Kiedyś - Paulina Łapińska

Reflow text when sidebars are open.
Rozdział 1
Szliśmy całą piątką naszą ulicą, jak zwykle śmiejąc się, rozmawiając i żartując. Skończyliśmy lekcje i spotkaliśmy się dzisiaj koło mojej szkoły, najbliżej blokowiska, na którym mieszkamy. Byliśmy już na ciepłej czekoladzie, jak w każdy czwartek, a teraz odprowadzaliśmy się do domów. Trochę ubolewam nad tym, że mieszkam najbliżej szkoły, dlatego jako pierwsza muszę się z nimi rozstać. Sylwek z Bartkiem mieszkają niedaleko mnie, w kolejnym budynku, dlatego do końca ulicy Lidia i Adam idą już sami. Wzdłuż tej ulicy ciągną się stare, poniemieckie kamienice, które mają okrągłe podwórka, otoczone szczelnie murami, w których są wejścia na kilka klatek schodowych. Mieszkam w drugiej klatce. Między moją kamienicą a bliźniaków jest przejście, dlatego codziennie rano przychodzą po mnie i idziemy do szkoły, czasami czekamy na Lidkę i Adama. Razem robimy naprawdę wiele rzeczy i realizujemy, jak dawniej, nasze zwariowane pomysły, ale każde z nas powoli układa swoje własne życie. W czwartki akurat tak się składa, że kończymy lekcje o podobnych porach, dlatego możemy pokręcić się w piątkę po mieście, a potem dostarczyć do domów.
Kamienice otoczone są wysokimi, dziesięciopiętrowymi blokami. Każdy blok jest taki sam, mieszka w nim masa ludzi z naszych szkół. Na parterach tych bloków są sklepy, w jednym jest poczta, w innym całkiem niezła lodziarnia. Blokowisko na Jarosinach to taka szara, małomiejska, niczym niewyróżniająca się dzielnica. Kilka przystanków autobusowych, pasaż handlowy, osiedlowy supermarket, w którym brakuje wózków i koszyków w piątki po południu i w soboty przed południem, ot, i wszystko.
- No dobra - powiedziałam, stojąc przy pomalowanej czarną emalią, starej, wielkiej bramie. - Muszę lecieć.
- To do zobaczenia jutro! - odparł Adam, uśmiechając się promiennie. Ten jego uśmiech zwalał z nóg rzesze dziewczyn, nie tylko w naszym wieku. Ja jednak żadnego z "naszych" nie traktowałam jak chłopaka; zawsze byli dla mnie braćmi.
Pomachałam im jeszcze kilkakrotnie, zanim oddalili się wzdłuż podobnych bram w kierunku zwieńczenia ulicy. Przeszłam przez bramę, a później niedługim, ale zimnym korytarzem z wieloma wulgaryzmami, napisanymi tanimi, ruskimi sprayami na ścianach, aż do podwórka, na którym była ławka bez trzech szczebli, ulubione miejsce panów z czwartej klatki, którzy wieczorami robili dużo hałasu i wzbogacali sklep alkoholowy za rogiem, oraz trzepak, który wiele przeszedł (od pokoleń na nim się uwieszano i wykonywano dziwne, wymyślne akrobacje). Uśmiechnęłam się na wspomnienie tego, jak kiedyś i my szaleliśmy na tym zwykłym, przerdzewiałym trzepaku i jak, mając cztery, może pięć lat, spadłam z niego i nabiłam sobie olbrzymiego, pulsującego bólem guza.
"To były czasy" - pomyślałam sobie, wyciągając z bocznej kieszeni plecaka klucze do drzwi mieszkania i mimowolnie cicho westchnęłam.
W drzwiach drugiej klatki, do której wchodziłam, omijając wysoki próg drzwi z grubego drewna, który domagał się malowania, minęłam pulchną panią spod szóstki, która uśmiechnęła się do mnie promiennie, kiedy powiedziałam jej "dzień dobry". W święta pożycza nam cukier waniliowy i proszek do pieczenia, gdy okazuje się, że w naszym domu, jak zwykle, ich brakuje. Kiedyś nawet pożyczyła nam aromat rumowy, a gdy mama zaproponowała, że za niego zapłaci, omal na nią nie nakrzyczała. Po prostu, taka bardzo miła i pomocna pani, wymarzona sąsiadka.
Weszłam po schodach (trzeci stopień na pierwszym piętrze skrzypi), które są już trochę starte od tysięcy nóg chodzących po nich na przestrzeni ponad stu lat, aż na ostatnie piętro. Włożyłam klucz do zamka, przekręciłam dwukrotnie i nacisnęłam klamkę, po czym pchnęłam drzwi i weszłam do środka.
- Wróciłam! - krzyknęłam, ściągając z szyi niebiesko-zielony szalik, robiony na bardzo grubych drutach.
Zamknęłam za sobą drzwi i rozsunęłam zamki w czarnych kozakach. Wyciągnęłam z nich nogi i włożyłam je w miękkie kapcie z wyprzedaży. Zdjęłam kurtkę i powiesiłam ją na wieszaku w przedpokoju, upychając do rękawa czapkę. Weszłam głębiej do mieszkania, rozglądając się dookoła.
- Mamo! - zawołałam niezbyt głośno. - Mamo?
Weszłam do dużego pokoju. W naszym domu są dwa pokoje: mój i drugi, większy, w którym na rozkładanej wersalce śpi mama. Do tego mamy kuchnię i łazienkę, a mieszkanie można określić mianem "w sam raz dla dwóch osób". Mojego ojca nie znam, nigdy go nie widziałam, nigdy też nie odczuwałam braku ojcowskiej opieki.
Na wersalce przykrytej jednolitą, ciemnozieloną kapą leżała moja mama, trzymając na czole dłoń i mamrocząc coś niewyraźnie. Podbiegłam do niej i kucnęłam przy wersalce tak, że moja głowa znalazła się obok jej głowy.
- Hej, mamo - szepnęłam. - Już jestem. Co się dzieje? Coś cię boli?
- Tola - odpowiedziała słabo. - Jak zwykle...
- Musisz iść do lekarza! - powiedziałam stanowczo po raz kolejny. - Nie możesz tego tak zostawić!
- A jeśli okaże się, że jestem chora?
- Tym bardziej musisz iść do lekarza!
Podniosłam się i poczułam niemiły ból w łydkach. Przeszłam do kuchni i chwyciłam telefon. Zadzwoniłam do lekarza pierwszego kontaktu, którego numer naklejony był na tablicy korkowej nad blatem. Umówiłam mamę na następny dzień, na godzinę ósmą rano. W tym czasie, gdy czekałam na połączenie, włączyłam czajnik elektryczny i do dwóch kubków (żółtego i niebieskiego) włożyłam po torebce herbaty. Po zastanowieniu wyciągnęłam z szafki nad stołem syrop malinowy i dolałam po dwie duże łyżki do parującej herbaty. Zaniosłam kubki do dużego pokoju i postawiłam je na małym stoliku.
- Umówiłam cię do lekarza, jutro, na ósmą - oznajmiłam.
- Nie trzeba było - powiedziała mama nerwowo i poderwała się. - Czuję się już lepiej.
- Bo zadziałał środek przeciwbólowy? - zapytałam wojowniczo. Matki potrafią być takie denerwujące. Dobrze wiem, że od tygodni męczy ją ten ostry ból w podbrzuszu. Pojawia się i znika, kilkanaście minut po zażyciu podwójnej dawki środków przeciwbólowych. Naprawdę się tym martwiłam, niemal od samego początku i cały czas namawiałam ją na wizytę u lekarza, jednak ona nie chciała ulec. W końcu musiałam wziąć sprawy w swoje ręce.
- Mamo, musisz iść do lekarza. Jeśli nic ci nie jest, będą to jedynie badania kontrolne. Tak dawno nie robiłaś sobie żadnych badań!
Skrzywiła się trochę i wzięła do rąk ciepły kubek. Już chciała coś powiedzieć, kiedy zadzwonił telefon i poszłam odebrać.
- Tak? - odezwałam się.
- Tolka, słuchaj, nie uwierzysz! - usłyszałam uradowaną Lidkę.
Przeszłam do przedpokoju i pokazałam mamie drzwi do mojego pokoju, a potem wskazałam na słuchawkę. Kiwnęła głową. Znaczyło to mniej więcej: "będę u siebie", "w porządku". Jeśli żyje się szesnaście lat pod jednym dachem z tą samą osobą, która na dodatek jest twoją rodzicielką, naprawdę nie potrzeba słów, żeby się porozumieć.
Lidia coś trajkotała do słuchawki, ale, co najmniej dwie trzecie jej paplaniny puszczałam mimo uszu. Lidka ma to do siebie, że bardzo wszystkim się ekscytuje, powiedziałabym nawet - za bardzo. Zanim usiadłam na moim łóżku w kącie pokoju, pod skosem dachu (bo muszę wspomnieć, że mieszkam na poddaszu), moja przyjaciółka skończyła swój porywający monolog i kiedy oparłam się o górę miękkich poduszek w wymyślnych poszewkach (owocach mojej kreatywności), usłyszałam pytanie:
- Co o tym sądzisz?
- Myślę, że to wspaniały pomysł - odparłam bez zastanowienia.
- Prawda? - upewniła się i nie czekając na odpowiedź, dodała - ja też tak uważam! A co tam u ciebie?
- Nudy - powiedziałam i czując chłód, podwinęłam trochę nogi. Minusem poddasza była bardzo niska temperatura zimą, nawet mimo włączonych grzejników. Spojrzałam na sweter zwisający bezładnie z mojego parawanu, który zmontowałam ze sklejki, a raczej z jej resztek po remoncie.
- Umówiłam moją mamę do lekarza. W końcu.
- No, nareszcie! Bardzo się stawiała?
- Trochę - odrzekłam nieco wymijająco i słysząc zawieszenie głosu w słuchawce, dodałam - wybacz, Lidka, ale muszę kończyć. Jestem potwornie głodna, a przydałoby się zrobić jakiś obiad.
- W porządku. Możesz jutro wieczorem przyjść do mnie?
Tym razem spojrzałam na kalendarz nad łóżkiem z kolorowo zaznaczonymi różnymi datami. Na piątek nic nie było zaplanowane.
- Myślę, że tak - powiedziałam. - Jeszcze wyślę SMS-a. Będziemy w kontakcie. - rozłączyłam się.
Nacisnęłam dzwonek do drzwi.
Ding - dong.
Poczekałam chwilkę, słysząc swój własny oddech. Nic się nie stało, toteż nacisnęłam ponownie, dłużej przytrzymując guzik.
Diiiiiing - dong.
Coś stuknęło, trzasnęło, później usłyszałam zgrzyt i w końcu ukazała mi się, w otwartych na oścież drzwiach, smukła sylwetka mojej przyjaciółki.
- Cześć, Tola! - przywitała mnie radośnie. Tej dziewczynie uśmiech naprawdę rzadko schodził z twarzy. - Wchodź.
Usunęła się z drzwi, a ja, otrzepując buty na wycieraczce, weszłam do dobrze znanego mi przedpokoju. Lidka zamknęła za mną drzwi na dwa zamki, w tym czasie zrzuciłam wierzchnie ubranie i podałam jej, żeby gdzieś je powiesiła. Wybrała wieszak na drzwiach.
- Jesteś sama? - zapytałam.
- Tak się jakoś złożyło - odpowiedziała. - Mama z tatą poszli na jakąś kreskówkę do kina z Pawłem, żeby zrobić mu frajdę. Mamy dom dla siebie, na co najmniej dwie godziny, bo, znając życie, w drodze powrotnej skoczą do McDonalds'a.
- Hm, w porządku - kiwnęłam głową z aprobatą i poszłam w ślad za nią do niedużego, pomalowanego wrzosową farbą pokoju.
Paweł to jej młodszy brat, ma około ośmiu lat. Jest wielkim fanem kreskówek Walta Disneya i zbiera pluszowe Kubusie Puchatki. Mieszkają całą rodziną w jednym z tych wielkich bloków, w całkiem dużym, ładnym mieszkaniu z balkonem i z tego, co wiem, wiodą udane życie. Lidia dostaje duże kieszonkowe, z którym może robić, co jej się podoba, Paweł jest obsypywany mnóstwem bezokazyjnych prezentów. Ich ojciec jest szefem banku, a matka sekretarką w kancelarii adwokackiej gdzieś w centrum miasta. Oboje zarabiają co najmniej przyzwoicie, ale nie można powiedzieć o nich, że są rozrzutni, rozpieszczeni i zadufani w sobie. Są zwyczajnymi ludźmi i naprawdę lubią mnie i moją mamę.
- Siadaj - powiedziała Lidka, wskazując łóżko.
- Co z twoją mamą? - zapytała, usadawiając się na blacie biurka i wyciągając mocno szyję w kierunku okna. Było już ciemno, przez szybę wpadały pomarańczowe, rozproszone światła ulicznych latarni, bo jej mieszkanie było usytuowane na czwartym piętrze.
- No cóż, była dziś u lekarza rodzinnego - wyjaśniłam, zastanawiając się, co Lidka obserwuje z takim zainteresowaniem. - Wiesz, skierował ją do ginekologa, a poza tym na podstawowe badania krwi, moczu i takie tam, typowe, jakie zawsze zalecają ci lekarze pierwszego kontaktu. Nic ciekawego. Ale dostała mocniejsze znieczulacze.
Nagle zapadła cisza. Cisza w towarzystwie Lidii była dla mnie czymś zupełnie nowym i trochę dziwacznym. Po chwili zorientowałam się, że chyba nawet mnie nie słuchała. Ciągle wpatrywała się w coś za oknem.
- Lidia? - machnęłam do niej. - Jesteś w tym wymiarze, czy może gdzieś zupełnie indziej?
Potrząsnęła głową. Z luźnego kucyka zebranego czerwoną gumką wysunęło się kilka jasnych kosmyków.
- Przepraszam - wydukała, wracając do swoich obserwacji.
Podniosłam się i dołączyłam do niej, opierając się o biurko ustawiłam głowę mniej więcej pod takim samym kątem, jak ona. Zobaczyłam okno budynku naprzeciwko, na tym samym piętrze, z którego patrzył w naszą stronę jakiś mężczyzna albo chłopak, przyciskając do oczu lornetkę.
- Hej! - wykrzyknęłam. - Kto to?!
Uśmiechnęła się.
- To jest Pan Podglądacz - wyjaśniła po prostu, takim tonem, jakby to było dla niej zupełnie normalne.
- Nie bardzo rozumiem. - odpowiedziałam.
- Tola, co ci będę dużo opowiadać. Po prostu, od pewnego czasu ten człowiek mnie podgląda. Nie mam pojęcia, kto to, ale robi się to coraz ciekawsze, ponieważ ja też postanowiłam obserwować jego poczynania. Na początku byłam wściekła, ale z czasem... - zawiesiła głos porozumiewawczo.
Odwzajemniłam uśmiech.
- Ale skąd masz pewność, że podgląda właśnie ciebie? - zapytałam.
- Zobacz - poprosiła i pomachała kilkukrotnie ręką w jego stronę. Odpowiedział tym samym. Ja też pomachałam.
Nagle odłożył lornetkę i poszedł gdzieś na chwilę. Po niecałej minucie wrócił z dużym blokiem rysunkowym i markerem, nabazgrał coś na kartce w bardzo szybkim tempie i przycisnął ją do swojej szyby.
":)"
Lidia wybuchnęła szczerym śmiechem.
- Daj mi mój blok - poleciła mi. - Trzecia szuflada od góry - wskazała szafkę w kącie pokoju.
Podeszłam do niej, kucnęłam i wygrzebałam z szuflady blok rysunkowy, przedzierając się wcześniej przez masę pudełek pełnych pasteli, węgla rysunkowego, kredek i innych. Lidia uwielbia rysować i ściana nad jej biurkiem jest pełna całkiem niezłych prac. Ona sama uważa, że nie są najlepsze, dlatego niewiele osób wpuszcza na swoje terytorium, żeby mogli zobaczyć rysunki.
Podałam jej blok. Sięgnęła ręką do kubka z długopisami, wyjęła z niego czerwony marker. Narysowała także uśmiechniętą buźkę i przycisnęła ją do szyby.
Pan Podglądacz kiwnął porozumiewawczo głową i za chwilę dostałyśmy już bardziej składną wiadomość, mianowicie:
"Jak masz na imię?"
Lidia spojrzała na mnie. Widziałam, że się waha.
- Napisać mu? - zapytała.
- No cóż, jak chcesz - odparłam. - Dlaczego nie? Imię to nie nazwisko.
Cisza trwała jeszcze chwilkę.
- No dobra.
Napisała całkiem ładnymi, prostymi, drukowanymi literami: "LIDIA".
Odpowiedzią było:
"Bardzo ładnie"
Lidka napisała:
"Teraz twoja kolej na imię"
"Dominik"
"Ile masz lat?"
Budynki stały bardzo blisko siebie, dlatego odczytanie nawet stosunkowo niewielkich liter nie było dużym problemem. Pisanie tego typu listów chyba spodobało się naszemu rozmówcy, ponieważ nie czekałyśmy długo na kolejne odpowiedzi.
"21"- odpisał.
Spojrzałam na przyjaciółkę powiększonymi z podniecenia oczyma.
- On ma dwadzieścia jeden lat! - wykrzyknęłam.
- Owszem - odparła całkiem spokojnie, ale doskonale wiedziałam, że również jest przyjemnie podniecona tym faktem. - A czy to w czymś przeszkadza?
- Oczywiście, że nie! Ale jest trochę, no, dorosły - powiedziałam niezbyt składnie.
- Przynajmniej bardziej dojrzały niż, na przykład, chłopaki z mojej klasy - stwierdziła, wzruszając ramionami.
Napisała na kolejnej kartce: "Nie zapytasz mnie o mój wiek?"
Błyskawiczna odpowiedź: "Kobiet się nie pyta, ile liczą wiosen".
Uśmiechnęła się słodko.
Czasem mam wrażenie, że, gdyby ubrać Lidię w różową sukienkę, włożyć na głowę złoty diadem, a na nogi szklane pantofelki, to wyglądałaby jak bajkowa księżniczka. Miała bardzo jasne, turkusowe oczy (po dziś dzień nie znam osoby, która miałaby choć trochę podobny kolor tęczówek), ładnie wykrojone usta, jasną karnację i złote włosy sięgające łopatek, które zbierała w luźny kucyk lub dwa warkocze.
- Myślisz, że zawyża mój wiek?- zapytała, patrząc na mnie niepewnie.
- Nie mam bladego pojęcia!
Spojrzała nieruchomo w ścianę naprzeciwko, żeby po dwudziestu sekundach stwierdzić:
- Raz się żyje.
Wzięła do ręki flamaster, przewróciła kolejną kartkę bloku i na czystej stronie napisała swój numer telefonu komórkowego, po czym przycisnęła kartkę do szyby. Pan Podglądacz od razu zapisał numer w swoim bloku, na samym końcu (widziałyśmy, jak przerzucił plik kartek). Kiedy machnął na znak, że już skończył, Lidka oderwała kartkę, a on spojrzał w innym kierunku i napisał szybkim, trochę niewyraźnym pismem: "Muszę kończyć, ktoś puka do drzwi" i poszedł otworzyć.
Lidka nałożyła na marker zatyczkę i odłożyła go na miejsce. Zamknęła blok, wsunęła go do szuflady, a później poszłyśmy do kuchni. Kuchnia to najfajniejsze miejsce każdego domu; nie znam osób, które nie czułyby się w kuchni swobodniej niż, na przykład, w salonie. Chyba każdy lubi siedzieć w kuchni. Kiedy zbieramy się czasem całą piątką w czyimś domu, przesiadujemy na kuchennych blatach i parapetach, wyciągając z kolejnych szafek różne smakowitości. W czasie zimy i jesieni to prawie rytualne spotkania. Wiosną i latem, zamiast dekompletować czyjeś zapasy żywności, włóczymy się bez celu po osiedlu i placach zabaw. Jest całkiem fajnie. Czasem zastanawiam się, dlaczego, po tylu spędzonych razem dniach (gdyby zliczyć wszystkie wspólnie spędzone godziny, śmiało wyszedłby cały rok, może nawet więcej), nadal się ze sobą przyjaźnimy. Wiele osób zerwałoby znajomość z osobami, które znają je na wylot, a nam nigdy nawet przez myśl coś takiego nie przeszło. Nigdy.
Zabawa z pisaniem wiadomości przez okno się skończyła, przynajmniej, jak na pierwszy raz. Siedziałam u niej jeszcze trochę, żartując i rozmawiając o tym i o tamtym. W końcu musiałam pójść. Ani rodzice, ani brat Lidki jeszcze się nie zjawili.
Już stałam w drzwiach, ściskając w rękach niebieską czapkę i już miałam dać jej buziaka w policzek na pożegnanie (taki sposób powiedzenia "pa, pa"), kiedy usłyszałyśmy dźwięk jej telefonu.
- Poczekaj chwilę - poprosiła i pobiegła do pokoju, a potem przyszła z komórką.
- To od Dominika - wyjaśniła. Nietrudno było się domyśleć. - "Pójdziesz ze mną na kawę?"
Uśmiechnęłam się dobrotliwie i przybrałam wyraz twarzy mówiący: "rób co chcesz".
- Może innym razem - powiedziała wolno Lidka w rytm pisania i wcisnęła środkowy klawisz w telefonie, oznaczający "wyślij".
W drodze powrotnej do domu, kiedy mijałam bramę do podwórka bliźniaków, przyszło mi na myśl, że bardzo dawno nigdzie z nimi nie byłam ani też do nich nie zaglądałam. Spojrzałam na zegarek: była ósma, czyli całkiem przyzwoita pora, jednak stwierdziłam, że nie ma sensu iść teraz do nich do mieszkania, bo albo są na jakiejś imprezie (mamy w końcu piątek, najwspanialszy dzień tygodnia!), albo sami urządzają bibę. Poszłam więc dalej i, mijając grupkę już nieźle wstawionych dresów, których każde słowo było przekleństwem, weszłam na ciemne, oświetlone tylko jedną lampą nad drzwiami trzeciej klatki, podwórko.
Tuż za mną nadjechała karetka.
Odwróciłam się raptownie, poczekałam aż sanitariusze zatrzymają samochód, po czym, kiedy skierowali się w stronę mojej klatki schodowej, zatrzymałam jednego z nich (wydaje mi się, że młodszego), całkiem ładnie wyglądającego bruneta i zapytałam:
- Co tu się dzieje?
Na początku odepchnął mnie ręką i mruknął: "Nie teraz", ale po chwili, kiedy zauważył, że nie daję za wygraną, zatrzymał się na chwilę i wyjaśnił naprędce:
- Dostaliśmy wezwanie do zawału.
Wydałam z siebie zduszony okrzyk.
- Och!
Pobiegli prosto pod drzwi naszej miłej sąsiadki. Coś nieprzyjemnie podskoczyło mi w żołądku. Przełknęłam ślinę, gdyż moje gardło raptownie stało się suche. Blade światło sześćdziesięciowatowej żarówki, zwisającej na żałosnym kablu pod sufitem klatki schodowej, odbijało się na drzwiach od złotej cyfry 6.
Weszli szybko do mieszkania, ciągnąc za sobą nosze. Zaraz za nimi weszłam do mieszkania. Pies sąsiadki plątał się nerwowo pod nogami. Chwyciłam pekińczyka za obrożę i odciągnęłam go w stronę kuchni.
Znałam to mieszkanie naprawdę dobrze, kiedy byłam mała, a moja mama chodziła do pracy, często przesiadywałam u pani Chmielewskiej. Częstowała mnie wtedy prawdziwym kakao, którego zapach zaraz po ugotowaniu unosił się w całej kuchni, a czasem nawet w salonie. Na ścianach całego domu wisiało mnóstwo obrazków, nawet takie wyklejane bursztynami, całkiem drogie. Nasza sąsiadka w wolnych chwilach haftowała makatki, takie, co to można kupić w sklepie razem z kompletem kolorowych nitek. Tych makatek też wszędzie było pełno, niektóre wyglądały, jakby miały po dwadzieścia lat, tak były poszarzałe i zakurzone. Tworzyły w domu niewątpliwie specyficzną atmosferę, którą bardzo trudno mi nazwać. Gdyby połączyć je jeszcze z boazerią oraz sosnowymi wykończeniami w miejscach, gdzie ściana łączy się z podłogą, uzyskalibyśmy niepowtarzalny efekt. Dokładnie tak wyglądało mieszkanie pani Chmielewskiej.
Sanitariusz z czarnymi włosami, ubrany, jak reszta, w czerwoną kurtkę z elementami odblaskowymi, trącił głową duży klosz lampy w przedpokoju. Chwycił go ręką, aby utrzymać w dawnej pozycji i posłał mi uśmiech pełen zakłopotania. Machnęłam do niego ręką na znak, że nic się nie stało.
Usiadłam na wysokim stołku w trochę ciasnej, słonecznie żółtej kuchni naprzeciw zegara i słuchałam jego tykania. Tik - tak, tik - tak... Wskazówka nieubłaganie, w bardzo równym tempie posuwała się po cyferblacie. Wzięłam Kluska na kolana i uspakajająco głaskałam go po łebku. Z dużego pokoju dochodziły rozmowy sanitariuszy i lekarza; prowadzili ze sobą jakieś fachowe dialogi, z których rozumiałam naprawdę małą część i zaczynałam żałować, że ostatnio w ogóle nie przykładałam się do biologii. W końcu lekarz wypowiedział bardzo rzeczowym tonem kogoś bez wątpienia światłego: "Zabieramy ją", a obok drzwi kuchennych śmignęły mi nosze z krępą sylwetką sąsiadki. Podniosłam się, postawiwszy na ziemię Kluska, który zaczął wszystko obwąchiwać i piszczeć z utęsknieniem za swoją panią.
Skierowałam się w stronę pomieszczenia, w którym odbyło się całe zamieszanie. Nie pchałam się tam na siłę razem z pogotowiem, ponieważ nie chciałam im przeszkadzać. Omal nie upadłam, kiedy zobaczyłam moją mamę siedzącą w staromodnym fotelu, obitym bordowym, trochę przybrudzonym aksamitem.
- Mamo! A co ty tutaj robisz? - wykrzyknęłam.
Pies zaczął drapać podłogę przy drzwiach, jakby zamierzał zrobić podkop.
- Przybiegłam, kiedy usłyszałam hałas - wyjaśniła zmęczonym głosem i wskazała ręką na kupkę szkieł po pokaźnym wazonie z zielonkawego szkła. - A później wezwałam pogotowie.
Klusek skomlał coraz żałośniej i wydawało się, że zaraz z jego ciemnych oczu popłyną strumienie łez.
- Co się właściwie stało? - zapytałam.
- Nie mam pojęcia. Kiedy przyszłam, wazon był potłuczony, a ona leżała na ziemi, trzymając w ręku słuchawkę od telefonu. Chyba sprzątała - dopiero teraz zauważyłam lekko przybrudzoną ściereczkę w rękach matki. - Chodź - powiedziała, podnosząc się. Nie wyglądała dobrze. - Musimy to trochę ogarnąć.
- Co z psem?
Podeszłam do kupki szkieł i zaczęłam je bardzo delikatnie zbierać. Pomyślałam, że uzyskam całkiem przyjemny dla oka efekt, jeśli je wezmę i jeszcze trochę potłukę młotkiem, a później wsypię do jakiejś dużej, szklanej butelki, na przykład po winie. Powinnyśmy mieć gdzieś taką w domu.
- Chyba nie pozostaje nam nic innego, jak po prostu go wziąć do siebie - stwierdziła mama.
- W kuchni, w szafce pod zlewem, powinien być worek karmy - oznajmiłam, starając się sobie przypomnieć, gdzie pani Chmielewska trzyma różne rzeczy. - A jeśli nie, to pewnie w którejś z innych dolnych szafek. Musisz poszukać.
Sama też poszłam za mamą do kuchni i wyjęłam z szuflady worek na śmieci, do którego wrzuciłam szkła. Przebił się w jednym miejscu, ale dałam radę donieść go do naszego mieszkania. W drugą rękę wzięłam Kluska i zamknęłam go w naszej łazience, przynajmniej na czas, kiedy nie będzie mnie i mamy w domu. Nie spodobał mu się ten pomysł; zaczął wściekle szczekać i miotać się między sprzętami.
- Gdzie ona trzyma klucze? - spytała moja mama, kiedy wróciłam pod szóstkę. Zastanowiłam się chwilkę. - Chyba w tej szafce - wskazałam palcem.
Krążyłyśmy jeszcze trochę między mieszkaniami, przenosząc różne przedmioty z jednego do drugiego. Trochę po dziewiątej siedziałam już w swoim pokoju, po ciemku, mierzwiąc futerko starego już psa i zastanawiając się nad wieloma rzeczami. Czułam się co najmniej zdezorientowana; tylko w niewielkim stopniu docierało do mnie, co się dzieje dookoła. Po namyśle podniosłam się z łóżka, ale tylko po to, żeby wsunąć do odtwarzacza płytę Simple Plan i nacisnąć włącznik. Naciągnęłam na siebie gruby koc, zsunęłam z nóg kapcie. Cały czas przyciskałam do siebie zrozpaczonego pieska, który chyba powoli zaczynał rozumieć, co się wydarzyło. Nie rozmawiałam już później z mamą, zostawiając to na rano. Kiedy w korytarzu zgasły światła, a w szparach między framugą i drzwiami stało się zupełnie ciemno, powoli zasnęłam. Może była to jedenasta, a może nawet później - nie mam pojęcia. Nie spałam długo i nie miałam dobrych snów.
Rozdział 2
Kilka dni później, we wtorek, obudziły mnie tęgie krople deszczu uderzające o szyby okien. Jak zwykle Klusek wiercił się w nogach mojego łóżka. Spojrzałam na zegarek. Było wpół do ósmej. Pięknie, pomyślałam. Mogę zapomnieć, że wyrobię się do szkoły.
Miałam małe problemy ze skompletowaniem ubrania (swoją drogą: tak to jest, jeśli ma się tendencję do rzucania ciuchów, gdzie popadnie). Nie mogłam wygrzebać bluzki, którą miałam zamiar włożyć na siebie. Z pełną determinacją wyrzuciłam na środek pokoju wszystkie wieszaki, przekopując je w poszukiwaniu jakichś w miarę czystych spodni. Pies oglądał wszystko z wielkim zainteresowaniem, po czym zaczął wesoło przeżuwać jakiś napotkany na swojej drodze od łóżka do dywanu stanik. Nawet nie zwróciłam na to uwagi.
W końcu, decydując się na dżinsy z haftem wzdłuż lewej nogawki, zaczęłam się ubierać. Włączyłam radio (akurat podawali wiadomości o nowo powstałym korku na trasie E7 z powodu zamarzającego deszczu) i dopiero wtedy spojrzałam na termometr. Było minus jedenaście stopni. Na koszulkę z napisem "sexy" wcisnęłam śliwkowy sweter. Na łeb, na szyję popędziłam do kuchni i wstawiłam wodę na kawę.
Klusek przybiegł za mną, ciągnąc za sobą zdewaluowany biustonosz. Wyrwałam mu go z pyska i dałam dwa klapsy (chyba nie wziął sobie tego bardzo do serca, gdyż zaczął merdać radośnie ogonem), potem napełniłam jego miskę konserwą "w pysznym sosie, które zadowoli podniebienie każdego pupila", jak głosiła ulotka z uśmiechniętym psem. Sama zrobiłam sobie mocną kawę i upiwszy trochę, pognałam do łazienki.
Doprowadziłam włosy do stanu względnego porządku, umyłam zęby, dookoła oczu pociągnęłam granatową kreskę, na kolonię krostek na czole nałożyłam trochę pudru i korektora, po czym znowu poszłam do kuchni, żeby dopić moją kawę.
Dopiero wtedy przypomniało mi się, że mama poszła na godzinę siódmą do laboratorium po odbiór wyników badań, a ja miałam ustawić sobie budzik, o czym oczywiście zapomniałam. Plując sobie w brodę, wstawiłam kubek do zlewu, poklepałam pieska po głowie (miska była już pusta), założyłam szybko buty, kurtkę i czapkę, chwyciłam plecak, a na wychodnym, przeglądając się w lustrze zawieszonym w korytarzu, pomalowałam usta wazelinową pomadką. Wychodząc z domu, zamknęłam za sobą drzwi na klucz (przekręciłam go dwa razy) i zbiegłam po schodach na mroźne, grudniowe powietrze.
Na szczęście zdążyłam zjawić się w szkole na drugą lekcję, ale byłam cała mokra i zmarznięta. Od razu kupiłam sobie gorącą czekoladę w automacie stojącym na korytarzu pierwszego piętra, po czym poszłam do klasy i usiadłam na ławce.
Szłam z Adamem przez miasto.
- Agnieszka awansowała na moją dziewczynę - oznajmił mi.
- Serio? - wykrzyknęłam radośnie. Wiedziałam, jak bardzo mu na niej zależało. Był w nią zapatrzony jak w obrazek. - To cudownie!
Uścisnęłam go serdecznie i poczułam jego ciepły oddech na karku niedostatecznie przysłoniętym szalikiem.
- Hm, też tak myślę.
Minęliśmy cukiernię, z której pachniało lukrem i babkami cytrynowymi. Żałowałam, że nie mam przy sobie żadnych drobnych, a głupio mi było pytać o to Adama. Pocierałam ręce w rękawiczkach. Było naprawdę zimno, a do tego coraz ciemniej.
- Zaglądałeś może do Bartka albo Sylwka, co? - zapytałam.
- Ostatnio? - uniósł lekko brwi. - Nie. Nie, wcale.
- Ja też nie. Chyba muszę do nich zajrzeć - zastanowiłam się.
- Sylwek przygotowuje się do jakiegoś ważnego meczu za parę tygodni.
- Tym bardziej muszę do nich zajrzeć. Potem nigdy go nie złapię. Na pewno nie w domu. A na halę sportową nie uśmiecha mi się jechać w taką paskudną pogodę.
- Wiesz, wyciągnąłem cię na ten spacer dlatego, że chciałem kupić coś Agnieszce na gwiazdkę, tylko nie wiem co - ciągnął, widząc, że powoli zamarzam. - Ale jak jest ci zimno, mogę cię odprowadzić, pójdziemy kiedy indziej.
- Daj spokój - powiedziałam, wzruszając ramionami. - Wydaje mi się jednak, że na zakupy bardziej odpowiednią osobą niż ja, byłaby Lidka.
W jednej sekundzie na całym osiedlu rozpaliły się latarnie.
- Co mógłbym jej kupić? - zapytał, patrząc na wystawę sklepu z bibelotami, w którym można było dostać oczopląsu na widok setek kolorowych bombek i lampek.
- To zależy od tego, co ona lubi robić, czym się interesuje i tak dalej - zaczęłam wyliczać na palcach.
Zastanowił się. Nie szliśmy szybko, można powiedzieć, że raczej wlekliśmy się w kierunku bliżej nieokreślonym, między budynkami i wystawami sklepów na ich parterach.
- Hm... Wydaje mi się, że spodobałoby się jej coś... Coś pomysłowego, co mogłaby postawić na półkę czy biurko. Jej pokój jest niesamowity i uwielbia o niego dbać - powiedział w końcu, patrząc przed siebie.
Uderzyła mnie myśl, że to musi być naprawdę bardzo interesująca dziewczyna. Gorączkowo szukałam odpowiedniego prezentu. W mózgu przeskakiwały mi rozmaite dźwignie i trybiki. Spojrzałam na jeszcze jedną wystawę (przez okno widać było stojącą na środku choinkę upstrzoną mikołajami zrobionymi sztucznym śniegiem) i wtedy wpadło mi do głowy coś ciekawego.
- Może... Jakaś pachnąca świeczka w ślicznym kominku, albo taka wielka, ręcznie malowana bombka na stojaku?
Spojrzał na mnie i przez chwilę myślałam, że stwierdzi, że to naprawdę głupi pomysł i niepotrzebnie marnuje ze mną czas. Ale on uśmiechnął się i spojrzał z zadowoleniem na mnie swoimi piwnymi oczami.
- Dzięki Tolka! - wykrzyknął, po czym ucałował mnie w policzek. Zastanowiłam się, co by na to powiedziała Agnieszka, ale to nie było ważne. - Wiedziałem, że na coś się przydasz!
- Zawsze do usług - także się uśmiechnęłam, a widząc, że zbliżamy się do mojej kamienicy, dodałam - Chyba muszę lecieć - przelotnie spojrzałam na zegarek, który wskazywał wpół do czwartej. - Mama na pewno czeka na mnie z obiadem i zastanawia się, gdzie jestem.
- W porządku - odparł, po czym przyśpieszyliśmy kroku. Odprowadził mnie pod same drzwi klatki schodowej i na pożegnanie obdarzył jeszcze jednym całusem. Od razu zrobiło mi się cieplej.
- Ale pamiętaj, wisisz mi gorącą czekoladę! - przypomniałam mu. - Albo chociaż duże ciacho w cukierni w pasażu!
- Jasne - odpowiedział, odwracając się w stronę wyjścia z podwórka. - Z dostawą do domu?
- Jeśli możesz, będę wdzięczna. Ale uprzedź mnie. I nie skub po drodze!
W całkiem przyjemnej atmosferze rozstaliśmy się. Zanim zamknęłam za sobą skrzypiące drzwi, kilkakrotnie pomachałam mu ręką.
- Wariat - szepnęłam, kręcąc głową. - Kompletny wariat.
Weszłam na górę, omijając skrzypiące w schodach stopnie, i przekroczyłam próg mieszkania. Powtórzyłam swoje standardowe czynności, które polegają na zrzuceniu z siebie kurtki, czapki, szalika oraz włożeniu kapci na nogi. Robiłam to już tak automatycznie, że właściwie o niczym nie myślałam, wieszając kurtkę na drewnianym wieszaku i wpychając uparcie w jej rękaw czapkę z szalikiem. Przywitał mnie Klusek. Bardzo zżyliśmy się ze sobą ostatnio.
Wzięłam go na ręce i powędrowałam do kuchni, krzycząc po drodze: "Cześć, mamo!". Na końcu języka miałam pytanie, jak czuje się pani Chmielewska, ale mina mi zrzedła, kiedy zobaczyłam matkę siedzącą przy kuchennym stole. Miała tak smutne oczy jakich nigdy u niej wcześniej nie widziałam. Duch jej zaangażowania i żywiołowości gdzieś się ulotnił, pozostawiając po sobie widmo zmęczonej życiem i problemami kobiety.
- Cześć, kochanie - odpowiedziała ochrypłym głosem i odchrząknęła dwukrotnie. - Usiądź - to nie był rozkaz, to była prośba.
Posłusznie usiadłam naprzeciw niej. Pies plątał się między nogami krzesła, wąchając uparcie moje stopy.
- Co się dzieje? - zapytałam, przerywając nieznośną ciszę.
- Umieram - oznajmiła szeptem, jakby bała się to głośno powiedzieć. Spojrzała na mnie przekrwionymi oczami i od razu zrozumiałam, że nie płacze tylko dlatego, że brakuje jej już łez.
Myślałam, że się przesłyszałam, że jestem wciągnięta w jakiś głupi dowcip, ale z drugiej strony wiedziałam doskonale, że matka nie zrobiłaby mi czegoś takiego. Dopiero potem kolejne fakty ułożyły się niczym kawałki układanki; dzisiaj mama odbierała wyniki badań.
- Co? - wydusiłam z siebie w końcu. Coś dużego uwięzło mi w gardle, coś, czego nie można było przełknąć. Do oczu cisnęły się łzy, nad którymi w ogóle nie panowałam. Po policzkach zaczęły spływać mi gorące strumienie. Chciałam krzyczeć, wydostać się z tego koszmaru, ale wiedziałam, że to nie jest żaden sen, żaden koszmar, że to dzieje się naprawdę.
- Umieram, Tola - powtórzyła, spoglądając na mnie ze szczerym współczuciem. - To rak szyjki macicy.
- Ale...- jęknęłam. Przez całe moje ciało przepłynęła fala gorąca. Nie poznawałam tego głosu, nigdy go u siebie nie słyszałam. - Przecież nowotwory są uleczalne, przecież... Jest chemioterapia...
- To prawda - przyznała mi rację. - Ale u mnie... Już nic się nie da zrobić - widziałam, że te słowa sprawiają jej ból. Tak, jakby wiedziała, że wbija nóż w serce jedynej córki, wbija nóż w moje serce. - To czwarte stadium choroby. Są przerzuty - westchnęła. - Tola, kochanie... Tak mi przykro...
Ukryłam twarz w dłoniach, zaczęłam spazmatycznie szlochać, zupełnie jak małe dziecko. Moim ciałem wstrząsały dreszcze.
- Nie... - jęczałam. Ręce mi drżały. Raz po raz wycierałam rękawem swetra oczy tak, że był cały mokry. Kosmyki włosów przykleiły mi się do policzków.
Usłyszałam, jak mama podnosi się ze swojego krzesła i podchodzi do mnie. Objęła mnie ramieniem. Poczułam jej ciepło i zapach, taki sam, jakim pachniała moja skóra. Zaraz mi się przypomniało, jak byłam całkiem malutka i zawsze mogłam bezpiecznie ukryć się w jej ramionach. Łzy cały czas spływały ciurkiem po policzkach. Wtuliłam się w jej piersi, czułam, jak bardzo kręci mi się w głowie, jak krew pulsuje w tętnicach na skroniach. Słyszałam jakiś nieznany mi szum, przed oczami uparcie krążyły ciemne plamy.
Potem nie było już nic.