Zamiast wstępu
Poznaliśmy się w mieroszowskiej podstawówce przy Mickiewicza, zwanej katolicką, bo uczono w niej religii, a nad tablicą obok portretów Bieruta i Stalina wisiał krzyż. To odróżniało ją od szkoły przy Wolności należącej do Towarzystwa Przyjaciół Dzieci, o której mówiło się "komunistyczna". Zaczynaliśmy szóstą klasę, musiał być więc rok 1953.
Krzysiek był nowy. Do nikogo nie podchodził, nie próbował się zaprzyjaźniać. Któregoś dnia siedział na murku i przyglądał się, jak chłopaki grają w piłkę. Nagle piłka wleciała mu pod same nogi. Krzyknęli: "Podaj!". On nic, nawet nie drgnął. Podszedłem i wykopałem piłkę na boisko.
- Skąd jesteś? - zapytałem.
- A ty?
- Z Mieroszowa, a wcześniej z Łodzi.
- A ja z Sokołowska, wcześniej z Zagłębia.
Zamieniliśmy jeszcze parę zdań, a potem przez wiele dni znowu była między nami cisza, jakby tej rozmowy nie było.
Aż raz zarobiłem lufę z polskiego z lektury. Wyszedłem na przerwę i raptem czuję, że ktoś kładzie mi rękę na ramieniu. Odwróciłem się.
- Musimy pogadać - rzekł on z poważną miną.
O czym? O tej lekturze. Zaczął mi ją całą opowiadać. Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś tak mówił o książce, całą rozłożył na czynniki pierwsze i wytłumaczył, o co chodzi w każdej scenie. Dla mnie książka to tylko ciąg zdarzeń, a on we wszystkim widział jakiś sens. Jak go słuchałem, to normalnie nie wierzyłem, że to wszystko w tej książce jest.
- Musisz więcej czasu w domu poświęcać nauce. Jeśli będziesz się uczył systematycznie, stopniowo wszystko ci wejdzie do głowy - powiedział.
"Wariat" - pomyślałem.
Ja, gdy wracałem do domu, to tylko patrzyłem, żeby zaraz gdzieś prysnąć z kumplami. Uczyłem się w biegu i niczemu nie dziwiłem. A on zawsze miał wyuczone od deski do deski i wszystko go interesowało. Ja na zetpety sklejałem najprostszy domek z wafla, byle zaliczyć. On produkował tekturowy radioodbiornik z pokrętłami z zakrętek od butelek, z przodu wycinał prostokątny otwór, podklejał od spodu bibułkę ze skalą, a w środku stawiał świeczkę.
Nie było w klasie drugiej takiej osoby. Był najstarszy, najwyższy, najmądrzejszy. I tylko jednej rzeczy mu brakowało: prestiżu.
Mój prestiż w szkole był większy bez porównania, ale ja pracowałem na niego latami. Od pierwszej klasy moim celem było dorównać starym koniom, takim, co siedzą w klasie po dwa lata, na przerwie idą za wychodek na papierosa i nikogo się nie boją. Żeby zasłużyć na respekt takich gości, trzeba było mieć na koncie jakiś numer. Na przykład zimą założyć łyżwy, czepić się autobusu, który kursował z Mieroszowa do Sokołowska, i tak się przewieźć te osiem kilometrów. Wyczyn obciążony dodatkowym ryzykiem, bo pętla w Sokołowsku znajdowała się tuż przed komisariatem. Raz, ledwie autobus się zatrzymał, jeszcze nie zdążyłem otrzeć oczu ze śniegu, dopadł mnie milicjant i dostałem smary. Krzyś nigdy by czegoś takiego nie zrobił. On jechał przede mną tym autobusem z nosem przyklejonym do tylnej szyby.
Prestiż zdobywał też ten, który najmocniej przydzwonił dziewczynie gałką śniegu, ale tak, żeby aż zabeczała. Normalna rzecz. Namawialiśmy go, ale gdzie tam. Jego takie żarty po prostu się nie trzymały.
Tak więc w szóstej klasie ja już byłem gość, a on był taka trochę, za przeproszeniem, trąba. Ani w piłkę nie potrafił grać, ani postawić się nauczycielowi. Ja byłem hardy, on spuszczał głowę. Ale kiedy na przerwach strzelaliśmy z chłopakami pestkami z procy, łaził za nami i patrzył smutno. I widziałem, że go to kusi, że w środku toczy ze sobą walkę. On też by postrzelał, ale już sobie w głowie kalkulował: raz strzelę pestką, złapią mnie i będzie kłopot. Ześlą mnie do piwnicy, stracę lekcję, zawalę klasówkę, nie opłaci się.
Ja strzelałem bez lęku. Za karę nauczyciel wyrzucał z klasy i wysyłał do piwnicy. Stała tam stara poniemiecka piła. Przez godzinę trzeba nią było ciąć drewno na opał. Stracę lekcje? Co z tego? Nie trzeba gnić w ławce, nie pytają mnie, fajnie. Każdy normalny dzieciak cieszyłby się z takiej kary. On nie.
Moim zdaniem on był taki przez swojego ojca, który miał wyższe wykształcenie. Ojciec z wyższym wykształceniem to jest całkiem insza inszość. Podejście takiego ojca jest zupełnie inne niż zwykłego. Taki ojciec wymaga przestrzegania zasad. "Masz się, synu, uczyć - powtarza. - Żeby coś z ciebie wyrosło". Nasi rodzice nigdy nam tego nie mówili. Mój plan na życie był prosty: skończyć podstawówkę, iść pracować do Cameli i mieć wreszcie własne pieniądze.
Kolejna różnica między nami a nim była taka, że on o swoim ojcu mówił "tatuś". Powiedzieć o starym "tatuś" mogła tylko ostatnia oferma. Skręciłoby mnie ze wstydu, gdybym miał przy kumplach wymówić to słowo. Choć gdzieś w środku kłuła lekka zazdrość. Potem, jak już byliśmy ze sobą bliżej, wyznałem mu:
- Wiesz, ja choćbym chciał, to i tak nie mogę na mojego powiedzieć "tatuś". Mój tatuś jest już tam.
Bo mój prawdziwy tata umarł zaraz po wojnie w Łodzi. Mama przyjechała ze mną na Ziemie Odzyskane i wyszła za mąż za ojczyma. Był dobrym człowiekiem, ale skończył zaledwie kilka klas. Nawet z pisaniem miał kłopoty.
Krzyś wiedział, że jego ojciec też będzie powoli odchodził. Podobni byli do siebie. Szczupli i wysocy. To, że pan Kieślowski był szczupły, wiadoma rzecz - chorował tak strasznie, a jeszcze do tego palił papierosy. W domu nigdy nie mówiłem, że do nich jeżdżę. Moja mama wolała, żebym się nie kręcił po Sokołowsku, no bo wiadomo, kto tam mieszkał. A już jakby się dowiedziała, że byłem u gruźlika w domu, tobym na pewno dostał smary.
I jeszcze jedna rzecz, która go odróżniała od nas. Smutek. Nie było w nim takiej szczeniackiej radości życia. Konia z rzędem temu, kto by dostrzegł na twarzy Krzysia uśmiech. Żadnego luzu, cały czas wyglądał, jakby o czymś intensywnie myślał.
Na pewno zazdrościł mi trochę tego, że ja mogę sobie tak beztrosko łobuzować, i pewnie dlatego się mnie trzymał. A ja z kolei wyczułem w nim kogoś, kto będzie się mnie słuchał. Kim będę mógł pokierować. Dzieciak nie analizuje, nie działa z wyrachowaniem, po prostu czuje, że jest dobrze, i do tego lgnie. Zaprzyjaźniłem się z nim, bo dawał mi dobre samopoczucie.
Ulegał mi kroczek po kroczku.
- Masz ochotę skoczyć do Wałbrzycha? - zagajam raz.
- Pewnie. Ale jak?
- Normalnie.
- Ale jak normalnie? Nie mamy pieniędzy na bilety przecież - on na to. - A jak nas złapie konduktor?
Cały Krzyś. Już widzi problem, już w jego głowie układa się łańcuszek konsekwencji. Dlatego właśnie on sam nigdy nie wymyślił żadnej psoty. On mógł najwyżej ulec.
- Wejdziemy do sracza, zamkniemy się i cześć.
Parę razy pojechaliśmy pociągiem do Wałbrzycha i z powrotem. Jak konduktor szedł, to my bach do ustępu. W Wałbrzychu dreptaliśmy w kółko po dworcu, bo nie było kasy na trolejbus do miasta, tam już się nie wślizgniesz, bo sprawdzali przy wsiadaniu. Jeśli nawet mieliśmy pieniądze, to i tak woleliśmy je wydać na kotleta. W dworcowym barze sprzedawali znakomite mielone w zestawie z bułą. Ich cudowny smak i zapach pamiętam do dziś.
W owych czasach, kiedy Sokołowsko było jeszcze uzdrowiskiem, a nie "uśmiertniskiem", jak mówią dzisiaj, pociąg z Wałbrzycha do Mieroszowa miał tam swój przystanek. Tuż za mostem, na nasypie, zatrzymywał się na chwilę. Krzyś wyskakiwał, zbiegał schodkami w dół i gnał przez pola do domu, a ja jechałem dalej.
To była cała frajda, że się przejechało piętnaście kilometrów, nie płacąc. Już te parę złotych człowiek był do przodu. A jak się było parę złotych do przodu, to można było z nimi zrobić mnóstwo ciekawych rzeczy. Na przykład pójść do kina.
- Ale na ten film nie da się wejść, bo to film od osiemnastu lat - zauważał czujnie Krzyś.
- Dlatego my nie pójdziemy na ten film w Mieroszowie, tylko u ciebie w Sokołowsku.
W Mieroszowie było porządne kino stacjonarne. Trzeba było stanąć w kolejce do okienka, kupić bilet, a wstępu pilnowały dwie panie. Jak film był od osiemnastu lat, to się za skarby świata nie weszło, bo bileterki nas wszystkich znały. Kaplica. W Mieroszowie nie było nawet co próbować. Natomiast w Sokołowsku przy ulicy Głównej, naprzeciwko domu Kieślowskich, stał dom kultury, gdzie mieściła się siedziba radiowęzła, odbywały się prelekcje dla gruźlików i często gościło kino objazdowe. To było kino kapitalistyczne i nikt nie miał interesu, żeby sprawdzać czyjś wiek. Ten sam człowiek, który przywoził film i włączał projektor, sprzedawał bilety.
Krzysiek rzadko miał pieniądze na kino. Ja nie cierpiałem na głód pieniędzy. Oboje rodzice pracowali, nieraz miałem na dwa bilety, jaki to problem? Ale on niechętnie z tego korzystał, starał się załatwić forsę. Robił obchód po pawilonach, a tam zawsze w krzakach pod oknami znalazły się jakieś butelki, które dało się spieniężyć. A kiedy obaj nie mieliśmy forsy, wchodziliśmy do kina górą. Budynek ośrodka opierał się o skarpę. Można się było na nią wdrapać i przeskoczyć na stryszek nad salą projekcyjną. Na stryszku w podłodze była spora zakratowana dziura wentylacyjna, a nad nią wiatraczek. Kiedy śmigła się obracały, nic nie było widać, ale w chłodniejsze dni wiatraczek nie pracował i wtedy dało się przez dziurę dojrzeć kawałek ekranu. Dokładnie dół. Do wyboru - albo lewą część, albo prawą. W ten sposób obejrzeliśmy kilka filmów. Nie pamiętam tytułów, bo dla mnie ważniejsza była, prawdę mówiąc, sama przygoda, zaliczony wyczyn - to mnie bardziej obchodziło niż jakiś tam film. Ale któregoś dnia wleźliśmy na stryszek i choć pogoda zapowiadała co innego, wiatraczek jak na złość się kręcił. I wtedy wpadł mi do głowy szatański pomysł, na psotę życia. Aż normalnie dreszcz mnie przeszedł.
- Słuchaj, a jak byśmy się wysikali do tego?
Z początku opierał się jak zwykle:
- No ale tak nie można. Przecież to poleci na nich. Będzie czuć. Złapią nas.
Ale ja już widziałem, że ochota u niego jest, że go korci jak diabli, że chce mi dorównać, pokazać, że i on w psotach coś jest wart.
Zrobiliśmy to. Wysikaliśmy się elegancko w wirujące skrzydełka nad wentylatorem, a te rozpryskały nasze siki na salę pełną kuracjuszy. Szczerze mówiąc, bardziej rozpryskały je na nas, jednak na widownię jakieś rozpryski też musiały spaść, bo gdy schodziliśmy, pod skarpą czekało na nas kilku wkurzonych facetów. Dostaliśmy łomot.
Co tam łomot, byłem dumny, że zrobiłem taki numer, i przede wszystkim, że Krzyśka namówiłem. To trochę tak, jakbym go rozprawiczył.
A on miał wyrzuty sumienia. Kilka razy jeszcze do tego wracał:
- Po co my to właściwie zrobiliśmy? Niepotrzebnie dokuczyliśmy tym ludziom. Dostaliśmy wciry i komu to było potrzebne?
Nie rozumiałem go. Czego tu żałować? Ważne, że się udało. To był naprawdę gruby numer.
Krzyś lubił zbierać celuloidowe serpentyny, które walały się w piachu pod skarpą na tyłach budynku. Wycinał nieporysowane kawałki, starannie zgrzewał końce, nawijał na szpulki po niciach i wkładał do pudełka. Z tyłu stawiał świeczkę. Gasiliśmy światło, błyskała zapałka, zaczynała się projekcja. Przykładałem oko do otworka, a on obracał zagiętą końcówkę drucika wystającego z obudowy. Film składał się z urwanych scen, bez żadnego związku, ale to mi nie przeszkadzało, przeciwnie, nawet ciekawiej się oglądało. Czasem jakieś klatki wkleiły się do góry nogami i wtedy było sporo śmiechu, nawet on się rozchmurzał. Ten projektor zrobił tylko dla nas. Dla mnie.
Nigdy już nie miałem takiego przyjaciela. Wiedziałem, że cokolwiek złego byśmy zrobili, on tego nikomu nie powtórzy, nigdy. Kamień w wodę. Byliśmy tylko on i ja. Koniec.
Żebym ja miał tego Kieślowskiego przy sobie dłużej, tobym nie był dziś tym, kim jestem. Niedawno przeglądałem swoje świadectwa i zobaczyłem, że w szóstej klasie, wtedy kiedy się przyjaźniliśmy, miałem najlepsze stopnie w życiu. Piątki i czwórki. A wcześniej i później tylko tróje.
Zanim zrozumiałem, że powinienem więcej brać od niego, nasze drogi się rozeszły. W siódmej klasie rodzice przenieśli mnie do szkoły "komunistycznej", a wkrótce potem poszedłem do roboty w Cameli. Nie próbowałem dalej się uczyć. Posmakowały mi pieniądze, taka jest prawda. Mówiłem: co tam nauka, mam grosz. Zrealizowałem swój plan.
To nie był dobry plan. Nie dał mi satysfakcji absolutnie.
Jego plan był lepszy.
Spotkaliśmy się jeszcze tylko jeden raz. Kiedy przyjechał kręcić tu film. Nasz wspólny znajomy z Sokołowska, Stasio Górski, go do mnie przywiózł i mówi:
- Nie poznajesz?
Co miałem nie poznać.
- Co porabiasz, Krzysiek?
- No, jestem w Warszawie, staram się nakręcać jakieś filmy, kombinuję, czasem mi wychodzi, czasem nie wychodzi...
Usiedliśmy w restauracji Millenium na rynku w Mieroszowie. On również mnie zapytał, jak mi się układa życie i czy poszedłem dalej.
- Stanąłem w miejscu - odpowiedziałem.
- To błąd - odparł.
Wyglądał już dokładnie tak jak jego ojciec. Tak samo jak on palił jednego papierosa za drugim. Papierosa odkładał tylko po to, by wypić łyk kawy. Podpatrzyłem u niego coś, co mnie zdumiało. Kawę podawano wówczas w szklankach na spodeczku. Grubo zmielone ziarna zalewano wrzątkiem, tak że w szklance tworzył się brązowy muł wypełniający ją tak w jednej piątej. Krzysiek wypijał ciecz, a potem łyżeczką wyjadał muł z dna i żuł. Powiedział, że dopiero ta część kawy daje mu prawdziwego kopa. Zamówił ze trzy szklanki i wszystkie oddał wyskrobane do czysta. Próbowałem w domu robić sobie taką kawę i muszę powiedzieć, że nawet-nawet. Ale uwaga, musi być grubo zmielona, bo cała przyjemność tkwi w rozgryzaniu.
Minęło wiele lat, w telewizji oglądaliśmy z Danusią serial Dekalog i na końcu powiedzieli, że to był film Krzysztofa Kieślowskiego. W życiu by mi nie przyszło do głowy, że to jego. Jakiś czas później pewien mój młody krewniak miał zapędy aktorskie, ciągnęło go do filmu, więc mówię: a cholera, przejadę się do starego kumpla do Warszawy, niech chłopaka weźmie pod swoje skrzydła, niech mu pomoże, pokieruje. Ale zanim zebrałem się, żeby podjechać do Stasia Górskiego i zapytać, czy ma adres Krzyśka, to w telewizji powiedzieli, że umarł.
Teraz czasem, jak leci jakiś jego film, to obejrzę kawałek. Tam nie ma nic o radości, tam jest pokazane ciężkie życie. Samotność, walenie głową w mur, przebijanie się do czegoś. Kojarzę kilka scen zaledwie, ale zawsze w głębi widzę jego. On to upiększa, przemienia, ale to jego życie. Taki, co nie znał Krzysia osobiście, powie, że to nuda. Bo żeby zrozumieć film psychologiczny, trzeba znać tego, co ten film zrobił. Postanowiłem, że kiedyś obejrzę wszystkie jego filmy porządnie i znajdę ukryty w nich sens. Jestem przygotowany. Kupiłem nagrywarkę do telewizora, stoi zawsze włączona. Tylko pstryknąć pilotem. Ułożę to sobie po kolei i będę miał dla siebie, tylko i wyłącznie dla mnie. Będę puszczał pomalutku i wszystko sobie rozłożę na czynniki pierwsze. Scena - stop, scena - stop...
Leonard Prochowski,
emerytowany pracownik Fabryki Wkładów Odzieżowych
Camela SA w Mieroszowie