. Jest natomiast trochę kamienia mozolnie
ciosanego. Z kamienia i z drewna starzy mistrzowie stworzyli arcydzieło
tych dwóch ulic. Można tam chodzić bez końca. Architektoniczny urok tego
zakątka wciąga bez reszty. Tyle tu przybudówek, ganeczków, przemyślnie
skomponowanych podcieni, schodów ułożonych w ryzykowne i fantazyjne
kombinacje, różnych werand, sieni, daszków! Z pozoru zupełny chaos,
nieznośny brak dyscypliny. W rzeczywistości tym barokowo rozmnożonym
układem konstrukcji rządzi stanowcza logika. Tylko na każdej ulicy inna.
Na Nakaszidze, ulicy słońca, daszki i werandy są skomponowane tak, żeby
dawały cień. Na Czachruchadze, ulicy cienia, ganki i tarasy są ułożone
tak, żeby miały słońce. Każdy dom chwyta to, czego ma najmniej. Ta pogoń
za słońcem albo za cieniem kierowała myślą starych architektów. Chodziło
o kompromis, o równowagę, o przychylny mieszkańcom światłocień.
Całe Tbilisi jest miastem światłocieni.
Miastem pastelowych nastrojów.
Nakaszidze jest ulicą malarzy, którym potrzebne jest światło, a Czachruchadze jest ulicą szewców, którym potrzebny jest cień. Na
chodnikach Nakaszidze stoją rzędem sztalugi, a na chodnikach
Czachruchadze - szewskie stołki. Nakaszidze pachnie terpentyną, a Czachruchadze - spoconą skórą. Kiedy chcę zobaczyć, jak na płótnach
malarzy słońce skrapla się w ciężką zawiesinę, pętam się po ulicy
Nakaszidze, ale kiedy pali mnie odcisk, kuleję w stronę ulicy
Czachruchadze, żeby sękaty Wachtang rozepchał mi lewy but.
Takie mam pożytki z tych ulic. Leżą one niedaleko placu Lenina, w dzielnicy, która nie wiem, jak się nazywa. A może nie nazywa się wcale.
W każdym razie stąd już niedaleko do Seid-abada, dzielnicy wymarłego
rodzaju: dawnych kupców i dawnych rzemieślników. Jest ona równie urocza
jak moja Dzielnica Dwóch Ulic, ale położona bardziej dramatycznie - nad
urwistym, pionowo spadającym brzegiem skalnym. Jest to brzeg rzeki Kury,
nad którą leży Tbilisi. Z Seid-abada jest widok na część miasta.
Naprzeciw wznosi się góra Mtabori - miejsce gorących źródeł. Bo Tbilisi,
choć stolica, jest zarazem Ciechocinkiem i Kudową, jest uzdrowiskiem.
Uliczki Mtabori prowadzą do starych, gorących łaźni, w których można
wziąć kąpiel i oczyszczający masaż. W dole zaczyna się śródmieście,
secesyjne, mieszczańskie, już wiekowe. Pełno zieleni. Szare dachy, a jeszcze wyżej wieże gruzińskich kościołów, w stylu może najbliższym
formacji wczesnoromańskiej.
Tbilisi jest stare, ale prawdziwych staroci zachowało się niewiele.
Miasto istnieje 1500 lat, jednakże w tym czasie było 40 razy równane z ziemią przez Arabów, Turków i Persów. Dlatego Tbilisi, które się ogląda,
sięga - poza kilkoma zabytkami - najdalej w początek XIX wieku. W 1803
roku w mieście żyło 15 tysięcy ludzi. Dzisiaj Tbilisi liczy ponad 800
tysięcy mieszkańców. Obie wojny światowe ominęły miasto. W czasie
ostatniej wojny na Tbilisi spadły trzy bomby. Ani jeden dom nie
ucierpiał.
Sto lat temu secesję w architekturze przynieśli tu Rosjanie, Francuzi i Niemcy. Tbilisi było jednym z dużych centrów handlowych Europy i nazywało się Tyflis. Był to również ważny ośrodek kultury. Na początku
naszego stulecia największy apetyt na Gruzję mieli Niemcy, a potem
Anglicy. Berlin i Londyn konkurowały o ten kraj, finansując gruzińskie
partie kontrrewolucyjne.
Gruzja była jedynym krajem świata, w którym władzę zdobyli mienszewicy.
Kiedy w Rosji zwyciężyła Rewolucja Październikowa, w Gruzji powstał
mienszewicki rząd Noja Żordanii, który proklamował utworzenie
Demokratycznej Republiki Gruzji jako niezależnego państwa. Ten rząd
utrzymał się przez cztery lata, a w styczniu 1921 roku został nawet
uznany przez Ligę Narodów. W 1920 roku przyjeżdżał tu Kautsky dawać
Żordanii swoje rady. W Tbilisi stały angielskie wojska i Noj Żordania
otrzymał od Anglików dużo pieniędzy. Przez Żordanię szła cała brytyjska
pomoc dla Denikina. W armii Denikina walczyli książęta gruzińscy.
O Żordanii mówią, że był zdolnym politykiem. Lenin nazwał Żordanię
"zręcznym dyplomatą". Życie uratowali mu Francuzi. W marcu 1921 roku,
kiedy w Gruzji nastała Władza Radziecka, Żordania uciekł na statku
francuskim do Marsylii, a po wojnie umarł w Paryżu. Armią, która obaliła
władzę Żordanii, dowodził Polak - Konstanty Lewandowski.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki