2. Sauvage
Następnego dnia wiązanka przekleństw zbudziła mnie niczym głośne pianie koguta na wsi już o ósmej rano. Jak się okazało, to Łukasz i Kuba grali na konsoli i bardzo ekspresyjnie wyrażali swoje emocje. Miałam wrażenie, że od ich krzyków dom aż drży w posadach, zupełnie tak, jakby spacerował po nim Hulk.
- Co tam się dzieje? - zapytałam Klaudię, wchodząc do kuchni.
- Co? A, chłopaki sobie grają - mruknęła, odgarniając z czoła kosmyk falowanych włosów. - Czasami mogą być trochę głośno, jak się rozemocjonują.
- Trochę głośno? Koparka na budowie jest cichsza.
Skomentowała to śmiechem.
- Tak czy siak, dołączysz na śniadanie? - zapytała. - Naleśniki są na stole, Kuba i Łukasz już jedzą. - Entuzjastycznie pokiwałam głową. Miałam zrobić wczoraj zakupy spożywcze, ale przez te wszystkie emocje nie zdobyłam się na taki wysiłek.
W salonie od razu dało się poczuć subtelny, acz bardzo specyficzny zapach marihuany. Miałam wrażenie, że przesiąkły nim zarówno zasłony, jak i kanapa. Niemniej jednak słodka woń naleśników i dżemu truskawkowego kupionego w polskim sklepie nieco to zamaskowały.
Przywitałam się ze współlokatorami i zajęłam miejsce obok Kuby. Mój żołądek zaburczał momentalnie, więc od razu poczęstowałam się naleśnikiem.
Podczas gdy zajadałam się śniadaniem, Łukasz wdrażał mnie w ich holenderski świat.
- No więc, ogólnie jest tak, że wszyscy, oprócz Moniki, pracujemy na chłodni z paczkowanymi rybami, nie? Łososie, krewetki i inne rzeczy, które widzisz w markecie na dziale z rybami... To się nazywa FishWorld, ale mówimy na to "Rybolandia" - tłumaczył.
Omal nie parsknęłam śmiechem, słysząc tę nazwę.
- Aha... I na czym właściwie polega wasza praca?
- To jest order picking - wyjaśnił Kuba, połykając naraz niemal całego naleśnika.
- No, zbieramy zamówienia - kontynuował Łukasz. - I normalnie jest tak, że wszyscy rano jeździmy do pracy na dziesiątą. Zazwyczaj mamy też jeden dzień wolnego w tygodniu. Dziś na przykład Kapeć ma wolne, więc pojechał do Amsterdamu. No i... Ja też dziś siedzę na chacie.
- Czyli też masz wolne? - zapytałam, a on pokręcił głową.
- No, cymbale! - zawołał Kuba. - Pochwał się Tinie, co żeś odwalił.
Spoglądałam zdezorientowana to na jednego, to na drugiego. Łukasz uśmiechnął się niezręcznie i nerwowym gestem zaczął drapać się po głowie.
- No bo... Nawalałem się z takim jednym, nie? I to się kierownictwu zbytnio nie spodobało... To wyjebali nas obu. Stąd ta śliwa pod moim okiem. No, ale to on zaczął! - dodał szybko. - Miał jakiś problem!
Przygryzłam wargę, powstrzymując się od komentarza.
- I teraz, debilu, pracy nie masz - zauważył uprzejmie Kuba. - Ciekawe, jak spłacisz swoje długi.
- No, ale to nie była moja wina! Widziałeś, że sam się rzucał do mnie!
- I co z tego?! - Kuba wyraźnie tracił cierpliwość. Widziałam, jak zaciska palce na łyżeczce, którą nabierał dżem. - Wiesz, że typ jest walnięty, to się odsuń i rób swoje, a nie go pchasz na śledzie. I co, znowu się, idioto, zapożyczysz? Widzisz, Tina, ja tu muszę być rodzicem dla tych dwóch typów, chociaż obaj są, kurwa, dorośli!
- Ja już ci, Łukasz, kasy nie pożyczę! - ostrzegła go Klaudia, grożąc palcem niczym surowa matka.
- Oj tam, przesadzacie! - Łukasz machnął ręką i uśmiechnął się szeroko. - Pójdę do agencji i poproszę, żeby mi znaleźli coś nowego. Co za problem, nie, Tina?
Niepewnie przyznałam mu rację i szybko odwróciłam wzrok, udając, że bardzo interesują mnie lecące w tle wiadomości. Od razu pomyślałam o tym, czy tego typu sytuacje mogą wystąpić również pod tym dachem.
Bystre oczy Klaudii chyba dostrzegły, że nie czułam się komfortowo, bo od razu zmieniła temat.
- Tina, mamy w ogrodzie kilka rowerów, które zostawili poprzedni lokatorzy. Możesz sobie któryś wziąć.
O cholera, tylko nie to! Nagle zapragnęłam wrócić do tematu bójki.
- Mhm, nie ma takiej potrzeby - rzuciłam zdawkowo i niezdarnie sięgnęłam po kawę. Miałam nadzieję, że jakoś się za nią schowam, bo moje policzki zapewne przybrały już kolor sosu marinara.
- A co, już sobie załatwiłaś?
Westchnęłam. Mogłam się spodziewać, że w kraju, w którym jest więcej rowerów niż mieszkańców, ten temat prędzej czy później wyjdzie na jaw.
- Nie umiem jeździć na rowerze - powiedziałam w końcu, głosem aż ociekającym zażenowaniem.
Reakcja była dokładnie taka, jakiej się spodziewałam. Trzy pary brwi zmarszczyły się niemal w tym samym momencie, a usta współlokatorów uformowały się w okrągłe "O". Mogłabym powiedzieć to samo zdanie w języku holoholo, a efekt byłby identyczny.
- Ale jak to? - Kuba nie dowierzał. - Na serio? Nawet za dzieciaka nie korzystałaś z roweru?
- No tak. - Czułam, jak zaczynam oblewać się potem ze wstydu. W końcu każdy uczy się jazdy na rowerze od małego! Byłam jakimś niechlubnym ewenementem. - Nigdy nie było mi to potrzebne.
- Oj, ziomek, ziomek! - zaśmiał się Łukasz i poklepał mnie po ramieniu z taką werwą, że aż się ugięłam. - To się lepiej naucz, bo inaczej tu nie wyrobisz.
- Nie, nie, nie - zaprotestowałam szybko. - Miałam wypadek, jak byłam dzieckiem i niespecjalnie mi spieszno, żeby wrócić na rower. Naprawdę tego nie potrzebuję.
Klaudia uśmiechnęła się z politowaniem i miałam wrażenie, że chciała zaprotestować, ale ja byłam oporna na jakiekolwiek argumenty. Za każdym razem, kiedy wsiadałam na rower, widziałam przed sobą słup, w który uderzyłam kilkanaście lat wcześniej. Rower nie był niezbędny do życia - ani w Małopolsce, ani tutaj. Niech żyją autobusy.
- Tak czy siak, dupy w troki i jedziemy do roboty. Jest już za dwadzieścia. - Kuba wstał i przeciągnął się leniwie. - Jakieś plany na dzisiaj?
- Będę grał na pleju - odparł Łukasz, niemal od razu sięgając po pada.
- Nie mówiłem do ciebie - warknął Kuba. - Ty lepiej szukaj nowej pracy, bałwanie. - Spojrzał na mnie pytająco. - Tina?
- Coś sobie wymyślę - odparłam pewnie.
Byłam przekonana, że dziś spotkam się z Jasonem. Z samego rana wysłał mi wiadomość, aby zapytać, jak spędziłam pierwszą noc w nowym pokoju i dodał, że możemy wyskoczyć na kawę. Momentalnie odetchnęłam z ulgą i odpisałam. Wszystkie wątpliwości, które jeszcze wczoraj mnie nękały, ulotniły się w mig, kiedy zobaczyłam, że Jason się o mnie martwi.
Przed spotkaniem musiałam jednak uzupełnić lodówkę - nie mogłam korzystać z zapasów współlokatorów. Chwyciłam plecak i, włączywszy nawigację, ruszyłam na zwiedzanie okolicy.
Do najbliższego sklepu miałam dwadzieścia minut spacerem, więc uznałam, że jest to dobra okazja, aby zatelefonować do mamy i wypełnić swój codzienny obowiązek, jakim było zapewnienie jej, że nadal żyję, mam się dobrze i jeszcze niczego nie przypaliłam.
- Staż zaczynam za kilka dni, więc mam jeszcze trochę czasu, aby wcześniej poznać miasto - mówiłam, jednocześnie spoglądając na nawigację w telefonie. Droga wydawała się dość łatwa, ale z moją kiepską orientacją w terenie mogłabym zgubić się nawet w Lidlu. - Jeszcze nie miałam okazji zobaczyć Eindhoven w całej okazałości, ale wydaje się w porządku.
- Ale przecież już tam byłaś, kochanie - przypomniała mi łagodnie mama.
- Wtedy też niewiele widziałam - ucięłam szybko. - Znasz Asię, woli spędzać czas na zakupach niż zwiedzaniu.
- A nie byłaś tam z Magdą? - W słuchawce usłyszałam zdziwiony głos.
Ach, cholera jasna! Powinnam gdzieś zapisywać swoje kłamstwa.
Na szczęście matka wyręczyła mnie w zmianie tematu:
- Tak czy siak, słońce, nie chciałabyś jednak wrócić do Myślenic i pracować w szkole językowej kolegi Adasia? W końcu dobrze mówisz po angielsku, to i sobie zarobisz na studia. Akurat szukają pracowników, mogłabyś w domu mieszkać, a nie płacić komuś za wynajem...
Ostentacyjnie westchnęłam. Dzień bez przypomnienia mi o Myślenicach był dniem straconym. Rodzice zapewne pluli sobie w brodę, że to dzięki dodatkowym lekcjom angielskiego, które mi opłacali, byłam w ogóle w stanie wyjechać.
- Jeszcze trzysta sześćdziesiąt cztery dni - przypomniałam jej, po czym się pożegnałyśmy.
Po sklepie chodziłam z otwartym w telefonie kalkulatorem, aby mieć pewność, że moje marne oszczędności wystarczą do pierwszej wypłaty. Włożyłam do koszyka płatki owsiane, ryż, mleko i kilka pomidorów, przy okazji wliczając kolejne kwoty. Zanim jednak kalkulator pokazał ich sumę, na ekranie pojawiło się imię JJ-a.
- Hej, Tina - zagadnął, gdy odebrałam. - Jak tam? Wszystko dobrze?
- Jasne, że dobrze - odparłam, a na mojej twarzy od razu pojawił się uśmiech. Jego brytyjski akcent zawsze sprawiał, że niemal się rozpływałam. - Właśnie robię zakupy i załamuję się cenami. To o której chcesz się spotkać na tę kawę?
- Ach. - Jego ciche westchnienie sprawiło, że mina od razu mi zrzedła. To nie zapowiadało niczego dobrego. - Wiem, że rano wspominałem, że możemy się spotkać, ale kumpel ma dziś urodziny i urządzamy taki... Męski wieczór. Obiecałem mu wcześniej, tylko totalnie wypadło mi z głowy...
Poczułam, jak z nerwów zaczynam się trząść.
- To nic - rzuciłam szybko i machnęłam ręką, zapominając o tym, że Jason nie może tego zobaczyć. - Ja... Ja chyba też gdzieś wyjdę, chcę poznać miasto.
Kiedy skończyliśmy rozmawiać, zaklęłam pod nosem. Nie dość, że chłopak odwołał kolejne spotkanie, to w dodatku teraz wypadałoby faktycznie wyjść na miasto. Przecież nie mogłam siedzieć w pokoju i wpatrywać się godzinami w telefon, czekając na jego wiadomość. Może przy kolejnej okazji zapyta, co widziałam, gdzie byłam... Musiałam przynajmniej spróbować.
?
- Nie ma mowy, Tina - ziewnął przeciągle Kuba i sięgnął po pada. - Jesteśmy styrani po pracy.
Spojrzałam błagalnie na Klaudię, a później na Kapcia, ale nikt nie wyraził zainteresowania moją propozycją, aby wyjść na miasto. Nawet Łukasz, który wciąż nie rwał się do znalezienia nowej pracy, nie chciał mi towarzyszyć, uznając, że woli grać z Kubą w Wiedźmina.
Nie mogłam zresztą winić ich za to, że po dziewięciu godzinach w chłodni jedyne, o czym marzyli, to zamówić pizzę i odpoczywać w salonie. Widziałam zmęczenie na ich twarzach, więc porzuciłam plany wyjścia ze współlokatorami. Oni zasługiwali na odpoczynek, ja zaś stwierdziłam, że poradzę sobie sama.
- Okej, mam autobus za pół godziny - mruknęłam, przeglądając rozkład jazdy w Internecie. - A ostatni... O północy? Co?! W piątek?!
- No, a czego ty się spodziewałaś? - zaśmiał się Łukasz. - Mieszkamy na wypiździejewie!
- Ja już wypiłem drinka, więc cię nie odbiorę w razie czego - odezwał się Kuba, choć ja nie zamierzałam prosić o pomoc. - Może Kapeć?
Kapeć leniwie uniósł wzrok znad ekranu telefonu. Wyczułam, że gotów byłby wypić naraz całą butelkę whisky, żeby tylko ze mną nie jechać.
- Nie ma potrzeby - odpowiedziałam pewnie. - Dzięki, ale pojadę autobusem.
- Jesteś pewna? Może jednak spróbujesz na tym rowerze? - zaproponowała Klaudia, a ja tylko się skrzywiłam.
- Nie ma mowy, autobus da radę! - zadecydowałam z werwą i zaczęłam szykować się do wyjścia.
Chyba nigdy nie zdarzyło mi się iść na imprezę zupełnie samej. Nie czułam się komfortowo z wizją samotnego sączenia drinka w barze, ale chciałam czymś zająć myśli. Słowa Jasona wciąż nieprzyjemnie odbijały się echem w mojej głowie, więc stwierdziłam, że nie będę dostosowywać swojego życia w Holandii wyłącznie do niego. Aby pokazać swoją niezależność całemu światu (czyli Jasonowi i garstce innych obserwujących), obiecałam sobie, że będąc na mieście, wstawię jakieś zdjęcie do mediów społecznościowych. Niech chłopak zdaje sobie sprawę, że doskonale radzę sobie bez niego!
Z tą myślą wysiadłam na przystanku koło dworca centralnego i ruszyłam za tłumem w kierunku ścisłego centrum. Patrzyłam na rowery poustawiane w niemal każdym możliwym miejscu i obserwowałam wysokie, szklane budynki. Przez krótką chwilę zupełnie zapomniałam o Jasonie, a do mojej głowy znów zapukała myśl, że właśnie to miasto przez następny rok będzie moim domem. Eindhoven błyszczało, było ucieleśnieniem przyszłości i na próżno było szukać w nim historycznych zabytków czy katedr. Wyglądało zupełnie inaczej niż Myślenice, było też zupełnie niepodobne do zabytkowego Krakowa.
Nie gorzej prezentowała się ulica wypełniona barami - Stratuum. Głośna, huczna i pełna ludzi, którzy sączyli napoje w ogródkach piwnych lub palili papierosy przed wejściem do klubu karaoke. Nie kryjąc uśmiechu, przypatrywałam się różnym lokalom, starając się znaleźć taki, w którym czułabym się najlepiej. W końcu padło na niewielki, położony przy końcu ulicy bar z kolorowym wystrojem.
Lokal, podobnie jak reszta tych, które mijałam, był już pełen ludzi. Z głośników płynął głośny, skoczny pop, a w powietrzu unosiła się specyficzna mieszanka 3P: perfum, procentów i potu. Przebiłam się przez tłum do baru i przygotowałam dowód. Chciałam zamówić piwo, ale ostatecznie zdecydowałam się na colę zero. Nie było stać mnie na to, aby pić drinka w samotności.
Odebrałam od barmana zimną butelkę, schowałam dowód do kieszeni kurtki i odeszłam w głąb sali, gdzie wypatrzyłam pojedynczy stolik, który jeszcze nie był zajęty.
Samotność jednak szybko mi się znudziła, bo już po dwudziestu minutach zorientowałam się, że jednak nic tu po mnie. Ze znużeniem sączyłam colę i obserwowałam jak rozchichotana grupa dziewcząt tańczący w kółku przy barze. Pomyślałam od razu, że sama musiałam wyglądać dziwnie bez żadnego towarzystwa. Genialny plan, Tina! Patrz, jaka z ciebie imprezowiczka! Królowa nocy, księżniczka od podpierania ścian! - pogratulowałam sobie ironicznie w duchu.
Co mi w ogóle strzeliło do głowy, kiedy pomyślałam, że będę się dobrze bawić, siedząc w barze zupełnie sama i obserwując, jak inni ludzie cieszą się towarzystwem swoich przyjaciół? Nie oszukujmy się, pragnęłam spędzić ten wieczór z Jasonem i w tej kwestii nic się nie zmieniło. Chciałam, aby był tu ze mną, a tymczasem do towarzystwa miałam jedynie butelkę napoju, z której powoli zdrapywałam etykietę i telefon, którym pstryknęłam kilka przypadkowych zdjęć...
Nagle moim oczom ukazał się mężczyzna ubrany w sweter w kolorze butelkowej zieleni. Na ten widok serce momentalnie podjechało mi do gardła, a palce mocniej ścisnęły szyjkę butelki. Poczułam, jak całe moje ciało przechodzi dreszcz, który jednak minął, gdy tylko zerknęłam na twarz mężczyzny - wesołą, okoloną burzą brązowych loków. Z pewnością nie był tym, o kim pomyślałam. Zganiłam się w duchu, przecież Jason nie mógł być tu w swetrze, który leżał w mojej szafie.
Z westchnieniem spojrzałam na telefon. Ostatni autobus odjeżdżał za półtorej godziny, ale gdybym się pospieszyła, mogłabym zdążyć jeszcze na wcześniejszy. Dopiłam napój i wstałam od stolika, aby skierować się do wyjścia. Szybko jednak uświadomiłam sobie, że wypita prawie duszkiem cola zrobiła swoje i dobrze by było, abym jeszcze przed wyjściem skoczyła do toalety.
Stanęłam na końcu długiej kolejki prowadzącej do damskiej ubikacji i cierpliwie czekałam na swoją kolej. W międzyczasie zaczęłam dodawać na Instagrama zdjęcie, które zrobiłam chwilę wcześniej - grupa tańczących dziewczyn rozmazała się w ruchu, a kolorowe światła odbijały się od pozostawionego na stolikach szkła. Wyglądało tak, jakbym wyszła ze znajomymi, dobrze się bawiła i zrobiła to zdjęcie w przerwie od szaleństw na parkiecie, a nie siedziała przez pół godziny nad napojem bezalkoholowym z miną skazańca. Miałam taką głupią nadzieję, że Jason je zobaczy. Wiedziałam, że było to nieco żałosne, ale jednocześnie silniejsze ode mnie.
Nagle usłyszałam damski głos nad uchem. Uniosłam wzrok znad ekranu i spojrzałam wprost w kocie oczy dziewczyny, której czarne, sprężyste włosy wiły się wokół twarzy niczym małe zaskrońce.
- English? - zapytałam, gdyż zwróciła się do mnie po holendersku.
- Och. - Zmarszczyła idealnie wyregulowane, czarne brwi. - Pytałam, czy to jest kolejka do toalety.
- Tak, tak sądzę - odparłam ze słabym uśmiechem i przysunęłam się bliżej ściany, aby zrobić jej miejsce.
Odblokowałam telefon, aby dokończyć dodawanie relacji, ale wtedy nieznajoma odezwała się po raz kolejny.
- Skąd jesteś?
Spojrzałam na nią zaskoczona. Przyglądała mi się bez krzty nieśmiałości, a jej usta, pomalowane na kolor dzikiej fuksji, wykrzywiły się w dziwnym uśmiechu.
W miastach tak małych jak Myślenice wszyscy się znali. Ludzi kojarzyło się ze szkoły i z sąsiedztwa, przez co zapoznawanie nowych osób w kolejce do toalety należało raczej do rzadkości. Owszem, zdarzało mi się to podczas wizyt w Katowicach czy Krakowie, jednak nie aż tak często. Chyba wychodziło na to, że będę musiała przywyknąć do otwartości ludzi tutaj.
- Z Polski - odpowiedziałam i uśmiechnęłam się szerzej. - Wczoraj przyjechałam na roczny staż. A ty? Mieszkasz tu od dawna?
Nieznajoma wyglądała dość egzotycznie - miała wyrazistą urodę i oliwkową cerę. Kombinezon w kolorze ostrego fioletu jedynie podkreślał jej aparycję. Wyglądała, jakby pochodziła z Bliskiego Wschodu.
- Całe życie tutaj! - odparła, odrzucając do tyłu długie, kręcone włosy. - Mój tata jest z Turcji, matka stąd. Urodziłam się w Brabancji Północnej i teraz mieszkam z ojcem, matka wyniosła się do Kanady. Zatem jeśli będziesz potrzebować pomocy w zaaklimatyzowaniu się, to wal śmiało. W ogóle to Ayla jestem - dodała i wyciągnęła w moją stronę szczupłą dłoń. Uścisnęłam ją i również się przedstawiłam.
- Pomoc zawsze się przyda - przyznałam szczerze, nieco zdziwiona propozycją.
Ayla uśmiechnęła się szeroko, ale natychmiast spochmurniała, spojrzawszy w stronę toalet. Kabina pozostawała zajęta, odkąd stanęłyśmy w kolejce, a przed nami czekało jeszcze kilka dziewczyn.
- Jezu, a tej co, tampon utknął? - rzuciła wściekle Ayla i wywróciła oczami. Chwilę później przeniosła spojrzenie na mnie i uśmiechnęła się kącikiem ust. W jej oczach coś błysnęło, jakby właśnie wpadła na jakiś pomysł. - Wiesz, tak właściwie to ja tu pracowałam i wiem, że u góry jest toaleta pracownicza. Na pewno zgodzą się, żebyśmy skorzystały. Unikniemy stania w kolejce! - zawołała ostentacyjnie, kiedy drzwi do kabiny wreszcie się otworzyły, wypuszczając ze środka pijaną kobietę.
Zastanowiłam się. Przed nami wciąż stało pięć osób, a jeśli chciałam zdążyć na autobus, to musiałam zaraz wychodzić.
- A jesteś pewna, że możesz tam iść, jeśli już tu nie pracujesz?
- Jasne. - Wzruszyła ramionami. - Chodź!
Pociągnęła mnie za nadgarstek i ruszyłyśmy z powrotem w kierunku baru. Wyminęłyśmy młodego kelnera, który sprzątał puste szklanki ze stolika, a Ayla zadała mu jakieś pytanie po holendersku. Nie mogłam zrozumieć, co powiedziała, ale pracownik spojrzał na nią, uśmiechnął się i ze skinieniem głowy odpowiedział: "Ja, natuurlijk". To zdanie akurat rozumiałam - znaczyło "Tak, oczywiście".
- Mówiłam, że się zgodzi! - zachichotała Ayla i ruszyła do góry po starych, drewnianych schodach, które skrzypiały pod jej stopami.
Znalazłyśmy się na poddaszu, jeszcze mniejszym i jeszcze ciemniejszym niż mój pokój. Jedne drzwi były uchylone, a ja dostrzegłam w środku toaletę. Natychmiast odetchnęłam z ulgą, ale kiedy zobaczyłam, że w środku nie ma papieru toaletowego, od razu się skrzywiłam.
- Ach, to. Luz. Tu trzymają alkohol, a tu... - Ayla dostrzegła to samo co ja i wskazała brodą na najbliższe drzwi, które podtrzymywał stoper. - Tu są papiery, serwetki i inne duperele.
Zerknęłam niepewnie do środka. Faktycznie, w niewielkim pomieszczeniu znajdowały się artykuły higieniczne, ale ja nie byłam pewna, czy wolno było nam tam wchodzić. Ayla jednak nie wyglądała, jakby zaprzątała sobie głowę tą kwestią. Weszła do schowka bez zawahania, więc zaufałam, że może to zrobić i poszłam za nią.
Pomieszczenie zdecydowanie nie było przystosowane dla dwóch osób. Moja nowa koleżanka niemal od razu uderzyła głową o szafkę, na której stało wiaderko. Zaklęła pod nosem po holendersku i kopnęła stoper, który przytrzymywał drzwi. Te zamknęły się z hukiem, zwalniając nieco miejsca. Mogłyśmy odetchnąć.
- O, jest papier - stwierdziła zadowolona, sięgając po najbliższą rolkę. - Chodź, idziemy stąd.
Wyciągnęła rękę w stronę klamki, ale, ku naszemu zdziwieniu, klamki tam... Nie było.
- Co jest, do cholery? - szepnęła pod nosem, a rolka papieru wypadła jej z rąk i potoczyła się pod najbliższą półkę.
Poczułam, jak robi mi się gorąco. Zapaliłam włącznik światła, a jarzeniówka momentalnie oświetliła półki uginające się od papieru i serwetek. Wraz z Aylą w panice zaczęłyśmy szukać klamki na ziemi, jednak nigdzie jej nie było.
- Cóż, ten stoper to chyba jednak był potrzebny - stwierdziła kwaśno, a ja natychmiast zgromiłam ją wzrokiem.
- To zacznijmy walić w drzwi. Może jakiś pracownik akurat będzie przechodził i nas wypuści - zaproponowałam, próbując opanować nerwy.
Jeszcze bardziej się skrzywiła.
- Hmm, no... Wolałabym nie, bo w sumie... Nie możemy tu być.
- Co?! - zawołałam, nie dowierzając własnym uszom. - Nie pracowałaś tu nigdy?!
- No jasne, że pracowałam - rzuciła, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. - Skąd inaczej miałabym wiedzieć, gdzie iść? Z tym że to było dawno temu... I tylko trzy dni, bo im się nie spodobałam. Tego kelnera pytałam po prostu, czy sprzedają piwo bezalkoholowe, dlatego potwierdził. Myślałam, że nie zrozumiesz... - Uśmiech, który błądził gdzieś w kąciku jej ust, jeszcze mocniej mnie podburzył.
- To nie jest śmieszne! - wycedziłam przez zaciśnięte zęby, a Ayla spojrzała na mnie przepraszająco. - Zadzwoń do swoich znajomych, niech tu wejdą i nam otworzą.
- Osoby, z którymi tu przyszłam, są już w jakimś klubie na Strijp-S - odpowiedziała, a ja potrzebowałam kilku sekund, żeby przypomnieć sobie, że to dzielnica miasta, o której kiedyś opowiadał mi Jason. - Może ty zadzwoń do swoich?
- Przyszłam tu sama - odparłam ponuro, a Ayla natychmiast ściągnęła brwi.
- Sama?
- Tak, sama, bo miałam spędzić wieczór z mężczyzną, z którym się spotykam, ale on znów mnie wystawił! - rzuciłam z wściekłością i schowałam twarz w dłoniach, oddychając głęboko.
Nie minęły nawet trzy dni, odkąd wyprowadziłam się z domu, a już czułam, że ponoszę porażkę za porażką. Nie dość, że mój ukochany zdawał się wiecznie zajęty, to w dodatku utknęłam z obcą kobietą w jakimś schowku na papier, podczas gdy mój pęcherz bliski był wybuchu.
- Oj, to chyba coś kręci - usłyszałam jej głos.
Podniosłam głowę. Ayla wpatrywała się we mnie ze współczuciem, jakby była święcie przekonana co do słuszności swoich słów. Poczułam, jak coś boleśnie przewraca mi się w dołku. Faktycznie cała ta sytuacja nie wyglądała dobrze, ale przecież ta kobieta w ogóle nie znała Jasona. Nie wiedziała, co mówi!
Zignorowałam jej słowa i po prostu zaczęłam walić pięścią w drzwi.
- Halo! Niech ktoś otworzy! - wołałam. Na tym etapie było mi już zupełnie obojętne, czy dostanie nam się od pracowników lokalu. Przedostatni autobus, na który chciałam zdążyć, właśnie odjeżdżał, a ja pilnie musiałam skorzystać z toalety. - Nie mogę się spóźnić na ostatni autobus!
- Autobus? To nie przyjechałaś rowerem?
- Nie umiem jeździć na rowerze - rzuciłam, a zażenowanie, jakie mogłam czuć w związku z tym wyznaniem, przytłumione było teraz zdenerwowaniem.
- Że co?! - Dziewczyna była tak oburzona i rozbawiona jednocześnie, że w sumie mogłabym się na nią obrazić.
Westchnęłam ostentacyjnie i wyciągnęłam telefon z torebki. Chciałam wystukać w wyszukiwarce nazwę baru, znaleźć numer i po prostu do nich zadzwonić, ale - jak mogłam się spodziewać - na piętrze nie było zasięgu.
Trzeba jednak było zostać w domu.
- To... - zaczęła niepewnie Ayla, patrząc na mnie z miną niewiniątka. - Studiujesz? Bo ja kończę studia. Wzornictwo przemysłowe na Design Academy Eindhoven.
Oparłam się o drzwi z cichą nadzieją, że nagle się otworzą, jednak nic takiego się nie wydarzyło.
- Skończyłam niedawno - mruknęłam niezadowolona. - Zarządzanie.
- A czym chciałaś zarządzać?
- Swoim życiem, ale nie do końca mi to wychodzi.
Ayla uśmiechnęła się lekko. Choć sytuacja, w której się znalazłam nijak mi się nie podobała, to jednak odwzajemniłam ten uśmiech.
Usiadłyśmy na ziemi pokrytej kurzem i zaczęłyśmy rozmawiać, aby jakoś zabić czas. Miałam nadzieję, że ktoś szybko zjawi się w kantorku, ale wyglądało na to, że dodatkowe rolki nikomu nie były potrzebne; nie było słychać żadnych kroków. Co jakiś czas uderzałyśmy więc w drzwi, jednak szanse, że ktoś z dołu nas usłyszy, były niewielkie. Muzyka grała zbyt głośno, aby nasze krzyki i stukanie się przez nią przebiły.
- Wiesz co... - zagadnęła w pewnym momencie Ayla, bawiąc się opakowaniem wykałaczek, które obracała w dłoniach. Metalowe bransoletki na jej nadgarstku, brzęczały przy każdym ruchu. - W sumie podoba mi się, że przyszłaś sama do baru. Rzadko to się zdarza.
- Cóż, może gdybym przyszła z kimś, to teraz nie siedziałybyśmy w zamknięciu od... - spojrzałam na wyświetlacz telefonu i westchnęłam - pół godziny. Mój ostatni autobus odjedzie za pięć minut, a ja pewnie zesikam się za trzy...
Urwałam, bo w tym momencie ktoś otworzył drzwi, a my poderwałyśmy się na równe nogi. Uderzyłam głową o półkę, więc sycząc z bólu, zaczęłam rozmasowywać sobie skroń.
Tymczasem kelner, który wcześniej rozmawiał z Aylą, spojrzał na nas wyraźnie zdziwiony. Moja towarzyszka nerwowo zaczęła mu coś wyjaśniać po holendersku, a ja tylko obserwowałam jego minę, modląc się w duchu, abyśmy nie wpadły w jeszcze większe kłopoty.
Na szczęście on tylko wzruszył ramionami i odpowiedział coś, co wywołało na twarzy Ayli wyraźną ulgę. Rzuciwszy mu szybkie "Dank je wel!"2 złapała mnie za nadgarstek i obie dosłownie zbiegłyśmy po schodach.
- Powiedziałam mu, że ktoś nam powiedział, że toaleta jest u góry, a my przez przypadek weszłyśmy do innego pomieszczenia - wyjaśniła Ayla, kiedy przeciskałyśmy się przez tłum na dole. - Nie wiem, czy to kupił, ale chyba było mu to wszystko obojętne...
Pożegnałam się już z ostatnim autobusem, więc z nietęgą miną stanęłam wraz z Aylą z powrotem w kolejce do toalety. Na szczęście tym razem wszystko poszło dużo szybciej i już chwilę później mogłam wyjść z baru z pustym pęcherzem, ale za to głową pełną zmartwień. Jak teraz dojadę do domu?
Ayla chyba czuła wyrzuty sumienia, bo zdecydowała się dotrzymać mi towarzystwa w drodze na dworzec. To ona prowadziła, bo ja nie wiedziałam, jak dokładnie dostać się w miejsce docelowe. Nie miałam zresztą czasu na zabawę z nawigacją - zajęta byłam szukaniem innych połączeń w telefonie, jednak na nic się to zdało. Najbliższy przystanek, na którym mogłabym wysiąść, znajdował się jakieś pół godziny piechotą od mojego domu.
- Chyba muszę zamówić podwózkę - stwierdziłam w końcu, siadając na ławce pod wiatą przystanku. Kilka autobusów znajdowało się na pętli, ale niestety żaden z nich nie mógł dowieźć mnie tam, gdzie chciałam.
- Mhm, powodzenia! - zaśmiała się Ayla, ale widząc moją nietęgą minę, spoważniała. - Tutaj wszyscy jeżdżą rowerami, stara. Mało kto korzysta z taksówek i aplikacji. Mamy w Holandii jedną apkę, Carful. Może tam coś znajdziesz, ale nie napalaj się. Gdzie mieszkasz?
Podałam jej swój adres.
- To niedaleko Strijp-S - stwierdziła i zajęła miejsce obok mnie, żeby chwilę później również wyjąć z kieszeni telefon. - No, niedaleko autem. Zostawiłam tam rower, więc i tak muszę się tam dostać. Spróbuję zamówić tego Carfula, najpierw odwiezie mnie, a potem ciebie... O ile jakiś w ogóle będzie wolny...
Nie chciało mi się wierzyć, że w piątkowy wieczór nie będzie żadnych samochodów w mieście, które miało ponad dwieście tysięcy mieszkańców, ale szybko okazało się, że Ayla miała rację. Na mapie widoczne były może ze trzy pojazdy, wszystkie daleko od centrum. Zamówiłyśmy przejazd i przeszłyśmy kilkanaście metrów dalej, aby tam cierpliwie czekać na kierowcę.
Srebrny mercedes pojawił się dopiero po niemal dwudziestu minutach. Przywitałam go z taką ulgą, jakby był wozem z ekipą ratunkową, na którą czekałam trzy dni pod gruzami jakiegoś budynku.
Przywitawszy się szybko z kierowcą, opadłam na miękkie siedzenie i głośno wypuściłam powietrze z płuc. Wnętrze auta pachniało znajomo, jednak nie mogłam sobie przypomnieć, skąd znam tę woń. Byłam niemal pewna, że to były perfumy, których używał mężczyzna.
Przyłożyłam policzek do zimnej szyby i obserwowałam domki mieszkalne, które mijaliśmy. Miałam wrażenie, że właśnie wychodziły ze mnie wszystkie emocje, które kumulowałam w piersi cały wieczór. Poczułam, jak całe ciało zalewa fala gorąca, więc ściągnęłam dżinsową kurtkę i odłożyłam ją na drugie siedzenie. Ayla przeglądała coś w telefonie, a z przyciszonego radia dochodziły wiadomości i był to jedyny dźwięk, który wypełniał samochód. Napawałam się tą ciszą, marząc o chwili, gdy w końcu zatopię się w pościeli...
Nagle poczułam, jak telefon w mojej torebce wibruje. W ciągu ostatnich miesięcy Jason przyzwyczajał mnie do tak częstych rozmów, że każde powiadomienie traktowałam jak wiadomość od niego, więc odruchowo sięgałam po telefon. Tym razem jednak to nie on był nadawcą.
Od: Łukasz
Co tam wariatko?! Poszłaś w melanż? Myśleliśmy, że przyjedziesz ostatnim autobusem, daj znać, czy żyjesz, hehe!
Uśmiechnęłam się półgębkiem i odpisałam, że właśnie jadę do domu. Na mojej twarzy chyba mimo wszystko widoczny był zawód, bo nie umknęło to bystrym oczom Ayli.
- Bufon się odezwał?
Zamrugałam i przez moment patrzyłam na nią pytająco. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że przecież wspominałam jej wcześniej o Jasonie.
- To nie bufon - mruknęłam. - Ale nie... To nie on.
- Bufon, nie bufon... Znam się na facetach, Tina! Widzę, że coś jest na rzeczy. - Spojrzała na mnie z łobuzerskim uśmiechem i puściła mi oczko. - Przyjechałaś tu dopiero wczoraj, więc nie marnuj czasu na gościa, który nie znajduje go dla ciebie. Holandia stoi przed tobą otworem!
Zaśmiałam się lekko i skierowałam wzrok przed siebie. Wtedy złapałam w przednim lusterku spojrzenie kierowcy: jasnoniebieskie, a w tym świetle niemal szare tęczówki, przypominały lód. Miałam wrażenie, jakby coś niepokojącego błyszczało w jego oczach i wtedy przypomniałam sobie, skąd znam zapach jego perfum, dziki, nocny i orientalny. To był Dior Sauvage.
Odpędziłam tę myśl z głowy i zwróciłam się do Ayli:
- Na razie chcę poznać nowych znajomych.
Ta wiadomość wyraźnie ją ucieszyła.
- No to właśnie poznałaś! Chodź, wymienimy się numerami. Głupio mi za tę akcję dzisiaj, obiecuję, że to ostatni raz! - Przyłożyła dłoń do serca, ale ja miałam nieodparte wrażenie, że mimo wszystko była typem osoby, z którą podobne sytuacje są na porządku dziennym. - Umówmy się na jakąś kawę czy kolację, ja stawiam. W ramach zadośćuczynienia!
Zapisałyśmy swoje numery, obiecałyśmy sobie, że będziemy w kontakcie i niedługo później Ayla wysiadła z pojazdu w kolorowej dzielnicy Strijp-S, by przesiąść się na rower.
Kierowca ruszył drogą między domkami jednorodzinnymi pogrążonymi w nocnej ciemności. Nie minęły nawet dwie minuty, kiedy jego głęboki głos przerwał ciszę:
- Ciężka noc? - zagadnął po angielsku.
Już chciałam odpowiedzieć, ale wtedy mój telefon po raz kolejny zawibrował. Westchnęłam z irytacją, bo wiedziałam, że prawdopodobnie nie była to wiadomość, na którą czekałam, ale o dziwo ponownie okazało się, że nie miałam racji.
Od: JJ
Może spotkamy się w przyszłym tygodniu?
- Można tak powiedzieć - odparłam ze słabym uśmiechem. - Holandia powitała mnie z hukiem.