ROZDZIAŁ TRZECI
DOBRA WRÓŻKA
- Już jestem! - Spocona wpadła do mikroskopijnego przedpokoju i z ulgą rzuciła torby na podłogę. - Cholera, jajka! - ofuknęła sama siebie i zaczęła wypakowywać zakupy. Ostrożnie odchyliła wieczko opakowania, by sprawdzić, czy żadne nie pękło. - Fuks - westchnęła z ulgą.
Z kieszeni jej kurtki wystawała czapka, spocone włosy przykleiły się do czoła, a frędzle szalika plątały się w okolicy kolan. Ściągnęła buty bez rozwiązywania, a ubranie odwiesiła, żeby wyschło. Śnieg nie przestawał padać i do bloku weszła obsypana cienką warstwą białego puchu, który błyskawicznie stopniał.
Ramieniem otarła twarz, przy okazji rozmazując makijaż, i weszła do pokoju.
- Babcia Danusia?! - zawołała na widok kobiety siedzącej na fotelu. Starsza pani na złączonych kolanach, zakrytych brązową, sztruksową spódnicą, trzymała talerzyk z filiżanką.
- Tak sobie pomyślałam, że odwiedzę mojego ulubionego wnuka.
Witek lekko wzruszył ramionami. Magda ucieszyła się, że w pokoju panował porządek, a jej mąż prezentował się nienagannie. Po raz pierwszy od powrotu ze szpitala. Siedział na złożonej wersalce, a złamaną nogę trzymał na pufie.
- Cześć, kochanie. - Podeszła do niego i cmoknęła go w gładki policzek, zadowolona z efektów porannej rozmowy. - Pochowam zakupy i upichcę szybki obiad. Na pewno jesteście głodni.
- Nie kłopocz się. My już jedliśmy. Na kuchence jest zupa, a w drugim garnku gulasz.
- Babciu, nie musiałaś... - Magda wbrew temu, co powiedziała, prawie klasnęła z radości. Nikt nie gotował lepiej od Danuty.
Po przekroczeniu progu kuchni przekonała się, że jedzenia mieli co najmniej na tydzień. Krupnik, bigos, sałatka, rolada, kotlety mielone, mus jabłkowy i ciasto drożdżowe.
- Jak to wszystko przywiozłaś? - krzyknęła w głąb mieszkania. Zakrzątnęła się, porządkując mikroskopijną przestrzeń, a następnie wyjęła talerz i nalała zupy aż po brzegi.
- Znajomy jechał do miasta, to się z nim zapakowałam! - odkrzyknęła Danuta.
Od razu było wiadomo, że babcia i Witek to rodzina. Mimo prawie osiemdziesięciu lat Danuta trzymała się prosto i nie przepuściła żadnej nadarzającej się okazji, by korzystać z życia. Należała do kółka dyskusyjnego w swojej bibliotece, regularnie chodziła na spacery z kijkami i jeździła na autokarowe pielgrzymki organizowane przez jej parafię. W dodatku od kilku miesięcy uczęszczała na jogę i zachwycała się, że wreszcie w kościele może modlić się, jak należy, bo wcześniej kolana tak ją bolały, że nie była w stanie uklęknąć. Słowo "niemożliwe" nie istniało w jej słowniku.
- Co robiliście ciekawego? - zapytała Magda, gdy usiadła przy stole. Spróbowała rozgrzewającej zupy. - Pyszna. Tego mi było trzeba.
- A nic, porozmawialiśmy sobie.
Zawstydzony Witek spuścił głowę, co zaintrygowało Magdę, ale poczekała, aż babcia sama dojdzie do sedna.
- I wpadłam na pewien pomysł. - Danuta uśmiechnęła się szelmowsko. Poruszyła stopami w wełnianych kapciach, które kiedyś do nich przyniosła. Poprawiła się na siedzeniu, gotowa do dłuższej przemowy. Odstawiła pustą filiżankę, oblizała usta pomalowane niezbyt równo jaskrawą szminką, przeczesała palcami włosy układane na wałki i splotła dłonie na udach. - Bo mnie bardzo zależy na tym różańcu z Guadalupe. A Witek powiedział, że wszystko stracone, że z jego winy nie jedziecie i takie tam głupotki. - Zatrzepotała ręką przypominającą skrzydło małego ptaka. - I tak sobie pokalkulowałam, poanalizowałam i wydedukowałam, co musicie zrobić.
Magda zamarła z uniesioną łyżką, z której uciekło kilka ziaren kaszy. Witek zacisnął wargi, aż zamieniły się w bladą kreskę.
- Musicie dalej realizować swój plan.
- Babciu, co ty opowiadasz... - Magda nie wytrzymała. Czyżby starszej kobiecie zaczęło się mieszać w głowie? - Niby jak? - Palcem wskazała na nogę męża wyciągniętą w jej kierunku.
- Normalnie. Jak już Witek wyzdrowieje.
- Tak pewnie zrobimy, ale nie do końca wiadomo, kiedy to nastąpi. Bilety już oddaliśmy. Witek musi odwołać swoje zlecenia, bo nie będzie w stanie pracować.
- Daj mi dokończyć. A jak Wituś miał zarobić te dodatkowe parę groszy?
- Grając rolę Świętego Mikołaja. Przedszkole, dom spokojnej starości, impreza firmowa, szkoła... Już nie pamiętam, gdzie jeszcze, czasami miałem mieć dwa wystąpienia w jednym dniu. - Wyliczył jej mąż zrezygnowanym tonem, poprawiając się na wersalce, z grymasem bólu malującym się na twarzy. - W sumie kupa kasy, szkoda, że przejdzie nam koło nosa.
- Ale nie musi.
- Babciu... - Magda zachichotała nerwowo, coraz bardziej poirytowana tą rozmową. Miała dosyć zgadywania, co takiego chciała im przekazać kobieta.
- No czekaj, dziecko, wy, młodzi, to tacy niecierpliwi. Bo ja tak sobie myślę, że pieniądze i tak wam potrzebne, na rehabilitację. Żeby Witek szybciej stanął na nogi.
- Zdaję sobie z tego sprawę, weźmiemy z oszczędności na wyjazd. To nie problem. - Zrezygnowana Magda potulnie toczyła rozmowę, machinalnie jedząc zupę, która zdążyła przestygnąć.
- To za co potem pojedziecie po mój różaniec i medalik? - zatroskała się babcia.
- Medalik?
- No, jak mam dłużej czekać, to liczę na jakąś rekompensatę. - Starsza kobieta zadarła brodę, udając zagniewaną, ale w jej oczach tańczyły iskierki rozbawienia.
- Dobrze, już dobrze. Medalik, zapamiętamy. Ale odłóżmy ten temat, bo póki Witkowi nie zrośnie się noga, nie ma mowy o żadnej wycieczce.
- Ach, kochani. Tak łatwo się poddajecie. Wszystko byście chcieli od razu, nic nie myślicie o przyszłości. Witek wydobrzeje szybciej, niż wam się wydaje. I kto wie, może z jakiegoś powodu lepiej, żebyście pojechali kilka miesięcy później niż teraz. Kto wie... - powtórzyła nieco refleksyjnie, kiwając głową, jakby na potwierdzenie bogatego doświadczenia i tajemnej wiedzy zdobytych przez dekady. - Ale dość tego smęcenia. Uważam, że i tak warto zrealizować te zlecenia...
- Babciu! Jak to sobie wyobrażasz? - Witek odezwał się zbulwersowany. - Widziałaś kiedyś Mikołaja ze złamaną nogą? Mam mieć spotkanie z dzieciakami. Minimum zdolności motorycznych by się przydało.
- Wituś, Wituś... ech. A masz ten strój?
- Jaki?
- Mikołaja! Czy w tym szpitalu na pewno dobrze sprawdzili ci głowę?
- Przyniosę. - Zaintrygowana Magda wstała od stołu, zaniosła talerz do kuchni i zabrała z niej taboret. Oboje z Witkiem zostali obdarzeni odpowiednim wzrostem i mogła bez trudu sięgnąć do pawlacza w przedpokoju bez drabiny, korzystając tylko ze zwykłego stołka.
- Proszę bardzo. Prosto z lumpeksu. - Z papierowej torby wyjęła wymięty welurowy kostium, który lata świetności miał już za sobą. Do tego szeroki, lakierowany pas z ostentacyjną sprzączką, skotłowaną brodę, okulary i czapkę. Za drzwiami w kuchni stał pastorał, a w szufladzie leżał złożony worek jutowy, który docelowo miał się wypełnić podarkami. - Wymaga odświeżenia, ale teraz to już nie ma znaczenia. - Wyjaśniła apatycznie, zastanawiając się, co teraz zrobią z tymi wątpliwymi skarbami. Rozłożyła czerwony kaftan na jednym krześle, spodnie na drugim. Lekko wygładziła materiał dłonią. Czapkę bezradnie trzymała w dłoniach, miętosząc przybrudzony pompon.
- A buty? Wituś, jakie chciałeś założyć buty?
- Mamy z Magdą ten sam rozmiar stopy, więc jej glany, jeszcze z czasów liceum - burknął. Omijał wzrokiem kostium, jakby samo patrzenie przypominało mu o straconej szansie na kilkumiesięczną wyprawę. Westchnął teatralnie, oparł głowę na wersalce i zakrył twarz ramieniem.
- Chcesz tabletkę przeciwbólową? - Czujna Magda zareagowała od razu.
- Dzięki, nic mi nie jest.
Na chwilę zapadła cisza, tylko Danuta wciąż pogodnie lustrowała ubranie i najwyraźniej świetnie się bawiła, wprawiając ich w konsternację.
- Niech ktoś założy ten strój, chcę zobaczyć, czy nie trzeba czegoś poprawić - rzuciła szybko i zatarła ręce. Nie znosiła bezczynności i teraz najwyraźniej uznała, że z braku innego zadania zajmie się podrasowaniem zużytego kostiumu.
- No przecież moja noga z usztywnieniem nie wejdzie w nogawkę - zajęczał Witek.
- Magda? - Babcia ponaglająco kiwnęła brodą.
- Ja? Ale dlaczego?
- Dlaczego, dlaczego... Macie te same gabaryty i jesteś płaska jak deska. No dalej, nie daj się prosić. Zaraz i tak muszę uciekać, bo mnie tu noc zastanie.
- Babciu, proszę, nie każ mi tego robić. Jestem zmęczona po pracy. Poza tym nie widzę sensu. Ten strój śmierdzi. Nie był jeszcze prany. - Z trudem przełknęła uwagę o mało kobiecej klatce piersiowej.
- Proszę, Madziu kochana, zrób to dla starej, zdziwaczałej kobiety. Bo nie dam wam spokoju - zagroziła bez skrupułów.
Danuta miała dar negocjacji, każdego zmusiłaby do tego, by tańczył tak, jak mu zagra. Obojętnie, jak absurdalna była jej prośba.
Magda ciężko podniosła się z krzesła. Zgarnęła akcesoria świętego, uwielbianego przez chyba wszystkie dzieci na świecie, i zgarbiona, powłócząc nogami, ruszyła w stronę łazienki.
Gdy tylko założyła spodnie, narzuciła kaftan i spięła się w pasie trochę popękanym na krawędziach pasem, coś się w niej zmieniło. Z każdym kolejnym oddechem zyskiwała więcej energii. Rozejrzała się i ze sznurka wiszącego nad wanną zdjęła ręczniki. Zwinęła je i wepchnęła pod kostium w okolice brzucha. Krytycznie przejrzała się w lustrze, obróciła i staranniej przystąpiła do transformacji w Mikołaja. Zorientowała się, że sprawia jej to przyjemność. Kiedy na głowę wsunęła czapkę, a jej twarz zakryły broda i okulary, nie poznała swojego odbicia.
Rozbawiona stłumiła śmiech. Babcia miała niezły pomysł. Nie rozumiała, dlaczego to robi, ale na pewno świetnie się przy tym bawiła.
- Ho! Ho! Ho! - Wkroczyła do dużego pokoju z wypiętym brzuchem, dłonie w rękawiczkach zatknęła za szeroki pasek. - Czy są tu grzeczne dzieci? - zagrzmiała, kołysząc się na piętach. Tego nie dopilnowała. Wciąż miała na stopach puchate kapcie zajączki. Nie dość, że nie pasowały do reszty stroju, to jeszcze psuły ostateczny efekt.
- Ja cię... - Witek aż sięgnął po kule. Z trudem się podniósł i ostrożnie obszedł Magdę. - Niesamowite.
- No tak, no tak... niewiele pracy zostało. Okrągłe policzki są idealne, ale te cienkie brwi... i ten chód. Głos całkiem niezły. Dobrze ci to wychodzi. - Babcia uniosła oba kciuki. Z aprobatą obserwowała żonę swojego wnuka przebraną za Mikołaja.
- Czy wreszcie powiesz, o co w tym wszystkim chodzi? - Magda podparła się pod boki, nie zamierzając dalej ciągnąć tej szopki. Chociaż się ubawiła, to reakcja ich gościa wprawiła ją w stan czujności. Starsza pani zdecydowanie coś knuła i niekoniecznie musiało się im to spodobać.