Kierunek zwiedzania - Marcin Wicha

Kup ebooka

37.00 zł
30.71 zł (29,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis tre­ści

Szkoła

Przed wejściem

Część 1

Data

Zdję­cie z le­gi­ty­ma­cji

Pol­skość

Ge­ne­alo­gia

Baj­ka

Poranek

A to łasuch

Portrety

Pejzaż współczesny

Wnętrze

Koziołek

Rysowanie

Po ciemku

Kopiowanie

Wystawa towarzysząca: drzeworyt

Po drodze

List

Kanapa

W Kursku

Zbliżenie

Wystawa towarzysząca: zbliżenie

Pieczone kury

Drób

Część 2

Moskwa

Herbatka

Wystawa towarzysząca: Amsterdam, magazyn w portowej dzielnicy 

Froterzy

Camera obscura

Inspiracje

Jelena Guro

Sekret

Przecinek

Wystawa towarzysząca: wyświet­lacz

Wystawa towarzysząca: Instagram

Zamach

Na daczy

Kompleks rakietowy

Wtem stukanie do drzwi

"0,10"

Benois

Wystawa towarzysząca: Moskwa

Co najmniej cztery kwadraty

Coś niezwykle zabawnego w przerwie

Część 3

Instalacja wideo

Tego dnia

Pytanie

Manifesty

Komisarz

Dekoracje

Rzeczy

Rekonstrukcja historyczna

Dzieci z Witebska

Chagall

Zjazd

Biel na bieli

Urodzaj przecinków. Nierobienie i boskie lenistwo

Komisarz Łunaczarski o broszurkach

Wystawa towarzysząca: klin

Lenin we Wchutiemasie

Porwanie

Wystawa towarzysząca: bajka o pawilonie

Wieża

Kolejka

Malarz Kacman

Przerwa na kawę

Część 4

Porcelana 

Interaktywna mapa Europy

Polska

Film edukacyjny

Filiżanka

Istnieje wiele domysłów na temat powrotu

Czerwona konnica

Palce

Późny autoportret

Cieśla

Wpadanie w większe kłopoty

Korek od flakonu z wodą kolońską

Zdjęcia

Protokół

Czas oczyścić

Wystawa towarzysząca: z dziejów przemysłu cukrowniczego

Na klatce schodowej

Tykanie

Miód

Ceremonia

Wszechzwiązkowa Wystawa Rolnicza

Drugi cykl chłopski

Spadek

Akwarela

Oddech

Źródła cytatów

Nota bibliograficzna

Zdję­cie z le­gi­ty­ma­cji

PAŃ­STWO WIE­DZĄ, ŻE TWARZ AR­TY­STY MA KO­LO­SAL­NE ZNA­CZE­NIE

Tu ma­my ob­ra­zek. Le­d­wie skoń­czy­ła się dru­ga woj­na, a fo­to­re­por­ter już pę­dzi, że­by sfo­to­gra­fo­wać wy­zwo­lo­ną twarz Pi­cas­sa i je­go nie­zwy­cię­żo­ny tors.

Fo­to­graf je­dzie na zła­ma­nie kar­ku. Ma le­gi­ty­ma­cję pra­so­wą, prze­pust­kę ze szta­bu i chle­bak pe­łen ame­ry­kań­skich pa­pie­ro­sów. Wy­mi­ja znie­ru­cho­mia­łe ko­lum­ny wojsk. Mi­ja zbu­rzo­ne wsie. I już, za­raz - pra­sa przy­no­si wspa­nia­łą wia­do­mość z Eu­ro­py. Twarz ma się do­brze, tors nie­co po­si­wiał. Naj­waż­niej­sze, że jed­no i dru­gie wy­szło z tej ka­ta­stro­fy bez szwan­ku. Po­dob­nie jak Ko­lo­seum czy ka­te­dra No­tre Da­me (wo­kół któ­rej uwi­ja­ją się ma­lut­kie dżi­py z żoł­nie­rza­mi).

Ry­sy Pi­cas­sa są skar­bem ca­łej ludz­ko­ści. Zwłasz­cza oczy i brwi. A twarz Ma­tis­se'a? Nie ta li­ga, ale jed­nak. Zwłasz­cza te­raz, gdy za­pu­ścił bród­kę, bia­łą ni­czym go­łąb­ki, któ­re kar­mi na zdję­ciach w ma­ga­zy­nie "Li­fe". Ciem­ne wnę­trze - ja­sne okno - bia­łe pta­ki. Świat wy­ła­nia się z ciem­no­ści.

Tak po­wi­nien wy­glą­dać ar­ty­sta.

NA­TO­MIAST TA TWARZ, PRZY­KRO PO­WIE­DZIEĆ,

ta twarz jest dziu­ra­wa. Wy­glą­da, jak­by ją po­kry­ła wars­twa za­schnię­tej gli­ny al­bo udep­ta­ły ko­py­ta zwie­rząt. Na więk­szo­ści por­tre­tów wi­dać dzio­by po ospie. I jesz­cze dłu­gie czar­ne wło­sy.

Moż­na tę twarz po­rów­nać z twa­rza­mi ró­wie­śni­ków (pstryk, pstryk - roz­bły­ska­ją le­gen­dar­ne cze­re­py Wło­dzi­mie­rza Ma­ja­kow­skie­go, Osi­pa Bri­ka, Alek­san­dra Rod­czen­ki). W epo­ce ku­bi­stycz­nych cza­szek Ma­le­wicz wy­glą­da jak po­dwór­ko­wy śpie­wak. Ma­ło­mia­stecz­ko­wy po­eta.

Po­za tym jest to ty­po­wa twarz z pierw­szej po­ło­wy XX wie­ku. Twarz męż­czy­zny, któ­ry mar­nie się od­ży­wia (i za­pew­ne kiep­sko ubie­ra). Pod­da­na dzia­ła­niu wschod­nio­eu­ro­pej­skie­go kli­ma­tu. Z na­szych stron. W sam raz dla urzęd­ni­ka ko­le­jo­we­go, sprze­daw­cy, ma­ga­zy­nie­ra, za­stęp­cy dy­rek­to­ra, zde­ma­sko­wa­ne­go szpie­ga, któ­ry pro­si dla sie­bie o naj­wyż­szy wy­miar ka­ry. (W tle szum ka­me­ry, re­flek­to­ry pło­ną z obu­rze­nia, ko­szu­la bia­ła ze stra­chu, struż­ka po­tu spły­wa z po­ty­li­cy).

Ar­ty­sta odzie­dzi­czył po­rząd­ną, uczci­wą, cięż­ko pra­cu­ją­cą twarz. Twarz swo­je­go oj­ca, swo­ich stry­jów i dziad­ków, i pra­dziad­ków. Prze­zna­czo­ną do po­dzia­łu mię­dzy bra­ci i bra­tan­ków, od­po­wie­dzial­nych lu­dzi za­trud­nio­nych w rol­nic­twie, prze­my­śle i ad­mi­ni­stra­cji.

Trzy­ma tę twarz w nie­wo­li - za­bie­ra w dziw­ne miej­sca, cza­sem zmu­sza do plą­sów, roz­cią­ga, a te wy­głu­py za­po­wia­da­ją, co sta­nie się ze świa­tem. Jest jak fa­cet, któ­ry trwo­ni ro­dzin­ny ma­ją­tek. W odzie­dzi­czo­nej ka­mie­ni­cy le­pi rzeź­by z wo­sku i ku­rzu.

Ta­kie twa­rze mie­wa­li słyn­ni oszu­ści. Dzię­ki niej mo­że być każ­dym: w Wi­teb­sku Me­sja­szem, w Le­nin­gra­dzie - pro­fe­so­rem. Kie­dy przy­jeż­dża do War­sza­wy, miej­sco­wym wy­znaw­com przy­po­mi­na Mic­kie­wi­cza. Kie­dy umie­ra w Le­nin­gra­dzie, ucznio­wie wi­dzą w nim Chry­stu­sa. Przy­ja­ciel ro­bi ostat­nią se­rię por­tre­tów. (Na pierw­szym ry­sun­ku twarz jesz­cze ży­je. Na dru­gim jest mar­twa jak po­dusz­ka).

Ge­ne­alo­gia

ZDJĘ­CIE KO­ŚCIO­ŁA, W KTÓ­RYM BY­LI CHRZCZE­NI

Wcze­śniej pocz­tów­ki z ja­kichś pro­win­cjo­nal­nych miej­sco­wo­ści. Wi­dać wy­si­łek, że­by wy­glą­da­ły ma­low­ni­czo. Że­by da­ło się je kie­dyś sprze­dać po kur­sie no­stal­gii. Na­dzie­ja na sen­ty­men­tal­ny pro­cent, pre­mię tę­sk­no­ty. Da­chy mia­stecz­ka, ja­kieś szyl­dy, chłop pro­wa­dzi ko­nia, kro­wa ze śmiesz­nie wy­gię­ty­mi ro­ga­mi, na ho­ry­zon­cie wie­ża ba­ro­ko­we­go ko­ścio­ła. Jed­nak bie­dy trud­no nie za­uwa­żyć. Cha­osu by­le jak zbi­tych bud. Nie­bru­ko­wa­nych na­wierzch­ni.

O jed­nym z tych mia­ste­czek na­pi­sał, że to­nę­ło w bło­cie. Po­noć kie­dy Ka­ta­rzy­na Wiel­ka przy­je­cha­ła obej­rzeć ten no­wy na­by­tek im­pe­rium, car­skie ko­nie uto­nę­ły w czar­nej brei głów­nej uli­cy.

PAŃ­STWO TO SO­BIE WY­OBRA­ŻA­JĄ?

Po­chło­nął je czar­no­ziem. Stąd wzię­ła się na­zwa Ko­no­top.

Po­dob­no ja­kiś ukra­iń­ski prze­wod­nik opo­wia­dał wy­ciecz­ce, że Czar­ny kwa­drat to płat oj­czy­ste­go czar­no­zie­mu. Ro­sja­nie uzna­li to za przy­kład in­fan­tyl­ne­go na­cjo­na­li­zmu, ale kto wie. Tłu­ste bło­to, któ­re po­chła­nia ko­nia, ka­re­tę, lu­dzi, mia­sto. Ro­dzi zbo­że i bu­ra­ki. Gle­ba - świat w niej zni­ka, że­by po­ja­wić się na no­wo. Al­bo i nie po­ja­wić, chy­ba że wio­sną z zie­mi wy­do­by­to źre­bię­ta. Su­ge­styw­ny ob­raz. Ale jesz­cze nie te­raz.

Bo wcze­śniej herb pol­skiej szlach­ty. Z fan­ta­stycz­nym bu­kie­tem piór na czub­ku. Wy­glą­da, jak­by po­rzu­ci­ła go tan­cer­ka z ka­ba­re­tu.

Wcze­śniej jest drze­wo ge­ne­alo­gicz­ne. Nie któ­ryś z tych li­ścia­stych szty­chów. Ra­czej bez­dusz­ny sche­mat wy­kreś­lo­ny w pro­gra­mie kom­pu­te­ro­wym. Pe­łen przy­bli­żo­nych dat i zna­ków za­py­ta­nia.

W tam­tych cza­sach więk­szość lu­dzi nie zo­sta­wia­ła po so­bie śla­du. Świat jesz­cze roz­da­wał przy­wi­lej znik­nię­cia. Sza­fo­wał pra­wem do za­po­mnie­nia. Do­trzy­my­wał sło­wa w kwe­stii ob­ra­ca­nia w proch. Lu­dzie po­ja­wia­li się w ja­kiejś księ­dze pa­ra­fial­nej. Zo­sta­wia­li zna­ki w ak­tach są­do­wych, ga­ze­tach. Jesz­cze ne­kro­log. Za­pis w księ­dze zgo­nów i ka­mień w wo­dę. Cia­ła zni­ka­ły. Zni­ka­ły gro­by.

WY­STAR­CZY PO­WIE­DZIEĆ,

że ar­ty­sta po­cho­dził ze sta­rej ro­dzi­ny szla­chec­kiej - i od te­go miej­sca zda­nia już sa­me się ukła­da­ją.

WY­STAR­CZY PO­WIE­DZIEĆ,

że po­cho­dził z pa­trio­tycz­nej ro­dzi­ny szla­chec­kiej, któ­ra przez dwa stu­le­cia da­wa­ła świa­tu zie­mian, żoł­nie­rzy i księ­ży. Po­cho­dził z pa­trio­tycz­nej ro­dzi­ny szla­chec­kiej, któ­ra z bie­giem lat ubo­ża­ła.

Baj­ka

- Daw­no te­mu przy­je­chał ca­ły dwór.

- Tu­taj?

- Tu­taj.

- Ca­ły dwór i wszy­scy dwo­rza­nie?

- Tak.

- I car?

- Nie car, tyl­ko ca­ry­ca dia­bli­ca. I wszy­scy z pie­kła ro­dem ge­ne­ra­ło­wie, i z pie­kła ro­dem mar­szał­ko­wie, i z pie­kła ro­dem mi­ni­stro­wie, i da­my dwo­ru z pie­kła ro­dem.

- I ku­charz?

- I ku­charz z pie­kła ro­dem też, i kuch­ci­ko­wie, i wszy­scy.

- I słu­żą­cy?

- I słu­żą­cy. Mó­wię, że wszy­scy. I je­cha­li głów­ną uli­cą przez mia­sto. A przo­dem he­rold i grał na trą­bie.

- Szedł i grał?

- Je­chał na ko­niu i grał. A za nim je­chał do­bosz i grał. A po­tem jesz­cze dwóch do­bo­szów z bęb­na­mi, a he­rold czy­tał. Mo­że na­wet trzech.

- Mó­wi­łeś, że trą­bił.

- Prze­sta­wał trą­bić i wte­dy czy­tał.

- Miał oku­la­ry?

- Nie po­trze­bo­wał.

- A te ko­nie się nie ba­ły bęb­nów?

- Nie ba­ły się, bo by­ły głu­che. Spe­cjal­ne, że­by się nie ba­ły bęb­nów i ar­mat.

- Ja się nie bo­ję ar­mat.

- A lu­dzie wy­cho­dzi­li z do­mów, sta­li przy głów­nej uli­cy i tyl­ko pa­trzy­li.

- A mun­du­ry ja­kie? Nie­bie­skie ze zło­ty­mi gu­zi­ka­mi?

- Nie­bie­skie, czer­wo­ne i zie­lo­ne. I zło­te też. A ka­re­ta ca­ła ze zło­ta. A w ka­re­cie sie­dzia­ła ca­ry­ca dia­bli­ca.

- To oni nie wi­dzie­li, że tam jest bło­to? Nikt im nie po­wie­dział?

- Wi­dzie­li, ale i tak je­cha­li. Dwór mu­si je­chać środ­kiem. I pro­sto przed sie­bie. A jesz­cze na koń­cu wo­zy i ka­re­ty, a w tych wo­zach pie­rzy­ny i krysz­ta­ło­we kie­lisz­ki, i róż­ne rze­czy, że­by ca­ry­cy by­ło wy­god­nie na noc­le­gu.

Naj­pierw im się na­bie­ra­ło do bu­tów, chla­pa­ło na mun­du­ry i na sztan­da­ry, i her­by, i or­ły, już bło­to by­ło po ko­la­na, po­tem aż po sio­dła, ko­nie pły­wa­ły w bło­cie i bło­to za­czy­na­ło się wle­wać do ka­re­ty, szli co­raz wol­niej, ko­ła nie chcia­ły się krę­cić. Mie­li bło­to po szy­ję. Aż w koń­cu znik­nę­li, tyl­ko wiel­kie bą­ble wo­kół nich uno­si­ły się jak śli­na.

- A ca­ry­ca co?

- Sie­dzia­ła w ka­re­cie bez sło­wa. Pa­trzy­ła przed sie­bie. Aż w koń­cu znik­nę­ła. Wszyst­kich po­chło­nę­ło bło­to. Tyl­ko je­den kuch­cik oca­lał, bo szedł na koń­cu. I oni wszy­scy te­raz tam miesz­ka­ją. Ale są cią­gle głod­ni.

- W pie­kle?

- W zie­mi. I ma­ją tam stół, na­czy­nia i ka­ro­cę, i po­ściel, wszyst­ko, cze­go po­trze­ba. Ale są głod­ni, bo bra­ku­je kuch­ci­ka. Jak cię tu­taj wcią­gnie bło­to, to już nie wy­pu­ści.

- Bę­dę kuch­ci­kiem?

- Dzie­ci mu­szą im go­to­wać.

- I Anecz­ka tam jest?

- Przy­ję­li ją na da­mę dwo­ru. Do­sta­ła pięk­ną suk­nię.

- Ja­ką?

- Czar­ną. Tam wszyst­ko jest czar­ne.