Killer T - Robert Muchamore

-
Proszę czekać

1

Przecięte opony

Deion Powell był królem ogólniaka. Miał twarz pokrytą zarostem i paradował dumnym krokiem. Na plecach jego piłkarskiej koszulki widniał napis: "Powell 03", a rozkraczony chód był wymuszony przez monstrualne uda. Pierwszy rozgrywający toczył się pustym korytarzem, trzymając w ręku żółtawe usprawiedliwienie spóźnienia na lekcję i rozgniatając podeszwami pustynny żwir przywleczony z parkingu.

- Na co się gapisz? - warknął odruchowo na widok chudego ucznia dziewiątej klasy, który wyszedł z pustej sali. Musiał zamknąć drzwi nogą, bo trzymał stos podręczników sięgający brody.

Dzieciak podskoczył ze strachu i oparł się barkiem o framugę, a później czmychnął jak szczur na widok zaciśniętej pięści Deiona, omal nie upuszczając książek podpisanych Algebra 2S.

Powell miał zbyt dużo na głowie, żeby się cieszyć upokorzeniem gówniarza. W poniedziałek po wieczornym treningu doszło do bójki w szatni. To, że trenerzy się nie dowiedzieli, zakrawało na mały cud. Do tego ostatni ranek. Młodsza siostra Deiona wyszła, żeby zdążyć na szkolny autobus, ale zawróciła, nie dotarłszy do końca podjazdu. Zdenerwowana dziewięciolatka wybałuszyła oczy i wybełkotała, że ktoś przedziurawił przednie opony jego bryki.

W zaistniałych okolicznościach rozgrywający musiał pojechać szkolnym autobusem, a później puścić się piętnastominutowym biegiem, by na koniec wysłuchać kazania wytatuowanego pracownika szkolnej administracji, który z kolei wysłuchał już tylu usprawiedliwień, że przestał się przejmować tym, czy są prawdziwe, czy nie. "Trzecie spóźnienie od końca letnich wakacji. Nie możesz przychodzić i wychodzić ze szkoły, kiedy chcesz, jakby nie obowiązywały cię żadne zasady".

Żyły Deiona nabrzmiały pod wpływem stresu. Jego brązowa skóra lśniła od potu. "Powinienem był zrobić zdjęcie opon, żeby udowodnić, że nie jestem kłamcą. Za nowe wybulę pięćset dolców. To na pewno sprawa JJ-a. Czy wszystko zacznie się od nowa? A gdybyśmy tak dokopali jego paczce? Nie, nie udałoby się tego ukryć, nie to co w szatni..."

Szafka Deiona została ozdobiona przez kibiców przeciwników. Ktoś namalował na niej szablonem "Powell 03", ponaklejał nalepki "Rock Spring Rockets" i przymocował nylonowe kokardki taśmą samoprzylepną. Z drzwiczek wystawało zaproszenie na Pianowe przyjęcie z okazji osiemnastki Aishy. Przekręcając zamek szyfrowy, starał się skojarzyć imię z twarzą.

"Osiemnaście, sześć, dwadzieścia dwa".

Jęknął, gdy coś sobie przypomniał, zdejmując plecak z ramienia. Zwykle trzymał rzeczy do futbolu w wozie, na szkolnym parkingu. Szafka była wypchana po brzegi. Książki, korki do bejsbolu, torebki z koktajlem białkowym w proszku i głośnik na Bluetooth, który próbował opylić kumplowi z zespołu, ale ziomek nie przyszedł z pieniędzmi.

Może istniał łatwiejszy sposób przechowywania gratów. "Wrzucić wszystko do volkswagena Terence'a podczas przerwy". Ale wówczas wyprawa do szafki okazałaby się kolejną stratą czasu, na dodatek w dzień, gdy wszystko było do bani.

"Uspokój się. Myśl trzeźwo. Nie pozwól, żeby cię to dotknęło".

- Wszystko jest do dupy! - warknął, uderzając dłonią o szafkę i wymierzając jej kopniaka butem w rozmiarze trzynaście.

Myślał zbyt gorączkowo, żeby usłyszeć dziewczynę, która wyszła na korytarz za jego plecami. Bawełniane różowe tenisówki, bluzka gimnastyczna z napisem "Rock Spring High" i mleczne, poznaczone żyłkami nogi. Spojrzał na nią i chciał przeprosić, kiedy...

Rozległ się huk. Tak silny, że poczuł ukłucie w uszach. Oślepiło go światło. Uderzyła fala gorąca. Dziewczyna krzyknęła. Żółte drzwi szafki wyleciały z zawiasów i uderzyły Deiona w twarz. Zachwiał się i zalał krwią. Potknął się o coś. Z ustami pełnymi kurzu patrzył, jak z sufitu odpadają kafelki i lecą na ziemię niczym monstrualne konfetti.

2

To nie Harry Potter

Dwustu czterdziestu uczniów ogólniaka stłoczyło się na spalonym słońcem żwirze w temperaturze trzydziestu ośmiu stopni Celsjusza. Wybiegli drzwiami pożarowymi i pognali na dół, stukając po metalowych schodach. Kilku wygramoliło się przez okna na parterze. Z dobudówki Strefy C wydobywały się kłęby dymu, syreny alarmowe wyły.

Zdezorientowany szkolny ochroniarz oparł czujną dłoń na taserze. Nastolatki czuły piekący chodnik pod stopami, a nauczyciel matematyki pchał jakiegoś dzieciaka na wózku inwalidzkim obok kaktusów rosnących przy głównym wejściu do szkoły Rock Spring High.

- To nie są ćwiczenia przeciwpożarowe! - darł się zastępca dyrektora, pokazując uczniom, żeby się oddalili od zabudowań. - Nie gromadźcie się w punktach zbiórki. Odejdźcie jak najdalej od budynku.

- Czy ktoś strzela? - spytał któryś z uczniów, niemal wpadając na innego dzieciaka, który się cofał, filmując dym.

- Jestem pewny, że słyszałem strzały - odpowiedział ktoś stojący obok Harry'ego Smirnova. - Pięć lub sześć.

Harry ruszył za tłumem, oddalając się od szkoły żwirową ścieżką. Zwolnił trucht, gdy ciała zaczęły się przeciskać przez drzwi w ogrodzeniu z drucianej siatki. Chodził do dziewiątej klasy. Miał czternaście lat, chude kończyny, równo przyciętą czarną grzywkę opadającą na oczy i nadal bardziej przypominał chłopca niż mężczyznę. Zamieszkał w Las Vegas zaledwie osiem miesięcy temu, kiedy przeprowadził się z Anglii razem z ciotką.

Przed wyjazdem z Londynu dwaj najlepsi koledzy Harry'ego robili mu makabryczne żarty nawiązujące do strzelanin w amerykańskich szkołach średnich. Jeden z nich napisał nawet "pamiętaj o kulach" na pożegnalnej karcie i narysował ludzika grzejącego z uzi. Teraz jego dowcip wydawał się kiepski.

- Dym wydobywa się z warsztatu stolarskiego - zauważył ktoś za plecami Harry'ego, gdy szkolny pedagog polecił nastolatkom, aby nie tłoczyli się przy furtce. - Mój stary jest stolarzem. W jednym zakładzie, gdzie pracował, z systemu odpylania poleciała iskra i cała buda poszła z dymem.

- Dokąd idziesz, Harry Potterze? - prychnęła Lupita, koleżanka z godziny wychowawczej, gdy zszedł ze ścieżki. - Nie ma innej furtki.

Jego imię, ciemna czupryna i angielski akcent powodowały, że nadanie mu tego przezwiska było nieuchronne. Używał go nawet opiekun klasy.

Choć Vegas nie uskarżało się na dużą ilość opadów, w razie burzy spieczona jak kamień ziemia oznaczała gwałtowną powódź. Druciana siatka otaczająca teren Rock Spring High biegła równolegle do betonowego kanału odwadniającego szerokości ośmiu stóp i i głębokości pół stopy. Harry zszedł do rowu, ocierając się o chwasty rosnące w szczelinach, a później przykucnął i zaczął biec w kierunku dymu.

Obejrzał się za siebie, ale ewakuowani koledzy nie widzieli niczego oprócz tyłu głów kolegów i szurających nóg. Ściany kanału odpływowego były pokryte graffiti, a dno zaśmiecone stosem stopionych nylonowych plecaków i podręczników o poczerniałych brzegach. Uczniowie ostatniej klasy, udający się do college'u, polali je paliwem do zapalniczek i podpalili przed letnią przerwą wakacyjną.

Harry schylił się instynktownie, gdy karetka przejechała drogą dojazdową przecinającą ogrodzenie. Światła migały, ale syrena była wyłączona. Chwilę później skręciła w bramę dla samochodów, osiemdziesiąt metrów dalej. Kanał odpływowy przebiegał pod drogą dojazdową, ale Harry pomyślał o wężach przyczajonych w ciemności i po plecach przeszedł mu zimny dreszcz. Zamiast się przebijać kanałem na drugą stronę, przywarł do lekko pochylonej ściany i śledził sytuację, podczas gdy słońce piekło mu kark.

Ekipa strażacka tłumiła dym, a stojąca w kałużach woda parowała, tworząc tęczową mgiełkę. Ta część szkoły miała jedno piętro z klasami oraz wyższą aulę, za którą znajdowała się jadalnia. Panele ze szkła bezodpryskowego powyginały się w ramach, a aluminiowe fragmenty poszycia dachu odstawały w górę.

Mimo to Harry poczuł spokój. Dwaj wyluzowani gliniarze pilnowali drogi dojazdowej prowadzącej do szkoły, a pani ze stołówki, w białym kuchennym fartuchu, prowadziła strażaka wokół budynku w poszukiwaniu zaworu zamykającego dopływ wody. Chłopak przyłożył rękę do ucha i nasłuchiwał porucznika policji zdającego raport świeżo przybyłej załodze karetki pogotowia.

- To jakiś materiał wybuchowy. Oczyściliśmy i odgrodziliśmy teren. Nie zaglądajcie do środka. Dopóki wszystkiego nie sprawdzimy, nie będzie wiadomo, czy nie ma innych ładunków.

Mama Harry'ego była fotografką i reporterką. Została postrzelona na Ukrainie i otrzymała kilka nagród za wideoblogi z kongijskiego Brazzaville w okresie trzeciej wojny domowej. Życie w strefie objętej działaniami wojennymi sprawiło, że jej śmierć wydawała się ironiczna. Zmarła z powodu niezdiagnozowanej wady serca, kiedy biegała w londyńskim Hyde Parku.

Harry miał wtedy siedem lat. Śmierć matki wywołała w nim paraliżujący lęk, że jego serce eksploduje. Spowodowała także, że zaczął się pasjonować stronami informacyjnymi w internecie i pragnął podążyć w jej ślady.

Czytał biografie sławnych korespondentów wojennych i fotoreporterów. Lubił dokumenty o wojnie i miał obsesję na punkcie takich filmów, jak SpotlightWszyscy ludzie prezydenta - z dziennikarzami, którzy odnoszą wielki sukces. Gdy jego koledzy pasjonowali się Gwiezdnymi wojnami i konsolami do gier, na pierwszym miejscu bożonarodzeniowych życzeń Harry'ego znajdował się odlotowy aparat marki Nikon.

Dotychczasowe dziennikarskie doświadczenia czternastolatka ograniczały się do nagrody fotograficznej Under 12S, dla młodzieży do dwunastego roku życia, doniesień z meczów rugby i krykieta z dawnej szkoły w Londynie oraz bloga "Rock Spring Neighbourhood News", który założył podczas letniego obozu Digital Arts. Teraz jednak wydarzyło się coś naprawdę wielkiego, a Harry był pierwszą osobą z aparatem na miejscu zdarzenia.

Jego drogi nikon został w domu, więc musiał mu wystarczyć telefon komórkowy. Harry otworzył smartfona za pomocą skanu tęczówki i nastawił zaawansowany tryb aparatu. Promienie słońca powodowały, że obraz na ekranie był niewidoczny, więc pstrykając zdjęcia, liczył na to, że zdoła zarejestrować bladą tęczę i wygięty dach.

Gliniarze stojący przy drzwiach mogli zobaczyć, jak biegnie od kanału burzowego na bok budynku. Harry nie był człowiekiem, który lubi łamać zasady, ale pół życia czekał na taką historię. Każde zgrzytnięcie żwiru było słyszalne, ale on dobrze wszystko zaplanował i uśmiechnął się z podniecenia, kiedy przywarł plecami do ściany obok otwartego okna.

"A jeśli w środku jest więcej bomb? Albo jakiś czubek wyskoczy z magazynu z karabinem maszynowym? To bardzo ekscytujące... Dlatego mama tak to uwielbiała".

Harry otarł czoło rękawem T-shirtu, skoczył na parapet przesuwanego okna, a później dał susa na krzesło, którego kwadrans wcześniej uczniowie używali jako stopnia, żeby opuścić budynek.

Świetlówki zgasły. Chłodne powietrze w klimatyzowanym wnętrzu szkoły uległo nagrzaniu, w środku było tyle dymu, że Harry'ego szczypały oczy. Większość uczniów zabrała plecaki, ale na biurkach pozostały książki i długopisy, a na oparciach krzeseł wisiały ubrania. Ładowały się też sfatygowane porzucone telefony.

Drzwi do klasy były zamknięte, a dołem ciekła woda. Harry zrobił cztery zdjęcia, przytknął ucho do drzwi, a później nacisnął klamkę i wyjrzał na zewnątrz. Wzdłuż szkolnego korytarza stał rząd żółtych szafek uczniów starszych klas.

Z wyłączonego zraszacza kapały pojedyncze krople, a miniaturowe góry lodowej piany gaśniczej unosiły się na powierzchni płynącej powolnym strumieniem wody. Harry wkroczył do pogrążonego w ciemności korytarza, stawiając kroki tak cicho, jak pozwalały na to jego przemoczone buty marki Nike.

Sytuacja z prawej strony wróciła do normy. Na podłodze leżało kilka płytek, które odpadły od sufitu, a woda wpływała wąskimi strugami do sal. Dalsza część - tam, gdzie dobudówka stykała się z głównym gmachem szkoły - była oświetlona promieniami wpadającymi przez świetliki.

Z kolei z lewej strony rozciągało się istne piekło. Woda kapała z góry, a wolno sunąca piana przeciwpożarowa zbierała się wokół kawałków podwieszanego sufitu, w którym tkwiły kiedyś lampy i płytki sufitowe. Drzwi niektórych szafek zostały wgniecione, a inne otwarły się na oścież pod wpływem wybuchu. Harry przykucnął, żeby sfotografować zabitego szczura, z czarnym futrem i otwartymi ranami. Stał przez chwilę zafascynowany, nie zważając na to, że jego noga pogrążyła się w pianie do kostki. Później przez kapanie instalacji przeciwpożarowej i dźwięk płynącej wody doleciał go jęk, a po nim okrzyk bólu.

- Zostawcie mnie! Zostawcie! Zostawcie!

Głos był młody, głęboki i dolatywał zza zwalonego podwieszanego sufitu. Harry przysunął się do szafek, gdzie kałuża była najpłytsza, a następnie wdrapał się po powyginanych kawałkach metalu i fragmentach oświetlenia, które blokowały korytarz. Przez rozdarty dach do pogrążonego w mroku korytarza wpadały promienie słońca.

- Zróbmy jej zastrzyk z morfiny - powiedział koledze ratownik w odblaskowej kamizelce, a po chwili dodał łagodnie: - Musimy cię przenieść na nosze, dziecko.

Harry odsunął izolację rury dyndającą mu przed nosem, dzięki czemu mógł zajrzeć do środka. Mroczne ściany i promienie słońca prześwitujące przez otwory w suficie to koszmar każdego fotografa. Chłopak zaczął majstrować przy ustawieniach, próbując tak naświetlić zdjęcia, aby się do czegoś nadawały, a następnie stuknął ekran palcem.

Do eksplozji doszło sześć metrów za zawalonym podwieszanym sufitem. Kilkanaście szafek z jednej strony zostało sprasowanych jak naleśniki. Po drugiej stronie wybuch sprawił, że szafki przebiły gipsowo-kartonową płytę, odsłaniając betonowe pustaki. Podłogę między nimi wyścielały książki i sprzęt sportowy, umazane pianą przeciwpożarową.

Ofiary przeniesiono do dalszej części korytarza. Kiedy Harry wsunął się głębiej pod zwalony strop, poczuł krople wody na głowie. Przełączył aparat w tryb wideo. Po zrobieniu zbliżenia sfilmował policjanta pomagającego załodze karetki ułożyć dziewczynę na noszach. Jej ciało było bezwładne i zakrwawione, ale maska tlenowa wskazywała, że żyje.

Druga ofiara leżała kilka metrów dalej, z głową opartą na nadmuchiwanej poduszce, a jeden z ratowników robił jej zastrzyk. Ubranie Deiona Powella było spalone, a twarz zakrwawiona. Harry dobrze znał jego przykre usposobienie. Podczas zgromadzeń całej szkoły Powell wygłaszał płomienne przemówienia zachęcające do przyjścia na mecz i kibicowania Rocketsom.

- Nie ruszajcie mnie! - jęknął Deion.

Harry wyobraził sobie, jak od tyłu zachodzi go nauczyciel lub policjant, ale zachował zimną krew, koncentrując się na stabilnym trzymaniu telefonu.

- Musimy cię zawieźć do szpitala - powiedział łagodnie ratownik, podając mu morfinę. - Teraz cię podniesiemy. Powoli, ostrożnie.

- Strasznie boli!

Harry wstrzymał oddech i sfilmował nadejście załogi drugiej karetki, czując, jak krople wody spadają mu na plecy.

- Zróbcie mi jeszcze jeden zastrzyk - zajęczał Deion, kiedy otoczyli go czterej ratownicy.

- Podnieśmy go. Trzy, dwa...

Krzyk Deiona przypominał wybuch granatu, gdy dwaj sanitariusze unieśli jego ramiona, a dwaj pozostali nogi, żeby go położyć na noszach.

- Dzielnie się spisałeś, rozgrywający - pochwalił chłopaka jeden z ratowników. - Ta część była najtrudniejsza. Teraz umieścimy nosze na wózku.

- Twoja mama jest już w drodze do szpitala, kolego - pocieszył go stojący za ratownikiem policjant. - Będzie na ciebie czekać.

- Nie dam rady! - krzyknął Deion, chwytając bok noszy śliską, zakrwawioną ręką.

- Jeszcze raz, na trzy.

Kiedy ratownicy unieśli nosze z Deionem, sanitariusz z tyłu poślizgnął się na pokrytej pianą podłodze.

W przypadku pacjenta normalnej wielkości nie miałoby to pewnie większego znaczenia, ale ciało Deiona zwisało ze wszystkich stron. Gdy ratownik trzymający tył noszy wykonał zamach, aby umieścić je na wózku, kolega z tyłu, ten, który przed chwilą się poślizgnął, nie nadążył. Przeniesienie pacjenta miało być płynne i bezbolesne, ale gwałtowne szarpnięcie sprawiło, że kawałki spalonej skóry Deiona przykleiły się do noszy i zerwały, a rozgrywający zwinął się z bólu.

Gliniarze zaklęli i pospieszyli z pomocą, kiedy Deion stoczył się na bok, uderzył o brzeg noszy i upadł na mokrą podłogę. Zawył z bólu, wściekle młócąc rękami i powalając mężczyznę, który próbował go podnieść. Harry wiedział, że sfilmował coś wielkiego.

- Uważaj, co robisz! - ryknął Deion, kiedy przestał wymachiwać rękami i pozwolił ratownikom podejść do siebie z maską tlenową. - Pozwę was wszystkich, gnoje!

- Staramy się, jak możemy, synu - odrzekł któryś z nich.

- Oddychaj głęboko - uspokoił go ratownik, przykładając mu maskę tlenową do twarzy. - Oddychaj spokojnie i głęboko.

3

Tysiąc dolców

Na stołówce pachniało niezjedzonym lunchem. Harry szedł między stolikami. Jego wilgotne buty piszczały na lśniącej podłodze, a telefon stukał jak sztabka drogocennego metalu.

- Dlaczego się nie ewakuowałeś?! - doleciał głos kuchmistrza z głębi kuchni.

- Właśnie wychodzę, proszę pana! - odkrzyknął posłusznie Harry.

Jednak zamiast wyjść, wszedł podwójnymi drzwiami do głównego gmachu szkoły i ruszył schodami na górę, sadząc po dwa stopnie. Korytarz na piętrze był ciemny i pusty. Drugie drzwi, które zamierzał sforsować, okazały się otwarte. Znalazł się w sali przyrodniczej, która nie nosiła żadnego śladu, że opuszczono ją w pośpiechu.

- Wporzo - mruknął do siebie i wziął głęboki oddech. - Myśl.

Wiedział, co chce osiągnąć, ale trzeba było wykonać wiele kroków, więc musiał ułożyć sobie wszystko w głowie. Zamknął drzwi nogą i przeszedł do tylnej części pomieszczenia. Gdyby usiadł przy biurku, mógłby zostać dostrzeżony przez drzwi lub wypatrzony z zewnątrz. Jeśli ktoś wejdzie, uda przerażonego i powie, że się schował w sali.

Oparł się plecami o ścianę poniżej okna, ustawił telefon pod kątem, aby zapobiec odbiciom, i zaczął przeglądać fotografie. Pierwsze zdjęcia z tęczą wyglądały spoko, ale nie miały dramatyzmu. Obrazy opuszczonej w pośpiechu klasy były przejmujące, lecz i one nie zapierały tchu - brakowało im efektu "wow", który mógłby zachęcić webmastera zarządzającego stroną internetową wiadomości lub wydawcę lokalnej stacji telewizyjnej.

Jego najlepsze zdjęcia przedstawiały wynoszenie Deiona - makabryczne ujęcie podłogi, na której leżał, i fotografia szafki, która wyglądała, jakby...

Harry zrobił zbliżenie. Obawa, że gliniarze wrócą i go dorwą, sprawiła, że robił zdjęcia w pośpiechu. Na szczęście fotka wyświetlona na ekranie była doskonała: wgnieciony i zakrwawiony hełm futbolowy Deiona przed odkształconymi drzwiami szafki, na której ktoś sprejem napisał jego imię.

Wykadrował fotografię i użył filtru dla zwiększenia kontrastu, żeby zdjęcie robiło większe wrażenie, a następnie zapisał rezultat. Później obejrzał film wideo. Chociaż dźwięk był marny, a obraz pełen długich cieni z powodu ostrego światła wpadającego przez dziurawy dach, można było odgadnąć, co się dzieje, i wyraźnie zobaczyć, jak Deion zsuwa się z przechylonych noszy.

Kiedy klip dobiegł końca, Harry uruchomił program do edycji filmów wideo. Jego palce poruszały się zręcznie, wprawione przez lata edytowania nagrań. Zwiększył jasność i użył algorytmu zapobiegającego drżeniu obrazu.

Większym problem był dźwięk, ale udało mu się stłumić echo słyszalne w korytarzu, a później dostosować częstotliwość, żeby ludzkie głosy stały się wyraźniejsze i można było usłyszeć upiorne kapanie wody obok mikrofonu. Aby nie zostać okradzionym, dodał półprzezroczystą grafikę z napisem "? Harry Smirnov" w prawym górnym rogu kadru.

Usłyszawszy kroki w korytarzu, wystawił głowę ponad biurko, ale nikt nie wszedł do sali. Ponownie utkwił wzrok w ekranie, by obejrzeć trzyminutowy materiał - ulepszony i pozbawiony drgań. Wideo było całkiem niezłe, ale niewielu ludzi zdołałoby obejrzeć film trwający trzy minuty, więc zrobił z niego dwa klipy.

Pierwszy zawierał sensacyjny materiał ze skręcającym się z bólu Deionem - podnoszonym z podłogi, a później upuszczanym - zakończony groźbą pozwania ratowników. Drugi, trwający osiem sekund, pokazywał Deiona zsuwającego się z noszy, a później kopiącego sanitariusza swoją ogromną nogą. Zbliżenie sprawiło, że obraz był zamazany, ale światło odbite od oparzeń na ciele poszkodowanego dawało piorunujący efekt.

Następnie Harry renderował filmy i umieścił dwa krótsze klipy na YouTubie. Anteny telefoniczne w okolicy był przeciążone, więc wskaźnik przesyłania poruszał się wolno, mimo dobrego sygnału 5G. Kiedy wideoklipy znalazły się w internecie, napisał krótki wstęp na stronie "Rock Spring Neighbourhood News": Sensacyjny materiał filmowy po wybuchu. Niebawem kolejne! Potem przesłał wideoklipy do Reddit, na Facebooka i w kilka innych miejsc, gdzie mogły wzbudzić zainteresowanie.

Natychmiast otworzyło je kilkunastu użytkowników. Harry przestał dygotać i zaczął się uśmiechać, surfując po internecie i zapamiętując adresy mailowe trzech lokalnych stacji telewizyjnych w Las Vegas oraz głównych portali informacyjnych i turystycznych w mieście. Później uruchomił usługę głosową i szeptem podyktował maila.

Zamieściłem w internecie materiał wideo nakręcony po wybuchu, do którego doszło w ogólniaku Rock Spring High. Możecie wykorzystać klipy, jeśli zaznaczycie, że je wykonałem, i nie usuniecie mojego nazwiska. Mam również zdjęcia o wysokiej rozdzielczości wykonane po eksplozji i pełny trzyminutowy materiał. Przekażę wyłączne prawo do ich wykorzystania pierwszej organizacji, która się do mnie zgłosi i zapłaci tysiąc dolarów...

Harry spojrzał na słowa "tysiąc dolarów". Nigdy wcześniej tego nie robił, więc zastanawiał się, czy nie żąda za dużo lub za mało. Zmienił kwotę na tysiąc pięćset, ponownie rzucił okiem i poprawił na tysiąc, a następnie wcisnął "wyślij".

Odświeżył stronę YouTube i stwierdził, że jego trzydziestosekundowy klip miał już sto pięćdziesiąt odsłon i siedem komentarzy.

To sfabrykowany materiał!!!

Poznaję nogę Deiona! Jak ktoś zdołałby tak szybko sfabrykować klip?

Harry Smirnov to nakręcił? Ten Angol? Dzieciak, który wygląda jak Harry Potter?

Tak.

Deion pozwie tych dupków ratowników! A to dobre!

Gdzie jest teraz wasz rozgrywający, pedały z Rock Spring?

JJ Janssen i tak jest lepszy! W piątek skopie ziomali z Mountain Creek.

Kiedy Harry wsuwał telefon do siatkowanej kieszeni szortów, filmik obejrzano prawie dwieście razy. Renderowanie wideoklipów mocno obciążyło procesor, więc komórka była ciepła jak grzanka. Chwycił plecak i ruszył do drzwi.

- Cholera - jęknął, wyjrzawszy na korytarz. Panował tam półmrok, ale Harry zauważył przy schodach gliniarza i kobietę w jasnopomarańczowym kombinezonie z napisem "straż pożarna".

Wrócił do okna. Na brukowanym dziedzińcu zastawionym drewnianymi stolikami piknikowymi nie było żywej duszy. Znajdował się na wysokości pierwszego piętra. Pomyślał, że mógłby się uczepić solidnie wyglądającej skrzynkowej rynny i zeskoczyć. Jednak pomysł upadł, gdy się przyczołgał do przesuwanego okna i stwierdził, że nie otwiera się ono całkowicie, jak okna na parterze.

Postanowił przeczekać. Teraz, kiedy jego wideo znajdowało się w internecie, a kopie materiałów na jego koncie Google, mniej się martwił tym, że jakiś nauczyciel zmusi go do ich oddania, traktując je jako dowód w sprawie.

- Co tu robisz, u licha? - usłyszał w chwili, gdy otworzył drzwi na korytarz.

Przed nim stała nauczycielka w obcisłych brązowych legginsach. Przed chwilą znajdowała się na szczycie schodów, podążając za policjantem i kobietą ze straży.

- Musiałem wrócić po torbę - wyjaśnił, odwracając się, żeby ją pokazać.

- Wróciłeś jakby nigdy nic na miejsce popełnienia przestępstwa, żeby ją odzyskać?! - wrzasnęła, opierając ręce na biodrach. - A gdyby w szkole była druga bomba? Rozumu nie masz?!

Gliniarz wydawał się bardziej podejrzliwy. Harry rozpoznał porucznika, którego podsłuchał przy bramie. Zauważył, że policjant ma krew na rękawie koszuli. Najprawdopodobniej była to krew Deiona.

- Jak się nazywasz, synu?

- Harry Smirnov.

- SMIRNOFF? - przeliterował funkcjonariusz, zapisując nazwisko w notatniku. - Jak ta wódka?

Chłopak pokręcił głową.

- Po rosyjsku jest jedno "V", a nie dwa "F".

- Uhm - mruknął policjant, przekreślając dwie litery.

- Znasz Deiona Powella?

- Osobiście nie - odpowiedział Harry.

- Wiesz coś o tym wybuchu?

- Myślę, że ten, kto to zrobił, trzymałby się w bezpiecznej odległości - zasugerował Harry.

- Nie wymądrzaj się - zbeształ go porucznik, ale wygiął wąsy w nieznacznym uśmiechu, po czym odwrócił się do nauczycielki. - Mogłaby pani wyprowadzić pana Smirnova z budynku?

Harry ruszył za zdyszaną, stąpającą kaczym chodem nauczycielką w kierunku utwardzonej ścieżki, a później głównego wejścia do szkoły. Karetki pogotowia odjechały, ale na poboczu drogi dojazdowej za szkolnym ogrodzeniem stały radiowozy i pojazdy dowodzenia używane w sytuacjach wyjątkowych.

- Czekają na psy tropiące wyszkolone w wykrywaniu materiałów wybuchowych. - Z tym wyjaśnieniem kobieta odprowadzająca Harry'ego zwróciła się do innej nauczycielki, zmierzającej w przeciwną stronę. - Później osobiście przeszukają teren.

- JJ-a nie było dzisiaj w szkole - odpowiedziała tamta, zasłaniając usta ręką, jakby zdradzała wielką tajemnicę, choć Harry stał tuż obok.

Trzy telewizyjne wozy transmisyjne zaparkowały na dużym kolistym podjeździe przed głównym wejściem do szkoły. Parking dla uczniów niemal opustoszał, a żółta strefa, gdzie zwykle przystawały szkolne autobusy, była pełna zaniepokojonych rodziców, machających z samochodów i zabierających dzieci, które były zbyt młode, żeby prowadzić.

- Będę mieć cię na oku - zapowiedziała Harry'emu Brązowa Legginsówa. - A teraz zmiataj!

Kiedy nauczycielka zniknęła z pola widzenia, Harry sprawdził telefon. Trzy minuty temu dostał wiadomość od Matta, kumpla, z którym biegał.

Niesamowite wideo! Jesteś czubek! Podwieźć Cię do domu?

Harry nie odpowiedział od razu, ale odświeżył stronę YouTube. W ciągu jedenastu minut od umieszczenia klipu w internecie obejrzano go niemal pięćset razy, było też pod nim wiele komentarzy. Opuściwszy wirtualną rzeczywistość, Harry znalazł się w ożywionym tłumie kibicującym trzem dziewczynom udzielającym wywiadu reporterowi lokalnych wiadomości Vegas Thirteen.

Producent wybrał ładne dziewczęta, a cała trójka odegrała niezwykle dramatyczne przedstawienie, trzymając się za ręce ze łzami w oczach. Jedna oświadczyła prezenterce, że z przerażenia myślała, że umrze, a ci idioci z dziesiątej klasy robili miny w tle.

- Harry, chłopie! - zawołał Matt Silver.

Harry spojrzał w lewo i zobaczył swojego najlepszego - i jak dotąd jedynego - amerykańskiego przyjaciela.

Matt miał śmiesznie potargane jasne włosy i krępą budowę ciała. Balansował na skraju subkultury gotyckiej, w rozchodzonych butach All Stars, postrzępionych, workowatych czarnych szortach i koszulce z zombie wyhaftowanymi na plecach.

Matt i Harry chodzili razem tylko na kilka przedmiotów, ale lubili wspólnie biegać i mieszkali w odległości trzech przecznic od siebie. Trenowali przynajmniej dwa razy w tygodniu. Obaj byli wystarczająco szybcy, aby się dostać do drużyny Rockets Athletic Team, ale Harry biegał, żeby oczyścić umysł, a nie rywalizować, Matta zaś usunięto, kiedy oblał jeden przedmiot i został przyłapany z dziewczyną na paleniu jointa.

- Niezły z ciebie czub, bracie! - oświadczył z podziwem Matt. - Powrócić w takim stylu! W szkole się wściekną...

- Tak myślisz? - spytał zaniepokojony Harry.

- Nie opuściłeś budynku, użyłeś telefonu na terenie szkoły i pogwałciłeś uczniowską tajemnicę.

Harry przesunął ręką po spoconych włosach, uświadamiając sobie, że nie wziął pod uwagę możliwych konsekwencji.

- Dałem się ponieść atmosferze chwili. Moja ciotka Kirsten też nie będzie zachwycona...

Matt wycelował kciukiem w stronę parkingu dla uczniów.

- Moja siostrzyczka proponuje ci podwózkę do domu, ale nie będzie czekać cały dzień.

- Na YouTubie zamieszczono wideo - usłyszeli, wchodząc przez bramę parkingu dla uczniów. - To Deion Powell. Wygląda, że został ciężko poparzony.

- Co za jeden ten Harry Smirnov? - zapytała niska dziewczyna, oglądając jego klip na ekranie telefonu.

Harry stłumił uśmieszek, kiedy Matt klepnął go czule po plecach i wyszeptał:

- To supergwiazda.

4

Sofia Silver

Uczniowie skupili się w kilku grupkach przy swoich samochodach, ale parking był w zasadzie pusty, jeśli nie liczyć dzieciaków zebranych wokół ekipy telewizyjnej. Harry rozmyślał o tarapatach, w jakie popadł, oraz reakcji ciotki Kirsten i rozpaczliwie liczył na to, że jakiś wydawca wiadomości zapłaci mu tysiąc dolców, aby ryzyko się opłaciło.

Zapomniał jednak o wszystkim w chwili, gdy ujrzał seksowną siostrę Matta. Sofia Silver miała siedemnaście lat i stała oparta o otwartą pokrywę bagażnika swojego SUV-a marki Audi. Miała brązowe oczy, rowek między cyckami i gładką piegowatą skórę. Brudna biała japonka Havaiana zwisała jej ze stopy, a lakier odpadający z paznokci i atmosfera sklepu z używanymi rzeczami kolidowały z wozem wartym sześćdziesiąt tysięcy dolarów.

- Znalazłem go! - oznajmił uszczęśliwiony Matt.

- Masz niezłe jaja, Harry - powiedziała Sofia, uśmiechając się do niego.

Matt zajął przedni fotel, a Harry przysiadł się do laski na tylnej kanapie. Amerykanka japońskiego pochodzenia, z czarnymi włosami opadającymi na plecy, skrzyżowała nogi po turecku i pisała esemesa na komórce.

- Znasz Rie? - zapytała Sofia.

- Nie - odrzekł Harry.

Rie na chwilę oderwała wzrok od telefonu, a Sofia wycofała z parkingu, używając kamery wideo rejestratora.

- Wszyscy w necie uważają, że za tym wybuchem stoi JJ - powiedziała Rie, wsuwając telefon do etui z materiału, podczas gdy audi ustawiło się w krótkiej kolumnie uczniowskich samochodów czekających na skręt do autostrady. - Może JJ nie jest geniuszem, ale nie jest też idiotą. To zbyt oczywiste.

- Nauczycielka, która mnie odprowadziła, wspomniała o JJ-u - odezwał się Harry. - Co za jeden?

- JJ to zapasowy rozgrywający Rocketsów - odpowiedział Matt z przedniego fotela. W tym momencie jego siostra włączyła się do ruchu. - Pewnie już wiesz, kto to jest rozgrywający, prawda, Harry?

- Zamknij się - jęknął Harry, zanim Matt zdążył wyjaśnić Rie sprawę.

- Kiedy Harry przyjechał z Londynu, nie miał pojęcia, co robi rozgrywający.

- Gdybyś przyjechał do Anglii, nie wiedziałbyś, co robi łapacz w krykiecie - odparł defensywnie Harry.

Sofia cmoknęła z niezadowoleniem do brata, a później przystąpiła do wyjaśnień:

- Deion Powell chodzi do ostatniej klasy i jest pierwszym rozgrywającym Rocketsów. JJ Janssen, o rok młodszy, w drużynie jest zapasowym rozgrywającym, choć wielu fanów uważa, że jest bardziej uzdolniony od Deiona.

- Znacznie bardziej - poprawiła ją Rie.

- Mówisz tak, bo spałaś z nim w dziesiątej klasie... - oświadczyła przekornie Sofia.

Rie się uśmiechnęła i odwróciła głowę.

- Nie tylko mięśnie ma duże!

- Jezusie! - jęknął Matt, uderzając łokciem w podłokietnik. Śmiał się, podczas gdy Harry poczerwieniał z zakłopotania.

- Deion Powell ma szansę dostać stypendium futbolowe w college'u - ciągnęła Sofia. - Trener Henning to porządny gość, więc zatrzymał go na pozycji pierwszego rozgrywającego, bo jest na ostatnim roku. Łowcy talentów z college'ów będą się rozglądać za uzdolnionymi zawodnikami, więc trener chce dać dzieciakowi szansę. Za rok JJ będzie w ostatniej klasie, zostanie pierwszym rozgrywającym i otrzyma swoją szansę na stypendium.

- Sprawiedliwy układ - skwitował Harry.

- Tylko że Deion nie gra jakoś zachwycająco - podjęła Sofia. - W ciągu trzech ostatnich meczów miał jedenaście przechwyceń i tylko jedno przyłożenie. Wielu ludzi mówi, że JJ powinien już teraz zostać pierwszym rozgrywającym, jeśli Rock Spring ma zdobyć mistrzostwo stanu.

- Jakby JJ potrzebował futbolowego stypendium - prychnął z goryczą Matt. - Rodzina Janssenów jest bogata.

- Ty też nie należysz do najbiedniejszych - zauważył Harry, uderzając w tył zagłówka Matta.

- Nasi starzy są lekarzami - odparł Matt - ale Jay Janssen senior ma kasyna, hotele i...

- Jest właścicielem pasażu handlowego przy Flamingo - wpadła mu w słowo Rie. - JJ poderwał mnie na kartę rabatową dla pracowników...

- Ale Janssen senior od tego nie zaczynał - zauważył Matt. - Staruszek JJ-a siedział w pudle za handel kokainą. Kiedy wychodzisz z jego kasyna, musisz wycierać sobie nogi.

- Założę się o ostatnie dziesięć dolców, że dziewczyna JJ-a, Fawn Croker, jest w to zamieszana - powiedziała Rie, kiedy Sofia stanęła na czerwonym świetle.

- Nienawidzę Fawn Croker - oświadczyła siostra Matta, wzdrygając się z obrzydzenia. - To odrażające. JJ jest w jedenastej klasie, a ona ma z dwadzieścia pięć lat.

- Uważacie, że JJ, jego ojciec lub jego zwariowana dziewczyna mogą mieć coś wspólnego z tym wybuchem? - rzucił Harry w zamyśleniu, gdy światło zamieniło się na zielone.

- A jeśli ten wybuch nie ma żadnego związku z futbolem? - zasugerowała Rie. - Deion to łobuz, ale nikt nie odważyłby się zadrzeć z zawodnikiem futbolu.

- Dlaczego? - spytał Harry.

Matt uwielbiał wiedzieć coś, o czym Harry nie miał pojęcia.

- Gdybyś go zakapował i zostałby wyrzucony z drużyny, wszyscy fani piłki z Rock Spring ustawiliby się w kolejce, żeby skopać ci tyłek.

- Pewnie gliniarze skupią się na materiałach wybuchowych - powiedział w zamyśleniu Harry. - To paskudztwo pogięło szafki i wybiło otwór w suficie, więc petarda była, jak należy, nie jakieś tam fajerwerki.

- Właśnie! - krzyknął Matt, odwracając się z takim podnieceniem, że pas bezpieczeństwa się zablokował. - Charlie Croker!

- Co za jedna? - spytała Sofia.

- W gimnazjum pisałem z nią pracę - odparł podekscytowany Matt. - Była o rok młodsza, ale chodziła wyłącznie na zajęcia przyspieszone. Taka bardzo bystra chłopczyca. Podczas targów nauki zrobiła prezentację o wysadzaniu w powietrze i środkach wybuchowych. Przyniosła woskowatą kulkę wielkości drażetki M&M's. Wszyscy musieliśmy opuścić parking, żeby obserwować pokaz. Zrobiła ją sama i słowo daję, cały dom zadygotał, kiedy ją zdetonowała.

- Charlie Croker - powtórzył Harry, popuszczając wodze reporterskiej fantazji i otwierając aplikację notatnika w telefonie. - Opowiedz mi coś o niej.

- Charlie jest młodszą siostrą Fawn - wyjaśnił Matt. - Mieszkają w przyczepie kempingowej wynajmowanej za grosze.

- Słyszałam, że JJ i Fawn się zaręczyli - dodała Sofia.

- Serio? - wybełkotał ze zdumieniem Matt. - Przecież JJ ma siedemnaście lat.

- To gabinet osobliwości dla wsioków - podsumowała Rie.

Telefon Harry'ego zawibrował mu w ręku.

- Słucham? - powiedział ostrożnie, nie rozpoznawszy numeru.

Facet nazywał się Ellie Gold. Powiedział, że dzwoni z Vegas Local, popularnego brukowego portalu internetowego z wiadomościami i programami. Obiecał, że zapłaci osiemset dolarów za cały film wideo i zdjęcia o wysokiej rozdzielczości oraz połowę wszystkich tantiem, jeśli sprzedadzą materiały innym agencjom informacyjnym.

- Brzmi nieźle - odpowiedział mu Harry.

5

Del Taco

Harry uszczuplił nieco swoje niedawno zdobyte bogactwo, płacąc telefonem w barze samochodowym Del Taco za lunch Sofii, Rie i Matta.

- Tylko nie ubrudźcie mi samochodu jedzeniem - ostrzegła ich Sofia, kiedy stanęli w pustej zatoczce parkingu.

Matt podał Harry'emu tacos oraz koktajl truskawkowy z kremem dla Rie. Następnie rozdrażnił siostrę, brudząc otwór odpowietrzający śmietanką.

- Wytrzyj albo będziesz wracać do domu na piechotę! - rozkazała Sofia, a później odwróciła się i spojrzała na Harry'ego, który zauważył kawałek sałaty sterczący między jej przednimi zębami. - Dzięki za tacos, Harry. To, co zrobiłeś, było super. Wiesz, prześlizgnąłeś się między gliniarzami i tak dalej.

Rie opuściła koktajl truskawkowy i skinęła głową.

- Podziwiam cię za to, że chcesz zostać fotografem i starasz się osiągnąć cel. Bo ja nie mam zielonego pojęcia, co chcę robić w życiu.

Pochwały dziewczyn sprawiły, że ego Harry'ego tak urosło, iż wydostało się na zewnątrz przez szklany panoramiczny dach. Matt zauważył mimowolny uśmiech kolegi i poczuł się w obowiązku nie pozwolić, aby głowa przyjaciela nadmiernie urosła.

- Przesłałeś Vegas Local pliki - zauważył. - Skąd wiedziałeś, że ten facet, Ellie, ci zapłaci?

- Nie wiedziałem - odparł Harry. - Ale to sensacyjna wiadomość. Miałem poprosić o kontrakt? Zaczekać, aż ciotka wróci do domu i go przeczyta? Jutro o tej porze nikt nie da za to złamanego grosza.

- Vegas Local to popularna strona - powiedziała Sofia. - Nie przejmuj się... Braciszek jest zazdrosny i nic więcej.

Kiedy ruszyli dalej, Harry sprawdził swój trzydziestosekundowy wideoklip, który zmontował i umieścił na YouTubie. W ciągu niecałej godziny wyświetlono go trzy tysiące razy, a na Vegas Local zamieszczono pełny materiał wraz z artykułem na pierwszej stronie.

WYBUCH W OGÓLNIAKU W ROCK SPRINGS

Pełny materiał wideo na wyłączność: ciężko poparzony rozgrywający zrzucony z noszy przez nieudolnych ratowników!

Harry wcisnął przycisk odtwarzania. Obowiązkowa piętnastosekundowa reklama wybielającej pasty do zębów sprawiła, że strona Vegas Local wydała się pospolita, niekorzystna w porównaniu z nagradzanym dziennikarstwem jego mamy. Ciotka Kirsten nie byłaby zachwycona, gdyby się dowiedziała, że zaryzykował aresztowanie, wydalenie ze szkoły lub odniesienie ran w kolejnej eksplozji tylko po to, żeby nakręcić chwytliwy i drastyczny film dla trzeciorzędnej strony informacyjnej.

- Udanego dnia, Harry Potterze - zawołała radośnie Rie, kiedy wysiadł z audi.

- Dzięki za podwiezienie, Sofia - powiedział Harry, po czym odwrócił się do Matta. - Chcesz pobiegać dziś wieczorem, kiedy sytuacja się uspokoi?

Matt pokręcił głową.

- Żałuję, stary. Wieczorem idę z Ciarą na film.

Pięciopiętrowy kompleks mieszkalny Sinatra Executive Apartments składał się z dwóch budynków w kształcie podkowy, z tarasem słonecznym i umieszczonym pośrodku basenem. Kobieta w recepcji zorientowała się, że Harry wcześniej wrócił ze szkoły, ale nie zadała sobie trudu, by zapytać dlaczego, kiedy przeszedł obok i przyłożył plastikowy brelok, aby wejść do windy.

Ciotka Kirsten żartowała z jego nastrojów, ale trafność tego spostrzeżenia uderzyła go w chwili, gdy otworzył drzwi do mieszkania. Piętnaście minut temu cieszył się z zarobionych ośmiuset dolców, gorących tacos z kurczakiem i dziewczyn obsypujących go pochwałami, a teraz czuł się jak śmieć.

Martwił się tym, że Vegas Local jest szemraną stroną, która nigdy nie zapłaci mu ośmiuset dolarów. Miał dużo pracy domowej i obawiał się, że spędzi całą noc przy biurku, podczas gdy Matt będzie balować z Ciarą w kinie Summerlin Regal.

- Ktoś jest w domu? - krzyknął.

Oczekiwał, że nie usłyszy odpowiedzi, i faktycznie jej nie otrzymał.

Ciotka Harry'ego, Kirsten Channing, przeprowadziła się do Vegas, żeby otworzyć elegancką restaurację na terenie nowo powstałego kasyna Algarve. Redaktorzy rubryki kulinarnej byli łaskawi, więc wszystkie stoliki zarezerwowano wiele tygodni naprzód. W ten sposób Kirsten biła kolejne rekordy sprzedaży i zarabiała dużo kasy, ale miała niewiele czasu dla swojego siostrzeńca i jeszcze mniej na szukanie domu.

Choć od wyemigrowania z kraju upłynęło osiem miesięcy, nadal żyli w umeblowanym mieszkaniu wynajmowanym na krótki okres. Lokal był dwukrotnie większy od ich dawnego mieszkania w Londynie. Mieli okna sięgające od podłogi do sufitu, z elektronicznie przyciemnianymi szybami, wannę z szesnastoma programami i lodówkę, w której zmieściłby się samochód.

Jednak było to miejsce do spania, a nie dom. Poza tym Harry gardził nijaką sztuką abstrakcyjną i zapachem środka do czyszczenia w spreju, którego używały sprzątaczki. Nie mógł pomalować swojej sypialni ani przykleić plakatów, a kiedy słuchał głośnej muzyki, menedżer budynku darł się przez interkom.

Kirsten pracowała sześć nocy w tygodniu, a Harry nie znał nikogo spoza szkoły, więc jeśli nie był z Mattem, spędzał samotne godziny między zajęciami w szkole a udaniem się do łóżka.

Dochodziła czternasta - do pory snu pozostało osiem i pół godziny. Harry otworzył lodówkę i poczęstował się butelką wody gazowanej oraz zbieraniną tapas. Usiadł na stołku i otworzył sfatygowanego macbooka, który mieszkał na kuchennym blacie. Kirsten używała go, przygotowując danie według przepisu, więc na ekranie było widać ślady palców w cukrowej polewie; dało się też wyczuć pomarańczowy zapach.

W pierwszej chwili chciał skopiować zrobione zdjęcia na twardy dysk i obejrzeć je na monitorze w przyzwoitej wielkości, ale kiedy zeskanował tęczówkę i włączył telefon, na ekranie pojawiły się notatki, które zrobił, plotkując w wozie Sofii.

JJ Janssen. Rezerwowy rozgrywający, jedenasta klasa. Oczywisty podejrzany (zbyt oczywisty!). W poniedziałek groził w szatni, że zabije Deiona. Jego tatą jest Jay Janssen senior, nadziany biznesmen, były diler narkotykowy.

Fawn Croker. Narzeczona JJ-a. Ma dwadzieścia pięć lat!!! Leci na forsę?

Charlie Croker. Łebska młodsza siostra Fawn. Uczennica ósmej klasy. Przygotowała materiał wybuchowy na szkolną prezentację! Napisała pracę z przyrody razem z Mattem.

Zarobienie ośmiuset dolców odwróciło uwagę Harry'ego od zagadki z szafkami, ale kiedy czytał swoje notatki, uderzył go osobisty związek łączący Matta z Charlie Croker. JJ i Fawn mogli być podejrzani, lecz gliniarze nie posiadali wiedzy Matta. Pomyślał, że mógłby się czegoś dowiedzieć o wytwarzaniu materiałów wybuchowych przez Charlie.

Wybrał numer kolegi.

- Słuchaj - zaczął. - Chciałem cię spytać o Charlie Croker. Tę, która produkuje własne materiały wybuchowe. Czy byłeś u niej, kiedy pisaliście pracę? Ma laboratorium lub jakąś szopę? Jakieś miejsce, w którym pracowaliście?

- Nadal się bawisz w małego fotoreportera? - odrzekł protekcjonalnym tonem Matt.

Harry jęknął.

- Możesz mi pomóc czy nie?

- Zawsze przychodziła do mnie, bo u nas było ładniej - odpowiedział znużonym tonem Matt. - Ale raz byłem w ich kamperze, kiedy tata podrzucił ją do domu. Nie znam nazwy ulicy, na rogu jest duża apteka CVS, ta w pobliżu North Rainbow.

- Apteka CVS, którą mijamy w drodze do szkoły?

- Dokładnie tak - przytaknął Matt. - Charlie mieszka przy North Pine Road lub Lonely Pine. Coś w tym rodzaju. Po skręcie z Rainbow jest punkt z oponami, a później dom, taki podwójny kamper. Niebieskoszary, jakby ktoś pomalował go resztkami farby. Było tak, kiedy chodziłem do siódmej klasy, więc mogli się przeprowadzić.

Harry przytrzymał telefon brodą i ramieniem, żeby otworzyć Google Maps na macbooku.

- Mam - oznajmił radośnie, przełączywszy na Street View i zobaczywszy przyczepę kempingową podobną do tej, którą opisał Matt. - Leaning Pines numer tysiąc sześćset osiemdziesiąt.

- Jak chcesz to rozegrać? - zapytał Matt. - Zapukasz do drzwi i spytasz, czy kogoś wysadziła?

- Rozejrzę się po okolicy - odpowiedział niepewnie Harry. - Wezmę mój dobry aparat. Powęszę. Może w sąsiedztwie jest jakaś spalona szopa lub coś takiego. To tylko dziesięć minut taksówką, a i tak nie mam nic innego do roboty.

6

Rainbow Road

Harry sprawdził Charlie Croker w Google, jadąc taksówką, toyotą priusem. Wóz miał poplamione siedzenia i szybę wyklejoną ogłoszeniami o koncercie Kanye'a Westa w sali Caesar Palace. Uzyskał siedemset siedemdziesiąt cztery trafienia z Charliem Crokerem, który sprzedawał maszyny rolnicze w stanie Iowa, oraz trenerem pilatesu we frotowej opasce na czole. Bardziej skuteczne okazało się zawężenie poszukiwań do "Charlie Croker Rock Springs".

Dziewczyna z sąsiedztwa wyróżniona ogólnokrajową nagrodą w dziedzinie technologii

Jedenastoletnia Charlie Croker pokonała ponad sześciuset rywali, często uczniów szkoły średniej, i otrzymała siedemset pięćdziesiąt dolarów nagrody oraz darmową wycieczkę po słynnym na całym świecie laboratorium materiałów wybuchowych w Kalifornijskim Instytucie Technologicznym.

Na zamieszczonym obok zdjęciu widniała wysportowana dziewczyna o przyciętych blond włosach, w T-shircie sięgającym kolan, na którym widniało zielone logo sponsora. Najbardziej uderzającą cechą Charlie były ogromne błękitne oczy oraz tenisówki bez marki, z paluchem wystającym przez dziurę.

Był też link do innego artykułu, ale telefon zaczął wibrować i Harry rozpoznał numer Vegas Local.

- Mówi Ellie Gold - oświadczył głos ociekający tandetną radością. - Chciałem ci powiedzieć, że twoje wideo oglądają dziewięćdziesiąt razy na minutę. USA Network i Cox News chcą mieć wyłączność na cały kraj. Rozgrywam jednych przeciwko drugim, ale oferta już sięgnęła siedmiu tysięcy dolców!

Harry'emu szczęka opadła, sięgając niemal podłogi taksówki.

- Dostanę połowę, tak?

- Dokładnie - przytaknął Ellie. - Umieściłem twoje fotki na stronie agencji prasowej. Jeszcze nikt nie kupił tego pięknego umazanego krwią hełmu, ale kopia ze znakiem wodnym została załadowana sześćdziesiąt razy, więc zdjęcie na pewno się sprzeda.

- Kiedy dostanę kasę? - Harry był podekscytowany pieniędzmi, ale w jego głosie dało się wyczuć nieufność.

- Nie ufasz mi?! - spytał Ellie, rycząc ze śmiechu. - Vegas Local nie przetrwałoby tygodnia, gdybym nie płacił informatorom. Prześlij mi numer konta. Moja sekretarka Sue-Ann przekaże twoje dane mailem. Dostaniesz osiem stówek, gdy tylko dokumenty zostaną podpisane. Reszta zajmie trochę czasu. Wielkie stacje płacą rachunki po miesiącach, ale ludzie kochają tajemnicę zamachu bombowego na rozgrywającego, a twoje zdjęcia noszy umazanych krwią spowodowały, że historia zyskała ogólnokrajowy rozgłos. Kiedy opadnie pył, możesz dostać pięciocyfrową sumkę.

- Serio? - Harry wytrzeszczył oczy, wyobrażając sobie zazdrość Matta i dawnych kumpli z Londynu, gdyby się okazało, że zarobił dziesięć tysiączków...

- Wyraźnie masz talent do tej roboty. Jeśli kiedyś zdarzy się coś podobnego, zadzwonisz najpierw do Elliego, prawda?

- Jasne - odparł Harry.

- Będę w kontakcie.

"Jasna cholera! Historia zyskała ogólnokrajowy rozgłos! Dla dziesięciu tysięcy zniosę opieprz od dyrekcji i Kirsten. Będzie mnie stać na lekki profesjonalny aparat. Wydam tysiąc dolców w centrum handlowym. Kupię sobie nowy sprzęt do biegania, może lepszego laptopa. Założę się, że Kirsten będzie rozsądna i zmusi mnie do odłożenia przynajmniej połowy na college..."

Taksówka skręciła z South Rainbow i przejechała obok parkingu dużej apteki CVS. Harry wykorzystał konto Kirsten w przedsiębiorstwie taksówkowym Lucky Cab i podał adres Leaning Pines tysiąc sześćset osiemdziesiąt, ale nie mógł przecież wysiąść przed kamperem Crokerów i zacząć węszyć w okolicy.

- CVS - wybełkotał. - Proszę mnie wysadzić tutaj.

Harry nie chciał być niegrzeczny, jednak właśnie tak to zabrzmiało. Łysy taksówkarz spojrzał zawiedziony na nawigację satelitarną.

- Miało być Leaning Pines tysiąc sześćset osiemdziesiąt.

- Mama prosiła, żebym zrobił zakupy - skłamał Harry. - Zapomniałem powiedzieć. Nie chciałem na pana naskoczyć.

Kierowca gwałtownie zahamował, a Harry wysiadł na chodnik i wyciągnął plecak wybrzuszony od profesjonalnego nikona.

Przed CVS znajdowało się kilkaset miejsc parkingowych, ale był środek czwartkowego popołudnia, więc nieliczni klienci wielkiej apteki zaparkowali w jednym rzędzie, ustawiając wozy po zacienionej stronie budynku.

Harry założył okulary przeciwsłoneczne i przeszedł w poprzek miejsc parkingowych. Parking CVS kończył się ogrodzeniem sięgającym kolan. Matt wspomniał o zakładzie wulkanizacyjnym, ale punkt przypominał raczej franczyzę Tire Maxx, do tego nieczynną od dziesięciu lat. Znaki firmowe odpadły od wysokiego słupa stojącego przy ulicy, na drzwiach wisiał ciężki łańcuch, a pokryty piaskiem parking był usłany puszkami po piwie i starymi oponami.

Harry ruszył truchtem, czując pot cieknący po plecach. Kiedy okrążył myjnię samoobsługową z zawalonym dachem, jego oczom ukazał się niebieskoszary kamper. Podniecenie wywołane telefonem Elliego opadło i na powierzchnię wynurzyło się pytanie Matta: "Jak chcesz to rozegrać?".

"Co chcę znaleźć? Może powinienem zawrócić, kupić lody Mars w CVS i pojechać do domu? Ale siedzenie samemu w chacie jest do kitu... Czy mama by to pochwaliła, gdyby żyła? Dlaczego robię różne rzeczy, żeby wywrzeć wrażenie na matce, której nigdy nie było w pobliżu, nawet kiedy żyła? Czy naprawdę chcę zostać fotoreporterem, czy tylko powtarzałem to sobie tak długo, że nie jestem w stanie wymyślić niczego innego?"

To, co ujrzał po drugiej stronie Tire Maxx, wytrąciło go z zadumy. Jego oczom ukazał się poczerniały mur i wgłębienie przypominające krater, wypełnione śmieciami. Asfalt u podstawy wgłębienia był pokryty zmarszczkami z wystającymi śrubami i bolcami, które najwyraźniej się w nim pogrążyły, gdy jego powierzchnia uległa stopieniu. Harry wyciągnął nikona i sfotografował odłamki metalu oraz pęknięcia ściany.

Przeszedł go dreszcz strachu, kiedy podmuch wiatru brzęknął puszką coli leżącą na drodze. Uczucie to nie ustąpiło, gdy się zbliżył do działki numer tysiąc sześćset osiemdziesiąt.

"Nie jesteś dziennikarzem. Wyjdziesz na kompletnego idiotę, jeśli się okaże..."

Jednak Harry nie uległ zwątpieniu.

Pomiędzy zakładem wulkanizacyjnym Tire Maxx a kamperem nie było granicy. Teren przy domu zamienił się w wysypisko śmieci, wokół walały się: wypłowiałe fragmenty dziecinnego domku ogrodowego, zabudowana przyczepa z dwiema sflaczałymi oponami, zardzewiały kadłub pralki i inne śmieci, wśród których można się było ukryć.

Harry wykonał kilka szerokich ujęć, licząc na to, że ktoś może kupić zdjęcia domu, jeśli okaże się on ważnym elementem opowieści. Wiatraczki klimatyzacji zamontowane na dachu obracały się z maksymalną prędkością, ale ich jednostajny pomruk nie wystarczył do stłumienia odgłosów bawiącego się w środku dziecka.

Przysunął się do jakiegoś okrągłego śmiecia, starając się wyjrzeć za róg domu tak daleko, jak się da. Jego nadzieja, że dostanie się na miejsce przed policją, prysła na widok dwóch zaparkowanych radiowozów. W jednym na fotelu pasażera siedział ubrany po cywilnemu funkcjonariusz, dopalając papierosa w otwartych drzwiach.

Kiedy aluminiowe drzwi kampera trzasnęły, Harry uniósł aparat. Z domu wyszła groźnie wyglądająca policjantka. Z ustami zasłoniętymi dłonią zeskoczyła po dwa stopnie. Harry wycelował nikona w stronę boku kampera, nastawił tryb ciągły i gdy kobieta się schyliła, jakby chciała zwymiotować, wykonał kilkanaście zdjęć.

- Chcesz wody? - zapytał gliniarz palący papierosa, po czym sięgnął po butelkę na drzwiach i ruszył w kierunku partnerki.

- Najpierw zrób coś z tym smrodem. Przed chwilą dzieciak się zesrał.

- Jaja sobie robisz? - jęknął policjant, kręcąc głową i gasząc peta butem. - Od czego jest opieka społeczna? Powinni już tu być.

Kiedy pojawił się trzeci gliniarz, rozpaczliwie chwytający powietrze, rozległ się przeraźliwy wrzask i odgłos uderzenia czegoś ciężkiego o ścianę.

- Dzieciak wrzeszczy bez przerwy: "Nie uważasz" i domaga się Charlie - wyjaśnił nowy. - Dajcie mi tę butelkę.

Opróżnił ją do dna, a później odrzucił plastikowe opakowanie, które wylądowało wśród śmieci kilka stóp od Harry'ego.

- Co za dzień! Co za dzień!

Policjant ruszył gniewnie w stronę kryjówki chłopaka, aby oprzeć ręce na biodrach i splunąć. Harry ukrył twarz i zanurkował, a funkcjonariusz odwrócił się dwa kroki od miejsca, w którym dostrzegłby jego nogę, i poszedł do radiowozu.

"Nie warto ryzykować. Porucznik w szkole był podejrzliwy. Gdyby mnie tu złapali... W najlepszym razie zostałbym aresztowany. Kirsten zrobiłaby niezłą minę na posterunku".

Policjant wrócił do kolegów, a Harry wycofał się szybko na czworakach, trzymając drogą lustrzankę w jednej ręce. Po dotarciu do nieużywanej myjni samochodowej zauważył, że kolano miał umazane czymś czarnym i oleistym.

"Przyjście tutaj było idiotycznym pomysłem".

Postanowił obejść zakład Tire Maxx od tyłu, ale w połowie drogi spostrzegł w górze jakiś cień. W promieniach jasnego słońca mignęła zeskakująca z dachu postać. Pod Harrym ugięły się nogi, kiedy przygniotło go obce ciało. Jakaś ręka przesunęła się po metalowym sidingu, gdy jego dłonie rozorywały ziemię.

Zaczerpnął powietrza, ale jego usta wypełniły się kurzem i zaniósł się kaszlem. Nieznana postać wylądowała mu na plecach. Dziewczyna o głowę niższa od niego oplotła jego tułów silnym ramieniem. Kiedy się zastanawiał, czy zdoła ją z siebie zrzucić, poczuł lufę pistoletu przytkniętą do policzka.

- Dlaczego tu węszysz ? - zapytała Charlie Croker. - Kim jesteś?