Kilar. Geniusz o dwóch twarzach - Maria Wilczek-Krupa

Reflow text when sidebars are open.
- Panie Wojtku, a co z naszym umówionym wywiadem kamerowym?
- Muszę chyba bardziej ważyć obietnice. Wie pani, że nie cierpię kamer prawie tak samo jak urzędów...
- Wiem. Ale to nie potrwa długo, obiecuję. A w ekipie będę tylko ja i reżyser filmu.
- Mam inną propozycję. Poczeka pani, aż umrę, i napisze pani o mnie książkę...
Nie nakręciliśmy filmu dokumentalnego z Wojciechem Kilarem, bo tego po prostu nie chciał. W ogóle stronił od rozmów publicznych, zwłaszcza pod koniec życia, kiedy tak bardzo cenił sobie zwykły święty spokój. Na prośbę mojej uczelni o pomoc w doktoracie też najpierw powiedział:
- Nie. Ja się na muzyce filmowej absolutnie nie znam. Ja ją po prostu piszę, a ściślej, pisałem. A to nie to samo.
Potem jednak spotkaliśmy się na koncercie jubileuszowym profesora Andrzeja Jasińskiego i wtedy zmienił zdanie. Z prostego powodu - kobiecie, w cztery oczy, odmówić nie umiał. Miało być jedno spotkanie, weryfikujące moje wnioski i uzupełniające wiedzę. Ale tak się złożyło, że zamiast wyłącznie o filmie, zaczęliśmy mówić także o Śląsku, bo on kochał Katowice, a ja - Cieszyn. Potem o samochodach, bo natychmiast zauważył, że jeżdżę "koreańczykiem", a on zawsze się zastanawiał, czy to dobre auta. Potem zeszło na literaturę - na Agathę Christie i Stephena Kinga, których książki uwielbialiśmy obydwoje. Wreszcie na biografie i dzienniki, które on zaczął doceniać pod koniec życia. Mówił przy tym, że to najlepsi przyjaciele ludzi starszych, jak on.
- O rany - przeraziłam się. - Ja też od jakiegoś czasu wolę literaturę faktu od beletrystyki. Starzeję się...
- Dojrzewa pani - poprawił mnie z mocą.
Potem były następne spotkania i kolejne, bo dobrze nam się rozmawiało i wspólnych tematów znaleźliśmy wiele. Mówiliśmy o domu na Brynowie - o tym, że wciąż jest w nim Basia i że on marzy o tym, by kiedyś było to miejsce pamięci. Spróbowałam spełnić jego życzenie w pierwszej części książki, oprowadzając Czytelnika po zakamarkach domu przy ulicy Kościuszki i opisując go w sposób, w jaki sama go zapamiętałam. Rozmawialiśmy o fascynacjach - muzycznych, książkowych, duchowych. To druga i najobszerniejsza część biografii, a i tak niepełna, bo tych fascynacji było przecież mnóstwo. I wreszcie była mowa o twarzach. Filmowych, klasycznych, duchowych, przyziemnych. O różnych obliczach i wielu naturach, z których każda była prawdziwa. O twarzach Dr. Jekylla i Mr Hyde'a, o których próbuję opowiedzieć w ostatniej części książki.
Od początku chciałam się przekonać, co drzemie pod powłoką jego świętości. Bo że coś drzemie, to było widać od razu. W pełnym elegancji geście, kiedy podawał płaszcz. W szarmanckim ukłonie, gdy całował w rękę. W błysku oka i ożywieniu, kiedy spoglądał na samochód. Wreszcie w chichocie, gdy opowiadał o dawnych, zabawowych czasach albo o kotach, które wzbudzały w nim skrajne uczucia, od bezwarunkowej miłości do rozpaczy i pasji.
Jestem mu wdzięczna za szczerość. Za to, że ze ściągniętą bólem twarzą opowiedział mi wzruszającą historię ostatnich dni spędzonych z żoną, ale także za to, że krygując się i mitygując (wulgaryzmy? przy kobiecie!?), zaśpiewał lwowską piosenkę pełną nieprzyzwoitych słów. Za prawdę o sobie i o swoich twarzach. I wreszcie za to, że mimo podeszłego wieku pozostał bardziej młody niż ja.
- Fajnym językiem pani pisze, takim ciętym, współczesnym - powiedział podczas autoryzacji któregoś z wywiadów. - Czemu w takim razie używa pani słowa "utwory", skoro powiedziałem "kawałki"? I co za Barbara? To była Basia albo Baśka, nigdy nie nazwałbym mojej żony Barbarą!
Po dwóch latach wypełnionych rozmowami w domu albo przez telefon (jeśli to on dzwonił, robił to zawsze późnym wieczorem, rozpoczynając rozmowę mrocznym: "To ja. Kilar") zrozumiałam wreszcie, że pod powłoką świętości kryje się... człowiek. Barwny i nietuzinkowy, z mnóstwem zalet i wad i ze skłonnością do wpadania w furię, czego doświadczyłam na własnej skórze.
To było wiosną 2012 roku, przed jubileuszowym koncertem jego muzyki filmowej, który organizowaliśmy w Krakowie. Zadzwoniłam dopytać się o jakieś szczegóły, a on huknął na mnie ni stąd, ni zowąd, że ma tego wszystkiego dość, żebyśmy mu dali święty spokój i przestali go dręczyć pytaniami o partytury.
Jakie partytury? Nie mówiłam nic o partyturach!
Przeprosiłam grzecznie i zakończyłam rozmowę. A potem, na jubileuszowym koncercie właśnie, wypatrzył mnie w tłumie dziennikarzy i niepewnym krokiem (miał już wtedy zawroty głowy) podszedł i ujął pod ramię.
- Pani Marysiu, tak bardzo panią przepraszam. Zadzwoniła pani dosłownie minutę po kimś, kto wyprowadził mnie z równowagi. Prawda jest taka, że wyżyłem się na pani. Proszę wybaczyć staremu człowiekowi...
Wojciech Kilar. "Człowiek w najwyższym stopniu nadający się do człowieczeństwa"1.
1. Tak o Kilarze mówił Gustaw Holoubek, w: M. Malatyńska, A. Malatyńska-Stankiewicz, Scherzo dla Wojciecha Kilara, Kraków 2002, s. 59.
Kochanej Danusi i Jackowi, z noworocznymi całuskami
Wojtek Kilar
Brynów Hills, sylwester '93
Przy Kościuszki, najdłuższej ulicy w całych Katowicach, w jednym z zaułków słynnego Brynowa stoi kilka klockowatych domów, jednopiętrowych, szarych, z płaskim dachem. Ten jeden wcale nie jest wyjątkowy - ma taką samą burą elewację, taki sam zielony płot i werandę usytuowaną na tyłach. Ogród, ten od frontu, też raczej niczym się nie wyróżnia - przyzwoicie przystrzyżony trawnik, pośrodku zadbany rododendron, z boku kilka drzew i krzewów, wiosną obsypana żółtymi płatkami forsycja i biała magnolia, latem drobne kolorowe kwiatki. Ta piękniejsza, intymniejsza część ogrodu, z ażurową ławką na końcu alejki i klombami, pozostaje niewidoczna dla mniej zaprzyjaźnionych gości.
Późna jesień 2011 roku. Nawet ciepło jak na tę porę roku. Zielona furtka, potem niewielki kamienny ganek po prawej stronie domu i wreszcie proste drewniane drzwi z mosiężną kołatką i tabliczką "B.W. KILAR", jakby schowane, nieprzystępne. Drzwi otwiera gospodarz, już w podeszłym wieku, a jednak nie stary - ubrany w prążkowaną koszulę w ulubionym niebieskim kolorze, proste sztruksy z paskiem i sportową granatową kamizelkę, wyprostowany, o bystrym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, z resztką siwych rozwichrzonych włosów. Mógłby je zgolić, ale jakoś nie potrafił, bo to w końcu był jego znak szczególny, nie wpisany do paszportu, lecz rozpoznawalny wszędzie, nawet w paryskim Raphaelu. Przyjaciele i znajomi szydzili niekiedy z takiego designu, on się tym nie przejmował. Nawet wtedy, kiedy Stanisław Woś1, jego przyjaciel i niezłomny strażnik sercowych by-passów, powiedział:
- Nad tobą, Wojtek, to jakby chmura ebonitu krążyła. Gdybyś się kiedyś fizyki uczył, tobyś wiedział dlaczego!
Nie narzekał na brak poczucia humoru, potrafił się śmiać także z siebie, więc nie obrażał się na żarty ani ze swojej fryzury, ani z dyskusyjnej, delikatnie mówiąc, znajomości nauk ścisłych.
Jak mało kto rozumiał angielską sentencję "Mój dom - moja twierdza". Starał się go nie opuszczać bez potrzeby, zwłaszcza od momentu gdy został sam. Ale i wcześniej, za życia Basi, kochał nade wszystko te nieco ponure wnętrza, które tak skutecznie odstraszały niektórych przyjaciół. Inaczej niż w przypadku hoteli, nie miał wygórowanych wymagań co do stałego miejsca zamieszkania - miało być zaciszne i urządzone tak, jak chciała jego żona. Śniło mu się czasem, że się przeprowadza do ciasnego mieszkania - budził się wtedy i rozglądał wokół z przerażeniem. To był sen numer trzy - jeden z czterech, które prześladowały go latami. Dlatego nie znosił śnić.
Przydział na dom w Brynowie dostali od władz w 1978 roku; wcześniej mieszkali w nim partyjni prominenci. Kilarowie wykupili go na własność dopiero po kilkudziesięciu latach, kiedy już nie mieli wątpliwości, że to ich miejsce na ziemi. W pierwszych dniach byli oszołomieni - po dwupokojowej klitce w bloku przy Skłodowskiej-Curie piętrowy dom z piwnicą i garażem wydawał się wielki jak Luwr. Trudno było się w nim znaleźć, a jeszcze trudniej go umeblować. Co mieli w poprzednim mieszkaniu, to przenieśli - stół z ławami kuchennymi, drewniany kredensik, blat roboczy przerobiony z drzwi. Część tych mebli pozostała z nimi do samego końca.
Jedynie na garaż Kilar niekiedy narzekał, że ciasny i niezbyt wygodny. Doskwierało mu to zwłaszcza wtedy, kiedy mogli już sobie pozwolić na kupienie luksusowego mercedesa, z telewizorem i wszystkimi najnowszymi bajerami. Trzeba było bardzo się starać, żeby krążownik zmieścił się w wąskim pomieszczeniu, a i tak otwarcie drzwi graniczyło z cudem. Do auta Wojtek wsiadał niekoniecznie po to, żeby dokądś pojechać - częściej po to, by posłuchać radia. Bo radio w mercedesie było nowocześniejsze niż domowe odbiorniki. Po mieście zaś wolał jeździć mniejszym samochodem albo taksówką.
Za to mieszkanie było przestronne - na parterze dwa duże pokoje w amfiladzie, przedpokój z holem, ustawna kwadratowa kuchnia z niewielką spiżarnią, toaleta oraz cudowna przeszklona weranda z niewielkim tarasem, na którym gospodarz urządził wykwintną jadłodajnię dla okolicznych kotów. Z przedpokoju kręte schody prowadziły na piętro, dokąd wstęp mieli tylko nieliczni - z małego podestu najbliższe wejście prowadziło do sypialni i łazienki, dalej był gabinet z fortepianem i zawalona stertą książek biblioteka. Wszędzie mnóstwo oprawionych fotografii - Kilarowie z Janem Pawłem II, pani Basia z kotką o wielu imionach2, Wojtek w zabytkowej bibliotece na Jasnej Górze. Obok zdjęć obrazy Dudy-Gracza, podobizny kotów, dalej liczne płótna o tematyce religijnej - samych wizerunków Matki Bożej było około trzydziestu. Najbliższą rodzinę Wojtek najchętniej wprowadzał do kuchni, przyjaciele i znajomi zasiadali na skórzanej kanapie przy stoliku w jednym z pokoi w amfiladzie.
Wejdźmy do dużego pokoju. Kilar nigdy nie nazywał tego pomieszczenia salonem. Dla niego był to po prostu "duży pokój", z szerokim wejściem (z białą futryną bez drzwi) do równie obszernej jadalni. Ściany obite jasną tapetą w liliowo-brązowe kwiaty, na parkietach wzorzyste tureckie dywany. Zielony skórzany komplet wypoczynkowy - sofa i dwa miękkie fotele, obok, na niskim stoliku, stożkowata bryła z brązu - honorowa Nagroda imienia Lecha Kaczyńskiego dla "wybitnego twórcy, który polską tradycję narodową wzmacnia, kontynuuje i interpretuje w świetle doświadczeń nowoczesności, twórcy prawego i sprawiedliwego", jak powiedział profesor Zdzisław Krasnodębski3. Pod ścianą piękna witrażowa lampa, obok niej drewniana etażerka, dalej - blisko dużych, trójskrzydłowych okien ozdobionych firankami - tapczan przykryty czerwoną narzutą w jasne wzory. To niezwykle ważny mebel, bo właśnie na nim w ostatnich miesiącach życia odpoczywała schorowana Basia. Kilar nic tu nie zmienił - pod wiszącym na ścianie wzorzystym kilimem pozostawił kolekcję maskotek: pluszowe owieczki, kremowego misia, czarno-białą krowę o smutnym spojrzeniu. Na drewnianej etażerce podręczny ołtarzyk, krzyż, kilka figurek kotów różnej maści. Po odejściu Basi nawet na fotelu nie chciał siadać, tym brązowym, stojącym w jadalni, na którym lubiła odpoczywać z książką podczas lepszych dni. Stał tam także stół i inne stylowe meble, na nich pamiątki jeszcze z rodzinnego Lwowa; przy centralnej (tej naprzeciwko wejścia z amfilady) ścianie brązowa skórzana sofa na niej siedem poduch, każda z inną podobizną kota.
*
U schyłku życia chętnie przesiadywał w tej kwiatowo-wzorzystej przestrzeni, w której jedynymi elementami z dwudziestego pierwszego wieku były plazmowy telewizor z panoramicznym ekranem oraz współczesna czarna szafka ze sprzętem audio i DVD. Krygował się przed prasą, że nie kuma nic z techniki i że psuje mu się w rękach wszystko poza samochodami, ale sam przed sobą musiał przyznać, że uwielbia nowoczesność i nie trzeba go namawiać do kupienia nowego modelu auta, telefonu czy telewizora. Jedno, co go rzeczywiście nie wzruszało, to komputer i programy do komponowania. Do samego końca pisał na papierze, najchętniej frankfurckim, ślęcząc nad klawiaturą fortepianu z ołówkiem w ręku.
W dużym pokoju, do którego wprowadzał gości, Kilar siadał na jednym z foteli, tym pod oknem, naprzeciwko drzwi. Kiedy nikogo nie było, ucinał sobie w nim drzemkę. Czasem go dopadał sen numer jeden - idzie samotnie przez rodzinne miasto i potwornie płacze. Albo jeszcze gorzej, sen numer dwa - ruiny getta i koszmarny swąd palonych ciał, z którym na jawie kojarzył mu się każdy, nawet najmniejszy pożar. Kiedyś po takich wizjach budził się zalany łzami. Bardzo nie lubił wspomnień, zwłaszcza tych z dzieciństwa.
- A jednak na starość - mówił pod koniec życia przyjacielowi z Częstochowy Zdzisławowi Sowińskiemu - człowiek powraca do początku4.
W jego wypadku do Lwowa. Do mamy.
Tęskni się bardziej za ludźmi niż za miastami. Dlatego nie chciałem jechać do Lwowa - żeby nie przywoływać bolesnych wspomnień o ludziach*.
Obszerne ośmiopokojowe mieszkanie, w którym w słoneczną letnią niedzielę 1932 roku urodził się Wojtek, mieściło się na drugim piętrze narożnej kamienicy; kilka okien wraz z balkonem wychodziło na Sapiehy, kilka kolejnych - na ulicę Lwowskich Dzieci. Kilar zapamiętał szczególnie krętą klatkę schodową, taką samą, jaką później oglądał w filmach z Ćwiklińską, w dalszej kolejności długi korytarz łączący obydwa lokale, zimny narożny pokój z olbrzymim oknem, gdzie uwielbiał się bawić, i gabinet ginekologiczny, w którym przyjmował jego ojciec doktor Jan Franciszek Kilar.
*
archiwum rodzinne Wojciecha i Barbary Kilarów
O swojej rodzinie i jej pochodzeniu nie wiedział właściwie nic. Takie samo nazwisko nosili śląski aktor Julian Kilar oraz inżynier Adam Kilar, dyrektor Zjednoczenia Górnictwa Naftowego, który kierował akcją gaśniczą po wybuchu ropy w Karlinie w 1980 roku5. W domu przebąkiwano coś o szwedzkich koligacjach, ale bez szczegółów. Matka, z którą związany był najsilniej, Aniela Neonilla Kilar, z domu Batik, pochodziła z Bóbrki6 - małego, biednego miasteczka na Podolu, niecałe trzydzieści kilometrów na południowy wschód od Lwowa. Urodziła się w 1906 roku w rodzinie chłopskiej, w wieku dwudziestu lat ukończyła Seminarium Nauczycielskie Żeńskie imienia Adama Asnyka we Lwowie i zaczęła kursy aktorskie w słynnym lwowskim studiu Wandy Siemaszkowej. W 1929 roku poślubiła starszego o piętnaście lat Jana Franciszka Kilara, lekarza ginekologa, bardzo cenionego w mieście. Kilar senior pochodził z rodziny ziemiańskiej z Żółkwi - miasta położonego trzydzieści pięć kilometrów od obecnej granicy ukraińsko-polskiej, wspaniałego niegdyś grodu z olbrzymim rynkiem, drewnianą cerkwią Świętej Trójcy, kolegiatą Świętego Wawrzyńca z grobowcami rodziny Żółkiewskich, fundatorów miasta, i siedemnastowieczną synagogą, jedną z największych w Europie, zbudowaną przy finansowym wsparciu króla Jana III Sobieskiego.
Jan Franciszek wzrastał w społeczności wielowyznaniowej i wychowywał jedynego syna w duchu tolerancji. Zapewnił Wojtkowi szczęśliwe dzieciństwo, chociaż jego małżeństwu daleko było do doskonałości. Miał skłonności do miłostek - zakochiwał się, potem cierpiał. Często zamykał się samotnie w pokoju.
Widziałem kiedyś taki dowcip rysunkowy: elegancko ubrany, ale smętny facet siedzi w fotelu, wytworna dama kładzie mu rękę na ramieniu i mówi: "Gratuluję, mój drogi, zdobyłeś pierwsze miejsce w konkursie apatii". No więc mój ojciec był w tym konkursie najprawdopodobniej zaraz za nim.
Jego żona nauczyła się z tym żyć - skończyła właśnie kursy aktorskie i bardziej skupiała się na swoim debiucie teatralnym (w latach trzydziestych występowała w nowo założonym Teatrze Podolsko-Pokuckim w Stanisławowie oraz w Powszechnym Teatrze Żołnierza we Lwowie) niż na problemach emocjonalnych kochliwego męża. On sam szukał ukojenia w pracy oraz w szeroko pojętej sztuce. Jako dorosły już człowiek zaczął grać na fortepianie - lekcji udzielał mu znany kompozytor ksiądz Antoni Hlond-Chlondowski. Dzięki temu w domu małego Wojtka pojawiło się pianino.
Któregoś dnia odwiedził ojca żydowski krawiec o nazwisku Cygan - mieszkaniec tej samej kamienicy. Potrafił grać i gdy tylko zobaczył instrument, siadł do klawiatury. Mały Wojtek zatrzymał rowerek, którym jak zwykle przemierzał długi korytarz w mieszkaniu, kiedy usłyszał lirycznego walca z Coppelii Léo Delibes'a, potem pełną karykaturalnego patosu melodię Na perskim rynku Alberta Ket?lbeya. Był tymi dźwiękami zachwycony - bardziej niż fragmentami Dekameronu Boccaccia7, pochłoniętymi po kryjomu w wieku czterech lat, gdy tylko nauczył się czytać, bardziej nawet niż rozmowami o teatrze, które uwielbiał i do których zmuszał rodziców co wieczór, kładąc się pomiędzy nimi w małżeńskim łożu.
Muśta - jak nazywał mamę za tamtych szczenięcych lat, a nawet później, jako dorastający chłopak - szybko wyczuła, że to coś o wiele więcej niż zwykła dziecięca fascynacja.
- Pójdziesz na lekcje - zdecydowała pewnego wieczoru, zupełnie nieoczekiwanie.
Ojciec gorąco ją poparł - w głębi duszy marzył, by syn został artystą.
Obydwoje mieli prawo sądzić, że muzyczna edukacja przyniesie oczekiwane rezultaty. W przedszkolu maluch radził sobie doskonale, uczył się francuskiego w błyskawicznym tempie. Opiekunowie mieli na to sprawdzoną metodę - w zasięgu wzroku dzieci kładli marcepanowe zwierzątka: koty, słonie, psy, baranki. Można je było zjeść wyłącznie wtedy, kiedy znało się ich francuskie nazwy i umiało o nie poprosić. A on tak lubił słodycze.
Młoda nauczycielka muzyki, która wzięła go w obroty, poniosła jednak porażkę. Chłopczyk patrzył na nuty jak na chiński alfabet. Słuchanie krawca grającego na pianinie - proszę bardzo, temu mógł poświęcić nawet kilka godzin. Ale ćwiczenie? A tym bardziej rozczytywanie białych i czarnych kropeczek, które nie wiadomo czemu odpowiadają raz krótszym, a raz dłuższym dźwiękom. Mowy nie ma!
Tupnięcie nogą, błysk gniewu, buzia skrzywiona do płaczu. A płakać potrafił wspaniale.
Nauczycielka odpuściła, rodzice Wojtka - nie. Kolejnym etapem muzycznej golgoty była słynna szkoła panien Reiss. Był tam zdecydowanie najsłabszy. Jego szkolny przyjaciel, późniejszy lekarz, Jerzy Cordier von Lewenhaupt próbował mu pomóc w opanowaniu zapisu nutowego, ale niewiele zdziałał. Pięciolinia nadal była dla Wojtka przekleństwem, choć po ingerencji panien Reiss i Jurka przynajmniej nie przypominała już enigmy. Sam Jerzy imponował mu ogromnie - nie tylko bystrością i umiejętnością opanowania nut, także samym nazwiskiem. W dzieciństwie Wojtek marzył, by nazywać się von Kilar, i to marzenie nie opuściło go właściwie do samego końca. Był czas, że zastanawiał się nad kupnem takiego przydomka - łatwiej byłoby mu wtedy znieść sąsiadowanie z hasłem "kiła" w encyklopedii.
*
Powoli i niechętnie nauczył się wreszcie czytać nuty, zmuszono go także do grania coraz trudniejszych utworów na fortepianie. Było to jedyne wyzwanie, któremu musiał sprostać - pomijając znienawidzone ćwiczenia, pierwsze siedem lat życia było czasem największej wolności, jakiej doświadczył. Interesowali go wyłącznie koledzy (obok Jerzego Cordiera zapamiętał jeszcze trzy nazwiska: Tadeusza Ferendowicza, Władysława Sadowskiego i Zbigniewa Pyry) oraz on sam i to, co znajdowało się na jego talerzu. Miało być dużo i kalorycznie. Nie szkodzi, że potem bolał go brzuch. Miał na to sposób - kładł się w pokoju na łóżku i wyciągał nogi w górę, stopami dotykając kopii Madonny z Dzieciątkiem Rafaela zawieszonej na ścianie. Potrafił tak leżeć godzinami i wcale mu się nie nudziło, gdyż w kamienicy naprzeciwko przyjmował dentysta, a to, co się działo w gabinecie, było nad wyraz interesujące. Nie widział wszystkiego dokładnie, ale obserwował cienie poruszających się ludzi pojawiające się wieczorem nad drzwiami do jego pokoju. Raz na scenę tego fascynującego teatru cieni wtargnął karaluch; Kilar chciał go zjeść, żeby się przekonać, jak smakuje. Przerwała mu ten śmiały eksperyment Muśta, która zaglądnęła do pokoju sprawdzić, czy ból brzuszka minął.
Poza karaluchem ulubione menu miał dość ograniczone. Pierwszego kotleta zjadł dopiero jako nastolatek, wcześniej tolerował mięso wyłącznie w sosie do spaghetti. Na liście potraw, którymi mu dogadzano, znajdowały się w szczególności kluski i knedle (w każdej postaci i w każdej ilości), pierogi (ruskie lub z kaszą, nie gardził też tymi z serem lub innym nadzieniem), placki ziemniaczane, gołąbki oraz makaron posypany serem i polany masłem.
W miarę upływu lat menu poszerzy się o jajecznicę z przypalonym pomidorem, sernik i makowiec, potem o parę francuskich i włoskich dań. Do końca życia proste, mączne jedzenie pozostanie jednak tym, które najszybciej trafi do jego żołądka i dalej - do serca.
Przodowała w tym procederze babcia, czyli mama Muśty. Karmiła Wojteczka kluchami zawsze, gdy do niej zaglądał. A zaglądał często, bo mieszkała niedaleko, przy ulicy Kacpra Boczkowskiego8. Lubił tę brukowaną uliczkę odchodzącą od huczącej gwarem Gródeckiej, spokojną i cichą, z dwoma rzędami pełnych uroku kamieniczek, przywodzącą na myśl paryskie zaułki, których jeszcze nie znał, a które wiele lat później pokochał właśnie dlatego, że mu przypominały stary, przedwojenny Lwów.
Babci zawdzięczał nie tylko przeżycia kulinarne, także pewnego rodzaju inicjację religijną, która - podobnie jak fortepianowa edukacja - okazała się kompletnym niewypałem. Na lewo od mieszkania Kilarów, po drugiej stronie ulicy Sapiehy, znajdował się kościół pod wezwaniem Świętej Elżbiety, ten sam, o którym lwowiacy śpiewają w piosence:
Żegnaj, siostro, żegnaj, bracie,
Wiem, że żałość w sercu macie,
Władze płakać wam nie bronią,
Po kościołach dzwony dzwonią.
Z dala widać już, niestety,
Wieże kościoła Elżbiety.
A więc zbliża się
Ten odjazdu czas,
Chodź, uściśnij, luba, nas!9
Kościół był doskonale widoczny z balkonu Kilarów i kilkuletni chłopiec zapamiętał zielony blaszany dach i trzy strzeliste wieże, które budziły z jednej strony grozę, z drugiej - dreszcz emocji. Niepokój wzrastał wiosną każdego roku, kiedy wraz z babcią odwiedzał świątynię codziennie, w ramach nabożeństw majowych. Co to była za tortura! Trzydziestominutowe nabożeństwo, a po nim jeszcze ponadgodzinna msza, z której niewiele rozumiał. Razem z modlitwami - mniej więcej dwie godziny spędzone w kościelnej ławce.
A on od kościoła zdecydowanie wolał ulicę. Tętniącą życiem, pełną wspaniałych niespodzianek i soczystych wulgaryzmów, które niesamowicie mu się podobały. Pewnego dnia wpadł zziajany do domu, stanął na progu i triumfalnie krzyknął:
- Co jest, kurwa!?
Zanim się zdążył nacieszyć swoją doniosłą kwestią, matka wymierzyła mu siarczysty policzek. Do tego był przyzwyczajony - dostawał w gębę nieraz, często na wszelki wypadek, zanim przeprowadzono śledztwo, czy faktycznie czymś zawinił. Teraz jednak sprawa przedstawiała się poważniej: matka zapowiedziała, że gdy ojciec przyjdzie, odbędzie się sąd.
Trzeba było coś wymyślić. Dziecięca główka pracowała na najwyższych obrotach, w końcu Wojtek poszedł do kuchni i wykradł kuchenny nóż. Gdy ojciec rozpoczął kazanie, wyjął nóż z kieszeni i dźgnął ojca w rękę.
Tego Jan Franciszek z pewnością się nie spodziewał. Zdumienie odebrało mu mowę. W milczeniu założył opatrunek na krwawiącą ranę. Na szczęście krwi było niewiele - nóż okazał się tępy10.
Te dziwne relacje z tatą zapamiętał z dzieciństwa najlepiej, choć to matka była dla niego osobą najbliższą. Ojciec zawsze był zajęty albo cierpiał z powodu kolejnej miłości. Często wyjeżdżał na Śląsk w poszukiwaniu pracy. Zaraził Wojtka czytaniem - mały pochłaniał wszystko, co mu wpadło w rękę, nie wyłączając czasopism medycznych, podkradanych tacie i wertowanych po kryjomu na schodach. Ojciec był wyrozumiały i spokojny, kiedy go na tym nakrywał, cierpiał jednak na pewien rodzaj niezrównoważenia - rodzinna legenda mówi, że gdy Wojtek zachorował na koklusz, z rozpaczy i bezsilności chciał się zastrzelić z broni trzymanej w szufladzie.
Wojtek z tatą - Janem Franciszkiem Kilarem archiwum rodzinne Wojciecha i Barbary Kilarów
*
W rodzinie była także ciocia - siostra Muśty; mieszkała z babcią. W odróżnieniu od matki - pięknej, wyniosłej, posągowej brunetki - była to osóbka mała, drobna i bardzo wesoła. Z zawodu była krawcową, a kiedy nie zajmowała się szyciem, prowadziła hulaszcze wręcz życie. Kurzyła jak komin - powie później Kilar, już nie jako lwowiak, ale jako Ślązak. Biegała po mieście, przesiadywała w lokalach, korzystała z życia.
A we Lwowie lat trzydziestych było z czego korzystać. U schyłku Drugiej Rzeczypospolitej należał do kulturalnych potęg Europy11. Wielonarodowa społeczność (około pięćdziesięciu procent mieszkańców Lwowa stanowili Polacy, trzydzieści procent - Żydzi, pozostałą część - Ukraińcy, Ormianie i Niemcy) modliła się w kościołach, cerkwiach i bożnicach, wieczorami zaś łączyła we wspólnej zabawie w teatrach, kinach, salach koncertowych, kabaretach i nocnych lokalach. Życie toczyło się pomiędzy domem, świątynią, ulicą upstrzoną kramami, pulsującą piosenką i dudniącą odgłosem tramwajów a knajpą, która - jak pisał profesor Bogusław Bakuła - "była czymś niezbędnym dla lwowianina, wielbiciela świetnych potraw i plotek, pragnącego uczestniczyć w artystycznym życiu miast Polski, wcześniej także ck monarchii"12.
W knajpach wyciszały się konflikty narodowo-polityczne, milkły spory wyznaniowe, rozwiewały się sąsiedzkie animozje. W słynnej Szkockiej przy placu Akademickim powstawały teorie matematyczne spisywane na serwetkach albo marmurowych blatach stołów, a potem - w opasłym zeszycie, który dzisiaj nosi nazwę Księgi Szkockiej13. Władysław Orlicz, Hugo Steinhaus, Stanisław Ulam, Stanisław Mazur i najmłodszy z nich, samouk Stefan Banach, mieli tam w połowie lat trzydziestych swój stolik. Po przeciwnej stronie sali królowała filozofia - Kazimierz Twardowski, Tadeusz Kotarbiński, Roman Ingarden i Władysław Tatarkiewicz. Dyskusje i burze mózgów trwały aż do nocy, w menu występowała przede wszystkim czarna kawa, koniak oraz wódka, w tle brzmiała muzyka, a w przerwie między dyskusjami rozgrywano partie szachów.
W niepisanym regulaminie lwowskich knajp istotne były dwa czynniki: grubość portfela i przynależność do danego towarzystwa. Lwowscy restauratorzy celowali w określone grupy zawodowe - były lokale dla plastyków, aktorów, poetów, literatów, muzyków i naukowców. Nie funkcjonowały w nich podziały narodowościowe, choć wiadomo było, że Ormianie najchętniej balują w kawiarniach Starego Rynku, syjoniści w Grand Cafe, a Ukraińcy w Narodnoji Hostynyci. Zamożni obywatele spotykali się na kabaretach oraz rewiach w Kryształowej, Hotelu George'a (tak zwanym lwowskim Marriotcie) albo w Imperialu, ci ze słabszą kondycją finansową - w Kasynie Literackim przy placu Akademickim czy w kawiarni u Schneidera. Ci zaś, którzy po prostu chcieli się napić - w podmiejskich mordowniach: w piwiarni u Kijaka albo w szynku u Icka Spucha na głębokim Łyczakowie.
Ciotka najchętniej imprezowała w okolicach Rynku. Jej ulubionym miejscem była restauracja Atlas, skupiająca ekscentrycznych literatów i artystów, cyganerię i śmietankę młodej inteligencji lwowskiej, niezależnie od poglądów politycznych (obok siebie biesiadowali zgodnie piłsudczycy, endecy i ludowcy). Jej założycielem był żydowski amator trunków wyskokowych o nazwisku Atlass, autor receptury wódki macicznej (którą uwielbiały lwowskie przekupki) oraz atlasówki (którą uwielbiali literaci i lwowskie przekupki). Wkrótce knajpę przejął zięć Atlassa - Edmund Tarlerski, twórca dwunastu rodzajów nalewek. Pan Edzio, jak nazywali go stali bywalcy, zorganizował w Atlasie pierwszą płatną toaletę w mieście. "Pójść do pana Edzia" oznaczało w lwowskim slangu "pójść do toalety" - powiedzenie to funkcjonowało w dawnej stolicy Galicji przez wiele lat, a w niektórych kręgach używane jest do dzisiaj14.
Atlas mieścił się na Starym Rynku, pod czterdziestym piątym, w kamienicy należącej swego czasu do rodziny Pomianowskich - tej samej, z którą Wojciech Kilar zwiąże się w dorosłym życiu. Goście imprezowali w pięciu salach, w zależności od alkoholowych upodobań oraz towarzyskich preferencji. I tak: Sala Beczkowa skupiała miłośników win - na beczkach siadano okrakiem, wino nalewano do kubków przymocowanych łańcuchem do ścian. W Sali Białej serwowano tak zwane dania proste - można było zjeść kiełbasę i napić się wódki. W Sali Zielonej zbierali się amatorzy nalewek - degustowano trunki zarówno autorstwa pana Edzia, jak i tradycyjne lwowskie nalewki. Do Sali Szarej zapraszano koneserów piwa i różnych rodzajów mięs. Sala Artystyczna skupiała głównie malarzy, a w menu był między innymi "zestaw artystyczny" - małe piwo i bigos - po sześćdziesiąt groszy za komplet.
Newralgicznym miejscem restauracji były ściany - pan Edzio dbał, by umieszczano na nich wierszyki, komentarze i rysunki dotyczące wydarzeń w mieście. Atlas stanowił żywą gazetę, narzędzie komunikacyjne najrozmaitszych grup społecznych - malarzy i literatów, muzyków i poetów, aktorów i filozofów. Gryzmolili na ścianach wszyscy - Jan Kasprowicz, Leopold Staff, Bruno Schulz, Ostap Ortwin, Tadeusz Boy-Żeleński, Damazy Kotowski, Kazimierz Bartel, Kazimierz Sichulski, wcześniej Ludwik Solski, Stefan Jaracz, Artur Rubinstein. Tworzono wyrafinowane karykatury, aforyzmy, fraszki, epitafia i peany, knajpiane ściany pokrywała poezja każdego rodzaju, od elegii po pijackie wiersze w niezbyt wyszukanym stylu. Jak ten: "Pili tutaj wiele razy, Jan Kasprowicz i Damazy"15.
Stali klienci mieli swoje stoliki, karty dań, nawet kieliszki, talerze i sztućce. Prawdziwą ikoną knajpy był poeta Henryk Zbierzchowski, pseudonim Nemo - na jego cześć pan Edzio ochrzcił jedną ze swoich nalewek mianem nemówka. Zbierzchowski bywał w Atlasie każdego dnia i o każdej porze; jego rekord wynosił trzy dni bez przerwy. Kto zaś przychodził do lokalu po raz pierwszy, musiał zaakceptować knajpiany regulamin. Bogusław Bakuła, pisząc o legendarnej restauracji pana Edzia, przytoczył siedem z kilkudziesięciu zapisów tego "dokumentu":
Wojtek z Muśtą, babcią i ciocią archiwum rodzinne Wojciecha i Barbary Kilarów
Punkt pierwszy: Goście, którzy przypadkowo, przez pomyłkę, rachunek gotówką zapłacą, mają sto procent opustu.
Punkt trzeci: Po wymówieniu kredytu potrawy i trunki będą podawane tylko po złożeniu zastawu (zegarek, palto niekoniecznie własne).
Punkt ósmy: Pewne kwantum wypite uprawnia do bezpłatnej dostawy gościa do domu przez gospodarza.
Punkt dziewiąty: Firma, jeżeli gość pozostawał w lokalu przez godzinę, odpowiada za jego zęby, kapelusz, torbę, laskę, ewentualnie kochankę.
Punkt czternasty: Stosunek do babci klozetowej jest płatny i ma być przyzwoity, bez propozycji.
Punkt piętnasty: Prowokacja do puszczania gramofonu podlega karze od dwudziestu do stu złotych.
Punkt dwudziesty pierwszy: Za nazywanie lokalu mordownią gospodarz bezwarunkowo wdraża kroki sądowe16.
Dla Wojtka zadymione, artystyczne wnętrze knajpy Atlassa było, rzecz jasna, niedostępne, ale znał je z opowieści ciotki, z którą żył w wielkiej przyjaźni. Rodzice bywali czasami na mieście, jednak od dusznych lokali woleli wytworną atmosferę lwowskiego teatru. Świętowali rzadko - jeśli już, to w domu, stawiając w zimnym narożnym pokoju olbrzymi stół uginający się od jedzenia, w święta - przepiękną choinkę; alkohol pojawiał się tam sporadycznie. Mama dbała o zdrowy tryb życia, kochała także sport - pływała i świetnie jeździła na nartach. O ile w tej pierwszej dyscyplinie Wojtek radził sobie całkiem nieźle, o tyle narciarstwo okazało się kolejną - po czytaniu nut i dwugodzinnych nabożeństwach - klapą. Tortury na stoku odbywały się podczas wakacji w Karpatach Wschodnich, na Huculszczyźnie - Kilarowie jeździli do pensjonatów w Worochcie, Kutach i Żabiu, czasami nocowali bezpośrednio pod zaśnieżoną Howerlą. Było tam pięknie i cicho, urokliwie i kojąco, była woda, lasy i fascynujące góry - trochę jak w Bieszczadach. Wojtkowi nie doskwierał wcale brud albo brak łazienki, ani nawet świnie w błocie czy rozlatujące się domy i okna zabite tekturą. Tylko te cholerne narty, na których przewracał się nieustannie, nie mogąc utrzymać równowagi, bo kluskowo-pierogowa dieta babci w końcu zrobiła swoje. Matka nie zamierzała się poddawać, podobnie myślał ojciec. Nie było taryfy ulgowej.
A z ciotką można było pogadać jak z kumplem. Z przyjemnością wdychał kłęby dymu papierosowego, kiedy mówiła o nocnym życiu Lwowa. Obiecywał sobie, że kiedyś też nauczy się palić. Ale na razie nie miał odwagi spróbować.
archiwum rodzinne Wojciecha i Barbary Kilarów
*
Łazikował po mieście, zaglądał dosłownie wszędzie - do każdej dziupli w parkowym drzewie, na dworzec kolejowy na końcu przestronnej alei Focha. To był dla niego budynek jak ze snu - utrzymany w pięknym wiedeńskim stylu, z dumną kopułą i dwiema wieżyczkami nad ozdobnym wejściem, które zapamiętał najlepiej. I jeszcze jeden, niski, ale długi dom, barak właściwie, z charakterystycznym zielonym kopułowym dachem, naprzeciwko mieszkania Kilarów. Pasaż handlowy z salą kinową Grażyna17.
Minęło trochę czasu, zanim odważył się tam wejść. Podobnie było z nowoczesnym kinem Roxy uruchomionym tuż przed wojną przy Kętrzyńskiego, w nowo wybudowanym gmachu Związku Zawodowego Kolejarzy18. Lwów żył wówczas coraz silniej filmem - powstawała prasa branżowa, pilnie śledzono i komentowano rewolucję dźwiękową w kinie19. W mieście funkcjonowało dwadzieścia pięć sal projekcyjnych, w niektórych wciąż jeszcze grywali taperzy. Echa tych seansów docierały do małego Wojtka i kusiły, żeby wejść do środka i zobaczyć, co to tak naprawdę jest ten film. Odważył się wreszcie pójść do Grażyny na Dzisiejsze czasy - ostatni niemy film Charliego Chaplina, zobaczył także komedię romantyczną Eskapada z 1935 roku; żadnego z tych obrazów nie zrozumiał. Co innego Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków Walta Disneya, film, który obejrzał tuż przed wybuchem wojny, siedząc dumnie z mamą w jasnym i wygodnym kinie Roxy. To była wersja z 1938 roku, z polskim dubbingiem, z Leokadią Pancewiczową jako Królową i Stefanem Jaraczem w roli Leśniczego. Prawdziwie bogate kino - intensywne dźwiękowo i wizualnie, dynamiczne, z wątkami z wielu baśni braci Grimm (między innymi z Kopciuszka i Śpiącej Królewny) i ze sporą dozą niesamowicie śmiesznego dla Wojtka slapstickowego humoru. Kwota, którą Disney zainwestował w swoją pierwszą pełnometrażową animację - milion siedemset tysięcy dolarów 20 - nie mówiła Wojtkowi właściwie nic, ale instynktownie czuł, że kino to droga zabawa. Wyszedł z seansu z przekonaniem, że prawdziwy film nierozerwalnie wiąże się z bogactwem. I z Ameryką.
Przeżyłem obydwie okupacje, niemiecką i sowiecką, i naprawdę nie wiem, która gorsza. Ta druga ma może na koncie więcej ofiar...
Po całodziennej bieganinie ulicami Lwowa i wyczerpującej grze z chłopakami w piłkę przyszedł nareszcie czas, żeby coś przekąsić. Najlepiej furę pierogów z czymkolwiek albo kilkanaście placków ziemniaczanych. Kilka susów ulicą Sapiehy do Gródeckiej, a potem tuż-tuż, piąta przecznica na lewo, i już jest uliczka Boczkowskiego, i mieszkanie babci. Tym razem, ku niebotycznemu zdumieniu Wojtka, całkowicie puste. Podobnie następnego dnia i następnego. I tydzień później też. Trochę trwało, zanim pojął słowo "wywózka". I że babcia i ciotka już nigdy do swojego mieszkania we Lwowie nie wrócą.
Wtedy dobitnie i niemal namacalnie odczuł, że jest okupacja, choć przecież wojna trwała już od dobrych kilku miesięcy. W jego dziecięcej głowie nie mieścił się jeszcze ogrom koszmaru, jaki z sobą niosła. Wszystko to oglądał jak film - gruzowiska po niemieckich bombach, które pierwszego dnia wojny spadły na Gródecką i okolice dworca, rozpaczliwe kopanie rowów i stawianie barykad w mieście, ludzi uciekających w panice, transporty rannych i zdenerwowane konie ciągnące przeładowane furmanki, w następnych tygodniach pijanych żołnierzy z karabinami na sznurkach, śpiewających fałszywie piosenki i wykupujących cały towar w okolicznych sklepach: u Szalowej, Grosmana i w ogóle wszędzie. Cały ten chaos był fascynujący, zwłaszcza na samym początku, zanim miasto przejęli Sowieci. A już kiedy jeden z kolegów powiedział, że przy Krótkiej bomba rozwaliła całą kamienicę, nie było ludzkiej siły, żeby go zatrzymać w domu, choćby go matka przywiązywała powrozem do krzesła. Nawet kiedy ojciec został zmobilizowany jako lekarz wojskowy, Wojtek nie poczuł strachu. Tata dość często wyjeżdżał, tym razem wyjechał po prostu na dłużej, bo wrócił po kilku miesiącach. Dopiero kiedy zabrano mu babcię i ciotkę, chłopiec się wściekł.
*
Wojna we Lwowie rozpoczęła się bombardowaniem miasta przez Niemców. Już po trzech tygodniach walk Lwów przejęli Sowieci, a w lutym 1940 roku zaczęła się masowa deportacja ludności w głąb Rosji - to właśnie wtedy internowano babcię i ciotkę Kilara. W czerwcu 1941 roku czekiści rozstrzelali siedem tysięcy więźniów politycznych osadzonych w lwowskich więzieniach - masakrę przerwało zajęcie miasta przez Wehrmacht. W pierwszych dniach okupacji niemieckiej stracono kilkudziesięciu profesorów lwowskich uczelni, jesienią zbudowano getto. Rok później naziści wymordowali około ośmiu tysięcy Żydów mieszkających we Lwowie, a w czerwcu 1943 roku zlikwidowali getto i ogłosili Lwów "miastem wolnym od Żydów". Latem 1944 roku Armia Krajowa wsparła wojska radzieckie przeciwko Niemcom (akcja "Burza"). W 1944 roku Rosjanie wyparli Niemców i rozpoczęła się wówczas druga okupacja sowiecka Lwowa. Aż do 1945 roku Polacy masowo uciekali z miasta.
W domu zapanowała atmosfera przerażenia. Rodzice mówili, że czerwona zaraza któregoś dnia przyjdzie także i po nich. Wojtek bał się szczególnie nocami, gdy przez uchylone okna docierały do niego krzyki ludzi wpychanych do bydlęcych wagonów. W dzień było o wiele łatwiej, bo wciąż kolorowe ulice Lwowa pozwalały zapomnieć o strachu.
Zmienił się wówczas bardzo - z rozwrzeszczanego dziecka stał się chłopcem, odważnym i ciekawym wszystkiego, co widzi, słyszy i czuje. Jadł o wiele mniej, bo sklepy świeciły pustkami. Na początku wojny nie było jeszcze tak źle - mama zrobiła zapasy, poza tym na półkach sklepowych pojawiły się rosyjskie konserwy, które Wojtek pochłaniał niemal kilogramami. Potem było już coraz gorzej i gorzej - od kilometrowych kolejek po sól, chleb albo zapałki aż do całkowitego ubóstwa i biedy. Wtedy po raz pierwszy w życiu był szczupły.
Pomimo ogólnego bałaganu w życiu i w kraju próbował się uczyć. Jeszcze zanim do Lwowa weszli Rosjanie, Muśta zapisała go do szkoły. Poszedł niechętnie - ubrany w eleganckie pumpy, grube pończochy i prążkowaną marynarkę. Niedaleko, dwie przecznice od domu w kierunku Politechniki, w okazałej willi przy ulicy 29 Listopada znajdowała się ekskluzywna Szkoła imienia Henryka Jordana - jedyna prywatna placówka we Lwowie obejmująca wszystkie etapy kształcenia: najpierw cztero-, potem (od połowy lat trzydziestych) sześcioletnią szkołę powszechną, gimnazjum i liceum męskie. Założył ją, jeszcze przed pierwszą wojną, Mieczysław Kistryn, syn lwowskiego kupca; wówczas mieściła się przy ulicy Mikołaja 16, a tuż przed atakiem Niemców na Lwów - w dużym piętrowym budynku przy Herburtów, pod numerem 1a. Wojna zmusiła Kistryna do kolejnej przeprowadzki - przeniósł szkołę na ulicę 29 Listopada, do willi swojego brata Stanisława, zajmującego się kupiectwem. Sowieci upaństwowili szkołę, Niemcy zaś zabrali większą część budynku na biura Dyrekcji Lasów. Kistryn - pedagog z serca - nie dawał za wygraną. W pozostawionych mu do dyspozycji dwóch pokojach prowadził nauczanie początkowe dla dzieci siedmio- i ośmioletnich. Dopiero pod koniec 1941 roku, kiedy zabrano mu kolejne pomieszczenie, przeniósł się do mieszkania przy placu Akademickim, gdzie otworzył punkt loteryjny. Rok później zmarł w wyniku ciężkiego zapalenia płuc.
Kilar był kistryniakiem krótko, zaledwie kilkanaście tygodni. Wystarczyło, by pojąć i przyswoić sobie zasady, którymi w swojej szkole kierował się dyrektor 21. Stawiał - ku wielkiej radości Wojtka - nie tylko na edukację, także na rodzinną atmosferę, dobre wychowanie i gorący patriotyzm. Zachęcał chłopców do sportu (szkoła powszechna była koedukacyjna, jednakże w ciągu kilku lat przed drugą wojną uczyły się w niej zaledwie dwie dziewczynki), organizował wycieczki, podsuwał słodycze ze słynnej cukierni Zalewskiego, surowo karał za kłamstwo albo nieuczciwość. Dla donosicieli zawsze miał przygotowany "śmierdzący grosz" - gdy ktoś skarżył, wyciągał monetę i wąchając ją z nieukrywanym obrzydzeniem, wręczał jako "zapłatę". Wyglądał osobliwie - mały Kilar z początku podejrzliwie patrzył na ciemnorudego mężczyznę w popielatych pumpach, czerwonych pończochach i żółtych butach, z bujną rudą brodą, twarzą naznaczoną pajęczyną zmarszczek i w binoklach w złoconej oprawie.
W szkole, do której poszedł, kiedy zamknięto placówkę Kistryna, było już zupełnie inaczej. Szkoła Marii Magdaleny22, założona w 1816 roku, mieściła się w wielkim dwupiętrowym budynku naprzeciw kościoła, przy końcu Sapiehy. Miała świetną renomę dzięki dyrektorowi Mieczysławowi Opałkowi, historykowi i poecie, któremu zawdzięczała miano nowoczesnej, a nawet eksperymentalnej. Opałek interesował się uczniami, śledził ich zainteresowania i gorąco je wspierał. Powołał do życia organizację wystaw szkolnych, głośno mówił o tolerancji, szacunku i równości rasowej.
- Jak nie u Kistryna, to tylko tam - zawyrokowała Muśta i zaprowadziła dziewięcioletniego syna do ciemnego ceglanego gmachu o stu tysiącach okien, jak wydawało się wtedy Wojtkowi.
Nauka nie szła jednak tak, jak by życzyła sobie tego pani Kilarowa. Uczniowie gromadzili się w szkole o nieokreślonych porach, a klasy liczyły od osiemdziesięciu do nawet stu osób. Lekcje były albo ich nie było, w zależności od tego, czy dany profesor pozostawał na wolności, czy akurat został aresztowany. Zdarzało się, że zajęcia w ogóle odwoływano, kiedy zdziesiątkowana kadra nie była w stanie zapewnić dzieciom należytej opieki. Muśta zdecydowała, że wobec tego Wojtuś będzie się częściowo uczył w domu.
- To jest pan Schwarz, będzie cię uczył niemieckiego - przedstawiła mu któregoś dnia sympatycznego Żyda o miłej, nieco zatroskanej aparycji.
Podobało się Wojtkowi jego rzadkie nazwisko, zaświtało mu nawet w głowie, że całkiem fajnie byłoby tak się nazywać. Na tym jednak jego aprobata się kończyła - ani mu się śniło uczyć niemieckiej gramatyki. Z mówieniem nie miał najmniejszych problemów, z rozumieniem też - miał świetny słuch i błyskawicznie zapamiętywał obce słowa. Ale wkuwanie gramatycznych reguł przerastało jego dziecięce (i późniejsze także) chęci oraz możliwości.
*
Coraz bardziej fascynowało go kino. Do końca życia zapamiętał film o Bohdanie Chmielnickim23, który zdążył zobaczyć w kinie Grażyna, zanim latem 1941 roku niemieckie bomby rozniosły w pył pasaż handlowy przy Sapiehy 34. Ten wspaniały, choć okrutny jaśnie pan hrabia Potocki, ociekający złotem i kapiący brylantami, co to był za widok! I zaraz później, w kolejnych scenach - przywiązani do pala i podpaleni żołnierze Chmielnickiego, ich trupy smętnie zwisające nad drogą, którą podążał orszak... Wojtek aż krzyknął, kiedy zobaczył Stefana Potockiego24 jadącego wierzchem. Potworna, sępia i porażająca twarz; później tylko raz w życiu równie mocno przeraził się w kinie - kiedy zobaczył Klausa Kinskiego jako Nosferatu, w horrorze w reżyserii Wernera Herzoga.
Przeżywał oglądane filmy tak mocno, że czasami nie mógł spać. Któregoś ranka, latem 1941 roku, obudził się bardzo wcześnie i wyszedł na balkon, żeby zaczerpnąć powietrza. Zobaczył żołnierza w sowieckim mundurze, który zziajany do niemożliwości biegł ulicą Sapiehy w kierunku dworca. Tak mu się spieszyło, że nie domknął bagażu - ogromnej brązowej walizy z tektury. W pewnym momencie zapięcie puściło i na ulicę wysypały się klamoty. Wojtek ryknął śmiechem i do pokoju zaglądnęła zaniepokojona Muśta.
- Zobacz. - Pokazał jej widok za oknem.
- Czerwona hołota ucieka. - Uśmiechnęła się i wyszła z pokoju.
Istniała coraz bardziej realna szansa, że jednak unikną wywózki.
Ojciec cieszył się na przyjście Niemców jak dziecko. Naród Schillera, Goethego, Bacha, Beethovena, Brahmsa! Nareszcie jakaś duchowa kultura, w końcu cywilizacja!
Lubię naszych zachodnich sąsiadów i ich kraj, chociaż to, co widziałem we Lwowie, daje mi podstawy do nielubienia ich równie mocno jak przeciwnej strony.
Tymczasem jednym z pierwszych kroków, jakie podjęła we Lwowie "cywilizacja", było otwarcie więzień przy Łąckiego25, na Zamarstynowie i słynnych Brygidek na Kazimierzowskiej26. Parę dni wcześniej Sowieci wymordowali tam siedem tysięcy więźniów politycznych - w pośpiechu, okrutnie, bez przebierania w środkach. Brygidki częściowo puszczono z dymem - w mieście przez kilka dni unosił się swąd palonych ciał. Niemcy usunęli trupy, ale pozostawili całą resztę - ślady krwi, narzędzia zbrodni, fragmenty poszarpanej garderoby. Więzienne cele udostępnili zwiedzającym, żeby zobaczyli, do czego są zdolni czekiści.
Wojtek i jego koledzy nie zamierzali przepuścić takiej atrakcji. Podeszli najpierw pod areszt numer 1 przy Łąckiego, gdzie życie straciło ponad dziewięciuset więźniów - trzypiętrowy brązowy budynek z kratami na rogu ulic Sapiehy oraz Kopernika. Widok faktycznie był niecodzienny: w niewielkich celach na różnych wysokościach ściany pokrywała rozpryśnięta krew. To samo w Brygidkach, do których dotarli za chwilę, już z nieco mniejszym zapałem i ciekawością. Trzeba było przebiec całą Sapiehy, dalej Gródecką aż na sam dół, do skrzyżowania z Janowską, i jeszcze kawałek, na Kazimierzowską. Brygidki mieściły się w długim, jednopiętrowym, bardzo starym gmachu - dawnym klasztorze Świętej Brygidy wybudowanym w siedemnastym wieku. Oprócz śladów na ścianach przerażeni chłopcy zobaczyli tam także studzienki, do których spływała krew.
Masakra przy Kazimierzowskiej należała do najbardziej krwawych mordów w czerwcu 1941 roku. Według relacji Jerzego Węgierskiego27, późniejszego uczestnika akcji "Burza", wszystko zaczęło się w poniedziałek 23 czerwca wczesnym wieczorem, kiedy więźniowie zaczęli się głośno domagać opróżnienia pojemników na nieczystości. Walili pięściami w blaszane drzwi, kopali, krzyczeli - nic. Strażnicy zniknęli. Trzeba to było wykorzystać - nad ranem w jednej z cel udało się wyrwać deskę z podłogi i użyć jej jako tarana do otwarcia drzwi, w innej więźniowie rozbili pojemnik na nieczystości i obręczami wyłamali futryny. W ten sposób już po kilku godzinach na dziedzińcu więzienia zebrał się spory tłum; zewnętrzna brama okazała się jednak zbyt mocna na ich nadwątlone siły. Kilku osobom udało się uciec przez dach, inni zostali na podwórzu albo - ze strachu - wrócili do budynku. W nocy z 24 na 25 czerwca funkcjonariusze NKWD zjawili się ponownie na posterunku i więźniów stłoczonych na dziedzińcu powitały serie z karabinów maszynowych. Tych, którzy zostali przy życiu, zagnano z powrotem do cel. Kazano im leżeć na ziemi, nie dawano jeść. Przez kilka dni, aż do soboty, "czyszczono" więzienie - osadzonych wywoływano na zewnątrz po trzech albo czterech i rozstrzeliwano przy huku silników samochodowych; w spokoju zostawiono wyłącznie kryminalistów. 28 czerwca rano garstce ocalałych więźniów udało się podejrzeć ucieczkę czekistów przed zbliżającymi się Niemcami - mężczyźni wyłamali klapę w drzwiach służącą do podawania jedzenia i przecisnąwszy się przez utworzoną szparę, wydostali się na korytarz. Po uwolnieniu pozostałych otwarli także drzwi do celi, z której wyciekała struga krwi. Z pomieszczenia wysypał się stos ciał pomordowanych więźniów; krew płynęła strumieniem za więzienną bramę, dalej ulicą Emila Byka aż do najbliższego ścieku, pod składem żelaza. Z kilku tysięcy osadzonych w Brygidkach sowiecką masakrę przeżyło niewiele ponad sto osób.
*
Wojtek opłacił swoją ciekawość gorączką i brakiem zdrowego snu. Jednego dnia podejrzał, jak Niemcy oblewają jakimś płynem i podpalają żydowskiego krawca, tego samego, który tak pięknie grał kiedyś Coppelię i Na perskim rynku. Pana Cygana uratowali od śmierci sąsiedzi; Wojtkowi od tego momentu śniły się koszmary. Do jego uszu dochodziły strzępy informacji, zasłyszane podczas przyciszonych rozmów rodziców. Spłonęła synagoga na Rynku. Aresztowali profesorów. Egzekucje na Wzgórzach Wuleckich28. Przy Łąckiego zrobili siedzibę Gestapo. Zamordowali byłego premiera. Nic mu to wszystko nie mówiło poza tym, że niedawna nadzieja na lepsze jutro umarła.
Jesienią 1941 roku zaczęło się dziać coś dziwnego. Kilku sąsiadów i kolegów ze szkoły, którzy od paru tygodni chodzili po mieście z białą opaską z błękitną gwiazdą na rękawie, po prostu zniknęło. Niemcy zaczęli stawiać jakiś płot na trasie, którą zwykle przemierzał tramwajem w kierunku ulubionego kąpieliska na Zamarstynowie, ze szwimkami29 w ręce. Uwielbiał tramwaje, a najbardziej dziewiątkę, taką staroświecką, z otwartym balkonikiem z tyłu. Czepiał się tego balkonu i wyskakiwał w biegu, kiedy zbliżał się kondupierz30. Raz skoczył ze stopnia tyłem do kierunku jazdy - omal wtedy nie zabił się, uderzając o latarnię. Jeździł też jedynką, bardziej nowoczesną, z harmonijkowymi drzwiami. Jej trasa wiodła prawie przez całe miasto - od Sapiehy, przez Cytadelę, Wały Hetmańskie i Rynek, aż po Cmentarz Łyczakowski.
Płot okalający getto był niewysoki - z tramwajowego balkoniku widać było nawet bruk. Z biegiem czasu przyzwyczaił się do tego, że po drugiej stronie gnieżdżą się ludzie31 i że z jakiegoś powodu nie wolno im wyjść. Dopiero kiedy pewnego ranka wczesnym latem 1943 roku wyszedł na balkon swojego mieszkania i zobaczył kłęby dymu, pojął, że za płotem dzieje się coś potwornego. Smród palonych ciał unosił się nad Lwowem przez dobre kilka dni i powoli stawał się nie do zniesienia. Obrazu dopełnił przejazd tramwajem przez zwęglone ruiny - Kilar zrozumiał wtedy, co to jest śmiertelna cisza. Wszystko razem złożyło się na sen numer dwa, ten z gruzowiskiem, domami bez futryn i swądem palonych zwłok.
Czara goryczy przepełniła się kilka dni później, kiedy swoim zwyczajem sięgnął ukradkiem po stare gazety leżące na stoliku ojca. Rozgrzebane groby, rowy zawalone trupami w polskich mundurach, w czyjejś martwej ręce zdjęcie dziecka, obok papierośnica, cygarniczka, order, czapka, oderwany guzik. "Gazeta Lwowska" nie szczędziła szczegółów, opisując sprawę katyńską. Artykuł był obszerny, zdjęcia drobiazgowe - dalsze i bliższe ujęcia, sepia, panorama, plan amerykański.
Mord katyński był przez lata przedmiotem rozmyślań Kilara. W kwietniu 1943 roku w polskiej prasie pojawiła się pierwsza wzmianka; było to trzy dni po oficjalnym niemieckim komunikacie radiowym32 - wstrząsającą informację o pracach ekshumacyjnych prowadzonych w lesie pod Gniezdowem podał "Nowy Kurier Warszawski"33. Pisano o odkryciu masowych grobów porośniętych trzyletnim drzewostanem, kilku warstwach szczątków ofiar zamordowanych strzałem w tył głowy, trupach leżących twarzą do dołu, czaszkach przykrytych workami. Niemcy postanowili wykorzystać mord na polskich oficerach do celów propagandowych - tak zwana prasa gadzinowa podawała najdrastyczniejsze nawet szczegóły, lokując sugestywne (zarówno pod względem treściowym, jak i graficznym) tytuły na pierwszych stronach. Dzień po "Nowym Kurierze Warszawskim", 15 kwietnia 1943 roku, o Katyniu pisał "Goniec Krakowski".
Kolejne numery "Nowego Kuriera Warszawskiego" informowały w tytułach o "największej zbrodni dziejów ludzkich", dalej o "wstrząsającym i potwornym widoku w lesie śmierci". Jedną z najbardziej przejmujących relacji - autorstwa Józefa Mackiewicza - opublikował "Goniec Codzienny" z 3 czerwca 1943:
(...) poszliśmy ścieżką usianą wydobytymi już rzędami trupów i tam, tam za grubą sosną, za wałem świeżo wykopanego piasku, spojrzałem w dół. Straszne... (...) Kwiat inteligencji, rycerstwo Narodu! Tworzą warstwy w głąb, warstwy ciał ludzkich jedne na drugich. W tej okropnej chwili przychodzi mi straszliwe porównanie ich do wielkiej skrzyni sardynek. Ułożone są jak sardynki, przekładane nawzajem to nogami, to głową, sprasowane, spłaszczone w trupim soku, który na dnie niektórych dołów ukazuje się nieraz w postaci zielonej, martwej cieczy, nie odbijającej ani wierzchołków drzew, ani obłoków na niebie. Obnażyliśmy głowy i stali nieruchomo, jakieś ptaszki ćwierkały na sośnie. Deszcz akurat przestał padać, błogosławiony wiatr odegnał na przeciwną stronę grobu odurzający swąd. (...) W takich chwilach samo życie wydaje się cynizmem34.
Tego było już za wiele dla kruchej psychiki jedenastolatka. Nie mógł się pozbierać po tej lekturze - chodził roztrzęsiony, nocami nie mógł spać, nad ranem płakał z głową schowaną pod kołdrą - po latach często wracał do tej chwili. Nikt mu niczego nie wyjaśniał. W domu panowała atmosfera przygnębienia i rezygnacji, aż do momentu gdy do ojca zaczęli przychodzić jacyś dziwni ludzie, niby z jakiegoś podziemia. Wtedy zrobiło się złowieszczo, jak w filmie.
Któregoś dnia nie wytrzymał. Podejrzani faceci skupiali całą uwagę rodziców i miał wrażenie, że nawet gdyby wyskoczył przez okno na twardy uliczny bruk i roztrzaskał udręczoną koszmarami głowę, nikt by tego nie zauważył. Rozżalił się straszliwie na samą myśl i zawył przeciągle jak syrena alarmowa. Dalszym etapem był rozpaczliwy wrzask zmieszany ze szlochem i tego nie wytrzymał jeden z konspiratorów. Zdecydowanym ruchem chwycił Wojtusia za kołnierz, przycisnął mocno do łóżka.
- Przestaniesz ty wrzeszczeć!? - wycedził przez zęby.
Pomogło.
Ale żyć już w tym domu się nie dało. Armia Czerwona podchodziła pod Lwów, a Kilar senior nie miał zamiaru czekać na kolejną zmianę okupacji, bo i tak już w głowie mu się kołowało i z trudem pamiętał, co było za Rusa, a co za Niemca.
W połowie 1944 roku zakomunikował żonie:
- Pakuj małego. Jedziecie do Krosna.
- Jak to: jedziecie? A ty?
- Ja zostanę tutaj. Pilnować mieszkania.
Ich małżeństwo od dawna było już tylko formalne. Wiedzieli o tym oni, wiedział dorastający, empatyczny Wojtek. To były ostatnie wspólne dni rodziny Kilarów.
Był taki moment, właściwie dwa, gdy niewiele brakło, a byłby się przełamał. Raz, kiedy nagabywali go muzycy NOSPR-u przed lwowskim koncertem poświęconym jego twórczości35. Innym razem, pod koniec pierwszej dekady nowego millennium, do wyjazdu namawiali go Wosiowie.
- Wojtek, nie wygłupiaj się. Nadarza się okazja, jadę z Haliną na kongres, będziesz miał opiekę jak niemowlę: kardiochirurg i pediatra. Na miejscu!
Matka Stanisława Wosia spędziła swego czasu siedem lat we Lwowie, on sam był związany z tym miastem, raz z powodu barwnych opowieści zasłyszanych w dzieciństwie, dwa - z uwagi na zażyłą przyjaźń z doktorem Lubomyrem Kulikiem, lwowskim kardiochirurgiem. Mieli z Wojtkiem podobny cel w ewentualnym odwiedzeniu Kresów - chcieli skonfrontować wspomnienia i opowieści z zastaną rzeczywistością, sprawdzić, co zachowało dawną świetność, a co zmieniło się w pył. Tylko z Wosiem mógł Kilar dokonać takiej karkołomnej eskapady. Przez chwilę nawet się wahał, ale zaraz przypomniał sobie, co mówił jego kierowca i przyjaciel Wojciech Krajewski, którego matka zdecydowała się na taką właśnie sentymentalną podróż do Lwowa. Po przyjeździe na miejsce przez tydzień płakała. A zatem klamka zapadła:
- Nie. Ja na to nie mam sił.
- To chociaż przywiozę ci zdjęcia. Pojadę do twojego mieszkania, będę twoimi oczami.
To się zapowiadało ciekawie. Wieloletni szef II Katedry i Kliniki Kardiochirurgii Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w roli fotoreportera pukającego do drzwi. Kilar mocno powątpiewał w ten scenariusz, ale na wszelki wypadek szczegółowo rozpisał przyjacielowi topografię "swojego Lwowa" - gdzie dom, gdzie park, gdzie kościoły, gdzie cerkiew, gdzie kino36. Nie posiadał się ze zdumienia, widząc Wosia po powrocie z Ukrainy z porcją fotografii w ręku. Barokowy kościół Świętej Marii Magdaleny - dzisiaj sala koncertowa, a nie piękna, mroczna świątynia, którą zapamiętał. Kościół Świętej Elżbiety z pierwszej dekady dwudziestego wieku - z zewnątrz wciąż imponujący, w środku pusty i odarty z mistyki. Ale za to tutaj, na kolejnym zdjęciu, bardzo ładny kot wyleguje się w łóżku przy starym kaflowym piecu.
Omal mu ta fotografia nie wypadła z ręki.
- Jak wszedłeś? - zdołał wydusić.
Profesor stał przed bramą przy dawnej ulicy Sapiehy 89, nie wiedząc, co zrobić. Wreszcie zagadnął wchodzącą do bramy młodą kobietę, wyjaśniając jej, po co tu przyszedł. Dogadali się, mówiąc częściowo po polsku, a częściowo po rosyjsku. Profesor powiedział, że tu się urodził polski kompozytor Wojciech Kilar. Okazało się, że młoda dama doskonale o tym wie. Mało tego - zajmuje jego mieszkanie. A ściślej, połowę, bo ponaddwustumetrowe lokum państwa Kilarów zostało po wojnie podzielone na dwa. W drugiej części mieszkało starsze małżeństwo - bardzo gościnni ludzie, którzy od razu się zgodzili na zrobienie zdjęć. To tam profesor Woś sfotografował koty, zaraz też podszedł do starszego pana leżącego w łóżku, żeby zapytać, co mu jest.
Facet na oko po siedemdziesiątce, mocno schorowany, w niczym nie przypominał młodego, radosnego człowieka spoglądającego ze zdjęcia wiszącego na ścianie. Był sportowcem - brązowym medalistą olimpijskim w podnoszeniu ciężarów. Mieszkanie przy Sapiehy otrzymał niegdyś w nagrodę, właśnie za udział w zawodach i za zdobyte w nich laury. Miał kłopoty z krążeniem i z sercem, bóle kręgosłupa, niedowłady kończyn - coś w sam raz dla Wosia. Profesor obejrzał pacjenta, wręczył mu wizytówkę doktora Kulika z prośbą, by podczas wizyty powołać się na niego oraz na Kilara. Sfotografował obydwa mieszkania i widoki z okien, potem okolicę, i wrócił do domu.
Kilar ze wzruszeniem oglądał zdjęcia. Wielka klatka schodowa z rzeźbionymi poręczami i widokiem z okna na boisko, na którym tak często grał w piłkę. Wspaniała drukarnia w sąsiedztwie i cudowny park, po którym spacerował z mamą. Prawosławny sobór Świętego Jura, zapierający dech w piersiach tak samo jak wtedy, przed wojną.
- A to co ma być? - wybałuszył oczy na olbrzymi pomnik na jednym ze zdjęć.
- Stepan Bandera - ostrożnie odpowiedział Woś. - Widok z twojego balkonu.
Głęboki oddech, chwila na uspokojenie pulsowania w skroniach.
- Dobrze, że nie pojechałem. W życiu bym już na ten balkon nie wyszedł.
Dawna ulica księcia Leona Sapiehy37, jedna z arterii komunikacyjnych Lwowa, łączy ulicę Kopernika z Gródecką. Imię marszałka Sejmu i honorowego obywatela miasta otrzymała w 1886 roku, wcześniej nosiła nazwę Nowy Świat. Pod koniec stulecia ułożono na niej tory tramwajowe i postawiono monumentalny budynek Politechniki, na początku dwudziestego wieku doprowadzono elektryczność - w latach pierwszej wojny światowej oświetlało ją już kilkanaście latarni. Kamienica pod numerem 89 znajdowała się na rogu Sapiehy i Lwowskich Dzieci. Od 2014 roku na elewacji obok bramy widnieje tablica upamiętniająca fakt narodzin polskiego kompozytora38. Napis - w dwóch językach, polskim i ukraińskim - głosi:
WOJCIECH
KILAR
URODZIŁ SIĘ W TYM DOMU 17.07.1932 r.
ZMARŁ 29.12.2013 r. W KATOWICACH.
WYBITNY POLSKI KOMPOZYTOR MUZYKI
ORKIESTROWEJ I KAMERALNEJ, ŚWIATOWEJ
SŁAWY TWÓRCA MUZYKI FILMOWEJ,
UHONOROWANY ORDEREM ORŁA BIAŁEGO
ORAZ LICZNYMI NAGRODAMI.
Gdy w 1941 roku do Lwowa wkroczyli naziści, ulica Sapiehy została przemianowana na Fürstenstrasse (Książęcą), Lwowskich Dzieci zaś pozostała bez zmian. W 1947 roku władze miasta nazwały tę pierwszą ulicą Józefa Stalina, druga została przemianowana na Iwana Turgieniewa - klasyka literatury rosyjskiej. W 1976 roku nastąpiły dalsze zmiany - ulica Stalina stała się ulicą Pokoju. Dziś jest ulicą Stepana Bandery, przywódcy Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów; dawna Lwowskich Dzieci - Bohaterów UPA.
Ja wiem, że mężczyźni to świetni szefowie kuchni, ale mnie nigdy jakoś do gotowania nie ciągnęło. Umiem jedynie usmażyć jajecznicę i ugotować makaron.
Do kuchni wchodzi się z przedpokoju - pierwsze drzwi na prawo od głównego wejścia. Kilar lubił sobie czasem postać w progu i popatrzeć na lekki chaos, który panował w pomieszczeniu. Każdy, kto tu wejdzie, po prawej, pod oknem zobaczy drewniany stół z dwiema ławami - pozostałość po mieszkanku przy Skłodowskiej-Curie. Na tym stole leżały różne rzeczy - karteluszki, leki, notatki, nie otwarta poczta. I obowiązkowo popielniczka, jedna z wielu, które posiadał w kolekcji. Swego czasu kurzyli z Basią jak lokomotywy, później, po jego zawale, troszkę ograniczyli liczbę papierosów i przerzucili się na cienkie, damskie - zawsze odrobina nikotyny mniej.
Po lewej kuchenka, piekarnik i proste zielone meble, dalej, w lewym rogu kuchni, wejście na zaplecze, do spiżarni. Naprzeciwko drzwi - szafek dalszy ciąg i blat, o którym krążyły legendy. Zawalony posążkami i statuetkami, był z pewnością najdziwniejszym blatem na Brynowie: w miejscu, gdzie stała kiedyś deska do krojenia - Cezar, zamiast ekspresu do kawy - Super Wiktor. Były tam też Złota Kaczka, Feniks i Złoty Fryderyk, obok kolekcja Orłów - zbiór uzupełniany na bieżąco, w miarę otrzymywanych wyróżnień i nagród. Co się nie zmieściło, lądowało w innych miejscach, ale w kuchni zawsze znajdowała się lwia część pamiątek.
Kuchnia w domu na Brynowie rzadko służyła do gotowania, choć obydwoje z Basią lubili dobrze zjeść. Nawet na Jasnej Górze wszyscy wiedzieli, że na urodziny trzeba mistrzowi upiec makowiec, a najlepiej od razu dwa.
- Jeden wrąbie na miejscu, zobaczycie - ostrzegał Zdzisław Sowiński. - Dajcie mu drugi, żeby miał na wynos39.
Najwięcej pozwalał sobie w domu zaprzyjaźnionych mistrzów medycyny - Danusi i Jacka Berów40. Potrafili z Jackiem iść do kuchni, żeby skomponować własny serowiec. Trudno to było nazwać ciastem, bo składało się wyłącznie z sera, cukru i mnóstwa bakalii, wśród których poczesne miejsce zajmowała skórka pomarańczowa, osobiście smażona przez pana doktora. Sernik był prosty i pyszny - dla każdego po wiaderku.
U Zosi Witowej też potrafił wsunąć całą blachę. Do tego domowy pasztet, w podobnej ilości, bo smakował wyśmienicie. A kiedy do domu przyjeżdżała Iza, bratanica Basi, prosił ją o placki ziemniaczane. Przyrządzała je wspaniale, jak niegdyś jego babcia - po jednym takim obiedzie mógł przez miesiąc jeść byle co.
Sam nie bawił się w kucharza, a Basia nie miała na to sił - postępujący gościec szybko uniemożliwił jej działalność w kuchni. Gościom Kilarowie podawali parówki, a wcześniej, za komuny, kiełbaski i owoce z puszki - były do kupienia w Peweksie. Zanussi ich nie znosił, ale - tu go Wojtek niezmiennie podziwiał - nigdy nie wybrzydzał na "jedzenie z żelaza"41. Częściej zresztą zabierał przyjaciół do Chopina - restauracji na brynowskim osiedlu Zgrzebnioka, serwującej wyśmienite dania. A podczas choroby Basi, kiedy już z trudem chodziła, Berowie wymyślili coś, co zszokowało nawet Kilara, przyzwyczajonego do luksusów oraz hotelowych szaleństw.
Któregoś niby zwyczajnego dnia do furtki zadzwonił kelner, właśnie z Chopina.
- Obiad dla państwa - zakomunikował dumnie.
Wojtek odebrał dwa duże talerze elegancko przykryte srebrnymi pokrywami. Od tego momentu kelner przynosił obiady codziennie, aż do chwili gdy restaurację zamknięto.
Wówczas pani Maria, żona Wojciecha Krajewskiego, przejęła pałeczkę. Kilarowie z przyjemnością przerzucili się z powrotem na domową kuchnię, tym bardziej że w ostatnich dniach z Chopina przynoszono im głównie dania z grilla. Ich delikatne żołądki nie wytrzymywały takiego menu - steki zabierał z sobą pan Wojciech na piwo, resztki zaś zżerał jego ukochany pies Atos. Za to pani Maria gotowała wprost niebiańsko - były kopytka i krokiety z pieczarkami, była cielęcina o tysiącu smaków i absolutnie cudowne, rozpływające się w ustach leniwe pierogi. Pani Maria była poznanianką.
Kuchnia na Kościuszki służyła zatem bardziej do rodzinnych rozmów niż do uprawiania sztuki kulinarnej. Siedziało się w niej godzinami i gadało z kuzynami, siostrzeńcami czy rodzeństwem Basi. Była wygodna, dość jasna - duże okno z prawej strony wychodziło na zadbany ogród. O rośliny dbał pan Szymek, Kilar nie wtrącał się do jego pomysłów i eksperymentów.
W kuchni obok Orłów i innych nagród było sporo pamiątek nie związanych z muzyką i pracą; na półce przy wejściu Kilar trzymał także pudełeczko po cukierkach, a w nim - kamienie żółciowe. Swoje własne, w sporej ilości, niektóre całkiem pokaźnych rozmiarów. Przypominały o tym, że nie wolno mu obżerać się plackami, bo są ciężkostrawne i na pewno będzie go za chwilę bolał brzuch. A ataki miewał tak koszmarne, że czasem kończyło się na kilku zastrzykach morfiny42.
Żołądek i układ trawienny to przez całe życie była jego pięta Achillesa. Zaczęło się jeszcze we Lwowie; potem, już na studiach, kiedy za kołnierz raczej nie wylewał, posypało się zupełnie - wrzody żołądka, kamienie w woreczku żółciowym. No i nerwy, które zawsze objawiały mu się właśnie bólem brzucha. Choćby z tego powodu nie mógł być pianistą. Dobrze, że wtedy w Rzeszowie ktoś to wreszcie zauważył...
Do występów na estradzie się nie nadawałem - za słaba psychika. Do ćwiczenia jeszcze bardziej - byłem za leniwy. Dyrygentem być nie mogłem - bo jestem fizycznym niedołęgą. No to co, zostało komponowanie...
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
* Tak zapisane fragmenty pochodzą z rozmów z Wojciechem Kilarem.
1. Prof. dr hab. Stanisław Woś, konsultant krajowy w dziedzinie kardiochirurgii, w 1992 roku operował Wojciecha Kilara po przebytym ataku serca (wszczepienie by-passów); wypowiedź pochodzi z rozmowy z autorką.
2. Do większości swoich kotów państwo Kilarowie zwracali się "kicia"; najukochańsza kotka, mieszkająca w domu na Kościuszki przez ponad dziesięć lat, miała wiele imion - miała nazywać się Helga, ponieważ jednak brzmiało to bardzo germańsko, najczęściej wołano na nią Hilda - to śląskie imię dobrze się kojarzyło gospodarzom.
3. Wypowiedź pochodzi z uroczystości wręczenia Wojciechowi Kilarowi honorowej Nagrody imienia Lecha Kaczyńskiego 8 maja 2011 roku w kościele Świętego Krzyża w Warszawie. W obradach kapituły nagrody, powołanej przez Jadwigę Kaczyńską, udział wzięli: prof. Zdzisław Krasnodębski jako przewodniczący, Andrzej Gwiazda, Zuzanna Kurtyka, Janusz Krasiński, Jan Olszewski, Bogusław Nizieński i Joanna Wnuk-Nazarowa.
4. Wypowiedź pochodzi z filmu dokumentalnego Wojciech Kilar. Credo (reż. Violetta Rotter-Kozera i Zdzisław Sowiński, premiera 19 czerwca 2013 roku na Jasnej Górze).
5. Kilar znał osobiście Juliana Kilara, natomiast inżyniera Adama Kilara widywał jedynie w telewizji. W nie opublikowanej rozmowie z 2002 roku z Katarzyną Bielas i Jackiem Szczerbą zauważył zastanawiające podobieństwo między swoim ojcem a inżynierem Kilarem, nie istnieją jednak dokumenty, które mogłyby potwierdzić jego przypuszczenia o pokrewieństwie.
6. Informacja o miejscu jej urodzenia pochodzi od samego Kilara; niektóre źródła internetowe (np. e-teatr.pl) podają Rakowiec.
7. Z nie opublikowanego wywiadu Katarzyny Bielas i Jacka Szczerby z Wojciechem Kilarem dowiadujemy się, że Kilar podkradał rodzicom albumowe wydanie Dekameronu z rysunkami Mai Berezowskiej.
8. Obecnie jest to ulica Odeska.
9. Trzecią zwrotkę Marsza lwowskich dzieci przytaczam za: www.bibliotekapiosenki.pl (dostęp 24 marca 2015); słowa - anonim, muzyka - Leo Fall.
10. Opowieść pochodzi z nie opublikowanej rozmowy Katarzyny Bielas i Jacka Szczerby z Wojciechem Kilarem.
11. Opieram się na pracy Dzieje Lwowa Leszka Podhorodeckiego (Warszawa 1993), który wspomina o "czwartym rozkwicie Lwowa" w czasach Drugiej Rzeczypospolitej.
12. Prof. Bogusław Bakuła, kierownik Zakładu Komparatystyki Literackiej i Kulturowej na Wydziale Filologii Polskiej i Klasycznej Uniwersytetu imienia Adama Mickiewicza w Poznaniu; pisząc o legendzie lwowskich lokali, opieram się na jego artykule Świat naukowo-artystyczny lwowskiej "knajpy" lat 30., www.osteuropa.dgo.org (dostęp 26 marca 2015).
13. Księga Szkocka, gruby kajet podarowany właścicielowi lokalu przez żonę Stefana Banacha Łucję, powstała w latach 1935-1941 i była przechowywana przez barmana restauracji Szkockiej. Zawierała zestaw stu dziewięćdziesięciu trzech matematycznych teorii, zagadek i problemów, za których rozwiązanie można było otrzymać nagrodę. Prof. Bogusław Bakuła wspomina w swoim artykule o zadaniu nr 153, sformułowanym w 1936 roku przez Stanisława Mazura - za jego rozwiązanie można było dostać żywą gęś. Obecnie Księga znajduje się w Niemczech, w zbiorach rodziny Stefana Banacha.
14. We współczesnej, odnowionej restauracji Atlas, mieszczącej się pod tym samym adresem, nad drzwiami toalety zainstalowano napis: "Pan Edzio".
15. Cytat z pracy magisterskiej Anny Piwowarskiej "Życie towarzyskie Lwowa w okresie autonomii galicyjskiej", napisanej pod kierunkiem prof. dr. hab. Piotra Franaszka w Instytucie Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego; za: www.cracovia-leopolis.pl (dostęp 26 marca 2015).
16. Bogusław Bakuła, Świat naukowo-artystyczny lwowskiej "knajpy" lat 30., wwwosteuropa.dgo.org (dostęp 26 marca 2015).
17. Kino Grażyna mieściło się w centralnej części pasażu i było przeznaczone dla około pięciuset widzów. Budynek powstał w 1912 roku według projektu lwowskiego architekta Romana Felińskiego; w czerwcu 1941 w wyniku niemieckich nalotów pasaż handlowy został zniszczony.
18. Ulica Kętrzyńskiego (obecnie Fedkowycza) - kolejna przecznica od Sapiehy, równoległa do ulicy Lwowskich Dzieci; w nowoczesnym budynku ZZK poza wygodną salą kinową znajdowały się także biblioteka oraz sala ze stołem do ping-ponga, który wówczas był bardzo popularnym sportem.
19. Początki kina dźwiękowego w Ameryce to - umownie - rok 1927 i Śpiewak jazzbandu Alana Croslanda, w Polsce pierwszym filmem dźwiękowym była Moralność pani Dulskiej z 1930 roku, w reżyserii Bolesława Newolina.
20. Kwotę podaję za: Paweł Sitkiewicz, Film animowany w cieniu Disneya, w: Historia kina, t. 2: Kino klasyczne, red. T. Lubelski, I. Sowińska, R. Syska, Kraków 2012, s. 538.
21. Opisując postać Mieczysława Kistryna, opieram się na wspomnieniach Wojciecha Kilara, ale także na zapiskach Tadeusza Kistryna, bratanka dyrektora, oraz absolwentów szkoły, zebranych w Biuletynie Krakowskiego Oddziału Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich "Na Bajkach" z 2006 roku, pod red. prof. Jerzego Kowalczuka.
22. Placówka istnieje we Lwowie do dziś jako Szkoła nr 10 imienia Świętej Marii Magdaleny.
23. Oryginalny tytuł radzieckiej superprodukcji z 1941 roku w reżyserii Igora Sawczenki to Bogdan Chmielnickij; jest to dramat historyczny oparty na sztuce ukraińskiego komunisty Aleksandra Korejczuka z 1938 roku, ukazujący powstanie Chmielnickiego (1648) oczami radzieckiej, antypolskiej propagandy (obraz zaczyna się napisem: "W XVII wieku Ukraina uginała się pod jarzmem narzuconym przez polskich panów. Niejeden raz naród powstawał przeciwko Rzeczypospolitej, lecz jarzma polskiego zrzucić nie mógł"). Film, podobnie jak wcześniej sztuka, został wyróżniony Nagrodą Stalinowską.
24. W tej roli Heinrich Grajf.
25. W dawnym budynku NKWD, później Gestapo, znajduje się dzisiaj Muzeum Pamięci Narodowej.
26. Obecnie jest to ulica Gródecka.
27. Jerzy Julian Węgierski (ur. w 1915 we Lwowie, zm. w 2012 w Katowicach), uczony i pisarz, wykładowca Politechniki Krakowskiej, Politechniki Warszawskiej i Politechniki Śląskiej, autor książek wspomnieniowych o Lwowie; opisując wydarzenia w Brygidkach, opieram się na jego pracy Lwów pod okupacją sowiecką 1939-1941 (Warszawa 1991) - Węgierski przytacza w niej wspomnienia więźniów, którym udało się przeżyć, między innymi Kazimierza Barszcza, Tadeusza Rakoczyńskiego, Jana Wojdyły, Eugeniusza Jamrozika i Anny Nehrebeckiej.
28. Na Wzgórzach Wuleckich zginęło trzydzieści siedem osób, głównie lekarzy, profesorów i docentów uczelni lwowskich oraz członków ich rodzin i współlokatorów; wśród rozstrzelanych był dr Tadeusz Boy-Żeleński, także prof. Roman Rencki, znakomity internista lwowski, jeden z niewielu uratowanych z masakry w Brygidkach.
29. We Lwowie na kąpielówki mówiono "szwimki" lub "pływki" - Kilar wspomina o tym w nie opublikowanej rozmowie z Katarzyną Bielas i Jackiem Szczerbą.
30. Potoczne, nieco pogardliwe określenie konduktora; Kilar użył go w filmie Violetty Rotter-Kozery i Zdzisława Sowińskiego Wojciech Kilar. Credo.
31. W pierwszych miesiącach funkcjonowania lwowskiego getta mieszkało w nim około stu pięćdziesięciu tysięcy Żydów.
32. Komunikat zaczynający się od słów: "Na początku tego miesiąca", podała w berlińskim radiu Agencja Transocean 11 kwietnia 1943 roku.
33. Cytując informacje z ówczesnej prasy, opieram się na publikacji Las Katyński 1943, oprac. i red. B. Tarkowska, Mińsk Mazowiecki 2014.
34. Józef Mackiewicz, Widziałem na własne oczy, "Goniec Codzienny", 3 czerwca 1943.
35. Prasa podała wówczas informację, że Wojciech Kilar wysiadł z pociągu tuż przed granicą; sam Kilar, jak również jego przyjaciel i kierowca Wojciech Krajewski zapewniali, że legendarna ucieczka z pociągu nigdy nie miała miejsca.
36. Podobną mapę Kilar sporządził dla Zdzisława Sowińskiego na potrzeby zdjęć do filmu Wojciech Kilar. Credo; opowieść o odwiedzinach w dawnym domu Kilara pochodzi z rozmowy autorki z profesorem Wosiem.
37. Pisząc o topografii Lwowa lat trzydziestych, opieram się głównie na Planie orientacyjnym wielkiego Lwowa Wasylija Horbaya, wydanym nakładem Biura dzienników i ogłoszeń "Nowa Reklama", Lwów 1931 i 1938.
38. Uroczyste odsłonięcie tablicy pamiątkowej nastąpiło 12 października 2014 roku.
39. Sowiński celowo użył słowa "wrąbie" - podczas rozmowy z autorką powiedział, że pochłanianie słodyczy przez Kilara trudno było nazwać zwyczajnym jedzeniem. O zamiłowaniu do ciast klasztornych mówił także o. Sebastian Matecki z Jasnej Góry, w jego opowieści występuje jednak sero-makowiec. Dr Danuta Trzcionka-Bera, lekarz rodzinny Kilarów, zaznacza, że kompozytor jako wrzodowiec nie mógł jeść dużych ilości maku, możliwe więc, że wersja o. Sebastiana jest bliższa prawdy.
40. Dr Danuta Trzcionka-Bera - internista, dr Jacek Bera - lekarz ortopeda prowadzący Basię.
41. Określenie pochodzi z rozmowy Krzysztofa Zanussiego z autorką.
42. Kilar opowiadał o tym Katarzynie Bielas i Jackowi Szczerbie.