King - T.M. Frazier

Kup ebooka

44.90 zł
33.68 zł (27,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRO­LOG

King

Dwa­na­ście lat temu

No chodź, t y pie­przony pe­dale! Je­steś ma­łym, cio­to­wa­tym pe­da­łem!

Już nie­raz wi­dzia­łem, jak dzie­ciaki w mo­jej szkole znę­cały się nad słab­szymi, jed­nak ni­gdy nie czu­łem po­trzeby, by się wtrą­cić. Je­śli dzie­ciak nie miał jaj, żeby się ko­muś po­sta­wić, to za­słu­gi­wał na to, co mu się przy­tra­fiło.

Tego ranka pod­ją­łem de­cy­zję i na do­bre od­sze­dłem z domu. Obecny chło­pak mo­jej matki znów uży­wał jej jako worka tre­nin­go­wego. Tylko że tym ra­zem, gdy się wtrą­ci­łem i chcia­łem jej po­móc, ona ode­pchnęła mnie, a w do­datku jesz­cze bro­niła tego gnoja.

Po­wie­działa, że na to za­słu­gi­wała.

Na­wet za­częła go prze­pra­szać.

Nie­na­wi­dzi­łem jej za to. Stała się słaba. Po­zwo­liła, by ją tak trak­to­wał. Tak bar­dzo chcia­łem się wy­żyć na twa­rzy Johna, że pod­czas prze­rwy w szkole sie­dzia­łem gdzieś na ubo­czu, za­ci­ska­jąc i roz­luź­nia­jąc pię­ści, cały czas na nowo od­twa­rza­jąc w gło­wie ten po­ra­nek. Może i nie wy­grał­bym w walce prze­ciwko do­ro­słemu męż­czyź­nie, ale by­łem prze­ko­nany, że mógł­bym mu cho­ciaż wy­rzą­dzić znaczną krzywdę.

Więc gdy usły­sza­łem, jak ktoś wy­krzy­kuje te obe­lgi na bo­isku, po­czu­łem się tak, jakby mój gniew pod­jął za mnie de­cy­zję. Za­nim się zo­rien­to­wa­łem, prze­bie­głem przez pia­skow­nicę i zna­la­złem się przy gru­pie ko­le­gów sto­ją­cych na ubo­czu, nie­da­leko pola kick­bal­lo­wego.

By­łem znacz­nie wyż­szy niż dzie­ciaki z mo­jej klasy, więc z ła­two­ścią do­strze­głem po­nad ich gło­wami, co się tam działo. Po­środku kręgu stał bru­tal imie­niem Ty­ler. To ciem­no­włosy typ, który za­wsze no­sił ko­szulki z lo­go­sami ze­spo­łów i z wy­strzę­pio­nymi rę­ka­wami. Trzy­mał za koł­nierz chu­dego chło­paka i raz po raz wy­mie­rzał mu ciosy w twarz pię­ścią. Młody ję­czał przy każ­dym ude­rze­niu. Wtedy ko­szula chu­dzielca się unio­sła i zo­ba­czy­łem jego blady brzuch po­kryty si­nia­kami w ko­lo­rach fio­letu i żółci. Jego że­bra wy­sta­wały tak bar­dzo, że mógł­bym je po­li­czyć. Z nosa ka­pała mu krew. Prze­pchną­łem się mię­dzy dwiema dziew­czy­nami, które ki­bi­co­wały Ty­le­rowi.

Dzie­ciaki po­tra­fią być cho­ler­nie okrutne.

Do­ro­śli rów­nież.

Sko­czy­łem i zna­la­złem się przed Ty­le­rem, za­ci­ska­jąc dłoń w pięść. Po­wa­li­łem go jed­nym cio­sem w szczękę. Chło­pak upadł tył­kiem na zie­mię, a po­tem ude­rzył głową o chod­nik i stra­cił przy­tom­ność.

Od razu po­czu­łem się le­piej, cho­ciaż po­trzeba prze­mocy za­wsze była jak szczur, który prze­gry­zał się przez wszyst­kie moje my­śli i emo­cje - ude­rze­nie Ty­lera tylko czę­ściowo przy­tłu­miło mój gniew. Zmie­niło ogień w mały pło­myk.

Spoj­rza­łem na chu­dego dzie­ciaka, który le­żał na ziemi i trzy­mał się za krwa­wiący nos. Od­su­nął ręce od twa­rzy i uniósł głowę, uśmie­cha­jąc się do mnie sze­roko i głup­ko­wato. Jego po­kryte krwią zęby były zbyt duże w sto­sunku do twa­rzy. Nie ta­kiej re­ak­cji spo­dzie­wa­łem się po kimś, kto wła­śnie zo­stał po­bity.

- Nie mu­sia­łeś mnie ra­to­wać. Po pro­stu po­zwa­la­łem mu za­dać kilka cio­sów, za­nim sam bym mu przy­ło­żył. - Jego głos za­ła­mał się na tym kłam­stwie. Po twa­rzy spły­nęły mu łzy, za­trzy­mały się na za­krwa­wio­nych ustach. Dzie­ciaki sto­jące w kręgu za­częły się roz­cho­dzić, wró­ciły do gra­nia w kick­ball.

- Nie ura­to­wa­łem cię - od­par­łem i ob­sze­dłem go, a po­tem ru­szy­łem przed sie­bie. Do­go­nił mnie, gdy by­łem już przy pia­skow­nicy.

- Oczy­wi­ście, że nie. Bez pro­blemu dał­bym so­bie z nim radę. Ale, cho­lera, go­ściu, ten pie­przony kre­tyn ma coś nie tak z głową - oznaj­mił, wy­rzu­ca­jąc ręce w po­wie­trze. Mu­siał truch­tać, by na­dą­żyć za mo­imi dłu­gimi kro­kami.

- Och, na­prawdę? A to dla­czego? - za­py­ta­łem.

- Bo chciał, że­bym zro­bił za niego wszyst­kie ćwi­cze­nia z ma­te­ma­tyki. Ale coś ci po­wiem, nie je­stem ni­czyją suką. Więc ka­za­łem mu się od­pier­do­lić - stwier­dził przy­tłu­mio­nym gło­sem, bo wciąż trzy­mał się za nos, pró­bu­jąc za­ta­mo­wać krwa­wie­nie.

- Po­wie­dzia­łeś mu, żeby się od­pier­do­lił, i wtedy za­czął cię bić? - za­py­ta­łem, cho­ciaż nie było mi ciężko w to uwie­rzyć. Poza sy­tu­acją mię­dzy mną a Joh­nem za­zwy­czaj to dro­bia­zgi wy­pro­wa­dzały mnie z rów­no­wagi, a wtedy pięść aż mnie świerz­biła, bo tak bar­dzo chcia­łem w coś ude­rzyć.

Dzie­ciak prych­nął pod no­sem.

- Cóż, naj­pierw po­wie­dzia­łem to... a po­tem wspo­mnia­łem coś o tym, jaka to wspa­niała oko­licz­ność, że jego oj­ciec nie ma nic prze­ciwko, iż jego syn i ka­sjer z Price Martu są po­do­bni do sie­bie jak dwie kro­ple wody. - Otrze­pał łok­cie z brudu, po czym wy­tarł dło­nie o swoje po­mięte spodnie khaki. - Na­zy­wam się Sa­muel Cle­ar­wa­ter. A ty?

Za­trzy­ma­łem się i ob­ró­ci­łem w jego stronę. Wy­cią­gał w moją stronę dłoń, więc ją uści­sną­łem. Jak na tycz­ko­wa­tego go­ścia w moim wieku ubie­rał się i za­cho­wy­wał jak or­dy­na­rny dzia­dek, ktoś zbyt stary, by przej­mo­wać się czymś ta­kim jak cen­zu­ro­wa­nie swo­ich wy­po­wie­dzi. A poza tym jaki je­de­na­sto­la­tek chciał ko­muś ści­skać dłoń?

Naj­wy­raź­niej taki jak Sa­muel Cle­ar­wa­ter.

- Bran­tley King - od­par­łem.

- Masz dużo przy­ja­ciół, Bran­tleyu King? - Nie­sforne włosy Sa­mu­ela w ko­lo­rze pia­skowy blond opa­dły na jego czoło, a on od­gar­nął je brud­nymi pal­cami.

- Nie. - Ża­den dzie­ciak w tej szkole nie był jak ja. Od pierw­szego dnia przed­szkola czu­łem się sa­motny. Pod­czas gdy inni uczyli się słów pio­se­nek w stylu Pan McDo­nald, ja się za­sta­na­wia­łem, jak długo po zmroku będę mu­siał cze­kać, aż wrócę do domu. Gdyby matka przy­cho­dziła po mnie za wcze­śnie, jej ów­cze­sny fa­cet byłby od razu go­towy do awan­tury. Za­wsze sie­dzia­łem sam i to wy­da­wało mi się nor­malne. Z cza­sem na­wet za­czą­łem lu­bić sa­mot­ność. Mimo by­cia naj­więk­szym chło­pa­kiem w szkole uda­wało mi się po­ru­szać ni­czym duch.

A przy­naj­mniej do­póki nie za­czą­łem wpa­dać w ta­ra­paty.

A po­tem obaj wpa­da­li­śmy w kło­poty. Preppy i ja. Dwójka uczniów, któ­rzy za­cho­wy­wali się jak mło­dzi prze­stępcy.

- Ja też nie. Wię­cej za­chodu, niż są tego, kurwa, warci - od­parł Sa­muel i brzmiał nie­mal prze­ko­nu­jąco. Wsu­nął swoją za dużą ko­szulę w spodnie i po­pra­wił szelki, które spa­dały z jego ra­mion nie­mal co chwilę, a po­tem wy­pro­sto­wał żółtą muszkę w kropki.

- Skąd masz tamte si­niaki? - za­py­ta­łem, wska­zu­jąc na jego że­bra.

- Wi­dzia­łeś je, co? - Na jego twa­rzy za­go­ścił smu­tek, jed­nak po chwili chyba prze­stał o tym my­śleć i wy­dął wargi. - Oj­czym z pie­kła ro­dem, ma pro­blem, od­kąd zmarła moja mama. A wła­ści­wie to dwa pro­blemy, mnie i piwo. Ale piwo przy­naj­mniej lubi. Mnie? Nie bar­dzo.

Ro­zu­mia­łem go. Cho­ciaż sam nie mia­łem oj­czyma, co naj­wy­żej nie­ustanną pa­radę męż­czyzn, któ­rzy przy­cho­dzili do mo­jego domu i z niego wy­cho­dzili. Mieli inne imiona, twa­rze, ale poza tym nie róż­nili się spe­cjal­nie.

- Cóż, nie są­dzę, by Ty­ler znowu cię drę­czył. - Ru­szy­łem, kie­ru­jąc się do mo­jego miej­sca z boku bu­dynku, gdzie mo­głem być sam. Ką­tem oka do­strze­głem, że Ty­ler kuś­tyka w stronę scho­dów pro­wa­dzą­cych do szkoły, za­ci­ska­jąc mocno szczękę.

Pizda.

- I to wszystko? - Sa­muel po­dą­żył za mną, dep­cząc mi po pię­tach.

- A co jesz­cze zo­stało? - Po­chy­li­łem się pod ni­sko wi­szącą ga­łę­zią drzewa. Sa­muel był mniej­szy ode mnie przy­naj­mniej o trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów, więc prze­szedł pod nią z ła­two­ścią. Kiedy od­da­li­li­śmy się wy­star­cza­jąco od in­nych dzie­cia­ków, za­pa­li­łem po­łówkę pa­pie­rosa, któ­rego trzy­ma­łem w kie­szonce ple­caka. Uży­łem do tego ostat­niej za­pałki z pu­dełka ukry­tego w bu­cie.

- Mogę spró­bo­wać? - Wzdry­gną­łem się, za­sko­czony nie tyle py­ta­niem, co bli­ską obec­no­ścią Sa­mu­ela.

Po­da­łem mu pa­pie­rosa, a on za­cią­gnął się głę­boko. Po­tem przez do­brych pięć mi­nut krztu­sił się dy­mem. Odło­ży­łem peta na po­de­szwę mo­jego buta i pa­trzy­łem, jak twarz mo­jego to­wa­rzy­sza przy­biera dziwny pur­pu­rowy od­cień, a po­tem znów robi się blada, po­kryta pie­gami i krwią.

- Kurwa, na­prawdę nie­złe, ale ja wolę men­to­lowe.

Wy­buch­ną­łem śmie­chem, zgi­na­jąc się wpół. Sa­muel zi­gno­ro­wał moją re­ak­cję i mó­wił da­lej.

- Gdzie miesz­kasz?

- Tu i tam. - Tak na­prawdę nie miesz­ka­łem ni­g­dzie. Nie mia­łem za­miaru wra­cać do domu. Już ni­gdy. Za dnia cho­dzi­łem do szkoły. Przed lek­cjami będę się za­kra­dał do szatni, by wziąć prysz­nic, a po­tem ko­rzy­stał z dar­mo­wych śnia­dań, które ofe­ro­wali w bu­dzie. Wszystko, co po­sia­da­łem, trzy­ma­łem w swoim ple­caku.

Był dość lekki.

- Ja miesz­kam w Sunny Is­les Park. Pie­przone za­du­pie. Kiedy do­ro­snę, ku­pię so­bie je­den z tych wiel­kich do­mów na wo­dzie, które stoją w niej na dłu­gich no­gach. Taki dom, co wy­gląda jak ze Star Wars.

- Cho­dzi ci o pa­la­fit?

- Tak, pie­przony dom na wo­dzie jak ze Star Wars, ale tu­taj, tuż obok za­toki. - Ten chło­pak miesz­kał w przy­cze­pie kem­pin­go­wej, gdzie bił go oj­czym, a stał tu­taj i śnił o swo­jej przy­szło­ści. Ja nie po­tra­fi­łem na­wet się do­my­ślić, co czeka mnie za ty­dzień, a co do­piero za dzie­sięć lat. - A ty, stary?

- Co ze mną? - Wy­ją­łem scy­zo­ryk z kie­szeni dżin­sów i uży­łem go, by wy­dłu­bać od­pa­da­jący tynk ze ściany bu­dynku.

- Co bę­dziesz ro­bić, gdy do­ro­śniesz?

By­łem pewny tylko tego, czego nie chcia­łem ro­bić.

- Nie my­śla­łem o tym. Wiem tylko, że nie chcę dla ni­kogo pra­co­wać. Ni­gdy nie lu­bi­łem, gdy ktoś mi mó­wił, co mam ro­bić. Wo­lał­bym być wła­snym sze­fem, pro­wa­dzić wła­sny biz­nes.

- Tak, kurwa, to nie­sa­mo­wite. Tak, tak. Po­mogę ci. Mo­żemy to zro­bić ra­zem. Ty bę­dziesz pro­wa­dzić firmę. Ja ci będę w tym po­ma­gał. A po­tem ku­pimy wielki dom na wo­dzie jak ze Star Wars i bę­dziemy tam miesz­kać, i nikt nam nie bę­dzie już wię­cej mó­wić, co mamy ro­bić!

Sa­muel wy­jął ze­szyt z ple­caka i otwo­rzył na czy­stej stro­nie.

- Zróbmy, kurwa, plan.

Ten po­mysł wy­da­wał mi się dziwny, bo sie­dzia­łem tu z dzie­cia­kiem, któ­rego nie zna­łem, i mia­łem two­rzyć plan na przy­szłość, o któ­rej ni­gdy nie my­śla­łem. Jed­nak z ja­kie­goś po­wodu ści­skało mnie w piersi na myśl, że miał­bym mu od­mó­wić i roz­cza­ro­wać go, a to było dla mnie dość obce uczu­cie. Nie wie­dzia­łem, co miał­bym zro­bić da­lej, więc po pro­stu się pod­da­łem. Usia­dłem obok niego na tra­wie i wes­tchną­łem. Uśmiech­nął się do mnie, jakby już samo to, że tu by­li­śmy, ozna­czało, że je­ste­śmy w po­ło­wie drogi do tego przy­szłego miej­sca.

- Nie mo­żemy za­cho­wy­wać się jak pizdy - kon­ty­nu­ował. - Nie bę­dziemy mieć domu jak w Star Wars, je­śli bę­dziemy pra­co­wać w ob­skur­nym ho­telu lub fa­bryce. Ry­ba­kiem też nie był­bym do­brym. A więc za­czy­namy. Pizdy są po­py­cha­dłami i upa­dają. Mój wu­jek, który jest pie­przo­nym i skoń­czo­nym dup­kiem, sprze­daje zioło. Mo­gli­by­śmy ukraść mu tro­chę i je opchnąć. Wtedy wy­ko­rzy­sta­li­by­śmy te pie­nią­dze, by ku­pić coś na wła­sną rękę i znowu sprze­dać.

Wy­cią­gnął z ple­caka czarny pi­sak i za­czął nim ba­zgrać po kartce. Na gó­rze za­pi­sał "CEL" i na­ry­so­wał dom na no­gach w uprosz­czo­nej wer­sji, który miał przy­po­mi­nać ten ze Star Wars. Nie wie­dzia­łem, jak się na­zy­wał, bo ni­gdy nie oglą­da­łem tych fil­mów, co naj­wy­żej tra­ilery. Po­tem Sa­muel na­ry­so­wał coś, co chyba miało przy­po­mi­nać nas - on wy­glą­dał na znacz­nie mniej­szego ode mnie. Zie­lo­nym pi­sa­kiem za­pi­sał wo­kół nas sym­bole do­lara.

- A więc? Te­raz je­ste­śmy przy­ja­ciółmi, Preppy?

Ni­gdy wcze­śniej nie mia­łem przy­ja­ciela, ale coś mnie przy­cią­gało do tego chło­paka z nie­wy­pa­rzoną gębą. Wzią­łem od niego pi­sak i za­czą­łem su­nąć nim po kartce. W szkole ni­gdy nie by­łem do­bry z ni­czego poza pla­styką. Nie­źle ry­so­wa­łem. Lu­bi­łem to ro­bić.

- Kurwa, tak! - po­wie­dział Preppy, pa­trząc, jak do­kań­czam jego do­mek na wo­dzie. Wcze­śniej na­ry­so­wał też lu­dzika pod­pi­sa­nego jako "du­pek", więc za­ło­ży­łem, że to mu­siał być jego wu­jek. - Je­steś cho­ler­nie do­bry w te klocki. Mu­simy to za­wrzeć w pla­nie. Coś z ry­so­wa­niem. Mu­simy mieć ja­kieś hobby.

- A ja­kie jest twoje hobby? - spy­ta­łem.

- Moje hobby? - Uśmiech­nął się i wy­tarł nos ręką, bo znowu za­częła le­cieć z niego krew. Po­je­dyn­cza kro­pla spa­dła na kartkę w miej­scu po­staci Preppy'ego. Po­ki­wał głową i wy­dął usta, za­kła­da­jąc kciuki pod szelki. - Suki.

Tego dnia śmia­łem się chyba wię­cej niż w ca­łym swoim ży­ciu. I do­wie­dzia­łem się, że "suki" też mogą ucho­dzić za czy­jeś hobby.

- A co się sta­nie, je­śli nas zła­pią? - za­py­ta­łem, prze­sta­jąc ry­so­wać.

- Nie zła­pią. Je­ste­śmy na to zbyt mą­drzy. Bę­dziemy ostrożni. Zro­bimy plan i bę­dziemy się go trzy­mać. Nikt nie sta­nie nam, kurwa, na dro­dze. Nikt. Ani mój oj­czym, ani wuj, ani na­uczy­ciele, a szcze­gól­nie nie ta­kie pie­przone gnoje jak Ty­ler. I ni­gdy się nie oże­nię. Nie będę mieć na­wet dziew­czyny. Bę­dziemy tylko my, Preppy i King, któ­rzy wy­grze­bią się z gówna, za­miast w nim tkwić.

- Ale te­raz na po­waż­nie, co je­śli jed­nak nas zła­pią? - spy­ta­łem. - Nie mó­wię tu o gli­nach. Tylko o twoim wuju i lu­dziach, któ­rzy zaj­mują się tym, o czym te­raz mó­wimy. To źli lu­dzie. Groźni. Oni nie lu­bią, gdy się z nimi za­dziera. - Do­sko­nale wie­dzia­łem, o czym mó­wi­łem. Przez moje miesz­ka­nie prze­wi­nął się nie­je­den uzbro­jony di­ler, żą­da­jąc za­płaty. Mama spła­cała długi, za­cią­ga­jąc ich do swo­jej sy­pialni i za­my­ka­jąc za nimi drzwi.

Może i ten dzie­ciak tylko się wy­głu­piał, ale im dłu­żej o tym my­śla­łem, tym le­piej to wszystko brzmiało. Ży­cie, w któ­rym nie trzeba przed ni­kim od­po­wia­dać. Ży­cie, w któ­rym nie ma stra­chu, że ktoś mi coś zrobi. Albo temu ma­łemu ele­gan­ci­kowi, który, jak na mój gust, miał dość by­cia drę­czo­nym przez cały czas.

Po­mysł do­ro­śnię­cia i zo­sta­nia pa­nem swo­jego losu, czło­wie­kiem, z któ­rym się nie za­dziera, który nie słu­cha in­nych, stał się na­gle bar­dzo za­chę­ca­jący, co­raz dłu­żej nad nim my­śla­łem. Na­gle za­częło mi za­le­żeć i ta de­ter­mi­na­cja wy­peł­niła mój mózg w miej­scach, gdzie cze­goś bra­ko­wało - jak na przy­kład "po­czu­cia do­bra i zła", jak twier­dzili szkolni psy­cho­lo­go­wie. Tylko że oni się my­lili. Rzecz nie w tym, że nie wi­dzia­łem róż­nicy.

Mnie to po pro­stu nie ob­cho­dziło.

Bo wła­śnie tak się dzieje, gdy nie masz w ży­ciu ni­czego, na czym mo­głoby ci za­le­żeć.

Je­śli mia­łem wziąć tego dzie­ciaka na po­waż­nie, mu­sia­łem wie­dzieć, że nie za­cznie ję­czeć, kiedy sy­tu­acja się po­psuje. Mu­sia­łem wie­dzieć, że mó­wił se­rio na te­mat planu, który mi przed­sta­wiał. Więc za­py­ta­łem:

- A co, je­śli na­prawdę ktoś sta­nie nam na dro­dze? Za­grozi na­szemu biz­ne­sowi? Po­krzy­żuje na­sze plany?

Preppy trzy­mał pi­sak w ką­ciku ust, gdzie krew już za­częła za­sy­chać i się kru­szyć. Przez chwilę pa­trzył w ja­kiś punkt tuż na moją głową, po­grą­żony w my­ślach. A po­tem wzru­szył ra­mio­nami i spoj­rzał mi pro­sto w oczy.

- Za­bi­jemy gnoja.

ROZ­DZIAŁ 1

King

W dniu, gdy wy­sze­dłem z wię­zie­nia, oka­zało się, że mia­łem ta­tu­ować mysz na my­szy. Zwie­rzę na ko­bie­cej stre­fie in­tym­nej.

Mysz na pie­przo­nej cipce.

To, kurwa, ża­ło­sne.

Ściany mo­jej pra­cowni pul­so­wały od cięż­kiej mu­zyki, która do­cho­dziła z pię­tra ni­żej, gdzie urzą­dzano mi im­prezę po­wi­talną. Drzwi się trzę­sły, jakby ktoś ryt­micz­nie ude­rzał w nie pię­ścią. Ściany od pod­łogi aż po su­fit po­kryte były farbą w sprayu i pla­ka­tami.

Mała ciem­no­włosa suka ję­czała, jakby szczy­to­wała, gdy ją dzia­ra­łem. Je­stem pewny, że uda­wała, bo ta­tuaż tuż nad cipką mu­siał być bar­dzo bo­le­sny, a nie przy­jemny.

Kie­dyś po­tra­fi­łem od­pły­nąć na dłu­gie go­dziny, gdy zaj­mo­wa­łem się two­rze­niem ta­tu­ażu. Ukry­wa­łem się wtedy we wła­snych my­ślach, gdzie nie mu­sia­łem się mie­rzyć ze wszyst­kimi kosz­mar­nymi spra­wami, które drę­czyły mnie każ­dego dnia.

W prze­szło­ści mia­łem w gło­wie tylko cipki i im­prezy, cho­ciaż ten okres nie trwał długo. Ale te­raz, gdy wró­ci­łem z wię­zie­nia, pierw­szą rze­czą, jaką zro­bi­łem, było pod­nie­sie­nie ma­szynki do ta­tu­ażu. Tylko że to już nie było to samo. Nie po­tra­fi­łem za­po­mnieć o te­raź­niej­szo­ści i od­ciąć się od wszyst­kiego, nie­ważne, jak bar­dzo się sta­ra­łem. Nie po­ma­gał mi rów­nież fakt, że lu­dzie sta­wali się co­raz głupsi i głupsi.

Logo dru­żyn spor­to­wych, cy­taty z ksią­żek, któ­rych ni­gdy się nie czy­tało, przy­szli gang­ste­rzy, któ­rzy chcieli mieć na twa­rzy ta­tu­aże spły­wa­ją­cych po niej łez. W wię­zie­niu taki ta­tuaż sym­bo­li­zo­wał ode­bra­nie ko­muś ży­cia. I małe suki, które pra­gnęły wy­glą­dać groź­nie, cho­ciaż tak na­prawdę w nie­bez­piecz­nej sy­tu­acji scho­wa­łyby się w ką­cie i pła­kały za ma­mu­sią.

Może po­wi­nie­nem nieco ob­ni­żyć ocze­ki­wa­nia, skoro mo­imi klien­tami byli głów­nie mo­to­cy­kli­ści, strip­ti­zerki i cza­sem ja­kiś bo­gaty dzie­ciak, który zna­lazł się po złej stro­nie mia­sta.

Mimo wszystko do­brze było znów być w domu. Wła­ści­wie było do­brze wszę­dzie tam, gdzie nie śmier­działo wy­mio­ci­nami i zmar­no­wa­nym ludz­kim ży­wo­tem.

Moje ży­cie za­częło pę­dzić z za­ska­ku­jącą pręd­ko­ścią, od­kąd po­zna­łem Preppy'ego. Po­ko­cha­łem ży­cie wy­jęte spod prawa. Ży­wi­łem się stra­chem w oczach lu­dzi, któ­rzy sta­nęli mi na dro­dze. Ża­ło­wa­łem tylko jed­nej rze­czy - tego, że da­łem się zła­pać.

Za­nim tra­fi­łem do pu­dła, spę­dza­łem nie­mal każdy dzień mo­jego dwu­dzie­sto­sied­mio­let­niego ży­cia w Lo­gan's Be­ach - ma­łym za­du­piu na wy­brzeżu Flo­rydy. To miej­sce, w któ­rym lu­dzie miesz­ka­jący po jed­nej stro­nie za­toki żyli tylko po to, by usłu­gi­wać lu­dziom miesz­ka­ją­cym po jej dru­giej stro­nie. Bo­gaci miesz­kali przy plaży, zaj­mu­jąc luk­su­sowe po­sia­dło­ści i lo­kale. Nie­cały ki­lo­metr da­lej roz­cią­gały się pola z przy­cze­pami kem­pin­go­wymi i wa­lące się domy.

Na moje osiem­na­ste uro­dziny na­by­łem zruj­no­wany dom na wo­dzie, który krył się za ścianą gę­stych drzew. Zaj­mo­wał po­wierzch­nię na trzech akrach ziemi, umiesz­czono go nie­mal pod mo­stem. Ku­pi­łem go za go­tówkę. I wraz z moim przy­ja­cie­lem Prep­pym wpro­wa­dzi­li­śmy się do bo­ga­tej dziel­nicy, cho­ciaż wciąż by­li­śmy jak biała ho­łota.

Tak jak kie­dyś za­po­wie­dzie­li­śmy, sta­li­śmy się pa­nami wła­snego losu i nie od­po­wia­da­li­śmy przed ni­kim. Ro­bi­li­śmy to, co chcie­li­śmy ro­bić. Ja, za­miast ry­so­wać, za­czą­łem ta­tu­ować.

A Preppy miał swoje suki.

Pie­przy­łem się z ko­bie­tami. Bi­łem się. Im­pre­zo­wa­łem. Chla­łem. Kra­dłem. Pie­przy­łem się z ko­bie­tami. Ta­tu­owa­łem. Sprze­da­wa­łem dragi. Sprze­da­wa­łem broń. Kra­dłem. Pie­przy­łem się z ko­bie­tami. I za­ra­bia­łem pie­nią­dze.

I znowu się z kimś pie­przy­łem.

Nie było im­prezy, która by mi się nie po­do­bała, i na każ­dej by­łem mile wi­dziany. Nie było dziew­czyny, która nie roz­ło­ży­łaby dla mnie nóg. Mia­łem każdą, za­wsze gdy tego chcia­łem.

Ży­cie nie było do­bre. Było za­je­bi­ste. Sta­łem na szczy­cie świata i nikt nie mógł za­dzie­rać ze mną lub z tym, co moje.

Nikt.

A po­tem wszystko się zmie­niło, a ja spę­dzi­łem trzy lata w ma­łej celi bez okien, przy­glą­da­jąc się ry­so­wa­nym przeze mnie kre­skom na ścia­nie.

Kiedy skoń­czy­łem ta­tu­ować mysz z kre­skówki, na­ło­ży­łem maść, za­kry­łem wszystko fo­lią i zdją­łem rę­ka­wiczki. Czy ta la­ska my­ślała, że fa­cet pod­nieci się tym, że zro­biła so­bie ta­tuaż w ta­kim miej­scu? Był nie­zły, zwłasz­cza bio­rąc pod uwagę, że przez trzy lata nie zro­bi­łem żad­nego, ale mimo wszystko ry­su­nek za­kry­wał moją ulu­bioną część ko­bie­cego ciała. Gdy­bym jej nie znał, a ro­ze­brał­bym ją i zo­ba­czył ten ta­tuaż, na­tych­miast ob­ró­cił­bym ją ty­łem do sie­bie.

To w su­mie był do­bry po­mysł. Prze­le­ce­nie ja­kiejś la­ski po­mo­głoby mi po­zbyć się my­śli o wię­zie­niu i znów sku­pił­bym się na rze­czach, które kie­dyś były dla mnie ważne, a jed­no­cze­śnie nie czuł­bym tego stra­chu cza­ją­cego się na skraju mo­jej świa­do­mo­ści.

Za­miast więc ode­słać dziew­czynę z po­wro­tem na im­prezę, chwy­ci­łem ją bru­tal­nie i przy­cią­gną­łem do sie­bie. Ob­ró­ci­łem ją brzu­chem do stołu i przy­ci­sną­łem do niego, trzy­ma­jąc ją za kark jedną ręką, pod­czas gdy drugą od­pi­na­łem pa­sek od spodni. Po­tem zna­la­złem kon­dom w szu­fla­dzie nie­da­leko mnie.

Ona od po­czątku wie­działa, że nie wziął­bym pie­nię­dzy za ta­tuaż, cho­ciaż nie ro­bi­łem ich za darmo. Na­kie­ro­wa­łem więc główkę pe­nisa na jej mysz z no­wym ta­tu­ażem. Który też przed­sta­wiał mysz.

Niech to szlag.

Dziew­czyna miała świetne ciało, ale po kilku mi­nu­tach iry­tu­ją­cego wy­so­kiego ję­cze­nia od­kry­łem, że w ogóle mnie nie pod­nie­cała. Czu­łem, jak mój fiut robi się w niej miękki. Tak się nie po­winno dziać, szcze­gól­nie po tylu la­tach je­cha­nia na ręcz­nym i wy­obra­ża­nia so­bie part­ne­rek sek­su­al­nych.

Co, do cho­lery, było ze mną nie tak?

Chwy­ci­łem ją za szyję i przy­spie­szy­łem tempo. Z każ­dym pchnię­ciem, które zgry­wało się z bi­tem do­cho­dzą­cym z mo­jego miesz­ka­nia, pró­bo­wa­łem wy­ła­do­wać na niej swoją fru­stra­cję.

Ale to było na nic.

Już mia­łem wyjść z tej la­ski i pod­dać się, gdy na­gle drzwi do po­miesz­cze­nia otwo­rzyły się, a ja nie­mal bym to prze­oczył. Nie­mal. W przej­ściu sta­nęła dziew­czyna, która nie mo­gła mieć wię­cej niż osiem­na­ście lat. Była chuda, oczy miała duże, nie­bie­skie, jakby na­le­żały do lalki. Włosy w ko­lo­rze lo­do­wa­tego blond, usta ró­żowe i pełne, a w pod­bródku nie­wielki do­łe­czek. Wy­glą­dała na tro­chę na­wie­dzoną.

Mój fiut obu­dził się i przy­po­mnia­łem so­bie, że wciąż pie­przy­łem tę bru­netkę. Or­gazm ude­rzył mocno i znie­na­cka, aż po­czu­łem go w krę­go­słu­pie. Za­mkną­łem oczy i spu­ści­łem się do cipki dziew­czyny, po czym opa­dłem na jej plecy.

Co to miało być, do cho­lery?

Gdy roz­war­łem po­wieki, drzwi do pra­cowni były za­mknięte, a dziew­czyna ze smut­nymi oczami znik­nęła.

Chyba po­stra­da­łem zmy­sły.

Od­su­ną­łem się od bru­netki, która na szczę­ście wciąż od­dy­chała, ale była nie­przy­tomna - albo dla­tego, że ją pod­du­sza­łem, albo od dra­gów, od któ­rych miała po­więk­szone źre­nice.

Usia­dłem na stołku i ukry­łem twarz w dło­niach.

Za­częła mnie bo­leć głowa.

Preppy zor­ga­ni­zo­wał tę im­prezę dla mnie. Ja sprzed cza­sów wię­zie­nia od razu za­czął­bym wcią­gać kre­chy z cyc­ków strip­ti­ze­rek. Ale ja po wię­zie­niu chcia­łem po pro­stu coś zjeść, wy­pie­przyć tych wszyst­kich lu­dzi z mo­jego domu i się prze­spać.

- Wszystko okej, sze­fie? - za­py­tał Preppy, za­glą­da­jąc do po­koju.

Wska­za­łem na nie­przy­tomną dziew­czynę.

- Po­zbądź się stąd tej dziwki. - Prze­cze­sa­łem włosy ręką. Dud­niąca mu­zyka spra­wiała, że głowa pul­so­wała mi co­raz moc­niej. - I, na mi­łość bo­ską, ścisz ten ja­zgot! - Preppy nie za­słu­gi­wał na mój gniew, ale by­łem w tak kiep­skim sta­nie, że nie chciało mi się zmie­niać tonu.

- Robi się - po­wie­dział bez wa­ha­nia.

Preppy mi­nął mnie i nie po­wie­dział ani słowa na te­mat pół­na­giej dziew­czyny le­żą­cej na stole. Prze­rzu­cił ją so­bie przez ra­mię z ła­two­ścią i ru­szył do drzwi. La­ska bu­jała się z każ­dym jego kro­kiem.

- Skoń­czy­łeś już z nią? - za­py­tał, za­nim wy­szedł. Le­dwo go sły­sza­łem przez tę gło­śną mu­zykę. Za­uwa­ży­łem, że wska­zy­wał pod­bród­kiem na bru­netkę, uśmie­cha­jąc się ni­czym dziecko.

Po­ki­wa­łem głową. Preppy wy­glą­dał, jak­bym wła­śnie po­da­ro­wał mu szcze­niaczka.

Chory du­pek.

Ale i tak ko­cha­łem tego dzie­ciaka.

Za­mkną­łem drzwi i pod­sze­dłem do pu­dełka na na­rzę­dzia. W jego dol­nej szu­fla­dzie trzy­ma­łem nóż i broń. Wzią­łem je, nóż wło­ży­łem do buta, a broń za pa­sek spodni. Po­krę­ci­łem głową, by po­zbyć się ogar­nia­ją­cego mnie otę­pie­nia. To wła­śnie ro­biło z czło­wie­kiem pu­dło. Przez trzy lata spa­łem z jed­nym okiem otwar­tym w wię­zie­niu peł­nym lu­dzi, któ­rzy byli jed­no­cze­śnie mo­imi przy­ja­ciółmi i wro­gami.

Nad­szedł czas, bym ode­zwał się do nie­któ­rych z tych przy­ja­ciół i upo­mniał się o moje przy­sługi. Mia­łem te­raz na gło­wie coś waż­niej­szego niż wła­sne pro­blemy.

Ko­goś waż­niej­szego.

Sen mógł po­cze­kać. Czas zejść na dół i po­ga­dać uprzej­mie z mo­to­cy­kli­stami. Przez lata uni­ka­łem ro­bie­nia z nimi in­te­re­sów, mimo że ich wi­ce­pre­zy­dent Bear był dla mnie jak brat. Wiele razy pró­bo­wał na­mó­wić mnie, bym do­łą­czył do ich sze­re­gów w klu­bie, ale ja za­wsze od­ma­wia­łem. By­łem prze­stępcą, który lu­bił, gdy po­peł­niane przez niego zbrod­nie były pro­ste, bez wi­kła­nia się w ja­kieś or­ga­ni­za­cje. Jed­nak te­raz po­trze­bo­wa­łem zna­jo­mo­ści, ja­kie po­sia­dali mo­to­cy­kli­ści, a także do­stępu do sko­rum­po­wa­nych po­li­ty­ków, któ­rych dało się prze­ku­pić pie­niędzmi.

Ni­gdy wcze­śniej nie za­le­żało mi na pie­nią­dzach. Trak­to­wa­łem je jako coś ulot­nego, coś, co za­pew­niało mi bez­tro­ski styl ży­cia. Ale te­raz?

Ła­pówki dla po­li­ty­ków nie były ta­nie, więc po­trze­bo­wa­łem spo­rej sumy, i to szybko.

Albo już ni­gdy nie zo­ba­czę Max.

ROZ­DZIAŁ 2

Doe

Nikki była moją je­dyną przy­ja­ciółką na ca­łym świe­cie.

I tro­chę jej nie­na­wi­dzi­łam.

Nikki to dziwka, która zna­la­zła mnie, gdy spa­łam pod ławką. Nie udało mi się unik­nąć ulewy, trwa­ją­cej parę ostat­nich nocy, więc drża­łam z zimna i ga­da­łam sama do sie­bie, by szyb­ciej za­snąć. Od kilku ty­go­dni ży­łam na ulicy i nie mia­łam w ustach praw­dzi­wego po­siłku, od­kąd ucie­kłam z Ob­ma­cy­walni - tak lu­bi­łam na­zy­wać przy­tu­łek, w któ­rym zo­sta­wiono mnie na śmierć. Je­stem cał­kiem pewna, że gdy Nikki mnie zna­la­zła, chciała mnie okraść - albo wzięła mnie za trupa, ale po chwili za­uwa­żyła, że jed­nak od­dy­cha­łam. Mó­wiąc szcze­rze, je­stem za­sko­czona, że w ogóle się mną za­in­te­re­so­wała, jak już wie­działa, że ży­łam.

Cóż, wła­ści­wie to nie było ży­cie, tylko we­ge­ta­cja, ale na jedno wy­cho­dziło.

Nikki wcią­gnęła z po­żół­kłego zlewu ostat­nią kre­chę przez zwi­niętą sa­mo­przy­lepną kar­teczkę. Umy­walka wy­glą­dała, jakby za chwilę miała od­paść od ściany. Pod­łoga była za­śmie­cona pa­pie­rem to­a­le­to­wym, a wszyst­kie trzy to­a­lety tak za­pchane, że jesz­cze chwila, a cała brą­zowa za­war­tość mo­głaby wy­buch­nąć. Przy­tła­cza­jący za­pach środka de­zyn­fe­ku­ją­cego draż­nił mój nos. Mia­łam wra­że­nie, że ktoś za­lał to po­miesz­cze­nie che­mi­ka­liami, by po­zbyć się smrodu, ale w ogóle nie za­brał się za sprzą­ta­nie.

Nikki od­chy­liła głowę i za­tkała jedną dziurkę od nosa, wcią­ga­jąc po­wie­trze przez drugą. Nad nami bu­czała po­je­dyn­cza lampa flu­ore­scen­cyjna, rzu­ca­jąc zie­lon­kawą po­światę na ła­zienkę znaj­du­jącą się na sta­cji ben­zy­no­wej.

- Kurwa, nie­zły to­war - po­wie­działa, rzu­ca­jąc na pod­łogę opróż­niony wo­re­czek. Wy­cią­gnęła nie­mal pu­stą bu­te­leczkę błysz­czyku i na­ło­żyła resztkę ko­sme­tyku na swoje wą­skie wargi. Po­tem roz­tarła ma­łym pal­cem grube czarne kre­ski pod oczami, aż w końcu po­ki­wała z uzna­niem do swo­jego od­bi­cia w lu­strze. Wy­glą­dała tro­chę jak szop pracz.

Na­cią­gnę­łam rę­kaw na nad­gar­stek i wy­tar­łam brud z lu­stra przede mną. Zo­ba­czy­łam dwie rze­czy: pęk­nię­cie w rogu przy­po­mi­na­jące pa­ję­czynę, a w od­bi­ciu dziew­czynę, któ­rej nie po­zna­wa­łam.

Mia­łam ja­sne blond włosy. Za­pad­nięte po­liczki. Prze­krwione nie­bie­skie oczy. Do­łe­czek w pod­bródku.

Zu­peł­nie nic z tych rze­czy nie było mi zna­jome.

Dziew­czyna wy­glą­dała jak ja, ale kim ja, do cho­lery, by­łam?

Dwa mie­siące temu śmie­ciarz zna­lazł mnie w alejce, gdzie wcze­śniej do­słow­nie wy­rzu­cono mnie do kon­te­nera. Le­ża­łam po­śród wor­ków ze śmie­ciami w ka­łuży wła­snej krwi. Kiedy obu­dzi­łam się w szpi­talu, mia­łam naj­gor­szy ból głowy, ja­kiego w ży­ciu do­świad­czy­łam. Po­li­cja i le­ka­rze uznali mnie za ucie­ki­nie­rkę lub dziwkę. Albo jedno i dru­gie. Po­li­cjant, który za­da­wał mi py­ta­nia, nie krył swo­jego obrzy­dze­nia moją osobą. Stwier­dził, że to, co mi się przy­tra­fiło, na pewno było zwią­zane z ja­kimś pierw­szym lep­szym dup­kiem, który ze­rżnął mnie ostro. Otwo­rzy­łam usta, by za­opo­no­wać, ale roz­my­śli­łam się.

Moż­liwe, że miał ra­cję.

Nic in­nego nie miało sensu.

Nie mia­łam port­fela, do­wodu, pie­nię­dzy. Nie mia­łam przy so­bie zu­peł­nie nic.

Na­wet wspo­mnień.

Kiedy ja­kaś osoba za­gi­nie, tra­fia to do wia­do­mo­ści, lu­dzie zbie­rają się w grupy i prze­cze­sują te­ren. Ktoś wy­peł­nia ra­port po­li­cyjny, cza­sami ktoś za­pali świeczki, które da­dzą na­dzieję i po­zwolą wie­rzyć, że po­szu­ki­wana osoba wróci do domu. Tylko że w te­le­wi­zji nie po­ka­zują tego, co się dzieje, gdy nikt nie pa­trzy. Kiedy uko­chani za­gi­nio­nej albo o niej nie wie­dzą, albo nie ist­nieją... albo mają ją gdzieś.

Po­li­cja przej­rzała ra­porty do­ty­czące osób po­szu­ki­wa­nych z na­szego stanu, a po­tem z kraju, ale nie po­szczę­ściło im się. Moje od­ci­ski pal­ców nie pa­so­wały do żad­nej kar­to­teki, mo­jego zdję­cia ni­g­dzie nie za­miesz­czono.

Wtedy też do­wie­dzia­łam się, że by­cie osobą za­gi­nioną wcale nie mu­siało ozna­czać, że rze­czy­wi­ście ktoś za mną tę­sk­nił i sta­rał się mnie od­na­leźć. A przy­naj­mniej nie na tyle, by ba­wić się w całą tę szopkę z szu­ka­niem. Nie było ogło­szeń w ga­ze­cie ani te­le­wi­zji. Nie było próśb od mo­jej ro­dziny, bym wró­ciła bez­piecz­nie do domu.

Może to moja wina, że nikt nie pod­jął próby zna­le­zie­nia mnie. Może by­łam suką i lu­dzie świę­to­wali, gdy na­gle znik­nę­łam. Albo ucie­kłam.

Rów­nie do­brze ktoś mógł mnie scho­wać do ko­szyka jako dziecko i pu­ścić z nur­tem rzeki jak Moj­że­sza. I mo­gło się oka­zać, że nie mia­łam ni­kogo.

Nie wiem, kurwa. Wszystko było moż­liwe.

Nie wie­dzia­łam, skąd się wzię­łam, ile mia­łam lat, jak się na­prawdę na­zy­wa­łam.

Wszystko, co po­sia­da­łam, wi­dzia­łam wła­śnie w od­bi­ciu lu­stra na sta­cji ben­zy­no­wej, i nie mia­łam zie­lo­nego po­ję­cia, kim by­łam.

Nikt nie wie­dział, czy by­łam nie­let­nia, czy nie, więc wy­słali mnie do Ob­ma­cy­walni, gdzie wy­trzy­ma­łam tylko trzy ty­go­dnie. Miesz­ka­łam z mło­dymi prze­stęp­cami i fa­ce­tami, któ­rzy na­gmin­nie się ma­stur­bo­wali. Któ­rejś nocy obu­dzi­łam się i w no­gach mo­jego łóżka za­uwa­ży­łam jed­nego ze star­szych chło­pa­ków, który stał tam z fiu­tem w dłoni i ro­bił so­bie do­brze. Ucie­kłam wtedy przez okno w ła­zience. Mia­łam ze sobą tylko ubra­nia, które otrzy­ma­łam wcze­śniej w przy­tułku, i imię.

Na­zy­wali mnie Doe.

Tak jak Jane Doe1.

Je­dyną róż­nicą mię­dzy mną a praw­dziwą Jane Doe była ety­kietka, którą w kost­nicy przy­cze­piano tym nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nym tru­pom do palca u stopy. Bo poza tym moja eg­zy­sten­cja w ogóle nie przy­po­mi­nała ży­cia. By­łam zmu­szona kraść, by móc coś zjeść. Spa­łam tam, gdzie zna­la­złam ja­kieś okry­cie przed chło­dem i wodą. Że­bra­łam na uli­cach. Prze­szu­ki­wa­łam śmiet­niki przy re­stau­ra­cjach.

Nikki prze­cze­sała pal­cami o ob­gry­zio­nych pa­znok­ciach swoje prze­tłusz­czone rude włosy.

- Je­steś go­towa? - za­py­tała. Po­cią­gnęła no­sem i za­częła prze­ska­ki­wać z nogi na nogę, jakby była spor­tow­cem, który szy­ko­wał się do waż­nego me­czu.

Nie czu­łam się go­towa, a mimo to po­ki­wa­łam głową. Nie by­łam, ni­gdy nie będę, ale skoń­czyły mi się już inne opcje. Na uli­cach nie było bez­piecz­nie, a każdy dzień sta­no­wił dla mnie do­słow­nie walkę o prze­ży­cie. Nie wspo­mi­na­jąc już o tym, że je­śli stra­ci­ła­bym jesz­cze tro­chę na wa­dze, to nie by­ła­bym w sta­nie wal­czyć, je­śli ktoś by mnie za­ata­ko­wał. W każ­dym ra­zie po­trze­bo­wa­łam ochrony przed trud­nymi wa­run­kami at­mos­fe­rycz­nymi i złymi ludźmi, któ­rzy cza­ili się w mroku, bo w prze­ciw­nym ra­zie skoń­czy­ła­bym jak praw­dziwa Jane Doe.

Nie są­dzę, by Nikki re­je­stro­wała coś ta­kiego jak głód. Gdyby miała wy­brać mię­dzy je­dze­niem a na­ćpa­niem się, wy­bra­łaby to dru­gie. Za każ­dym ra­zem. Było to wi­dać, bo jej po­liczki za­pa­dły się, a pod oczami ma­lo­wały się ciemne cie­nie. Zna­łam ją nie­długo, ale jesz­cze ni­gdy nie wi­dzia­łam, by po­chła­niała coś in­nego niż koks.

Osą­dza­łam ją i czu­łam się z tego po­wodu kosz­mar­nie. Jed­nak coś w środku pod­po­wia­dało mi, że ona jest w rze­czy­wi­sto­ści lep­sza. Kiedy nie by­łam na nią nie­sa­mo­wi­cie wście­kła, to nie­mal czu­łam w sto­sunku do niej in­stynkt opie­kuń­czy. Wal­czy­łam o swoje prze­trwa­nie i chcia­łam wal­czyć o jej, lecz pro­blem tkwił w tym, że ona nie chciała za­wal­czyć o sie­bie.

Otwo­rzy­łam usta, by ją po­uczyć. Już chcia­łam jej po­wie­dzieć, że po­winna skoń­czyć z kok­sem i za­cząć coś jeść, by za­dbać o swoje zdro­wie, lecz na­gle dziew­czyna ob­ró­ciła się w moją stronę. Ga­pi­łam się na nią z otwar­tymi ustami, bo do­tarło do mnie, że nie by­łam lep­sza od niej, a chcia­łam ją osą­dzać. Bar­dzo moż­liwe, że za­nim stra­ci­łam pa­mięć, mo­głam być za­mie­szana w to samo co ona te­raz.

Za­mknę­łam usta i po­sta­no­wi­łam nic nie mó­wić.

Nikki zmie­rzyła mnie wzro­kiem, oce­nia­jąc mój wy­gląd.

- Uj­dziesz - po­wie­działa z wy­raź­nym nie­za­do­wo­le­niem w gło­sie. Nie chcia­łam na­kła­dać tony ta­pety i wy­ry­wać so­bie brwi, by w ich miej­scu na­ry­so­wać cien­kie kre­ski, jak zro­biła ona. Po pro­stu umy­łam włosy w zle­wie i sko­rzy­sta­łam z su­szarki do dłoni. Nie na­ło­ży­łam ma­ki­jażu, bo je­śli mia­łam zro­bić to, co pla­no­wa­łam w nie­da­le­kiej przy­szło­ści, to chcia­łam, by to się stało na mo­ich wa­run­kach, i nie za­mie­rza­łam wy­glą­dać jak Nikki.

Tak, znowu za­cho­wy­wa­łam się jak kry­ty­ku­jąca suka.

- Po­wiesz jesz­cze raz, jaki jest plan? - za­py­ta­łam. Mó­wiła mi już o nim z dzie­sięć razy, ale mo­gła mó­wić na­wet ty­siąc, a ja na­dal nie czu­ła­bym się z tym kom­for­towo.

Nikki na­pu­szyła swoje oklap­nięte włosy.

- Se­rio, Doe, czy ty kie­dy­kol­wiek mnie słu­chasz? - Wes­tchnęła roz­draż­niona, ale kon­ty­nu­owała. - Kiedy pój­dziemy na tę im­prezę, mu­sisz tylko przy­kleić się do jed­nego z mo­to­cy­kli­stów. Je­śli cię po­lubi, to bar­dzo moż­liwe, że bę­dzie chciał, byś zo­stała na dłu­żej. Wy­star­czy, że bę­dziesz grzać mu łóżko i dbać o to, by był za­do­wo­lony.

- Nie wiem, czy po­tra­fię to zro­bić - po­wie­dzia­łam sła­bym gło­sem.

- Po­tra­fisz i zro­bisz to. I nie bądź przy nich taka nie­śmiała, oni tego nie lu­bią. Poza tym ty nie je­steś ty­pem nie­śmia­łej dziew­czyny. Te­raz tylko się de­ner­wu­jesz. Je­steś tro­chę nie­okrze­sana, szcze­gól­nie że nie masz fil­tra i mó­wisz rze­czy, któ­rych po­tem ża­łu­jesz.

- To aż dziwne, że znasz mnie tak krótko, a zdą­ży­łaś mnie po­znać tak do­brze - oznaj­mi­łam.

Nikki wzru­szyła ra­mio­nami.

- Znam się na lu­dziach. Wierz mi lub nie, ale ty je­steś bar­dzo ła­twa do od­czy­ta­nia. A te­raz wy­da­jesz się bar­dzo spięta. Wi­dzę, ja­kie masz zgar­bione ra­miona. - Przy­ło­żyła mi rękę do ple­ców i po­pchnęła mnie. - No, te­raz le­piej. Wy­pchnij pierś do przodu. Nie masz du­żych cyc­ków, ale je­śli nie za­ło­żysz sta­nika i wy­pchniesz pierś, fa­ceci będą mo­gli zo­ba­czyć przez bluzkę twoje sutki, a oni uwiel­biają taki wi­dok.

Dość tego. Po­tra­fi­łam po­de­rwać mo­to­cy­kli­stę. A kiedy już to się sta­nie, to on mnie obroni. Mia­łam na­dzieję, że bę­dzie to ro­bił do czasu, aż wy­my­ślę pan B.

- W naj­gor­szym wy­padku okaże się, że fa­cet szuka szyb­kiego nu­merka i na ko­niec rzuci ci tro­chę kasy, a po­tem cię od­prawi. - Nikki mó­wiła, tak jakby opi­sy­wała wa­ka­cje, a nie pro­sty­tu­cję.

Mo­głam się oszu­ki­wać, są­dząc, że je­śli nie stoję pod la­tar­nią jak Nikki, to nie je­stem jak ona, ale prawda była taka, że gdy to zro­bię, stanę się praw­dziwą dziwką.

A mimo to wciąż ją kry­ty­ko­wa­łam.

Jed­nak gdy za­czy­na­łam my­śleć in­ten­syw­nie o in­nych opcjach, mój umysł był rów­nie pu­sty co żo­łą­dek.

Nikki otwo­rzyła drzwi, a świa­tło sło­neczne oświe­tliło ciemne po­miesz­cze­nie. Rzu­ci­łam ostat­nie spoj­rze­nie w stronę od­bi­cia dziew­czyny o prze­cięt­nej twa­rzy i wy­szep­ta­łam:

- Prze­pra­szam.

Tro­chę po­cie­szało mnie to, że osoba, którą by­łam wcze­śniej, za­nim wszystko za­po­mnia­łam, nie wie­działa, co za­mie­rza­łam zro­bić.

A mia­łam za­miar sprze­dać swoje ciało.

I resztkę du­szy, która mi po­zo­stała.

1 Jane Doe - na­zwi­sko uży­wane w USA dla okre­śle­nia nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nej ko­biety (przyp. tłum.).

ROZ­DZIAŁ 3

Doe

Sie­dzia­łam na tyl­nym sie­dze­niu za­byt­ko­wego sub­aru ja­kie­goś ły­sego go­ścia i ma­rzy­łam, by na chwilę stra­cić słuch. Nie mo­głam już słu­chać, jak Nikki ob­ciąga kie­rowcy. Za­bie­rał nas na im­prezę, która od­by­wała się w domu w Lo­gan's Be­ach. Kiedy w końcu się za­trzy­ma­li­śmy, wy­pa­dłam z sa­mo­chodu, jakby się za mną pa­liło.

- Pa, ko­cha­nie - po­wie­działa Nikki słod­kim gło­sem, ocie­ra­jąc ką­cik ust jedną ręką i ma­cha­jąc kie­rowcy na po­że­gna­nie drugą. Kiedy jego sa­mo­chód znik­nął nam z oczu, wy­wró­ciła oczami i splu­nęła na zie­mię.

- Chyba za­raz się po­rzy­gam - po­wie­dzia­łam, pró­bu­jąc po­wstrzy­mać mdło­ści.

- Cóż, nie wi­dzia­łam, że­byś ofe­ro­wała mu loda za pod­wózkę - wark­nęła Nikki. - Więc może le­piej się za­mknij, bo nie masz prawa tak mó­wić. Poza tym to dzięki mnie tu­taj do­tar­ły­śmy, prawda?

"Tu­taj" ozna­czało żwi­rową ścieżkę pro­wa­dzącą do po­sia­dło­ści, którą ota­czały drzewa i ży­wo­płot. Za­uwa­ży­łam nie­dużą prze­strzeń, która naj­wy­raź­niej mu­siała być pod­jaz­dem. Było ciemno i bra­ko­wało ulicz­nych lamp, a ścieżka wy­da­wała się cią­gnąć w nie­skoń­czo­ność. W po­wie­trzu uno­sił się słaby odór ryb. Mój żo­łą­dek się zbun­to­wał, więc za­kry­łam usta i nos dło­nią, by się nie po­rzy­gać.

W od­dali za­uwa­ży­łam świa­tła. Gdy zbli­ży­ły­śmy się do domu, oka­zało się, że to nie świa­tła, a pla­sti­kowe po­chod­nie wbite w zie­mię pod dziw­nym ką­tem, które cią­gnęły się w rzę­dzie i pro­wa­dziły do po­dwórka znaj­du­ją­cego się z tyłu bu­dynku.

Dom miał par­ter i dwa pię­tra. Zo­stał zbu­do­wany na pa­lach, a więk­szość prze­strzeni pod bu­dyn­kiem zaj­mo­wał par­king. Stały tam błysz­czące mo­to­cy­kle i sa­mo­chody. Było ich pełno. Z tyłu znaj­do­wała się ściana, a w niej dwie pary drzwi. Jedne za­mknięto na za­suwę i do­dat­kowo za­bez­pie­czono me­ta­lo­wym prę­tem, a dru­gie umiesz­czono nieco wy­żej. Pro­wa­dziły do nich dwa stop­nie. Dwa pierw­sze pię­tra ota­czał bal­kon, a w każ­dym po­miesz­cze­niu w środku pa­liło się świa­tło, dzięki czemu można było do­strzec znaj­du­ją­cych się tam lu­dzi. Dud­niąca mu­zyka spra­wiała, że zie­mia wi­bro­wała pod mo­imi sto­pami.

- Czy tu­taj miesz­kają mo­to­cy­kli­ści? - spy­ta­łam Nikki.

- Nie, ten dom na­leży do go­ścia, któ­remu ktoś wy­pra­wił im­prezę.

- A kto to taki? - do­py­ty­wa­łam. Nikki wzru­szyła ra­mio­nami.

- Nie mam po­ję­cia. Wiem tylko to, co po­wie­dział mi Skinny. Że to im­preza wy­pra­wiona w oka­zji po­wrotu tego fa­ceta.

Kiedy uda­ły­śmy się na tył domu, za­uwa­ży­łam mo­to­cy­kli­stów i mój żo­łą­dek znowu się skur­czył. Za­trzy­ma­łam się na­gle. Stali tam, ota­cza­jąc ogni­sko znaj­du­jące się po­środku ogrom­nego po­dwórka. Pło­mie­nie się­gały nie­mal na wy­so­kość domu. By­łam tak po­chło­nięta tym, co mia­łam zro­bić, że za­po­mnia­łam w ogóle za­sta­no­wić się, z kim mia­łoby do tego dojść. Wi­dzia­łam tam sied­miu lub ośmiu męż­czyzn. Jedni sie­dzieli na krze­słach, inni stali z pi­wem w ręku. Wszy­scy no­sili skó­rzane ka­mi­ze­lki po­kryte wie­loma na­szyw­kami. Nie­któ­rzy mieli pod spodem ko­szule, inni zu­peł­nie nic. Ko­biety, które były ubrane po­dob­nie do Nikki, śmiały się i tań­czyły wo­kół ogni­ska. Jedna z nich klę­czała przed fa­ce­tem i po­ru­szała głową w górę i w dół, pod­czas gdy sie­dzący na krze­śle gość roz­ma­wiał przez te­le­fon i trzy­mał ją za włosy.

To jest po pro­stu po­czą­tek końca.

Ob­ró­ci­łam się do Nikki, chcąc po­wie­dzieć, że może po­win­ny­śmy prze­my­śleć jesz­cze nasz plan, ale oka­zało się, że ona już znik­nęła. Ro­zej­rza­łam się i za­uwa­ży­łam ją, jak przy­kle­jała się do ra­mie­nia wy­so­kiego męż­czy­zny z rudą brodą za­ple­cioną w war­kocz. Wo­kół głowy miał prze­wią­zaną chu­stę z flagą Ame­ryki.

Na­gle oto­czyły mnie od tyłu czy­jeś silne ra­miona i przy­ci­snęły do twar­dej ściany mię­śni. Na­tych­miast chcia­łam go od sie­bie ode­pchnąć, ale gdy za­czę­łam wierz­gać, męż­czy­zna przy­trzy­mał mnie moc­niej. Jego go­rący od­dech pach­niał czosn­kiem i al­ko­ho­lem, draż­nił wszyst­kie moje zmy­sły, gdy za­czął do mnie mó­wić, przy­ci­ska­jąc mi usta do szyi.

- Hej, dzie­cinko, je­stem go­towy na im­prezę. A ty? - Chwy­cił bru­tal­nie mój nad­gar­stek i za­ło­żył mi ra­mię za plecy. By­łam pewna, że za­raz zła­mie mi rękę. Przy­su­nął moją dłoń do swo­jego roz­po­rka i po­tarł za­ci­śniętą pię­ścią o erek­cję. - Przy­jemne uczu­cie, prawda, mała?

Chwy­ci­łam go na­gle za jaja i ści­snę­łam tak mocno, jak tylko się dało.

- Ty suko! - wrza­snął.

Pu­ścił mnie i upadł na ko­lana. Zła­pał się za klej­noty, prze­wró­cił na bok i przy­ci­snął ko­lana do piersi. Rzu­ci­łam się po scho­dach na pię­tro.

- Ty pie­przona suko! Za­pła­cisz mi, kurwa, za to! - wo­łał za mną, lecz ja szybko znik­nę­łam we­wnątrz bu­dynku i prze­mknę­łam obok go­ści. Wbie­głam po scho­dach na górę i do­tar­łam na dru­gie pię­tro. Pró­bo­wa­łam otwo­rzyć kilka par drzwi znaj­du­ją­cych się przy wą­skim ko­ry­ta­rzu, lecz wszyst­kie były za­mknięte. Do­piero nie­mal na sa­mym jego końcu drzwi otwo­rzyły się, gdy na­ci­snę­łam klamkę.

Jesz­cze nie zro­bi­łam kroku w stronę wej­ścia, a już wie­dzia­łam, że w po­koju ktoś jest, mimo że było w nim tro­chę ciemno. Neo­nowa farba na ścia­nie spra­wiała, że wnę­trze wy­glą­dało, jakby się w nim świe­ciło. Nie wi­dzia­łam żad­nych me­bli, ale po­środku po­miesz­cze­nia do­strze­głam dwie po­staci. Na pierw­szy rzut oka wy­glą­dało to tak, jakby jedna osoba stała za tą, która le­żała. Do­piero po chwili do­tarła do mnie ta scena i zro­zu­mia­łam, na co się na­tknę­łam.

Usły­sza­łam, jak ciało ude­rza o ciało. I jęki. Po­czu­łam za­pach potu i cze­goś jesz­cze, ale nie po­tra­fi­łam tego zi­den­ty­fi­ko­wać. Mia­łam wra­że­nie, że sta­łam tam go­dzi­nami, ale w rze­czy­wi­sto­ści były to za­le­d­wie se­kundy. Po­win­nam się ob­ró­cić i za­mknąć za sobą drzwi w chwili, gdy do­strze­głam, że ktoś tam był, ale nie mo­głam ode­rwać wzroku od aktu roz­gry­wa­ją­cego się przede mną.

Za­uwa­ży­łam, że wpa­truje się we mnie para ma­gne­tycz­nych oczu. W sztucz­nym świe­tle wy­glą­dały na zie­lone. Męż­czy­zna spo­glą­dał wprost na mnie i, ku mo­jemu za­sko­cze­niu, nie od­wra­cał wzroku, na­wet nie mru­gał. Jego bio­dra co­raz szyb­ciej ude­rzały o ciało ko­biety. Pie­przył ją, wpa­tru­jąc się w moje oczy. Po chwili przy­mknął po­wieki, od­rzu­cił głowę w tył i jęk­nął gar­dłowo, a na­sze po­łą­cze­nie zo­stało prze­rwane.

Opadł na plecy dziew­czyny i po­luź­nił uścisk na jej szyi. Du­sił ją? Gdy we­szłam do po­koju, sły­sza­łam jej jęk, lecz te­raz le­żała nie­ru­chomo. I ci­cho.

Szybko przy­po­mnia­łam so­bie, jak uży­wać nóg, i za­mknę­łam drzwi. Zbie­głam po scho­dach, ukry­łam się za boj­le­rem pod do­mem, nie­da­leko tych wszyst­kich sa­mo­cho­dów i mo­to­cy­kli. Sie­dzia­łam tam z go­dzinę, prze­sy­pu­jąc pia­sek mię­dzy pal­cami i pró­bu­jąc zro­zu­mieć, w ja­kim kie­runku po­dą­żało moje ży­cie. Mimo że bar­dzo chcia­łam się ze­rwać i po­biec przed sie­bie w ciemną noc, nie mo­głam odejść da­leko, bo strach przed ciem­no­ścią mnie pa­ra­li­żo­wał. Poza tym moż­liwe, że by­łam świad­kiem mor­der­stwa. Tylko że bę­dąc tu­taj, przy­naj­mniej znaj­do­wa­łam się bli­sko świa­tła.

Strach na­prawdę na­mie­szał w mo­ich prio­ry­te­tach.

I to ten strach, a także bur­czący brzuch i osła­bie­nie, które czu­łam, przy­po­mniały mi, dla­czego w ogóle zna­la­złam się w tym miej­scu.

Cho­dziło o zwy­kłe prze­trwa­nie.

By­łam zde­spe­ro­wana, a de­spe­raci nie mają cze­goś ta­kiego jak wy­bór.

Ode­tchnę­łam głę­boko. Mu­sia­łam zro­bić to, co było trzeba, na­wet je­śli nie wie­dzia­łam do­kład­nie, co to miało być. To zna­czy wie­dzia­łam, jak to po­winno się od­by­wać, ale mój umysł był jak wy­ze­ro­wany licz­nik ki­lo­me­trów w sa­mo­cho­dzie. Mia­łam czy­ste konto, a po­sta­no­wi­łam je te­raz za­bru­dzić.

Może i by­łam bez­do­mna i umie­ra­łam z głodu, ale by­łam też zde­ter­mi­no­wana, by prze­stać eg­zy­sto­wać na ulicy i mieć kie­dyś ja­kieś praw­dziwe ży­cie. Ta­kie, w któ­rym będę spać w praw­dzi­wym łóżku z czy­stą po­ścielą. Ta­kie, w któ­rym nie będę mu­siała się mar­twić o swoje bez­pie­czeń­stwo czy je­dze­nie i będę mo­gła się sku­pić na od­kry­ciu prawdy o tym, kim kie­dyś by­łam. Obie­ca­łam so­bie, że prze­trwam tę noc i zro­bię to, co trzeba, a po­tem już ni­gdy nie będę o tym my­śleć. To bę­dzie tylko mała plama na mo­jej czy­stej kar­cie ży­cia i ni­gdy wię­cej nie chcia­łam już do tego wra­cać.

Wsta­łam, otrze­pa­łam się z brudu i za­czę­łam za­chę­cać się w my­ślach. Mu­sia­łam to zro­bić. Uda mi się. Będę uda­wać, że wiem, jak to ro­bić, jak­bym się nie bała. Uda­wa­nie, że nie ba­łam się cze­goś, co mnie prze­ra­żało, było dla mnie normą. Ro­bi­łam to każ­dego dnia, gdy bu­dzi­łam się, nie wie­dząc, kim je­stem.

Mu­sia­łam stać się dziwką mo­to­cy­kli­sty, bo tak na­le­żało po­stą­pić. Przy­wiążę się do niego, je­śli tylko bę­dzie to ozna­czać, że prze­żyję.

Czu­jąc tę nowo od­na­le­zioną w so­bie de­ter­mi­na­cję, ru­szy­łam do ogni­ska, wzię­łam piwo z chło­dziarki i otwo­rzy­łam je. Zimny tru­nek na­wil­żył moje su­che gar­dło. Cho­dzi­łam od mo­to­cy­kli­sty do mo­to­cy­kli­sty, bo oka­zy­wało się, że każdy był już sku­piony na ja­kiejś dziew­czy­nie. Po chwili za­in­te­re­so­wał mnie wi­dok panny, która sie­działa jed­nemu na ko­la­nach. Fa­cet był od niej cięż­szy przy­naj­mniej o pięć­dzie­siąt kilo.

Tak na­prawdę za­in­try­go­wał mnie wy­raz jej twa­rzy. Wi­dzia­łam uśmiech, który mó­wił: "Z przy­jem­no­ścią we­zmę two­jego ku­tasa do ust". Po­sta­ra­łam się przy­brać taką samą minę i mia­łam na­dzieję, że to wy­star­czy, by przy­cią­gnąć do sie­bie czy­jąś uwagę.

Po­trze­bo­wa­łam ko­goś, kto po­może mi prze­trwać.

***

- Hej - usły­sza­łam czyjś głę­boki głos przy swoim uchu.

Kiedy się ob­ró­ci­łam, za­uwa­ży­łam męż­czy­znę w skó­rza­nej ka­mi­ze­lce z bia­łymi na­szyw­kami. Było na nich na­pi­sane "wi­ce­pre­zy­dent" i "Be­ach Ba­stards". Fa­cet miał dłu­gie blond włosy prze­rzu­cone na bok, dzięki czemu wi­dzia­łam, że pół głowy ogo­lił na łyso. Jego długa broda zo­stała bar­dzo do­brze przy­strzy­żona. Mógł mieć po­nad metr osiem­dzie­siąt wzro­stu. Mimo że był szczu­pły, wy­glą­dał na umię­śnio­nego. Nie wi­dzia­łam ko­loru oczu, jego po­wieki wy­glą­dały na cięż­kie i lekko za­czer­wie­nione. Całą szyję po­kry­wały mu ta­tu­aże, a gdy się od­wró­cił się, by za­pa­lić pa­pie­rosa, za­uwa­ży­łam, że ręce też zdo­bił tusz.

- Hej - od­par­łam, pró­bu­jąc oka­zać moją sztuczną pew­ność sie­bie.

Wy­glą­dał za­chwy­ca­jąco. Gdy­bym miała skoń­czyć z kimś w łóżku, z nim chyba nie by­łoby tak źle. Po­cią­gał no­sem i za­uwa­ży­łam, że na jego noz­drzach zo­stał biały pro­szek.

- Na­zy­wają mnie Bear. Na­le­żysz do ko­goś? - za­py­tał su­ge­styw­nie, po­chy­la­jąc się w moją stronę.

- Może... do cie­bie? - Skrzy­wi­łam się, gdy do­tarło do mnie, co po­wie­dzia­łam. Ze wszyst­kich rze­czy, które mo­głam po­wie­dzieć, tylko to mi przy­szło do głowy? Nikki miała ra­cję. Mó­wi­łam, za­nim to prze­my­śla­łam.

Bear za­śmiał się.

- Bar­dzo bym tego chciał, piękna, ale mam coś in­nego na my­śli.

Och, na­prawdę? A co ta­kiego? - za­py­ta­łam, si­ląc się na lekki ton, cho­ciaż moje serce biło w dzi­kim tem­pie.

- Ta im­preza jest dla mo­jego kum­pla. Był tu­taj przez do­kład­nie trzy­dzie­ści mi­nut, a po­tem uciekł na górę z bu­telką jacka da­nie­lsa. Jest jak kot sie­dzący na drze­wie, któ­rego nie da się spro­wa­dzić na dół. To zro­zu­miałe, bo dawno go tu nie było, ale do­sze­dłem wła­śnie do wnio­sku, że ty mo­gła­byś mu po­móc.

Za­ha­czył pal­cem o gumkę mo­jej spód­niczki i przy­cią­gnął mnie do sie­bie, aż moje sutki otarły się o jego piersi. Przy­ci­snął palce do mo­jej ko­ści ło­no­wej, a ja zdu­si­łam w so­bie ochotę, by od niego od­sko­czyć. Za­gry­złam mocno dolną wargę, a on po­wie­dział:

- On ni­gdy nie prze­pa­dał za BBB. - Za­milkł, gdy zo­ba­czył moje zdez­o­rien­to­wane spoj­rze­nie. - Be­ach Ba­stard Bit­ches. Suki mo­to­cy­kli­stów z gangu Be­ach Ba­stards - wy­ja­śnił. - Ale ty? Ty je­steś nowa. Inna. Wy­glą­dasz na nie­winną, ale wiem, że taka nie je­steś, bo ina­czej nie by­łoby cię na tej im­pre­zie. My­ślę, że mo­żesz mu się spodo­bać. - Bear prze­su­nął ustami po mo­jej szyi. - Może idź tam na górę. Spraw, by był szczę­śliwy. Zrób to dla mnie. Weź jego fiuta do tych two­ich pięk­nych uste­czek. A gdy już skoń­czysz, spro­wadź go tu­taj, do cy­wi­li­za­cji. A może po­tem, gdy oka­żesz się do­brą dziew­czynką i wy­ko­nasz za­da­nie, bę­dziemy mo­gli wró­cić do klubu i za­ba­wić się tak na­prawdę. - Mu­snął zę­bami pła­tek mo­jego ucha. - My­ślisz, że mo­żesz to dla mnie zro­bić?

- Tak, mogę - po­wie­dzia­łam. Skóra mro­wiła mnie od jego do­tyku. Mo­głam to zro­bić.

A przy­naj­mniej tak my­śla­łam.

- Jak masz na imię? - Bear prze­su­nął po­woli ręką po mo­jej no­dze, wpy­cha­jąc mi ją pod kieckę. Po­ło­żył dłoń na moim po­śladku, który był te­raz od­sło­nięty i wszy­scy, któ­rzy pa­trzy­liby w na­szą stronę, mo­gliby go zo­ba­czyć.

- Doe. Mam na imię Doe - po­wie­dzia­łam na wy­de­chu.

- Pa­suje. - Za­śmiał się. - Cóż, moja mała, nie­win­nie wy­glą­da­jąca Doe. - Po­chy­lił się i ku mo­jemu za­sko­cze­niu po­ca­ło­wał mnie miękko w ką­cik ust. Jego wargi były de­li­katne. Pach­niał środ­kiem do pra­nia, al­ko­ho­lem i pa­pie­ro­sami. Już za­czę­łam my­śleć, że ten po­ca­łu­nek zna­czył, że zmie­nił zda­nie i nie chciał, bym uszczę­śli­wiła jego przy­ja­ciela, ale nie­stety ob­ró­cił mnie w stronę scho­dów, klep­nął w ty­łek i po­pchnął lekko. - No da­lej, leć na górę, ma­leńka. Ostatni po­kój na końcu ko­ry­ta­rza. Bądź do­bra dla mo­jego kum­pla, a wtedy ty i ja za­ba­wimy się póź­niej. - Gdy się do niego ob­ró­ci­łam, pu­ścił do mnie oczko, a ja uśmiech­nę­łam się sztucz­nie. Mia­łam na­dzieję, że męż­czy­zna na końcu ko­ry­ta­rza był jak Bear, bo wtedy może nie bę­dzie tak naj­go­rzej.

Wtedy na­gle coś do mnie do­tarło i mu­sia­łam zwal­czyć łzy na­pły­wa­jące mi do oczu. Ko­lana nie­mal się pode mną ugięły.

Ofi­cjal­nie się sprze­da­łam, a cena była więk­sza niż każde pie­nią­dze.

ROZ­DZIAŁ 4

Doe

BUM. BUM. BUM. BU-BUM.

Trudno stwier­dzić, co było moim bi­ją­cym ser­cem, a co gło­śną, dud­niącą mu­zyką.

Wy­tar­łam spo­cone dło­nie o po­szar­paną spód­niczkę, którą zna­la­złam w ko­szu z rze­czami dla po­trze­bu­ją­cych, i prze­szłam po­mię­dzy ludźmi ryt­micz­nie po­ru­sza­ją­cymi się do mu­zyki. W po­wie­trzu pod su­fi­tem uno­siła się gę­sta chmura dymu. Im­pre­zu­jący po­ru­szali się w pul­su­ją­cym świe­tle na każ­dym moż­li­wym ka­wałku pod­łogi ni­czym na­wie­dzone ro­boty. W ciem­no­ści pro­wa­dziły mnie tylko te świa­tła, w końcu udało mi się tra­fić na górę i od­na­leźć ostat­nie drzwi na końcu ko­ry­ta­rza, jak po­wie­dział Bear.

To drzwi pro­wa­dzące do mo­jego zba­wie­nia.

I jed­no­cze­śnie do pie­kła.

Prze­krę­ci­łam klamkę, a za­wiasy za­skrzy­piały. Je­dyne świa­tło w po­koju po­cho­dziło z przy­ci­szo­nego te­le­wi­zora, a w po­wie­trzu uno­sił się za­pach zioła.

- Halo? - pi­snę­łam cien­kim gło­sem w ciem­ność, cho­ciaż chcia­łam brzmieć sek­sow­nie. Nie udało mi się to.

- Za­mknij te pie­przone drzwi - ode­zwał się głę­boki, szorstki głos. Po­czu­łam jego słowa aż w środku.

Do­zna­łam na­gle zu­peł­nie no­wego uczu­cia, które ogar­nęło mój kru­chy umysł i ciało. Wło­ski na karku sta­nęły mi dęba. Spo­dzie­wa­łam się, że będę zde­ner­wo­wana, nie­pewna sie­bie, na­wet nie­spo­kojna.

Ale to było coś wię­cej.

Strach.

Serce biło mi szybko. Ciało było w sta­nie po­bu­dze­nia.

Przy­tło­czył mnie im­puls ka­żący mi się ob­ró­cić i biec tak szybko, jak po­zwo­li­łyby mi na to moje drżące nogi.

- Drzwi - głos na­ka­zał znowu. Jed­nak ja ani drgnę­łam. Mimo że bar­dzo chcia­łam stam­tąd uciec, moja de­spe­ra­cja ka­zała mi wejść do środka.

Wresz­cie za­mknę­łam za sobą drzwi i ha­łas do­cho­dzący z dołu znik­nął. To ozna­czało rów­nież, że w ra­zie czego nikt nie usły­szałby mo­jego wo­ła­nia o po­moc.

- Gdzie je­steś? - za­py­ta­łam nie­pew­nie.

- Tu­taj - od­parł głos, ale nie­wiele mi to mó­wiło. Wciąż nie wie­dzia­łam, gdzie się znaj­do­wał. Ode­tchnę­łam głę­boko, by uspo­koić od­dech, i zro­bi­łam kilka kro­ków w stronę te­le­wi­zora. Wtedy do­strze­głam za­rys łóżka sto­ją­cego po­środku po­koju i zwi­sa­jące z niego dłu­gie nogi.

- Eee... Gra­tu­luję po­wrotu do domu? Bear mnie przy­słał. - Może dzięki roz­ma­wia­niu moje serce zy­ska tro­chę czasu i wtedy się uspo­koi. Jed­nak gdy przy­po­mnia­łam so­bie, co mia­łam za­miar tu zro­bić, za­mar­łam, jakby spa­ra­li­żo­wana.

Zi­gno­ro­wał moją ża­ło­sną próbę na­wią­za­nia roz­mowy i zbli­żył się do brzegu łóżka. Nie po­tra­fi­łam do­strzec ry­sów jego twa­rzy, jed­nak wi­dzia­łam, że ciało miał po­tężne. Usiadł pro­sto i wy­cią­gnął rękę. Przy­go­to­wa­łam się men­tal­nie na jego do­tyk, jed­nak to nie na­stą­piło. Męż­czy­zna wziął bu­telkę z noc­nej szafki, która znaj­do­wała się za mną. Po­cią­gnął z niej długi łyk i prze­łknął gło­śno.

Znowu mu­sia­łam wy­trzeć ręce o spód­niczkę. Mia­łam na­dzieję, że ciem­ność ukoi moje nerwy.

- De­ner­wu­jesz się przeze mnie? - za­py­tał, jakby czy­tał mi w my­ślach. Czu­łam w jego od­de­chu whi­sky.

- Nie - od­par­łam na wy­de­chu, a kłam­stwo dła­wiło mnie w gar­dle. Po­czu­łam, jak chwyta mnie po­tężną dło­nią i przy­ciąga mię­dzy swoje nogi. Wci­snął mi palce w bio­dra, a ja pi­snę­łam za­sko­czona.

- Nie okła­muj mnie, dziew­czyno - wark­nął bez cie­nia żar­to­bli­wo­ści. Krew za­mar­zła mi w ży­łach. Serce biło szybko. Męż­czy­zna upił ko­lejny łyk z bu­telki, a po­tem odło­żył ją za mnie. Ale tym ra­zem, gdy się co­fał, zro­bił to na tyle po­woli, że otarł się po­licz­kiem o moją twarz. Jego za­rost nie był na tyle długi, by na­zwać go brodą, ale nie był też krótki. Nie­spo­dzie­wa­nie po­czu­łam mro­wie­nie prze­bie­ga­jące po krę­go­słu­pie i mu­sia­łam zwal­czyć w so­bie ochotę, by do­tknąć jego twa­rzy. - Za­wsze okła­mu­jesz lu­dzi, gdy za­dają ci py­ta­nie?

Tak, przez niego się de­ner­wo­wa­łam. I to tak bar­dzo, że nie po­tra­fi­łam zna­leźć ję­zyka w gę­bie. Nie spo­dzie­wa­łam się tego. My­śla­łam, że będę mu­siała roz­ło­żyć nogi dla ja­kie­goś na­pa­lo­nego, pi­ja­nego dupka, który wziąłby mnie po swo­jemu przy za­pa­lo­nym świe­tle.

Za­miast tego znaj­do­wa­łam się w ciem­nym po­koju, po­mię­dzy no­gami ja­kie­goś fa­ceta, któ­rego le­d­wie wi­dzia­łam, ale jego do­tyk spra­wiał, że czu­łam dreszcz prze­bie­ga­jący po krę­go­słu­pie.

- Twoje mil­cze­nie chyba zna­czy, że chcesz po­mi­nąć tę roz­mowę. - Chwy­cił mnie za ra­miona i po­pchnął w stronę pod­łogi. Wy­cią­gnę­łam ręce, by się cze­goś zła­pać i chwy­ci­łam za twarde jak skała uda męż­czy­zny. Ude­rzy­łam ko­la­nami w pod­łogę, a on oznaj­mił: - Tak le­piej.

Mo­żesz to zro­bić. Mo­żesz. Mo­żesz.

- Po­ssij mi - na­ka­zał i pod­parł się na łóżku łok­ciami.

Prze­su­nę­łam drżą­cymi dłońmi po jego udach, aż zna­la­złam pa­sek. Od­pię­łam go po­woli, a moje pa­znok­cie mu­snęły go­rącą skórę jego brzu­cha. Mię­śnie na­pięły mu się pod mo­imi pal­cami. Męż­czy­zna wcią­gnął po­wie­trze przez za­ci­śnięte zęby. Po­trzą­snę­łam drżą­cymi dłońmi, by od­zy­skać nad nimi wła­dzę. Kiedy się­gnę­łam do roz­po­rka jego spodni, za­wa­ha­łam się.

De­spe­rac­kie czasy wy­ma­gają de­spe­rac­kich kro­ków.

Przy­glą­da­łam się moim pal­com moż­li­wie jak naj­dłu­żej, aż w końcu po­woli roz­pię­łam roz­po­rek. Za­mknę­łam oczy, chcąc uspo­koić przy­spie­szony od­dech. Ba­łam się, że za­raz ze­mdleję i spadnę mu na ko­lana. Mia­łam na­dzieję, że za­mknię­cie oczu uspo­koi mnie i po­zwoli mi uwie­rzyć, że za­wsze mo­głam prze­rwać to, co te­raz ro­bi­łam.

Wła­śnie roz­pię­łam mu roz­po­rek i się­ga­łam do jego dżin­sów, gdy na­gle jego głos roz­legł się ni­czym grzmot pio­runa. Od­sko­czy­łam za­sko­czona i opa­dłam na ty­łek.

- Co to ma, kurwa, zna­czyć? - za­wo­łał. Mia­łam za­mknięte oczy, więc nie za­uwa­ży­łam, kiedy włą­czył lampkę sto­jącą na szafce noc­nej. Gdy jed­nak unio­słam wzrok, spoj­rza­łam w naj­pięk­niej­sze zie­lone oczy, ja­kie w ży­ciu wi­dzia­łam. Wpa­try­wały się we mnie wy­peł­nione nie­na­wi­ścią, jak­bym była przy­czyną wszel­kiego zła na tym świe­cie.

I te oczy były zna­jome.

Ode­pchnął moje ręce od roz­po­rka i wstał, po­cią­ga­jąc mnie w górę ze sobą, po czym przy­ci­snął mnie do swo­jej piersi.

- Wpa­dłam na cie­bie wcze­śniej. Upra­wia­łeś seks z ja­kąś dziew­czyną - wy­pa­li­łam i od razu tego po­ża­ło­wa­łam. Niech szlag trafi mnie i moją skłon­ność do mó­wie­nia bez za­sta­no­wie­nia.

Jego cia­sna ko­szulka na ra­miącz­kach uwy­dat­niała wy­rzeź­bione mię­śnie. Ko­lo­rowe ta­tu­aże po­kry­wały jedną stronę jego szyi, klatkę pier­siową i oba ra­miona, a koń­czyły się na knyk­ciach dłoni. Na nad­garstku do­strze­głam mę­ską bran­so­letkę ze skó­rza­nych pa­sków i ćwie­ków. Ciemne włosy miał krótko przy­strzy­żone, a w uszach czarne kol­czyki. Prawą brew męż­czy­zny prze­ci­nała bli­zna, a szczękę po­kry­wał kil­ku­dniowy za­rost.

Gdy wcze­śniej wi­dzia­łam, jak po­su­wał tamtą dziew­czynę, my­śla­łam, że był wy­soki. Na­wet jego cień w ciem­nym po­koju wy­da­wał się spo­rych roz­mia­rów, ale tak na­prawdę nie mia­łam po­ję­cia, jaki w rze­czy­wi­sto­ści był ogromny.

Ten fa­cet nie wy­glą­dał, jakby trzy­mał się z nie­wła­ści­wymi ludźmi.

To on sam był nie­cie­ka­wym ty­pem.

- To by­łaś ty? - za­py­tał. Jego noz­drza za­fa­lo­wały, gdy pa­trzył na mnie mor­der­czym spoj­rze­niem. Nie wie­dzia­łam, co go tak wku­rzyło, ale na ten wi­dok ba­łam się jesz­cze bar­dziej niż parę mi­nut temu. Za­czę­łam ża­ło­wać, że nie po­słu­cha­łam mo­jego in­stynktu i nie ucie­ka­łam, gdy mia­łam oka­zję.

- Naj­wy­raź­niej gówno wiesz, bo wtedy nie mó­wi­ła­byś, że upra­wia­łem z nią seks.

- Wiem, co wi­dzia­łam - opo­no­wa­łam.

- Nie, ja wcale nie upra­wia­łem z nią seksu, tylko ją pie­przy­łem. - To, w jaki spo­sób wy­po­wie­dział słowo "pie­przyć", spra­wiło, że po­czu­łam w majt­kach wil­goć.

Ty głu­pia dziew­czyno. Twój mózg chyba na­prawdę jest uszko­dzony, bo taka osoba nie po­winna wy­wo­ły­wać w to­bie po­dob­nych re­ak­cji.

- Kim ty je­steś? - za­py­tał.

- Je­stem ni­kim - od­par­łam zgod­nie z prawdą. Serce mnie za­bo­lało, gdy wy­po­wie­dzia­łam te słowa na głos.

- Nie je­steś dziwką mo­to­cy­kli­stów - stwier­dził bez­na­mięt­nym to­nem. Prze­chy­lił głowę na bok i przyj­rzał się mi z uwagą. Oglą­dał rysy mo­jej twa­rzy, jakby chciał mnie roz­gryźć. Przyj­rzał się moim ustom, ob­li­zu­jąc wargi ję­zy­kiem.

- Nie wiem, kim je­stem - wark­nę­łam. Pró­bo­wa­łam się od­su­nąć, ale trzy­mał mnie w moc­nym uści­sku.

- Dziwki mo­to­cy­kli­stów nie mają w zwy­czaju trząść się i nie­mal hi­per­wen­ty­lo­wać, kiedy za­bie­rają się za ssa­nie fiuta. - Ści­snął moje nad­garstki tak mocno, że po­czu­łam ból w ra­mio­nach.

- Pusz­czaj! - Szar­pa­łam się, ale nie mo­głam się wy­rwać. Mu­sia­łam się uwol­nić, jed­nak on po­py­chał mnie, aż w końcu zna­la­złam się pod ścianą.

- Więc mó­wisz, że ro­bisz to cały czas? Że wiesz, czego pra­gnie męż­czy­zna? Że po­tra­fisz ro­bić loda jak pro­fe­sjo­na­listka? - Prze­su­nął pal­cem po moim po­liczku, a ja pró­bo­wa­łam stłu­mić w so­bie ogień, który na­gle po­czu­łam. - My­ślisz, że po­tra­fi­ła­byś się mną za­jąć, zwier­za­czku? To świet­nie. Mo­żemy za­cząć tam, gdzie skoń­czy­li­śmy. - Prze­su­nął moje ręce do roz­po­rka spodni. Wi­dzia­łam jego ogromną erek­cję. Na­gle wło­ski na karku sta­nęły mi dęba. - Nie po­ka­żesz mi, do czego je­steś zdolna? - na­kła­niał mnie. Po­czu­łam jego cie­pły od­dech przy uchu, choć same słowa były lo­do­wate. Prze­ra­ża­jące. Nie­mal sły­sza­łam, jak krew pły­nie w mo­ich ży­łach, a serce bije co­raz szyb­ciej i szyb­ciej. - Już raz dzi­siaj przez cie­bie do­sze­dłem.

Spoj­rza­łam na niego, marsz­cząc brwi.

- Kłam­stwo. Na­wet cię dzi­siaj nie do­tknę­łam.

- Nie, nie te­raz. Gdy wi­dzia­łaś mnie wcze­śniej z tamtą dziew­czyną. Sta­nę­łaś w przej­ściu i pa­trzy­łaś na nas. Po­do­bało ci się to, co zo­ba­czy­łaś? Po­do­bało ci się pa­trze­nie, jak dzięki to­bie do­cho­dzę?

- Przy­pi­su­jesz so­bie zbyt wiele za­sług. Nie zo­sta­łam tam, by pa­trzeć na cie­bie. By­łam tylko za­sko­czona. Ty ją nie­mal du­si­łeś. Po co mia­ła­bym pa­trzeć na coś ta­kiego?

Prze­su­nął ręce na moją szyję i ści­snął ją mocno, cho­ciaż wciąż mo­głam od­dy­chać.

- Cho­dzi ci o coś ta­kiego? - za­py­tał, pa­trząc mi pro­sto w oczy. Pró­bo­wa­łam ukryć od­ru­chy prze­ra­że­nia. On ży­wił się moim stra­chem.

- Pieprz się - wark­nę­łam, si­ląc się na od­wagę. Ba­wił się mną. Ba­łam się, ale to nie ozna­czało, że sta­łam się ja­kimś po­py­cha­dłem.

- Wiem, że chcia­łaś być tamtą dziew­czyną. Chcia­łaś, że­bym to w cie­bie wcho­dził. Zła­pa­łem spoj­rze­nie, które mi rzu­ci­łaś, i eks­plo­do­wa­łem. Wi­dzę to, jak pa­trzysz na mnie te­raz i po­mimo stra­chu pra­gniesz mnie, a może na­wet wła­śnie to cię pod­nieca.

- My­lisz się. Nie pa­trzę na cie­bie w taki spo­sób.

- Nie? Więc po­wiedz mi, co tak na­prawdę o mnie my­ślisz, gdy na mnie pa­trzysz. Te­raz. Co się dzieje w tej two­jej ślicz­nej główce?

- Wła­śnie my­śla­łam o tym, jaka to wielka szkoda, że taki przy­stojny wy­gląd mar­nuje się na ta­kiego czło­wieka jak ty.

Uśmiech­nął się ką­ci­kiem ust i ści­snął mnie za szyję jesz­cze moc­niej. Po­chy­lił się tak, że jego po­li­czek do­ty­kał mo­jego, a ja czu­łam na skó­rze wi­bra­cję każ­dego jego słowa.

- Ile ty masz lat, zwier­za­czku?

- A do czego ci ta wie­dza? - wy­sy­cza­łam przez za­ci­śnięte zęby.

- Po pro­stu chcę wie­dzieć, czy seks z tobą jest le­galny. - Od­su­nął się ode mnie i ob­rzu­cił prze­cią­głym spoj­rze­niem. Pu­ścił moje gar­dło i unie­ru­cho­mił mi nad­garstki nad głową. Drugą rękę zbli­żył do mo­ich piersi i prze­su­nął po nich pal­cem. Na ra­mio­nach po­ja­wiła mi się gę­sia skórka.

Ode­tchnę­łam z tru­dem.

- Wi­dzia­łam, co się dzi­siaj tu­taj działo - po­wie­dzia­łam i ski­nę­łam głową w stronę drzwi. - Masz gdzieś to, czy seks ze mną byłby le­galny. - Mój od­dech stał się płytki i ury­wany.

- Nie mam tego gdzieś - po­wie­dział, śmie­jąc się gar­dłowo. - Wła­ści­wie to mam na­dzieję, że z tobą by­łoby nie­le­gal­nie. - Oparł ręce na ścia­nie po obu stro­nach mo­jej głowy, wię­żąc ją i przy­ci­ska­jąc do mnie po­kaźną erek­cję. - Bo bar­dzo do­brze idzie mi w nie­le­gal­nych rze­czach.

Sap­nę­łam i po­czu­łam, że nie mogę od­dy­chać. Pi­snę­łam ci­cho, nie po­tra­fi­łam zde­cy­do­wać, czy chcia­łam się o niego otrzeć, bo te­raz tego po­trze­bo­wa­łam, czy po­win­nam go ude­rzyć cho­ler­nie mocno. Chyba wy­czuł moje wa­ha­nie, bo spoj­rzał mi w oczy i po­krę­cił głową.

- No da­lej, zwier­za­czku. Ale ja bym na twoim miej­scu tego nie ro­bił. - Jego mina była po­ważna, oczy ciemne i nie­bez­pieczne, ale i tak do­strze­ga­łam w nich cień roz­ba­wie­nia. Przy­ci­snął swoje czoło do mo­jego i wes­tchnął. - Mo­gli­by­śmy się nie­źle ze sobą za­ba­wić.

Po­krę­cił głową, a ja po raz pierw­szy do­strze­głam ciemne wory pod jego oczami i za­czer­wie­nione po­wieki. Wy­glą­dał na zmę­czo­nego, ale nie tak, jak czło­wiek czuje się po cięż­kim dniu. To ra­czej było zmę­cze­nie, które nie chciało znik­nąć, nie­ważne, ile czasu się spało lub ile kawy się w sie­bie wlało. Na tego typu zmę­cze­nie od­po­czy­nek nic nie da.

Wie­dzia­łam to, bo czu­łam się tak samo.

Pu­ścił mnie i cof­nął się. W chwili, gdy jego przy­tła­cza­jąca obec­ność znik­nęła z mo­jej oso­bi­stej prze­strzeni, po­czu­łam chłód wy­wo­łany bra­kiem tego męż­czy­zny.

Wziął bu­telkę z szafki noc­nej i udał się w stronę drzwi.

Za­mar­łam, za­ci­snę­łam szczękę i ga­pi­łam się w pod­łogę.

Co się wła­śnie, do cho­lery, wy­da­rzyło?

- Wy­cho­dzisz? - za­py­ta­łam. Moja ulga mie­szała się z ja­kimś cho­rym uczu­ciem roz­cza­ro­wa­nia.

Uchy­lił drzwi i za­trzy­mał się z ręką na klamce. Do środka wle­wała się mu­zyka.

- To był bar­dzo ciężki dzień, a ty przy­ła­pa­łaś mnie w naj­mniej od­po­wied­nim mo­men­cie. I cho­ciaż twoja nie­win­ność bar­dzo mnie pod­nieca, to ja nie je­stem de­li­katny, więc po­win­naś się cie­szyć, że od­cho­dzę. - Upił łyk z bu­telki i rzu­cił mi ostat­nie zdez­o­rien­to­wane spoj­rze­nie, przy­glą­dał się mo­jemu ciału. - Trzy lata temu bez wa­ha­nia tak bym cię ze­rżnął, że nie wie­dzia­ła­byś, jak się na­zy­wasz.

I wtedy znik­nął.

Co to, do cho­lery, miało ozna­czać?

Na­gle mój brzuch za­bur­czał gło­śno. Skrę­ca­jący ból gro­ził, że mnie po­chło­nie. Zgię­łam się wpół, by go za­ła­go­dzić. Jak tylko tu przy­je­cha­łam, za­czę­łam się roz­glą­dać za ja­kimś je­dze­niem, ale na sto­łach stały wy­łącz­nie piwa i inne al­ko­hole. Na sto­liku do kawy le­żało tylko lu­stro, a na nim biały pro­szek, który ja­kiś fa­cet roz­dzie­lał na kre­chy przy po­mocy karty kre­dy­to­wej. Gość wy­glą­dał, jakby mógł być moim dziad­kiem.

Na­gle ktoś za­pu­kał w okno i pod­sko­czy­łam gwał­tow­nie.

- Wpuść mnie, małpo! - Usły­sza­łam do­bie­ga­jący z ze­wnątrz wy­soki głos.

Nikki.

Po­de­szłam do okna chwiej­nym kro­kiem, by pod­nieść ramę. Nikki wkra­dła się do środka i upa­dła na pod­łogę. Jej prze­tłusz­czone rude włosy przy­kle­iły się do mo­krego od potu czoła, a stary szal ze sztucz­nego fu­tra, który z po­czątku był biały, te­raz wy­glą­dał na szary i nie­chluj­nie opa­dał z jej ra­mie­nia.

- Skąd wie­dzia­łaś, że tu je­stem? - za­py­ta­łam. Nie wi­dzia­łam Nikki, od­kąd zo­sta­wiła mnie kilka go­dzin temu na im­pre­zie na dole.

- Ten fa­cet o imie­niu Bear mi po­wie­dział. Mia­łam ochotę usiąść mu na twa­rzy, ale on od­je­chał swoim mo­to­cy­klem z ja­kąś la­ską, która wy­glą­dała jak Tyra Banks.

No i moja oka­zja po­szła się je­bać.

Po­mo­głam Nikki pod­nieść się z pod­łogi.

- I jak było? Jaki on jest? Wi­dzia­łam go na dole wcze­śniej i ja pier­dolę... - Po­pra­wiła ra­miączko to­rebki. - Zro­bi­łaś ten ruch ję­zy­kiem, który ci po­ka­zy­wa­łam? - za­py­tała z ta­kim sa­mym en­tu­zja­zmem, jakby chciała wie­dzieć, czy prze­je­cha­łam się na fe­sty­nie na dia­bel­skim mły­nie. - Spra­wi­łaś, że do­szedł? Czy on do­pro­wa­dził cię do or­ga­zmu? Opo­wiedz mi wszystko.

Wes­tchnę­łam, czu­jąc się po­ko­nana, ale jed­no­cze­śnie mi ulżyło.

- Nie. Do ni­czego nie do­szło. On po pro­stu... wy­szedł.

Nikki zmie­rzyła mnie spoj­rze­niem, a jej mina z eu­fo­rycz­nej zmie­niła się w roz­draż­nioną.

- Nic dziw­nego, że wy­szedł. Wi­dzia­łaś, jak ty, kurwa, wy­glą­dasz? Nie po­win­nam była po­zwo­lić ci przyjść tu na górę, gdy wy­glą­dasz tak jak te­raz.

Spoj­rza­łam na swój zwy­kły szary top, który ścią­gnę­łam za ple­cami, by wy­glą­dał na bar­dziej do­pa­so­wany, i po­strzę­pioną spód­niczkę z ce­ki­nami, które wła­ści­wie w więk­szo­ści po­od­pa­dały. Wie­dzia­łam, że nie wy­glą­da­łam za­chwy­ca­jąco, ale nie mia­łam środ­ków na to, by po­zwo­lić so­bie na za­chwy­ca­jący wy­gląd. Albo cho­ciaż do­bry.

Nikki po­krę­ciła głową. Ge­sty­ku­lu­jąc dziko rę­kami, wska­zy­wała na moje ciało.

- Wy­glą­dasz jak dziecko, które wró­ciło z po­dwórka i ubrało się w rze­czy matki.

Po­cią­gnęła no­sem i po­pra­wiła swoją dżin­sową spód­niczkę, le­dwo za­kry­wa­jącą jej po­śladki. Zie­lony top miał od­bar­wie­nie na pra­wym cycku.

- Te­raz to już nie ma zna­cze­nia. On znik­nął - po­wie­dzia­łam gorzko. - Wy­no­śmy się stąd.

Mu­sia­łam oczy­ścić umysł i wy­my­ślić nowy plan. Który do­ty­czył mię­dzy in­nymi po­zby­cia się Nikki.

- Nie tak szybko, ma­leńka. Co ci się tak śpie­szy? - Nikki ob­ró­ciła się i po­de­szła do drzwi. Prze­krę­ciła w nich za­mek i po­wie­działa: - Zo­baczmy, co tu znaj­dziemy - po­wie­działa we­soło i za­częła otwie­rać jedną szu­fladę po dru­giej, prze­glą­da­jąc ich za­war­tość.

- Co ty, do cho­lery, wy­pra­wiasz? - za­py­ta­łam. - Mu­simy wyjść, i to te­raz. Nie wi­dzia­łaś wy­razu twa­rzy tego fa­ceta. Gdy­byś wi­działa, już dawno by­ły­by­śmy na dru­gim końcu tego stanu.

- Och, za­mknij się, ale ty dra­ma­ty­zu­jesz. Czemu ci tak śpieszno? Poza tym tu­taj jest kli­ma­ty­za­cja. - Nikki za­częła wa­chlo­wać się pod pa­chami. Pod­nio­sła zdję­cie w pla­sti­ko­wej ramce i ob­ró­ciła je w moją stronę. - Słodki dzie­ciak, co?

Prze­su­nęła pal­cami po fo­to­gra­fii, na któ­rej do­strze­głam małą blon­dy­neczkę z lo­kami. Po raz pierw­szy, od­kąd po­zna­łam Nikki, zo­ba­czy­łam na jej twa­rzy uśmiech, jed­nak wy­dał mi się nieco smutny. Po­krę­ciła głową, odło­żyła ramkę na miej­sce i otwo­rzyła dolną szu­fladę, by przej­rzeć znaj­du­jące się w środku pa­piery.

- Ja pier­dolę, BINGO! - krzyk­nęła. Gdy wy­cią­gnęła rękę z szu­flady, za­uwa­ży­łam, że trzy­mała w dłoni gruby plik pie­nię­dzy zwią­zany fio­le­tową gumką. Po­ma­chała nim w po­wie­trzu, a mój żo­łą­dek za­bur­czał w od­po­wie­dzi. Za tyle kasy mo­gła­bym ku­pić dużo je­dze­nia.

Mo­gła­bym dzięki nim za­cząć zu­peł­nie nowe ży­cie.

Ta myśl znik­nęła tak szybko, jak się po­ja­wiła, bo nie było mowy, bym ukra­dła ko­muś pie­nią­dze.

A już na pewno nie jemu.

By­łam zde­spe­ro­wana, ale nie ży­czy­łam so­bie śmierci.

Na­gle roz­legł się gło­śny huk do­cho­dzący zza drzwi.

- Co to ma być, do cho­lery? - krzyk­nął ktoś znaj­du­jący się po dru­giej stro­nie. - Dla­czego są za­mknięte?

- Mu­simy iść! - krzyk­nę­łam. Nikki za­brała ko­lejny plik forsy z szu­flady i po­bie­gła w kie­runku okna. Prze­pchnęła się obok mnie, za­nim po­wie­dzia­łam, że może iść pierw­sza. Po dro­dze zgu­biła kilka do­la­rów.

Nikki prze­ło­żyła do­piero jedną nogę przez okno, gdy na­gle drzwi wy­le­ciały z za­wia­sów, roz­trza­sku­jąc się na mi­lion drew­nia­nych ka­wał­ków. W przej­ściu stał Bear, fa­cet, który wy­słał mnie tu wcze­śniej. Na­sze spoj­rze­nia spo­tkały się na krótką chwilę, a po­tem Bear za­uwa­żył pu­stą szu­fladę, kilka bank­no­tów le­żą­cych na pod­ło­dze i otwarte okno, przez które pró­bo­wała uciec Nikki. Zro­bił krok w na­szą stronę. Nikki się­gnęła do to­rebki i wy­cią­gnęła nie­wielki pi­sto­let. Na­wet nie wie­dzia­łam, że go miała.

- Nie ru­szaj się! - krzyk­nęła, ce­lu­jąc w jego pierś. Za­trzy­mał się i spoj­rzał na nią z unie­sio­nymi brwiami.

- Je­steś pewna, że chcesz to zro­bić? - za­py­tał bez cie­nia stra­chu w gło­sie. Co wię­cej, brzmiał, jakby ją za­chę­cał. Dro­czył się z nią. Jakby to, że ktoś ce­lo­wał do niego z broni, było dla niego normą.

Na­gle na ko­ry­ta­rzu zja­wił się zie­lo­no­oki męż­czy­zna. Moje serce od razu za­biło moc­niej. Kiedy do­strzegł Nikki, uśmiech­nął się ką­ci­kiem ust i po­woli, pew­nym kro­kiem ru­szył w jej stronę, mi­ja­jąc po dro­dze Be­ara.

- Nie waż się, kurwa, ru­szać, bo cię za­strzelę! - Jej głos za­ła­mał się, gdy męż­czy­zna się zbli­żył.

- Więc strze­laj - rzu­cił wy­zy­wa­jąco, ro­biąc ku niej na­stępny krok.

Nikki ob­ró­ciła się w moją stronę. Broń za­drżała jej w dłoni, a w za­łza­wio­nych oczach wi­dzia­łam ja­kieś emo­cje, któ­rych nie po­tra­fi­łam od­szy­fro­wać.

- Tak bar­dzo mi przy­kro - po­wie­działa.

I na­ci­snęła spust.

Usły­sza­łam w le­wym uchu gło­śny huk, jakby ktoś wbił gwóźdź w bryłę lodu. Po­tem za­częło mi dzwo­nić w uszach. Nie mam po­ję­cia, jak skoń­czy­łam na pod­ło­dze, jed­nak le­ża­łam na boku, przy­ci­ska­jąc ko­lana do piersi. Za­mknę­łam oczy, za­kry­łam uszy rę­kami i po pro­stu le­ża­łam, cze­ka­jąc, aż dzwo­nie­nie w mo­jej gło­wie znik­nie. Gdy w końcu nie­przy­jemne do­zna­nie za­częło za­ni­kać, po­czu­łam, jak czy­jeś silne ręce prze­wra­cają mnie na plecy. Moja głowa ude­rzyła o pod­łogę, jakby wa­żyła tonę.

- Ruda znik­nęła - oznaj­mił Bear i stuk­nął w ekran swo­jego te­le­fonu kciu­kiem. - Wy­sła­łem Ca­sha i Tanka, żeby ją zna­leźli i dali znać kilku lu­dziom, by mieli na nią oko. To mia­sto jest na tyle małe, że nie uciek­nie zbyt da­leko nie­zau­wa­żona. Prę­dzej czy póź­niej ją znaj­dziemy.

Zie­lo­no­oki męż­czy­zna spoj­rzał na mnie, przy­su­wa­jąc twarz do mo­jej. Na jego szyi pul­so­wała żyła.

- Naj­wy­raź­niej się my­li­łem. Je­steś dziwką. I małą zło­dziejką. - Wi­dząc moją zdez­o­rien­to­waną minę, mu­siał uznać, że go nie usły­sza­łam, bo od razu od­su­nął mi ręce od uszu. - Po­słu­chaj mnie, ty mała suko... - Za­milkł w po­ło­wie zda­nia i spoj­rzał na moje dło­nie. Ja rów­nież sku­pi­łam na nich wzrok. Zo­ba­czy­łam czer­wone plamy. Męż­czy­zna ujął mój pod­bró­dek i ob­ró­cił mi głowę w prawo i w lewo. Kiedy do­tknął miej­sca tuż przy uchu, po­czu­łam prze­szy­wa­jący ból i za­pła­ka­łam.

- Kurwa - po­wie­dział, a jego palce były po­kryte tą samą czer­wie­nią co moje.

Czy to była krew?

Bear stał z boku, przy­glą­da­jąc się nam z ra­mio­nami skrzy­żo­wa­nymi na piersi. Otwo­rzy­łam usta, by za­py­tać go, co się stało, ale ni­czego nie po­tra­fi­łam z sie­bie wy­du­sić. Męż­czyźni po­wie­dzieli coś do sie­bie, ale ja nie mo­głam ich zro­zu­mieć. Na­gle po­miesz­cze­nie spo­wiła ciem­ność, stop­niowo po­chła­nia­jąc wszystko poza pięk­nym, wku­rzo­nym męż­czy­zną, znaj­du­ją­cym się nade mną.

- Na­wet nie znam two­jego imie­nia - wy­szep­ta­łam.

Udało mi się za­cho­wać przy­tom­ność na tak długo, by usły­szeć jego od­po­wiedź.

- Na­zy­wają mnie King.

I wtedy ciem­ność po­chło­nęła wszystko, łącz­nie ze mną.

ROZ­DZIAŁ 5

King

W ca­łym swoim ży­ciu nie by­łem jesz­cze tak wście­kły. W ciągu mo­jego dwu­dzie­sto­sied­mio­let­niego ży­wota wielu lu­dzi za­znało gniewu Bran­tleya Kinga.

Ale nie­wielu z nich prze­żyło.

Ile ta dziew­czyna w ogóle miała lat? Sie­dem­na­ście? Osiem­na­ście?

Nie zna­łem jej na tyle długo, by móc ją znie­na­wi­dzić, ale i tak czu­łem nie­od­partą ochotę, by owi­nąć ręce wo­kół jej szyi i ją udu­sić. Na­wet le­piej - chcia­łem zdjąć z nad­garst­ków je­den ze skó­rza­nych pa­sków i to nim do­ko­nać eg­ze­ku­cji. Chcia­łem, by po­czuła całą moją fu­rię, gdy wy­ci­skał­bym ży­cie z jej ko­ści­stego ciała. Chcia­łem wy­ła­do­wać na niej moją fru­stra­cję, jed­nak nie tylko na nią by­łem zły. Wście­ka­łem się też na sa­mego sie­bie.

Za­wsze by­łem bar­dzo ostrożny w kwe­stii bez­pie­czeń­stwa, a tym ra­zem po pro­stu scho­wa­łem pie­nią­dze, które dał mi Preppy, do szu­flady.

Do pie­przo­nej szu­flady.

Stary ja, ten sprzed trzech lat, scho­wałby pie­nią­dze w sej­fie na stry­chu i zdą­żył trzy razy zmie­nić kom­bi­na­cje kodu.

Jak to się stało, że z prze­sad­nie ostroż­nego czło­wieka sta­łem się tak nie­dbały?

Po­wi­nie­nem po­sta­wić ochro­nia­rzy przed tymi drzwiami. Za­nim po­sze­dłem do wię­zie­nia, mia­łem kilku wro­gów, a gdy z niego wy­sze­dłem, przy­było mi jesz­cze kilku. Za­po­mnia­łem o wszyst­kich swo­ich za­sa­dach i wpu­ści­łem do mo­jego po­koju dziew­czynę, któ­rej w ogóle nie zna­łem, cho­ciaż po­wi­nie­nem wy­rzu­cić ją stąd w chwili, gdy po­sta­no­wi­łem, że nie będę się z nią pie­przyć.

To było do mnie zu­peł­nie nie­po­do­bne.

Nie prze­le­cia­łem jej, bo się mnie bała? Bo wy­glą­dała na nie­winną i na­iwną? Nie wspo­mi­na­jąc już o tym, że przez nią sta­wał mi ku­tas. Nie­mal do­sze­dłem w ga­ciach, gdy wi­dzia­łem, jak jej ręce trzęsą się przy pa­sku mo­ich spodni. Wmó­wi­łem so­bie, że tego nie po­trze­bo­wa­łem, że wo­la­łem dziew­czynę, która za­ję­łaby się mną jak pro­fe­sjo­na­listka, bo tylko dzięki temu mógł­bym się po­zbyć agre­sji, która we mnie na­ra­stała.

Ale to było kłam­stwo.

Coś we mnie, coś, co mógł­bym nie­mal uznać za świa­do­mość, mó­wiło mi, że nie po­wi­nie­nem wy­ko­rzy­sty­wać tej sy­tu­acji. Nie, to coś mó­wiło mi, że­bym nie wy­ko­rzy­sty­wał jej. Odej­ście, gdy jej po­liczki były jesz­cze za­czer­wie­nione od gniewu, za­wsty­dze­nia i stra­chu, i naj­praw­do­po­dob­niej odro­biny pod­nie­ce­nia, było tor­turą. Wy­ma­gało to ode mnie ogrom­nych na­kła­dów sa­mo­kon­troli, by nie zbli­żyć się do niej znowu i nie wziąć jej pod ścianą.

Ale tak było wcze­śniej. Moja ochota, by ją prze­le­cieć, wy­le­ciała przez okno wraz z jej ko­le­żanką i mo­imi pie­niędzmi. Ru­dej udało się za­brać sześć pa­ty­ków, ale to nie była wielka suma w po­rów­na­niu z tym, ile mu­sia­łem ko­muś jesz­cze za­pła­cić. Tak na­prawdę cho­dziło o ideę. Na­wet dwa centy to by­łoby za dużo.

Dziew­czyna, która le­żała te­raz na moim łóżku, za­płaci mi za to w ten czy inny spo­sób.

Usia­dłem na ma­te­racu i zdją­łem z niej koł­drę. Miała na so­bie za dużą spód­niczkę, która pod­je­chała wy­żej bio­der. Dzięki temu wi­dzia­łem jej białe ba­weł­niane majtki. Prze­su­ną­łem pal­cem po ze­wnętrz­nej czę­ści jej nogi, od kostki aż po udo. Ten zwy­kły do­tyk spra­wił, że za­drża­łem, a mój fiut obu­dził się do ży­cia.

Dziew­czyna była okrop­nie chuda. Miała za­pad­nięte po­liczki i worki pod du­żymi oczami. Łok­cie wy­glą­dały na ko­ści­ste, a że­bra przy­po­mi­nały mi Preppy'ego, bo jego rów­nież wy­sta­wały, gdy go po­zna­łem. Nie była ty­pem dziew­czyny, który za­zwy­czaj lu­bi­łem. Mnie po­do­bały się cycki i ty­łek. Lu­bi­łem się czymś po­ba­wić, pie­prząc la­skę.

Więc dla­czego nie po­tra­fi­łem prze­stać jej do­ty­kać?

Zdją­łem z niej ko­szulkę.

Nie no­siła sta­nika.

Cycki miała małe, ale ide­al­nie okrą­głe. Na ich wi­dok za­czą­łem się za­sta­na­wiać, jak by wy­glą­dały, gdyby dziew­czyna miała tro­chę wię­cej ciała. Chcia­łem pa­trzeć na te cycki, pod­ska­ku­jące tuż przy mo­jej twa­rzy, gdy ona by mnie ujeż­dżała.

Dziew­czyna wes­tchnęła ciężko, ale nie obu­dziła się. Jej od­dech się wy­rów­nał, gdy za­czą­łem le­ni­wie za­ta­czać na jej brzu­chu okręgi pal­cami, tuż przy pępku, a po­tem pie­ścić w ten sam spo­sób okrą­głe piersi. Mu­sia­łem nad sobą bar­dzo pa­no­wać, by nie po­chy­lić się i nie za­cząć ssać jej ró­żo­wych sut­ków. Mia­łem ochotę ugryźć je tak mocno, aż po­la­łaby się krew, a po­tem zli­zał­bym ją z tej bia­łej skóry.

Ni­gdy nie nie­na­wi­dzi­łem i nie pra­gną­łem ko­goś tak bar­dzo jak jej.

Szybki, pełny nie­na­wi­ści seks mógłby po­móc wy­ma­zać z mo­jego umy­słu wspo­mnie­nia, które mnie mę­czyły, ale ta dziew­czyna była ranna i le­żała nie­przy­tomna na moim łóżku.

Teo­re­tycz­nie można po­wie­dzieć, że o nią dba­łem.

Ale teo­re­tycz­nie mia­łem ochotę pie­przyć jej usta, aż by się udła­wiła.

Moje sprzeczne uczu­cia przy­pra­wiały mnie o mi­grenę.

Mu­sia­łem stam­tąd odejść. Nic do­brego nie wy­szłoby z tego, że za­czął­bym jej do­ty­kać, gdy spała, jed­nak nie po­tra­fi­łem opu­ścić łóżka. Wtedy ona po­ru­szyła się nie­znacz­nie we śnie. To mi przy­po­mniało, że wkra­cza­łem na te­ry­to­rium Preppy'ego. Nie mo­głem odejść tak szybko. A co, je­śli ona by się obu­dziła i ze­chciała uciec? Wtedy ni­gdy bym się nie do­wie­dział, do­kąd ruda zbie­gła z mo­imi pie­niędzmi.

Igno­ro­wa­łem fakt, że dziew­czyna tak na­prawdę nie mo­gła uciec, skoro przy­pią­łem ją kaj­dan­kami do wez­gło­wia łóżka. Za­miast zejść z ma­te­raca i po­dejść do drzwi, zdją­łem spodnie i po­ło­ży­łem się obok niej. Przy­tu­li­łem ją ple­cami do sie­bie i na­kry­łem nas ko­cem.

To był mój pierw­szy raz. Ni­gdy wcze­śniej nie spa­łem w łóżku z ko­bietą pod przy­kry­ciem. Ni­gdy nie po­zwa­la­łem, by one za­sy­piały w moim łóżku.

Po­ło­ży­łem rękę na jej wklę­śnię­tym brzu­chu. Gdy po­czu­łem pro­mie­niu­jące z jej ciała cie­pło, mój fiut stał się jesz­cze tward­szy. Pod­par­łem głowę ra­mie­niem i przyj­rza­łem się nam. Za­fa­scy­no­wał mnie kon­trast na­szych ciał - jej blade i ide­alne, moje opa­lone i wy­ta­tu­owane.

Te­raz by­łem tak twardy, że to aż bo­lało.

Po­czu­łem dresz­cze prze­bie­ga­jące po krę­go­słu­pie, gdy po­my­śla­łem o tym, żeby ścią­gnąć z niej te dziew­częce, nie­winne maj­teczki. Wró­ci­łem do tego po­koju tylko dla­tego, że zmie­ni­łem zda­nie. Mimo że wy­glą­dała na nie­winną, sama prze­cież mi sie­bie ofe­ro­wała, więc kim by­łem, by jej od­mó­wić?

Może wię­zie­nie mnie zmie­niło, ale jesz­cze nie by­łem go­towy, by za­ak­cep­to­wać tę zmianę. Zo­sta­łem na dole mo­jego miesz­ka­nia tylko przez dzie­sięć mi­nut, a po­tem za­wró­ci­łem, uda­łem się po­now­nie na górę, by ro­ze­brać tę dziew­czynę, po­chy­lić i po­ka­zać jej, na ja­kiego po­pier­do­lo­nego fa­ceta tra­fiła.

Za­czą­łem okrę­cać na palcu ko­smyk jej nie­mal bia­łych wło­sów. Raz po raz przy­po­mi­na­łem so­bie, że ta dziew­czyna była zło­dziejką i dziwką, a ja mia­łem pełne prawo, by uka­rać ją za to, co mi ukra­dła.

Ta suka była moja. Mo­głem ją so­bie wziąć.

A jed­nak mimo że bar­dzo chcia­łem na nią wejść i za­nu­rzyć się w jej cipce, nie mo­głem się do tego zmu­sić.

Ta dziew­czyna kryła w so­bie ja­kąś hi­sto­rię, która nie wy­da­wała się taka oczy­wi­sta na pierw­szy rzut oka. Jej przy­ja­ciółka była naj­wy­raź­niej ćpunką, bo źre­nice miała mocno roz­sze­rzone, a nos za­czer­wie­niony. Ale ta mała nie za­cho­wy­wała się jak ćpunka, cho­ciaż pa­trząc na jej wy­chu­dzoną syl­we­tkę i znisz­czone ciu­chy, by­łem nie­mal pewny, że za­częła się krę­cić koło Be­ara i jego kum­pli wła­śnie dla nar­ko­ty­ków.

Do­wiem się, jaka jest jej hi­sto­ria, gdy tylko się obu­dzi. Wtedy zde­cy­duję, ja­kie po­czy­nię wo­bec niej kroki. Jed­nak na pewno bę­dzie miało to coś wspól­nego z nią nagą i klę­czącą przede mną.

Ode­tchnęła głę­boko we śnie, a ja za­mar­łem. Ba­łem się, że może się obu­dzić, za­nim wyjdę z łóżka. Co naj­dziw­niej­sze, jej ciało roz­luź­niło się przy mnie, a jej ty­łek przy­ci­snął się do mo­jej nie­ustan­nej erek­cji.

Zdu­si­łem w so­bie jęk.

Dzie­liły nas tylko moje bok­serki i jej majtki. Mia­łem ochotę wbić się w nią, ulżyć moim obo­la­łym ja­jom, ale po­wstrzy­ma­łem się i wy­sze­dłem z łóżka tak szybko, jak się w nim zna­la­złem.

Pod­nio­słem spodnie z pod­łogi i je za­ło­ży­łem. Za­nim wy­sze­dłem z po­koju, spoj­rza­łem raz jesz­cze w stronę śpią­cej dziew­czyny. Świa­tło księ­życa wpa­dało przez okno, jej włosy wy­da­wały się przez to jesz­cze ja­śniej­sze, a skóra biel­sza.

Bar­dziej na­wie­dzona.

Nie wie­dzia­łem, czy po­wi­nie­nem ją za­bić, czy wy­ru­chać.

A może jedno i dru­gie. Ale i tak jedna rzecz była pewna - w ten czy inny spo­sób ona bę­dzie jesz­cze krzy­czeć.

W końcu za­czy­na­łem się czuć jak stary ja.

ROZ­DZIAŁ 6

Doe

Obu­dziła m się za­spana i zdez­o­rien­to­wana. Mia­łam wra­że­nie, że głowa za­raz mi eks­plo­duje, tak mnie bo­lała. Ma­te­rac, na któ­rym le­ża­łam, był miękki, a po­ściel przy­jem­nie chłodna. To o wiele lep­sza al­ter­na­tywa w po­rów­na­niu z ław­kami w parku i chod­ni­kiem, które za­zwy­czaj ro­biły za moje łóżko.

Wy­cią­gnę­łam po ko­lei nogi, a po­tem unio­słam ręce i zro­bi­łam z nimi to samo. Do­piero po chwili spo­strze­głam, że moja lewa ręka była unie­ru­cho­miona. Otwo­rzy­łam oczy, gdy usły­sza­łam ja­kieś dzwo­nie­nie. Oka­zało się, że nad­gar­stek mia­łam przy­pięty do wez­gło­wia.

Kaj­dan­kami.

Kurwa.

Usia­dłam szybko i ro­zej­rza­łam się spa­ni­ko­wana. Po­czu­łam ostry ból z boku głowy, kiedy otar­łam nią o ra­mię. Do­tknę­łam jej i po­czu­łam, że lewe ucho mia­łam opa­trzone. Po­tem przy­po­mniały mi się wy­da­rze­nia z po­przed­niej nocy.

Po­strze­lono mnie. Nikki mnie po­strze­liła.

Znaj­do­wa­łam się w tym sa­mym po­koju co wczo­raj, jed­nak te­raz, w świe­tle dnia, wi­dzia­łam wszystko le­piej. W no­gach łóżka stała drew­niana ko­moda, odra­pana na ro­gach. Na niej usta­wiono duży pła­ski te­le­wi­zor. Szafa z roz­su­wa­nymi drzwiami zaj­mo­wała całą ścianę po mo­jej pra­wej stro­nie. W tym po­koju nie zmie­ści­łoby się już nic wię­cej, poza sto­li­kiem, który stał obok łóżka. Było tu przy­tul­nie, szcze­gól­nie że na ma­te­racu le­żał ciem­no­nie­bie­ski plu­szowy koc. Wez­gło­wie łóżka było pro­ste, me­ta­lowe. I by­łam do niego przy­wią­zana.

Gdzie moje ubra­nia?

Sie­dzia­łam naga od pasa w górę. Na szczę­ście mia­łam na so­bie majtki.

Mu­sia­łam się stąd wy­do­stać.

Ści­snęło mnie w żo­łądku. Jęk­nę­łam ża­ło­śnie i przy­ło­ży­łam rękę do brzu­cha. Wtedy drzwi otwo­rzyły się i po­ja­wił się męż­czy­zna, któ­rego po­zna­łam wczo­raj.

"Na­zy­wają mnie King".

Wszedł do po­koju, tak jakby do­piero co wy­szedł przez bramy pie­kła i zna­lazł się na ziemi, gdzie wku­rzała go sama obec­ność nas, ża­ło­snych śmier­tel­ni­ków. Spoj­rze­nie miał sta­now­cze, prze­szy­wa­jące mnie na wskroś.

- Imię - za­żą­dał, za­my­ka­jąc za sobą drzwi. Pod­szedł do łóżka i za­ło­żył mu­sku­larne ra­miona na piersi. Za­uwa­ży­łam, że żyła pul­so­wała mu na szyi pod ta­tu­ażami.

Spoj­rzał na moją pierś, a ja za­kry­łam ra­mio­nami cycki.

- Co cię to ob­cho­dzi? - wark­nę­łam. King miał na so­bie te same ciemne ubra­nia co wczo­raj i te same skó­rzane pa­ski na ra­mio­nach. Dziś za­ło­żył do tego zie­loną czapkę. W świe­tle dnia do­strze­głam, że jego ta­tu­aże są bar­dzo skom­pli­ko­wane. Je­śli przy­mknąć oko na to, że King był prze­ra­ża­jący, to na­le­żało uznać go za cho­ler­nie sek­sow­nego. Oczy miał tak ciem­no­zie­lone, że wy­glą­dały nie­mal na czarne, a usta pełne i lekko ró­żowe.

- Do­sze­dłem do wnio­sku, że mo­żemy, kurwa, za­cząć od two­jego imie­nia, a po­tem zaj­miemy się tym, do­kąd ucie­kła tamta suka z mo­imi pie­niędzmi - syk­nął.

Był naj­bar­dziej prze­ra­ża­ją­cym i jed­no­cze­śnie naj­pięk­niej­szym męż­czy­zną, ja­kiego wi­dzia­łam w ży­ciu. Ba­łam się ciem­no­ści, bo rze­czy za­wsze w nocy wy­da­wały się strasz­niej­sze, zwłasz­cza gdy mój umysł wszystko wy­ol­brzy­miał. Na szczę­ście King w świe­tle sło­necz­nym wy­da­wał się jesz­cze lep­szy. Bar­dziej za­wsty­dza­jący, za­trwa­ża­jący, wście­kły... pięk­niej­szy.

- Ukra­dłaś mi coś, zwier­za­czku. To twoja je­dyna szansa, by po­wie­dzieć mi, do­kąd się udała ta ruda suka. Za­pła­cisz mi za to w ten czy inny spo­sób, ale je­śli od­po­wiesz mi te­raz, to oszczę­dzę ci ży­cie.

Za­częło mi się krę­cić w gło­wie, po­czu­łam się słabo. Stawką było moje ży­cie, ale ja po­tra­fi­łam się sku­pić tylko na try­wial­nych spra­wach.

- Gdzie są moje ubra­nia? - za­py­ta­łam.

- Ukra­dłaś mi, kurwa, sześć ty­sięcy. Twoje za­srane ubra­nia po­winny być ostat­nią rze­czą, o jaką bę­dziesz się te­raz mar­twić.

Ja­sna cho­lera! Sześć ty­sięcy?

Pie­przona Nikki.

- Nie po­gry­waj ze mną, dziew­czyno. - King zła­pał mnie za nad­gar­stek i po­cią­gnął, prze­su­wa­jąc mnie tak, że le­ża­łam te­raz pła­sko na ple­cach. Jedną rękę mia­łam wy­cią­gniętą za głową, bo wciąż była przy­mo­co­wana kaj­dan­kami do łóżka. Drugą chwy­ci­łam się za po­ściel. Gdy le­ża­łam w ten spo­sób, za­uwa­ży­łam, że moje piersi były mocno wy­eks­po­no­wane. - Bo­isz się, że cię prze­le­cia­łem, gdy spa­łaś? Może to zro­bi­łem. Te­raz na­uczysz się, że mogę zro­bić z tobą, co tylko chcę, kiedy tego chcę i jak chcę. Bo te­raz je­steś, kurwa, moja.

Przez długi czas ży­łam na uli­cach, zna­la­złam się w wielu nie­bez­piecz­nych sy­tu­acjach. Skrę­cało mnie ze stra­chu w żo­łądku, skóra mi cier­pła, a serce przy­spie­szało. Bar­dzo do­brze za­zna­jo­mi­łam się z po­czu­ciem stra­chu.

By­łam jed­nak pewna, że King nie bał się ni­czego.

- Nie pró­buj za­kry­wać tych two­ich ślicz­nych cyc­ków. Wczo­raj wie­czo­rem chcia­łaś oto­czyć ustami mo­jego fiuta, więc nie za­sła­niaj się te­raz przede mną. Cho­ciaż mu­szę przy­znać, że od­kąd uj­rza­łem te twoje dziew­częce maj­teczki, nie­ustan­nie je­stem twardy. - King po­chy­lił się i usiadł na mnie okra­kiem. Ujął w dło­nie moje po­liczki. Pró­bo­wa­łam mu się wy­rwać, jed­nak wbił mi palce w szczękę i zmu­sił mnie, bym na niego spoj­rzała. - Chcesz się do­wie­dzieć, co ro­bię z ludźmi, któ­rzy mnie okra­dają?

- Nie - wy­dy­sza­łam. Nie chcia­łam.

- Po­wie­dział­bym, że mo­żesz spy­tać ko­goś z tych śmiał­ków, ma­leńka, jed­nak ża­den z nich już nie od­dy­cha.

Cho­lera.

- Nie mam po­ję­cia, gdzie ona jest. Przy­się­gam. Pro­szę, po pro­stu mnie uwol­nij - bła­ga­łam, wier­cąc się pod nim. Nie chcia­łam umie­rać przez głu­potę Nikki. - Mo­żemy się ja­koś do­ga­dać - po­wie­dzia­łam. Nie wie­dzia­łam, co mia­łam przez to na my­śli, ale wci­snę­ła­bym mu każdy kit, byle tylko się stąd wy­do­stać.

King zmie­rzył mnie spoj­rze­niem.

- Nie je­stem za­in­te­re­so­wany. Ten sta­tek już od­pły­nął - od­parł i po­chy­lił się nade mną, prze­su­wa­jąc pal­cem po mo­ich wy­sta­ją­cych oboj­czy­kach. - Może i je­steś ładna, zwier­za­czku, a na wi­dok two­ich oczu ro­bię się twardy, ale z cie­bie jest sama skóra i ko­ści. Poza tym ja nie pie­przę się z ćpun­kami.

- Nie je­stem, kurwa, żadną ćpunką! - krzyk­nę­łam gło­śno. Wście­ka­łam się, gdy ktoś mnie tak na­zy­wał tylko dla­tego, że ży­łam na ulicy, a tak na­prawdę ani razu nie tknę­łam nar­ko­ty­ków.

- Gówno prawda! Nie ma in­nego wy­ja­śnie­nia. To oczy­wi­ste, że chcia­łaś mnie okraść, by ku­pić so­bie ko­lejną działkę. I wiem, że nie je­steś stąd, bo gdyby tak było, nie mia­ła­byś jaj, by mnie okra­dać. - Jego głos sta­wał się gło­śniej­szy z każ­dym sło­wem, a wzrok zimny jak lód. My­ślał, że by­łam taka jak Nikki. Że by­łam ćpunką. Spo­dzie­wał się, że okażę po­korę.

Cóż, po­my­lił się.

- Gówno mnie ob­cho­dzi, kim je­steś, ty dupku - syk­nę­łam. - Naj­wy­raź­niej nie je­steś tak mą­dry, za ja­kiego się masz. Po­wiedz mi, kto wy­zna­czył cię na sę­dziego wszyst­kich lu­dzi?

My­śla­łam, że moje słowa roz­pę­tają wojnę mię­dzy nami, ale King nie wy­glą­dał na bar­dziej wku­rzo­nego. Te­raz wy­da­wał się ra­czej lekko roz­ba­wiony.

- Po­nie­kąd masz ra­cję. Kiedy cho­dzi o mnie i o to, co moje, to ja je­stem sę­dzią. Je­stem też ławą przy­się­głych, więc rów­nie do­brze mogę być też cho­ler­nym eg­ze­ku­to­rem.

Jego słowa nie miały na­wet oka­zji, by do mnie tra­fić, bo na­gle brzuch mi gło­śno za­bur­czał. King spoj­rzał na moją rękę, którą obej­mo­wa­łam się w pa­sie, by zła­go­dzić nie­usta­jący ból. Znowu zro­biło mi się słabo, ale udało mi się zwal­czyć to uczu­cie.

King wy­pro­sto­wał się, wciąż sie­dząc na mnie okra­kiem. Pod­nio­słam się na tyle, na ile po­zwa­lały mi kaj­danki, i spoj­rza­łam mu pro­sto w twarz.

- To Nikki jest ćpunką. Ja po pro­stu je­stem głodna, ty pie­przony dupku! - wark­nę­łam.

King za­ci­snął ręce w pię­ści i uniósł ra­mię. Sku­pi­łam się i za­kry­wa­jąc twarz dłońmi, przy­go­to­wa­łam się na cios.

Ale on nie nad­szedł.

Po chwili otwo­rzy­łam oczy i za­uwa­ży­łam, że King ga­pił się na mnie z unie­sioną ręką, ale nie wy­glą­dał na wście­kłego. Prze­su­nął dło­nią po krót­kich wło­sach, marsz­cząc brwi. Wy­da­wał się zdez­o­rien­to­wany.

Le­ża­łam zwią­zana na jego łóżku i nie mia­łam moż­li­wo­ści ucieczki. Nie wie­dzia­łam, co się ze mną sta­nie. I to nie była od­po­wied­nia chwila na to, bym do­stała sło­wo­toku.

- Prze­pra­szam. Nie chcia­łam. To zna­czy, ja tylko...

- Za­mknij się - po­wie­dział, od­zy­sku­jąc nad sobą kon­trolę.

- Nie je­stem ćpunką. Ni­gdy nie bra­łam. A przy­naj­mniej nic mi o tym nie wia­domo. Bo wi­dzisz, cho­dzi o to, że...

- Za­mknij się.

Znowu za­bur­czało mi w żo­łądku. Czu­łam tam taki ucisk, że nie­mal wi­dzia­łam gwiazdy przed oczami. Mu­sia­łam coś zjeść. Mu­sia­łam stąd uciec. Być gdzie­kol­wiek, byle nie w jego łóżku.

- Przy­się­gam, nie za­bra­łam two­ich pie­nię­dzy. To nie ja. Nie taki był plan. Ja mia­łam tylko prze­ko­nać mo­to­cy­kli­stę do...

- Za­mknij się, do kurwy nę­dzy! - wy­darł się. Jego wy­buch sku­tecz­nie uci­szył mój atak szcze­ro­ści.

Po­czu­łam ko­lejne skur­cze w żo­łądku. Za­mknę­łam więc oczy i cze­ka­łam, aż mi przej­dzie. Chcia­łam ob­li­zać po­pę­kane wargi, ale za­schło mi w ustach z głodu. King wy­cią­gnął rękę i mu­snął mój po­li­czek dło­nią. By­łam tak sku­piona na tym, by nie ze­mdleć, że le­dwo czu­łam jego do­tyk. Przez kilka chwil sły­sza­łam wy­łącz­nie bi­cie wła­snego serca, a po­tem King wstał na­gle i wy­szedł, za­trza­sku­jąc za sobą drzwi.

By­łam jego więź­niem.

Wie­dzia­łam, że albo umrę z głodu, albo ze stra­chu, albo z rąk Kinga. Nie było jed­nak te­raz ważne, w jaki spo­sób się to sta­nie, bo zy­ska­łam pew­ność, że już nie wyjdę z tego domu.

A przy­naj­mniej nie żywa.