Rozdział 1. Widma
Rozdział 1
Widma
Poruszanie się po mieście na jednej nodze, z jedną ręką na stanie i bez
ani jednej kropli Zadowolenia, która mogłaby zrekompensować brak dwóch
kończyn, było - ku przeciętnej konsternacji Ning'er - najtrudniejszym
doświadczeniem w jej życiu.
Kijek, którym się podpierała, nie był najdoskonalszym rozwiązaniem, ale
tonący brzytwy się chwyta. Czasami dosłownie. Tak więc Ning'er trzymała
się kurczowo rachitycznej, prowizorycznej laski. Może nie była to
komfortowa proteza, ale przynajmniej utrzymywała ją w pionie od dwóch
przecznic, co Ning'er poczytywała za marne, ale jednak zwycięstwo.
Pokręciła głową. Co za wspaniały sposób na spędzenie sobotniego wieczoru
w Szóstym Kręgu, zaledwie kilka przecznic od knajp, w których tętniło
nocne życie, dostępne zresztą za psie pieniądze. Zamiast szukać okazji
do wypicia darmowych drinków, wlokła po ulicy swoje ciało pozbawione
dwóch kończyn i, szczerze mówiąc, ogólnie dość mocno udręczone - w kierunku jaskini pracoholika, który nienawidził alkoholu i miał zaraz na
nią nakrzyczeć.
Ning'er westchnęła. Ten skromny ruch powietrza, powodowany chęcią
użalania się nad sobą, sprawił jej satysfakcję.
- Ty skończona idiotko - skarciła siebie, cmokając donośnie, co zapewne
sprawiło, że jeszcze bardziej wyglądała na wariatkę. - Sprzedaj swoje
nielegalne protezy, Ning'er - burknęła, kiedy kijek ześlizgnął się po
nierównym bruku. - Nie bierz darmowych leków na ból, które wciska lekarz
w jakiejś ciemnej uliczce - zachwiała się niebezpiecznie, ale po chwili
odzyskała równowagę. - Nie chcesz skończyć, łykając znowu Zadowolenie
jak twój stary, Ning'er.
Ostrożnie zrobiła następny krok, postawiła kijek, a potem znów do
przodu.
Minęło już dużo czasu, odkąd miała mniej niż trzy dobrze funkcjonujące
kończyny. Była przyzwyczajona do radzenia sobie ze skutkami kalectwa,
jeszcze zanim sprzedała swoje protezy, co zdarzyło się jakąś godzinę
temu. Takie były uroki życia w Szóstym Kręgu. Jak nie burda w podejrzanej mordowni, to wyniszczająca praca czy aresztowanie przez
agresywnego androida z patrolu w czasie godziny policyjnej. Jednak dotąd
ciało Ning'er było przyzwyczajone do borykania się z jednym poważnym
uszkodzeniem naraz.
Niewiele mogła zrobić z jedną nogą, jedną ręką i kijkiem.
Ten obrót spraw byłby czymś przerażająco przygnębiającym, gdyby nie trzy
okoliczności.
Po pierwsze, mężczyzna, który miał - przy odrobinie szczęścia - za
chwilę na nią nawrzeszczeć. Ten potrafił naprawić prawie wszystko.
Po drugie, jego warsztat jest niedaleko tej rzeźni, którą właściciele
nazywają kliniką, gdzie zdjęli jej protezy, więc przynajmniej nie
musiała daleko iść.
I po trzecie, wlokąc swój żałosny i obolały kadłubek w kierunku
warsztatu, zobaczyła migające w środku światło.
Po dłuższej chwili szczęknęła zasuwka w drzwiach.
- Nie spieszyłeś się - wychrypiała Ning'er, po czym wkuśtykała do
środka.
Silne, pokryte tatuażami ramiona chwyciły ją z wprawą. Kijek opadł na
ziemię z łoskotem.
- 1 - westchnął Ge Rong. - Ning'er, nic
do ciebie nie trafia? Co było, kiedy poprzednio sprzedałaś moje wyroby
na czarnym rynku? Jakieś wnioski, refleksje, nauczka - nic?
- Po pierwsze, jak śmiesz z góry zakładać taki scenariusz? Skąd wiesz,
jak czarny był ten rynek? A może teraz jestem zresocjalizowaną
obywatelką? - Ning'er spróbowała się dumnie wyprostować za pomocą swoich
nielicznych kończyn. - A może zostałam kochanką jakiegoś playboya
miliardera i wysłałam swoje protezy jako podarunek dla jego żony, na
pocieszenie? - Ge Rong złapał ją, zanim zdążyła upaść, i przerzucił ją
sobie przez ramię jak worek ryżu.
- Nie sądzę, że zadawanie się z populacją taitai2 mieszkającą w Pekinie może kogokolwiek zresocjalizować.
- Postaw mnie - Nin'ger wydała rozkaz fartuchowi Ge Ronga, który
pachniał farbami i metalowymi opiłkami. - To jest poniżające.
- Powinnaś była o tym pomyśleć, zanim wybrałaś karierę poszukiwaczki
złota w Drugim Kręgu - posadził ją bezceremonialnie na jednym ze stołków
roboczych. - Ale nie pomyślałaś.
Ning'er obrzuciła go drwiącym spojrzeniem.
- Proszę cię. Czy przyszłabym tutaj, gdybym miała jakiekolwiek legalne
środki, by kupić sobie protezy?
Do cholery, po latach używania zaawansowanych protez zapomniała, jak
bardzo potrafią dokuczać bóle fantomowe. Jej głowa opadła na ścianę za
plecami. Słabym głosem wyznała:
- Potrzebowałam pieniędzy. Ta spelunka, gdzie udaję barmankę, płaci
marne grosze.
Ge Rong, odwrócony tyłem, grzebiąc w swoim magazynie, odrzekł:
- Nie możesz się podejmować gównianych zajęć, a potem sprzedawać swoje
kończyny, żeby opłacić czynsz, dzieciaku.
- Ha, ha. Dobre sobie.
- Mówię poważnie. Teraz patrzył jej w oczy. W każdej dłoni trzymał nową
protezę, a za uchem miał zatknięty śrubokręt. Ning'er nie mogła się
zdecydować, czy fakt, że magazynował w swoim warsztacie zapasowe protezy
w jej rozmiarze, powinien wzbudzić jej ogromne zażenowanie czy
wzruszenie pomieszane z urazą.
- Czy wiesz, że ludzie po amputacji muszą czekać w Niższych Kręgach
miesiącami w drugorzędnych warsztatach, a potem borykać się ze źle
dopasowanymi protezami i ze słabą mechaniką? A ty sprzedajesz swoje,
kiedy tylko jesteś spłukana, bo wydaje ci się, że masz ten luksus...
- Mam ciebie. Ty jesteś moim jedynym luksusem w tym cholernym życiu,
A'rong.
Ge Rong westchnął.
- Może i tak - przyznał ze znużeniem. - Co nie znaczy, że taki stan
rzeczy jest dobry, słuszny i prawidłowy. A co się stało z napiwkami z tego twojego baru?
- Jakimi napiwkami? - spytała ironicznie. Jej ramiona opadły. - Interesy
nie idą. Z oczywistych powodów.
Ge Rong miał w sobie tyle przyzwoitości, że grzecznie się skrzywił,
kojarząc fakty:
- Łańcuchy dostaw?
- Łańcuchy dostaw - Ning'er wykonała ekspresyjny gest, który miał
naśladować toast. - Dostawy alkoholi są dziś zupełnie nieprzewidywalne.
W ubiegłym tygodniu, kiedy zapomnieliśmy dobrze się przygotować na
napływ gości po zakończeniu zmiany i zabrakło najtańszego piwa, niemalże
doszło do rozruchów. Kierownictwo mówi, że być może będą musieli zamknąć
bar - skrzywiła się. - Albo zacząć kupować jeszcze podlejsze piwo. To ta
gorsza strona tych głupich trzęsień ziemi.
- Nie sądzę - Ge Rong odparł oschle. - Obstawiam, że rolnicy, których
domy, plony i planowane zyski trafił szlag, nie zgodziliby się z tobą.
Ge Rong przez chwilę patrzył na nią gniewnie, ale potem złagodniał.
Westchnęła:
- Przyjęłam.
- A co słychać u twojego ojca? - Ge Rong przykląkł przy niej i sprawnie
podwinął pustą nogawkę jej spodni. - Może on będzie mógł ci pomóc?
- Mój stary? Ten, który sprzedał moją rękę i nogę za działkę
Zadowolenia? Ten sam, który wpędził nas w kłopoty, z których do tej pory
nie możemy wyjść? - prychnęła Ning'er. - Tak. Dziękuję, postoję. Auć! -
syknęła z bólu, kiedy cieniutkie kable cybernetyczne nowej protezy wbiły
się w kikut jej uda.
- Przepraszam, zaraz to poprawię - śrubokręt tańczył w zręcznych palcach
Ge Ronga, korygując umiejscowienie kabli, aż pieczenie całkowicie
ustało. - To może znajdziesz lepszą pracę?
- Masz na myśli jakąś inną fuchę w sektorze obsługi klienta?
Ge Rong westchnął. Kiedy Ning'er dostrzegła zmęczenie w jego oczach,
poczuła nieznaczne ukłucie wyrzutów sumienia. A'rong często wzdychał w jej towarzystwie. Pewnie nie zasługiwał na tę harówkę, której mu często
przysparzała. Utrzymywanie jej na dwóch sprawnych nogach wiązało się dla
niego z większym ryzykiem niż zazwyczaj, jednak nigdy nie odmówił jej
pomocy. Ge Rong miał rzadki, występujący raz na pokolenie, talent. Te
pięknie wytatuowane ręce zarobiły niewielką fortunę, wykonując usługi
dla przeciętnie sytuowanych mieszkańców Czwartego i Trzeciego Kręgu.
Dużo większą fortunę zarobiły, zaspokajając fanaberie nowobogackich
mieszkańców Drugiego Kręgu.
Mógł prowadzić warsztat bliżej swoich najlepszych klientów, wynajmując
luksusowe mieszkanie w Trzecim Kręgu lub kupując apartament w Czwartym.
A jednak zamieszkał tutaj, w tandetnym warsztacie w Szóstym Kręgu,
marnując swój talent na produkcję podróbek protez dla nikczemników bez
grosza, takich jak Ning'er. Tego typu dobroczynne nonsensy mogły
zakończyć jego karierę i narazić na długą odsiadkę, gdyby
funkcjonariusze dworu coś wykryli. Często jej groził albo zanudzał
kazaniami, ale nigdy nie odmówił Ning'er pomocy.
- Sama coś wykombinuj - odpowiedział A'rong. - To jest ostatni zestaw
protez, jaki ode mnie dostajesz.
Najwidoczniej, oprócz tego, że był artystycznym i inżynieryjnym
geniuszem, miał także dar czytania w myślach.
Zaczął masować nadwerężone mięśnie jej barku, żeby je przygotować na
zespolenie z kablami nowej protezy. Wziął głęboki wdech - Ning'er była
pewna, że Ge Rong ćwiczył przed lustrem argument, który zaraz wygłosi -
i zaczął mówić:
- Nie możesz ciągle sprzedawać swoich kończyn, a ja nie mogę cię ciągle
biohakować, żeby utrzymywać cię na powierzchni.
- Dlaczego? - Ning'er normalnie nie lubiła przeginać, ale wiedziała o jego działalności więcej niż inni. - Czyżby twój wysoko postawiony i potężny klient zabronił ci dobroczynnych uniesień?
- Czerwony Yaksha jest moim zleceniodawcą, a nie suwerenem - odparł Ge
Rong nieco zgryźliwie. Podłączył kable drugiej protezy do jej ramienia,
nie przejmując się, że Ning'er krzyczała z bólu. - Nie, to ja mówię
"stop". Przywilej barmana. Powinnaś wiedzieć, jak to jest.
Ning'er pokazała mu język. Poruszyła palcami nowej protezy, sprawdzała
jej działanie. Śmigały sprawniej niż kiedykolwiek. Umiejętności Ge Ronga
wciąż stały na wysokim poziomie. W jej wnętrzu zadrżała jakaś czuła
struna.
- Ostatnim razem też mówiłeś "stop" - nie mogła się oprzeć pokusie
wytknięcia mu tego. - I poprzednim razem tak samo. Myślisz, że do trzech
razy sztuka?
- Czterech - odpowiedział Ge Rong, głosem całkowicie pozbawionym
wesołości. - Teraz to naprawdę ostatni raz.
- Bo łańcuchy dostaw się magicznie same naprawią - wyrzuciła z siebie z frustracją Ning'er. - Daj spokój, przecież wiesz, jak jest. A może nie
dostrzegłeś demonstracji, które wybuchają zawsze, gdy ceny ryżu
zaczynają szybować, a dwór siedzi bezczynnie na swoich zgrabnych dupach?
Słyszałam pogłoski, że planują wydłużyć godzinę policyjną w Niższych
Kręgach, żeby zdusić protesty, co super ułatwi utrzymanie działalności
baru.
- Są przecież inne zajęcia.
- A kto zatrudni takiego lumpa jak ja, bez dyplomu szkoły średniej i z zerowymi perspektywami na ukończenie studiów? A'rong, musisz skończyć z wiarą w...
- Mój klient potrzebuje złodzieja.
Ning'er zatrzymała się w pół zdania. Powietrze zamarło w jej płucach.
- Po pierwsze, ja już tego nie robię - powiedziała, kiedy odzyskała
władzę nad swoim głosem. - A po drugie, nie masz chyba na myśli...
- Czerwonego Yakshy? - A'rong uniósł brwi. - Powiedziałem ci, on nie
jest moim suwerenem. Kiedy czegoś chce, zawsze płaci. I to godziwie.
Ning'er wciągnęła powoli powietrze, rozważając możliwości. Czerwony
Yaksha był bohaterem wielbionym przez Niższe Kręgi. Cieniem, który się
skrywa pod osłoną nocy i dokonuje kradzieży w Wyższych Kręgach, aby
żywić biedotę. Ning'er nie uwierzyłaby w jego istnienie, gdyby nie
niesławne włamanie do Chrysalis - największego producenta części do
androidów i najnowocześniejszych protez - które miało miejsce w tym
samym roku, gdy straciła swoje prawdziwe kończyny. Kradzież danych była
dobrze skoordynowana w czasie. Ktokolwiek ją przeprowadził, miał na
celowniku najtajniejsze plany komponentów cybernetycznych.
Oficjalnie posiadanie przyzwoitej protezy nie było prawnie zakazane w Niższych Kręgach, jednak drakońskie prawa chroniące własność
intelektualną sprawiały, że mało kogo było na nią stać. Za to fortuny
producentów z siedzibami w Wyższych Kręgach rosły sobie ku niebu.
Sekrety Chrysalis znalazły się w posiadaniu Ge Ronga. Wieść niesie, że
była to robota Czerwonego Yakshy, zbawcy Niższych Kręgów, zmory
żandarmerii i wroga cesarskiego dworu.
- Kim on jest? - Ning'er zapytała w końcu. Uniosła rękę, tę z krwi i kości, zanim A'rong zacząłby wciskać jakieś bzdury. - Nie. Kto, tak
naprawdę, skrywa się pod maską Czerwonego Yakshy?
A'rong już kręcił głową.
- Nie mogę ci tego powiedzieć.
- Ale możesz mi kazać dla niego pracować - Ning'er splotła ramiona. - To
nie w porządku, A'rong. W dodatku, jak ci już mówiłam, skończyłam z tym.
Kącik ust A'ronga zadrgał.
- Zawsze możesz do tego wrócić.
- Dla jakiegoś upiornego facia w masce? Postoję.
- On zbudował twoje protezy.
- Ty zbudowałeś moje protezy - Ning'er poprawiła go ostro. Metalowe
palce zazgrzytały o wnętrze dłoni, kiedy zacisnęła ją w pięść. - W każdym razie teraz jestem czysta. Nie jestem jak mój stary. Nie tknęłam
Zadowolenia, odkąd skończyłam z kradzieżami.
A'rong spojrzał na nią czule.
- Nie potrzebujesz oxyveris, żeby wykonywać swoją pracę.
- Czyżby? - Ning'er się skrzywiła. - Mówimy o pracy polegającej na
wspinaniu się na wysokie budynki, włamywaniu się i uciekaniu z cennym
łupem. No więc moje bogate doświadczenie mówi mi, że do takich czynności
potrzebuję Zadowolenia.
- Ono cię wzmacnia fizycznie - odrzekł Ge Rong. - Ale nie wykonuje
roboty za ciebie.
- A co za różnica? - Ning'er nie potrafiła ukryć irytacji w swoim
głosie. - Bez codziennej dawki oxyveris byłam tylko jedną z wielu kalek
z Szóstego Kręgu, która nie mogła sobie kupić prawdziwej protezy.
- A teraz, popatrz! - znacząco stuknął palcem w jej nowe ramię. - Masz
nową protezę. Hę?
Ning'er ciężko przełknęła ślinę.
- Nigdy nie kradłam bez Zadowolenia - powiedziała cicho. - Jedynym
powodem, dla którego zaczęłam je brać, było to, że musiałam pracować.
Przecież wiesz.
- Wiem - A'rong odparł cicho.
- Cholera - Ning'er ścisnęła nasadę nosa. - Ale jestem głupia, co nie?
Nagle napięcie opadło i A'rong zaczął się śmiać. Jego śmiech był
delikatny i szczery.
- Wiele o tobie można powiedzieć, Zhong Ning'er, ale nigdy nie byłaś
głupia.
Spojrzał na nią uważnie, a w jego wzroku była łagodność. Położył na jej
ramieniu spracowaną dłoń. Przez krótką chwilę pomyślała, jak wyglądałoby
jej życie, gdyby urodziła się jako córka rodziny Ge. Jak bardzo inne
byłoby jej życie, gdyby Ge Rong był jej prawdziwym bratem? Czy także
prowadziliby tę rozmowę, ważąc ryzyko związane z tym czy innym
desperackim przestępstwem, gdyby płynęła w niej jego krew, a nie tego
faceta, który przegrał jej kończyny, żeby sobie kupić działkę narkotyku,
który omal nie zabił ich obojga?
Myślenie o tym sprawiało jej ból. Patrzyła na rękę opartą na jej
ramieniu. Misterne tatuaże na knykciach rozmywały się, kiedy poczuła
nagłe, żenujące pieczenie w kącikach oczu.
- Po prostu zastanów się dobrze, zanim odmówisz - powiedział A'rong. -
Jesteś to winna sobie - poklepał delikatnie grzbiet jej dłoni. - I nie
pokazuj mi się bez którejś z twoich kończyn przez co najmniej miesiąc.
Miesiąc! Słyszysz?
Ning'er przez całą drogę do domu myślała o Czerwonym Yakshy.
Rzecz w tym, że w pewnych sprawach A'rong miał rację. Podstawowe zasady
grzeczności nakazywały odczuwać dług wdzięczności wobec dobroczynnej
zjawy z Niższych Kręgów. Dzięki niemu inne, podobne do niej dziewczyny
miały dostęp do takich samych protez, które bogate dzieciaki mogły kupić
za kieszonkowe. Ale Ning'er nie chciała znów wchodzić w te niepewne,
niebezpieczne klimaty.
Nad ulicą pełną cieni migotały lampy. Patrząc na to kiepskie
oświetlenie, Ning'er westchnęła. To był kolejny problem
infrastrukturalny, którym nikt się nie zajmował, bo nikt nie podejmował
wysiłku, aby naprawiać cokolwiek w Szóstym Kręgu. Pełgająca pomarańczowa
poświata nierówno oświetlała pożółkłe banery zamocowane na ścianach
budynków. Jedynym, wciąż czytelnym obrazem było oszałamiające ujęcie
młodego oficera żandarmerii, które nawet w tym marnym świetle robiło
ogromne wrażenie. Niesławny Młodszy Marszałek był niezwykle przystojny.
Przyglądając się ze złością zdjęciu, Ning'er westchnęła ponownie. Pod
plakatem były przyklejone pogrubione litery układające się w głupi,
niezdarnie sklecony slogan. Napis nakłaniał poddanych cesarza Xuyuana do
służenia swojemu władcy w zamian za jego wspaniałą opiekę. Jak gdyby
siedmiolatek, bo taki brzdąc został cesarzem, mógł coś wiedzieć o tym,
jak chronić obywateli.
Przechodziła obok plakatu z Młodszym Marszałkiem setki razy. Był synem
bogatego ministra, jego szybkie wspinanie się po szczeblach kariery w żandarmerii okryło go złą sławą. Zgodnie z pogłoskami, jako
osiemnastolatek, wkrótce miał zostać najmłodszym porucznikiem Brokatowej
Gwardii. Gdyby te plotki miały się potwierdzić, jego imię znalazłoby się
w kronikach. Brokatowa Gwardia to elita elit, to starannie dobrani
żołnierze, którzy byli bezpośrednią reprezentacją tronu. Wcześniej nikt,
kto nie ukończył dwudziestu lat, nie został jej członkiem.
Mając zapewnione miejsce w historii i zdobywszy stanowisko dzięki
wsparciu tronu, Młodszy Marszałek z pewnością będzie kontynuatorem
rodzinnej tradycji wykorzystywania nędzy i ciężkiej pracy biedoty do
zapewnienia wygodnego życia mieszkańcom Wyższych Kręgów. Był potworem w każdym calu.
Niestety był również niesłychanie przystojny. Ktokolwiek kierował
propagandową machiną cesarstwa, dokonał bardzo dobrego wyboru twarzy na
plakat. Ning'er nie potrafiła zliczyć momentów, kiedy chciała oszpecić
ten wizerunek. Jednak gdy się przy nim zatrzymywała, nie była w stanie
zmusić się do zniszczenia tej przepięknie przedstawionej twarzy. A poza
tym domalowanie ośmieszających wąsów na nieskazitelnym wizerunku
Młodszego Marszałka, nie umniejszyłoby jego politycznych wpływów.
Niestety nie.
Dziś znów zatrzymała się na chwilę, żeby obrzucić gniewnym spojrzeniem
tę słynną podobiznę: burza ciemnych, ułożonych w ekskluzywną fryzurę
włosów opadała na czoło górujące nad oczami ozdobionymi wyrazistymi,
długimi rzęsami. Usta niemalże dziewczęce, trochę zbyt pełne w zestawieniu z linią żuchwy. Anielska twarz zadawała kłam jego
niesławnemu okrucieństwu.
Ning'er wpatrywała się w plakat jeszcze przez kilka chwil, zaciskając i rozluźniając pięści. Potem splunęła na ziemię i odeszła.
Kiedy Ning'er wchodziła do swojego mieszkania, jedynym źródłem światła
było powiadomienie migające na tanim monitorze obok okna. Ning'er
zmarszczyła brwi. To było dziwne. Każdy obywatel - nawet mieszkaniec
Niższych Kręgów - miał monitor. Dzięki temu miał dostęp do
najważniejszych informacji potrzebnych w codziennym funkcjonowaniu:
prognozy pogody, najświeższych wiadomości, informacji o godzinach
policyjnych wprowadzanych nagle w wyniku sytuacji kryzysowych czy
ograniczeń w przemieszczaniu się między kręgami. Ale Ning'er wcześniej
wyczyściła swoją listę powiadomień. Nie powinno być nowych, chyba że...
Jej żyły wypełniły się lodem. Burknęła pod nosem przekleństwo i podbiegła do monitora.
- Gówno, gówno, gówno, 3...
Ale było już za późno. Powiadomienie migające przed jej oczami oznaczało
spełnienie jej najgorszych lęków - saldo na jej koncie wynosiło zero.
Cała suma - dwanaście tysięcy kuai4, które zarobiła, sprzedając
swoje protezy - została wypłacona. A to mogło oznaczać tylko jedno.
Tylko jedna osoba, oprócz niej samej, miała dostęp do jej konta.
Ning'er wzięła głęboki, uspokajający oddech. Potem drugi. Pierwszym
człowiekiem, który zgarnął ją prosto z ulicy, zaoferował pomoc, był
staruszek prowadzący księgarnię przy parku, gdzie zwykła sypiać. Kiedy
próbowała się ogrzać pod pozostawionym przez kogoś kocem piknikowym,
znalazł ją Pan Yu, zaproponował kilka monet i pryczę w księgarni. W zamian miała wykonywać drobne prace biurowe.
- Oddychaj - mówił do niej, kiedy dostawała ataku paniki, pewna, że jej
życie już nigdy nie będzie lepsze. Nigdy nie planowała dalej niż na
jeden dzień do przodu, była całkowicie zdana na łaskę obcych ludzi. -
Oddychaj, malutka. Wszystkie próby, którym poddaje nas wszechświat,
można przejść, jedynie oddychając. Więc oddychaj. Jedynie oddech może
cię utrzymać przy życiu, kiedy wszystko zawiedzie.
To się wydarzyło wiele lat temu. Miała wtedy dwanaście lat. Mimo
ciężkich doświadczeń nadal była jeszcze dzieckiem. Łatwo było ją
uspokoić drobnymi uprzejmościami i supermarketowymi mądrościami. Ale Pan
Yu był mądrzejszy niż większość ludzi i od czasu do czasu, kiedy
przeżywała najczarniejsze godziny w swoim krótkim życiu, Ning'er
powtarzała sobie:
- Tak długo jak żyjesz, możesz oddychać, więc oddychaj, Ning'er.
Oddychaj. To oznacza, że nadal żyjesz.
Teraz też to robiła przez kilka minut. Siedząc w swojej malutkiej,
obskurnej kawalerce, oddychała. Wdech. Wydech. I od nowa.
Kiedy jej puls się uspokoił, przyciągnęła krzesło do monitora. Powoli
otworzyła okienko wyszukiwania i zaczęła wpisywać zapytania. Wraz z nastaniem nowego dnia zamierzała odwiedzić swojego ojca.
Dawniej stary Zhong nie był całkowicie gównianym rodzicem. Ning'er nie
chciała zbyt często myśleć o tych prawie dobrych czasach. Kiedy
uśmiechał się do niej i patrzył na nią z czułością. Nazywała go wtedy
Papą, a on ją nazywał swoją 5, najdroższą, ukochaną córeczką.
Kiedy wracał z pracy, nosił ją na barana, a ona piszczała z zachwytu.
Nigdy nie byli bogaci. Do cholery, nigdy nawet nie przeszło im przez
myśl, że uda im się zarobić na przeniesienie poza Szósty Krąg. Przez
pewien czas byli szczęśliwi. Niezależnie od tego, jakie okropności
przynosiło im życie w Niższych Kręgach, Ning'er miała poczucie
bezpieczeństwa pod przytulnym, puszystym kocem miłości Papy, pewnej i stabilnej jak dach nad ich głowami. I przez kilka cudownych lat wydawało
się, że to wystarczy i że będzie trwać zawsze.
Wypadek w fabryce zmienił wszystko. Ojciec doznał okropnych obrażeń, a wsparcie protetyczne było za drogie dla mieszkańca Niższych Kręgów, więc
jedynym, co utrzymywało Papę w jako takiej formie i pozwalało mu
pracować, był oxyveris, lepiej znany jako Zadowolenie. Lekarze
przepisywali mu go coraz więcej, aż w końcu Papa przestał być Papą.
W Niższych Kręgach wszyscy płacili wysoką cenę.
Ning'er najlepiej wychodziło zdobywanie informacji, kiedy poszukiwała
ich na ulicy, kiedy mogła dotykać niezbitych dowodów własnymi palcami,
ale namierzenie własnego ojca w sieci nie sprawiło jej większego
problemu. Stary Zhong nigdy nie miał daru zacierania za sobą śladów, a narkotyki jeszcze bardziej tłumiły resztki tych umiejętności.
Gdziekolwiek się udawał, zostawiał za sobą cyfrowy trop.
Tym razem ślady doprowadziły ją do taniego bloku mieszkalnego trzy
przecznice od jej kawalerki. Ning'er stłumiła irracjonalne poczucie
urazy spowodowanej tym, iż od prawie roku mieszkał rzut kamieniem od
niej i ani razu nie spróbował się z nią spotkać. Tak było lepiej.
Wiedziała, jak mogłoby wyglądać takie spotkanie. W najlepszym razie na
nią nawrzeszczy, winiąc za ruinę, w jaką popadło jego życie,
przeklinając przydługie oczekiwanie na następną działkę.
Przecież gdyby nie musiał się opiekować Ning'er, nie zacząłby pracować w fabryce. Nie zostałby ranny w wypadku. Gdyby nie musiał zarabiać na jej
utrzymanie, nie musiałby ukrywać swoich obrażeń, uciekając się do
jedynego dostępnego w Niższych Kręgach sposobu. Nigdy by nie tknął
Zadowolenia.
Nienawidziła tego, że w głębi serca ona również winiła siebie.
A było jeszcze gorzej, kiedy zaczynała w nim dostrzegać swojego dawnego
Papę. Jego uśmiech, kiedy na nią patrzył, pełny słodyczy, jakby wypływał
prosto z serca. W tych chwilach przytomności próbował ją przytulać, a potem zaczynał płakać. I to ten płacz był najgorszy, gorszy nawet niż
obietnice, którymi ją wtedy zasypywał: ", przepraszam. Przepraszam za wszystko.
Poprawię się. Tym razem się naprawdę poprawię i wszystko ci wynagrodzę.
Od trzech dni nie brałem oxyveris i świetnie sobie radzę. Widzisz to,
prawda? Muszę tylko się trzymać i wszystko będzie jak dawniej. Znowu
będziemy szczęśliwi. Obiecuję. Obiecuję. Obiecuję". Obiecywał, a potem
płakał i znów płakał. Płakał. Jego mocne ramiona obejmowały ją i czuła
się jak w imadle, a jego łzy plamiły jej koszulę i ściekały po metalowej
obudowie jej protezy.
Dawno, dawno temu Ning'er też potrafiła płakać. W końcu jednak piekące
rozczarowanie stłumiło tę umiejętność. Walka o wyrwanie się z uścisku
Zadowolenia, kiedy już na dobre zatopiło w kimś swoje szpony, była
przegraną sprawą. Po dniu, tygodniu czy miesiącu Papa znowu do niego
wracał. A jeśli nie mógł go wziąć wystarczająco dużo, żeby wrócić do
pracy, pieniądze zaczynały znikać z jej konta.
Przecież dla dworu nie miało znaczenia, że Stary Zhong sprzedał kończyny
swojej dwunastoletniej córki za gram Zadowolenia. Nie miało znaczenia
to, że zostawił ją na ulicy, żeby umarła w strugach deszczu. Ani to, że
faktycznie tak by się stało, gdyby nie ludzie tacy jak Pan Yu, księgarz
i, później, Ge Rong.
Ważne było to, że Stary Zhong i Zhong Ning'er byli tej samej krwi.
Zgodnie z prawem on wciąż był jej ojcem, a ona miała siedemnaście lat i do czasu uzyskania pełnoletniości on mógł dysponować jej pieniędzmi.
Ning'er była całkiem dobra w wymyślaniu dodatkowych zabezpieczeń i blokad na swoim koncie, jednak nadgodziny w barze i stres związany ze
znalezieniem kupca na swoje protezy spowodowały, że przestała uważać.
Tym razem lenistwo kosztowało ją bardzo wiele. Miała ochotę udusić swoją
wersję z przeszłości za to niedbalstwo. Jedyną nadzieją na odzyskanie
pieniędzy było dotarcie do ojca, zanim on dotrze do następnej dawki.
Jeżeli wciąż je miał, to była szansa - co prawda niewielka, ale jednak -
że będzie w stanie je od niego wyrwać. Ning'er dysponowała całym
arsenałem doprowadzonych do perfekcji środków. Groźby, przekupstwo czy
stare dobre żerowanie na poczuciu winy - żadne z nich nie było
całkowicie skuteczną bronią, ale wszystkie leżały na stole, gotowe do
użycia.
Gdziekolwiek mieszkał, Stary Zhong zawsze kazał długo czekać, zanim
otworzył drzwi. Jej ojciec nie lubił gości, a poza tym większość czasu
przesypiał. Była więc niezmiernie zdziwiona, kiedy drzwi otworzyły się
tuż przed drugim puknięciem.
Przez krótką chwilę zastanawiała się, czy nie pomyliła adresu w publicznej bazie danych. Mężczyzna, który stał przed nią, wyglądał
gorzej niż zwykle, z przekrwionymi oczami i brodą dłuższą niż zazwyczaj.
Straciła nadzieję.
- Pa... - wykrztusiła z siebie. - Czy ty... czy już wydałeś wszystkie
pieniądze?
Mieszkaniec tego lokalu chwiał się tylko na nogach, nic nie mówiąc.
Przez chwilę sprawiał wrażenie, że zaraz się przewróci. Automatycznie
wyciągnęła rękę, żeby go podtrzymać. To było jej metalowe ramię. Ten
gest okazał się błędem. Odepchnął od siebie jej protezę. Całym ciałem
cofnął się z obrzydzeniem na widok jej metalowego ramienia.
- Zostaw mnie w spokoju.
- Taki mam zamiar - Ning'er przepchnęła się obok niego i weszła do
środka. - Jak tylko oddasz mi to, co moje.
Spoliczkował ją z całej siły. Bardziej ją to zaskoczyło, niż zabolało,
ale moc uderzenia wyrwała z jej płuc głośne westchnienie i popchnęła ją
na jedną z gipsowych ścian. Dłonią zamortyzowała siłę zderzenia, a ojciec już na nią krzyczał.
- Twoje? - warknął. - Twoje? A dla kogo zacząłem brać Zadowolenie? Kto
musiał pracować, żeby zapewnić ci dach nad głową przez te wszystkie
lata?
Ning'er odwróciła się od ściany. Policzek ją palił, ale i tak dobrze się
stało. Gdyby doszło do konfrontacji fizycznej, nie zamierzała pozwolić
ojcu wygrać tej walki. Podeszła do niego z opuszczonymi jeszcze
ramionami, ale zaciskając pięści.
- A kto oddał swoją rękę i nogę, żebyś mógł kupić działkę Zadowolenia?
Twarz mu się zmieniła. Teraz pojawiła się na niej rozpacz.
- Ning'er, chciałem tylko się tobą opiekować. Musisz to zrozumieć. Nic
nie mieliśmy, a ty byłaś za mała, żeby...
- Zamknij się - ryknęła Ning'er. Nie chciała tego słuchać. - Zabrałeś
moje pieniądze, jakbyś miał do nich prawo, jakbyś miał prawo mi zabrać
moje ramię i nogę.
- Nie masz pojęcia, co ja musiałem poświęcić - załkał. - Myślisz, że
jesteś lepsza ode mnie, bo zasmakowałaś luksusu uwolnienia się od
Zadowolenia. Masz czelność mówić, że to są twoje pieniądze? Po tym, co
straciliśmy?
Znowu uniósł dłoń w górę, ale Ning'er złapała ją, zanim zdołał uderzyć.
Tym razem celowo użyła swojej metalowej ręki. Nie próbowała nawet
stłumić przyjemności, jaką dał jej widok strachu w jego oczach, kiedy
zacisnęła swoje chromowane palce na jego skórze wystarczająco mocno,
żeby pozostawić siniaki.
- Nie masz zielonego pojęcia, co musiałam zrobić, żeby te pieniądze
pojawiły się na moim koncie - wysyczała. - I jeśli jeszcze raz
kiedykolwiek mnie dotkniesz, sprawię, że gorzko tego pożałujesz. A w odróżnieniu od ciebie ja potrafię dotrzymać obietnicy.
Odpowiedział jej z goryczą w głosie:
- Naprawdę? Ciekaw jestem, co android patrolowy będzie miał do
powiedzenia, kiedy się dowie, że córka pobiła ojca? - wyrwał rękę z nagle rozluźnionego chwytu. - Myślę, że nie będą zadowoleni, kiedy ich
cenne procedury zostaną pogwałcone. Raczej nie chciałabyś, żebym na
ciebie doniósł, prawda?
Ning'er wiedziała, że miał rację, co czyniło jej sytuację jeszcze
trudniejszą do zniesienia.
- Wiesz, co? Mam już dość. Wiem, co będziesz wolał, jeśli dostaniesz do
wyboru mnie albo Zadowolenie - nie mogła znieść tego pieczenia, które
zbierało się w kącikach jej oczu, ale i tak ciągnęła: - Mam dość
udawania idiotki. Wiem, kiedy mam do czynienia z przegraną sprawą. Ciesz
się tymi sześcioma miesiącami przed moją osiemnastką. Już nie będę
zakłócać twojego spokoju.
Na jego twarzy pojawił się grymas, którego wcześniej nie widziała. Gdyby
nie znała swojego Papy, mogłaby pomyśleć, że to jest żal.
- Ning'er, zaczekaj. Nie odchodź. Straciłem panowanie nad sobą.
Przepraszam. Przepraszam. Wiesz przecież, że ja taki nie jestem.
Chciał ująć jej twarz w dłonie, ale Ning'er się cofnęła.
- Nie dotykaj mnie.
Wzdrygnął się, jakby to on został uderzony, a nie ona.
- Dobrze. Już nie będę. Ale musisz zrozumieć, że to nie ja. Ja nigdy nie
chciałem... Nigdy nie chciałem stać się kimś takim.
Stojąc w progu, Ning'er się zawahała. Serce jej pękło na widok nadziei -
bo to musiała być nadzieja, prawda? - która zagościła w jego
przekrwionych oczach. Przez krótką chwilę wyglądał prawie jak jej dawny
ojciec.
- Daj mi szansę, tylko tego potrzebuję - powiedział błagalnym tonem. -
Ostatnia kupiona przeze mnie działka była do dupy. Pełno w niej było
jakichś śmieci. Prawie mnie zabiła, kiedy ją wziąłem na ostatniej nocnej
zmianie. Gdybym tylko miał dostęp do naprawdę dobrego towaru przez
miesiąc, do lepszego jakościowo Zadowolenia, stanąłbym na własnych
nogach, znalazłbym lepszą pracę, kupiłbym lepsze mieszkanie dla nas...
Dłużej się nie wahała.
- Żegnaj, Papo.
Zatrzasnęła drzwi za sobą, bo nie chciała marnować więcej czasu na
wyobrażanie sobie czegoś, co się nigdy nie wydarzy.
- Ning'er - zawołał. Jego głos stał się wątły, bełkotliwy. - Ning'er,
zaczekaj. Wróć! Proszę! Nie zostawiaj mnie tu samego. Potrzebuję...
Ning'er szczerze nie obchodziło, jakie wyobrażenia ma Stary Zhong na
temat swoich potrzeb. Nie mogła sobie pozwolić, żeby się tym przejmować.
Przyspieszyła, aby jak najszybciej przestać słyszeć jego głos.
Praktycznie zaczęła biec. Zanim zbiegła na dół po schodach, w łydce jej
organicznej nogi pojawił się skurcz, ale ledwie zauważała ten ból. Nie
była w stanie skoncentrować się na poszukiwaniu rozwiązania jej
najważniejszego problemu, zanim nie pozbyła się z głowy głosu swojego
ojca.
Kurwa, ten problem był monstrualny. Za kilka dni musiała zapłacić
czynsz, właściciel mieszkania może łaskawie przesunie termin płatności o jakieś dwa tygodnie, a potem od razu wyrzuci ją z mieszkania. Na
zarobienie pieniędzy, które ukradł i przepuścił Stary Zhong, będzie
potrzebowała miesiąca, a sprzedaż nowych protez tak wcześnie była
wykluczona. Nawet tak wielka cierpliwość - i wyrozumiałość - jak ta Ge
Ronga miała swoje granice.
Kiedy odeszła już kawałek od bloku ojca, na rogu ulicy nagle odwróciła
się na pięcie, wzięła się pod boki i wrzasnęła:
- Kurwa!
Nie miała na myśli nikogo konkretnego. Mała staruszka, która ledwo szła
przez ulicę, niosąc zakupy, obrzuciła ją krytycznym spojrzeniem. Ning'er
zignorowała starowinkę i kopnęła kamyk w kierunku jezdni. Lęk i gniew
wypełniały jej żyły i razem z krwią pulsowały pod skórą.
- Kurwa! Kurwa! - znowu wrzasnęła. - Kurwa! Kurewska kurwa!
Kilku przechodniów, zaalarmowanych jej krzykami, podniosło na nią wzrok,
ale większość szła dalej zajęta własnymi sprawami. Mogła się domyślić,
co tam krążyło im po głowach: oto następną dziewczynę z Szóstego Kręgu
spotkało nieszczęście, następna z tysiąca zdesperowanych i nieszczęśliwych dusz, które próbują za wszelką cenę przeżyć w obskurnym
podbrzuszu Pekinu. Nie patrz na nią. Nie patrz na innych biednych,
żałosnych sukinsynów. Idź przed siebie. Po prostu idź dalej, jeśli
wiesz, co jest dla ciebie dobre, jeśli chcesz przetrwać kolejny dzień w Szóstym Kręgu.
Oddychaj - beształ ją Pan Yu z odmętów pamięci. - Jeżeli żyjesz, to
oddychaj.
Tak więc oddychała. Wydawała z siebie gniewne sapnięcia z każdym
wydechem, powstrzymując chęć rzucenia się na ulicę i walenia pięściami w ziemię, walczyła z rosnącą frustracją. Niezależnie od tego, w jakich
tarapatach finansowych bywała w przeszłości, zawsze miała do dyspozycji
ostatnią deskę ratunku, w postaci sprzedaży swoich protez. Teraz ta
furtka została zamknięta. Ge Rong...
Ge Rong. Zamarła w pół oddechu. W jednej chwili odtworzyła w pamięci ich
ostatnią rozmowę. Jego propozycję.
Czy raczej propozycję Czerwonego Yakshy.
Ning'er zawsze nosiła w kieszeni komunikator. To był najtańszy model,
jaki mogła znaleźć - nieporęczny i zawodny, wyposażony w gówniany ekran,
klapkę, którą trzeba było otworzyć, żeby odebrać rozmowę - ale i tak
czasami miała wrażenie, że był to niepotrzebny zbytek. Odkąd odszedł Pan
Yu, jedyną osobą, do której dzwoniła, był Ge Rong i opłacanie abonamentu
tylko po to, żeby móc rozmawiać z jedną osobą, było bezsensownym
wydatkiem dla barmanki z Szóstego Kręgu.
Teraz jednak zadzwoniła do Ge Ronga. Czuła się zadowolona jak nigdy
wcześniej z zakupu tego zwykle zbędnego, plastikowego aparatu.
Odpowiedział po trzecim dzwonku.
- Ning'er? - w jego głosie słychać było niepokój. - Wszystko w porządku?
- Nie - odpowiedziała. Poczuła w gardle ogromną kluchę. Minęło jedno
uderzenie serca, a potem drugie, zanim zdołała wyjaśnić, może trochę
zbyt wesołym tonem. - Mój ojciec ukradł wszystkie moje pieniądze i wydał
je na Zadowolenie, więc jestem na samym dnie czarnej dupy...
Wziął nerwowy oddech.
- Słucham?
Niezrażona kontynuowała:
- Ale razem to zmienimy.
Beztroska przykryła gniew, który wciąż w niej kipiał. Wiedziała, że jej
decyzja była głupia. To, co chciała zrobić, było jeszcze głupsze niż
konfrontacja z ojcem. Ale wisiało nad nią widmo eksmisji i nie miała
czasu na mądre decyzje.
Po drugiej stroni linii zapadła cisza, a potem Ge Rong powiedział:
- Powiedz mi, że nie masz zamiaru znowu sprzedawać swoich protez.
- Coś w tym stylu - twarz Ning'er rozjaśnił dziki uśmiech skierowany do
ulic Szóstego Kręgu. - Powiedz swojemu Czerwonemu Yakshy, że jeżeli w dalszym ciągu chce wynająć złodziejkę, to już ją znalazł. Zgadzam się.
Rozdział 2. Maski opadają
Rozdział 2
Maski opadają
W porównaniu z planowo jeżdżącymi pociągami i ze spokojną pracą punktów
kontroli w Wyższych Kręgach podróż pomiędzy Niższymi Kręgami była
okropną mordęgą. Oprócz normalnego czasu podróży trzeba było sobie
zarezerwować dodatkowo pół godziny na wypadek, gdyby wiecznie psujące
się pociągi złapały opóźnienie. Do tego należało jeszcze dodać kolejne
pół godziny, uwzględniając, że strażnik z punktu kontrolnego może nabrać
ochoty na dokładniejszą kontrolę. Jednak podróż między kręgami była w pewnym stopniu romantyczna. Żaden z Niższych Kręgów nie mógł się równać
z wyrafinowaniem Pierwszego i Drugiego, ale też nie taki był cel ich
stworzenia. Wyższe Kręgi powstały dla dworu i jego pretorian. Tam, w oparach luksusu, mieszały się interesy ekonomiczne i polityczne. Ale
wobec bałaganu Szóstego Kręgu nawet Piąty i Czwarty sprawiały wrażenie
enklaw bogactwa.
Rozwarstwienie społeczeństwa nie nastąpiło w jednej chwili. Jak
większość podziałów było wynikiem stopniowych, powolnych zmian. Z historycznego punktu widzenia Pierwszy Krąg - pałac cesarski - zawsze
był najbardziej pożądanym, a zatem najtrudniejszym do osiągnięcia celem.
Im bliżej pałacu ktoś mieszkał, tym łatwiejszy miał wstęp na przyjęcia -
tereny łowieckie dla rekinów biznesu, którzy spotykali się z ministrami
i wspólnie planowali rozwój fortun i cesarstw. Im bliżej się mieszkało
pałacu, tym łatwiej było znaleźć ekskluzywne centra szkoleniowe,
przygotowujące studentów do egzaminów do służby cywilnej. Uzyskanie
dobrych ocen zapewniało dostęp do elitarnych i bardzo intratnych
stanowisk w ministerstwach znajdujących się na dworze.
Nawet Niższe Kręgi z czasem przyjęły tę samą praktykę. Wcześniej Czwarty
i Piąty Krąg nie różniły się bardzo od Szóstego, ale każdy mający środki
finansowe przenosił się do Drugiego Kręgu, o ile wystarczało tych
środków na zakup mieszkania. To była historia stara jak świat; majętni
ludzie zdobywali nowe tereny, a ich pierwotni mieszkańcy byli wypychani
do coraz dalszych i biedniejszych okolic. W rezultacie najubożsi
obywatele utknęli na najpodlejszych przedmieściach. Ministrowie mogli w swoich przemówieniach snuć wizje równych możliwości awansu społecznego,
jednak każdy rozsądny obywatel wiedział, że kiedy już ktoś znalazł się w Szóstym Kręgu, nie miał najmniejszych szans na wyrwanie się do wyższego.
Początkowo ludzie próbowali się temu przeciwstawiać, ale ich wysiłki
były równie bezowocne jak próba płynięcia pod silny prąd. Petycje
ignorowano. Protesty doprowadziły jedynie do budowy murów między
kręgami. Zamieszki zaś były tłumione przez zastępy cyborgów.
Kiedy Ge Rong dał Ning'er adres luksusowego wysokościowca położonego w burżuazyjnym i wygodnym Trzecim Kręgu, nie mogła powstrzymać
podekscytowania. Niegdyś, gdy zarabiała pieniądze, włamując się do domów
lepiej sytuowanych mieszkańców, jej ekscytacja miała przynajmniej
częściowo pokrycie w fakcie, że robiła to bogaczom. Oprócz tego było coś
romantycznego w skakaniu między luksusowo i modnie wyglądającymi
balkonami, w patrzeniu z góry na obcych ludzi względnie zadowolonych z życia.
Tym razem jednak czuła, że coś jest nie w porządku. Kiedy postawiła
stopę na balkonie budynku wskazanego przez A'ronga, miała silne wrażenie
déja vu.
W brzuchu poczuła dojmujący chłód. Znała to miejsce. Znała ten delikatny
wzór okalający balustradę balkonu i jasne zasłony falujące na wietrze.
Zawsze pamiętała mieszkania, do których się włamała.
- Co ty, do cholery, knujesz, Ge Rong? - mruknęła do siebie półgłosem,
kiedy wchodziła przez niedomknięte drzwi.
Miejsce było puste, podobnie jak wtedy gdy się tu włamała poprzednim
razem. Światła zgaszone, w pokoju było cicho. To powinno ją uspokoić.
Gospodarz prawdopodobnie był teraz w jakiejś drogiej herbaciarni i zapomniał zamknąć mieszkanie, zadufany w swoje poczucie bezpieczeństwa.
Wielu ludzi wierzyło, że skoro mieszkają w swoich pięknych domach w Wyższych Kręgach, są niezwyciężeni. Tym łatwiej było się tam włamać.
Ale w tej profesji nie można było utrzymać się na powierzchni zbyt długo
bez wykształcenia w sobie zdrowej dozy paranoi.
Uniosła wzrok.
Ciało poruszyło się samo, refleks skupiony w mięśniach, zanim jeszcze
jej mózg zdołał przetworzyć wrażenia docierające ze zmysłów. Przetoczyła
się po podłodze, ramię uderzyło w podłogę balkonu. Nie było czasu na żal
z powodu nieuchronnych siniaków. Ktoś - bardziej muskularny i większy
niż ona - znalazł się dokładnie w tym samym miejscu, gdzie stała przed
chwilą. W mgnieniu oka dostrzegła czarną maskę na twarzy i prosty,
funkcjonalny ubiór opinający mięśnie. Pewnie jakiś obłąkany ochroniarz
wynajęty przez właściciela mieszkania. Super, kurwa.
Jego palce wbiły się w ramię Ning'er.
- O nie. Nie dasz rady.
Wykonała szybki obrót i wyrwała się napastnikowi. Chciała uciec,
wyskakując z balkonu.
Jednak ochroniarz miał inne plany. Zanurkował w jej kierunku i chwycił
dłonią jej stopę. Uwolniła się kopnięciem, ale wpadła wprost w objęcia
drugiego napastnika. Maska sprowadził przyjaciół. Właściciel mieszkania
musiał wynająć zbirów po jej pierwszym włamaniu. Być może chciał
odstraszyć przyszłych włamywaczy, a może miał nadzieję schwytać pierwszą
złodziejkę, gdyby była na tyle głupia, by znowu się tam włamać.
A teraz Ning'er sama wlazła im w ręce.
- Niech cię cholera, A'rong.
Machnęła nogą, licząc, że trafi któregoś ochroniarza, ale bezskutecznie.
Ten drugi trzymał ją żelaznym uściskiem.
- Nie mogłeś wybrać innego mieszkania na randkę, hę?
Napastnik nie odpowiedział, ale jego uścisk zelżał. Może znał A'ronga, a może nie spodziewał się, że Ning'er zacznie mówić do siebie, co było
bardzo dziwacznym zachowaniem w tej sytuacji.
Rozproszyło to jednak jego uwagę i dało jej szansę. Przykucnęła i uderzyła przeciwnika w kolano. Z jękiem opadł na podłogę. Ning'er, nie
marnując czasu, skoczyła w kierunku drzwi balkonowych.
- Czekaj! - wrzasnął za nią pierwszy napastnik. To była pierwsza rzecz,
którą usłyszała od któregoś z nich poza postękiwaniami.
- O, na pewno! - Ning'er odwrzasnęła, nie odwracając głowy.
Jej dłonie chwyciły za barierkę. Serce dudniło. Nigdy wcześniej nie
robiła tego bez Zadowolenia pulsującego w żyłach.
Pieprzyć Zadowolenie.
Przechyliła się przez barierkę, odbiła się nogami i skoczyła. Kiedy
szybowała w powietrzu, jej puls wszedł na najwyższe obroty. Nic nie
mogło się równać z odczuciami towarzyszącymi spadaniu delikatnego,
śmiertelnego ciała w otchłań. Groza. Radość. Lęk, że - choć to mało
prawdopodobne - jednak nie trafisz w zaplanowane miejsce.
Wyciągnięte dłonie biły powietrze. Serce zamarło. A potem palce złapały
krawędź gzymsu sąsiedniego budynku. Metalowa obudowa jej protezy
zaskrzypiała, ale wytrzymała uderzenie. Stękając, wciągnęła się na dach
budynku. Nie zwracała uwagi na zadrapania i skaleczenia na drugiej ręce.
Przez chwilę miała ochotę się odwrócić i pokazać język wynajętym zbirom.
Ale to by było mało profesjonalne. Poza tym nie chciała w żaden sposób
prowokować pogoni. Jeszcze by któryś miał farta i ją dorwał.
Biegła. Jej nogi pracowały szybciej niż zwykle, żeby znaleźć się jak
najdalej od tego przeklętego wysokościowca. Teraz miała jeden cel:
nawrzeszczeć na Ge Ronga.
Ge Rong popatrzył na nią ze zdziwieniem. Jego wyraz twarzy jeszcze
bardziej ją rozwścieczył. Nie sądziła, że jej złość może osiągnąć taki
poziom.
- Co, do cholery! - wrzasnęła, gdy tylko uchyliły się drzwi warsztatu.
Otworzył je na oścież i powiedział:
- Ciebie też miło widzieć.
- Kurwa, miło! - Ning'er przemaszerowała obok niego, tupiąc ze złością.
- Takie dowcipy się ciebie trzymają?
- Ning'er...
- Wiedziałeś? - zrzuciwszy buty, podeszła do niego. - Czy wiedziałeś, że
ten dupek, do którego należy to mieszkanie, wynajął kilku zbirów, żeby
na mnie czekali? Mogli mnie zamordować. Albo, co gorsza, oddać żandarmom
lub ich głupim pieszczoszkom, androidom, albo nawet...
- Ning'er! - A'rong uniósł dłonie, a jego twarz robiła wiele rzeczy
naraz - oczy szeroko otwarte, brwi wykonywały akrobacje. - Zamilcz!
- Dlaczego? - wrzasnęła mu prosto w twarz.
- Ponieważ - powiedział jakiś głos za jej plecami - Ge Rong ma gościa.
Ning'er obróciła się powoli. Przez krótką, absurdalną chwilę miała
wrażenie, że stoi przed nią jakiś cudaczny wynalazek. Jednak ten głos
nie był jej zupełnie obcy.
W Pekinie każdy znał maskę Czerwonego Yakshy. Jak na legendarną postać,
maska była dość minimalistyczna - pomalowana na jaskrawoczerwony kolor,
u góry wystawały dwa rogi, złota farba kreśliła kształt ust z obnażonymi
zębami i zarysowywała oczy i brwi.
Nie spodziewała się zobaczyć tej maski w warsztacie przyjaciela. Postać
była ubrana w czerwoną pelerynę. Maska i peleryna, zestaw kompletny.
Czerwony Yaksha trzymał ręce w kieszeniach. Gdzieś w zakamarkach mózgu
Ning'er pojawiła się myśl, że to bardzo praktyczne mieć kieszenie w takiej pelerynie, choć sam strój wyglądał bardzo teatralnie.
- Niezły wyczyn taka spektakularna ucieczka - powiedział Czerwony
Yaksha. Ten głos brzmiał młodziej, niż oczekiwała. Nie wiedziała, czy za
maską się uśmiechał, jednak rozbawienie było wyczuwalne w jego głosie. -
Zi'an i Zhenyi są dość silni.
Ku jej zażenowaniu dłuższą chwilę zabrało Ning'er ogarnięcie sytuacji.
- Wynająłeś dwóch zbirów, żeby mnie porwali? - skoczyła do A'ronga ze
złością. - Dlaczego Czerwony Yaksha próbował mnie porwać? Mówiłeś, że
chce mnie wynająć?
- Bo chcę! - odrzekł Czerwony Yaksha. - Ale musiałem zachować należytą
ostrożność.
- Porywając mnie?
- Upewniając się, że jesteś wystarczająco dobrą włamywaczką, żeby uciec
napastnikom.
Ning'er otworzyła usta, a potem je zamknęła. Powtórzyła tę sekwencję
kilka razy, zanim wybrała nowy cel dla swojej złości.
- Wiedziałeś o tym? - zapytała Ge Ronga.
A'rong wyglądał, jakby wycelowała pistolet prosto w jego twarz.
- Hm - odpowiedział.
- Tak - pospieszył z pomocą Czerwony Yaksha. - To był jeden z warunków
zatrudnienia ciebie.
- Nie mogłem ci nic powiedzieć - wypalił A'rong.
- To prawda - potwierdził Czerwony Yaksha. - Nie byłby to prawdziwy
sprawdzian, gdyby specjalista od ucieczek poznał wcześniej wszystkie
przeszkody. Nieprawdaż?
Ning'er wzięła kilka głębokich oddechów. Nie była tym specjalnie
zachwycona. Mogła wymyślić kilka innych rzeczy, które wolałaby zrobić,
niż te uspokajające oddechy. Mogłaby jeszcze powrzeszczeć na A'ronga
albo walnąć Czerwonego Yakshę w tę jego głupią maskę.
Ale miała świadomość, że jest bez grosza, musiała zapłacić czynsz za
mieszkanie i pewnie wkrótce straci jedyną pracę z powodu przerwanych
przez trzęsienia ziemi łańcuchów dostaw. Wrzeszczenie na A'ronga i bójka
z Czerwonym Yakshą nie rozwiążą żadnego z jej problemów.
Nie pozostało jej więc nic innego niż oddychać.
- Kim jesteś? - zapytała, kiedy odzyskała kontrolę nad gniewem. Pytanie
skierowała do Czerwonego Yakshy. Trudno było nawiązać kontakt wzrokowy z kimś ukrytym za maską, ale Ning'er dołożyła wszelkich starań, aby
skierować wzrok pełen złości prosto w oczy wymalowane na masce. - Nie
będę pracować dla kogoś, kto ukrywa przede mną swoją prawdziwą twarz. A już na pewno nie będę dla tej osoby kraść.
- Ning'er - w głosie Ge Ronga zabrzmiała ostrzegawcza nuta. - To nie
jest...
Czerwony Yaksha uniósł dłoń.
- To uczciwe pytanie. Zaufanie w zamian za zaufanie, prawda?
Powoli, ostrożnie zdjął maskę ze swojej twarzy.
Ning'er mimowolnie zrobiła krok w tył. Widziała tę twarz miliony razy,
idąc do warsztatu A'ronga. Twarz okrutną i piękną, spoglądającą na nią z ekranów na ścianach rozpadających się budynków. Ubiegłej nocy splunęła w jej stronę.
Ale nie miała przed sobą pikseli migających na zepsutym ekranie. To był
Młodszy Marszałek we własnej osobie. A przynajmniej była mocno
przekonana, że to on. Ning'er oparła się pokusie wyciągnięcia ręki i dotknięcia go palcem, żeby sprawdzić, czy to nie jest jakaś zjawa.
Kącik jego ust skrzywił się w uśmiechu.
- Niespodzianka - powiedział Młody Marszałek.
Ning'er nie ujęła dłoni podanej na powitanie.
- To ty jesteś Czerwonym Yakshą? Czy to właśnie nie ty ogłosiłeś w telewizji, że jest twoim arcywrogiem czy coś w tym stylu?
- To był mój ojciec - odpowiedział Cheng Yun. - Formalnie rzecz biorąc,
oznajmił, że Yaksha jest wrogiem dworu, co brzmi mniej głupio, za to
bardziej oficjalnie. - przerwał. Usta chłopaka z ekranów skrzywiły się,
co nadało dziwny wyraz jego twarzy. - Oczywiście ojciec nie wie, kto się
ukrywa za maską.
- O ja cież!
Ning'er usiadła na rogu stołu kreślarskiego. A'rong stał i milczał.
Przybrał neutralny wyraz twarzy, ale znała go wystarczająco długo, żeby
rozpoznać ruchy palców zdradzające nerwowość. Spoglądał na Czerwonego
Yakshę - Młodszego Marszałka - jak gdyby czekając na jakiś sygnał.
Ale Młodszy Marszałek był skupiony na Ning'er.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki