Ostatnie natarcie
Szesnasty dzień czerwca 1940 roku dobiegł końca. Nad Burgundią zapadła
noc. Na granatowoczarnym niebie zabłysły pierwsze gwiazdy.
Było parno i duszno. Powietrze zastygło w bezruchu. Bezsilnie obwisły
liście zmordowanych dziennym upałem drzew, gęsto porastających oba
pobocza pnącej się stromo w górę szosy. Panowała cisza. I z nagła ciszę
tę zakłócił głęboki pomruk pracujących na wolnych obrotach silników oraz
metaliczny klekot gąsienic. Zza zakrętu wypełzał powoli stalowy wąż
czołgów R-351. Było ich zaledwie siedemnaście. Resztka 1 batalionu
pancernego, który już niemal od tygodnia drogo sprzedawał swą skórę w ostrych starciach z Niemcami, walcząc na polach Szampanii i Burgundii w składzie 10 Brygady Kawalerii Pancernej pod dowództwem generała
Stanisława Maczka.
A działo się to w czasie, kiedy nad Francją zawisło widmo nieuchronnej
klęski. W wyniku tak zwanej drugiej ofensywy, rozpoczętej 10 czerwca,
nieprzyjaciel przedarł się na głębokie tyły wojsk francuskich, okrążył
od zachodu Szampanię i Burgundię, zamykając w ten prosty sposób siły
przeciwnika w gigantycznym worku.
Zorganizowany opór jednostek francuskich przestał praktycznie istnieć.
Front pękał w coraz to innym miejscu. Rozproszone oddziały tarasowały
szosy i miotały się bezradnie niby zające pędzone przez myśliwych z miejsca na miejsce w łowieckim kotle.
W powietrzu ani jednego alianckiego samolotu. Lotnictwo niemieckie
niepodzielnie panowało w przestworzach. Dzień po dniu z nieba sypały się
bomby, a długie serie pokładowej broni maszynowej bezlitośnie kosiły
całe gromady uciekinierów. Istne jatki.
W niemieckim worku znalazła się również polska 10 Brygada Kawalerii
Pancernej, wepchnięta tam bezmyślną decyzją francuskiego dowództwa. Co
prawda, gdyby Polacy, widząc jak wygląda sytuacja, natychmiast, unikając
walki, pełną mocą silników pognali za Kanał Burgundzki, mieli szansę
wyrwać się z okrążenia i wziąć udział w ewentualnej bitwie obronnej nad
Loarą. Mogli również myśleć o dotarciu na wybrzeża morskie, by stamtąd
ewakuować się do francuskiej Afryki Północnej lub na teren Wielkiej
Brytanii.
Pierwszą ofensywę rozpoczęli Niemcy 10 maja 1940 r. W jej wyniku padły
Holandia i Belgia, a ekspedycyjne siły brytyjskie zepchnięte zostały na
brzeg Morza Północnego, na plaże pod Dunkierką.
Ale generał Maczek nie podjął takiej decyzji, choć w tym katastrofalnym
momencie byłaby ona chyba najsłuszniejsza. Żołnierskie sumienie nie
pozwoliło mu opuścić Francuzów w potrzebie, tym bardziej że przecież
lwią część obsady brygady stanowili żołnierze kampanii wrześniowej,
którzy przeróżnymi drogami dotarli do Francji, aby u jej boku nadal
walczyć z Niemcami. I czynili to właśnie teraz z niezwykłą determinacją.
Zadawali wrogowi ciężkie straty, osłaniając lub ubezpieczając na swoim
kierunku odstępujące w popłochu oddziały francuskie. Udowadniali światu,
że Polacy nigdy nie złożą broni i walcząc we Francji umierają za Polskę.
Czyż mógł więc generał postąpić inaczej?
Dopiero po pięciu dniach zaciętych bojów, gdy okazało się, iż właściwie
nie ma kogo osłaniać, generał Maczek postanowił przebić pierścień
okrążenia, sforsować Kanał Burgundzki, następnie zaś podjąć próbę
dotarcia nad Loarę. Niezwłocznie zatem ruszono na południe, nie
zwracając już uwagi na gromady nierzadko podchmielonych
"poilus"2, wędrujących zazwyczaj bez broni, obwieszonych
natomiast bidonami z rekwirowanym po okolicznych farmach winem.
Wieczorem 15 czerwca brygada przekroczyła Sekwanę w pobliżu płonącej po
niedawnym nalocie miejscowości Bar-sur-Seine i w najbliższym kompleksie
leśnym zapadła na krótki odpoczynek. Tu pojawił się znienacka dowódca
francuskiej 42 Dywizji Piechoty. Młody i energiczny, robił wrażenie
bojowego oficera. Takiego Polacy od dawna nie widzieli. A gdy na domiar
oświadczył, że jego dywizja zamierza sforsować kanał, generał Maczek
natychmiast zaoferował współdziałanie.
Obaj dowódcy ustalili, że 10 Brygada jako straż przednia 42 Dywizji
uchwyci przeprawę w przytulonym do kanału miasteczku Montbard i utrzyma
ją aż do nadejścia dywizyjnych oddziałów, które wydłużą wysiłek Polaków.
Zgodnie z powziętym planem 10 Brygada przeszła nocą do lasów Chaource, a jej dotychczasowe miejsce postoju zajęły nadchodzące jednostki
francuskie. Przed świtem Polacy zatrzymali się w pobliżu imponującego
pałacu, na oko nie mniejszego chyba niż Zamek Królewski w Warszawie.
Wokół ani żywego ducha. Wszystko wskazywało na to, że mieszkańcy w popłochu opuścili rezydencję, pozostawiając ją na pastwę losu.
W niewielkim, skrytym wśród drzew domku nieopodal pałacu zebrali się na
odprawie wszyscy dowódcy brygadowych oddziałów.
-?Panowie, przed nami bitwa o przeprawę w Montbard -?rozpoczął generał
Maczek. -?Do przejścia mamy ponad sześćdziesiąt kilometrów. Kapitanie
Kocot -?tu zwrócił wzrok na intendenta brygady -?jak stoimy z benzyną?
-?Bardzo źle, generale. Na tym, czym dysponujemy, nie ujedzie się więcej
niż trzydzieści kilometrów, a w najbliższym rejonie nie zdobędziemy ani
litra paliwa. Dalsze punkty zaopatrzenia też nie wchodzą w grę. Są
odcięte lub już opanowane przez nieprzyjaciela.
Chwila namysłu i dowódca brygady, obrzucając obecnych przenikliwym
spojrzeniem, rzekł twardo:
-?Musimy mieć paliwo, a skoro brak innych źródeł zaopatrzenia, rozkazuję
zniszczyć natychmiast część samochodów i czołgów. Uzyskaną w ten sposób
benzynę należy przelać do wozów, które pójdą do walki. W każdym z nich
powinien być zapas przynajmniej na sto kilometrów marszu. Nie ma pytań?
Wykonać!
W wyniku tej dramatycznej decyzji z 1 batalionu pancernego ocalała tylko
jedna kompania, dowodzona przez kapitana Władysława Iwanowskiego, czyli
siedemnaście z prawie pięćdziesięciu czołgów, które wyruszyły na front w Szampanii. Pozostałe zmotoryzowane oddziały brygady poniosły nieco
mniejsze straty z tej prostej przyczyny, że pojazdy kołowe nie zużywają
tak wiele paliwa jak czołgi. Skądinąd łatwo się domyślić, iż każdy
żołnierz, biorący udział w tej nader przykrej operacji, miał uczucie,
jakby sam sobie odcinał rękę lub nogę.
Od wczesnego ranka 16 czerwca polska brygada mozolnie przebijała sobie
drogę poprzez rozliczne zatory i gigantyczne korki. Na czele kolumny
szły czołgi, za nimi jechał generał Maczek ze swoim sztabem, a dalej
szwadron zmotoryzowanych ułanów, zwanych z francuska
dragonami3, pluton armatek przeciwpancernych i pluton
saperów. Nieco z tyłu ciągnęły pozostałości dywizjonu dragonów,
dywizjonu przeciwpancernego i kompanii saperów, a na samym końcu bateria
dział przeciwlotniczych, niestety już bez amunicji.
Im bliżej wieczora, tym szybciej pustoszała szosa. Francuscy żołnierze i uchodźcy cywilni spływali gdzieś w teren bocznymi drogami. Widomy znak,
że tuż, tuż mogą być Niemcy. Istotnie byli -?i to nawet całkiem blisko,
bo właśnie w Montbard. Donieśli o tym uciekinierzy z miasta, informując
zarazem, że północny wlot do tej miejscowości zamyka solidna barykada.
Dowiedziawszy się o tym, dowódca brygady świadomie zrezygnował zarówno z ubezpieczenia, jak i rozpoznania. Postanowił zdobyć miasto i most przez
zaskoczenie. Rozkazał przeto czołgom podejść pod osłoną nocy jak
najbliżej barykady, roznieść ją raptownym uderzeniem, stłamsić
gąsienicami i ogniem jej obronę, po czym, jadąc na karkach Niemców,
uchwycić most oraz przyczółek na drugim brzegu kanału. Wespół z czołgami
do boju mieli pójść spieszeni dragoni i pluton saperów.
Nic zatem dziwnego, że porucznik Ludomił Śląski, dowódca pierwszego
plutonu, wychylony niemal do połowy ciała z pancernej wieży, wpijał oczy
w ścielącą się przed czołgiem ciemność -?a nuż w pobliżu zasiadły
niemieckie ubezpieczenia? To samo czynił jego kierowca, kapral Wacław
Soja, wytknąwszy głowę przez uchylone okienko w czołowej ścianie kadłuba
pojazdu. Uzasadniona czujność, bo przecież za szczytem najbliższego
pagóra, u podnóża ostro opadającego w dół zbocza, cel natarcia -
Montbard, a przed nim ta cholerna barykada...
Śląskiemu brzmiały jeszcze w uszach słowa dowódcy brygady, skierowane do
żołnierzy na ostatnim krótkim postoju:
-?Czołgiści, od was zależą losy bitwy i nas wszystkich -?powiedział
generał. -?A więc w imię Boże, naprzód!
Nerwy napięte jak struny. Porucznik zdaje sobie sprawę z odpowiedzialności, którą go obarczono. To właśnie jego czołg, jako
pierwszy, ma zwalić się na barykadę i otworzyć drogę dla pancernych
plutonów podporucznika Romana Sikory i podporucznika Tomasza Kostucha,
popularnego wśród czołgistów "Tomka".
Dookoła czerń nocy. Czołgi powolutku pełzną ku Montbard. Usiłują czynić
to jak najciszej. A nuż uda się zaskoczyć Niemców strzegących barykady.
Kto bowiem wie, czy przypadkiem nie podsypiają, mniemając, że Francuzów
nie stać już na żaden atak, a tym bardziej na brawurowe nocne natarcie,
i to w dodatku czołgami.
Do przebycia jeszcze kilkadziesiąt metrów. Porucznik Śląski dostrzega
już zarysy barykady, gdy nagle spoza niej tryskają w górę oślepiająco
białe rakiety i mkną ku czołgom roje świetlistych pocisków. Grzmi także
działko przeciwpancerne.
Nie ma na co czekać. Kapral Soja mocno zwarł dłonie na dźwigniach
kierowniczych, wbił plecy w oparcie siedzenia i gwałtownie docisnął
pedał gazu. Maszyna niby koń dźgnięty ostrogą skoczyła do przodu i runęła na barykadę. Za nią poszły następne. Teraz lawina ognia spada na
zaskoczonych i przerażonych Niemców, miażdżą ich gąsienice czołgów,
kłują bagnetami spieszeni dragoni biegnący w ślad za pancernymi wozami.
Po gwałtownym i krwawym starciu, gnając na karkach niedobitków,
czołgiści wdarli się do miasta.
Major Hans Vogel, dowódca batalionu z 66 pułku 1 Dywizji Piechoty
Zmotoryzowanej (tej samej, która razem z 4 Dywizją Pancerną uderzyła we
wrześniu 1939 roku na Warszawę), rozparty wygodnie w pluszowym fotelu,
będącym do niedawna własnością mera, czyli burmistrza Montbard, sięgnął
po wysmukły kieliszek. Pociągnął spory łyk ciemnorubinowego burgunda i cmoknął z zadowoleniem.
-?A po diabła! Ci Francuzi naprawdę wiedzą, co dobre, a ten mer miał
wcale zasobną piwniczkę. Nieźle, że umknął, nie będzie kłopotów z rekwizycją wina. A swoją drogą warto by wiedzieć, który to rocznik, i posłać Frau Heldze Vogel do Hanoweru kilka omszałych butelek.
Był pewien, że taka okazja wkrótce się nadarzy, gdyż jego zdaniem lada
moment powinien nastąpić koniec wojny. Francuzi nie stawiają już
przecież właściwie żadnego oporu i do niewoli idą jak barany. Ot, choćby
jego batalion. Od dwóch dni jest w pierwszym rzucie, a żołnierze nie
zdążyli nawet porządnie postrzelać. Za to byle patrol motocyklistów
doprowadza bez przeszkód całe gromady jeńców. Nie warto nawet zaprzątać
sobie tym głowy, lepiej pomyśleć o jakiejś milutkiej Francuzeczce i w jej towarzystwie raczyć się tak wspaniałym winkiem...
Energiczne stukanie do drzwi sprowadziło dowódcę na ziemię.
-?Herein! -?warknął niechętnie, zły, że mu przerwano miłe sam na sam z burgundem.
-?Herr Major, melduję... -?rozpoczął służbiście sprężony jak struna
leutnant Lothar Koenig, adiutant dowódcy batalionu.
-?Dość, Lothar! -?machnął ręką zniecierpliwiony major. -?Gadaj krótko, o co chodzi.
-?Jutro rano, godzina dziewiąta, odprawa u szefa sztabu pułku.
-?Dobrze, przyjąłem do wiadomości. Poza tym co słychać, poruczniku?
Spokojnie?
-?Jawohl, Herr Major. Żadnych rewelacji. Przed dwudziestu minutami
wróciły z przedpola patrole motocyklistów. Meldują, że w promieniu kilku
kilometrów od miasta nie widzieli ani jednego człowieka. Na drogach
cisza.
-?Przewidywałem taką właśnie sytuację. Zwiedzieli się już, że siedzimy w Montbard, i próbują zmykać w innym kierunku. Możemy odpoczywać. Dla
porządku sprawdzić jeszcze, czy czuwają ubezpieczenia, i spać. To
wszystko, Lothar, dobranoc.
Po odejściu adiutanta dowódca ponownie zagłębił się w burmistrzowskim
fotelu i podniósł do ust kieliszek. Myślami powrócił do swojej Helgi, do
zielonego ogródka w Hanowerze. Rozmarzyło go wino, z wolna opadły
powieki i nie wiedzieć kiedy zapadł w sen.
Nie spał jednakże zbyt długo. Gwałtowna strzelanina poderwała go na
równe nogi. Gdzieś na północnym krańcu miasta szalały karabiny
maszynowe, biły działka.
-?Herr Major, nieprzyjaciel sforsował barykadę, wdziera się w ulice!
Są czołgi i piechota! -?niemal krzyczał adiutant, który tym razem bez
pukania wtargnął do pokoju dowódcy.
To na pewno nie są Francuzi -?pomyślał major, wypadając z pistoletem w dłoni na ulicę. Istotnie, w chwilę później jego przypuszczenie
potwierdził meldunek z rejonu walki. Atakują Polacy! I któż wie, czy to
nie ta Panzerbrigade, przed którą parę dni temu podczas odprawy
ostrzegał sam oberst.
-?Donnerwetter! Że też ja znowu musiałem się na nich natknąć! -?zaklął
Hans Vogel, mający jeszcze w pamięci zażarte boje na przedmieściach
Warszawy i tych kilku wziętych tam do niewoli żołnierzy, których wbrew
międzynarodowym prawom kazał dla postrachu natychmiast rozstrzelać.
Tymczasem czołgi Śląskiego, Sikory i Kostucha robiły nieprawdopodobne
piekło na ulicach Montbard. Tempo natarcia nie malało. Pancerniacy, prąc
nieustannie do przodu, bezlitośnie rozjeżdżali niemieckie stanowiska,
dziesiątkowali obronę ogniem karabinów maszynowych i działek.
Ale strzelanie z czołgu w nocnych ciemnościach, w dodatku celnie, było
nie lada sztuką -?nie znano przecież jeszcze noktowizorów. Dowódca
pancernego pojazdu, pełniący zarazem funkcję strzelca, mógł określić
stanowisko nieprzyjaciela niemal wyłącznie po błyskach jego wystrzałów.
Musiał to czynić gołym okiem, patrząc przez szczeliny obserwacyjne w obrotowej kopułce wieży lub wychyliwszy się po prostu z włazu. Ta
ostatnia metoda była znacznie skuteczniejsza, aczkolwiek bardziej
niebezpieczna. W każdej chwili groziła utratą życia lub zranieniem, bo
pociski niemieckie gęsto łomotały po pancerzach. Mimo to Polacy ją
właśnie stosowali.
Podporucznik Kostuch przez lunetę celowniczą czy nawet szczelinę w kopułce niewiele widział w ciemnym wąwozie ulicy. Strzelał niejako na
pamięć. Dopiero kiedy wychylił się z wieży, dostrzegł na tle ściany
jednego z domów ciemniejszą sylwetę przyczajonego samochodu pancernego.
Błysnęła seria, ale nim pociski dobiegły do jego wozu, zdążył zniknąć we
wnętrzu i skierować lufę działka w zapamiętanym kierunku. Dwa strzały.
Pierwszy, niestety, chybiony, dopiero drugi grzmotnął w sam środek
kadłuba samochodu. Buchnął płomień. Załoga wyskoczyła z palącej się
maszyny, ale nie udało jej się ocalić życia, bo tuż obok znaleźli się,
idący właśnie do szturmu na bagnety, spieszeni dragoni.
W podobny sposób walczył porucznik Śląski, ale jemu szczęście nie
dopisało. Nie zdążył w porę schronić się w wieży i ranił go w lewą pierś
odłamek rykoszetującego od pancerza pocisku.
Niemcy zostali wyparci z miasta, ale z oporu nie rezygnowali.
Przeciwnie. Minęło już pierwsze oszołomienie wywołane raptownym
uderzeniem i teraz, kryjąc swój odwrót gęstym ogniem, wycofywali się za
kanał i tam, na południowym brzegu, organizowali twardą obronę.
Mimo ogniowej zapory czołgi parły ku przeprawie. Polacy ciągle jeszcze
wierzyli, że przedostaną się na drugą stronę kanału. I nagle potężny huk
targnął powietrzem, a w niebo buchnął słup płomieni. Niemcy wysadzili
most i jednocześnie na drugim brzegu zagrały działka przeciwpancerne. Po
chwili do kanonady włączyła się automatyczna armata przeciwlotnicza,
zakrywająca seriami świetlnych pocisków nacierające wozy. Nie było
innego wyjścia. Musieli Polacy uskoczyć za najbliższe zasłony, by
zniknąć z pola widzenia niemieckich artylerzystów.
Generał Maczek wydał rozkaz przerwania walki.
Bez sprzętu przeprawowego nie mogli nawet marzyć o forsowaniu kanału.
Nie było zresztą już amunicji, w zbiornikach też chlupotały resztki
benzyny, musieli więc czekać na wsparcie idącej za brygadą dywizji
francuskiej.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki