Kierunek Anglia - Tomasz Bryła

Kup ebooka

12.99 zł
10.78 zł (10,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ostatnie natarcie

Szes­na­sty dzień czerwca 1940 roku dobiegł końca. Nad Bur­gun­dią zapa­dła noc. Na gra­na­to­wo­czar­nym nie­bie zabły­sły pierw­sze gwiazdy.

Było parno i duszno. Powie­trze zasty­gło w bez­ru­chu. Bez­sil­nie obwi­sły liście zmor­do­wa­nych dzien­nym upa­łem drzew, gęsto pora­sta­ją­cych oba pobo­cza pną­cej się stromo w górę szosy. Pano­wała cisza. I z nagła ciszę tę zakłó­cił głę­boki pomruk pra­cu­ją­cych na wol­nych obro­tach sil­ni­ków oraz meta­liczny kle­kot gąsie­nic. Zza zakrętu wypeł­zał powoli sta­lowy wąż czoł­gów R-351. Było ich zale­d­wie sie­dem­na­ście. Resztka 1 bata­lionu pan­cer­nego, który już nie­mal od tygo­dnia drogo sprze­da­wał swą skórę w ostrych star­ciach z Niem­cami, wal­cząc na polach Szam­pa­nii i Bur­gun­dii w skła­dzie 10 Bry­gady Kawa­le­rii Pan­cer­nej pod dowódz­twem gene­rała Sta­ni­sława Maczka.

A działo się to w cza­sie, kiedy nad Fran­cją zawi­sło widmo nie­uchron­nej klę­ski. W wyniku tak zwa­nej dru­giej ofen­sywy, roz­po­czę­tej 10 czerwca, nie­przy­ja­ciel przedarł się na głę­bo­kie tyły wojsk fran­cu­skich, okrą­żył od zachodu Szam­pa­nię i Bur­gun­dię, zamy­ka­jąc w ten pro­sty spo­sób siły prze­ciw­nika w gigan­tycz­nym worku.

Zor­ga­ni­zo­wany opór jed­no­stek fran­cu­skich prze­stał prak­tycz­nie ist­nieć. Front pękał w coraz to innym miej­scu. Roz­pro­szone oddziały tara­so­wały szosy i mio­tały się bez­rad­nie niby zające pędzone przez myśli­wych z miej­sca na miej­sce w łowiec­kim kotle.

W powie­trzu ani jed­nego alianc­kiego samo­lotu. Lot­nic­two nie­miec­kie nie­po­dziel­nie pano­wało w prze­stwo­rzach. Dzień po dniu z nieba sypały się bomby, a dłu­gie serie pokła­do­wej broni maszy­no­wej bez­li­to­śnie kosiły całe gro­mady ucie­ki­nie­rów. Istne jatki.

W nie­miec­kim worku zna­la­zła się rów­nież pol­ska 10 Bry­gada Kawa­le­rii Pan­cer­nej, wepchnięta tam bez­myślną decy­zją fran­cu­skiego dowódz­twa. Co prawda, gdyby Polacy, widząc jak wygląda sytu­acja, natych­miast, uni­ka­jąc walki, pełną mocą sil­ni­ków pognali za Kanał Bur­gundzki, mieli szansę wyrwać się z okrą­że­nia i wziąć udział w ewen­tu­al­nej bitwie obron­nej nad Loarą. Mogli rów­nież myśleć o dotar­ciu na wybrzeża mor­skie, by stam­tąd ewa­ku­ować się do fran­cu­skiej Afryki Pół­noc­nej lub na teren Wiel­kiej Bry­ta­nii.

Pierw­szą ofen­sywę roz­po­częli Niemcy 10 maja 1940 r. W jej wyniku padły Holan­dia i Bel­gia, a eks­pe­dy­cyjne siły bry­tyj­skie zepchnięte zostały na brzeg Morza Pół­noc­nego, na plaże pod Dun­kierką.

Ale gene­rał Maczek nie pod­jął takiej decy­zji, choć w tym kata­stro­fal­nym momen­cie byłaby ona chyba naj­słusz­niej­sza. Żoł­nier­skie sumie­nie nie pozwo­liło mu opu­ścić Fran­cu­zów w potrze­bie, tym bar­dziej że prze­cież lwią część obsady bry­gady sta­no­wili żoł­nie­rze kam­pa­nii wrze­śnio­wej, któ­rzy prze­róż­nymi dro­gami dotarli do Fran­cji, aby u jej boku na­dal wal­czyć z Niem­cami. I czy­nili to wła­śnie teraz z nie­zwy­kłą deter­mi­na­cją. Zada­wali wro­gowi cięż­kie straty, osła­nia­jąc lub ubez­pie­cza­jąc na swoim kie­runku odstę­pu­jące w popło­chu oddziały fran­cu­skie. Udo­wad­niali światu, że Polacy ni­gdy nie złożą broni i wal­cząc we Fran­cji umie­rają za Pol­skę. Czyż mógł więc gene­rał postą­pić ina­czej?

Dopiero po pię­ciu dniach zacię­tych bojów, gdy oka­zało się, iż wła­ści­wie nie ma kogo osła­niać, gene­rał Maczek posta­no­wił prze­bić pier­ścień okrą­że­nia, sfor­so­wać Kanał Bur­gundzki, następ­nie zaś pod­jąć próbę dotar­cia nad Loarę. Nie­zwłocz­nie zatem ruszono na połu­dnie, nie zwra­ca­jąc już uwagi na gro­mady nie­rzadko pod­chmie­lo­nych "poilus"2, wędru­ją­cych zazwy­czaj bez broni, obwie­szo­nych nato­miast bido­nami z rekwi­ro­wa­nym po oko­licz­nych far­mach winem.

Wie­czo­rem 15 czerwca bry­gada prze­kro­czyła Sekwanę w pobliżu pło­ną­cej po nie­daw­nym nalo­cie miej­sco­wo­ści Bar-sur-Seine i w naj­bliż­szym kom­plek­sie leśnym zapa­dła na krótki odpo­czy­nek. Tu poja­wił się znie­nacka dowódca fran­cu­skiej 42 Dywi­zji Pie­choty. Młody i ener­giczny, robił wra­że­nie bojo­wego ofi­cera. Takiego Polacy od dawna nie widzieli. A gdy na domiar oświad­czył, że jego dywi­zja zamie­rza sfor­so­wać kanał, gene­rał Maczek natych­miast zaofe­ro­wał współ­dzia­ła­nie.

Obaj dowódcy usta­lili, że 10 Bry­gada jako straż przed­nia 42 Dywi­zji uchwyci prze­prawę w przy­tu­lo­nym do kanału mia­steczku Mont­bard i utrzyma ją aż do nadej­ścia dywi­zyj­nych oddzia­łów, które wydłużą wysi­łek Pola­ków.

Zgod­nie z powzię­tym pla­nem 10 Bry­gada prze­szła nocą do lasów Cha­ource, a jej dotych­cza­sowe miej­sce postoju zajęły nad­cho­dzące jed­nostki fran­cu­skie. Przed świ­tem Polacy zatrzy­mali się w pobliżu impo­nu­ją­cego pałacu, na oko nie mniej­szego chyba niż Zamek Kró­lew­ski w War­sza­wie. Wokół ani żywego ducha. Wszystko wska­zy­wało na to, że miesz­kańcy w popło­chu opu­ścili rezy­den­cję, pozo­sta­wia­jąc ją na pastwę losu.

W nie­wiel­kim, skry­tym wśród drzew domku nie­opo­dal pałacu zebrali się na odpra­wie wszy­scy dowódcy bry­ga­do­wych oddzia­łów.

-?Pano­wie, przed nami bitwa o prze­prawę w Mont­bard -?roz­po­czął gene­rał Maczek. -?Do przej­ścia mamy ponad sześć­dzie­siąt kilo­me­trów. Kapi­ta­nie Kocot -?tu zwró­cił wzrok na inten­denta bry­gady -?jak sto­imy z ben­zyną?

-?Bar­dzo źle, gene­rale. Na tym, czym dys­po­nu­jemy, nie uje­dzie się wię­cej niż trzy­dzie­ści kilo­me­trów, a w naj­bliż­szym rejo­nie nie zdo­bę­dziemy ani litra paliwa. Dal­sze punkty zaopa­trze­nia też nie wcho­dzą w grę. Są odcięte lub już opa­no­wane przez nie­przy­ja­ciela.

Chwila namy­słu i dowódca bry­gady, obrzu­ca­jąc obec­nych prze­ni­kli­wym spoj­rze­niem, rzekł twardo:

-?Musimy mieć paliwo, a skoro brak innych źró­deł zaopa­trze­nia, roz­ka­zuję znisz­czyć natych­miast część samo­cho­dów i czoł­gów. Uzy­skaną w ten spo­sób ben­zynę należy prze­lać do wozów, które pójdą do walki. W każ­dym z nich powi­nien być zapas przy­naj­mniej na sto kilo­me­trów mar­szu. Nie ma pytań? Wyko­nać!

W wyniku tej dra­ma­tycz­nej decy­zji z 1 bata­lionu pan­cer­nego oca­lała tylko jedna kom­pa­nia, dowo­dzona przez kapi­tana Wła­dy­sława Iwa­now­skiego, czyli sie­dem­na­ście z pra­wie pięć­dzie­się­ciu czoł­gów, które wyru­szyły na front w Szam­pa­nii. Pozo­stałe zmo­to­ry­zo­wane oddziały bry­gady ponio­sły nieco mniej­sze straty z tej pro­stej przy­czyny, że pojazdy kołowe nie zuży­wają tak wiele paliwa jak czołgi. Skąd­inąd łatwo się domy­ślić, iż każdy żoł­nierz, bio­rący udział w tej nader przy­krej ope­ra­cji, miał uczu­cie, jakby sam sobie odci­nał rękę lub nogę.

Od wcze­snego ranka 16 czerwca pol­ska bry­gada mozol­nie prze­bi­jała sobie drogę poprzez roz­liczne zatory i gigan­tyczne korki. Na czele kolumny szły czołgi, za nimi jechał gene­rał Maczek ze swoim szta­bem, a dalej szwa­dron zmo­to­ry­zo­wa­nych uła­nów, zwa­nych z fran­cu­ska dra­go­nami3, plu­ton arma­tek prze­ciw­pan­cer­nych i plu­ton sape­rów. Nieco z tyłu cią­gnęły pozo­sta­ło­ści dywi­zjonu dra­go­nów, dywi­zjonu prze­ciw­pan­cer­nego i kom­pa­nii sape­rów, a na samym końcu bate­ria dział prze­ciw­lot­ni­czych, nie­stety już bez amu­ni­cji.

Im bli­żej wie­czora, tym szyb­ciej pusto­szała szosa. Fran­cu­scy żoł­nie­rze i uchodźcy cywilni spły­wali gdzieś w teren bocz­nymi dro­gami. Widomy znak, że tuż, tuż mogą być Niemcy. Istot­nie byli -?i to nawet cał­kiem bli­sko, bo wła­śnie w Mont­bard. Donie­śli o tym ucie­ki­nie­rzy z mia­sta, infor­mu­jąc zara­zem, że pół­nocny wlot do tej miej­sco­wo­ści zamyka solidna bary­kada.

Dowie­dziaw­szy się o tym, dowódca bry­gady świa­do­mie zre­zy­gno­wał zarówno z ubez­pie­cze­nia, jak i roz­po­zna­nia. Posta­no­wił zdo­być mia­sto i most przez zasko­cze­nie. Roz­ka­zał przeto czoł­gom podejść pod osłoną nocy jak naj­bli­żej bary­kady, roz­nieść ją rap­tow­nym ude­rze­niem, stłam­sić gąsie­ni­cami i ogniem jej obronę, po czym, jadąc na kar­kach Niem­ców, uchwy­cić most oraz przy­czó­łek na dru­gim brzegu kanału. Wespół z czoł­gami do boju mieli pójść spie­szeni dra­goni i plu­ton sape­rów.

Nic zatem dziw­nego, że porucz­nik Ludo­mił Ślą­ski, dowódca pierw­szego plu­tonu, wychy­lony nie­mal do połowy ciała z pan­cer­nej wieży, wpi­jał oczy w ście­lącą się przed czoł­giem ciem­ność -?a nuż w pobliżu zasia­dły nie­miec­kie ubez­pie­cze­nia? To samo czy­nił jego kie­rowca, kapral Wacław Soja, wytknąw­szy głowę przez uchy­lone okienko w czo­ło­wej ścia­nie kadłuba pojazdu. Uza­sad­niona czuj­ność, bo prze­cież za szczy­tem naj­bliż­szego pagóra, u pod­nóża ostro opa­da­ją­cego w dół zbo­cza, cel natar­cia - Mont­bard, a przed nim ta cho­lerna bary­kada...

Ślą­skiemu brzmiały jesz­cze w uszach słowa dowódcy bry­gady, skie­ro­wane do żoł­nie­rzy na ostat­nim krót­kim postoju:

-?Czoł­gi­ści, od was zależą losy bitwy i nas wszyst­kich -?powie­dział gene­rał. -?A więc w imię Boże, naprzód!

Nerwy napięte jak struny. Porucz­nik zdaje sobie sprawę z odpo­wie­dzial­no­ści, którą go obar­czono. To wła­śnie jego czołg, jako pierw­szy, ma zwa­lić się na bary­kadę i otwo­rzyć drogę dla pan­cer­nych plu­to­nów pod­po­rucz­nika Romana Sikory i pod­po­rucz­nika Toma­sza Kostu­cha, popu­lar­nego wśród czoł­gi­stów "Tomka".

Dookoła czerń nocy. Czołgi powo­lutku peł­zną ku Mont­bard. Usi­łują czy­nić to jak naj­ci­szej. A nuż uda się zasko­czyć Niem­ców strze­gą­cych bary­kady. Kto bowiem wie, czy przy­pad­kiem nie pod­sy­piają, mnie­ma­jąc, że Fran­cu­zów nie stać już na żaden atak, a tym bar­dziej na bra­wu­rowe nocne natar­cie, i to w dodatku czoł­gami.

Do prze­by­cia jesz­cze kil­ka­dzie­siąt metrów. Porucz­nik Ślą­ski dostrzega już zarysy bary­kady, gdy nagle spoza niej try­skają w górę ośle­pia­jąco białe rakiety i mkną ku czoł­gom roje świe­tli­stych poci­sków. Grzmi także działko prze­ciw­pan­cerne.

Nie ma na co cze­kać. Kapral Soja mocno zwarł dło­nie na dźwi­gniach kie­row­ni­czych, wbił plecy w opar­cie sie­dze­nia i gwał­tow­nie doci­snął pedał gazu. Maszyna niby koń dźgnięty ostrogą sko­czyła do przodu i runęła na bary­kadę. Za nią poszły następne. Teraz lawina ognia spada na zasko­czo­nych i prze­ra­żo­nych Niem­ców, miaż­dżą ich gąsie­nice czoł­gów, kłują bagne­tami spie­szeni dra­goni bie­gnący w ślad za pan­cer­nymi wozami. Po gwał­tow­nym i krwa­wym star­ciu, gna­jąc na kar­kach nie­do­bit­ków, czoł­gi­ści wdarli się do mia­sta.

Major Hans Vogel, dowódca bata­lionu z 66 pułku 1 Dywi­zji Pie­choty Zmo­to­ry­zo­wa­nej (tej samej, która razem z 4 Dywi­zją Pan­cerną ude­rzyła we wrze­śniu 1939 roku na War­szawę), roz­party wygod­nie w plu­szo­wym fotelu, będą­cym do nie­dawna wła­sno­ścią mera, czyli bur­mi­strza Mont­bard, się­gnął po wysmu­kły kie­li­szek. Pocią­gnął spory łyk ciem­no­ru­bi­no­wego bur­gunda i cmok­nął z zado­wo­le­niem.

-?A po dia­bła! Ci Fran­cuzi naprawdę wie­dzą, co dobre, a ten mer miał wcale zasobną piw­niczkę. Nie­źle, że umknął, nie będzie kło­po­tów z rekwi­zy­cją wina. A swoją drogą warto by wie­dzieć, który to rocz­nik, i posłać Frau Hel­dze Vogel do Hano­weru kilka omsza­łych bute­lek.

Był pewien, że taka oka­zja wkrótce się nada­rzy, gdyż jego zda­niem lada moment powi­nien nastą­pić koniec wojny. Fran­cuzi nie sta­wiają już prze­cież wła­ści­wie żad­nego oporu i do nie­woli idą jak barany. Ot, choćby jego bata­lion. Od dwóch dni jest w pierw­szym rzu­cie, a żoł­nie­rze nie zdą­żyli nawet porząd­nie postrze­lać. Za to byle patrol moto­cy­kli­stów dopro­wa­dza bez prze­szkód całe gro­mady jeń­ców. Nie warto nawet zaprzą­tać sobie tym głowy, lepiej pomy­śleć o jakiejś milut­kiej Fran­cu­zeczce i w jej towa­rzy­stwie raczyć się tak wspa­nia­łym win­kiem...

Ener­giczne stu­ka­nie do drzwi spro­wa­dziło dowódcę na zie­mię.

-?Herein! -?wark­nął nie­chęt­nie, zły, że mu prze­rwano miłe sam na sam z bur­gun­dem.

-?Herr Major, mel­duję... -?roz­po­czął służ­bi­ście sprę­żony jak struna leut­nant Lothar Koenig, adiu­tant dowódcy bata­lionu.

-?Dość, Lothar! -?mach­nął ręką znie­cier­pli­wiony major. -?Gadaj krótko, o co cho­dzi.

-?Jutro rano, godzina dzie­wiąta, odprawa u szefa sztabu pułku.

-?Dobrze, przy­ją­łem do wia­do­mo­ści. Poza tym co sły­chać, porucz­niku? Spo­koj­nie?

-?Jawohl, Herr Major. Żad­nych rewe­la­cji. Przed dwu­dzie­stu minu­tami wró­ciły z przed­pola patrole moto­cy­kli­stów. Mel­dują, że w pro­mie­niu kilku kilo­me­trów od mia­sta nie widzieli ani jed­nego czło­wieka. Na dro­gach cisza.

-?Prze­wi­dy­wa­łem taką wła­śnie sytu­ację. Zwie­dzieli się już, że sie­dzimy w Mont­bard, i pró­bują zmy­kać w innym kie­runku. Możemy odpo­czy­wać. Dla porządku spraw­dzić jesz­cze, czy czu­wają ubez­pie­cze­nia, i spać. To wszystko, Lothar, dobra­noc.

Po odej­ściu adiu­tanta dowódca ponow­nie zagłę­bił się w bur­mi­strzow­skim fotelu i pod­niósł do ust kie­li­szek. Myślami powró­cił do swo­jej Helgi, do zie­lo­nego ogródka w Hano­we­rze. Roz­ma­rzyło go wino, z wolna opa­dły powieki i nie wie­dzieć kiedy zapadł w sen.

Nie spał jed­nakże zbyt długo. Gwał­towna strze­la­nina pode­rwała go na równe nogi. Gdzieś na pół­noc­nym krańcu mia­sta sza­lały kara­biny maszy­nowe, biły działka.

-?Herr Major, nie­przy­ja­ciel sfor­so­wał bary­kadę, wdziera się w ulice! Są czołgi i pie­chota! -?nie­mal krzy­czał adiu­tant, który tym razem bez puka­nia wtar­gnął do pokoju dowódcy.

To na pewno nie są Fran­cuzi -?pomy­ślał major, wypa­da­jąc z pisto­le­tem w dłoni na ulicę. Istot­nie, w chwilę póź­niej jego przy­pusz­cze­nie potwier­dził mel­du­nek z rejonu walki. Ata­kują Polacy! I któż wie, czy to nie ta Pan­zer­bri­gade, przed którą parę dni temu pod­czas odprawy ostrze­gał sam obe­rst.

-?Don­ner­wet­ter! Że też ja znowu musia­łem się na nich natknąć! -?zaklął Hans Vogel, mający jesz­cze w pamięci zażarte boje na przed­mie­ściach War­szawy i tych kilku wzię­tych tam do nie­woli żoł­nie­rzy, któ­rych wbrew mię­dzy­na­ro­do­wym pra­wom kazał dla postra­chu natych­miast roz­strze­lać.

Tym­cza­sem czołgi Ślą­skiego, Sikory i Kostu­cha robiły nie­praw­do­po­dobne pie­kło na uli­cach Mont­bard. Tempo natar­cia nie malało. Pan­cer­niacy, prąc nie­ustan­nie do przodu, bez­li­to­śnie roz­jeż­dżali nie­miec­kie sta­no­wi­ska, dzie­siąt­ko­wali obronę ogniem kara­bi­nów maszy­no­wych i dzia­łek.

Ale strze­la­nie z czołgu w noc­nych ciem­no­ściach, w dodatku cel­nie, było nie lada sztuką -?nie znano prze­cież jesz­cze nok­to­wi­zo­rów. Dowódca pan­cer­nego pojazdu, peł­niący zara­zem funk­cję strzelca, mógł okre­ślić sta­no­wi­sko nie­przy­ja­ciela nie­mal wyłącz­nie po bły­skach jego wystrza­łów. Musiał to czy­nić gołym okiem, patrząc przez szcze­liny obser­wa­cyjne w obro­to­wej kopułce wieży lub wychy­liw­szy się po pro­stu z włazu. Ta ostat­nia metoda była znacz­nie sku­tecz­niej­sza, acz­kol­wiek bar­dziej nie­bez­pieczna. W każ­dej chwili gro­ziła utratą życia lub zra­nie­niem, bo poci­ski nie­miec­kie gęsto łomo­tały po pan­cer­zach. Mimo to Polacy ją wła­śnie sto­so­wali.

Pod­po­rucz­nik Kostuch przez lunetę celow­ni­czą czy nawet szcze­linę w kopułce nie­wiele widział w ciem­nym wąwo­zie ulicy. Strze­lał nie­jako na pamięć. Dopiero kiedy wychy­lił się z wieży, dostrzegł na tle ściany jed­nego z domów ciem­niej­szą syl­wetę przy­cza­jo­nego samo­chodu pan­cer­nego. Bły­snęła seria, ale nim poci­ski dobie­gły do jego wozu, zdą­żył znik­nąć we wnę­trzu i skie­ro­wać lufę działka w zapa­mię­ta­nym kie­runku. Dwa strzały. Pierw­szy, nie­stety, chy­biony, dopiero drugi grzmot­nął w sam śro­dek kadłuba samo­chodu. Buch­nął pło­mień. Załoga wysko­czyła z palą­cej się maszyny, ale nie udało jej się oca­lić życia, bo tuż obok zna­leźli się, idący wła­śnie do szturmu na bagnety, spie­szeni dra­goni.

W podobny spo­sób wal­czył porucz­nik Ślą­ski, ale jemu szczę­ście nie dopi­sało. Nie zdą­żył w porę schro­nić się w wieży i ranił go w lewą pierś odła­mek ryko­sze­tu­ją­cego od pan­ce­rza poci­sku.

Niemcy zostali wyparci z mia­sta, ale z oporu nie rezy­gno­wali. Prze­ciw­nie. Minęło już pierw­sze oszo­ło­mie­nie wywo­łane rap­tow­nym ude­rze­niem i teraz, kry­jąc swój odwrót gęstym ogniem, wyco­fy­wali się za kanał i tam, na połu­dnio­wym brzegu, orga­ni­zo­wali twardą obronę.

Mimo ognio­wej zapory czołgi parły ku prze­pra­wie. Polacy cią­gle jesz­cze wie­rzyli, że prze­do­staną się na drugą stronę kanału. I nagle potężny huk tar­gnął powie­trzem, a w niebo buch­nął słup pło­mieni. Niemcy wysa­dzili most i jed­no­cze­śnie na dru­gim brzegu zagrały działka prze­ciw­pan­cerne. Po chwili do kano­nady włą­czyła się auto­ma­tyczna armata prze­ciw­lot­ni­cza, zakry­wa­jąca seriami świetl­nych poci­sków nacie­ra­jące wozy. Nie było innego wyj­ścia. Musieli Polacy usko­czyć za naj­bliż­sze zasłony, by znik­nąć z pola widze­nia nie­miec­kich arty­le­rzy­stów.

Gene­rał Maczek wydał roz­kaz prze­rwa­nia walki.

Bez sprzętu prze­pra­wo­wego nie mogli nawet marzyć o for­so­wa­niu kanału. Nie było zresztą już amu­ni­cji, w zbior­ni­kach też chlu­po­tały resztki ben­zyny, musieli więc cze­kać na wspar­cie idą­cej za bry­gadą dywi­zji fran­cu­skiej.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki