Kiedyś o tym miejscu napiszę - Binyavanga Wainaina

-
Proszę czekać

Rozdział dwudziesty ósmy

Lecę do Lagos. Lagoskie lotnisko słynie szeroko. W głowie miałem dokładny jego obraz: wyblakły od słońca, przesycony wilgocią plastik i beton, "nowoczesna" budowla z lat siedemdziesiątych dźwigająca się ku niebu, symbol nowej naftowej potęgi. Dziś jest to coś w rodzaju szpitala dla wariatów, pełnego labiryntów zaśmieconych zgniecionymi marzeniami z papieru i śpiącymi uchodźcami, długich pusty korytarzy, wrzasków w głowie, identycznych drzwi bez numeracji, porozbijanych lamp, zatęchłych biurokratów o czerwonych, głodno błyskających na mnie oczach, wielojęzycznych błyskawic i grzmotów: CZY TY WIESZ, KIM JESTEM...

Zapowiadano mi stuoczną bestię miażdżącą rogami ufne w swe paszporty jagnięta, wnet znikające w podskokach w jej pordzewiałej gardzieli. Wiedziałem: niektórzy się prześlizgną - ci w koronkowych szatach i wysadzanych diamentami zawojach, ochroniarze, może jakieś typki z Shell Oil.

Zapowiadano mi tysiące rąk machających w rozpaczy, wyciągających się w górę, żeby przywołać uwagę sennego mężczyzny z trzema długopisami w kieszonce, który żuje pieczonego banana, gdy tymczasem rzesze ludzi we włosiennicach czekają na wejście do małej, bezgłośnej salki z dziurawymi plastikowymi krzesłami śmierdzącymi strachem. Tam będziesz wysiadywać godzinami, patrząc na posępny zakneblowany gazą otwór w murze, za którym będą kręcić się obcy w brudnych mundurach khaki, przeżuwając coś z martwym, sennym wzrokiem i nie przestając stemplować, aż w końcu ustawisz się w tej ciżbie na końcu, wołając: A beg. A beg. A beg. Oga. Master? Sir? Madam?1.

To mi zapowiadano, więc się przygotowałem.

Będę w tym kraju Afrykaninem postmodernistycznym. Takim z gładką gadką, który umie dostrzec spójność. Cały ten chaos to zapewne coś jakby karczoch, w którego wnętrzu kryje się czułe i sprawne serce Nigerii? Delikatne. Fraktale i labirynty. Tak. Dawne cywilizacje. Odnajdę tu spójność.

Lot z Dakaru liniami Virgin Nigeria jest w porządku. Ani dobry, ani zły. W klasie biznes - komplet. Siedząca obok mnie kobieta ma największy bagaż podręczny, jaki widziałem od czasu, kiedy Air Malawi oferowało tani lot z Johannesburga do Nairobi, za 450 dolarów. Kobieta ma ponad sześćdziesiąt lat i przez całą podróż czyta książkę T.D. Jakesa2. Modli się przed startem, modli się przy lądowaniu, po cichu, w różnych językach.

Okazuje się, że nie umiem być podróżnym wyluzowanym i zblazowanym. Dyskwalifikuję się, niosąc współpasażerce walizkę na lotnisko.

Ani śladu Armageddonu. Gładko sunę w górę ruchomymi schodami, wszędzie wesołe reklamy MTN3, zielone barwy Nigerii, CNN w telewizorach. Otrzymuję stempel, uśmiech, powitanie. Widzę ów dziwny znak krętych maszynerii i machinacji - ale tego dnia lotnisko w Lagos jest przyjazne i sprawne.

Z lotniska odbiera mnie mój nigeryjski gospodarz. Jest wcześnie rano, więc przejeżdżamy przez miasto bez problemu. Próbując dopasować się do rozmówcy, klepię treści rodem z "Time'a": o gospodarce, giełdzie, demokracji i hipotekach. Pusta gadka niesie nas jak poduszka powietrzna, klimatyzowany wóz mknie bezpłatnymi autostradami. Pachnąc dobrą pralnią chemiczną i woskiem do samochodów, szerokim asfaltem wznoszącym się ku niebu przelatujemy z lądu na wyspę, z lądu na wyspę. Przed naszymi oczyma horyzont wysokościowców.

- Jak było w Senegalu? - pyta Nigeryjczyk.

Nie mam do powiedzenia o Senegalu nic time'owskiego, więc wspominam o muridijji4. Wtedy on robi duże oczy i mówi, że autorem jego ulubionej książki jest Cheikh Anta Diop5. W chwilę potem panafrykanizujemy i wyliteratczamy się na całego. Dowiaduję się, że pracuje w jakimś dziwnym banku i że jego szef lubi literaturę. To dlatego finansują warsztaty pisarskie, które mam tu pomóc zorganizować. Kandydatom do pracy w Fidelity Bank, jednej z nowych finansowych potęg w kraju, na rozmowach kwalifikacyjnych zadaje się pytanie o to, co ostatnio czytali. "Time" się nie liczy.

- Kiedyś pracowałem jako dziennikarz - mówi. - Jestem panafrykanistą. Afrocentrystą.

Kiedy zatrzymujemy się na światłach, okna naszego auta obsiada rój uzbrojony w najróżniejszego typu maszynerię, tace, zwoje, druty i szpikulce z ziemiopłodami. Do szyb przyklejają się wyszczerzone gęby. James Eze nie przestaje opowiadać o rewolucji afrykańskiej. Tamci pukają w okna, przyciskając do nich okładki pism: tuż przed moimi oczami wydymają się różowo-czerwone wargi.

Na okładkach pism plotkarskich - cóż za głowy! Jedną zdobi zawój ze złoto-fioletowego brokatu, dzięki czemu wygląda jak hotel w Dubaju. Na innej upięto krzywą wieżę z Pizy. Więcej na niej błyskotek niż w kasynie w Las Vegas.

Muszę sobie jedno kupić... "Ile to naira?" James rusza w tej chwili gwałtownie, a sprzedawca goni nas co sił w nogach. Śmiejąc się i pocąc, naprężony i naciągnięty, człowiek-kabel. Dogania nas i wali w szybę głową nieszczęsnej wysztafirowanej celebrytki. James pożycza mi trochę gotówki, marszcząc czoło z dezaprobatą.

Pismo zwie się "Ovation": Czyż nie wyglądała elegancko i czarująco?... Wyłącznie u nas potentat biznesu Alhaji Asoma Banda... Szarmancki, elokwentny, biznesmen par excellence, wcielenie szczęścia rodzinnego, a przede wszystkim miliarder... Witamy w świecie... prezesa spółki Zenon Petroleum & Gas.

Wjeżdżamy na Lagos Island. Inne miasto: trzydziestopiętrowe mrowiskowce pełne jamek i norek, pogięte, stłoczone budowle walczące o przestrzeń i wszędzie ludzie. Prężni, odprasowani, w szytych na miarę strojach w najróżniejszych kolorach gnają ku przyszłości spod znaku roweru stacjonarnego... Oto oni, jak wikłacze, zasoby swych dóbr złożyli na później pod mostem i pną się wzwyż. Tylko czekam, aż ujrzę kogoś, kto wdrapie się na tę ekspresówkę, wesoło zachwalając towar z wyciągniętą w górę ręką, uśmiechem na ustach i krwią spływającą spod paznokci.

 

***

 

Kilka tygodni temu byłem we Frankfurcie. Mieszkałem w tym samym hotelu co ochrona nigeryjskiego prezydenta, który właśnie przebywał w Niemczech z wizytą.

Któregoś wieczoru, kiedy staliśmy przed głównym wejściem, paląc, usłyszałem taką rozmowę:

- Papierosy tu mają niedobre.

- Bardzo niedobre - zgodziła się reszta.

- Nie takie jak nigeryjskie.

- Nie, nie...

- Ale siłownia bardzo dobra.

Reszta przytaknęła.

- Dlaczego? - zapytałem.

- Pójść na siłownię w Abudży to ciężka sprawa, rozumiesz...

- Bardzo ciężka. Bardzo ciężka.

- A czemu?

- W Kenii nie macie tego problemu?

- Jakiego problemu?

- Z kobietami.

- Hmm... Ale co jest nie tak z tymi kobietami?!

Wszyscy się śmieją. Tylko ten ich szef nie. Jest naprawdę zdenerwowany.

- Sprawiają mnóstwo problemów. Mnóstwo problemów.

- Na przykład?

- My jesteśmy w szczególnej sytuacji, rozumiesz...

- To znaczy?

- Żony tych wszystkich ważniaków... przychodzą na siłownię... i jeśli się nie zgodzisz... załatwiają cię... A jeśli się zgodzisz, załatwiają cię te ważniaki. Siłownie w Abudży to bardzo trudna sprawa.

 

***

 

Jeździmy po Lagos. Zgubiliśmy się na drodze szybkiego ruchu. Ruch jest niewiarygodny, wszyscy trąbią. Jesteśmy spóźnieni. Siedzę w taksówce, która wiezie mnie na spotkanie ze starym znajomym. Wokół nas bzyczy milion taksówek motocyklowych. Taksówkarz przywołuje jedną. Ta skręca w naszą stronę i jedzie równolegle z nami, podczas gdy kierowca pyta o drogę. Następnie motocykl wyrywa w przód, a my podążamy za nim. Jedziemy tak przez dwadzieścia minut, aż motocyklista pokazuje nam kierunek i machając nam, odbija w bok. Wszystko gratisowo.

Za Chiny ludowe coś takiego nie mogłoby się zdarzyć w moim kraju.

 

***

 

Dwadzieścia tysięcy trąbiących motocykli, milion rozpadających się taksówek z żółtej blachy - wszystko napędzane wieczną gadaniną, wieczną krzątaniną, nieskończonością trąbnięć i popchnięć, ręce w górę, ręce w dół, ścięgna w szyjach napięte jak gitarowe struny. Aż szczękę mi wysadziło, aż kwiczę.

Na szyldach, tablicach i billboardach czysta ekstaza: Victory Ncobo, Wartość Xtra, Raj, Krucjata, Pędzimy Naprzód, Odmień Swój Świat, Rozkosze Życia Nie do Pobicia, Rusz w Życiu do Przodu!

Miliard ton betonu, metalu, szkła, drewna, papieru chwieje się - dostosowania strukturalne - a osiem milionów ludzi gna co sił w nogach, pcha co sił w rękach, gada w Dolby Surround. Są energią niezbędną do utrzymania machiny w ruchu. Jeśli się zatrzymają, metal się wygnie, beton runie w morze.

"My Atlas - mówi Lagos. - My udźwigniemy".

 

***

 

Kenijskie mssslp jest krótkie, ciche i oznacza rezygnację. Mpslp, o, smutno mi, kulę ramiona, co począć? W zachodnioafrykańskim mssssssslp wpierw pochyla się do przodu czoło, potem oczy podnoszą się, natężają i wybuchają jak gazowe palniki, a brwi ściągają się w oczekiwaniu gromu. To mssssssslp, zaczynające się z tyłu języka, przy wydętych ustach, z głośnym ściągnięciem śliny, długim i powolnym, jest syknięciem na wdechu. Niesie lekceważenie i pogardę. Z odchyloną w tył głową odwracamy się i odchodzimy - kołysząc biodrami, jeśli jesteśmy kobietą, prężąc klatę i wypychając żuchwę, jeśli jesteśmy mężczyzną: Nie jesteś wart mojej uwagi.

 

***

 

Francis, jeden z naszych kierowców, jest dziś w świetnym humorze. Jak, zdaje się, wszyscy w Lagos, odznacza się nienaganną prezencją. Świeżuteńki, odprasowany, w granatowym garniturze, prosto od fryzjera. Otwiera bagażnik swojego samochodu i pokazuje mi potężne pudło.

- Milion milionów naira - chwali się. - Telewizor. Nówka sztuka. Miesiące oszczędzania.

- Skąd właściwie jesteś?

- Z Enugu.

- Jesteś żonaty?

Patrzy na mnie nieco dzikim wzrokiem.

- Nieee. Jestem najstarszym synem.

Wjeżdżamy na autostradę. Francis włącza taśmę. Amerykański gospel dla powtórnie narodzonych. Francis bębni do rytmu w kierownicę i nuci: "Jezus... Jezus...", kołysząc głową. Nagle dzwoni mu telefon. Francis ścisza muzykę.

Przez jakiś czas nie mówi nic prócz "mmm" i "aha". Później wybucha i wali dłońmi w kierownicę.

- Nie mam piniędzy.

Długa głośna rozmowa w ibo6. I nagle znowu:

- Nieee. Nie. Nie mam piniędzy.

Rozłącza się. Przeklina.

- Uch. Piniędze i piniędze. Ciągle piniędze. Moja siostra ma swojego własnego męża. Ale ciągle piniędze. Piniędze to, piniędze tamto. Piniędze, piniędze i znów piniędze. Siostry, dzieci, szkoła, jedzenie, wesela, pogrzeby. Piniędze i piniędze.

Przekleństwa.

Mssssssslp.

Za chwilę znowu włącza muzykę, podkręca głośność... "Jezus... Jezus..." Chór gospel śpiewa teraz crescendo i mocno klaszcze. Wkrótce Francis znów bębni sobie i nuci.

Mssssssslp. I znów. Mssssssslp. Wzdycha, przycisza muzykę, bierze do ręki telefon.

- Ile? - pyta.

 

***

 

Przez położone niedaleko lotniska przedmieścia Lagos jedziemy na spotkanie z Lagbają, "człowiekiem w masce", twórcą muzyki highlife, który zdobył popularność wśród studentów i intelektualistów swoimi politycznymi tekstami. Lagbaja nosi maskę. Jest właścicielem nocnego klubu Motherlan'.

Mijamy jeden klub za drugim. Pełno odpicowanych ludzi. Z ogromnych budynków dudni łup-łup muzyka. Tu i ówdzie - rodziny z dziećmi. Pytam mojego towarzysza:

- Czyżbyście chodzili z dziećmi do lokalu?

- To nie lokal - śmieje się. - To wszystko nocne kościoły.

 

 

1 A beg. A beg... (pidżyn nigeryjski) - Proszę. Proszę. Proszę. Szefie. Panie? Proszę pana? Proszę pani?

2 T.D. Jakes (właśc. Thomas Dexter Jakes, ur. 1957) - protestancki teleewangelista z USA, biskup.

3 MTN - operator telefonii komórkowej z siedzibą w RPA, działa w różnych krajach Afryki i Bliskiego Wschodu.

4 Muridijja - sufickie bractwo muzułmańskie, jedno z największych w Senegalu, opiera się na nim w dużym stopniu organizacja życia w kraju.

5 Cheikh Anta Diop - sławny historyk, antropolog i polityk senegalski; panafrykanista.

6 Ibo - język zamieszkującego południowo-wschodnią Nigerię ludu Ibo.