Rozdział pierwszy
W Chinatown w Nowym Jorku mężczyzna zwany Starym Drugim pamięta. Jego twarz jest pokryta piegami. Bliznami po oparzeniach i zaskórnikami, które są jak pąkle na wielorybie. Drżące dłonie umocowane na długich bezwłosych ramionach wyjmują i zapalają papierosa. Pod sufitem obraca się wentylator, a przez otwarte okno widać maszerujących ludzi. Stary Drugi przygląda im się. Trzymają tablice z niezrozumiałymi dla niego hasłami i przeważnie milczą, tylko od czasu do czasu skandują niezrozumiałe dla niego słowa. Wie, po co to robią. Przyszli i do niego, z aparatami i notesami, rzucali jeden przez drugiego: "Dzień dobry, nazywam się... Przyszliśmy prosić pana o podpis... Czy
możemy...".
I tak dalej, dopóki Stary Drugi nie odezwał się łamanym mandaryńskim:
-?Jasne.
Wychował się w górach. Do szkoły chodził tylko przez rok, tak jak
rodzeństwo. Dziewczynki zostawały dłużej, chłopcy od razu szli na pole.
Zresztą tak woleli -?twierdzili, że dzięki temu zyskują wolność.
Zwłaszcza w gorące, parne lata. Zamiast mandaryńskiego uczyli się łowić
ryby. Jak zastawiać rzeczne pułapki ze starych koszul i butli po wodzie.
Stawali w strumieniu w całkowitym bezruchu, z błyskiem w oczach i wiadrami w rękach. Nagle krzyk: Jest! Jest! Stary Drugi pamięta ruch
ciała. Złocistą, żylastą skórę, napięte, twardsze od stali mięśnie.
Pamięta również ciężar kończyn brata, objęcia, ale nie do końca.
Dziś, wiele lat później, widzi za oknem miłość podobnego rodzaju.
Nie rozumie słów ani napisów, ale zdaje sobie sprawę, co się dzieje.
Strajk najemców. Uczestnicy marszu próbują uratować Chinatown. Na
przykład pasaż handlowy przy East Broadway z budkami przybyszów z Fuzhou
i działające od dziesięcioleci restauracje przy Eldridge Street. Marsz
ruszył przed trzema godzinami, acz raczej skromnie. Płynąca ulicą
strużka chińskich protestujących przypominała zwykłych zakupowiczów.
Potem zjawiła się kobieta z megafonem i młodzi ludzie w strojach lwich
tancerzy. Zaczęli dołączać przechodnie i wkrótce zrobił się tłum.
Z góry maszerowanie wygląda jak trwanie w objęciach. Porusza Starego
Drugiego, budzi w nim wspomnienia. Nie tylko o dzieciństwie i braterskiej miłości, ale też o tym, jak z trzydziestoma siedmioma
mężczyznami stał przed kinem robotniczym w Mawei.
To było dawno temu, myśli.
W sierpniu minie trzydzieści pięć lat.
Wpierw jednak musimy cofnąć się jeszcze dalej. Nie trzydzieści pięć,
tylko czterdzieści lat. Wtedy właśnie rozpoczyna się opowieść, w której
chłopiec z gór dowiaduje się, że niewłaściwy rodzaj śmiechu może zabić.
Znasz już Starego Drugiego, ale są też inne postaci. Członkowie rodziny
i sąsiedzi pozostający na dalszym planie jak kartonowy las w przedstawieniu. Matka i Ojciec. Duża Siostra, Mała Siostra, Stary
Trzeci. Istotniejszy dla naszej historii -?choć tylko trochę bardziej
niż pozostali -?jest brat nazywany Najstarszym. To pierworodny syn,
pracuje w spawalni w Fuzhou. Oczko w głowie rodziny, przeznaczony
śmierci, ginie w wypadku w zakładzie w 1980 roku. Pozostałe ważne
postaci to Wiosenny Kurczak, młodszy brat Starego Drugiego, oraz
szesnastoletni chłopak z sąsiedztwa, którego nazywają Metr Sześćdziesiąt
Pięć.
Żaden z chłopców nie przypomina tego, co sugeruje jego imię. Wiosenny
Kurczak ma patykowate ręce i policzki jak średnio wysmażone mięso.
Zamiast się opalać, jego skóra pod wpływem słońca robi się najpierw
różowa, potem czerwona, a czyraki, które się na niej tworzą, wyglądają
jak guzki na ciele oskubanej gęsi. Jest brzydki i dlatego ludzie go
uwielbiają. Z kolei Metr Sześćdziesiąt Pięć darzony jest sympatią z całkowicie odmiennych powodów. Nosi swoje przezwisko od dzieciństwa.
Jest ono odzwierciedleniem wzrostu wszystkich mężczyzn w rodzinie -?z wyjątkiem jego samego, olbrzyma o głosie brzmiącym jak cios dłonią. Ton
tego głosu zbliża się ukradkiem do ucha niczym ciekawski kot. A potem
zaczyna swawolnie baraszkować, zanim wkradnie się nuda, i odchodzi,
zabrawszy kawałek twojego serca.
Właśnie to przytrafia się Staremu Drugiemu.
Lato 1980 roku. Pozbawiona elektryczności i centralnego ogrzewania
wioska, której nazwa oznacza dosłownie Wysoką Górę. Pewnego dnia
Najstarszy wyjedzie do pracy w zakładzie w Fuzhou i nigdy już nie wróci.
Brak dróg łączących Wysoką Górę z Fuzhou sprawi, że podróż zajmie mu
całe popołudnie i cały wieczór. Wiosenny Kurczak odprowadzi Najstarszego
wzrokiem. Spojrzenie jego ciemnych, okrągłych, ciekawskich oczu nie
opuści brata, dopóki ten nie zniknie z pola widzenia. Okolicę porasta
gęsty las, jest mnóstwo miejsc, gdzie można się ukryć. Można wspiąć się
na drzewo i rozpłynąć na wiele godzin. Dzieci w Wysokiej Górze nie bawią
się w chowanego, a przyczyną takiego stanu rzeczy wcale nie jest brak
wyobraźni. Po prostu zbyt łatwo zniknąć. Zbyt łatwo umościć się w listowiu i zapomnieć o istnieniu życia.
Stary Drugi idzie po drewno na opał, bo dziś jego kolej. Ściągnął wiązkę
sznurkiem i umieścił w koszu. Musi zebrać więcej, ale na razie
postanawia odpocząć nad strumieniem, który jego bracia nazywają Rzeką.
Za dwie godziny poranek dobiegnie końca i słońce znajdzie się w najwyższym punkcie na niebie. Pot na skórze, pod pachami i między
nogami, Stary Drugi obmywa się wodą. Nieopodal leży jedna z rzecznych
pułapek Najstarszego. Jest cicho, jeśli nie liczyć szmeru strumienia i szelestu liści. Stary Drugi podejrzewa, że to jakieś zwierzę, ale po
chwili z hukiem zwala się na ziemię Metr Sześćdziesiąt Pięć.
-?Cholera -?rzuca -?przestraszyłeś mnie.
-?Ja ciebie?
-?Narobiłeś hałasu. Myślałem, że to niedźwiedź.
-?Niedźwiedź? W tych stronach?
-?Widziałem go. Wygląda zupełnie jak ty.
-?Gdzieś go widział?
-?Tutaj. Właśnie ze mną rozmawia.
-?Nie śmiej się ze mnie. Wiem, gdzie mieszkasz. Mogę ci dołożyć tutaj i mogę ci dołożyć tam.
Rozbawienie w głosie Metra Sześćdziesięciu Pięciu zachodzi Staremu
Drugiemu pod skórę. Nie chodzi tylko o pyskowanie i przekomarzanie się.
Jest jeszcze spojrzenie. I wydęcie warg. Obie te rzeczy sprawiają, że
policzki Starego Drugiego płoną z wściekłości. Chłopcy uważają się za
kolegów, mimo że obracają się w różnych środowiskach. Przeważnie ich
wzajemne relacje są przelotne. Spojrzenie albo skinienie głową z oddali,
zwykle pozbawione uśmiechu. A tu proszę: żartują, szczerzą zęby, w brzuchu Starego Drugiego rozlewa się ciepło. Ma piętnaście lat i większość reakcji sprowadza się u niego do złości. Ta sytuacja nie
stanowi wyjątku, tyle że tym razem nie swędzi go ręka, żeby zadać cios.
Siedzi i słucha, przygląda się przypominającym korzenie drzewa węzłom
mięśni nóg Metra Sześćdziesięciu Pięciu. Widocznemu pod uniesioną połą
koszuli fragmentowi nagiego, płaskiego tułowia. A najbardziej ze
wszystkiego irytuje go śmiech -?wabiący, kuszący.
-?Często przychodzisz nad strumień, niedźwiedziu?
-?A co? Jest twój?
-?No. Ale możesz wpadać, kiedy chcesz. Zupełnie za darmo.
Od tej pory chłopcy lgnęli do siebie. Jeden dlatego, że jego starszy
brat i najbliższy przyjaciel opuścił Wysoką Górę, drugi -?bo się nudził.
Był ciekaw. Czy przyjdzie, jeśli poproszę? Przychodzi w ciągu dnia, ale
nocą? Przypatrują się sobie w ciemności, oglądają te fragmenty swoich
twarzy, które widać w poświacie księżyca. Tu oko, tam uśmiech. Nic nie
mówią, ponieważ nie chcą, żeby ktoś ich usłyszał. Nie rozmawiają o tym,
ale wiedzą, że ich przyjaźń jest czymś dziwnym. Gdyby ich nakryto,
staliby się obiektem plotek. A przecież tylko obejmują się w milczeniu.
Właśnie tak mówi Stary Drugi matce, gdy ta się dowiaduje. Pomija, że
wymyka się z domu o drugiej, czasem o trzeciej nad ranem. Nie dzieli się
z nią oczekiwaniem, zniecierpliwieniem i złością, że zawsze zjawia się
pierwszy. Nie wspomina, że wykonuje dwa razy więcej pracy niż
poprzedniego dnia. Nikt nie będzie się zastanawiał, dlaczego Stary Drugi
poświęca więcej czasu na zbieranie drewna na opał albo wykopuje
wszystkie bataty.
Nikt poza Wiosennym Kurczakiem, którego zastanawia ten dodatkowy trud
Starego Drugiego.
Ma dziewięć lat i jest wścibski, węszy jak pies. Za mały, by pracować, i zbyt chorowity. Całymi dniami i wieczorami obserwuje rodzeństwo
zajmujące się własnymi sprawami. Przy pierwszej oznace podejrzanej
aktywności rozpoczyna śledzenie: przedziera się przez cierniste krzewy,
przemyka pod drzewami, pokonuje Rzekę. Ostatnio zauważył szereg dziwnych
zachowań. Pierwszym była zaskakująca wydajność Starego Drugiego. Brat
wykonujący dodatkową pracę, i to bez powodu? Coś takiego nie mieściło
się Wiosennemu Kurczakowi w głowie! Potem doszły częste wyprawy nad
strumień, z których Stary Drugi wracał bez ryb. Nie przynosił nawet
marnego mikuna, za którym Wiosenny Kurczak przepada. Pytania Wiosennego
Kurczaka Stary Drugi zbywa milczeniem i tylko rzuca niespokojne
spojrzenia. Czego wypatruje? Tutaj na pewno tego nie ma -?we wspólnej
sypialni chłopców próżno szukać czegokolwiek poza matami i kocami.
Być może jego postępowanie wynika ze zmęczenia. Ostatnio często ziewa,
bywa, że na długo przed zachodem słońca. Zdarza mu się nawet przy
kolacji albo kiedy się myje. Ziew, po nim mlask, czasem beknięcie prosto
w twarz siostry. Wieczorem zasypia pierwszy i nieraz zapomina opuścić
moskitierę. Wiosenny Kurczak musi go w tym wyręczać. Nie zdaje sobie
sprawy, że Stary Drugi chce czmychnąć po cichu. Dlatego śpi w ubraniu, a po kolacji zostawia otwarte drzwi do kuchni.
Lecz wszystkie te wysiłki Starego Drugiego idą na marne, ponieważ którejś nocy Wiosenny Kurczak się budzi. Nie z powodu hałasu -?po prostu chce mu się siusiu. W drodze do latryny zauważa przemykającego w mroku Starego Drugiego. Rusza za nim w dół górską ścieżką, potem między drzewa. Trwa długi, akcentowany trzaskiem pękających gałązek marsz. W końcu docierają na polanę. Wiosenny Kurczak trzyma się z daleka, niemniej słyszy szum wody i rechot żab. Las jest pełen wąskich snopów księżycowego blasku. Pod łuną świetlików Wiosenny Kurczak dostrzega swojego brata stojącego w towarzystwie kociego chłopca o skórze lśniącej jak wypolerowany metal. Boi się, ale wie, że lepiej nie krzyczeć. Cała trójka zachowuje pełne milczenie. Nawet kiedy Stary Drugi dotyka tamtego, a tamten odwzajemnia się tym samym. Robią to delikatnie, jak matka głaszcząca dziecko. Wtedy tamten obraca głowę, zauważa Wiosennego Kurczaka i wybucha śmiechem. Ach, góry. Komary nocą i króliki pogryzające rośliny za drzewami. Nie
widzisz ich, ale są tam. Zawsze. To miejsce, w którym słowa nie mają
znaczenia. Liczy się tylko język ciał i odgłos maszyn. Słyszysz je?
Zbliżają się powoli, ale dla mieszkańców osady i tak za szybko. O wiele
za szybko. Zostaje utwardzona droga, wyrasta słup telefoniczny. Potem
kolejny i następne -?olbrzymy przesłonięte żwirowym pyłem. Strumień,
który Stary Drugi nazywa Rzeką, zmienia się w kałużę, rzeczne pułapki,
wciąż z mikunami w środku, leżą zagrzebane w błocie.
Starego Drugiego już tam nie ma, tak samo jak kochanka o nieprecyzyjnym imieniu. Przyjaźń zakończyła się tej samej nocy, kiedy Wiosenny Kurczak widział, jak się obejmowali. Cenna tajemnica, wcześniej należąca wyłącznie do dwóch chłopców, stała
się własnością innych. Wiosennego Kurczaka, który powie mamie, ta z kolei powtórzy mężowi, który zaciśnie pięści, gdy Stary Drugi podejdzie
do stołu podczas kolacji. Pozostali mieszkańcy osady też się dowiedzą.
Spróbuj powiedzieć dziewięciolatkowi, żeby nie pisnął słowa. Następnego
ranka nawet drzewa będą znały prawdę, i to po swojemu ubarwioną.
Słyszałeś o Starym Drugim?
W dodatku z synalkiem Starego Guana.
Zawsze czułem, że jest dziwny. Stanowczo za ładny.
W późniejszych latach Wiosenny Kurczak zmieni zdanie co do tego, co
zobaczył na polance. Powiedział mamie, że widział, jak Stary Drugi i tamten chłopak całują się, lecz wiek i dystans wyostrzyły mu pamięć.
Dojdzie do wniosku, że się pomylił. Dwie splecione niczym pnącza
sylwetki tylko się dotykały. Jeden głaskał drugiego po plecach złocistą
dłonią, a tamten wzdychał. Wzdychał. To nie było nieprzyzwoite
uwiedzenie, za jakie wzięła je mama. Nie usprawiedliwiało lania. Nie
usprawiedliwiało tego, że babka zmusiła Starego Drugiego do klęczenia
przed domem. Wiele, wiele godzin brat klęczał, a każdy, kto ośmielił się
mu pomóc, dostawał w twarz. Wiosenny Kurczak przypomina sobie, jak matka
nie odzywała się do Starego Drugiego, udawała, że nie istnieje. Nawet po
śmierci Najstarszego i wyjeździe Starego Drugiego do pracy w Mawei
rodzeństwo miało kategoryczny zakaz wspominania o bracie. Nie wolno im
było nawet się pożegnać.
Rozdział drugi
Widzisz ją? Kulejąca kobieta z torbą na
zakupy. Idzie powoli, tocząc nienawistnym wzrokiem. Może to przez upał?
Pot spływa jej po nadgarstku i skapuje na chodnik. W plastikowej siatce
psuje się karp, którego kupiła. Jego lśniący ogon wystaje zza złamanego
pęczka szczypiorku. W drugiej torbie roztapiają się lody. Tłoczący się
na ulicy uczestnicy marszu wyczuwają zapach ryby, a przynajmniej
niektórym z nich tak się wydaje. Byle trzymać się dalej od tej kobiety o gniewnym spojrzeniu, którą uważają za swojego wroga. Jest w niej coś
wyniosłego. Mina współgrająca ze zmarszczonym nosem, tak jak wtedy,
kiedy widzisz żebraka pod budynkiem i postanawiasz zasłonić twarz.
Słowami jednego z młodych ludzi, "w dzisiejszych czasach z ludźmi nigdy
nic nie wiadomo". Nie myli się, ale też nie ma racji. Owszem, ta kobieta
ma protestujących w głębokim poważaniu. Uwierzy w unieważnienie czynszu,
jak zobaczy je na oczy, ale na razie ma tu psującego się karpia i przeszkodę do pokonania w postaci tłumu maszerujących. Białych po prostu
odpycha, zwłaszcza jeśli pozują do zdjęć. Dla Chińczyków jest nieco
łaskawsza, choć tak naprawdę solidaryzuje się wyłącznie ze starymi
mężczyznami i kobietami.
Kilkoro z nich to jej sąsiedzi, w tym dwoje nielegalnych. Dla niej ich
odwaga jest głupotą. A jeśli dorwą cię gliny? A jeśli złapiesz jakąś
nową chorobę? Lepiej dmuchać na zimne, szczególnie w tej części świata.
Kręci głową i zaczyna wspinać się po stopniach do mieszkania. Klatki
schodowej dawno nie zamiatano, wszędzie walają się papiery. Paragony,
kupony lotto, zdrapki, dziecięce rysunki -?ohydztwo. Jej kawalerka
znajduje się na drugim piętrze. Drzwi otwierają się w tej samej chwili,
w której kobieta wyciąga klucze.
-?Kupiłaś pastę krewetkową? -?pyta Stary Drugi.
Kobieta nie odpowiada, tylko wkłada zakupy od razu do lodówki. Są
małżeństwem od trzydziestu lat i rzadko zwracają się do siebie po
imieniu. Za powitanie służy im zwykłe chrząknięcie. Zamiast nazwać ją
Bao Mei, Stary Drugi po prostu wydaje odgłos, jakby chciał odkaszlnąć, i spogląda na żonę. W ten sposób porozumiewają się bardzo stare pary,
które razem wiele przeżyły.
-?Straszny upał, a do tego ci ludzie -?mówi Bao Mei.
-?Pamiętałaś o paście krewetkowej? -?dopytuje Stary Drugi.
-?Nie. Skończyła się.
-?Na pewno? W dużym sklepie, tym przy Canal, zawsze mają.
-?Sam sobie pójdź, skoro wszystko wiesz.
-?To tylko przecznicę dalej. Pięć minut drogi.
-?W porządku -?oznajmia Bao Mei i wpycha mu do ręki torby na zakupy. -
Idź od razu. Przebij się przez ten tabun, no śmiało. Boże. Człowiek tam
się tak poci, że cały się lepi. Dotkniesz kogoś i przywierasz do niego
jak taśma klejąca.
-?Następnym razem przejdź na drugą stronę. Tłum zebrał się tylko po
jednej.
-?Nie mam już czasu z tobą rozmawiać. Muszę się położyć. Ludzie się
kręcą i w nocy nie mogę spać.
-?Protest zaczął się dopiero dziś rano.
-?No tak, cóż. -?Kładzie się na futonie. -?Oby nie przytrafiło im się to
samo co nam.
Bao Mei i jej sny razem pamiętają wszystko. Nie tylko własne
wspomnienia, cudze również. Ciało Bao Mei wzdryga się przez sen, drgają
też jej usta, dławią się niemymi słowami, którym nie udało się pokonać
granicy jawy. Dziś z jej gardła dobywa się krzyk, miesza się z gęstym
sierpniowym powietrzem. Budzi ją obmierzły odgłos Starego Drugiego,
który wybiega z sypialni. Następuje rutynowa wymiana zdań. On pyta, czy
ona dobrze się czuje. Ona odpowiada, że miała sen i nie, nie chce o tym
rozmawiać. Tak, napije się wody z miseczki. Im cieplejsza, tym lepiej,
bo wtedy osad z kranu nie będzie smakował jak krew. Opłukuje miseczkę.
Rozgląda się po mieszkaniu, które urządzili wspólnie jako mąż i żona.
Kawalerka. Pokój i sypialnia. Do sypialni nie prowadzą drzwi, tylko
przykrótka, przyciężka kotara. Z pokoju można dostrzec dolną część
starych mebli. W zagłówku łóżka odrapany słupek. Nogi stołu -?od razu
poznasz, że się chyboczą. Z rzeczy niewidocznych należy wymienić komodę
przykrytą ścierką do kurzu, posunięty w latach telewizor oraz twardy
materac, na którym Bao Mei nie jest w stanie spać. Po drzemce czuje się,
jakby ją połamało, a obracanie się z boku na bok jest niczym noc na
torturach. Nie, nie. Nie ma mowy. Niech stary pryk śpi sobie na
materacu, jeśli ma ochotę, Bao Mei woli futon. Obok jej posłania stoi
stół, dlatego Bao Mei kładzie się twarzą do miękkich jak boczuś
poduszek. Na stole leżą przedmioty, dzięki którym czuje się bezpiecznie.
Portfel zawierający zdjęcia jej i Starego Drugiego. Telefon oraz pilot
do telewizora -?łapie za jedno albo za drugie zaraz po przebudzeniu ze
złego snu i jednym przyciskiem włącza program lub filmik mające moc
powstrzymywania koszmarów. Zanim jednak to zrobi, zawsze najpierw sięga
po najważniejszą ze wszystkich rzeczy: wiekowy pęk kluczy, starszy nawet
od jej zgryzoty.
Bao Mei stoi teraz przy oknie, ściskając klucze. Protestujący maszerują
dalej, ale już bez przemówień i okrzyków. Słychać tylko miarowe raz-dwa,
raz-dwa wielu dziesiątków par nóg oraz łopot transparentów. Niosą
slogany i hasztagi. "Unieważnić czynsze". "Ratujmy Chinatown". "Wpłać na
zbiórkę". Zajrzyj do sieci, a znajdziesz linki do funduszy pomocy
wzajemnej i kont na Venmo. Artyści nawiązali współpracę z restauracjami
i sprzedają T-shirty ze "szkaradnymi wzorami", jak powiedziałby Stary
Drugi. Czarna poliestrowa koszulka z wizerunkiem trzech uśmiechniętych
bułeczek nie jest jego zdaniem warta ciężko zarobionych dwudziestu
pięciu dolarów. Ale Bao Mei kupuje te T-shirty. W tajemnicy. Nie
dlatego, że są jej potrzebne, ale ponieważ pasaż handlowy przy East
Broadway jest zbyt ważny, by mógł popaść w zapomnienie. Niedawno
fantazjowała o takim funduszu, który przed trzydziestoma pięcioma laty
mógł tchnąć nowego ducha w jej przyjaciół i brata.
Gdyby tylko, myśli. Gdyby tylko, gdyby tylko.
Rozdział trzeci
W 1984 roku kapłan wręcza nastoletniej Bao
Mei kartkę z liczbami. Wyjaśnia, że to data pogrzebu jej brata. Tłumaczy
również, kiedy najlepiej przenieść ciało. Kiedy kopać grób i kiedy
dokonać kremacji -?o ile jest to zgodne z wolą rodziny. Pociągając
nosem, Bao Mei przyjmuje kartkę i okazuje wdzięczność skinieniem głową.
Od kilku dni biega, załatwia sprawy, prosi o przysługi, i od tego
zachorowała. Okazuje się, że śmierć jest nie tylko smutna, ale też
wyjątkowo uprzykrza życie. Trzeba powiadomić krewnych, wynająć
robotników. Na ojca nie można liczyć, bo zmógł go żal. Całymi dniami
ojciec siedzi w polu, podlewa uprawy łzami z przekrwionych oczu. W domu
gapi się tępo przed siebie albo wpatruje się w trumnę z lekko uchylonym
wiekiem, w której spoczywa syn. Gdy wydaje mu się, że jest sam, nagle
bierze gwałtowny wdech. Dyszenie przechodzi w szloch, by po chwili stać
się zawodzeniem.
Bao Mei często to słyszy. Kroki ojca i jego nieustające łkanie. Ojciec w kółko powtarza te same słowa: "Hen Bao... ród... mój synek, moje serce". Bao
Mei słucha, nie mogąc zasnąć, i czuje, jak w jej piersi gęstnieje coś na
kształt złości. Złość okazuje się flegmą, wraz z którą przychodzi
choroba. Ale na razie Bao Mei pokonuje drogę ze świątyni do domu, niosąc
torbę pełną akcesoriów pogrzebowych. Pieniądze na życie po śmierci,
kadzidełka, biała czapeczka żałobna. Jest listopad, co w tej części Chin
oznacza dużo wiatru i jeszcze więcej deszczu. Podmuchy potrząsają
drzewami, dobywając z nich dźwięki przypominające głos małego chłopca.
Bao Mei wierzy, że w ten sposób Hen Bao usiłuje się z nią skontaktować.
Od dzieciństwa, ilekroć przebywali daleko od siebie, brat przesyłał jej
sny. Tak było tego dnia, kiedy wyjechał do pracy w szwalni spodni w Mawei, tak było tego dnia, kiedy umarł.
Sny są przyziemne, sprawiają wrażenie wspomnień. W jednym Bao Mei i Hen
Bao siedzą we wspólnej sypialni, rozmawiają o tym, co zjedli i co będą
jeść. W innym Hen Bao oprowadza siostrę po swoim mieszkaniu przy szwalni
w Mawei. W jeszcze innym Bao Mei zwiedza halę zakładu, ogląda stołówkę
pełną robotników sezonowych, widzi kobiety wydające posiłki i czasami
nawet dwa razy dziennie jada bułeczki bao z mężczyzną, którego brat
przedstawia jako swojego "kolegę". "Poznaliśmy się w kinie", mówi Hen
Bao, a Bao Mei wie, że lepiej nie pytać o szczegóły. Ostatni sen, ten z nocy poprzedzającej dzień śmierci brata, wypalił się w pamięci Bao Mei.
Ukazuje się w nim zapuszczone, zaśmiecone wejście do kina. Bao Mei
rozpoznaje przyprawiającą o gęsią skórkę kasjerkę, gdy nagle Hen Bao
potrąca ją w pędzie i biegnie dalej, wypowiadając swoje ostatnie słowa:
"Muszę do środka. Jeszcze tego nie rozumiesz, ale muszę...".
Rano Bao Mei budzi się zdjęta strachem. Tak samo ojciec. Tak samo kury -
nie dają jaj. Wiedzą. Zanim zjawi się mężczyzna ze złymi wieściami -
"Wuju, siostro, usiądźcie. Muszę wam coś powiedzieć" -?oni już wiedzą.
Ciekawe, jak zupełnie inaczej wygląda śmierć w prawdziwym życiu. Bao Mei
często chodzi oglądać filmy, a tam umieranie jest czymś doniosłym,
dramatycznym i heroicznym. To zalewanie się łzami i bicie się pięściami
w pierś. Żołnierze lamentują, żony/matki/siostry osuwają się na ziemię.
Gdy do drzwi zbliża się mężczyzna, Bao Mei chciałaby się rozpłakać, ale
jej oczy wyschły na wiór. W żałobie targa nią smutek gwałtowniejszy od
monsunowych wiatrów, lecz nie idzie z nim w parze ani jedna łza. Między
ludźmi Bao Mei udaje, że szlocha, bo patrzyliby na nią dziwnie, gdyby
tego nie robiła. Osądziliby ją i rozpuścili plotki.
Bao Mei przypomina sobie, jak ojciec negocjował cenę trumny z rzemieślnikiem, który upierał się, że i tak sprzedaje ze stratą. Pokazał
na swoje trzy córki, w odróżnieniu od Bao Mei i ojca ubrane po
królewsku, i powiedział, że przecież one też muszą jeść, więc do diabła
z twoim synem. Ojciec ukląkł przed rzemieślnikiem i zaczął błagać,
zachowując wszakże godność: "Proszę, niech pan nam pomoże. Jesteśmy
biedni. Chodź, córko, uklęknij ze mną".
Potem następuje poranek, gdy przychodzi jej zobaczyć ciało Hen Bao. Brat
jest ledwie twarzą w taniej skrzyni. Wnętrze trumny wyłożono ścinkami ze
szwalni. W Bao Mei narasta gniew, rozlewa się po jej organizmie jak
choroba, i pierwszą rzeczą, jaką Bao Mei musi zrobić, jest stoczenie
walki z bratem. Jego twarz jest spokojna, wygląda, jakby zaraz miał się
obudzić. Nie jest jednym z tych trupów, o których opowiadają starsi.
Tych, które nie chcą umrzeć i których powieki obciąża się monetami. Nie,
Hen Bao kojarzy się ze śpiącym dzieckiem. Jedyna różnica polega na braku
oddechu. Na braku ruchu klatki piersiowej. To jakaś sztuczka, uznaje Bao
Mei na fali wściekłości. Dlaczego jemu wolno odpoczywać, a nam nie?
Czemu ojciec musi klękać, czemu ja też muszę to robić?
Postanawia go uszczypnąć.
Szczypała go, kiedy się kłócili, i zawsze czerpała z tego wielką
satysfakcję. Ale teraz czuje tylko przerażenie. W dotyku skóra na twarzy
Hen Bao jest zupełnie inna, niż sobie wyobrażała. Spodziewała się
wiotkich policzków. Tłustych porów. Nie przypuszczała, że wyczuje
trociny pod palcami. Szorstkie, jeżące włosy na głowie. Nic jej nie
przygotowało na to, że uszczypnięcie pozostawi wypukłość, która ani nie
nabiegnie krwią, ani nie będzie chciała się wchłonąć.
Na pogrzebie Bao Mei wpatruje się w pustkę, zamiast śpiewać jak krewni.
Siedzi z tyłu rozdrażniona, usiłuje stłumić w sobie złość. Śmierć Hen
Bao nadal szokuje ją tak, jakby ktoś przyłożył jej nóż do gardła. Bao
Mei z trudem znosi żałobne widowisko w wykonaniu rodziny. Szloch ojca,
monotonny śpiew kapłanów. Głośne modlitwy wujów: taniec i udawane
rzucanie się na trumnę. Bao Mei wie, że na pogrzebach po prostu tak się
robi, bo tak każe zwyczaj. Lecz gwałtowność tych ruchów -?dzikość, którą
łatwo pomylić z radością -?sprawia, że wzbiera w niej furia. Co ci
ludzie mogą wiedzieć o stracie brata? O Hen Bao, który nigdy już nie
uszyje żadnego ubrania, nigdy nie opowie dowcipu? Po wszystkim wrócą do
domów i poklepią się po plecach. A Bao Mei? Do końca będzie żyła z pustką pozostawioną przez brata -?na próżno będzie usiłowała wypełnić ją
duchami.
Dwaj kapłani sygnalizują początek kolejnej części uroczystości
pogrzebowych. Zgodnie z tradycją najbliżsi przeniosą trumnę ze zmarłym
do wyznaczonego przez szamanów miejsca pochówku. Akurat dziś rozpętała
się burza, wiatr smaga Bao Mei jak bat. Bao Mei nawet nie chce patrzeć
na ojca, którego trzeba wlec za trumną jak pijaka. Ignoruje
poszeptywania sąsiadów głodnych tematu do plotek. Starając się zapanować
nad narastającą wściekłością, przenosi ciężar myśli na pieniądze. Nigdy
nie miała ich zbyt wiele. Jej zarobki nie wystarczą na utrzymanie
rodziny. Co gorsza, zajęcie ojca ma charakter nieregularny, jest
sezonowe i uzależnione od stanu jego zdrowia.
Ostatnio ojciec budzi się bez energii, brak mu sił do przerzucania
kamieni. Bo jest w średnim wieku, bo opłakuje śmierć jedynego syna. Ma
co robić tylko dwa, czasem trzy razy w tygodniu -?o ile mu się
poszczęści. Praca fizyczna jest ciężka i źle płatna, a rząd i tak nie
narzeka na brak chętnych. Wszędzie wiszą plakaty: "Wspomóż rozwój Chin!
Wspomóż modernizację Chin!". Góry o takich nazwach jak Kamień albo Bęben
zmieniają się w pierwszej kolejności. Ryje się w ich zboczach, kopie,
wierci, dynamitem drąży się tunele. Buduje się drogi. Stawia się słupy.
Remontuje się świątynie. Kto ma pecha, temu władza odbiera ziemię. Na
zawiadomieniu widnieje obietnica zapłaty, ale to za mało. To nigdy nie
wystarcza. Tyle że odmowa oznacza narażenie się na utratę życia. Bao Mei
słyszała o takich przypadkach: o nasyłanych przez władzę zbirach, którzy
potrafią zatłuc tego, kto nie chce przyjąć propozycji. Głupota, myśli. W swojej sytuacji z ochotą przyjęłaby każde pieniądze.
Ponieważ życie nauczyło Bao Mei jeszcze jednego na temat śmierci: że
jest ona kosztowna. Śmierć to konieczność uiszczenia opłaty za pogrzeb
oraz utrata dochodu. Dotąd Hen Bao co miesiąc przysyłał do domu pewną
część swojej wypłaty. Teraz na Bao Mei spoczął trud zasypania dziury w budżecie. Nikt jej tego nie sugeruje, nikt nie mówi, co powinna zrobić.
Ale idąc w kondukcie na pogrzebie brata, Bao Mei postanawia, że tak
uczyni. W jej umyśle panuje całkowity spokój.
Duch Hen Bao osnuwa ramiona żałobników jak ciepłe powietrze. Unosi się
nad drzewami, czasem chowa się za nimi, patrzy, jak ziemia pochłania
jego ciało. Do trumny, którą wybłagała siostra, wpada piach, rozsypuje
się po twarzy i niegdyś należącym do ojca garniturze. Hen Bao nie
przepadał za tym strojem, kiedy żył. Kolor jest wręcz odrażający,
materiał tani. "Nie chciałbym, żeby mnie nawet pochowano w tym czymś",
żartował dawniej, a teraz proszę: chowają go, w dodatku w tym czymś.
Uświadomiwszy to sobie, dostaje napadu szału. Przez wiele dni grasuje w domu, zdmuchując płomienie. Ojciec podpala szczapy w piecu, a Hen Bao
próbuje zgasić żar. Tyle że duch nie jest wystarczająco szybki i nie
dorównuje ludzkiej sprawności w dosypywaniu węgla. Duch może sobie tupać
ze wściekłości i przeklinać, a człowiek i tak zawsze wygra.
Tak jak Bao Mei zawsze wygrywa, gdy zapala świece w swoim pokoju. Hen
Bao zdmuchuje je, żeby zwrócić uwagę siostry, a ona ponownie przykłada
ogień, raz za razem, jak we śnie. Nie rejestruje faktu, że knot wydaje
się dziwnie słaby. Nie dociera do niej, że w pozbawionym okien
pomieszczeniu o gładkich, niepopękanych ścianach nie powinno być
przeciągu. Śmierć brata wtrąciła ją w odrętwienie. Pomimo wiatru i listopadowego deszczu Bao Mei chodzi po dworze bez kurtki. Przed
pogrzebem, u trumniarza, Hen Bao widział, jak siostra klęczy z ojcem w cienkim, odrażająco brzydkim stroju. Słysząc, jak rzemieślnik odrzuca
propozycje godziwej zapłaty za usługę, czuł coraz większą nienawiść i w końcu musiał interweniować. Wniknął do głowy trumniarza, by
poprzestawiać w niej to i owo.
Hen Bao może stosować swoje sztuczki tylko tam, gdzie wierzy się w duchy. W innych miejscach jego obecność dałoby się wyjaśnić. I zlekceważyć. Na przykład gaśnięcie świec Bao Mei przestaje dziwić, jeśli
weźmie się pod uwagę wiek knotów. Poza tym ojciec, rozchwiany przez żal,
bez przerwy otwiera i zamyka drzwi. Listopadowy wiatr wpada do wnętrza i zdmuchuje wszystko na swej drodze, poczynając od ognia w piecu. Kto
wierzy w duchy, ten przypisuje im te i inne sprawki. Zapala kadzidło,
puszcza z dymem pieniądze na życie po śmierci, stawia miski z ryżem na
pomalowanych na czerwono, pozbawionych ozdób ołtarzykach. Wystarczy, że
poczuje chłód na ramieniu, a już zmienia kierunek marszu. W końcu
przytrafia się to Bao Mei w drodze powrotnej do Wysokiej Góry po
pochówku brata. Na piersi jej żałobnej szaty rozlewa się czerwień.
Dotarłszy do domu, Bao Mei przypomina sobie ostatnie słowa Hen Bao:
Muszę do środka. Jeszcze tego nie rozumiesz, ale muszę... Hen Bao przygląda się siostrze, siedząc na stojącej w kącie bambusowej
komodzie. Macha nogami nad stertą brudnych ciuchów. Żałobna szata. Biała
opaska na głowę i przetarte, oblepione błotem szmaciane buty. Kiedy Bao
Mei rzuca czerwonymi skarpetami w kierunku komody, te przenikają przez
stopy Hen Bao. Nie przeszkadza mu to, bo ulga i radosne podniecenie
właśnie przetaczają się przez niego jak fala. Jest przekonany, że będzie
mógł ponownie nawiązać kontakt z siostrą, jeśli tylko Bao Mei pójdzie do
kina. Ponieważ w jego ścianach jest zaklęta siła ujawniająca to, co
ukryte w ludziach. Sprawiająca, że ożywają. Kiedy Hen Bao udał się tam
po raz pierwszy, mężczyzna poczęstował go papierosem, a wówczas Hen Bao
przekonał się, że pot, ślina i siki to zapachy miłości. Albo za drugim
razem, gdy tracił zmysły, kiedy jakiś mężczyzna powiedział, że ma męża,
który pracuje w banku.
-?Kogo? -?spytał Hen Bao.
-?Męża.
-?Męża?
-?Męża.
Kino jest miejscem, w którym pewien rodzaj rzeczywistości przystaje.
Jeśli dłoń miękkiego mężczyzny otrze się o włoski na knykciach drugiego
faceta, ten w pierwszym odruchu chwyci ją. Mocno. A potem jeszcze
mocniej, dopóki ten bezimienny, bezwonny pąk nie zakwitnie. W kinie nie
trzeba się przejmować oczekiwaniami rodziców. Presją ze strony ojca
pragnącego przedłużenia rodu (po co?) albo matki owładniętej obsesją na
punkcie wnuków. Przypatrując się siostrze, Hen Bao uśmiecha się, a jego
uśmiech przeistacza się w spokój w jej umyśle. Zmartwiona brakiem
pieniędzy Bao Mei kładzie się na łóżku, a wtedy w jej głowie pojawia się
sylwetka kina robotniczego w Mawei.
Rozdział czwarty
Rok i siedem miesięcy później Stary Drugi
wychodzi z domu, żeby kupić jedzenie, pokręcić się i -?jak sam sobie
tłumaczy -?spędzić czas na nicnierobieniu.
Jest ciepły, bezwietrzny dzień. Ziemię zasnuwa sięgająca do kolan mgła.
Mężczyźni oferujący przewozy trójkołowymi rowerami odpoczywają w herbaciarniach albo pod markizami sklepów. Ich rozpięte koszule
odsłaniają brązowe klatki piersiowe ze sterczącymi żebrami. Ci, którzy
jedzą, mają kołnierze pobrudzone kawałkami makaronu. Jest 1986 rok w Mawei. Nowo położone drogi zdążyły zarosnąć brudem. Nie szkodzi, może to
i lepiej. Pocieszająca jest myśl, że ulice pachną jak przejrzałe owoce.
A gdy dochodzą do tego walające się wszędzie niesprzedane warzywa,
miasto od razu wydaje się bardziej swojskie, mimo że zatłoczone -?jeśli
nie liczyć bocznych uliczek, pustych i opanowanych przez owady. Przy tej
prowadzącej do kina robotniczego nie ma nic poza płatną toaletą i jej
znudzonym strażnikiem.
Stary Drugi idzie do kina po raz drugi w życiu. Pierwszy raz poszedł w zeszłym tygodniu, ale stracił panowanie nad sobą i wybiegł w trakcie filmu wojennego. Nie z powodu tego, co pokazywano na ekranie, ale ponieważ siedzący na widowni mężczyźni dotykali się nawzajem. Było to widać już z przejścia. Miękcy siedzieli w ciemnych kątach z wykrzywionymi ciałami i błądzącym wzrokiem. Były też dźwięki (Stary Drugi słyszał, jak jeden facet prosi drugiego o pieniądze), były i zapachy. Kiedy tylko przekroczył próg kina robotniczego, panująca tam atmosfera miłości sprawiła, że szybciej zabiło mu serce. Kasjerka od razu wyczuła zmianę, która w nim zaszła. -?Jesteś pewien, że dobrze trafiłeś? -?spytała.
-?Tak.
Jest pewien, bo przez całe życie szukał takiego miejsca. Takiego, w którym spotykają się mężczyźni tacy jak on. Próbował w parkach, próbował
w publicznych szaletach, ale ilekroć ktoś się do niego podsuwał, Stary
Drugi wpadał w złość. Któregoś razu dostał takiego szału, że uniósł
pięści. Powstrzymało go tylko to, że tamten skulił się i rozpłakał. Był
w wieku ojca Starego Drugiego, ale zrobił skruszoną minę dziecka. Stary
Drugi odszedł bez słowa, zostawiając mężczyznę w parku. Pragnął to
zrobić, ale za każdym razem, gdy się do kogoś zbliżał, powracały
wspomnienia. Nie ojcowskiej wściekłości ani pełnej obrzydzenia miny
matki. Lanie bolało, jasne, tak jak klęczenie przez wiele godzin przed
domem. Ale gorszy od tego wszystkiego był dobijający ton śmiechu Metra
Sześćdziesięciu Pięciu. Kiedy Wiosenny Kurczak nakrył ich tamtej nocy,
pierwsza myśl Starego Drugiego brzmiała: "Zaprzeczaj. Udawaj, że nic się
nie stało. Wrócimy za dwa tygodnie, a wtedy nikt za nami nie przyjdzie".
Ale zanim zdążył się odezwać, Metr Sześćdziesiąt Pięć zaczął rechotać.
Klepnął się w uda, wywrócił się i ryczał, ryczał do rozpuku.
Do Starego Drugiego dotarło wtedy, że to koniec.
Dlatego teraz, gdy spotyka jakiegoś mężczyznę w parku, zawsze przypomina
sobie tamten śmiech. Pragnie miłości -?bezdyskusyjnie -?lecz dławi go
strach, który powraca jak odruch. Stanowi to dla Starego Drugiego tak
duży problem, że nakazuje mu modlić się do bogów o pomoc. A także o siłę. Oraz odwagę. No i o pomyślny rok bez chorób. Tym razem Stary Drugi
idzie do kina robotniczego po długiej nocy spędzonej na rozmyślaniach.
Kasjerka zauważa wory pod jego oczami. Chichocze.
-?Tym razem też jesteś pewien, że dobrze trafiłeś?
-?Tak, absolutnie.
-?Jasne, jasne. Tylko znowu nie ucieknij.
Poczerwieniały z zażenowania Stary Drugi nie odpowiada, tylko rzuca
kobiecie gniewne spojrzenie.
-?To niepotrzebnie zwraca na nas uwagę. Muszę rozpowiadać ludziom, że
kino jest nawiedzone.
-?Tak, jestem pewien, że dobrze trafiłem.
-?Nie prosiłam się o to wszystko. -?Wręcza mu bilet. -?Miłego seansu.
Ponownie trafia do ciemnego pomieszczenia. Ponownie znajduje pety na
siedzisku, a na podłodze ślady po gorącym popiele. Na dużym ekranie leci
film wojenny sprzed tygodnia. Wybucha granat i huk eksplozji wstrząsa
fotelami trzech mężczyzn obecnych w sali projekcyjnej. Dwóch siedzi
razem, jeden osobno. Ten ostatni nazywa się Shun-Er. Stary Drugi widzi
go ze swojego miejsca w rogu sali. To nie zbieg okoliczności, nic mu się
nie przywidziało. Zwrócona w lewą stronę dziobata twarz gapi się jak
rzymski pomnik. Ocenia sytuację. Czy on...? Czy chce...?
Zaczynają się starania.
Pierwszym krokiem jest niespieszne, "przypadkowe" przemieszczanie się w stronę drugiego mężczyzny. Jeśli się nie odsunie albo jeśli spojrzy na
ciebie, możesz się zbliżyć. Usiądź obok niego, poczęstuj go papierosem.
Obserwuj go. Ogląda film czy bada przestrzeń wokół siebie? Tak czy
inaczej, przyjęcie papierosa oznacza akceptację. Odmowa to znak, że
musisz spróbować szczęścia gdzie indziej. Nic wielkiego w takim mieście
jak to.
Stary Drugi nie pali, lecz mimo to przyjmuje papierosa od Shun-Era. Zaciąga się i natychmiast zanosi się takim kaszlem, że Shun-Er musi go poklepać -?a raczej pomasować -?po plecach, na co pozostali mężczyźni reagują śmiechem. Dotyk Shun-Era jest delikatny, kojarzy się Staremu Drugiemu z Metrem Sześćdziesiąt Pięć. Uspokaja go. Przynosi mu ukojenie, choć Shun-Er wpatruje się w niego zdumionym wzrokiem. -?Po co brałeś papierosa, skoro nie palisz?
-?Bo myślałem, że tak trzeba.
Chichoczą jak dzieci. Wesołość skutkuje kłuciem w piersi. Stary Drugi
rechocze tak radośnie, że zupełnie nie zwraca uwagi na szpetotę
Shun-Era. Zapomina o nocy na polanie w lesie. Śmieje się, zgina się
wpół, lekko szturcha Shun-Era. Mimowolnie tworzy się zażyłość. Poruszają
się jak dwaj pijacy. Dłonie wędrują ku nadgarstkom, łokciom, ramionom,
wszystko w oparach potu i dymu z papierosów. Kiedy w końcu Shun-Er
pochyla się, żeby pocałować Starego Drugiego, tłem staje się dla niego
śmierć na ekranie. Żaden z mężczyzn nie widzi, jak biegnący po polu
bitwy żołnierz traci życie na minie.
Rozdział piąty
Ich miłość ma moc odmieniania aury. W radiu
zapowiadano deszcz, ale w chwili gdy Stary Drugi dostrzega Shun-Era,
chmury się rozstępują, wiatr lekko się wzmaga, a słońce wygląda wręcz
smakowicie w swej żółtości. Tylko obrać je ze skórki, usunąć pestki i zatopić w nim zęby. Nie jest twarde, lecz miękkie -?tak jak miękko
Shun-Er dotyka Starego Drugiego. Trzymanie się za ręce jest zakazane,
dlatego ich palce i dłonie muszą odnajdywać się na inne, pomysłowe
sposoby. Pewnego dnia na plaży odkryli, że mogą dotykać się w nieskończoność, jeśli będą udawali, że jeden strzepuje piasek z drugiego. Uskuteczniali to godzinami. Jeden obracał się na brzuch, drugi
zajmował się jego plecami. Potem zmiana, spłukanie i powtórka. Któregoś
razu wybrali się wysoko w góry i skradli słone od potu pocałunki przed
ołtarzem ludowej bogini. Ta, jeśli ich widziała, okazała się miłosierna
i nie sprowadziła nikogo, kto mógłby im przeszkodzić. I oczywiście było
jeszcze kino robotnicze. Miejsce, w którym się poznali i gdzie miłość
stawała się czymś więcej niż słowami i delikatnymi dotknięciami. W kinie
powietrze było gęste. I miało własny smak: potu i śliny, krwi w ustach.
Byli młodzi, ich miłość nieposkromiona. Trwała wiele tygodni, potem
miesięcy. Minął rok, a ich uczucia wciąż były świeże jak mięta. Jak
ssanie pastylki, która nigdy nie traci smaku. Brakowało w ich miłości
miejsca na zazdrość. Brakowało go na złość, paranoję i strach.
Uskrzydlała obu i pozwalała im spoglądać na świat z nowej perspektywy.
-?Nie mogę uwierzyć, że to się dzieje naprawdę -?powtarzał Stary Drugi.
-?Co?
-?To. -?Pokazywał na siebie, potem na Shun-Era. -?Czy to nie dziwne?
-?Nie, ani trochę.
Bywały dni, kiedy rozmawiali. Dzielili się opowieściami. Stary Drugi nie
płacze, gdy wspomina przeszłość. Zamiast tego śmieje się. Płacz uważa za
zbyt łatwy i za głośny. Gdyby miał do czegoś przyrównać swoje emocje, to
do szeptu. Po tym, jak zebrał lanie od ojca, a w oczach matki przemienił
się w karalucha, Stary Drugi został zmuszony do klęczenia przed domem
przez wiele godzin. Ale najgorsze było lekceważenie ze strony sąsiadów.
Mijali go, pomrukując między sobą -?robił to nawet Metr Sześćdziesiąt
Pięć -?i nikt nie odważył się spojrzeć mu w oczy.
-?Płakał tylko mój najmłodszy brat. Głupek, który wywołał całą tę aferę.
Płakał, kiedy mnie bili, i płakał, kiedy klęczałem. A potem ojciec jego
też zbił, i to mocniej. Ale nie za łzy, tylko za to, że poszedł za mną
do lasu. Przynajmniej tak podejrzewam. Ludzie tacy jak my nie są dla
nikogo problemem, chyba że zostaniemy na czymś przyłapani. Wtedy jest
furia, krew i osiemnaście poziomów piekła. Mam teorię, że ojciec był zły
na mojego brata, bo ten potwierdził to, co ojciec już wiedział od
pewnego czasu. Bo ojciec wył, kiedy mnie uderzał. Wył i walił się w pierś jak na pogrzebie.
-?Wtedy pierwszy raz cię przyłapali?
-?O czym ty mówisz? Byłem jeszcze nastolatkiem. Dopiero co zstąpiły mi
jądra.
Śmieją się cicho, dyskretnie. Nikt w kinie robotniczym ich nie słyszy.
Krążący w poszukiwaniu partnera mężczyźni są zajęci własnymi sprawami.
Chodzą po sali projekcyjnej, łypiąc nerwowo przekrwionymi oczami.
Niektórzy z nich, z wyglądu stali bywalcy, są wesołkowaci: żartują i kupują jedzenie tym, którzy go potrzebują. Stary Drugi raz skorzystał z ich dobroczynności, którą zwykle obdarzają parę ślicznych, choć
ubożuchnych nomadów z prowincji Syczuan. Wszyscy ci ludzie wpisują się w koloryt kina, w barwny wachlarz grubych, chudych, szpetnych i pięknych
mężczyzn. Niektórzy nie mają środków do życia i aby się tu dostać,
sprzedają własne osocze. Inni to ojcowie, czasem dziadkowie, którzy
maskują złe zachowanie bezmyślną hojnością. Jedną z cech wspólnych
tutejszych gości jest to, że żaden z nich nie zwraca uwagi na film
wyświetlany przez operatora. A szkoda, uważa Stary Drugi. Akurat
dzisiejszy seans należy do jego ulubionych, to rozgrywający się w Malezji policyjny sensacyjniak z elementami nadprzyrodzonymi.
Stary Drugi i Shun-Er plotkują o operatorze w leniwy, luźny sposób. Jak
myślisz, czy on jest...? A widziałeś, jak patrzy na kasjerkę? No trudno.
Chociaż przystojniak z niego. Obgadują jego oczy, ramiona, szerokie
barki. Staremu Drugiemu podoba się brzuch operatora, Shun-Erowi -?nie
bardzo. Wysoki facet, prawdziwy olbrzym. No i te dłonie.
-?Łapy jak rękawice bokserskie -?mówi o nich Shun-Er. -?Jak ci przyłoży,
to nie wstaniesz.
Chichocząc, zastanawiają się, czy operator i kasjerka się całowali.
Ciekawe, czy poszli na całość i spędzili razem noc. Stary Drugi rzuca,
że kobieta ma szczęście. Operator jest łagodny jak pasący się byk,
zauważa, do tego miły i życzliwy. Shun-Er uśmiecha się w milczeniu. Gdy
jego oddech staje się głębszy, dla Starego Drugiego jest to sygnał, że w Shun-Erze zaszła zmiana i nastąpił powrót do powagi. Często tak bywa
między nimi. Żarty, potem złość. Smutek. Potem znów żarty i plotki.
Powtarza się cykl.
-?Mnie kiedyś nakryła żona -?mówi Shun-Er.
Mięśnie Starego Drugiego sztywnieją. Dzieje się tak za każdym razem,
kiedy Shun-Er wspomina o żonie.
-?Dwa lata po ślubie.
-?Mówiłeś, że to było aranżowane małżeństwo.
Shun-Er kiwa głową.
-?Jak wszystkie. Ona pracowała za dnia, ja nocami. Zdarzało się, że
przyprowadzałem mężczyzn do domu. Jeśli ktoś nas zobaczył,
przedstawiałem ich jako kolegów z pracy. Jeden wyglądał zupełnie jak ty.
Niemal identyczny. Bardzo chudy. Fryzura na jeża, płaska powieka. Tyle
tylko, że był trochę starszy i... -?szczerzy się -?...dużo brzydszy. Dopiero
zaczynałem bywać z mężczyznami. Byłem tak złakniony, że ten jeden raz
zapomniałem o środkach ostrożności. Nie zamknąłem drzwi na klucz.
-?Jak psy w rui.
-?Byliśmy w sypialni i nie usłyszeliśmy powrotu mojej żony. Jej kroków
na schodach. Tego, jak zzuwa buty. Przypomniałem sobie o niej, dopiero
kiedy zawołała mnie po imieniu, ale wtedy już niewiele można było
zrobić. Przekręciłem klucz w zamku drzwi do sypialni. Powiedziałem
mężczyźnie, który wyglądał zupełnie jak ty, żeby się ubrał, i sam
zacząłem robić to samo. Kiedy żona położyła dłoń na klamce, byłem w koszuli i majtkach. Zawołała mnie i zapytała, co to za tajemnice.
Zabroniłem mężczyźnie się odzywać. Kiedy obaj się ubraliśmy, otworzyłem
drzwi.
-?Czyli niczego nie widziała?
-?Nie, ale nie jest głupia. Dwóch facetów w zamkniętym pokoju?
Rozgrzebana pościel? No i ten zapach.
Stary Drugi kiwa głową i rumieni się na wspomnienie zapachu. Dobrze go
zna.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki