Prolog
Olsztyn, 06.04.2023
Ene... Due... Rike... Fake - wyliczałem, oblizując spierzchnięte usta. Mój wzrok krążył po otoczeniu w poszukiwaniu potencjalnej ofiary.
Palce stukały o kierownicę mojego starego, zdezelowanego forda tak samo, jak deszcz stukał o szybę oraz dach samochodu. Sekundy, minuty, godziny przeciągały się w nieskończoność. Na desce rozdzielczej właśnie wybijała godzina czternasta, a ja nadal czekałem. Niczym cierpliwy myśliwy liczyłem na łanię, która powinna wpaść w moje sidła. Na nic niepodejrzewającą kobietę, która odważyłaby się spacerować w tę, przetaczającą się nad miastem, ulewę.
Przyglądając się budynkowi rektoratu olsztyńskiego uniwersytetu, w duchu modliłem się o jak najszybsze zakończenie. Chociaż do wierzących nigdy nie należałem, to nadzieja, że sam diabeł wysłucha mojej prośby, rosła z każdą sekundą.
Nagle w moim kierunku zaczęła zmierzać rozmyta przez wodę postać.
Poprawiając się na siedzeniu kierowcy, włączyłem wycieraczki, aby przyjrzeć się jej dokładniej.
Chłopak czy dziewczyna?
Rękawem bluzy z logo uniwersytetu starłem zalegającą wewnątrz wilgoć, żeby polepszyć widoczność.
Dziewczyna! - Serce zabiło mi intensywniej.
- Torba... Borba... Ósmesmake... - dodałem, podziwiając drobnej postury szatynkę. Zatarłem dłonie, uśmiechając się do siebie. - Dzisiaj poznam i twój smaczek... Baks! - Zakończyłem pod nosem, czując się, jakbym wygrał los na loterii. To było jak jebana szóstka w totka - z tym, że nie zamierzałem kończyć swojej historii, zamieszkując pod mostem, jak niektórzy nieudacznicy z naszej okolicy, którzy nie potrafili pokierować własnym życiem. W przeciwieństwie do nich miałem bardziej ambitny plan.
Dziewczyna zapewne weszła do wnętrza budynku, by załatwić sprawy w sekretariacie. Odpaliłem samochód, żeby rozgrzać silnik oraz zniwelować powstały zaduch. W końcu nie mogła się domyślić, że siedziałem tu już od dłuższego czasu. Musiałem zagrać przypadkową osobę, która zaoferuje pomoc. Mentalnie przyszykowałem się na to, co miało nastąpić.
Wizje zaczęły nabierać bardziej realnych kształtów. W głowie rodził się doskonały plan. Demony wyciągały pazury, chcąc rozszarpać ofiarę, skosztować tej, która wyszła właśnie z wielkiego gmachu i przystanęła na jego schodach. Gestykulowała, wrzeszcząc coś przy tym do telefonu.
Zakończyła rozmowę, wrzuciła komórkę do przemokniętej torebki i owinęła się lekkim płaszczem. Następnie zbiegła ze schodów i ruszyła w kierunku miejsca, gdzie został zaparkowany mój samochód. Idąc wzdłuż chodnika, szukała osłony drzew, z nadzieją, że chociaż trochę ochronią ją przed niepogodą.
- Chodź do mnie, sarenko - wymamrotałem napięty z przejęcia.
Kiedy śmignęła przed maską, w ogóle nie zerkając w moją stronę, wrzuciłem jedynkę i ruszyłem za nią. Auto toczyło się niemiłosiernie wolno, gdy Głos w mojej głowie krzyczał:
- Działaj, debilu! Już! Chcemy jej! Na co czekasz?!
- Zamknij się, kurwa! - Potrząsnąłem głową i uderzyłem w nią dłonią kilkukrotnie, aby odgonić intruza.
Przyjemna cisza zaległa w okamgnieniu. Jak na zawołanie Głos wpełzł do nory. Dobrze wiedział, że nie lubię nieposłuszeństwa.
Spojrzałem na szramy na przedramieniu. Szybko naciągnąłem bawełniany rękaw i zrównałem się z dziewczyną.
- Hej! Chyba potrzebujesz podwózki - zagadnąłem, uchylając szybę od strony pasażera.
- Przepraszam? - Zdziwiona nachyliła się w kierunku pojazdu, zaglądając do jego wnętrza.
- Spytałem, czy potrzebujesz podwózki. Pada, więc pomyślałem, że może chcesz, żeby cię gdzieś podrzucić. - Wskazałem na mokrą szybę, o którą tłukły się wielkie krople.
Szatynka niepewnie rozejrzała się po otoczeniu, rozważając, czy przystać na moją propozycję. Widać było, że nie do końca jest przekonana.
- No dalej - ponagliłem. - Zaraz będę mieć jezioro w samochodzie, więc zastanawiaj się szybciej. Myślę, że mamy ich już wystarczająco w mieście i kolejne nie jest potrzebne.
- No nie wiem... - Strapiona przygryzła wargę.
- Słuchaj. Nie to nie. - Udałem zdenerwowanego olaniem. - Proponować i jeszcze prosić... to nie wypada. Na razie!
Rozczarowany zacząłem już zasuwać szybę, gdy ta prędko złapała za klamkę. Otworzyła drzwi i wskoczyła do wnętrza, jeszcze szybciej je zatrzaskując. Otrzepała wilgoć z płaszcza na gumowy dywanik, udała zmieszaną i zaraz dłońmi zaczesała mokre włosy w tył.
- Przepraszam, nie jestem przyzwyczajona do tego, że ktoś oferuje mi pomoc. Mój chłopak miał po mnie przyjechać, bo tak się umówiliśmy, ale przez to, że cały Olsztyn jest rozkopany ze względu na te pieprzone tramwaje, ugrzązł w korku gdzieś w okolicach dworca.
- Zdarza się. - Zaśmiałem się, doskonale rozumiejąc jej wkurwienie. - Gdzie cię podrzucić?
- Wystarczy na najbliższy przystanek w kierunku Jarot. Dalej poradzę sobie sama - oświadczyła z ufnością.
- Daj spokój. Podaj nazwę ulicy. Nie będziesz tłukła się autobusem, gdy mogę cię odstawić pod dom.
- Dziękuję. Zatem ulica Złota.
- Będzie problem, jak pojedziemy przez Bartąg, aby uniknąć korków przy Galerii? - Zapytałem z nadzieją, że przystanie na moją propozycję.
- Ty prowadzisz, więc ty decyduj.
- Już mi się podoba - stwierdziłem z uśmiechem, ruszając na zielonym ze skrzyżowania, do którego wcześniej się dotoczyliśmy.
Moje słowa wywołały u niej lekki rumieniec. Niby na pierwszy rzut oka taka porządna. Niby taka nieśmiała.
Na samą myśl ciśnienie niebezpiecznie zaczęło rosnąć w moich spodniach. Nie podniecała mnie jako kobieta. Podniecało mnie to, co planowałem z nią zrobić.
Kierując się w stronę wylotu z miasta, wskoczyłem na pięćdziesiątkę jedynkę, aby dwieście metrów dalej skręcić w drogę, którą mieszkańcy Olsztyna i okolic bardzo dobrze znali. Skręcając, szarpnąłem kierownicą, imitując problem z samochodem.
- Chyba złapałem gumę. - Ze zmartwioną miną spojrzałem w brązowe oczy dziewczyny, uśmiechając się ze zmieszaniem.
Wjechałem na stary parking, na którym w latach świetności swoją działalność prowadziły "leśne skrzaty1", jak najdalej w głąb, tak aby uciec od spojrzeń ludzi z mijających nas aut.
- Poczekaj chwilę, sprawdzę, co się stało. Może mi się tylko wydawało, jednak wolę się upewnić, nim pojedziemy dalej.
- Oczywiście - odpowiedziała, miętoląc w dłoniach paski skórzanej torebki. Nerwy zaczynały brać górę. Rozglądała się niepewnie, zapewne modląc się w duchu, abyśmy odjechali stąd jak najszybciej.
Napędzany adrenaliną, wyskoczyłem na chłodne powietrze, łapczywie się nim zaciągając.
Idealna pogoda na łowy.
Gdy obchodziłem samochód, czułem na sobie jej wzrok. Aby mój plan mógł zostać zrealizowany, musiałem wywabić ją na zewnątrz. Co prawda mogłem się z nią szarpać w ciasnym wnętrzu pojazdu, ale nie widziałem takiej potrzeby.
Jej spojrzenie w lusterku skupiło się na mojej sylwetce. Otworzyłem wcześniej przygotowany bagażnik i wyjąłem z niego klucz do kół oraz lewarek. Musiałem improwizować - zresztą jak zawsze. Pochylony w kierunku koła, zacząłem niby kręcić kluczem.
- Słuchaj! - wydarłem się, przekrzykując deszcz. - Możesz mi pomóc?
- Jak? - zapytała, uchylając lekko drzwi.
- W bagażniku mam parasolkę. - Brodą wskazałem, aby do niego podeszła. - Byłoby znacznie szybciej, gdybyś ją nade mną przytrzymała. Deszcz zalewa mi oczy i nie widzę za dobrze, co robię - wyjaśniłem, przy okazji wywołując w niej poczucie winy, że przez nią moknę, a ona siedzi w środku.
Momentalnie znalazła się przy moim boku i zajrzała do wnętrza auta.
- Gdzie ona jest? Nie widzę jej. - Pochylona nad progiem, zaglądała do bagażnika, szukając przedmiotu, który miał pomóc nam wydostać się z potrzasku.
Stając za plecami kobiety, nachyliłem się w jej kierunku i owiałem kark oddechem. Szatynka wzdrygnęła się, kiedy ciepłe powietrze zmieszało się z chłodem skóry. Wstrząsnął nią dreszcz w chwili, kiedy wyczuła moją obecność.
- To gdzie ona...
Nie miała możliwości dokończyć pytania, ponieważ ciężki klucz zderzył się z jej skronią, odbierając przytomność. Strużka krwi spływała z boku głowy, gdy upychałem wiotkie ciało w bagażniku, zarazem owijając je szczelnie workami na śmieci. Co jak co, ale nie chciałem, aby uświniła mi tapicerkę.
Przyglądając się wystającej z plastiku twarzy, uśmiechałem się sam do siebie. Podziwiałem odstające kości policzkowe, prosty nos oraz pełne usta.
Jednym słowem była: piękna!
Dumny ze swojej zdobyczy, zatrząsnąłem klapę, mówiąc:
- Night night2, sarenko.
Czas na zabawę! - to była myśl przewodnia dalszych atrakcji.