Kieszonkowa historia. Rycerze - Rosie Serdiville, John Sadler

-
Proszę czekać

WPROWADZENIE

O broni i mężach

Mówicie: "Zawarliśmy przymierze ze Śmiercią, i z Szeolem zrobiliśmy układ".

Biblia, "Księga Izajasza", 28,15

Ran­kiem 26 stycz­nia 1885 roku, dwa dni przed swo­imi pięć­dzie­sią­ty­mi dru­gi­mi uro­dzi­na­mi, ge­ne­rał Char­les Geo­r­ge Gor­don, zaj­mu­ją­cy sta­no­wi­sko gu­ber­na­to­ra Su­da­nu, był go­tów przy­stą­pić do swo­jej ostat­niej ofi­cjal­nej po­tycz­ki. Oko­licz­no­ści mu nie sprzy­ja­ły. Char­tum zo­stał nie­mal opa­no­wa­ny przez zwo­len­ni­ków Mah­die­go, cha­ry­zma­tycz­ne­go i bez­względ­ne­go wi­zjo­ne­ra, któ­ry wy­pi­sy­wał swo­je imię krwią nie­wier­nych. A tych nie bra­ko­wa­ło. "Chiń­ski" Gor­don przy­siągł bro­nić miesz­kań­ców Su­da­nu, lecz w koń­cu, mimo bo­ha­ter­skiej wal­ki, prze­grał. Od­dzia­ły wspar­cia, zbyt póź­no wy­sła­ne przez ocią­ga­ją­cy się rząd, nie do­tar­ły na czas. Przy na­brze­żu cze­kał szyb­ki pa­ro­wiec, któ­ry mógł za­brać gu­ber­na­to­ra w bez­piecz­ne miej­sce.

Ge­ne­rał Gor­don nie za­mie­rzał jed­nak opu­ścić tych, któ­rzy w nie­go wie­rzy­li. Mógł wy­świad­czyć im ostat­nią przy­słu­gę i zgi­nąć jak bo­ha­ter. Oko­licz­no­ści jego śmier­ci nie są zna­ne. Naj­praw­do­po­dob­niej wło­żył mun­dur, za­ła­do­wał pi­sto­let i zgi­nął, wal­cząc z sza­blą w dło­ni. Sam Lan­ce­lot nie ro­ze­grał­by tego le­piej. Był to akt pra­wej i nie­za­wod­nej ry­cer­sko­ści po­łą­czo­ny z mo­ral­nie słusz­nym mę­czeń­stwem. Śmierć ge­ne­ra­ła Gor­do­na od­bi­ła się sze­ro­kim echem w świe­cie.

Nie­dłu­go po­tem zgi­nął Mah­di, ale jego re­żim prze­trwał aż do 1898 roku. Puł­kow­nik Ho­ra­tio Kit­che­ner roz­gro­mił mah­dy­stów w bi­twie pod Omdur­ma­nem, a bry­tyj­ska ar­ty­le­ria zbu­rzy­ła grób Mu­ham­ma­da Ah­ma­da Ibn Abd Al­la­ha. Ge­ne­rał Gor­don - mię­dzy in­ny­mi dzię­ki wspa­nia­łej roli Charl­to­na He­sto­na w dra­ma­cie hi­sto­rycz­nym Char­tum z 1966 roku - stał się le­gen­dą.

Prze­ja­wy po­stę­po­wa­nia zgod­ne­go z ko­dek­sem ry­cer­skim znaj­dzie­my już u Ho­me­ra. Tro­jań­czyk Sar­pe­don wy­ja­śnia swo­je­mu przy­ja­cie­lo­wi Glau­ko­so­wi:

Za co czci nas jak bogów likijska kraina? Za co na ucztach zawsze pierwsze miejsce nasze? Lepsza część na biesiadach? Większe z winem czasze? Za co dzierżym przy Ksancie tak obszerne niwy, Okryte winnicami i pięknymi żniwy? Oto, żebyśmy stojąc na wojsk naszych czele, Tam szli pierwsi, gdzie Ares plon najgęstszy ściele.

(Homer, Iliada, Księga 12, 5036-5042)

Ko­rze­nie ry­cer­stwa się­ga­ją okry­tych mgłą hi­sto­rii z prze­szło­ści Ger­ma­nów, usank­cjo­no­wa­nej i sku­tecz­nie za­własz­czo­nej przez Ko­ściół. Ry­cer­skie ry­tu­ały le­gły u pod­staw fi­lo­zo­fii i ko­dek­su war­to­ści - no­ta­be­ne nie za­wsze prze­strze­ga­ne­go - oto­czo­nych aurą wy­jąt­ko­wo­ści. Ide­olo­gia w po­łą­cze­niu z wie­lo­let­nim tre­nin­giem i kosz­tow­nym ekwi­pun­kiem po­zwa­la­ła kon­nym ry­ce­rzom utrzy­mać eli­tar­ny i prze­waż­nie nie­kwe­stio­no­wa­ny sta­tus cham­pio­nów na polu bi­twy - przy­naj­mniej do cza­su, aż po­ja­wi­li się ci nie­zno­śni drob­ni wa­sa­le ze wsi ze swo­imi iry­tu­ją­cy­mi dłu­gi­mi łu­ka­mi.

Służba rycerska

W 1181 roku Hen­ryk II Plan­ta­ge­net, twór­ca im­pe­rium an­de­ga­weń­skie­go, pod­jął pró­bę ure­gu­lo­wa­nia kwe­stii woj­sko­wych w An­glii i w tym celu wy­dał Sta­tut o bro­ni. Okre­ślał on, ja­kie uzbro­je­nie i broń może no­sić przed­sta­wi­ciel każ­dej z klas spo­łecz­nych - od szla­chet­nie uro­dzo­ne­go po czło­wie­ka z gmi­nu. W 1242 roku Hen­ryk III Plan­ta­ge­net, król zu­peł­nie nie­zna­ją­cy się na pro­wa­dze­niu wo­jen, zmo­dy­fi­ko­wał te prze­pi­sy, gdy usi­ło­wał zwer­bo­wać do­sta­tecz­ną licz­bę ry­ce­rzy. Wiel­mo­żów ma­ją­cych do­cho­dy prze­kra­cza­ją­ce 20 fun­tów rocz­nie zo­bo­wią­zał do peł­nie­nia służ­by ry­cer­skiej. Każ­dy po­sia­dacz ru­cho­mo­ści war­tych 15 fun­tów mu­siał też wy­sta­wić wła­sne ko­nie, a po­sia­dacz ma­jąt­ku o war­to­ści 2 fun­tów za­opa­trzyć się we wła­sne łuki. Czter­dzie­ści lat póź­niej Edward I Dłu­go­no­gi po raz ko­lej­ny zmie­nił treść tego sta­tu­tu.

Moż­na się było wy­ku­pić ze służ­by ry­cer­skiej, wno­sząc od­po­wied­nią opła­tę, zwa­ną scu­ta­ge. Na tym eta­pie re­form nie pod­ję­to prób ujed­no­li­ce­nia jej wy­so­ko­ści. Zre­or­ga­ni­zo­wa­no na­to­miast mi­li­cję, to jest te­ry­to­rial­ne siły obron­ne po­wo­ły­wa­ne w róż­nych hrab­stwach, i po raz pierw­szy wpro­wa­dzo­no po­bór do służ­by woj­sko­wej. Sze­ry­fo­wie hrabstw zy­ska­li pra­wo i obo­wią­zek do­ko­ny­wa­nia prze­glą­du zdol­nych do wal­ki męż­czyzn w każ­dym hrab­stwie i po­wo­ły­wa­nia do służ­by w mi­li­cji od­po­wied­niej licz­by męż­czyzn z każ­dej osa­dy, wy­ekwi­po­wa­nych sto­sow­nie do swo­je­go sta­nu ma­jąt­ko­we­go. Ich ra­cje żyw­no­ścio­we fi­nan­so­wa­no ze środ­ków ko­mu­nal­nych. Ten ro­dzaj za­cią­gu ni­g­dy nie uzy­skał po­wszech­nej ak­cep­ta­cji, a pro­ce­du­ra czę­sto pro­wa­dzi­ła do nad­użyć, co spa­ro­dio­wał Sha­ke­spe­are w kro­ni­ce Hen­ryk IV:

[Fal­staff] Z kró­lew­skie­go po­bo­ru do woj­ska uczy­ni­łem uży­tek na­praw­dę ha­nieb­ny. W za­mian za po­zo­sta­wie­nie w cy­wi­lu stu pięć­dzie­się­ciu nie­do­szłych żoł­nie­rzy wzią­łem trzy­sta fun­tów i tro­chę drob­nych.

(William Shakespeare, Tragedie i kroniki, "Henryk IV", część I, akt IV, scena 2)

Służ­ba woj­sko­wa sta­no­wi­ła nie­od­łącz­ny ele­ment feu­da­li­zmu z jego skom­pli­ko­wa­ną sie­cią wza­jem­nych zo­bo­wią­zań mię­dzy kró­lem a wa­sa­la­mi kró­lew­ski­mi jako jego len­ni­ka­mi i mię­dzy se­nio­ra­mi a ich wa­sa­la­mi. Feu­dal­na struk­tu­ra spo­łecz­na przy­po­mi­na­ła dra­bi­nę. Na jej szczy­cie znaj­do­wał się wład­ca, a ni­żej - po­szcze­gól­ne sta­ny od len­ni­ków po war­stwy pra­cu­ją­ce na wsi, któ­rych obo­wiąz­kiem była upra­wa zie­mi, a nie wła­da­nie mie­czem. Obo­wią­zek po­mo­cy zbroj­nej se­nio­ro­wi wy­ni­kał z aktu wej­ścia wa­sa­la w oso­bi­sty sto­su­nek pod­dań­czy wzglę­dem se­nio­ra. Zwy­kle służ­ba woj­sko­wa trwa­ła czter­dzie­ści dni w roku, a naj­niż­sze gru­py spo­łecz­ne słu­ży­ły bez żad­ne­go wy­na­gro­dze­nia. Ana­lo­gicz­ny obo­wią­zek wiel­mo­ży wo­bec mo­nar­chy okre­śla­no mia­nem se­rvi­tium de­bi­tum (na­leż­na służ­ba). Gdy upły­nął usta­lo­ny czas służ­by, wa­sal miał pra­wo ocze­ki­wać za nią za­pła­ty. Moż­no­wład­cy mo­gli jed­nak słu­żyć da­lej, je­śli nie li­czy­li na gra­ty­fi­ka­cję pie­nięż­ną i wo­le­li wy­na­gro­dze­nie w po­sta­ci dóbr ma­te­rial­nych po uda­nym za­koń­cze­niu kam­pa­nii wo­jen­nej. W koń­cu zaj­mo­wa­li się ry­cer­stwem dla zy­sku.

Król był uza­leż­nio­ny od rady kró­lew­skiej, zwa­nej War­dro­be (przy­po­mi­na­ją­cej współ­cze­sny rząd), któ­ra za­pew­nia­ła zor­ga­ni­zo­wa­nie ar­mii i jej za­opa­trze­nia na po­trze­by pro­wa­dzo­nej przez nie­go woj­ny. Star­si ran­gą urzęd­ni­cy pań­stwo­wi - za­rząd­cy skar­bu i kon­tro­le­rzy dwo­ru kró­lew­skie­go - pro­wa­dzi­li szcze­gó­ło­we re­je­stry fi­nan­so­we. Aby nad­zo­ro­wać tak­że wy­dat­ki pod­czas kam­pa­nii wo­jen­nej, czę­sto oso­bi­ście to­wa­rzy­szy­li ar­mii (lub wy­sy­ła­li swo­ich przed­sta­wi­cie­li), za­bie­ra­jąc ze sobą na woj­nę służ­bę, po­moc­ni­ków i ba­ga­że. Za­opa­trze­nie ar­mii było bar­dzo waż­ne. Żoł­nie­rze z peł­ny­mi brzu­cha­mi ma­sze­ru­ją le­piej, a nie­do­stat­ki apro­wi­za­cyj­ne, jak ła­two prze­wi­dzieć, pro­wa­dzą do nie­bez­piecz­ne­go i nad­mier­ne­go spo­ży­cia piwa. Na przy­kład z po­wo­du bra­ku żyw­no­ści wy­bu­cha­ły kon­flik­ty po­mię­dzy an­giel­ski­mi i wa­lij­ski­mi od­dzia­ła­mi ar­mii kró­la Edwar­da I przed bi­twą pod Fal­kirk w 1298 roku. Bli­sko trzy de­ka­dy póź­niej po­dob­ne przy­pad­ki od­no­to­wał za­przy­jaź­nio­ny z sy­nem hra­bie­go Ha­inault kro­ni­karz Jean le Bel, słu­żą­cy kró­lo­wi Edwar­do­wi III pod­czas prze­gra­nej kam­pa­nii w We­ar­da­le w 1327 roku.

Evesham

W po­ło­wie XIII wie­ku więk­szość walk w polu to­czy­li ze sobą opan­ce­rze­ni w kol­czu­gi kon­ni ry­ce­rze. Pod­czas kam­pa­nii w Eve­sham w 1265 roku (do któ­rej wró­ci­my jesz­cze w roz­dzia­le 3) ksią­żę Edward (póź­niej­szy król Edward I) zmie­rzył się z woj­ska­mi dwóch ba­ro­nów: ze sta­cjo­nu­ją­cą na za­chód od rze­ki Se­vern ar­mią Szy­mo­na z Mont­fort star­sze­go i ob­le­ga­ją­cą Pe­ven­sey ar­mią jego syna, Szy­mo­na z Mont­fort młod­sze­go. Siły ksią­żę­ce szyb­ko się prze­miesz­cza­ły i pa­li­ły mo­sty, więc przy­par­ły za­chod­nią część ar­mii prze­ciw­ni­ków do rze­ki. Za­ję­ły też Glo­uce­ster i utrud­ni­ły re­be­lian­tom prze­pra­wę ło­dzia­mi sto­ją­cy­mi na ko­twi­cy w Bri­sto­lu. Szy­mon z Mont­fort młod­szy po­spie­szył na za­chód z po­mo­cą ojcu i do­tarł aż do Ke­nil­worth. Ksią­żę, prze­by­wa­ją­cy wów­czas w Wor­ce­ster, a za­tem w miej­scu do­god­nie po­ło­żo­nym do prze­pro­wa­dze­nia ata­ku na do­wol­ne­go z dwóch prze­ciw­ni­ków, po­ko­nał re­be­lian­tów w Ke­nil­worth, ude­rza­jąc na nich o świ­cie. Na­stęp­nie za­wró­cił, aby wy­dać de­cy­du­ją­cą bi­twę po­zo­sta­łym bun­tow­ni­kom w Eve­sham.

Nie­rzad­ko po­ja­wia­ły się su­ge­stie, że w tam­tych cza­sach do­wód­com woj­sko­wym bra­ko­wa­ło zmy­słu tak­tycz­ne­go, lecz kam­pa­nia księ­cia Edwar­da temu prze­czy. Dy­na­mi­kę dzia­łań księ­cia z ła­two­ścią moż­na prze­ciw­sta­wić nie­udol­no­ści jego ojca pod­czas wcze­śniej­szej kam­pa­nii, za­koń­czo­nej klę­ską pod Le­wes w 1264 roku. Jak za­uwa­żył sir Char­les Oman, je­den z ad­mi­ra­to­rów księ­cia Edwar­da, o suk­ce­sie ro­ja­li­stów w tej kam­pa­nii prze­są­dzi­ły dwa fak­ty: opa­no­wa­nie prze­praw przez rze­kę Se­vern i zni­we­cze­nie wszel­kich prób Szy­mo­na z Mont­fort, aby ją prze­kro­czyć. Ksią­żę Edward, trzy­maw­szy prze­ciw­ni­ków na dy­stans, naj­pierw prze­pro­wa­dził de­cy­du­ją­ce na­tar­cie na jed­ne­go, a na­stęp­nie na dru­gie­go.

W XIII wie­ku ra­cje żyw­no­ścio­we w ar­mii skła­da­ły się na ogół z chle­ba oraz mie­szan­ki fa­so­li, gro­chu i owsa, czy­li "po­traw­ki". Ar­mia li­czą­ca kil­ka ty­się­cy lu­dzi po­trze­bo­wa­ła se­tek ton po­ży­wie­nia ty­go­dnio­wo, a tak­że pa­szy dla koni i mnó­stwa sła­be­go piwa.

Ry­ce­rze w mar­szu

Od­dzia­ły kon­ne nie­wąt­pli­wie do­wo­dzi­ły swo­jej wyż­szo­ści, gdy za­cho­dzi­ła ko­niecz­ność prze­pro­wa­dze­nia szyb­kich ma­new­rów. W śre­dnio­wie­czu stan­dar­do­wą jed­nost­kę tak­tycz­ną jaz­dy sta­no­wi­ła dzie­się­cio­oso­bo­wa con­roi (gru­pa ry­ce­rzy tre­nu­ją­cych i wal­czą­cych ra­zem). Była to ulu­bio­na for­ma­cja słyn­nych tem­pla­riu­szy. Po­ja­wi­ła się też moda na więk­sze od­dzia­ły. Wkrót­ce dwu­dzie­sto­oso­bo­we szwa­dro­ny po­więk­szy­ły się i po­wsta­ły od­dzia­ły li­czą­ce osiem­dzie­się­ciu gierm­ków, szes­na­stu ry­ce­rzy i czte­rech cho­rą­żych.

Ry­cer­stwo mo­gło szu­kać chwa­ły na po­lach bi­tew, lecz za­wsze mu­sia­ło brać pod uwa­gę kwe­stie prak­tycz­ne. Ci, któ­rzy byli na służ­bie woj­sko­wej, zwy­kle do­sta­wa­li glejt. Za­pew­niał im ochro­nę przed wszel­kim po­stę­po­wa­niem są­do­wym pod­czas peł­nie­nia służ­by - ry­ce­rze, po­dob­nie jak Ja­mes Bond, mie­li li­cen­cję na za­bi­ja­nie. Po­cho­dzą­ca z po­cząt­ku XIV wie­ku ilu­mi­no­wa­na Bi­blia z Hol­kham za­wie­ra mię­dzy in­ny­mi parę bar­dzo cie­ka­wych ilu­stra­cji. Gór­na przed­sta­wia bru­tal­nie wal­czą­cych ze sobą ry­ce­rzy w kol­czu­gach. Na dol­nej pie­cho­ta to­czy za­cię­ty bój z fu­rią, ale mniej ho­no­ro­wo, o czym świad­czą mie­cze, pu­kle­rze, to­po­ry i groź­ne ta­sa­ki.

Cho­rą­ży to ry­cerz, któ­ry pod­czas woj­ny do­wo­dził od­dzia­łem woj­ska pod wła­sną cho­rą­gwią. Zgod­nie ze zwy­cza­jem tem­pla­riu­szy ry­cerz mógł sfor­mo­wać po­czet, po­wo­łu­jąc jed­ne­go człon­ka swo­jej świ­ty na gierm­ka no­szą­ce­go jego ko­pię, a dru­gie­go na gierm­ka po­zo­sta­ją­ce­go w od­wo­dzie z za­pa­so­wy­mi koń­mi i ekwi­pun­kiem. Gdy po­czet włą­czał się do wal­ki, gier­mek wrę­czał ko­pię swo­je­mu panu i po­dą­żał za nim.

Dość zna­mien­ne są sta­ty­sty­ki. Na pierw­szą ze swo­ich wa­lij­skich kam­pa­nii król Edward I we­zwał oko­ło 15 ty­się­cy pie­chu­rów, w tym wie­lu ścią­gnię­tych z po­łu­dnio­wych krań­ców księ­stwa. Na dru­gą kam­pa­nię prze­ciw po­wstań­com pod wo­dzą Wil­lia­ma Wal­la­ce'a król wy­sta­wił 20 ty­się­cy pie­cho­ty. Jed­nak pod­czas póź­niej­szych eks­pe­dy­cji li­czeb­ność ar­mii znacz­nie spa­dła. Bied­na lud­ność nie była w sta­nie za­opa­trzyć tak du­żych sił woj­sko­wych, bo po­zba­wia­ło ją to nie­zbęd­ne­go do prze­ży­cia je­dze­nia i opa­łu. Ów­cze­sny kro­ni­karz na­kre­ślił ob­raz an­giel­skiej ar­mii ma­sze­ru­ją­cej pod­czas szkoc­kiej kam­pa­nii w 1300 roku:

Było wie­le bo­ga­tych cza­pra­ków, ha­fto­wa­nych na je­dwa­biu i sa­ty­nie; wie­le pięk­nych pro­por­ców przy­cze­pio­nych do ko­pii, mnó­stwo wy­wie­szo­nych cho­rą­gwi. Rże­nie koni dało się sły­szeć już z da­le­ka; góry i do­li­ny wy­peł­ni­ły jucz­ne ko­nie, wozy z za­opa­trze­niem oraz sa­kwa­mi z na­mio­ta­mi i pa­wi­lo­na­mi.

(Wal­ter of Exe­ter, Le sie­ge de Kar­la­ve­rok)

Ta barw­na wi­zja, któ­ra mo­gła­by tak­że wyjść spod pió­ra Wal­te­ra Scot­ta lub Al­fre­da Ten­ny­so­na, jest nie­zwy­kle wy­ide­ali­zo­wa­na. Rze­czy­wi­stość pre­zen­to­wa­ła się bar­dziej pro­za­icz­nie. Ar­mia cią­gnę­ła z ha­ła­sem i w kłę­bach ku­rzu, z wi­de­ta­mi (kon­ne pa­tro­le) na przo­dzie i tyle. W dro­dze ry­ce­rze do­sia­da­li lek­kich wierz­chow­ców - stę­pa­ków, aby oszczę­dzać swo­je cen­ne de­strie­ry - ko­nie bo­jo­we. Na ogół cho­wa­li swo­je zbro­je w ba­ga­żach, gdyż bar­dzo nie­wy­god­nie się w nich je­cha­ło. Jucz­ne ko­nie zo­sta­wia­ły za sobą mnó­stwo łaj­na. Za nimi ma­sze­ro­wa­ła źle od­ży­wio­na i kiep­sko odzia­na pie­cho­ta w dłu­gich, roz­wle­kłych i cha­otycz­nych ko­lum­nach, po­ły­ka­jąc pe­łen nie­czy­sto­ści kurz.

Karol Wielki i papież Hadrian I, rycina Antoine'a Vérarda z 1493 roku (Archivo Iconografico, S.A./CORBIS-BETTMANN; Wikimedia Commons)

Da­lej cią­gnę­ła ogrom­na ka­ra­wa­na ży­we­go in­wen­ta­rza (ar­mia za­bie­ra­ła zwie­rzę­ta ze sobą, aby mieć za­opa­trze­nie) i to­czy­ły się wozy wy­ła­do­wa­ne an­tał­kami piwa, na­mio­ta­mi, sznu­ra­mi, ba­ga­ża­mi i róż­nym ek­wi­pun­kiem. W ślad za ry­ce­rza­mi po­dą­ża­li licz­ni mar­kie­ta­nie, a tak­że pi­wo­wa­rzy, pro­sty­tut­ki i kup­cy. W woj­sku nie­zbęd­ni byli rze­mieśl­ni­cy róż­nych spe­cjal­noś­ci: zbro­ja­rze, miecz­ni­cy, zbroj­mi­strze wy­ra­bia­ją­cy łuki i strza­ły, bed­na­rze, ko­ło­dzie­je i cie­śle, a tak­że chi­rur­dzy i zna­cho­rzy, ro­bot­ni­cy i pa­ste­rze. Ar­mii ni­g­dzie nie wi­ta­no z ra­do­ścią. Miej­sco­wa lud­ność, ma­jąc ku temu uza­sad­nio­ne po­wo­dy, oba­wia­ła się jej prze­mar­szu - i to za­rów­no ar­mii nie­przy­ja­ciel­skiej, jak i wła­snej.

Portret Edwarda I w opactwie westminsterskim w sedilii zbudowanej za jego panowania

Wie­śnia­cy żyli z dala od nie­ustan­ne­go zgieł­ku no­wo­czes­nego świa­ta. Ta wiel­ka, ha­ła­śli­wa ar­mia, za­le­wa­ją­ca ich do­tych­czas spo­koj­ną oko­li­cę i za­cho­wu­ją­ca się ni­czym przy­pły­wy i od­pły­wy mo­rza, mu­sia­ła im przy­wo­dzić na myśl apo­ka­lip­sę. I rze­czy­wi­ście do­syć czę­sto oka­zy­wa­ła się nie­mal rów­nie de­struk­cyj­na. Gdy na­stę­po­wa­ło roz­luź­nie­nie dys­cy­pli­ny, sze­rzy­ły się gwał­ty i gra­bie­że. Woj­ny an­giel­sko-szkoc­kie, to­czą­ce się od 1296 roku, cha­rak­te­ry­zo­wa­ło wy­jąt­ko­we zdzi­cze­nie oby­cza­jów. Nie od­róż­nia­no cy­wi­lów od żoł­nie­rzy i gnę­bie­nie lud­no­ści sta­ło się ak­cep­to­wa­ną tak­ty­ką woj­ny eko­no­micz­nej.

W bi­twie

Udział w bi­twie nie­sie ze sobą - i za­wsze niósł - ry­zy­ko. W śred­nio­wie­czu do­wód­ca miał ogra­ni­czo­ne siły do dys­po­zy­cji, w do­dat­ku część z nich była sła­ba. Jed­na klę­ska w polu mo­gła się oka­zać ka­ta­stro­fal­na w skut­kach. Ko­mu­ni­ka­cja za­le­ża­ła od kon­nych po­słań­ców, a tam gdzie to było moż­li­we, tak­że od sy­gna­li­za­cji fla­ga­mi. Trud­no­ści z za­opa­trze­niem przy­spa­rza­ły nie­ustan­nych zmar­twień. Zwy­kle ar­mia dzie­li­ła się na czte­ry kor­pu­sy, każ­dy do­wo­dzo­ny przez jed­ne­go z wiel­kich moż­no­wład­ców. Szlach­ci­com ła­twiej przy­cho­dzi­ło wy­da­wa­nie roz­ka­zów niż pod­po­rząd­ko­wa­nie się im. Na­wet tak wład­czy król jak Edward I miał cza­sa­mi pro­ble­my z utrzy­ma­niem po­rząd­ku wśród ry­cer­stwa.

Gdy mo­nar­cha do­wo­dził swo­ją ar­mią, za­wsze je­chał na cze­le jed­ne­go od­dzia­łu, w oto­cze­niu swo­jej świ­ty. Po roz­po­czę­ciu bi­twy na­czel­ny do­wód­ca miał już nie­wiel­ki wpływ na osta­tecz­ny wy­nik star­cia. Na polu bi­twy ry­cer­stwo usta­wia­ło się w szy­ku li­nio­wym, na­prze­ciw po­dob­nie usta­wio­ne­go nie­przy­ja­cie­la. Przed ru­sze­niem do boju moż­li­wo­ści ja­kich­kol­wiek ma­new­rów były bar­dzo ogra­ni­czo­ne. Każ­dy do­wód­ca musi mieć do­bry wi­dok na to, co się dzie­je na polu bi­twy, ale śre­dnio­wiecz­ny wódz nie mógł so­bie po­zwo­lić, aby jego od­wo­dy sta­nę­ły zbyt da­le­ko, bo za­nim wpro­wa­dził­by je do wal­ki, mógł­by już prze­grać bi­twę.

Współ­cze­sny pi­sarz tak pod­su­mo­wu­je sto­su­nek ry­ce­rzy do nie­bez­pie­czeń­stwa, ja­kie gro­zi­ło im w bi­twie:

Jak­że ra­do­sną rze­czą jest woj­na, gdyż w jej trak­cie mo­że­my być świad­ka­mi wie­lu wspa­nia­łych czy­nów i ode­brać wie­le cen­nych lek­cji. Na woj­nie tak bar­dzo ko­chasz swe­go to­wa­rzy­sza. Gdy wi­dzisz, że two­ja wal­ka jest spra­wie­dli­wa, a twój brat do­brze wal­czy, na­pły­wa­ją ci łzy do oczu. Wiel­ce słod­kie uczu­cie lo­jal­no­ści i żalu wy­peł­nia ci ser­ce, gdy wi­dzisz, że przy­ja­ciel tak męż­nie wy­sta­wia swe cia­ło, aby wy­peł­nić i zre­ali­zo­wać po­le­ce­nie na­sze­go Stwór­cy. Wte­dy szy­ku­jesz się, aby iść i żyć lub zgi­nąć wraz z nim, i z mi­ło­ści go nie po­rzu­cisz. A pły­nie z tego taka przy­jem­ność, że ten, kto jej nie po­sma­ko­wał, nie po­tra­fi po­wie­dzieć, co to za roz­kosz. Czy my­ślisz, że czło­wiek, któ­ry tego do­ko­na, boi się śmier­ci? Ani tro­chę. Po­nie­waż czu­je się po­krze­pio­ny; jest tak uszczę­śli­wio­ny, że nie wie, gdzie się znaj­du­je. Za­praw­dę ni­cze­go się nie oba­wia.

(Andrew W. Boardman, The Medieval Soldier in the Wars of the Roses, s. 173)

Broń i uzbrojenie

W czasach Szymo­na z Mont­fort kon­ne­go ry­ce­rza chro­ni­ły głów­nie zbro­ja kol­cza oraz hełm garncz­ko­wy z pła­sko zwień­czo­nym dzwo­nem, wą­ski­mi szpa­ra­mi wzro­ko­wy­mi (tak zwa­ne wi­zu­ry) i ma­ły­mi otwo­ra­mi wen­ty­la­cyj­ny­mi w czę­ści osła­nia­ją­cej po­licz­ki. Pod heł­mem no­sił pi­ko­wa­ny cze­piec i kap­tur kol­czy. Kol­czu­ga skła­da­ła się z dwóch czę­ści: się­ga­ją­cej ud tu­ni­ki z dłu­gi­mi rę­ka­wa­mi (hau­berk) i no­ga­wic (chau­sée). W po­rów­na­niu ze zbro­ją pły­to­wą kol­czu­ga jest ela­stycz­na i sto­sun­ko­wo lek­ka. Nie chro­ni jed­nak przed miaż­dżą­cym cio­sem, co gro­zi po­waż­ny­mi ob­ra­że­nia­mi lub zła­ma­nia­mi, na­wet je­śli oczka kol­czu­gi wy­trzy­ma­ją.

De­li­kat­ny ob­szar wo­kół szyi do­dat­ko­wo za­bez­pie­cza­no sztyw­nym, sznu­ro­wa­nym koł­nie­rzem, nie­kie­dy wzmoc­nio­nym sta­lo­wy­mi pły­ta­mi. Cza­sem no­szo­no zbro­ję łu­sko­wą (po­dob­ną do sta­ro­żyt­nej lo­ri­ca squ­ama­tae). Dło­nie chro­ni­ły rę­ka­wi­ce kol­cze. Na po­cząt­ku XIV wie­ku za­czę­to osła­niać ko­la­na do­dat­ko­wy­mi na­ko­lan­ni­ka­mi (po­leyns), któ­re za­kła­da­no na no­ga­wi­ce kol­cze i zwią­zy­wa­no z na­go­len­ni­ka­mi.

Gdy po­ja­wi­ło się za­po­trze­bo­wa­nie na lep­szą ochro­nę cia­ła, wśród jeźdź­ców na kon­ty­nen­cie za­pa­no­wa­ła moda na do­dat­ko­wą osło­nę w po­sta­ci swe­go ro­dza­ju pe­le­ry­ny, z przo­du i z tyłu wzmoc­nio­nej sta­lo­wy­mi pły­ta­mi. Wpro­wa­dzo­no też osło­ny ra­mion (ailet­te), na któ­rych czę­sto po­ja­wia­ły się her­by. W uży­ciu wciąż były tar­cze, w kształ­cie pod­sta­wy że­laz­ka i wy­pro­fi­lo­wa­ne tak, aby pa­so­wa­ły do kon­tu­rów cia­ła. Roz­po­wszech­nie­nie się dłu­gich łu­ków (po­cząw­szy od po­cząt­ku XIV wie­ku) wy­mu­si­ło szu­ka­nie dal­szych udo­sko­na­leń zbroi. Sama kol­czu­ga nie chro­ni­ła przed śmier­tel­nie nie­bez­piecz­ny­mi gro­ta­mi strzał typu bod­kin, wpro­wa­dzo­no więc ryn­no­we osło­ny ra­mion i nóg, przy­wią­zy­wa­ne na pan­cerz kol­czy.

Dla ry­ce­rza naj­więk­szym wy­dat­kiem, oprócz in­we­sty­cji w zbro­ję, był za­kup ko­nia bo­jo­we­go, czy­li de­strie­ra (de­xtra­rius). Taki ru­mak kosz­to­wał oko­ło 40 fun­tów, co sta­no­wi­ło dwu­krot­ną war­tość pod­sta­wo­wej kwa­li­fi­ka­cji ma­jąt­ko­wej do służ­by ry­cer­skiej. Do­bre ko­nie peł­nej krwi po­cho­dzi­ły z Fran­cji, Hisz­pa­nii i Wę­gier. Nie do­rów­ny­wa­ły wiel­ko­ścią współ­czes­nym ko­niom rasy hun­ter, po­nie­waż na ogół mie­rzy­ły w kłę­bie od 152 do 163 cen­ty­me­trów, ale mia­ły sil­ne nogi, po­jem­ną klat­kę pier­sio­wą i sze­ro­ki zad. Ge­ne­ral­nie de­strier był prze­zna­czo­ny do szar­ży, więc w dro­dze na pole bi­twy ry­cerz je­chał na stę­pa­ku (pal­frey), a jego lu­dzie po­dą­ża­li za nim na nie­dro­gich cha­be­tach (ro­un­cey) o róż­no­ra­kim prze­zna­cze­niu.

Sio­dło z wy­so­kim przed­nim i tyl­nym łę­kiem za­pew­nia­ło ry­ce­rzo­wi do­bre opar­cie i do­dat­ko­wą ochro­nę przed cię­cia­mi mie­czem. W po­łą­cze­niu ze strze­mio­na­mi da­wa­ło mu też pod­par­cie nie­zbęd­ne do pro­wa­dze­nia sku­tecz­nej wal­ki. Cen­ne ko­nie bo­jo­we rów­nież w pew­nym stop­niu opan­ce­rza­no - przed sio­dłem i za nim. Przed­nia część osło­ny okry­wa­ła łeb i mia­ła otwo­ry na noz­drza, oczy i pysk, a dłuż­sza tyl­na się­ga­ła aż do pę­cin. Tę skó­rza­ną, pi­ko­wa­ną osło­nę uzu­peł­niał na­czó­łek, czy­li wy­pro­fi­lo­wa­na me­ta­lo­wa osło­na koń­skie­go łba, w któ­ry zwy­kle ce­lo­wa­li pie­chu­rzy. Do­brze opan­ce­rzo­ny czło­wiek i koń two­rzy­li praw­dzi­wą jaz­dę pan­cer­ną, a jej szar­ża bu­dzi­ła prze­ra­że­nie.

Podziękowania

Ry­cerz to ty­tuł o du­żym ła­dun­ku emo­cjo­nal­nym, szcze­gól­nie dla po­ko­le­nia wy­cho­wa­ne­go na pro­gra­mach te­le­wi­zyj­nych dla dzie­ci z lat pięć­dzie­sią­tych i wcze­snych sześć­dzie­sią­tych, ta­kich jak Kni­ghts of the Ro­und Ta­ble, Ro­bin Hood (oczy­wi­ście w wer­sji Ri­char­da Gre­ene'a), Wil­liam Tell oraz Ivan­hoe z Ro­ge­rem Mo­ore'e, któ­ry za­grał w nim jesz­cze przed wy­stę­pem w se­ria­lu Świę­ty. Szły one w pa­rze z lek­tu­rą wspa­nia­łej książ­ki Ro­ge­ra Lan­ce­ly­na Gre­ena Król Ar­tur i ry­ce­rze Okrą­głe­go Sto­łu opu­bli­ko­wa­nej przez Puf­fin Bo­oks, po­wie­ścia­mi Ro­se­ma­ry Sutc­liff, Hen­ry'ego Tre­ece'a, Geo­r­ge'a Al­fre­da Hen­ty'ego, Ro­ber­ta Lo­uisa Ste­ven­so­na i Alek­san­dra Du­ma­sa. Ry­cer­stwo i cno­ta ry­cer­sko­ści były naj­waż­niej­sze, a śre­dnio­wiecz­ną tra­dy­cję kon­ty­nu­owa­li Beau Ge­ste z po­wie­ści Per­ci­va­la Chri­sto­phe­ra Wre­na oraz dwaj bo­ha­te­ro­wie ko­mik­sów - pi­lot Big­gles i wi­king Karl (choć w za­sa­dzie po­cho­dzi z cza­sów przed­ry­cer­skich i jest nie­co szorst­ki).

Po­dzię­ko­wa­nia na­le­żą się przede wszyst­kim Ruth Shep­pard, na­szej re­dak­tor­ce z wy­daw­nic­twa Ca­se­ma­te, dok­tor Mau­re­en Me­ikle z Uni­wer­sy­te­tu Le­eds, dok­to­ro­wi Ri­char­do­wi Brit­nel­lo­wi z Uni­wer­sy­te­tu Dur­ham, pro­fe­so­ro­wi Tony'emu Pol­lar­do­wi z Uni­wer­sy­te­tu Te­es­si­de; na­szym ko­le­gom z by­łe­go Cen­tre for Li­fe­long Le­ar­ning na Uni­wer­sy­te­cie Sun­der­land, zwłasz­cza Col­mo­wi O'Brie­no­wi i Mak­so­wi Adam­so­wi, Chloe Ro­dham za zro­bie­nie map bi­tew, Edo­wi Wim­ble'owi, Ca­the­ri­ne Tur­ner z Dur­ham Ca­the­dral Li­bra­ry, Ia­ino­wi Dic­kie­mu i Mi­cha­elo­wi Ray­ne­ro­wi z Bat­tle­fields Trust, Tony'emu Whi­tin­go­wi z Eve­sham To­urist Cen­tre, Joh­no­wi Wol­la­sto­no­wi, Be­ryl Charl­ton i szcze­gól­nie Tony'emu Spi­ce­ro­wi, któ­ry po­dzie­lił się z nami swo­imi wy­ni­ka­mi ba­dań. Dzię­ku­je­my tak­że Ada­mo­wi Bar­ro­wo­wi za zdję­cia, Ro­ber­to­wi Har­dy'emu CBE, Ri­char­do­wi Gro­ococ­ko­wo­wi z Na­tio­nal Ar­chi­ves, dok­to­ro­wi Da­vi­do­wi Cald­wel­lo­wi z Na­tio­nal Mu­seum of Sco­tland, Chri­sto­phe­ro­wi Bur­ges­so­wi, Ali­sta­iro­wi Bow­de­no­wi z Re­mem­be­ring Flod­den, dok­to­ro­wi To­bia­so­wi Ca­pwel­lo­wo­wi z Wal­la­ce Col­lec­tion, Cli­ve'owi Hal­la­mo­wi-Ba­ke­ro­wo­wi, Fio­nie Arm­strong z Arm­strong Trust and He­ri­ta­ge Cen­tre, dok­tor Gil­lian Scott z Ca­stles Stu­dy Gro­up, dok­to­ro­wi Ia­no­wi Ro­bert­so­wi z North Tyne He­ri­ta­ge Cen­tre, Jen­ni­fer Gill i Liz Bre­gaz­zi z Co­un­ty Dur­ham Re­cord Of­fi­ce, Ma­lin Holst z Tow­ton Mass Gra­ve Pro­ject, Phi­li­po­wi Al­ber­to­wi i Joh­no­wi Wal­le­ro­wo­wi z Roy­al Ar­mo­uries, Ni­co­li Wa­ghorn z Na­tio­nal Gal­le­ry, Mat­thew Ba­iley­owi z Na­tio­nal Por­tra­it Gal­le­ry, per­so­ne­lo­wi Lit.& Phil. Li­bra­ry w New­ca­stle-upon-Tyne, Ad­ria­no­wi Wa­ite'owi z Red Wy­verns, Dun­ca­no­wi Brow­no­wi z EH Pho­to Li­bra­ry, An­thei Boyl­ston i Jo Buck­ber­ry z Uni­wer­sy­te­tu Brad­ford, Win­nie Ty­rell z Glas­gow Mu­seums, Mar­ko­wi Tay­lo­ro­wi i Gra­ha­mo­wi Dar­by­shi­re'owi z Tow­ton Bat­tle­field So­cie­ty, Bo­bo­wi Bro­ok­so­wi z Hot­spur Scho­ol of De­fen­ce oraz Pau­lo­wi Mac­Do­nal­do­wi z Mac­Do­nald Ar­mo­uries.

Za wszel­kie błę­dy i bra­ki od­po­wie­dzial­ność po­no­szą wy­łącz­nie au­to­rzy. Sta­ra­li­śmy się usta­lić ak­tu­al­nych wła­ści­cie­li praw au­tor­skich. Je­śli w któ­rymś z przy­pad­ków nam się nie uda­ło, bar­dzo pro­si­my o sto­sow­ną in­for­ma­cję i wów­czas po­pra­wi­my swój tekst.

Rosie Serdiville i John Sadler

Northumberland/Newcastle-upon-Tyne, 2017