Prolog
- Opowiadaj.
- Szkoda słów. Może ty pierwsza.
- Było aż tak źle?
- Zależy, jakie przyjąć kryteria. Nie doszło do rękoczynów, nie było
wulgaryzmów, nie zniżyli się do niszczenia mienia. Poza tym to był
koszmar.
- Kłócą się?
- Czy oni się kłócą? Hm... Tak bym tego nie nazwała, bo mówią niemal
szeptem. Wiesz, takim szeptem wykształconych, kulturalnych ludzi. Ale
jest w tym jad. To dwie żmije wymieniające z uprzejmością celne
ukąszenia.
- Które gorsze?
- Remis. Może ojciec ciut bardziej się czepia albo po prostu jego mniej
lubię. Solidarność płci, podświadomie trzymam z mamą i tak już będzie
zawsze. Po prostu.
- Ale o co im chodzi? Tak konkretnie to o co można się drzeć na
wczasach? Pogodę mieliście super, miejsce znacie. W czym rzecz?
- Dorota, życia nie znasz? Jest masa spraw, które muszą wyjaśnić i udowodnić sobie nawzajem, jak to drugie niewłaściwie postępuje. Zaraz
dam ci przykład.
Kamila zdjęła z włosów okulary przeciwsłoneczne, poprawiła długie,
sięgające do pasa włosy, odsunęła krzesło od kawiarnianego stolika i stukając zausznikiem okularów w dolne jedynki, zamyśliła się. Po chwili
sięgnęła po szklankę z colą, ale nie upiła nawet łyczka. Zagrzechotała
tylko delikatnie kostkami lodu i odstawiła szklankę. Spojrzała na Dorotę
i ciężko westchnęła.
- Dzień przed wyjazdem ojciec pojechał do warsztatu, bo coś tam
chrobotało w skrzyni biegów. Mama pakowała rzeczy. Wieczorem wszystkie
torby stały w przedpokoju. Rano przed szóstą zadzwonił budzik. Ojciec
się wściekł, że niepotrzebnie tak wcześnie się zrywamy. Mama na to, że
sam chciał przejechać przez miasto przed korkami, a poza tym do Krynicy
jest ponad czterysta kilometrów. Ojciec wtrącił, że jeśli po drodze
będziemy mieli stłuczkę, to nie będzie jego wina. Na co mama, że to jego
wybór, że siedział przy komputerze do tak późna, a przecież wiedział, że
wyjeżdżamy. W końcu wszyscy troje stanęliśmy nad torbami. Ojciec
podszedł do szafy mamy, otworzył ją i stwierdził, że jest zdziwiony, że
ona w ogóle zostawia jakieś rzeczy, bo myślał, że zabrała ze sobą
wszystko, co posiada. Na co mama, że w takim razie może on wyjmie z toreb rzeczy, które jego zdaniem są jej niepotrzebne. Na co ojciec, żeby
nie ulegała emocjom, bo on po prostu wie, że potem większość rzeczy jest
nieprzydatna. Na co mama otworzyła torbę ojca i oświadczyła: zostaw coś
ze swoich rzeczy, skoro uważasz, że jest za dużo. Zeszliśmy do
samochodu. Nie udało się na jeden raz zabrać wszystkich toreb. Ojciec
zaczął pakować graty do bagażnika i powiedział, żebyśmy wsiadły. Sam
poszedł do mieszkania po ostatnią partię. Ruszyliśmy w milczeniu. W drodze mama wyciągnęła kanapki. "I ty się dziwisz, że tyjesz... Kto dziś
je kanapki? Może jeszcze z pełnotłustym serem? Na drogę to się robi
sałatkę w hermetycznym pojemniku. Czy nie możemy po drodze gdzieś się
zatrzymać i zjeść coś świeżego?" Na co mama, że przecież to on zawsze
chciał kanapki, ale jak chce, to możemy się zatrzymać. Na co ojciec, że
oto właśnie cała ona i jej kobieca niefrasobliwość. Ma ze sobą jedzenie,
które teraz wyrzuci, bo kobiecym zwyczajem zmieniła zdanie. Po czym
wjechał na parking przed restauracją. Wysiadł, ja też. Mama nawet nie
drgnęła. Nie wysiądzie. Ma kanapki i teraz w samochodzie będzie je
kobiecym zwyczajem jadła. Ojciec i ja zjedliśmy w środku. Kiedy
ruszyliśmy, przyszedł do mnie SMS od Artura. Mama zapytała od kogo,
ojciec zaraz oświadczył, że to moja prywatna sprawa i że to karygodne,
żeby tak mnie sprawdzać; przecież jestem dzieckiem idealnym, godnym
zaufania. Mama na to, że tylko tak pytała, ale że to pewnie od Artura.
Na co ojciec, że to bezczelność ze strony Artura wysyłać mi wiadomość o ósmej rano. Mógł mnie przecież obudzić. Mama na to, że to są nasze
sprawy, Artur jest moim chłopakiem i na pewno wiedział, że wyjeżdżamy
wcześnie. "Prawda, córeczko?" Ojciec na to, że ten cały Artur od dawna
mu się nie podoba. Mama, że wręcz przeciwnie. To miły, grzeczny chłopiec
i oby wszyscy mężczyźni tacy byli. Potem przyszedł SMS do ojca. "Nie waż
się czytać, gdy prowadzisz!" "To moja sprawa. Ja ponoszę
odpowiedzialność i ja decyduję" - odparł ojciec, ostentacyjnie
odczytując SMS-a. "Tak! Szczególnie, gdy nas pozabijasz, to ty będziesz
ponosić odpowiedzialność". Podał mi komórkę i poprosił, żebym na ten
numer odpisała: "Jadę z rodziną do Krynicy-Zdroju. Odezwę się". Mama
spytała, do kogo pisze. Ojciec, że do wujka Mirka, jego brata. Mama, że
przecież wczoraj rozmawiała z ciotką i oni wiedzą, więc... i tak przez
całą drogę. Genialna podróż. Film z życia moich rodziców powinno się
wyświetlać na szkoleniach dla nowożeńców. "Zobaczcie, kochani, teraz
trzymacie się za ręce, a za dwadzieścia lat będzie tak. Proszę, oto film
poglądowy z życia państwa Jutrzenków". - Kamila uśmiechnęła się, jakby
wspominała coś bardzo fajnego.
- Czy ciebie to bawi?
- To śmiech przez łzy. - Kamila westchnęła, ale jej potrzeba wyrzucenia
z siebie złych wspomnień jeszcze nie była zaspokojona. - Słuchaj dalej,
teraz będzie najlepsze. Gdy dotarliśmy na miejsce, rozkręcili się na
dobre. Bo co robimy najpierw? Idziemy zjeść obiad czy rozpakowujemy się?
Ojciec, że oczywiście zjeść, graty mogą poczekać. Mama, że musi najpierw
wyjąć przynajmniej sukienki, bo nie po to je prasowała... Ojciec
ostentacyjnie wychodzi przed dom, mama ostentacyjnie wolno wyjmuje swoje
sukienki. Nagle wypada na taras i woła: "Maćku, gdzie jest ta srebrna
torba z butami?". "To ta srebrna też była do zabrania?" "Jak to, nie
wziąłeś jej? To była bardzo ważna torba!" "Stała z boku, skąd mogłem
wiedzieć..." "Przez ciebie zostaliśmy wszyscy bez butów". "Jakoś sobie
poradzimy" "Czy twoim zdaniem mam chodzić w traperach na koncerty?"
"Mnie to nie przeszkadza". "Ojciec rozumie duszę kobiety, prawda?" -
zaśmiała się Kamila. "Ale mnie tak!" - syczy mama. Gospodyni dyskretnie
wystawia głowę przez okno i uśmiecha się ze zrozumieniem. Nie takie
rzeczy działy się na tej kwaterze... Ojciec spokojnie pali papieroska,
mama bierze torebkę i idzie sobie na uspokajający spacerek. Ja mam
ochotę zapaść się pod ziemię. The End. I jak projekcja? Podobało ci
się?
- I co? Buty rzeczywiście zostały?
- Żadne zostały. Ojciec specjalnie ich nie wziął. Kilka razy poczęstował
nas umoralniającą przemową, że jest wiele kobiet, które umieją się
spakować w jedną małą torbę. Na co mama pytała, co to niby za kobiety.
On, że nie chodziło mu o nikogo konkretnego. Mama, że odniosła inne
wrażenie, więc kogo konkretnie miał na myśli. On, że nikogo. I tak przez
trzy tygodnie.
- Ale pogodę mieliście super. Łaziliście trochę po górach? Byliście na
Jaworzynie?
- Kobieto, ta pogoda to było przekleństwo. Ojciec po przejściu
dziesięciu metrów dostaje ostrej sapki. Mama proponuje, że weźmie od
niego plecak. Na co on, że nie jest babą i świetnie sobie radzi. Na co
mama: "O, zobacz! A tamten pan, dużo od ciebie starszy, a jak szybko
idzie. Brzucha nie ma, może to dlatego...". Na co ojciec, że on pewnie
dlatego tak szybko idzie, bo ma miłą żonę, a nie zrzędę, i że ktoś mu
ostatnio mówił, że najfajniej się chodzi po górach w milczeniu, kiedy
każdy wsłuchuje się w siebie. Na co mama pyta, od kogo niby to słyszał.
On, że od nikogo. Czy chcesz jeszcze kilka przykładów?
- Dzięki. Mam już dość. W zasadzie to czuję złośliwą satysfakcję, że nie
tylko moi są paskudni. Wiesz co? Jak się tak na ciebie patrzy, to nikt
by nie podejrzewał, że masz w domu takie schody. Myślisz, że się
rozwiodą?
- Oby jak najszybciej. Niech ojciec się już wreszcie, jak Bóg przykazał,
wyprowadzi. - Kamila wzniosła ręce do nieba. - Dobrze, że jeszcze tyle
wakacji przed nami, bobym zwariowała, gdybym jutro miała iść do szkoły.
Teraz jadę na obóz, potańczę sobie. Matys da nam w kość. Będę się
męczyć, aż zawarty w pocie chlorek sodu wypali mi oczy. Nareszcie
zrelaksuję się z dala od moich kochanych rodziców. Dorota? - Kamila
zmrużyła oczy i ściszyła głos: - To Kicia?
W drzwiach kawiarni stała ich koleżanka z klasy, Anka Sawicka, z jakimś
mężczyzną. Oboje byli jakby zmieszani. Wybrali stolik i nie czekając, aż
kelnerka przyniesie kartę, pochylili się i zaczęli rozmawiać.
- To chyba jej ojciec? Coś przeskrobała, bo tak jej klaruje.
- Coś się musiało stać. Ona zawsze znika na całe lato na tych swoich
obozach. Chyba ojciec... Ty, zobacz, ona ryczy. Dał jej chusteczkę.
Przyjaciółki już bez skrępowania, za to z wielką ciekawością wpatrywały
się w koleżankę z klasy.
- Może informuje ją, że się rozwodzą - powiedziała Kamila.
- Teraz wszędzie będziesz widziała rozwodzących się rodziców. A może po
prostu i zwyczajnie przyszła z ojcem na lody?
- To dlaczego ryczy? I w sukience? Ona ma sukienki? Nigdy w nich nie
chodzi. Włosy rozpuściła... Patrz, podkręciła końce... - Kamila odruchowo
poprawiła swoje włosy.
- Ty też rozpuściłaś.
- Właśnie, a robię to tylko na specjalne okazje.
- Czy ja jestem specjalną okazją dla ciebie?
- A co myślałaś?
- Myślałam, że nie.
Kamila potargała Dorocie grzywkę. Dorota poczuła miłe ciepełko w sercu.
Fajnie coś takiego usłyszeć od przyjaciółki. Na moment całkiem
zapomniała o Kici i jej ojcu. Z rozczuleniem popatrzyła na Kamilę i po
raz milionowy w życiu pomyślała, że Kamila jest bardzo ładna. Wygląda
tak, jak chciałaby wyglądać chyba każda dziewczyna. "Nic dziwnego, że
jest mistrzynią Polski w tańcu. Za sam wygląd dałabym jej medal" -
stwierdziła w duchu. Po chwili pobiegła wzrokiem za spojrzeniem
przyjaciółki.
- Dziwnie się zachowują, prawda? Jakby ustalali coś ważnego,
tajemniczego...
- Na przykład, ile kosztuje obóz albo ile Kicia potrzebuje na buty. Bez
fantasmagorii, bardzo proszę.
- Masz rację... Teraz ty. - Kamila dyskretnie się przeciągnęła. -
Zmęczyłam się wspominaniem tego pobytu, teraz posłucham ciebie. Nie garb
się i opowiadaj.
- Po pierwsze, wcale się nie garbię, po wtóre...
- Jak mnie drażni to twoje "po wtóre". Kto dziś tak mówi?
- Ja.
- Chyba już tylko ty. Jakbyś była z dziewiętnastego wieku - powiedziała
Kamila, a Dorocie wyraźnie sprawiło to przyjemność.
- A więc, droga Kamilko, po wtóre: ogólnie było do zniesienia.
Trzydzieści osób, czyli w sam raz. Pierwszego dnia zrobili nam test.
Załapałam się do średniej grupy. Dzięki za tego pocieszającego SMS-a, bo
strasznie mnie to zakłuło. Ja w średniej grupie... Za to dostałam fajnego
native'a.
- Powiedziałaś mu, że chcesz jechać na studia do Anglii? - zapytała
Kamila i zerknęła na Dorotę.
To było skryte marzenie Doroty: zaraz po maturze wyjechać z domu i zaszyć się gdzieś na końcu świata. Najlepiej tam, gdzie nie ma
internetu, a przede wszystkim nie ma telefonów. Być dosłownie poza
zasięgiem. Trzeba przyznać, że Dorota miewała w szkole potknięcia z wielu przedmiotów, ale nigdy nie był to angielski. Ten przedmiot był
święty. Uczyła się bardzo prostą metodą: każda lekcja na pamięć, na
blachę. Obudzona w środku nocy umiała odtworzyć obraz każdej lekcji,
linijka po linijce. Żadnych nowoczesnych interaktywnych metod, tylko pół
godziny BBC i kucie w czystej formie. Po roku takiej nauki zrozumiała,
że to najskuteczniejsza metoda. Oczywiście jej lingwistyczne apetyty
były znacznie większe. Pragnęła kursów, wyjazdów, konwersatoriów, native
speakerów... Jednak rodzice uważali, że w tej rodzinie zdolności ma Majka...
A może Dorocie tylko się tak wydawało? W każdym razie wakacyjny obóz
językowy opłacali bez komentarzy. Gdy Dorota była na nich szczególnie
zła, myślała sobie, że gdyby wiedzieli, jak uwielbia te obozy, toby jej
nie puszczali, ale oni sądzili, że ją zmuszają, i uważali, że musi
jeździć, bo to zgadzało się z ich planami co do jej przyszłości. Gdyby
wiedzieli, jakie plany ma Dorota... ale nie wiedzieli. O projektach
wyjazdowych starszej córki - podobnie jak i o milionie innych jej
ambicji, marzeń, decyzji, radości i trosk - nie mieli zielonego pojęcia.
- Tak, powiedziałam - wyznała Dorota z emfazą.
Nigdy nie rozmawiały o tym, że to mało realne, bo przecież Dorota musi
mieć na to pieniądze. Dorota uwielbiała wyobrażać sobie, że mówi albo
lepiej - pisze rodzicom lakoniczną kartkę, że jest tu i tu i że ich
pozdrawia. Szczególnie to "pozdrawia" dawało jej sporo satysfakcji.
Kamila natomiast zwyczajnie, po koleżeńsku nie chciała odzierać jej ze
złudzeń. Wiedziała, że przyjaciółka realizuje się w marzeniach i fantazjach.
- Sporo nauki - zaczęła znów Dorota. - Dwie godziny po śniadaniu, nowy
materiał, gramatyka, przed obiadem pół godziny BBC i obowiązkowe
odśpiewanie kilku piosenek - Beatlesów, Elvisa, Dylana. Potem maglowanie
tego, co było rano. Po obiedzie teleturniej, inscenizacja lub coś w tym
stylu. Wieczorem test...
- Wymyśliłaś coś?
- Jasne! Słuchaj... tam był jeden facet... Krystian. Fajne imię, prawda?
Takie obiecujące... Otóż Krystian był ujmujący. Załatwił sobie, nie bez
trudu, przeniesienie do mojej grupy, zawsze siadał koło mnie podczas
oglądania BBC. Halo, słuchasz mnie?
- Słucham, słucham... - Kamila z trudem oderwała wzrok od Kici i spojrzała
na przyjaciółkę. - Nie garb się.
- Będę. Nie mam zamiaru być primabaleriną, jestem tylko zwykłą
przeciętniaczką, więc mogę się garbić. Początkowo nie poznałam się na
nim, chociaż psie, rzewne spojrzenie było słodko jednoznaczne. Uwielbiał
mnie. Znosił mi kwiaty z pobliskich łąk i bardzo się starał. Żeby jakoś
ukierunkować jego nadaktywność, wyznałam razu pewnego, że może mi
zaimponować tylko ekstremalnie ostrym podejściem do życia. Wiesz,
żadnych szczegółów. Ma pole do popisu. Teraz uważaj, wolnym krokiem
zbliżamy się do meritum tej historii. Blisko naszego ośrodka była
przystań jachtowa. Któregoś wieczora, a był akurat nów i powietrze
pachniało wodorostami, wszyscy szliśmy na ognisko. Ja powiedziałam, że
zostaję, bo coś tam, tu jeszcze nie wiem. I wyobraź sobie, on pokonał
zabezpieczenia, ukradł mały jachcik i zaczął do mnie płynąć, ale po
drodze miał pecha, bo przyplątała się burza. Co tak patrzysz? No dobrze,
więc była pełnia i wiało, gromadziły się burzowe chmury. On, bez żadnego
pojęcia o żeglarstwie, utopił łódź i siebie przy okazji. Następnego dnia
śledztwo, policja, prokurator i te rzeczy. W tym jestem słaba, muszę
popracować nad realiami. Wszyscy byli przesłuchiwani... Do mnie prokurator
powiedziała...
- Dlaczego "powiedziała"?
- Bo to była kobieta ... że ja jestem poza podejrzeniami, bo mnie z nimi
nie było. - Ostatnie dwa słowa Dorota wypowiedziała wolno, z tajemniczo
przymkniętymi oczami.
Była przeciętnego wzrostu, ale bardzo chuda i gdy gestykulowała,
wydawało się, że jej kończyny są nienaturalnie długie. Gdy opowiadała
swoje historie, często zachowywała się teatralnie. Tym razem zawiesiła
dłonie w powietrzu i zamarła w bezruchu. Dwie panie przy stoliku obok
obejrzały się.
- Opuść ręce, ludzie patrzą. Nie rozumiem tych emocji.
- Jak to nie rozumiesz? Ja byłam poza podejrzeniami, a przecież to
właśnie ja go skłoniłam do kradzieży, bo powiedziałam, że lubię
ekstremalnie mocne... rozumiesz?
- Wydumane. Nieprawdziwe. I dlaczego zaraz się utopił? Był
niedorozwinięty? Nie wiedział, że w wodzie można się utopić? Co to ma
być? Kryminał? Lubisz napuchniętych topielców? Ja nie przepadam...
- No dobrze. To nie utopił, tylko przytopił, podtopił...
- Naciągane. Marne. Wiesz co? Ja bym na twoim miejscu zrezygnowała z pierwszej osoby, bo za bardzo rozpędzasz się z emocjami. Wymyślaj w trzeciej osobie, może to cię trochę przytemperuje. - Kamila popatrzyła
uważnie na przyjaciółkę, czy się nie obrazi, bo Dorocie najłatwiej było
podpaść krytykowaniem jej historyjek.
- Masz rację, napiszę od początku. Wiesz co, Kama? Chodź, podejdziemy do
nich. Może nas nie zauważą i coś podsłuchamy...
- Dobrze, tylko powolutku.
Kamila i Dorota podniosły się i ze sztucznymi uśmiechami ruszyły do
stolika, przy którym siedziała ich koleżanka.
Kicia poderwała się jak oparzona. Niemal przewróciła krzesło.
- Cześć, Kicia! Co tu robisz? Nie na obozie? - Kamila uśmiechnęła się do
jej ojca, a ten z poważną miną wstał.
Przez kilka sekund wszyscy czworo stali w krępującym milczeniu.
- Jestem Kamila Jutrzenko, a to Dorota Janowska. Jesteśmy... to znaczy
chodzimy z Anią do jednej klasy - powiedziała Kamila, czując, że między
Anką i jej ojcem dzieje się coś bardzo nieprzyjemnego.
Mieli nerwowy, rozbiegany wzrok i nie zaproponowali, żeby się dosiadły.
- Miło mi. - Mężczyzna wyciągnął rękę i przywitał się z nimi. Spojrzał
na Ankę, potem na zegarek i jeszcze raz na Ankę. - Muszę już jechać.
Muszę zdążyć na ognisko. Miło mi było was poznać. Do widzenia. - Znów
spojrzał na Kicię. - Pójdę zapłacić.
- A ty co? Nie na obozie?
- Nie. Nie jestem na obozie. Jestem tu - wolno powiedziała Kicia.
- Coś się stało?
- Wróciłam wcześniej, bo... się rozchorowałam. Muszę już iść. Cześć.
Przyjaciółki odprowadziły ją wzrokiem. Gdy podeszła do mężczyzny, ten
przepuścił ją w przejściu i delikatnie wziął za łokieć.
- Fajnego ma starego.
- Wiesz co? - Dorota poszukała krostki na brodzie i zaczęła ją szczypać.
- Kiedyś widziałam jej ojca, wyglądał całkiem inaczej.
- Ludzie się zmieniają.
- Może...
- To co? Jeszcze po jednej coli? Nie garb się, nie ruszaj sobie tej
krosty i przestań zgrzytać zębami - powiedziała Kamila.
Dorota na krótką chwilę wyprostowała chude plecy, odjęła dłoń od twarzy
i przestała zgrzytać zębami.
Wróciły do swojego stolika, lecz zanim zamówiły kolejną colę, przesiadły
się do innego, bardziej zacienionego, bo upał był coraz większy.
Był koniec lipca, na niebie ani jednej chmurki. Powietrze stało w miejscu, jakby samo zmęczone upałem i zaduchem. Do rozpoczęcia roku
szkolnego pozostało jeszcze pięć tygodni.
Rozdział pierwszy
Kiedy Kamila Jutrzenko pierwszy raz przekroczyła próg klubu "Solaris",
miała pięć lat. Nie wiedziała, po co tu przyszła, jak również dlaczego
nie wolno jej ssać końcówek swoich bardzo długich włosów, marudzić,
śpiewać o misiu w teczce i o tym, co niestosownego przydarzyło mu się
podczas wycieczki, ani stukać butami o nogi krzesła. Na początku to całe
czekanie było przede wszystkim nudne. Potem zrobiło się ciekawiej, bo
Kamila ziewnęła, a chłopczyk siedzący naprzeciw niej z przerażeniem
wtulił się w mamę. To była przełomowa chwila. Zauważywszy, że chłopczyk
się jej boi, Kamila mogła udawać ziewanie, ale nie zrobiła tego. Skoro
się boi, to po co go straszyć...
Gdyby Kamila nie poznała Sławka, zapewne do dziś by nie wierzyła, że
można się bać, gdy ktoś ziewa. Jednak poznała i wie nie tylko, że
ziewanie jest przerażające, lecz także że jeżdżenie windą jest potworne,
podawanie komuś ręki zagraża życiu (z powodu miejscowego nagromadzenia
bakterii), a używanie niewyparzonych sztućców prowadzi do śmiertelnego
zejścia poprzedzonego mękami konania na wirusowe zapalenie wątroby typu
B.
Od tamtego popołudnia gdy przeraziła pięcioletniego wówczas Sławka swoim
spontanicznym pięcioletnim ziewnięciem, widywali się nieprzerwanie przez
trzynaście lat. Najpierw ćwiczyli razem na sali, a od czterech lat
tańczyli już nie tylko w jednej sekcji, lecz także w jednej parze.
Gdyby Kamila miała nieco inaczej skonstruowaną osobowość, być może nie
zniosłaby obcowania z kimś takim jak Sławek. Szczęściem jednak (dla
Kamili czy dla Sławka większym - nie wiadomo) była zupełnie na neurozę
Sławka odporna. Nie obrażała się, że po treningu z nią dezynfekuje sobie
dłonie spirytusem kosmetycznym, nie ziewała przy nim nigdy, nie robiła
mu żadnych psikusów. Wręcz przeciwnie - broniła go przed jego własnymi
dziwactwami. Nie była nadmiernie towarzyska. Miała tak dużo treningów,
wyjazdów, zajęć i obowiązków sportowych, że z trudem znajdowała czas na
rozmowy z Dorotą i randki z Arturem. W zasadzie poza tym na nic innego
nie starczało jej doby.
Kamila lubiła ich trenera, bo Matys był konkretny. Mówił tylko tyle, ile
trzeba, i krótko ich trzymał. A Kamila chciała dużo pracować i chciała
odnosić sukcesy. Lubiła Matysa również dlatego, że dzięki niemu i jego
żelaznej dyscyplinie była bardzo zajęta, a to jej zdecydowanie
odpowiadało. Brak czasu usprawiedliwiał to, że nie miała znajomych, nie
chodziła na imprezy, nie interesowała się innymi. Nikt się nie czepiał,
każdy rozumiał: trenuje, jest zajęta - nie ma czasu. To "nie ma czasu"
stopniowo z przekleństwa stało się dla Kamili błogosławieństwem. "Nie
miała czasu", była zajęta, rozrywana, a to zawsze daje poczucie
płynięcia bystrym nurtem życia.
Na początku Kamila czuła się wyróżniona, szczególna i chyba też lepsza
od innych. To, co czuła dziś, należało tylko do niej. Nikomu, nawet
samej sobie, nigdy się do tego nie przyznawała, ale na pewno czuła się
jak kłusownik, który zastawił w lesie dobrze ukryte wnyki, a potem
zapomniał o nich i... sam się w nie złapał. Nie mogła się skarżyć na to,
że jej marzenia się ziściły. Każdy przecież chciałby być mistrzem
Polski, prawda?
Sergiusz Matys, jej trener, też swego czasu był tancerzem. Był nawet
wicemistrzem Europy, a w Polsce noszono go na rękach. Wiele sobie po nim
obiecywano. Niestety, to co staje się udziałem wielu sportowców, stało
się też udziałem Matysa. Kontuzja. Tę historię znali wszyscy, Kamila
też. Wielka kariera złamana. Samo życie. Smutna, ale banalna historia.
Nowe światło na tę sprawę rzuciła dopiero sytuacja, która miała miejsce
podczas ich treningu. Sergiusz Matys dostał wiadomość ze szpitala, że
jego zaawansowana wiekiem matka uszkodziła sobie staw kolanowy.
Podszedł do ich choreografki, z którą znali się od bardzo dawna, i cicho, ale niewystarczająco cicho, bo Kamila usłyszała, powiedział:
- Zobacz, jak kłamstwo zawsze się zemści. Wymyśliłem ten staw kolanowy i wrócił do mnie. Dokończ sama trening. Do jutra.
Zniknął, a Kamila zrozumiała w jednej chwili, że kontuzja była czymś
przez Matysa wymyślonym.
"O co tu chodzi? Dlaczego nie chciał trenować? Sam sobie uszkodził nogę?
On, z jego kultem zdrowego ciała? Dlaczego?!"
Niestety, od tamtej pory Kamila nie posunęła się ani o krok w wyświetlaniu prawdy. Jednak coś zaczęło w niej kiełkować.
Teraz, jadąc autokarem na obóz, nagle wróciła myślami do tego stawu
kolanowego Matysa. Nigdy na niego nie narzekał, tylko gdy ktoś, na
przykład w wywiadzie, wspomniał tę smutną przyczynę zakończenia jego
kariery, trener robił zbolałą minę. Kamila nagle odczuła potrzebę
porozmawiania o tym, opowiedzenia komuś, co usłyszała. Tylko komu? Była,
tak jak i Dorota, bardzo zamknięta w sobie. Trudno zawierała przyjaźnie.
Nadal nie kojarzyła wszystkich uczniów ze swojej klasy. W autokarze było
pięćdziesiąt osób, a ona mogłaby co najwyżej zwierzyć się Sławkowi.
Tylko nie w tej chwili, ponieważ Sławek twardo spał. Z nosem
rozpłaszczonym na szybie spał, jak to się określa, "na glonojada". Pod
twarz miał podłożoną chusteczkę higieniczną.
Kamila z niedowierzaniem pokręciła głową.
"I ten człowiek jest najlepszy w Polsce. Jego styl w quick stepie jest
absolutnie niepowtarzalny, a w tangu rzuca na kolana jurorów. Patrząc na
niego, nikt by w to nie uwierzył".
*
Majka była w domu. Niestety. Babcię jakoś dawało się znieść. Ona,
przynajmniej czasem, się nie wtrącała, nie komentowała, była miła,
umiała się zająć sobą i... kochała Dorotę. Majka miała dwanaście lat i zdaniem Doroty była uosobieniem wredności.
- I czego się gapisz, małpiszonie?
- Nie denerwuj się - powiedziała Majka spokojnym głosem. - Po prostu
chcę ci się przyjrzeć, żeby dobrze zapamiętać, jak wyglądasz.
- Po co?
- Żeby nigdy w najmniejszym szczególe nie wyglądać tak jak ty.
- Spadaj - syknęła Dorota i weszła do łazienki.
Trzasnęła drzwiami i przekręciła zamek pod klamką. Usiadła na pralce,
podkuliła nogi i objęła kolana rękami. Zamknęła oczy i oparła głowę o beżowe kafelki. Było jej smutno. Rozmowa z Kamilą przybiła ją jeszcze
bardziej. Przyjaciółka ma przed sobą najfajniejszą część wakacji, a ona
najgorszą - z młodszą siostrą u dziadków. Owszem, to zrozumiałe, że
trzeba dziadków odwiedzić, zresztą są nawet fajni. Ale po pierwsze:
dlaczego z Majką, a po wtóre: dlaczego z Majką? Po ostatnie: dlaczego z Majką?
Dorota miała do siostry masę najróżniejszych zastrzeżeń: Majka brała jej
cienkopisy, odbierała telefony do niej, zagadywała Kamilę, gdy ta do
nich przychodziła, była złośliwa, nie myła po sobie wanny, wiecznie
chciała na obiad naleśniki lub pierogi, miała oczy po mamie (co było też
poważnym narażeniem się Dorocie), lubiła rodziców, podlizywała im się,
nadskakiwała. Wynalazła wielką ramę i powiesiła sobie w pokoju ich
zdjęcie.
- Dobrze robisz, inaczej byś zapomniała, jak wyglądają.
"Jasne, że powiesiła sobie zdjęcie rodziców w pokoju. To ich ukochana
córeczka. Na przykład dlaczego ja nie mam praktycznie żadnego zdjęcia z rodzicami? Nie, wróć! Nieprawda. Otóż mam kilkanaście, jakżebym mogła o nich zapomnieć. Za każdym razem gdy robią wywiad z rodzicami, nas też
fotografują. Rodzinka w komplecie. Artyści i ich słodkie, mądre,
kochające się córeczki. Obrzydliwość. A Majka zachowuje się nie tylko,
jakby nic złego im nie robili, ale jakby byli w porządku. A w porządku
nie są!
Jestem zdalnie sterowaną lalką i denerwuje mnie to. Majka też jest
zdalnie sterowaną lalką, ale to lubi. W tym zasadnicza różnica".
Zsunęła się z pralki i spojrzała w lustro. Szczupła, drobna twarz,
rozdrapane krostki, zęby, jakby ich było za dużo...
"Gdyby rzęsy miały jakiś kolor i nie przypominały nylonowych nitek, oczy
byłyby nawet znośne. Gdyby! Brwi za to grube jak u polityka".
Ilekroć Dorota patrzyła na siebie w lustrze, czuła się jak okrutny żart
natury.
"Trudno. Nie ja siebie wymyśliłam. Nic na to nie poradzę" - pocieszała
samą siebie, bo chciała być osobą racjonalną i konkretną.
Na smutki zawsze pomagała jej nauka, ale tylko angielskiego. Teraz też
postanowiła zająć się tym, co zawsze ją odprężało.
- Dorotko, dziecko, spakowałaś się już? - krzyknęła babcia przez drzwi
łazienki.
Dorota usłyszała, jak Majka mówi:
- Ja się już spakowałam. Mamusia zawsze mówi, żeby nie nic zostawiać na
ostatnią chwilę.
"Mamusia? Mamusia to jest ktoś, kto stawia przed dzieckiem talerz z zupą, przyszywa guzik, krzyczy, gdy dziecko coś przeskrobało. Majka jest
obrzydliwa z tym naginaniem rzeczywistości. Jakie zawsze? Jakie? Na
palcach jednej ręki można policzyć, ile razy matka coś do nas mówiła.
Majka żyje na innej planecie. Na planecie, na której wszystko jest w porządku".
W podstawówce Dorota miała w klasie koleżankę, po którą każdego dnia
przychodziła mama. Zawsze po lekcjach czekała na córkę. Wszystkie dzieci
z klasy się z niej śmiały, a Dorota najbardziej. Jak ona ją obgadywała,
jak jej dokuczała. Nienawidziła tej dziewczynki, była dla niej podła.
Czuła, że trzeba ją ukarać, lecz wieczorem płakała w poduszkę i marzyła,
tysiące razy wyobrażała sobie, że wybiega po lekcjach, a przed szkołą
stoi jej mama. Jej mamusia! Dzieci śmieją się z Doroty, przezywają ją, a ona jest szczęśliwa, bo mama po nią przyszła.
- Do wszystkich diabłów, wyjdziesz wreszcie? Dorotaaaa! - Majka
załomotała w drzwi.
- Odczep się! Biorę prysznic!
- Bez wody? Akurat! Nie kłam! Wychodź, słyszysz? Tatuś dzwoni! Jak
wolisz, to mogę mu powiedzieć, że nie chcesz podejść. Na pewno się
ucieszy.
- Dawaj słuchawkę! No? Gdzie masz... oszukałaś mnie! - Dorota zamachnęła
się słuchawką.
- Inaczej nigdy byś nie wyszła. Obiad na stole - mruknęła Majka i zaraz
dodała: - Sama mnie do tego zmuszasz.
- Akurat, zmuszam cię.
- Dziewczynki, znowu się kłócicie? Dlaczego w innych domach może być
milo i ciepło? Powinnyście się wspierać i szanować, przecież jesteście
siostrami...
- Niestety - mruknęły jednocześnie i popatrzyły na siebie z niechęcią.
- Zobaczycie jeszcze, jak to dobrze mieć siostrę. Za kilka lat na pewno
to docenicie. Tak to już jest. Kiedyś ze śmiechem będziecie wspominać te
dzisiejsze kłótnie.
Ogólnie babcia była w porządku, a na tle innych babć nawet bardzo w porządku. Nie czepiała się o głośne słuchanie muzyki, nie robiła nigdy
obciachu przed znajomymi, smażyła dobre naleśniki i można jej było
powierzyć każdy sekret. Zawsze była zadbana, elegancka i pachnąca.
Babcią można się było pochwalić. Miała tylko dwie wady: nigdy nie
zajmowała stanowiska w kłótniach między nimi i nigdy nie chciała
krytykować rodziców. Trzymała ich stronę. O ile pierwsza wada była
jeszcze do zaakceptowania, o tyle drugiej Dorota nienawidziła.
Jadły przez chwilę w milczeniu. Babcia jak zawsze wykazała inicjatywę
towarzyską.
- Jakbyście miały coś do prania lub szycia, to dajcie teraz, bo chcę się
do tego zabrać, dobrze?
Siostry kiwnęły głowami, ale żadna się nie odezwała.
Milczenie było bezpieczne. Dorota bardzo je lubiła.
*
Matys wysiadł z autokaru pierwszy i nie oglądając się na nikogo, ruszył
wprost do budynku.
Kamila stała w przejściu i czekała, aż inni włożą buty, pozbierają swoje
rzeczy i wreszcie będą mogli opuścić autokar. Nie komentowała tego, że
jej klubowi koledzy są słabo zorganizowani. Stała i spokojnie czekała.
Oni ze Sławkiem byli gotowi.
Jakiś chłopak do niej mrugnął. Odmrugnęła, ale bez zainteresowania. Nie
znała go i nie chciała poznać. Przyjechała tu, żeby ciężko trenować, a nie zawierać znajomości. Ten etap miała już za sobą. W zeszłym roku
koszykarki, fajne dziewczyny, wciągnęły ją w wir życia nocnego i potem
dostała od Matysa taką reprymendę, że do dziś ją pamięta. To było
oczywiście zagranie w jego stylu. Na porannej zaprawie pobiegli na
dworzec autobusowy. Matys stanął przez tablicą z odjazdami i długo się w nią wpatrywał, a ponieważ przerwy w zaprawie nie były w jego zwyczaju,
zaraz ktoś zapytał, co się dzieje.
- Nic takiego. Sprawdzam autobusy dla Kamili, bo zdecydowała się, że
wraca do domu. Masz o jedenastej dwadzieścia; potem dwunasta
czterdzieści i trzynasta dziesięć...
Kamila - niewyspana, nafaszerowana tonami słodyczy, z bolącym po lodach
gardłem - rzuciła mu pełne skruchy spojrzenie, ale to go nie wzruszyło.
- To co, którym jedziesz?
Koło nich stał Sławek i z oburzeniem na nią patrzył.
- Nie lubię, jak ktoś rzuca pracę w pół drogi, ale do rozsądku nikt
nikogo nie zmusi. Który wybierasz?
Zrobiło się cicho.
Matys nie krzyczał, nie robił awantury, nawet nie patrzył na Kamilę,
tylko wciąż studiował rozkład jazdy.
Kamila się rozpłakała.
- To histeria czy refleksja nad sobą?
Milczał krótką chwilę.
- Ruszamy! - krzyknął w końcu.
Pobiegli dalej.
Kamila mało płuc nie wypluła, starając się przez cały czas trzymać
tempo. W duchu przeklinała własną głupotę. Ona chciała oszukać Matysa?
To tak jakby ktoś próbował wyłączyć słońce. Ten człowiek przez ścianę,
zanim zrobisz pierwsze pas, już wie, czy wczoraj wykonałaś dzienną
porcję ćwiczeń z sercem, czy tylko na odczepnego.
Wiedziała, że Matys już do tematu nie wróci. To nie był typ zrzędy.
Po przyjeździe z obozu powiedziała Dorocie, że jeśli ktoś chciałby
naocznie zobaczyć, co to znaczy autorytet, wystarczy, że rzuci okiem na
Matysa.
W tym roku nie miała najmniejszego zamiaru zajmować się czymkolwiek poza
ciężką harówą, jedzeniem, spaniem i czasem wysłaniem lub odebraniem
jakiegoś SMS-a. Mrugający do niej ponadwymiarowi drągale zdecydowanie
byli poza obszarem jej zainteresowań.
Ośrodek był bardzo ładny, każdy pokój miał łazienkę, i to świeżo po
remoncie. Marzenie. Można zostawić swoje graty bez obawy, że komuś
przyda się twoja szczotka lub "pożyczy" sobie twój tonik, albo - co też
się zdarzało - ręcznik lub nawet piżamę (to numer sprzed dwóch lat).
Reszta nie miała istotnego znaczenia - poza tym, z kim przyjdzie jej ten
pokój dzielić. Na ostatnim zgrupowaniu mieszkała z Agnieszką,
przesympatyczną bezproblemową florecistką (od tego czasu miała sentyment
do imienia Agnieszka), ale tym razem florecistki pojechały na
zgrupowanie do Bazylei, więc...
Kamila opadła na fotel koło recepcji. Nie brała udziału w ogólnej
przepychance, kto z kim w jakim pokoju. Nie ma Agnieszki, więc jest jej
wszystko jedno. Cztery tygodnie da się wytrzymać z każdym. No, prawie
każdym.
- Kamila Jutrzenko i Sławomir Olszewski, pokój czternaście - głośno
oświadczył trener sekcji lekkoatletycznej. - Marcin Zbaraski...
- Zaraz, zaraz! - Kamila zerwała się z miejsca. - Jak to? Mam być w pokoju ze Sławkiem?
To już nie były żarty. Po pierwsze: tego by nie przeżyła, a po drugie:
te gwizdy, gremialne "uuu" były nie do zniesienia, podobnie jak stała
obecność Sławka z jego natręctwami, wiecznie otwieranym i zamykanym
oknem oraz dwa razy dziennie sterylizowanym grzebieniem.
- A tak, zaraz... rzeczywiście... - Trener lekkoatletów się zasępił. - To
może Zbaraski z Olszewskim i z Piegatem, a ty... no cóż, na razie idź do
czternastki, jakoś nie widzę dla ciebie pary.
"Ja też nie widzę dla siebie pary" - pomyślała Kamila, patrząc na
przepychający się, rozwrzeszczany tłum klubowych kolegów.
- Może wnieść ci torbę?
Kamila drgnęła. Rozejrzała się po korytarzu.
Windy ani śladu. Oto test na stałość zasad. Jeśli teraz się zgodzi, to
jakby pozwalała mu na pierwszy krok. On zaraz zacznie sobie coś
wyobrażać, a ona po pierwsze ma Artura, kocha go, to jej chłopak,
najcudowniejszy ze wszystkich, a po drugie, trzecie i czwarte: nie jest
zainteresowana żadnym aferami damsko-męskimi, szczególnie na obozie pod
okiem Matysa i szczególnie z tym wielkoludem.
Co znaczą dwa piętra? W końcu jest sportowcem, a torba nie jest taka
ciężka.
- Chętnie - powiedziała i nie patrząc na chłopaka, ruszyła w kierunku
schodów.
Po chwili zrównał z nią krok. Kamila mimo woli zauważyła, że jej torbę
niósł tak, jakby były w niej dwa zeszyty, a nie majdan na cztery
tygodnie.
"Niezły jest" - pomyślała, ale nie zaszczyciła go komplementem. Wręcz
przeciwnie - dumnie wysunęła podbródek i rozglądała się wkoło, jakby
wchodziła po schodach sama. Dopiero gdy doszli do czternastki, Kamila
zdecydowała, że czas wyjaśnić na wstępie kwestie zasadnicze.
- Dzięki. Zaraz napiszę mojemu chłopakowi, jaki Waligóra tu zjechał.
"Waligóra? Co ja gadam?!" Poczuła, że od szyi skrada się ostry
rumieniec.
- Tańczysz, prawda? - Nie zaczekał na odpowiedź. - Od razu to
wiedziałem, jeszcze pod klubem w Warszawie. Tak się ruszasz... inaczej,
jakbyś głaskała powietrze. To na razie.
""Jakbyś głaskała powietrze"? Niezłe! Tylko dlaczego już poszedł? I co?
Żadnego "wnieść ci torbę do środka"? Żadnego "jak masz na imię"? Poszedł
sobie? Tak po prostu?"
Kamila stała przed czternastką i patrzyła na plecy Waligóry. Artur był
zdecydowanie przystojniejszy, miał fajniejszy głos, dużo bardziej
wyraziste oczy, o wiele inteligentniejszy wyraz twarzy i był ogólnie
dużo, dużo fajniejszy. Może tylko nie miał tak imponującej postawy, ale
Kamila nigdy nie przepadała za wielkoludami.
"Po co ja w ogóle o nim myślę? Przecież on mnie nic nie obchodzi. To
jakiś mięśniak. Jest dla mnie nikim. I będzie nikim".
- O Matyldo, ty wiesz z jakimi zwierzakami mnie umieścili? Jeden beka,
drugi ucieszył się, że w pokoju jest łazienka, bo będzie miał gdzie
chłodzić piwo. Ten pierwszy zapomniał piżamy, ale uznał, że jest gorąco,
więc po co mu piżama. Pewnie będzie spał na golasa!
Kamila usłyszała głos Sławka i dopiero wtedy się ocknęła. Podała
przyjacielowi klucz, pozwoliła wnieść swoją torbę do pokoju i żalić się
nadal.
- Czy ty kiedykolwiek będziesz zadowolony z życia?
- Kiedyś na pewno będę.
- Nie mów mi "kiedyś" i nie mów...
- Wiem, wiem. Jak ktoś mówi "kiedyś", to tak jakby krzyczał: "ludzie,
uwaga, zmyślam", a "na pewno" na tym świecie nie istnieje - z ironią
wyrecytował Sławek. - Słyszałem to sto razy.
- Więc jak słyszałeś, to tak nie mów.
- Aha. Jak robisz ten obrót, to złap mnie nie tu, tylko za nadgarstek.
Będzie stabilniej.
- Racja. Dobrze, czyli gdzie?
Kamila i Sławek wyciągnęli ręce i błyskawicznie to przećwiczyli. Nie
było między nimi żadnego napięcia. Nigdy się nie kłócili, najwyżej
droczyli, tak jak przed chwilą.
Gdy po niecałej godzinie zeszła do stołówki, od razu zobaczyła Waligórę.
Siedział przodem do wejścia. Widział ją na pewno, bo zerknął na nią i na
chwilę zatrzymał wzrok, ale twarz mu nawet nie drgnęła.
Kamila poczuła przykre ukłucie rozczarowania.
Na obiad była ogórkowa, klopsy wieprzowe w sosie pomidorowym, pęczak,
gotowane buraczki, surówka z zielonej sałaty i pomarańczy i kompot
truskawkowy, którego Kamila nie znosiła.
Zjadła wszystko. Na wyjazdach nie miała zwyczaju niczego nigdy
zostawiać, ale też nigdy nie kupowała sobie dodatkowego jedzenia. W ogóle była zadziwiająco porządna i poukładana.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki