Ta środa
Witold
Godzina 6.10
Sięga po koszulę. Lustro na drzwiach szafy odbija jego postać. Przybliża twarz, by przyjrzeć się niewielkiej rance po zacięciu żyletką. Otwiera drewniane meblowe skrzydło i - jakby przerzucał strony jakiejś księgi - wertuje wieszaki. Wszystkie w jednej tonacj. Koszule zawieszone na nich są nieskazitelne. Wyprasowane, zapięte tylko na jeden guzik przy kołnierzyku. Wiszą. Jedna w jedną. Kilka białych, potem kremowe, jasny róż, błękit - tęcza barw. Zdejmuje pierwszą z brzegu. Białą z kołnierzem button down. Wypina guziki, by zawiązać krawat. Są małe i wysmykują się spod niezgrabnych męskich palców. Gotowe. Wygląda dobrze. Mimo to czuje wewnętrzne rozdrażnienie. Pełza w nim - od klatki piersiowej po brzuch, by umościć się tam na dobre, mierzić nieprzyjemnie, mrowić.
Nie lubił, jak Anna wyjeżdżała do matki, mimo to wolał, kiedy ona jechała, niż gdy udawali się razem na wieś. Nie przepadał za teściową, drażniła go, choć w zasadzie nie wiedział dlaczego. I chyba była to wzajemna ansa, co sprawiało, że ani jedna, ani druga strona nie nalegała na odwiedziny. Od jakiegoś czasu po powrocie z domu rodzinnego żona wydawała mu się inna, jakby pobyt tam ją rozstrajał i potrzeba było dnia, niekiedy dwóch, by znów funkcjonowała nienagannie. Niczym świetnie zaprogramowany mechanizm.
Godzina 14.40
Daria puka dyskretnie do gabinetu i jeszcze zanim usłyszy "proszę", uchyla drzwi i wsuwa głowę do środka.
- Miałam prezesowi przypomnieć o telefonie do żony.
Sponad sterty dokumentów i ekranu komputera podnosi wzrok na asystentkę, a potem przenosi go na zegar, choć jego nadgarstek zdobi drogi Zenith El Primero 36.000 VPH Chronograph, zakupiony w przypływie szaleństwa po ostatniej hossie. Oprócz zegarka kupił wówczas też mosiężną figurkę z drogiego szkła przedstawiającą byka w charakterystycznej pozie - z rogami przygotowanymi do przypuszczenia ataku. W ostatnich czasach stała na jego biurku obok rodzinnego zdjęcia, na którym wszyscy wyglądają na szczęśliwych. O tak, lubił dobre zegarki i nowoczesny design.
- Ech... - wzdycha pod nosem i środkowym palcem trze czoło, jakby wycierał sperlony pot. - Cholera, cholera! Na śmierć zapomniałem! Mam ją odebrać z dworca.
Rozgląda się, jakby szukał kogoś, kto go wyręczy, ale na próżno. Jest sam. Sam w swoim gabinecie świetnie prosperującej firmy WitAn. Od paru lat to tu jest jego azyl. Tutaj uwalnia się w nim energia, uśpiona w domu, w którym wszystko toczy się monotonnie, by nie rzec: nudnie i powszednio. Zwłaszcza teraz, gdy zostali sami. Paulina na dobre zakorzeniła się w Anglii - wprawdzie ostatnie tygodnie spędzała w Polsce, ale zajęta swoimi sprawami rzadko ich odwiedzała, wymigując się nadmiarem obowiązków, które przywiały ją na jakiś czas do kraju. Karol zaś poza Warszawą nie widział świata - to było jego miejsce na ziemi.
Witold Pawlicki wiele lat pracował na swoją pozycję, zaczynając w dużej krajowej firmie POLLAND od specjalisty do spraw zakupów produkcyjnych; jego rolą było pozyskiwanie polskich i zagranicznych dostawców. Później zarządzał transakcjami, skutecznie optymalizował koszty zakupu materiałów. Był bardzo cierpliwy, nie pchał się na stołek, ale obserwował, analizował, przewidywał - a gdy nadarzyła się sprzyjająca okazja, wchodził do gry. Konsekwentnie, celując w najwyższą funkcję. Jego determinacja i metodycznie opracowana strategia wreszcie przyniosły pożądany efekt, doczekał się wysokiego stanowiska. A potem stworzył własne imperium - WitAn. Od dwóch lat jego firma notowała imponującą hossę.
Daria czeka na ewentualne dyspozycje, a kiedy żadna nie pada, wycofuje się, cicho domykając drzwi.
Wtedy Witold pospiesznie wstaje. W ostatniej chwili rzuca okiem na telefon. Odczytuje wiadomość: "Nie przyjeżdżaj po mnie. Wrócę taksówką". Kiwa głową. Nie wiadomo, w dezaprobacie czy w zdziwieniu. Umawiali się inaczej. Z pewnym ociąganiem ponownie opada na fotel. Wykonuje kilka obrotów. W końcu wzdycha z pewną ulgą i wraca do spraw firmy. Jeszcze tylko krótki telefon do asystentki:
- Pani Dario, proszę mocną kawę.
Po chwili zapach kawy wypełnia biuro.
- Taka, jak prezes lubi. - Kobieta stawia filiżankę po prawej stronie biurka.
Godzina 22.05
Witold krąży nerwowo po domu. Niczym nakręcany ludzik przemierza odcinek okno-drzwi-okno-drzwi. Trzyma komórkę w gotowości, jakby się bał, że przeoczy sygnał. Czas płynie bardzo wolno. Mężczyzna z niedowierzaniem konstatuje upływ kolejnego kwadransa. Wydaje mu się, że minęła przynajmniej godzina! Jej telefon milczy. Nie znosi ciszy telefonów. Odgraża się w myślach, że Anna poniesie konsekwencje. Może nawet zabierze jej komórkę, skoro jest niepotrzebna, skoro nie można się z nią skomunikować.
Jeszcze raz sprawdza skrzynkę z powiadomieniami. Może się rozmyśliła. Może została u matki. Może coś się stało z teściową. Może nie zdążyła na autobus. Możliwości się mnożą. Coraz bardziej absurdalne. Wreszcie dzwonek! I'll Play The Blues For You. Teraz rytmy bluesa ustawionego jako sygnał połączenia wydają mu się natarczywe i irytujące. Zanim wybrzmi pierwsza fraza tekstu If you're down an' out, an' you feel real hurt, szybko przesuwa palcem po ekranie.
- Dobry wieczór, tu inspektor Agata Ryń. Czy rozmawiam z panem Witoldem Pawlickim? Proszę przyjechać do szpitala na Wyzwolenia. Autobus, którym jechała pana żona, uległ wypadkowi.
Czuje, jak krew odpływa mu z głowy. Nieruchomieje. Wpatruje się w ciemny ekran. Znowu przesuwa palcem. Niedowierza. Sprawdza historię połączeń. Chce wybrać ostatni numer i powiedzieć, że to pomyłka. Coś mu jednak mówi, żeby tego nie robił. Autobus? Wypadek? Chce zapytać o szczegóły, ale telefon milczy.
Anna
Godzina 14.40
Autobus niemożliwie się wlecze. Anna siedzi z ręką opartą o okno i patrzy na przysuwający się za nim krajobraz. Zna na pamięć poszczególne jego elementy. Gdyby to były tamte czasy, niewiele by jej zajęło, aby z fotograficzną wiernością odtworzyć wyłaniającą się zza zakrętu pokrzywioną jak stary człowiek sosnę, która od zawsze niczym tablica informacyjna oznajmiała, że zbliża się do ostatniej wioski przed jej miastem. Bez trudu namalowałaby koślawe leciwe domki ustawione przy jezdni, z wiecznie zamkniętymi okiennicami, wyglądające tęsknie zza parkanów iglaki, przycięte jak spod sztancy na jedną modłę, czyli walcowato. Chociaż w gruncie rzeczy malowanie od dawna nie było jej pasją, a już na pewno nigdy nie przepadała za takimi sielskimi krajobrazami, za tymi słodkimi pejzażami z nutą melancholii i romantyczności. Gdy była dzieckiem, fascynowała ją glina. Jej plastyczność, uległość, miękkość i ciepło, które odbierała dłoniom. Ale niezrozumiale dla siebie samej wybrała malarstwo - tę artystyczną drogę.
Artystyczna droga! Kiedy to było? Sto, tysiąc lat temu. Artystyczna droga! Ledwie na nią wkroczyła, a już musiała zawrócić. Nawet nie dotarła do zakrętu, nawet nie doświadczyła jej wyboistości, nie natknęła się na muldę, nie zmierzyła się z dylematem, stając na rozstaju - czy iść na prawo, czy na lewo. Zeszła z niej, zanim zdołała cokolwiek światu pokazać.
- Pani weźmie tę torbę, bo nie można nóg wyciągnąć, rozwalona na cały autobus! - burczy młody człowiek, który dopiero co wsiadł do autobusu i przysiadł się obok niej. Mógłby być wieku jej syna, może nawet młodszy. Nie zdążyła się schylić, gdy wielka stopa obuta w zjechane adidasy, kopnęła jej neseser.
- Nogi, chłopcze, to se będziesz mógł wyciągnąć w parku sztywnych. A teraz przestań kopać bagaż starszej pani, bo po pierwsze to nieładnie, a po drugie wpychasz go pod moje siedzenie - odzywa się pasażer z siedzenia z przodu.
Starsza pani, myśli Anna. Jestem starszą panią. Mam pięćdziesiąt lat i jestem cholerną starszą panią! Z ociąganiem sięga po brązową skórzaną torbę, wsuwa ją sobie między stopy i pogrąża się w rozmyślaniach.
Jest jej duszno. Autobus wprawdzie nie jest zapakowany po brzegi, a przynajmniej nie tak, jak to było wówczas, gdy ze Skotnicy, jakiś czas, zanim wylądowała w internacie, dojeżdżała do miasta, do liceum plastycznego. Wtedy jednak nie przeszkadzał jej ani ścisk, ani kierowca bez opamiętania fajczący mocne, mający za nic siwe obłoki dymu rozprzestrzeniające się w całym autosanie i znaczące pokasływanie pasażerów. Jakby nigdy nic odpalał jednego od drugiego. Lubiła te swoje dojazdy. Cieszyła się, że ucieka z zapyziałej wsi, na której jej rodzice utknęli, chociaż kiedyś zarzekali się jak żaba błota, że to tylko chwilowe i jak się odkują, wyprowadzą się do miasta. Nie zazdrościła parom, które przy smętnych dźwiękach Wind Of Change Scorpionsów, płynących z roztrojonego radia, całowały się na tylnym siedzeniu - siejąc zgorszenie pośród starszych pasażerek, które wybrały się do miasta na zakupy albo do specjalisty. Ani nie wzbudzały w niej żadnych odczuć mało dyskretne obmacywanki i myszkowanie chłopięcych rąk pod bluzkami dziewczyn, ani też nie zazdrościła im tych miłosnych żarliwości na oczach całego autobusu. Ona miała przed sobą perspektywę artystycznej przyszłości, w której będzie wieść światowe życie jak Łempicka, Boznańska, Stryjeńska. Projektowała dla siebie wspaniałą wizję. Widziała siebie jako członkinię artystycznej bohemy, ignorującą wszelkie konwenanse, uciekającą od schematów, przypisanych ról, pogardzającą monotonią. Zabawa, zabawa i tworzenie! Od zawsze bowiem Anna żywiła przekonanie, że została predestynowana do wyższych celów, bynajmniej nie do tego, by ugrząźć między kuchnią a pieluchami.
*
Pyskówka między młodymi mężczyznami przybiera na sile. Żaden nie cedzi słów. Ten z przodu co rusz wychyla się w kierunku jej sąsiada i rzuca zjadliwe uwagi. Ten obok podrywa się, jakby ktoś go szczypał w tyłek, i odbija piłeczkę, nie szczędząc wulgaryzmów. Wreszcie po zdecydowanej uwadze poirytowanego kierowcy zapada cisza.
Anna jest coraz bardziej znużona tą podróżą, tymi słownymi przepychankami. Najchętniej wysiadłaby i zaczekała na następny kurs, ale od dawna autobusy na trasie zostały zredukowane do kilku kursów. A ten był ostatni. Wyjmuje z torebki telefon. Miała dać znać dziesięć minut przed przyjazdem. Nie wcześniej. Wiedziała, jak irytują go niepotrzebnie trawione minuty. "Stoję tu bezczynnie pół godziny, a przecież w tym czasie mógłbym zrobić jeszcze mnóstwo rzeczy - narzekał zawsze. - Czy ty nauczysz się w końcu szanować mój czas i to, co robię?".
Wolała unikać niepotrzebnych spięć. Ale tym razem się uparł, że ją odbierze. Pewnie chodziło o prawo jazdy i kupno samochodu dla niej. Sprawa wracała jak bumerang, ostatnimi czasy z coraz większą częstotliwością. "Anno, na samochód był czas dwadzieścia, może jeszcze dziesięć lat temu, ale nie teraz - tłumaczył. - Masz pięćdziesiąt lat i to naprawdę już nie pora na naukę. A jeszcze w tych czasach... ulice są zapchane i trudno gdziekolwiek zaparkować. Zresztą przecież nigdy nie robiłem problemów, aby dokądś cię zawieźć, podrzucić, a poza miasto i tak zawsze jedziemy razem. - Rozkładał ramiona jakby właśnie wytoczył najmocniejszy argument, po którym już nie ma co prowadzić tej jałowej dyskusji. - Pozostają te twoje odwiedziny u rodziców - dodawał z pewnym przekąsem, nie próbując nawet ukryć niezadowolenia. - Ale tylko dla tych wypadów naprawdę szkoda wysiłku".
Z ekranu wyświetlacza patrzy na nią twarz męża. Poważna, skupiona, bardzo wyraźna - przenikliwe spojrzenie, ściągnięte usta. Rozmyte tło jeszcze bardziej eksponuje rysy. Twarz człowieka sukcesu! Twarz pozbawiona wszelkich emocji! Twarz posągowa!
Anna uśmiecha się do zdjęcia i stuka palcem w ikonę wiadomości.
"Nie przyjeżdżaj po mnie. Wrócę taksówką".
Klik i poszło!
*
Ramiączko biustonosza wpija się jej w ciało. Nie chce go poprawiać, bo to wymaga odchylenia bluzki i odsłonięcia ramienia, a sąsiad obok raz po raz na nią spogląda, chyba nieco łaskawiej, ale i łakomiej. Przez chwilę wydaje się jej, że dystans między nimi się zmniejsza, i Anna czuje, jak udo chłopaka napiera na jej nogi. Cholerny biustonosz! Teraz żałuje, że go nie zmieniła, jak zwykła to czynić. Zawsze bowiem nosiła swój codzienny miękki, bawełniany stanik, wysokie majtki, rajstopy i prostą spódniczkę do kolan. Tym razem coś ją podkusiło, by założyć koronkową bardotkę. I ma! Wrzyna jej się w ciało jak wyrzut sumienia.
- A pani to tak samotnie podróżuje? - zagaja sąsiad, któremu najwyraźniej gniew już się ulotnił i szuka kompana do rozmowy.
Anna uśmiecha się półgębkiem, co ma wystarczyć za odpowiedź. Współpasażer jednak nie wydaje się zniechęcony i niezłomnie próbuje zaspokoić ciekawość.
- Pewnie z daleka? Walizeczka taka nieduża to i zapewne nie na długo?
Anna odruchowo zaciska łydki na torbie, jakby trzymała w niej skarb albo jakieś niedozwolone przedmioty.
- Szanowna paniusia chyba się na mnie obraziła, bo milczy jak zaklęta - konstatuje nieco rozdrażnionym tonem mężczyzna, czym znów zwraca uwagę sąsiada.
- A ten zaś z innej mańki! - odzywa się obrońca. - Nie możesz, człeku, siedzieć spokojnie na dupie, tylko zawracasz kobiecie gitarę?
- A ty co, kurwa, dama do towarzystwa czy osobisty bodyguard? - unosi się wkurzony młodzian.
Awantura znów zawisa w powietrzu.
- Weźmie się taka menda uprze i truje dupę człowiekowi!
- Menda? Czekaj, gnoju, tylko się zatrzymamy, to ci pokażę, kto tu jest mendą!
- Panowie, panowie! - odzywa się ktoś z tylnego siedzenia. - Tylko spokojnie, to nie knajpa! Dzieci jadą! Trochę kultury!
Sąsiad Anny, coraz bardziej wzburzony, jednak nie zamierza się uspakajać. Odwraca się i woła w kierunku rozjemcy:
- A panią, za przeproszeniem, kurwa mać, ktoś prosił o głos?
Dopiero teraz Anna się orientuje, że jej sąsiad jest albo wypity, albo naćpany. Wszystko się w niej spina, nieruchomieje, jakby się bała, że jeden nieopatrzny ruch wywoła falę agresji.
Jatka w autobusie trwa w najlepsze. Polilog przybiera na sile.
Aż nagle kierowca ścisza radio, odwraca się w kierunku pokładu i wykrzykuje:
- Proszę natychmiast...!
*
W ostatniej chwili Anna widzi oślepiające światło, które nachalnie wdziera się do środka. Pojazd przez chwilę wydaje się tańczyć po jezdni, by zaraz przechylić się na lewą stronę. Nieziemski krzyk miesza się z dźwiękiem łamanej blachy i tłuczonego szkła. Jakiś ciężki metalowy przedmiot wgniata się w jej twarz, pierś przydusza ciężar. Ból, ogromny ból... Jest jej bardzo zimno, tylko policzki zalewa ciepła ciecz, jakby zanurzała się w gorącej kąpieli. A potem nie czuje już nic.
Kadry przesuwają się jak w filmie.
Anka! Zostaw te farby! Sobie, Anka, podziękuj! Kiedy ty w końcu uwierzysz w siebie, Anno? It's not a second. We're seven seconds away... Kiedy tylko cię zobaczyłem, pomyślałem, że wyglądasz na artystkę... I co byś robiła z tym studiowaniem? Mieszkałabyś jak ci wszyscy malarze na kupie w nędznych kamienicach na poddaszach... Żadnej pracy! Moja żona nie musi pracować! Anno! Nie możesz wkładać moich skarpet garniturowych do środkowej szuflady. Tam są... Urodziłaś mi pięknego syna. Należy ci się wszystko, co najlepsze... Nie wiedziałam, że Witold ma żonę. Nigdy o niej nie mówił... Mario, jesteś zagadkową kobietą... Pani? Wygląda pani na kobietę, której ptasiego mleka nie brakuje... Chciałabym już nigdy nie wyjeżdżać z Rzymu...
Dźwięki, obrazy, kształty potężnieją, zlewają się, a potem wszystko blednie. Myśli są echem wspomnień. Przeszłość i teraźniejszość współistnieją.
I naraz nie ma już nic.
Witold
Godzina 23.20
Na korytarzu przed prosektorium jest zimno. Młoda lekarka zostawiła go siedzącego na krześle i odeszła z dwoma policjantami oraz kobietą, która przez telefon przedstawiła się jako Agata Ryń. Na końcu korytarza stoi kilkoro ludzi. Zbici w kupkę, płaczą, lamentują, przytulają się do siebie, wyglądają jak zasupłani. On siedzi. Rękoma obejmuje głowę. Kołysze się w przód i w tył. Pod powiekami powidok, którego źródłem jest ona - Anna. Anna z rozrzuconymi w nieładzie włosami, z sinymi plamami na twarzy, bladej jakby była pokryta kredą, z wykrzywionymi ustami, na których może zastygł niedokończony krzyk. Mocno ściska głowę, zaciska powieki. Musi wymazać spod nich ten obraz.
Zrywa się i wstaje, gdy nagle tuż obok otwierają się drzwi.
*
Kobieta w zielonym fartuchu przewiązanym poniżej pasa, gdzieś na linii bioder, patrzy na niego ze smutkiem w oczach, ale zaraz zwraca się do niego takim tonem, jakby ów smutek w oczach nie wyrażał autentycznego uczucia, ale był tylko atrybutem jej pracy, jakby przybierała go w określonej sytuacji, by potem się go pozbyć niczym teatralnej maski, której założenie należało do zakresu jej obowiązków. Punkt pierwszy - założyć schludny fartuch; punkt drugi - zaczesać gładko włosy; punkt trzeci - zrobić poważną minę, nałożyć maskę tragiczną; punkt czwarty - za wszelką cenę starać się nie uśmiechać, zmusić kąciki ust, by opadły w grymasie bezmiernego smutku, kiedy się oznajmia pacjentowi, że ciało denata/denatki jest w prosektorium; punkt piąty - empatia, empatia, empatia.
- Jest mi bardzo przykro - mówi i przez chwilę się wydaje, jakby w owym akcie współczucia zamierzała poklepać go po ramieniu, ale jej ręka zawisa w powietrzu.
A w nim wrze i kipi! Dlaczego jest jej przykro? Przecież on nie jest głupcem! On sobie zdaje sprawę z tego, że to tylko jej praca - obwieszczanie ludziom, że właśnie ktoś im umarł! To cholerny punkt w zakresie obowiązków - oddawanie rzeczy nieboszczyków! To jest jej praca! Selekcjonowanie ich, przeczesywanie, jakby były znalezionymi łupami. I pakowanie do worków. A potem wystawianie i czekanie na rodzinę denata.
Po chwili kobieta w zielonym kitlu podaje mu czarny plastikowy worek, taki sam jak te, które Anna codziennie wiązała, zaciskając najpierw ciasno taśmę, i wystawiała przed drzwi. Wynoszenie śmieci należało do jego obowiązków. W zasadzie niewiele ich miał, ponieważ w domu wszystko robiła ona.
I właśnie w tym momencie dopada go ogromna, niewysłowiona panika. Nagle uzmysławia sobie, że Anna nie żyje. Anna nie żyje. I to on będzie teraz musiał zmierzyć się z tymi wszystkimi czynnościami, przejąć je, jak przejmuje się po kimś obowiązki w pracy. Nie! Jakie znaczenia mają teraz jakieś cholerne obowiązki? Anna nie żyje!
- To dostarczono razem z pańską żoną - mówi kobieta i wzrusza ramionami.
A potem odchodzi, jakby straciła zainteresowanie Witoldem. Znika za ciężkimi białymi drzwiami. Za drzwiami pomieszczenia, gdzie na stalowym stole sekcyjnym wciąż leży Anna, przykryta po czubek głowy jasną folią, z identyfikatorem przywiązanym do dużego palca u nogi. Pomalowany na czerwono paznokieć odcina się od srebrno-białych płaszczyzn sali prosektoryjnej.
Anna nie żyje.
To jakieś szaleństwo. Koszmar.
Musi się tylko obudzić. Ocknąć.
*
Worek jest wielki, chociaż nie tak ciężki, jak można by się spodziewać. Witold siada z powrotem na krześle. Między rozstawionymi kolanami kładzie pakunek. Rozsupłuje zawiązaną na kokardkę taśmę. Przez chwilę wpatruje się w ciemną czeluść folii, a potem powoli wkłada rękę do środka. Buty. Zwyczajne, skórzane mokasyny w kolorze stonowanego brązu. Patrzy na nie i zastanawia się, czy kiedykolwiek widział je na nogach żony. Mała przezroczysta torebeczka. Obraca ją w rękach. W środku chyba majtki i cienkie, cieliste rajstopy. Kolejno jego dłoń wyciąga biustonosz. Ładny, seksowny. Czuje pod palcami wypukłość koronki. Zastanawia się, czy to ten sam, który Anna kupiła w rzymskim butiku, a którego on nigdy na niej nie zobaczył. Odruchowo, nie bacząc na towarzystwo tamtych ludzi, podnosi go i wciąga w nozdrza jego zapach, jakby szukał w nim Anny. I nagle w jego głowie pojawia się myśl, że nie wie, jak pachniała jego żona. Była bezwonna. Jak powietrze. Jak powietrze? Nie, kiedyś pachniała. Usilnie chce przywołać tamtą woń. Upajającą i gęstą. Co to było? Nigdy nie miał głowy do nazw.
Z furią pakuje wszystko do środka.
Nagle sztywnieje. Oszalałe myśli plączą się, galopują w głowie. I tylko ta jedna przebija się przez pozostałe: Anna nie żyje. Anna leży przykryta folią jak jakimś pieprzonym całunem. Naga i poraniona. Anna jest za tymi białymi drzwiami. Jego żona.
Splata dłonie na karku i zwiesza głowę na klatkę piersiową.
- Czy pan się dobrze czuje? - dochodzi do niego kobiecy głos.
Ale on nie chce odpowiadać, nie chce też podnosić wzroku na stojącą przed nim postać. Kiwa tylko, żeby zostawiła go w spokoju. Szaleńczą galopadę myśli zastępuje pustka. Choć z definicji jest brakiem, kompletnie niczym, on czuje jej ciężar.
Zanim na dobre wstanie i ruszy w kierunku drzwi, a stamtąd na parking i do samochodu, by wrócić do domu - tego samego, w którym nie ma Anny - jeszcze raz rozwiera czarny worek i wyciąga torbę. Skórzany neseser z naturalnej skóry. Za nic nie przypomina sobie, by kiedyś kupowali coś takiego. Zapach skóry jest wciąż intensywny, choć dość wyraźnie widać ślady użytkowania. Przetarcie na brzegach, zmatowiona, sczerniała miejscami sprzączka paska okalającego torbę. Wielka czerwona plama krwi. Mimo że wsiąkła już w strukturę skóry, czuć lepką wilgoć. Witold z odrazą cofa dłoń, ale po chwili znów rozpina pasek, chwyta podłużny suwak, który z pewnym oporem przeskakuje po metalowych ząbkach. Sięga do wnętrza. Za stłamszonymi rzeczami też jej ubrania. Złożone w kostkę. Równo. Rozwija jedną stertkę. Czarna prześwitująca bluzka z głębokim dekoltem, przy którym połyskują srebrne kryształki. Spódnica. Krótka, wąska, z miękkiej czarnej skórki. Z góry na dół zapinana na zamek. I jeszcze jedna bluzka. Z majtkami! Jak z reklamy w męskim czasopiśmie. Bielizna. Wyuzdana i skąpa...
Jak ktoś przyłapany na niestosowności, chowa kobiece fatałaszki i nerwowo zasuwa zamek. Stawia torbę obok siebie i otrzepuje ręce, jakby chciał pozbyć się przylepionego do nich piasku. Myśli o zawartości bagażu. Jakby należał do dwóch różnych osób. A może to pomyłka? Może... Nie ma pojęcia, co mogło się zdarzyć.
Podchodzi do białych drzwi i puka w nie kilka razy, a potem woła:
- Proszę pani, proszę pani! Czy pani tam jest?
Jest pewien, że znajduje się wewnątrz, bo przecież widział, jak znika za tymi drzwiami.
Kobieta otwiera i patrzy na niego. W jej oczach znów pojawia się smutek. Zanim zdąży zadać pytanie, Witold wciska jej w dłonie skórzany neseser.
- Ta torba nie należy do mojej żony - mówi. - Musiała się pani pomylić.
Kobieta unosi lewy kącik ust w nieznacznym uśmiechu. Bezradnie wzrusza ramionami.
- Nie wiem, proszę pana, czyja to torba. Była przy pańskiej żonie. Są w niej jej dokumenty. Stąd wiedzieliśmy, kim jest. Przykro mi. Bardzo mi przykro.
Witold
W środę umarła moja żona - Anna.