Kiedyś, może, pewnego dnia - Alicja Kłos

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1. Idzie nowe

To mo­gła być Por­tu­ga­lia, ale stało się coś, co zmie­niło moje plany. Za­ko­cha­łam się.

- Czyli... To na­prawdę się wy­da­rzy? Mó­wisz po­waż­nie? Przy­le­cisz do Ho­lan­dii?

Jego zie­lone oczy wpa­try­wały się we mnie z mie­sza­niną eks­cy­ta­cji i nie­do­wie­rza­nia. Za­ci­snął mocno palce na mo­jej dłoni, a ja po­czu­łam, jak serce pod­cho­dzi mi do gar­dła. Sie­dzia­łam w sa­mym sercu Kra­kowa, w uro­czej ka­wiarni pach­ną­cej cy­na­mo­nem i ziar­nami kawy, na­prze­ciwko męż­czy­zny, w któ­rym się za­ko­cha­łam i eks­cy­to­wa­łam się my­ślą, że za pół roku ta­kich dni bę­dzie wię­cej.

- Tak - od­par­łam, nie kry­jąc emo­cji. - W lipcu już tam będę. Do­sta­łam na­wet ofertę z Por­tu­ga­lii, ale od­rzu­ci­łam ją... Rzecz ja­sna.

- A co na to twoi ro­dzice? - do­py­ty­wał, a ja mo­men­tal­nie się skrzy­wi­łam.

- Cóż, nie są zbyt­nio za­do­wo­leni... - mruk­nę­łam. - Nie wie­dzą o to­bie... Uwa­żają też, że so­bie nie po­ra­dzę.

- Bzdura! - za­wo­łał na­tych­miast. - Oczy­wi­ście, że so­bie po­ra­dzisz! A my w ciągu tego roku bę­dziemy mo­gli w końcu spo­ty­kać się jak nor­malni lu­dzie.

- Tak my­ślisz?

W od­po­wie­dzi uśmiech­nął się tak sze­roko, że aż zmię­kły mi ko­lana, a w piersi za­parło dech. Spra­wiał, że w jed­nej chwili za­po­mnia­łam o wąt­pli­wo­ściach tłu­ką­cych się z tyłu mo­jej głowy - tych zwią­za­nych z dez­apro­batą ro­dziny, fi­nan­sami, pracą, o nie­po­koju na myśl o tym, że na­prawdę zde­cy­do­wa­łam się wy­emi­gro­wać. Czu­jąc jego wspar­cie, by­łam prze­ko­nana, że dam so­bie radę na ob­czyź­nie i że spę­dzę tam naj­lep­szy rok swo­jego ży­cia. Nie mo­gło być prze­cież ina­czej.

Przez ostat­nie mie­siące zda­rzało mi się bić z my­ślami, zwłasz­cza przy braku wspar­cia ro­dzi­ców dla mo­jej de­cy­zji o wy­jeź­dzie, ale wsia­da­jąc do sa­mo­lotu, by­łam pewna, że ro­bię do­brze.

- Sza­nowni pań­stwo, zbli­żamy się do lą­do­wa­nia. - Głos pi­lota wy­rwał mnie z za­my­śle­nia. Drgnę­łam i spoj­rza­łam przez okno. W dole ry­so­wało się po­woli mia­sto, w któ­rym za­miesz­kam. - Dzi­siaj w Ho­lan­dii jest upal­nie i sło­necz­nie, jest go­dzina trzy­na­sta czter­dzie­ści pięć czasu lo­kal­nego. Dzię­ku­jemy pań­stwu za wspól­nie spę­dzony lot. Ży­czymy mi­łych wa­ka­cji lub wi­tamy w domu.

Sa­mo­lot za­czął po­woli zbli­żać się do ziemi, a ja uśmiech­nę­łam się pod no­sem. Wi­tamy w domu.

- Hej, zgad­nij, kto wła­śnie wy­lą­do­wał! - mó­wi­łam do te­le­fonu, cią­gnąc wa­lizkę po pły­cie lot­ni­ska. Mia­łam wra­że­nie, że moje po­liczki nie­mal płoną, a eks­cy­ta­cja w gło­sie jest aż na­zbyt sły­szalna. - Tak się cie­szę, że nie­długo się spo­tkamy! Za­dzwoń, kiedy tylko znaj­dziesz chwilę!

Palce drżały mi tak bar­dzo, że omal nie upu­ści­łam te­le­fonu, wy­sy­ła­jąc wia­do­mość gło­sową, a serce ru­szyło ga­lo­pem, gdy ob­ser­wo­wa­łam, czy sta­tus obok jego imie­nia nie zmie­nia się na "ak­tywny". Wi­dząc jed­nak, że chło­pak nie był do­stępny, scho­wa­łam te­le­fon do kie­szeni i po­dą­ży­łam za tłu­mem. Wciąż mo­głam sły­szeć roz­mowy w ro­dzi­mym ję­zyku, jed­nak uj­rzaw­szy na­pisy in­for­ma­cyjne po ho­len­der­sku, uświa­do­mi­łam so­bie, że pol­sko­ści w peł­nej kra­sie nie do­świad­czę praw­do­po­dob­nie przez okrą­gły rok.

Gdy do­tar­łam do drzwi wyj­ścio­wych, nad któ­rymi wid­niał wielki na­pis "WE­LCOME TO EIN­DHO­VEN"1, nie­spo­dzie­wa­nie po­czu­łam ucisk w żo­łądku. Zda­łam so­bie sprawę, że było już za późno na cof­nię­cie de­cy­zji i po­tulny po­wrót pod ro­dzinny dach. Ta myśl spra­wiła, że moje serce po­szy­bo­wało w górę z taką mocą, jakby było tym sa­mo­lo­tem, który wła­śnie od­ry­wał się od pasa star­to­wego. Cho­lera, ja na­prawdę wy­emi­gro­wa­łam!

Wy­szłam z bu­dynku ter­mi­nalu, przy­wi­tana ostrymi pro­mie­niami lip­co­wego słońca. Zmru­ży­łam oczy i uśmiech­nę­łam się sama do sie­bie. Moje nowe ży­cie za­czy­nało się wła­śnie tu i te­raz.

Bacz­nie ob­ser­wo­wa­łam, jak lu­dzie po­spiesz­nie idą w kie­runku przy­stanku au­to­bu­so­wego, cią­gnąc za sobą ba­gaże. Pró­bo­wa­łam do­strzec w tym tłu­mie zna­jome twa­rze, na które cze­ka­łam.

- Tina!

Od­wró­ci­łam się. W od­dali zo­ba­czy­łam Klau­dię oraz jej chło­paka, Kubę.

Prze­szło mi przez myśl, że two­rzyli wy­jąt­kowo kon­tra­stową parę. On miał czarne włosy ścięte na jeża i opa­le­ni­znę tak bursz­ty­nową, jakby miesz­kał na Ka­ra­ibach. Ona, ze swo­imi błę­kit­nymi oczami i blond war­ko­czem za­chwy­cała iście sło­wiań­ską urodą. Oboje uśmie­chali się do mnie sze­roko.

- Daj, we­zmę twoją wa­lizkę - za­pro­po­no­wał Kuba, kiedy się z nimi przy­wi­ta­łam.

Wsie­dli­śmy do pach­ną­cego miętą mer­ce­desa, a ja od razu opar­łam głowę o szybę, wy­pusz­cza­jąc z ulgą po­wie­trze. Czu­łam, jak serce wali mi z ner­wów, ale nie było w tym nic dziw­nego - ciało wy­rzu­cało z sie­bie silne emo­cje, jakby było wul­ka­nem.

Kuba od­pa­lił sil­nik, a ja wy­ję­łam te­le­fon z kie­szeni, aby spraw­dzić, czy do­sta­łam od­po­wiedź na swoją wia­do­mość gło­sową. Jęk­nę­łam w du­chu, wi­dząc, że nic ta­kiego się nie stało.

To na­prawdę dziwne, że wciąż się do mnie nie ode­zwał. Prze­cież do­sko­nale wie­dział, że przy­la­tuję... Za­zwy­czaj od­po­wia­dał na moje wia­do­mo­ści w mgnie­niu oka.

Po­czu­łam nie­przy­jemny skurcz w żo­łądku, ale zi­gno­ro­wa­łam go. Prze­cież od wy­lą­do­wa­nia nie mi­nęło jesz­cze tyle czasu, może po­mie­szały mu się go­dziny...

- Tyle lat, co? - za­gad­nęła Klau­dia, a ja pod­sko­czy­łam z lekka, wy­rwana z ob­jęć wła­snych my­śli. - Na­wet nie by­łam pewna, czy cię po­znam. Po­wie­dzia­łam Ku­bie, że ma szu­kać ma­łej, ru­dej dziew­czyny w ko­lo­ro­wej spód­nicy!

- Ha, od lat ro­bię się na blond - od­par­łam, gła­dząc się po far­bo­wa­nych wło­sach. Odło­ży­łam te­le­fon na sie­dze­nie fo­tela, aby mnie nie roz­pra­szał. - Ale nie martw się, w głębi du­szy na­dal je­stem tą "Tiną z Zie­lo­nego Wzgó­rza", jak mnie za­wsze na­zy­wa­li­ście.

- To zna­cie się jesz­cze z pod­sta­wówki? - za­py­tał Kuba, cho­ciaż Klau­dia na pewno opo­wia­dała mu, kim jest dziew­czyna, która wpro­wa­dzi się do ich domu.

- Aha - przy­tak­nę­łam, nie­mal przy­kle­ja­jąc twarz do okna i ob­ser­wu­jąc domki jed­no­ro­dzinne prze­my­ka­jące za szybą. - Wiesz, bran­so­letki przy­jaźni, wspólne oglą­da­nie High School Mu­si­cal i kłót­nie o to, kto był lep­szy: Edward czy Ja­cob.

Klau­dia za­chi­cho­tała, a Kuba uśmiech­nął się nie­zręcz­nie. Wy­da­wało mi się, że chyba nie mógł wczuć się w no­stal­giczną aneg­dotkę o ob­se­sji na punk­cie Zmierz­chu.

- A po­tem przy­sze­dłeś ty, roz­ko­cha­łeś ją i za­bra­łeś za gra­nicę. - Wzru­szy­łam ra­mio­nami.

Do­strze­głam jego trium­falny uśmiech w lu­sterku wstecz­nym.

- No, ko­biety to za mną na­wet do in­nego kraju wy­jadą!

Tak na­prawdę z Klau­dią nie mia­ły­śmy kon­taktu, od­kąd po­szły­śmy do róż­nych gim­na­zjów. Kilka ty­go­dni temu przy­pad­kiem zo­ba­czy­łam na Fa­ce­bo­oku, że mieszka w Ein­dho­ven, więc spon­ta­nicz­nie za­py­ta­łam, czy nie zna ko­goś, kto aku­rat miałby po­kój na wy­na­jem. Znała. Do­szłam wtedy do wnio­sku, że każdy Po­lak, który ma wię­cej niż osiem­na­ście lat, praw­do­po­dob­nie zna ko­goś, kto wy­emi­gro­wał do Ho­lan­dii. Było nas tu­taj bli­sko dwie­ście pięć­dzie­siąt ty­sięcy - to pra­wie cały Bia­ły­stok. Nie­sa­mo­wite!

- I co, bę­dziesz tu­taj mieć ja­kiś staż, tak? Jak długo? - za­py­tał Kuba.

- Tak. Roczny staż w dziale sprze­daży - od­par­łam z dumą. - Będę pra­co­wać w fir­mie spor­to­wej. Two­rzą sprzęt tre­nin­gowy dla pił­ka­rzy.

- Nie wie­dzia­łam, że in­te­re­su­jesz się spor­tem. - Klau­dia zmarsz­czyła brwi.

- Mhm, tylko tro­chę bar­dziej niż kwa­li­fi­ka­cjami do re­gio­nal­nego kon­kursu w cię­ciu i rą­ba­niu drewna - rzu­ci­łam, wy­my­śla­jąc dys­cy­plinę na po­cze­ka­niu.

Ow­szem, nie mia­łam w so­bie ani krzty spor­to­wej pa­sji. Mo­głam, co prawda, wy­trzy­mać go­dzinę na lek­cji tańca, krę­cąc bio­drami do prze­bo­jów Sha­kiry, ale piłka nożna to był zu­peł­nie inny po­ziom. Ma­jąc dwóch braci, któ­rzy oku­po­wali te­le­wi­zor, aby oglą­dać Ligę Mi­strzów za każ­dym ra­zem, kiedy le­ciała Sa­brina, na­sto­let­nia cza­row­nica, ła­two mi było na­brać awer­sji do tego sportu już od naj­młod­szych lat.

Jed­nak Bram, mój przy­szły szef i me­ne­dżer działu sprze­daży w Li­ght­Bre­akers, nie mu­siał tego wie­dzieć. W końcu niech pierw­szy rzuci ka­mie­niem ten, kto ni­gdy nie pod­ko­lo­ry­zo­wał kilku fak­tów w swoim li­ście mo­ty­wa­cyj­nym. Tak bar­dzo za­le­żało mi na tym stażu, że mu­sia­łam po­su­nąć się do drob­nego kłam­stwa - prak­tyki były wy­try­chem: miały umoż­li­wić mi wy­jazd do Ho­lan­dii i za­pew­nić byt przez naj­bliż­szy rok. Nie chcia­łam jed­nak wspo­mi­nać Klau­dii i Ku­bie o praw­dzi­wym po­wo­dzie mo­jej emi­gra­cji - przy­naj­mniej jesz­cze nie te­raz.

- No i je­ste­śmy - oznaj­mił Kuba, kiedy wje­cha­li­śmy w wą­ską uliczkę pełną dom­ków jed­no­ro­dzin­nych.

Sa­mo­chód za­trzy­mał się przy bra­mie obok bia­łego bliź­niaka, który wy­glą­dał do­kład­nie tak, jak inne domy w są­siedz­twie. Ża­lu­zje w du­żym oknie były za­sło­nięte, więc nie można było zo­ba­czyć, co ro­bią lu­dzie w środku. Sku­pi­łam więc całą uwagę na nie­wy­pie­lę­gno­wa­nym ogródku, w któ­rego tra­wie do­strze­głam kilka nie­do­pał­ków pa­pie­ro­sów, i na ro­we­rze nie­dbale opar­tym o szarą ścianę bu­dynku. Na sta­rych, drew­nia­nych drzwiach wi­siał mie­dziany nu­mer 715.

Wy­szłam z sa­mo­chodu i jako pierw­sza po­de­szłam do drzwi, nie­cier­pli­wie cze­ka­jąc, aż ktoś wpu­ści mnie do środka.

- Wiesz, ten dom jest nieco stary... - po­wie­działa Klau­dia, kiedy Kuba wkła­dał klucz do zamka. - Nie był re­mon­to­wany od­kąd... Chyba ni­gdy nie był re­mon­to­wany, co nie, Kuba?

We­szli­śmy do nie­wiel­kiego przed­sionka, a ja omal nie po­tknę­łam się o czy­jeś tra­pery. Na dy­wa­nie le­żało kil­ka­na­ście par bu­tów po­roz­rzu­ca­nych bez ładu. Cóż, od progu było wi­dać, że w domu miesz­kało aż pięć osób.

- Śmiało, śmiało. - Kuba ge­stem za­chę­cał mnie, abym we­szła da­lej. Prze­su­nę­łam się bez pro­te­stów, bo ko­ry­ta­rzyk był zde­cy­do­wa­nie za mały dla na­szej trójki.

Roz­glą­da­łam się do­okoła z taką pa­sją, jak­bym była w Di­sney­lan­dzie. Bar­dzo moż­liwe jed­nak, że eks­cy­ta­cja zwią­zana z emi­gra­cją spo­wo­do­wała, że nie pa­trzy­łam na wszystko trzeź­wym okiem, bo­wiem z obiek­tyw­nego punktu wi­dze­nia dom nie wy­glą­dał za­chwy­ca­jąco.

Zro­bi­łam kilka kro­ków w kie­runku sa­lonu. Przez uchy­lone drzwi do­strze­głam wy­bla­kłe ściany i nie­wielką, skó­rzaną ka­napę, przed którą znaj­do­wał się te­le­wi­zor pla­zmowy. Jego no­wo­cze­sny de­sign kon­tra­sto­wał ze sta­ro­mod­nym sto­li­kiem, który za­pewne pa­mię­tał jesz­cze czasy ZSRR.

- Chodź, po­każę ci twój po­kój - za­pro­po­no­wała Klau­dia i ru­szyła po scho­dach na górę. Wraz z Kubą po­dą­ży­li­śmy za nią, po­wo­du­jąc, że po­żół­kłe stop­nie za­skrzy­piały pod na­szymi sto­pami.

- Tu­taj jest ła­zienka, tu­taj nasz po­kój, a obok mieszka mój brat, Łu­kasz - wy­li­czał Kuba. - A u góry Mo­nika i drugi brat, Kac­per. Mó­wimy na niego Ka­peć.

Prze­szli­śmy na ostat­nie pię­tro. Drzwi do mo­jego po­koju były otwarte na oścież.

- Nie jest to luk­sus... - Ton Klau­dii był prze­pra­sza­jący.

- Ale nie­któ­rzy Po­lacy żyją w dużo gor­szych wa­run­kach - wtrą­cił szybko Kuba. - Tylko mu­sisz się przy­zwy­czaić, że Ka­peć i Łu­kasz to le­niwe śmier­dziele i trudno im sprzą­tać po so­bie. Zwłasz­cza Łu­ka­szowi.

Trzy osoby wy­star­czyły, aby ten nie­wielki, kwa­dra­towy po­kój na pod­da­szu zro­bił się cia­sny. Miał tylko jedno, małe okno, przez które wpa­dało odro­binę świa­tła, a ściany były miej­scami ubru­dzone. Ich po­nura, po­pie­lata barwa spra­wiła, że lekko się skrzy­wi­łam. Moja mina zrze­dła jesz­cze bar­dziej, kiedy przy­pad­kiem opar­łam się o starą szafę, nie za­uwa­ża­jąc, że jest po­kryta pa­ję­czyną.

Wła­ści­wie oprócz tej szafy, ma­łego sto­lika i lu­stra, które nie było na­wet po­wie­szone, nie znaj­do­wało się tu nic. Ze zdzi­wie­niem od­kry­łam, że nie mia­łam na­wet łóżka - je­dy­nie ma­te­rac.

- W po­rządku - od­par­łam po chwili za­wa­ha­nia. - Jest na­prawdę w po­rządku.

Nie by­łam pewna, czy sama wie­rzę w to, co mó­wię. Fak­tycz­nie to nie był luk­sus, ocze­ki­wa­łam cze­goś mniej po­nu­rego i więk­szego niż dzie­sięć me­trów kwa­dra­to­wych, ale tak długo, jak mo­głam opła­cić czynsz z mo­jej nie­wiel­kiej pen­sji, nie mia­łam za­miaru na­rze­kać. W końcu to był mój po­kój i moja przy­goda.

Klau­dia i Kuba zo­sta­wili mnie samą, abym w spo­koju się roz­pa­ko­wała. Spę­dzi­łam sporo czasu, by po­se­gre­go­wać to, co moja mama wło­żyła mi do wa­lizki. Przy­pusz­cza­łam, że do­stanę od niej mnó­stwo zbęd­nych rze­czy, ale nie spo­dzie­wa­łam się, że przy­go­tuje mnie na każdą ewen­tu­al­ność, z apo­ka­lipsą włącz­nie.

- Se­rio, mamo? - mruk­nę­łam sama do sie­bie, kiedy zo­ba­czy­łam swoją pracę li­cen­cjacką z za­rzą­dza­nia, wraz z przy­kle­joną do niej kar­teczką z ad­re­sem pol­skiej am­ba­sady w Ha­dze. - Ko­miczne.

W tym mo­men­cie za­dzwo­nił te­le­fon. Do­pa­dłam do ko­mórki z bi­ją­cym ser­cem, ale kiedy spoj­rza­łam na wy­świe­tlacz, wes­tchnę­łam gło­śno. Wy­wo­ła­łam wilka z lasu... Ode­bra­łam, choć nie­chęt­nie - nie na tę roz­mowę cze­ka­łam.

- Mamo. - Mój głos był nad wy­raz po­ważny. - Wła­śnie się roz­pa­ko­wuję i zo­ba­czy­łam twój mały pre­zen­cik. Uma­wia­ły­śmy się na coś, pa­mię­tasz? Rok prze­rwy. Je­żeli mi się nie spodoba albo nie dam rady, to wrócę do Pol­ski, ale na tę chwilę na­prawdę nie po­trze­buję przy­po­mnie­nia w po­staci dy­plomu ukoń­cze­nia stu­diów. Na li­tość bo­ską, ko­bieto! Daj mi wziąć od­dech. Mia­łam obronę mniej niż dwa ty­go­dnie temu!

- To był aku­rat po­mysł two­jego brata! - bro­niła się mama.

Oczy­wi­ście. Na­wet nie mu­sia­łam py­tać któ­rego.

- Za­wsze mo­żesz wró­cić wcze­śniej - rzu­ciła niby od nie­chce­nia. - Je­śli już tak bar­dzo za­leży ci na prze­rwie, to co jest złego w miesz­ka­niu w My­śle­ni­cach i pra­co­wa­niu u cioci Danki przez ten rok?

Po­wtórz to zda­nie, tylko po­woli, po­my­śla­łam. Od razu na­su­nie ci się od­po­wiedź.

- Mamo, za­ufaj mi - od­po­wie­dzia­łam sta­now­czo, rzu­ca­jąc w kąt pracę dy­plo­mową. - Wszystko mam pod kon­trolą.

- Wiem o tym, wiem... - Bzdura. Nie wie­działa. - Po pro­stu nie wy­daje mi się, żeby ten cały gap year to był do­bry po­mysł. Nie le­piej iść na ma­gi­sterkę od razu?

Le­piej nie iść na nią wcale, zri­po­sto­wa­łam w du­chu. Nie mia­łam ochoty pro­wa­dzić tej dys­ku­sji - jej różne wa­rianty prze­ra­bia­łam przez ostat­nich kilka mie­sięcy z prak­tycz­nie każ­dym człon­kiem mo­jej naj­bliż­szej ro­dziny. Przy­po­mnia­łam raz jesz­cze ma­mie, jaką mia­ły­śmy umowę, za­pew­ni­łam, że wszystko idzie zgod­nie z pla­nem i po wy­słu­cha­niu jesz­cze kilku zło­tych my­śli mo­głam się roz­łą­czyć i w spo­koju kon­ty­nu­ować roz­pa­ko­wy­wa­nie wa­lizki.

Nie­stety, moje my­śli wciąż krą­żyły wo­kół wia­do­mo­ści, którą wy­sła­łam, a na którą nie do­sta­łam od­po­wie­dzi. Wie­dzia­łam, że to była głu­pota, w końcu nikt nie musi sie­dzieć z te­le­fo­nem w ręce cały dzień... Nie­mniej in­tu­icja pod­po­wia­dała mi, że coś było na rze­czy. Nie­po­kój, że stało się coś nie­do­brego, rósł w mo­jej piersi z każdą mi­nutą, kiedy wi­dzia­łam, że wia­do­mość po­zo­sta­wała nie­od­czy­tana.

Na szczę­ście nowi współ­lo­ka­to­rzy na chwilę roz­pro­szyli mnie swo­imi wi­zy­tami. Naj­pierw do mo­ich drzwi za­pu­kała Mo­nika - bru­netka z So­potu, która była kil­ka­na­ście lat star­sza ode mnie i na co dzień sprzą­tała biu­rowce. Do­wie­dzia­łam się, że wy­naj­muje ten po­kój, od­kąd pięć lat temu roz­stała się z mę­żem, Ho­len­drem. To ona zna się z wła­ści­cie­lem i to ona była tu­taj, kiedy do domu wpro­wa­dzili się bra­cia oraz Klau­dia.

- Po­wiem ci, że ten mój były mąż to mi gruszki na wierz­bie obie­cy­wał - prych­nęła, kiedy ja wyj­mo­wa­łam z wa­lizki szki­cow­nik. - Od razu ci, ko­chana, po­wiem, że Ho­len­drzy są bar­dzo bez­po­średni, ot co. Tylko ten mój to ja­kiś ewe­ne­ment był. O, i ma­jo­nezu też nie lu­bił! - za­zna­czyła ko­bieta, jakby pre­fe­ren­cje ku­li­narne były ja­kimś wy­znacz­ni­kiem przy­zwo­ito­ści.

Chwilę póź­niej po­zna­łam są­siada z po­koju obok. Kac­per, zwany Kap­ciem, był naj­młod­szym do­mow­ni­kiem - miał dwa­dzie­ścia je­den lat, był ni­ski, blady i no­sił ubra­nia tak luźne, że wy­glą­dał, jakby się w nich to­pił. Wszedł do mo­jego po­koju bez­par­do­nowo, tak jak wcho­dzi się do dzie­lo­nego przez wszyst­kich sa­lonu.

Po­my­śla­łam, że jego ciemne oczy skry­wają w so­bie ja­kiś spo­kój. Ka­peć wo­dził wzro­kiem po po­miesz­cze­niu z za­cie­ka­wie­niem, jakby chciał zgad­nąć, jaką osobą je­stem, ba­zu­jąc na przed­mio­tach, które po­sia­dam.

- Co to? - Wska­zał stopą na le­żącą na ziemi książkę.

- Ba­śnie - od­par­łam, nieco zdzi­wiona, że wła­śnie na to zwró­cił uwagę. - Dzia­dek mi je dał.

- Aha. - Fleg­ma­tycz­nym ru­chem po­pra­wił roz­czo­chrane, czarne włosy i prze­niósł spoj­rze­nie na su­fit. - To faj­nie.

Uśmiech­nę­łam się w od­po­wie­dzi. Ka­peć nie wy­da­wał się osobą spe­cjal­nie roz­mowną czy to­wa­rzy­ską, więc nie cią­gnę­łam go za ję­zyk i nie zmu­sza­łam do dys­ku­sji - bę­dzie jesz­cze oka­zja, żeby po­znać się le­piej.

Kiedy chło­pak wy­szedł, po raz ko­lejny spraw­dzi­łam po­wia­do­mie­nia. Na­dal nic.

Po­czu­łam, jak zimny pot nie­przy­jem­nie ob­le­pia moje ciało. Do­cho­dziła sie­dem­na­sta, za dwie go­dziny mie­li­śmy spo­tkać się w cen­trum, a ja na­dal nie do­sta­łam żad­nej wia­do­mo­ści, po­twier­dze­nia, że plany są ak­tu­alne. Czy to moż­liwe, że stało się coś po­waż­nego?

Spa­ni­ko­wana, po­sta­no­wi­łam za­dzwo­nić, jed­nak - jak można było się spo­dzie­wać - po­łą­cze­nie nie zo­stało ode­brane.

- Co jest, do cho­lery?! - mruk­nę­łam pod no­sem i rzu­ci­łam te­le­fon na stos ubrań, któ­rych jesz­cze nie wy­ję­łam z wa­lizki. Nie chcia­łam wpa­dać w pa­ra­noję, ale ta sy­tu­acja była wy­jąt­kowo dziwna. Nie zdą­ży­łam jed­nak za­sta­no­wić się, czy po­win­nam zmie­nić plany na wie­czór, bo w tym mo­men­cie usły­sza­łam ci­che pu­ka­nie do drzwi. Ka­peć mu­siał za­mknąć je za sobą po krót­kiej wi­zy­cie.

- No siema! - Szczu­pły męż­czy­zna ubrany w wy­tarte dżinsy i za dużą bluzę sta­nął w drzwiach po­koju. - Przy­szłem się przy­wi­tać. Łu­kasz je­stem.

- Miło po­znać - uśmiech­nę­łam się lekko. Stwier­dzi­łam, że nie wy­pada go po­pra­wiać na tym eta­pie zna­jo­mo­ści. - Je­stem Tina.

- No, to co cię spro­wa­dza do Ein­dho­ven, Tina? - za­py­tał, opie­ra­jąc się o fra­mugę.

- A wiesz... - Wzru­szy­łam ra­mio­nami i za­czę­łam ukła­dać ubra­nia w sza­fie. Na szczę­ście w środku nie na­tknę­łam się na ko­lejne pa­ję­czyny. - Zro­bi­łam li­cen­cjat z za­rzą­dza­nia i nie by­łam pewna, co ro­bić da­lej... Więc zde­cy­do­wa­łam, że rok spę­dzę w Ho­lan­dii. Zna­la­złam tu­taj firmę, która przy­jęła mnie na staż.

- No to za­je­faj­nie - uznał. - A po­tem wra­casz na stu­dia?

Wes­tchnę­łam w du­chu. To było do­bre py­ta­nie.

Rzu­ci­łam ja­kąś ogól­ni­kową od­po­wie­dzią, ale oka­zało się, Łu­kasz miał dla mnie ko­lejne nie­wy­godne py­ta­nie.

- No do­bra... Ale dla­czego aku­rat Ein­dho­ven? Skoro masz cały rok spę­dzić za gra­nicą, to ku­uurwa... Tyle opcji! Czemu aku­rat to mia­sto?

Uśmiech­nę­łam się do niego blado.

- Może prze­zna­cze­nie? - Mój głos za­drżał nie­znacz­nie, kiedy to po­wie­dzia­łam, a wzrok umknął na chwilę w stronę te­le­fonu. Wy­glą­dało jed­nak na to, że Łu­kasz w ogóle tego nie do­strzegł.

Mo­gła­bym po­wie­dzieć mu o praw­dzi­wym po­wo­dzie wy­pro­wadzki. Jemu, Klau­dii, a na­wet moim ro­dzi­com - nie mia­łam prze­cież żad­nego po­wodu do wstydu... Jed­nak w głębi du­szy czu­łam, że do­póki ofi­cjal­nie nie będę w związku, le­piej bę­dzie za­cho­wać pewne rze­czy w se­kre­cie.

Kiedy Łu­kasz wy­szedł, opa­dłam na ma­te­rac, wzbi­ja­jąc przy tym nie­wiel­kie kłęby ku­rzu. To przy­po­mniało mi, aby do­dać grun­towne po­rządki do men­tal­nej li­sty rze­czy do zro­bie­nia. Mia­łam wra­że­nie, że lęk co­raz bar­dziej ugniata moją klatkę pier­siową. Nie po­tra­fi­łam w pełni cie­szyć się nową przy­godą i roz­po­czę­tym ro­kiem na emi­gra­cji, kiedy on wciąż nie da­wał znaku ży­cia. A co, je­śli miał wy­pa­dek? Do kogo mia­ła­bym się ode­zwać w ta­kiej chwili?

Po kilku mi­nu­tach roz­my­ślań wsta­łam. Z ci­chym wes­tchnie­niem wy­cią­gnę­łam z wa­lizki ostat­nią rzecz - mę­ski swe­ter w ko­lo­rze bu­tel­ko­wej zie­leni, jesz­cze pach­nący moim ko­ko­so­wym pły­nem do pra­nia. Za­ci­snę­łam palce na ma­te­riale, w du­chu mo­dląc się, abym jesz­cze dziś miała szansę zwró­cić go wła­ści­cie­lowi.

Na­gle, jakby na za­wo­ła­nie, usły­sza­łam dzwo­nek przy­pi­sany tylko do jed­nego kon­taktu z mo­jej li­sty. Na uła­mek se­kundy wstrzy­ma­łam od­dech, pa­trząc, jak li­tery JJ mi­go­czą na wy­świe­tla­czu - na szczę­ście szybko od­zy­ska­łam po­łą­cze­nie na li­nii mózg-ręce i ode­bra­łam.

- Ja­son! - za­wo­ła­łam z ulgą. - Jak do­brze, że w końcu dzwo­nisz! Wy­lą­do­wa­łam dawno temu i cały dzień cze­kam na wia­do­mość od cie­bie, by­li­śmy umó­wieni. Ba­łam się, że coś się stało! Wszystko w po­rządku?

- Tina, prze­pra­szam naj­moc­niej! - W zna­jo­mym, głę­bo­kim gło­sie chło­paka po­brzmie­wały wy­rzuty su­mie­nia. - Coś mi wy­pa­dło w pracy, praw­dziwy ko­cioł... Nie mia­łem na­wet chwili, żeby od­słu­chać wia­do­mo­ści. Jak u cie­bie? Wszystko w po­rządku? Do­tar­łaś bez­piecz­nie?

Ode­tchnę­łam i nieco spo­koj­niej­sza usia­dłam na ma­te­racu. Mia­łam wra­że­nie, jakby ciężki łań­cuch, który opla­tał mnie przez cały dzień, na­gle się roz­luź­nił.

- Tak, wszystko do­brze, lot mi­nął bez pro­ble­mów. Po­zna­łam już mo­ich współ­lo­ka­to­rów, wy­pa­ko­wa­łam się... No, nie było to trudne, zo­ba­czysz, jaka to klitka. Mia­łam wła­śnie szy­ko­wać się do wyj­ścia, ale ro­zu­miem, że dziś nie damy rady się zo­ba­czyć? - do­da­łam, krzy­wiąc się.

- Oba­wiam się, że nie - wes­tchnął. - Mam jesz­cze ze­bra­nie ze­społu, nie wiem, o któ­rej się skoń­czy, a bez sensu, że­byś cze­kała sama gdzieś w knaj­pie. Wy­bacz, Tina! Mu­szę koń­czyć, szef mnie woła...

- No tak, może masz ra­cję. To... Bę­dziemy w kon­tak­cie? Dasz mi znać, jak bę­dziesz miał wolny wie­czór? - za­py­ta­łam szybko. Mia­łam na­dzieję, że już nie­długo bę­dziemy mo­gli ra­zem świę­to­wać moją prze­pro­wadzkę.

- Ja­sne. No i... Wi­taj w Ho­lan­dii! - rzu­cił cie­pło Ja­son i za­koń­czył po­łą­cze­nie.

Uśmiech­nę­łam się słabo. Nie wie­dzia­łam dla­czego, ale coś w jego gło­sie mnie za­alar­mo­wało. Eks­cy­ta­cja, jaką czu­łam na myśl o ży­ciu w no­wym kraju, ustą­piła miej­sca stre­sowi. Nie tak miał wy­glą­dać nasz pierw­szy wie­czór - mie­li­śmy iść na ko­la­cję, w końcu po­roz­ma­wiać twa­rzą w twarz po ty­go­dniach kon­taktu przez In­ter­net, a za­miast tego spę­dzę wie­czór w cia­snym, po­nu­rym po­koju, w to­wa­rzy­stwie pa­jąka, który uwił so­bie gniazdko za szafą. Cho­lera, tego nie było w pla­nach.

1 Wi­tamy w Ein­dho­ven (ang.)

2. Sau­vage

Na­stęp­nego dnia wią­zanka prze­kleństw zbu­dziła mnie ni­czym gło­śne pia­nie ko­guta na wsi już o ósmej rano. Jak się oka­zało, to Łu­kasz i Kuba grali na kon­soli i bar­dzo eks­pre­syj­nie wy­ra­żali swoje emo­cje. Mia­łam wra­że­nie, że od ich krzy­ków dom aż drży w po­sa­dach, zu­peł­nie tak, jakby spa­ce­ro­wał po nim Hulk.

- Co tam się dzieje? - za­py­ta­łam Klau­dię, wcho­dząc do kuchni.

- Co? A, chło­paki so­bie grają - mruk­nęła, od­gar­nia­jąc z czoła ko­smyk fa­lo­wa­nych wło­sów. - Cza­sami mogą być tro­chę gło­śno, jak się roz­e­mo­cjo­nują.

- Tro­chę gło­śno? Ko­parka na bu­do­wie jest cich­sza.

Sko­men­to­wała to śmie­chem.

- Tak czy siak, do­łą­czysz na śnia­da­nie? - za­py­tała. - Na­le­śniki są na stole, Kuba i Łu­kasz już je­dzą. - En­tu­zja­stycz­nie po­ki­wa­łam głową. Mia­łam zro­bić wczo­raj za­kupy spo­żyw­cze, ale przez te wszyst­kie emo­cje nie zdo­by­łam się na taki wy­si­łek.

W sa­lo­nie od razu dało się po­czuć sub­telny, acz bar­dzo spe­cy­ficzny za­pach ma­ri­hu­any. Mia­łam wra­że­nie, że prze­sią­kły nim za­równo za­słony, jak i ka­napa. Nie­mniej jed­nak słodka woń na­le­śni­ków i dżemu tru­skaw­ko­wego ku­pio­nego w pol­skim skle­pie nieco to za­ma­sko­wały.

Przy­wi­ta­łam się ze współ­lo­ka­to­rami i za­ję­łam miej­sce obok Kuby. Mój żo­łą­dek za­bur­czał mo­men­tal­nie, więc od razu po­czę­sto­wa­łam się na­le­śni­kiem.

Pod­czas gdy za­ja­da­łam się śnia­da­niem, Łu­kasz wdra­żał mnie w ich ho­len­der­ski świat.

- No więc, ogól­nie jest tak, że wszy­scy, oprócz Mo­niki, pra­cu­jemy na chłodni z pacz­ko­wa­nymi ry­bami, nie? Ło­so­sie, kre­wetki i inne rze­czy, które wi­dzisz w mar­ke­cie na dziale z ry­bami... To się na­zywa Fi­sh­World, ale mó­wimy na to "Ry­bo­lan­dia" - tłu­ma­czył.

Omal nie par­sk­nę­łam śmie­chem, sły­sząc tę na­zwę.

- Aha... I na czym wła­ści­wie po­lega wa­sza praca?

- To jest or­der pic­king - wy­ja­śnił Kuba, po­ły­ka­jąc na­raz nie­mal ca­łego na­le­śnika.

- No, zbie­ramy za­mó­wie­nia - kon­ty­nu­ował Łu­kasz. - I nor­mal­nie jest tak, że wszy­scy rano jeź­dzimy do pracy na dzie­siątą. Za­zwy­czaj mamy też je­den dzień wol­nego w ty­go­dniu. Dziś na przy­kład Ka­peć ma wolne, więc po­je­chał do Am­ster­damu. No i... Ja też dziś sie­dzę na cha­cie.

- Czyli też masz wolne? - za­py­ta­łam, a on po­krę­cił głową.

- No, cym­bale! - za­wo­łał Kuba. - Po­chwał się Ti­nie, co żeś od­wa­lił.

Spo­glą­da­łam zdez­o­rien­to­wana to na jed­nego, to na dru­giego. Łu­kasz uśmiech­nął się nie­zręcz­nie i ner­wo­wym ge­stem za­czął dra­pać się po gło­wie.

- No bo... Na­wa­la­łem się z ta­kim jed­nym, nie? I to się kie­row­nic­twu zbyt­nio nie spodo­bało... To wy­je­bali nas obu. Stąd ta śliwa pod moim okiem. No, ale to on za­czął! - do­dał szybko. - Miał ja­kiś pro­blem!

Przy­gry­złam wargę, po­wstrzy­mu­jąc się od ko­men­ta­rza.

- I te­raz, de­bilu, pracy nie masz - za­uwa­żył uprzej­mie Kuba. - Cie­kawe, jak spła­cisz swoje długi.

- No, ale to nie była moja wina! Wi­dzia­łeś, że sam się rzu­cał do mnie!

- I co z tego?! - Kuba wy­raź­nie tra­cił cier­pli­wość. Wi­dzia­łam, jak za­ci­ska palce na ły­żeczce, którą na­bie­rał dżem. - Wiesz, że typ jest wal­nięty, to się od­suń i rób swoje, a nie go pchasz na śle­dzie. I co, znowu się, idioto, za­po­ży­czysz? Wi­dzisz, Tina, ja tu mu­szę być ro­dzi­cem dla tych dwóch ty­pów, cho­ciaż obaj są, kurwa, do­ro­śli!

- Ja już ci, Łu­kasz, kasy nie po­ży­czę! - ostrze­gła go Klau­dia, gro­żąc pal­cem ni­czym su­rowa matka.

- Oj tam, prze­sa­dza­cie! - Łu­kasz mach­nął ręką i uśmiech­nął się sze­roko. - Pójdę do agen­cji i po­pro­szę, żeby mi zna­leźli coś no­wego. Co za pro­blem, nie, Tina?

Nie­pew­nie przy­zna­łam mu ra­cję i szybko od­wró­ci­łam wzrok, uda­jąc, że bar­dzo in­te­re­sują mnie le­cące w tle wia­do­mo­ści. Od razu po­my­śla­łam o tym, czy tego typu sy­tu­acje mogą wy­stą­pić rów­nież pod tym da­chem.

By­stre oczy Klau­dii chyba do­strze­gły, że nie czu­łam się kom­for­towo, bo od razu zmie­niła te­mat.

- Tina, mamy w ogro­dzie kilka ro­we­rów, które zo­sta­wili po­przedni lo­ka­to­rzy. Mo­żesz so­bie któ­ryś wziąć.

O cho­lera, tylko nie to! Na­gle za­pra­gnę­łam wró­cić do te­matu bójki.

- Mhm, nie ma ta­kiej po­trzeby - rzu­ci­łam zdaw­kowo i nie­zdar­nie się­gnę­łam po kawę. Mia­łam na­dzieję, że ja­koś się za nią scho­wam, bo moje po­liczki za­pewne przy­brały już ko­lor sosu ma­ri­nara.

- A co, już so­bie za­ła­twi­łaś?

Wes­tchnę­łam. Mo­głam się spo­dzie­wać, że w kraju, w któ­rym jest wię­cej ro­we­rów niż miesz­kań­ców, ten te­mat prę­dzej czy póź­niej wyj­dzie na jaw.

- Nie umiem jeź­dzić na ro­we­rze - po­wie­dzia­łam w końcu, gło­sem aż ocie­ka­ją­cym za­że­no­wa­niem.

Re­ak­cja była do­kład­nie taka, ja­kiej się spo­dzie­wa­łam. Trzy pary brwi zmarsz­czyły się nie­mal w tym sa­mym mo­men­cie, a usta współ­lo­ka­to­rów ufor­mo­wały się w okrą­głe "O". Mo­gła­bym po­wie­dzieć to samo zda­nie w ję­zyku ho­lo­holo, a efekt byłby iden­tyczny.

- Ale jak to? - Kuba nie do­wie­rzał. - Na se­rio? Na­wet za dzie­ciaka nie ko­rzy­sta­łaś z ro­weru?

- No tak. - Czu­łam, jak za­czy­nam ob­le­wać się po­tem ze wstydu. W końcu każdy uczy się jazdy na ro­we­rze od ma­łego! By­łam ja­kimś nie­chlub­nym ewe­ne­men­tem. - Ni­gdy nie było mi to po­trzebne.

- Oj, zio­mek, zio­mek! - za­śmiał się Łu­kasz i po­kle­pał mnie po ra­mie­niu z taką we­rwą, że aż się ugię­łam. - To się le­piej na­ucz, bo ina­czej tu nie wy­ro­bisz.

- Nie, nie, nie - za­pro­te­sto­wa­łam szybko. - Mia­łam wy­pa­dek, jak by­łam dziec­kiem i nie­spe­cjal­nie mi spieszno, żeby wró­cić na ro­wer. Na­prawdę tego nie po­trze­buję.

Klau­dia uśmiech­nęła się z po­li­to­wa­niem i mia­łam wra­że­nie, że chciała za­pro­te­sto­wać, ale ja by­łam oporna na ja­kie­kol­wiek ar­gu­menty. Za każ­dym ra­zem, kiedy wsia­da­łam na ro­wer, wi­dzia­łam przed sobą słup, w który ude­rzy­łam kil­ka­na­ście lat wcze­śniej. Ro­wer nie był nie­zbędny do ży­cia - ani w Ma­ło­pol­sce, ani tu­taj. Niech żyją au­to­busy.

- Tak czy siak, dupy w troki i je­dziemy do ro­boty. Jest już za dwa­dzie­ścia. - Kuba wstał i prze­cią­gnął się le­ni­wie. - Ja­kieś plany na dzi­siaj?

- Będę grał na pleju - od­parł Łu­kasz, nie­mal od razu się­ga­jąc po pada.

- Nie mó­wi­łem do cie­bie - wark­nął Kuba. - Ty le­piej szu­kaj no­wej pracy, bał­wa­nie. - Spoj­rzał na mnie py­ta­jąco. - Tina?

- Coś so­bie wy­my­ślę - od­par­łam pew­nie.

By­łam prze­ko­nana, że dziś spo­tkam się z Ja­so­nem. Z sa­mego rana wy­słał mi wia­do­mość, aby za­py­tać, jak spę­dzi­łam pierw­szą noc w no­wym po­koju i do­dał, że mo­żemy wy­sko­czyć na kawę. Mo­men­tal­nie ode­tchnę­łam z ulgą i od­pi­sa­łam. Wszyst­kie wąt­pli­wo­ści, które jesz­cze wczo­raj mnie nę­kały, ulot­niły się w mig, kiedy zo­ba­czy­łam, że Ja­son się o mnie mar­twi.

Przed spo­tka­niem mu­sia­łam jed­nak uzu­peł­nić lo­dówkę - nie mo­głam ko­rzy­stać z za­pa­sów współ­lo­ka­to­rów. Chwy­ci­łam ple­cak i, włą­czyw­szy na­wi­ga­cję, ru­szy­łam na zwie­dza­nie oko­licy.

Do naj­bliż­szego sklepu mia­łam dwa­dzie­ścia mi­nut spa­ce­rem, więc uzna­łam, że jest to do­bra oka­zja, aby za­te­le­fo­no­wać do mamy i wy­peł­nić swój co­dzienny obo­wią­zek, ja­kim było za­pew­nie­nie jej, że na­dal żyję, mam się do­brze i jesz­cze ni­czego nie przy­pa­li­łam.

- Staż za­czy­nam za kilka dni, więc mam jesz­cze tro­chę czasu, aby wcze­śniej po­znać mia­sto - mó­wi­łam, jed­no­cze­śnie spo­glą­da­jąc na na­wi­ga­cję w te­le­fo­nie. Droga wy­da­wała się dość ła­twa, ale z moją kiep­ską orien­ta­cją w te­re­nie mo­gła­bym zgu­bić się na­wet w Li­dlu. - Jesz­cze nie mia­łam oka­zji zo­ba­czyć Ein­dho­ven w ca­łej oka­za­ło­ści, ale wy­daje się w po­rządku.

- Ale prze­cież już tam by­łaś, ko­cha­nie - przy­po­mniała mi ła­god­nie mama.

- Wtedy też nie­wiele wi­dzia­łam - ucię­łam szybko. - Znasz Asię, woli spę­dzać czas na za­ku­pach niż zwie­dza­niu.

- A nie by­łaś tam z Magdą? - W słu­chawce usły­sza­łam zdzi­wiony głos.

Ach, cho­lera ja­sna! Po­win­nam gdzieś za­pi­sy­wać swoje kłam­stwa.

Na szczę­ście matka wy­rę­czyła mnie w zmia­nie te­matu:

- Tak czy siak, słońce, nie chcia­ła­byś jed­nak wró­cić do My­śle­nic i pra­co­wać w szkole ję­zy­ko­wej ko­legi Ada­sia? W końcu do­brze mó­wisz po an­giel­sku, to i so­bie za­ro­bisz na stu­dia. Aku­rat szu­kają pra­cow­ni­ków, mo­gła­byś w domu miesz­kać, a nie pła­cić ko­muś za wy­na­jem...

Osten­ta­cyj­nie wes­tchnę­łam. Dzień bez przy­po­mnie­nia mi o My­śle­ni­cach był dniem stra­co­nym. Ro­dzice za­pewne pluli so­bie w brodę, że to dzięki do­dat­ko­wym lek­cjom an­giel­skiego, które mi opła­cali, by­łam w ogóle w sta­nie wy­je­chać.

- Jesz­cze trzy­sta sześć­dzie­siąt cztery dni - przy­po­mnia­łam jej, po czym się po­że­gna­ły­śmy.

Po skle­pie cho­dzi­łam z otwar­tym w te­le­fo­nie kal­ku­la­to­rem, aby mieć pew­ność, że moje marne oszczęd­no­ści wy­star­czą do pierw­szej wy­płaty. Wło­ży­łam do ko­szyka płatki owsiane, ryż, mleko i kilka po­mi­do­rów, przy oka­zji wli­cza­jąc ko­lejne kwoty. Za­nim jed­nak kal­ku­la­tor po­ka­zał ich sumę, na ekra­nie po­ja­wiło się imię JJ-a.

- Hej, Tina - za­gad­nął, gdy ode­bra­łam. - Jak tam? Wszystko do­brze?

- Ja­sne, że do­brze - od­par­łam, a na mo­jej twa­rzy od razu po­ja­wił się uśmiech. Jego bry­tyj­ski ak­cent za­wsze spra­wiał, że nie­mal się roz­pły­wa­łam. - Wła­śnie ro­bię za­kupy i za­ła­muję się ce­nami. To o któ­rej chcesz się spo­tkać na tę kawę?

- Ach. - Jego ci­che wes­tchnie­nie spra­wiło, że mina od razu mi zrze­dła. To nie za­po­wia­dało ni­czego do­brego. - Wiem, że rano wspo­mi­na­łem, że mo­żemy się spo­tkać, ale kum­pel ma dziś uro­dziny i urzą­dzamy taki... Mę­ski wie­czór. Obie­ca­łem mu wcze­śniej, tylko to­tal­nie wy­pa­dło mi z głowy...

Po­czu­łam, jak z ner­wów za­czy­nam się trząść.

- To nic - rzu­ci­łam szybko i mach­nę­łam ręką, za­po­mi­na­jąc o tym, że Ja­son nie może tego zo­ba­czyć. - Ja... Ja chyba też gdzieś wyjdę, chcę po­znać mia­sto.

Kiedy skoń­czy­li­śmy roz­ma­wiać, za­klę­łam pod no­sem. Nie dość, że chło­pak od­wo­łał ko­lejne spo­tka­nie, to w do­datku te­raz wy­pa­da­łoby fak­tycz­nie wyjść na mia­sto. Prze­cież nie mo­głam sie­dzieć w po­koju i wpa­try­wać się go­dzi­nami w te­le­fon, cze­ka­jąc na jego wia­do­mość. Może przy ko­lej­nej oka­zji za­pyta, co wi­dzia­łam, gdzie by­łam... Mu­sia­łam przy­naj­mniej spró­bo­wać.

?

- Nie ma mowy, Tina - ziew­nął prze­cią­gle Kuba i się­gnął po pada. - Je­ste­śmy sty­rani po pracy.

Spoj­rza­łam bła­gal­nie na Klau­dię, a póź­niej na Kap­cia, ale nikt nie wy­ra­ził za­in­te­re­so­wa­nia moją pro­po­zy­cją, aby wyjść na mia­sto. Na­wet Łu­kasz, który wciąż nie rwał się do zna­le­zie­nia no­wej pracy, nie chciał mi to­wa­rzy­szyć, uzna­jąc, że woli grać z Kubą w Wiedź­mina.

Nie mo­głam zresztą wi­nić ich za to, że po dzie­wię­ciu go­dzi­nach w chłodni je­dyne, o czym ma­rzyli, to za­mó­wić pizzę i od­po­czy­wać w sa­lo­nie. Wi­dzia­łam zmę­cze­nie na ich twa­rzach, więc po­rzu­ci­łam plany wyj­ścia ze współ­lo­ka­to­rami. Oni za­słu­gi­wali na od­po­czy­nek, ja zaś stwier­dzi­łam, że po­ra­dzę so­bie sama.

- Okej, mam au­to­bus za pół go­dziny - mruk­nę­łam, prze­glą­da­jąc roz­kład jazdy w In­ter­ne­cie. - A ostatni... O pół­nocy? Co?! W pią­tek?!

- No, a czego ty się spo­dzie­wa­łaś? - za­śmiał się Łu­kasz. - Miesz­kamy na wy­piź­dzie­je­wie!

- Ja już wy­pi­łem drinka, więc cię nie od­biorę w ra­zie czego - ode­zwał się Kuba, choć ja nie za­mie­rza­łam pro­sić o po­moc. - Może Ka­peć?

Ka­peć le­ni­wie uniósł wzrok znad ekranu te­le­fonu. Wy­czu­łam, że go­tów byłby wy­pić na­raz całą bu­telkę whi­sky, żeby tylko ze mną nie je­chać.

- Nie ma po­trzeby - od­po­wie­dzia­łam pew­nie. - Dzięki, ale po­jadę au­to­bu­sem.

- Je­steś pewna? Może jed­nak spró­bu­jesz na tym ro­we­rze? - za­pro­po­no­wała Klau­dia, a ja tylko się skrzy­wi­łam.

- Nie ma mowy, au­to­bus da radę! - za­de­cy­do­wa­łam z we­rwą i za­czę­łam szy­ko­wać się do wyj­ścia.

Chyba ni­gdy nie zda­rzyło mi się iść na im­prezę zu­peł­nie sa­mej. Nie czu­łam się kom­for­towo z wi­zją sa­mot­nego są­cze­nia drinka w ba­rze, ale chcia­łam czymś za­jąć my­śli. Słowa Ja­sona wciąż nie­przy­jem­nie od­bi­jały się echem w mo­jej gło­wie, więc stwier­dzi­łam, że nie będę do­sto­so­wy­wać swo­jego ży­cia w Ho­lan­dii wy­łącz­nie do niego. Aby po­ka­zać swoją nie­za­leż­ność ca­łemu światu (czyli Ja­so­nowi i gar­stce in­nych ob­ser­wu­ją­cych), obie­ca­łam so­bie, że bę­dąc na mie­ście, wsta­wię ja­kieś zdję­cie do me­diów spo­łecz­no­ścio­wych. Niech chło­pak zdaje so­bie sprawę, że do­sko­nale ra­dzę so­bie bez niego!

Z tą my­ślą wy­sia­dłam na przy­stanku koło dworca cen­tral­nego i ru­szy­łam za tłu­mem w kie­runku ści­słego cen­trum. Pa­trzy­łam na ro­wery po­usta­wiane w nie­mal każ­dym moż­li­wym miej­scu i ob­ser­wo­wa­łam wy­so­kie, szklane bu­dynki. Przez krótką chwilę zu­peł­nie za­po­mnia­łam o Ja­so­nie, a do mo­jej głowy znów za­pu­kała myśl, że wła­śnie to mia­sto przez na­stępny rok bę­dzie moim do­mem. Ein­dho­ven błysz­czało, było ucie­le­śnie­niem przy­szło­ści i na próżno było szu­kać w nim hi­sto­rycz­nych za­byt­ków czy ka­tedr. Wy­glą­dało zu­peł­nie ina­czej niż My­śle­nice, było też zu­peł­nie nie­po­dobne do za­byt­ko­wego Kra­kowa.

Nie go­rzej pre­zen­to­wała się ulica wy­peł­niona ba­rami - Stra­tuum. Gło­śna, huczna i pełna lu­dzi, któ­rzy są­czyli na­poje w ogród­kach piw­nych lub pa­lili pa­pie­rosy przed wej­ściem do klubu ka­ra­oke. Nie kry­jąc uśmie­chu, przy­pa­try­wa­łam się róż­nym lo­ka­lom, sta­ra­jąc się zna­leźć taki, w któ­rym czu­ła­bym się naj­le­piej. W końcu pa­dło na nie­wielki, po­ło­żony przy końcu ulicy bar z ko­lo­ro­wym wy­stro­jem.

Lo­kal, po­dob­nie jak reszta tych, które mi­ja­łam, był już pe­łen lu­dzi. Z gło­śni­ków pły­nął gło­śny, skoczny pop, a w po­wie­trzu uno­siła się spe­cy­ficzna mie­szanka 3P: per­fum, pro­cen­tów i potu. Prze­bi­łam się przez tłum do baru i przy­go­to­wa­łam do­wód. Chcia­łam za­mó­wić piwo, ale osta­tecz­nie zde­cy­do­wa­łam się na colę zero. Nie było stać mnie na to, aby pić drinka w sa­mot­no­ści.

Ode­bra­łam od bar­mana zimną bu­telkę, scho­wa­łam do­wód do kie­szeni kurtki i ode­szłam w głąb sali, gdzie wy­pa­trzy­łam po­je­dyn­czy sto­lik, który jesz­cze nie był za­jęty.

Sa­mot­ność jed­nak szybko mi się znu­dziła, bo już po dwu­dzie­stu mi­nu­tach zo­rien­to­wa­łam się, że jed­nak nic tu po mnie. Ze znu­że­niem są­czy­łam colę i ob­ser­wo­wa­łam jak roz­chi­cho­tana grupa dziew­cząt tań­czący w kółku przy ba­rze. Po­my­śla­łam od razu, że sama mu­sia­łam wy­glą­dać dziw­nie bez żad­nego to­wa­rzy­stwa. Ge­nialny plan, Tina! Patrz, jaka z cie­bie im­pre­zo­wiczka! Kró­lowa nocy, księż­niczka od pod­pie­ra­nia ścian! - po­gra­tu­lo­wa­łam so­bie iro­nicz­nie w du­chu.

Co mi w ogóle strze­liło do głowy, kiedy po­my­śla­łam, że będę się do­brze ba­wić, sie­dząc w ba­rze zu­peł­nie sama i ob­ser­wu­jąc, jak inni lu­dzie cie­szą się to­wa­rzy­stwem swo­ich przy­ja­ciół? Nie oszu­kujmy się, pra­gnę­łam spę­dzić ten wie­czór z Ja­so­nem i w tej kwe­stii nic się nie zmie­niło. Chcia­łam, aby był tu ze mną, a tym­cza­sem do to­wa­rzy­stwa mia­łam je­dy­nie bu­telkę na­poju, z któ­rej po­woli zdra­py­wa­łam ety­kietę i te­le­fon, któ­rym pstryk­nę­łam kilka przy­pad­ko­wych zdjęć...

Na­gle moim oczom uka­zał się męż­czy­zna ubrany w swe­ter w ko­lo­rze bu­tel­ko­wej zie­leni. Na ten wi­dok serce mo­men­tal­nie pod­je­chało mi do gar­dła, a palce moc­niej ści­snęły szyjkę bu­telki. Po­czu­łam, jak całe moje ciało prze­cho­dzi dreszcz, który jed­nak mi­nął, gdy tylko zer­k­nę­łam na twarz męż­czy­zny - we­sołą, oko­loną bu­rzą brą­zo­wych lo­ków. Z pew­no­ścią nie był tym, o kim po­my­śla­łam. Zga­ni­łam się w du­chu, prze­cież Ja­son nie mógł być tu w swe­trze, który le­żał w mo­jej sza­fie.

Z wes­tchnie­niem spoj­rza­łam na te­le­fon. Ostatni au­to­bus od­jeż­dżał za pół­to­rej go­dziny, ale gdy­bym się po­spie­szyła, mo­gła­bym zdą­żyć jesz­cze na wcze­śniej­szy. Do­pi­łam na­pój i wsta­łam od sto­lika, aby skie­ro­wać się do wyj­ścia. Szybko jed­nak uświa­do­mi­łam so­bie, że wy­pita pra­wie dusz­kiem cola zro­biła swoje i do­brze by było, abym jesz­cze przed wyj­ściem sko­czyła do to­a­lety.

Sta­nę­łam na końcu dłu­giej ko­lejki pro­wa­dzą­cej do dam­skiej ubi­ka­cji i cier­pli­wie cze­ka­łam na swoją ko­lej. W mię­dzy­cza­sie za­czę­łam do­da­wać na In­sta­grama zdję­cie, które zro­bi­łam chwilę wcze­śniej - grupa tań­czą­cych dziew­czyn roz­ma­zała się w ru­chu, a ko­lo­rowe świa­tła od­bi­jały się od po­zo­sta­wio­nego na sto­li­kach szkła. Wy­glą­dało tak, jak­bym wy­szła ze zna­jo­mymi, do­brze się ba­wiła i zro­biła to zdję­cie w prze­rwie od sza­leństw na par­kie­cie, a nie sie­działa przez pół go­dziny nad na­po­jem bez­al­ko­ho­lo­wym z miną ska­zańca. Mia­łam taką głu­pią na­dzieję, że Ja­son je zo­ba­czy. Wie­dzia­łam, że było to nieco ża­ło­sne, ale jed­no­cze­śnie sil­niej­sze ode mnie.

Na­gle usły­sza­łam dam­ski głos nad uchem. Unio­słam wzrok znad ekranu i spoj­rza­łam wprost w ko­cie oczy dziew­czyny, któ­rej czarne, sprę­ży­ste włosy wiły się wo­kół twa­rzy ni­czym małe za­skrońce.

- En­glish? - za­py­ta­łam, gdyż zwró­ciła się do mnie po ho­len­der­sku.

- Och. - Zmarsz­czyła ide­al­nie wy­re­gu­lo­wane, czarne brwi. - Py­ta­łam, czy to jest ko­lejka do to­a­lety.

- Tak, tak są­dzę - od­par­łam ze sła­bym uśmie­chem i przy­su­nę­łam się bli­żej ściany, aby zro­bić jej miej­sce.

Od­blo­ko­wa­łam te­le­fon, aby do­koń­czyć do­da­wa­nie re­la­cji, ale wtedy nie­zna­joma ode­zwała się po raz ko­lejny.

- Skąd je­steś?

Spoj­rza­łam na nią za­sko­czona. Przy­glą­dała mi się bez krzty nie­śmia­ło­ści, a jej usta, po­ma­lo­wane na ko­lor dzi­kiej fuk­sji, wy­krzy­wiły się w dziw­nym uśmie­chu.

W mia­stach tak ma­łych jak My­śle­nice wszy­scy się znali. Lu­dzi ko­ja­rzyło się ze szkoły i z są­siedz­twa, przez co za­po­zna­wa­nie no­wych osób w ko­lejce do to­a­lety na­le­żało ra­czej do rzad­ko­ści. Ow­szem, zda­rzało mi się to pod­czas wi­zyt w Ka­to­wi­cach czy Kra­ko­wie, jed­nak nie aż tak czę­sto. Chyba wy­cho­dziło na to, że będę mu­siała przy­wyk­nąć do otwar­to­ści lu­dzi tu­taj.

- Z Pol­ski - od­po­wie­dzia­łam i uśmiech­nę­łam się sze­rzej. - Wczo­raj przy­je­cha­łam na roczny staż. A ty? Miesz­kasz tu od dawna?

Nie­zna­joma wy­glą­dała dość eg­zo­tycz­nie - miała wy­ra­zi­stą urodę i oliw­kową cerę. Kom­bi­ne­zon w ko­lo­rze ostrego fio­letu je­dy­nie pod­kre­ślał jej apa­ry­cję. Wy­glą­dała, jakby po­cho­dziła z Bli­skiego Wschodu.

- Całe ży­cie tu­taj! - od­parła, od­rzu­ca­jąc do tyłu dłu­gie, krę­cone włosy. - Mój tata jest z Tur­cji, matka stąd. Uro­dzi­łam się w Bra­ban­cji Pół­noc­nej i te­raz miesz­kam z oj­cem, matka wy­nio­sła się do Ka­nady. Za­tem je­śli bę­dziesz po­trze­bo­wać po­mocy w za­akli­ma­ty­zo­wa­niu się, to wal śmiało. W ogóle to Ayla je­stem - do­dała i wy­cią­gnęła w moją stronę szczu­płą dłoń. Uści­snę­łam ją i rów­nież się przed­sta­wi­łam.

- Po­moc za­wsze się przyda - przy­zna­łam szcze­rze, nieco zdzi­wiona pro­po­zy­cją.

Ayla uśmiech­nęła się sze­roko, ale na­tych­miast spo­chmur­niała, spoj­rzaw­szy w stronę to­a­let. Ka­bina po­zo­sta­wała za­jęta, od­kąd sta­nę­ły­śmy w ko­lejce, a przed nami cze­kało jesz­cze kilka dziew­czyn.

- Jezu, a tej co, tam­pon utknął? - rzu­ciła wście­kle Ayla i wy­wró­ciła oczami. Chwilę póź­niej prze­nio­sła spoj­rze­nie na mnie i uśmiech­nęła się ką­ci­kiem ust. W jej oczach coś bły­snęło, jakby wła­śnie wpa­dła na ja­kiś po­mysł. - Wiesz, tak wła­ści­wie to ja tu pra­co­wa­łam i wiem, że u góry jest to­a­leta pra­cow­ni­cza. Na pewno zgo­dzą się, że­by­śmy sko­rzy­stały. Unik­niemy sta­nia w ko­lejce! - za­wo­łała osten­ta­cyj­nie, kiedy drzwi do ka­biny wresz­cie się otwo­rzyły, wy­pusz­cza­jąc ze środka pi­janą ko­bietę.

Za­sta­no­wi­łam się. Przed nami wciąż stało pięć osób, a je­śli chcia­łam zdą­żyć na au­to­bus, to mu­sia­łam za­raz wy­cho­dzić.

- A je­steś pewna, że mo­żesz tam iść, je­śli już tu nie pra­cu­jesz?

- Ja­sne. - Wzru­szyła ra­mio­nami. - Chodź!

Po­cią­gnęła mnie za nad­gar­stek i ru­szy­ły­śmy z po­wro­tem w kie­runku baru. Wy­mi­nę­ły­śmy mło­dego kel­nera, który sprzą­tał pu­ste szklanki ze sto­lika, a Ayla za­dała mu ja­kieś py­ta­nie po ho­len­der­sku. Nie mo­głam zro­zu­mieć, co po­wie­działa, ale pra­cow­nik spoj­rzał na nią, uśmiech­nął się i ze ski­nie­niem głowy od­po­wie­dział: "Ja, na­tu­ur­lijk". To zda­nie aku­rat ro­zu­mia­łam - zna­czyło "Tak, oczy­wi­ście".

- Mó­wi­łam, że się zgo­dzi! - za­chi­cho­tała Ayla i ru­szyła do góry po sta­rych, drew­nia­nych scho­dach, które skrzy­piały pod jej sto­pami.

Zna­la­zły­śmy się na pod­da­szu, jesz­cze mniej­szym i jesz­cze ciem­niej­szym niż mój po­kój. Jedne drzwi były uchy­lone, a ja do­strze­głam w środku to­a­letę. Na­tych­miast ode­tchnę­łam z ulgą, ale kiedy zo­ba­czy­łam, że w środku nie ma pa­pieru to­a­le­to­wego, od razu się skrzy­wi­łam.

- Ach, to. Luz. Tu trzy­mają al­ko­hol, a tu... - Ayla do­strze­gła to samo co ja i wska­zała brodą na naj­bliż­sze drzwi, które pod­trzy­my­wał sto­per. - Tu są pa­piery, ser­wetki i inne du­pe­rele.

Zer­k­nę­łam nie­pew­nie do środka. Fak­tycz­nie, w nie­wiel­kim po­miesz­cze­niu znaj­do­wały się ar­ty­kuły hi­gie­niczne, ale ja nie by­łam pewna, czy wolno było nam tam wcho­dzić. Ayla jed­nak nie wy­glą­dała, jakby za­przą­tała so­bie głowę tą kwe­stią. We­szła do schowka bez za­wa­ha­nia, więc za­ufa­łam, że może to zro­bić i po­szłam za nią.

Po­miesz­cze­nie zde­cy­do­wa­nie nie było przy­sto­so­wane dla dwóch osób. Moja nowa ko­le­żanka nie­mal od razu ude­rzyła głową o szafkę, na któ­rej stało wia­derko. Za­klęła pod no­sem po ho­len­der­sku i kop­nęła sto­per, który przy­trzy­my­wał drzwi. Te za­mknęły się z hu­kiem, zwal­nia­jąc nieco miej­sca. Mo­gły­śmy ode­tchnąć.

- O, jest pa­pier - stwier­dziła za­do­wo­lona, się­ga­jąc po naj­bliż­szą rolkę. - Chodź, idziemy stąd.

Wy­cią­gnęła rękę w stronę klamki, ale, ku na­szemu zdzi­wie­niu, klamki tam... Nie było.

- Co jest, do cho­lery? - szep­nęła pod no­sem, a rolka pa­pieru wy­pa­dła jej z rąk i po­to­czyła się pod naj­bliż­szą półkę.

Po­czu­łam, jak robi mi się go­rąco. Za­pa­li­łam włącz­nik świa­tła, a ja­rze­niówka mo­men­tal­nie oświe­tliła półki ugi­na­jące się od pa­pieru i ser­we­tek. Wraz z Aylą w pa­nice za­czę­ły­śmy szu­kać klamki na ziemi, jed­nak ni­g­dzie jej nie było.

- Cóż, ten sto­per to chyba jed­nak był po­trzebny - stwier­dziła kwa­śno, a ja na­tych­miast zgro­mi­łam ją wzro­kiem.

- To za­cznijmy wa­lić w drzwi. Może ja­kiś pra­cow­nik aku­rat bę­dzie prze­cho­dził i nas wy­pu­ści - za­pro­po­no­wa­łam, pró­bu­jąc opa­no­wać nerwy.

Jesz­cze bar­dziej się skrzy­wiła.

- Hmm, no... Wo­la­ła­bym nie, bo w su­mie... Nie mo­żemy tu być.

- Co?! - za­wo­ła­łam, nie do­wie­rza­jąc wła­snym uszom. - Nie pra­co­wa­łaś tu ni­gdy?!

- No ja­sne, że pra­co­wa­łam - rzu­ciła, jakby to była naj­bar­dziej oczy­wi­sta rzecz na świe­cie. - Skąd ina­czej mia­ła­bym wie­dzieć, gdzie iść? Z tym że to było dawno temu... I tylko trzy dni, bo im się nie spodo­ba­łam. Tego kel­nera py­ta­łam po pro­stu, czy sprze­dają piwo bez­al­ko­ho­lowe, dla­tego po­twier­dził. My­śla­łam, że nie zro­zu­miesz... - Uśmiech, który błą­dził gdzieś w ką­ciku jej ust, jesz­cze moc­niej mnie pod­bu­rzył.

- To nie jest śmieszne! - wy­ce­dzi­łam przez za­ci­śnięte zęby, a Ayla spoj­rzała na mnie prze­pra­sza­jąco. - Za­dzwoń do swo­ich zna­jo­mych, niech tu wejdą i nam otwo­rzą.

- Osoby, z któ­rymi tu przy­szłam, są już w ja­kimś klu­bie na Strijp-S - od­po­wie­działa, a ja po­trze­bo­wa­łam kilku se­kund, żeby przy­po­mnieć so­bie, że to dziel­nica mia­sta, o któ­rej kie­dyś opo­wia­dał mi Ja­son. - Może ty za­dzwoń do swo­ich?

- Przy­szłam tu sama - od­par­łam po­nuro, a Ayla na­tych­miast ścią­gnęła brwi.

- Sama?

- Tak, sama, bo mia­łam spę­dzić wie­czór z męż­czy­zną, z któ­rym się spo­ty­kam, ale on znów mnie wy­sta­wił! - rzu­ci­łam z wście­kło­ścią i scho­wa­łam twarz w dło­niach, od­dy­cha­jąc głę­boko.

Nie mi­nęły na­wet trzy dni, od­kąd wy­pro­wa­dzi­łam się z domu, a już czu­łam, że po­no­szę po­rażkę za po­rażką. Nie dość, że mój uko­chany zda­wał się wiecz­nie za­jęty, to w do­datku utknę­łam z obcą ko­bietą w ja­kimś schowku na pa­pier, pod­czas gdy mój pę­cherz bli­ski był wy­bu­chu.

- Oj, to chyba coś kręci - usły­sza­łam jej głos.

Pod­nio­słam głowę. Ayla wpa­try­wała się we mnie ze współ­czu­ciem, jakby była świę­cie prze­ko­nana co do słusz­no­ści swo­ich słów. Po­czu­łam, jak coś bo­le­śnie prze­wraca mi się w dołku. Fak­tycz­nie cała ta sy­tu­acja nie wy­glą­dała do­brze, ale prze­cież ta ko­bieta w ogóle nie znała Ja­sona. Nie wie­działa, co mówi!

Zi­gno­ro­wa­łam jej słowa i po pro­stu za­czę­łam wa­lić pię­ścią w drzwi.

- Halo! Niech ktoś otwo­rzy! - wo­ła­łam. Na tym eta­pie było mi już zu­peł­nie obo­jętne, czy do­sta­nie nam się od pra­cow­ni­ków lo­kalu. Przed­ostatni au­to­bus, na który chcia­łam zdą­żyć, wła­śnie od­jeż­dżał, a ja pil­nie mu­sia­łam sko­rzy­stać z to­a­lety. - Nie mogę się spóź­nić na ostatni au­to­bus!

- Au­to­bus? To nie przy­je­cha­łaś ro­we­rem?

- Nie umiem jeź­dzić na ro­we­rze - rzu­ci­łam, a za­że­no­wa­nie, ja­kie mo­głam czuć w związku z tym wy­zna­niem, przy­tłu­mione było te­raz zde­ner­wo­wa­niem.

- Że co?! - Dziew­czyna była tak obu­rzona i roz­ba­wiona jed­no­cze­śnie, że w su­mie mo­gła­bym się na nią ob­ra­zić.

Wes­tchnę­łam osten­ta­cyj­nie i wy­cią­gnę­łam te­le­fon z to­rebki. Chcia­łam wy­stu­kać w wy­szu­ki­warce na­zwę baru, zna­leźć nu­mer i po pro­stu do nich za­dzwo­nić, ale - jak mo­głam się spo­dzie­wać - na pię­trze nie było za­sięgu.

Trzeba jed­nak było zo­stać w domu.

- To... - za­częła nie­pew­nie Ayla, pa­trząc na mnie z miną nie­wi­niątka. - Stu­diu­jesz? Bo ja koń­czę stu­dia. Wzor­nic­two prze­my­słowe na De­sign Aca­demy Ein­dho­ven.

Opar­łam się o drzwi z ci­chą na­dzieją, że na­gle się otwo­rzą, jed­nak nic ta­kiego się nie wy­da­rzyło.

- Skoń­czy­łam nie­dawno - mruk­nę­łam nie­za­do­wo­lona. - Za­rzą­dza­nie.

- A czym chcia­łaś za­rzą­dzać?

- Swoim ży­ciem, ale nie do końca mi to wy­cho­dzi.

Ayla uśmiech­nęła się lekko. Choć sy­tu­acja, w któ­rej się zna­la­złam ni­jak mi się nie po­do­bała, to jed­nak od­wza­jem­ni­łam ten uśmiech.

Usia­dły­śmy na ziemi po­kry­tej ku­rzem i za­czę­ły­śmy roz­ma­wiać, aby ja­koś za­bić czas. Mia­łam na­dzieję, że ktoś szybko zjawi się w kan­torku, ale wy­glą­dało na to, że do­dat­kowe rolki ni­komu nie były po­trzebne; nie było sły­chać żad­nych kro­ków. Co ja­kiś czas ude­rza­ły­śmy więc w drzwi, jed­nak szanse, że ktoś z dołu nas usły­szy, były nie­wiel­kie. Mu­zyka grała zbyt gło­śno, aby na­sze krzyki i stu­ka­nie się przez nią prze­biły.

- Wiesz co... - za­gad­nęła w pew­nym mo­men­cie Ayla, ba­wiąc się opa­ko­wa­niem wy­ka­ła­czek, które ob­ra­cała w dło­niach. Me­ta­lowe bran­so­letki na jej nad­garstku, brzę­czały przy każ­dym ru­chu. - W su­mie po­doba mi się, że przy­szłaś sama do baru. Rzadko to się zda­rza.

- Cóż, może gdy­bym przy­szła z kimś, to te­raz nie sie­dzia­ły­by­śmy w za­mknię­ciu od... - spoj­rza­łam na wy­świe­tlacz te­le­fonu i wes­tchnę­łam - pół go­dziny. Mój ostatni au­to­bus od­je­dzie za pięć mi­nut, a ja pew­nie ze­si­kam się za trzy...

Urwa­łam, bo w tym mo­men­cie ktoś otwo­rzył drzwi, a my po­de­rwa­ły­śmy się na równe nogi. Ude­rzy­łam głową o półkę, więc sy­cząc z bólu, za­czę­łam roz­ma­so­wy­wać so­bie skroń.

Tym­cza­sem kel­ner, który wcze­śniej roz­ma­wiał z Aylą, spoj­rzał na nas wy­raź­nie zdzi­wiony. Moja to­wa­rzyszka ner­wowo za­częła mu coś wy­ja­śniać po ho­len­der­sku, a ja tylko ob­ser­wo­wa­łam jego minę, mo­dląc się w du­chu, aby­śmy nie wpa­dły w jesz­cze więk­sze kło­poty.

Na szczę­ście on tylko wzru­szył ra­mio­nami i od­po­wie­dział coś, co wy­wo­łało na twa­rzy Ayli wy­raźną ulgę. Rzu­ciw­szy mu szyb­kie "Dank je wel!"2 zła­pała mnie za nad­gar­stek i obie do­słow­nie zbie­gły­śmy po scho­dach.

- Po­wie­dzia­łam mu, że ktoś nam po­wie­dział, że to­a­leta jest u góry, a my przez przy­pa­dek we­szły­śmy do in­nego po­miesz­cze­nia - wy­ja­śniła Ayla, kiedy prze­ci­ska­ły­śmy się przez tłum na dole. - Nie wiem, czy to ku­pił, ale chyba było mu to wszystko obo­jętne...

Po­że­gna­łam się już z ostat­nim au­to­bu­sem, więc z nie­tęgą miną sta­nę­łam wraz z Aylą z po­wro­tem w ko­lejce do to­a­lety. Na szczę­ście tym ra­zem wszystko po­szło dużo szyb­ciej i już chwilę póź­niej mo­głam wyjść z baru z pu­stym pę­che­rzem, ale za to głową pełną zmar­twień. Jak te­raz do­jadę do domu?

Ayla chyba czuła wy­rzuty su­mie­nia, bo zde­cy­do­wała się do­trzy­mać mi to­wa­rzy­stwa w dro­dze na dwo­rzec. To ona pro­wa­dziła, bo ja nie wie­dzia­łam, jak do­kład­nie do­stać się w miej­sce do­ce­lowe. Nie mia­łam zresztą czasu na za­bawę z na­wi­ga­cją - za­jęta by­łam szu­ka­niem in­nych po­łą­czeń w te­le­fo­nie, jed­nak na nic się to zdało. Naj­bliż­szy przy­sta­nek, na któ­rym mo­gła­bym wy­siąść, znaj­do­wał się ja­kieś pół go­dziny pie­chotą od mo­jego domu.

- Chyba mu­szę za­mó­wić pod­wózkę - stwier­dzi­łam w końcu, sia­da­jąc na ławce pod wiatą przy­stanku. Kilka au­to­bu­sów znaj­do­wało się na pę­tli, ale nie­stety ża­den z nich nie mógł do­wieźć mnie tam, gdzie chcia­łam.

- Mhm, po­wo­dze­nia! - za­śmiała się Ayla, ale wi­dząc moją nie­tęgą minę, spo­waż­niała. - Tu­taj wszy­scy jeż­dżą ro­we­rami, stara. Mało kto ko­rzy­sta z tak­só­wek i apli­ka­cji. Mamy w Ho­lan­dii jedną apkę, Car­ful. Może tam coś znaj­dziesz, ale nie na­pa­laj się. Gdzie miesz­kasz?

Po­da­łam jej swój ad­res.

- To nie­da­leko Strijp-S - stwier­dziła i za­jęła miej­sce obok mnie, żeby chwilę póź­niej rów­nież wy­jąć z kie­szeni te­le­fon. - No, nie­da­leko au­tem. Zo­sta­wi­łam tam ro­wer, więc i tak mu­szę się tam do­stać. Spró­buję za­mó­wić tego Car­fula, naj­pierw od­wie­zie mnie, a po­tem cie­bie... O ile ja­kiś w ogóle bę­dzie wolny...

Nie chciało mi się wie­rzyć, że w piąt­kowy wie­czór nie bę­dzie żad­nych sa­mo­cho­dów w mie­ście, które miało po­nad dwie­ście ty­sięcy miesz­kań­ców, ale szybko oka­zało się, że Ayla miała ra­cję. Na ma­pie wi­doczne były może ze trzy po­jazdy, wszyst­kie da­leko od cen­trum. Za­mó­wi­ły­śmy prze­jazd i prze­szły­śmy kil­ka­na­ście me­trów da­lej, aby tam cier­pli­wie cze­kać na kie­rowcę.

Srebrny mer­ce­des po­ja­wił się do­piero po nie­mal dwu­dzie­stu mi­nu­tach. Przy­wi­ta­łam go z taką ulgą, jakby był wo­zem z ekipą ra­tun­kową, na którą cze­ka­łam trzy dni pod gru­zami ja­kie­goś bu­dynku.

Przy­wi­taw­szy się szybko z kie­rowcą, opa­dłam na mięk­kie sie­dze­nie i gło­śno wy­pu­ści­łam po­wie­trze z płuc. Wnę­trze auta pach­niało zna­jomo, jed­nak nie mo­głam so­bie przy­po­mnieć, skąd znam tę woń. By­łam nie­mal pewna, że to były per­fumy, któ­rych uży­wał męż­czy­zna.

Przy­ło­ży­łam po­li­czek do zim­nej szyby i ob­ser­wo­wa­łam domki miesz­kalne, które mi­ja­li­śmy. Mia­łam wra­że­nie, że wła­śnie wy­cho­dziły ze mnie wszyst­kie emo­cje, które ku­mu­lo­wa­łam w piersi cały wie­czór. Po­czu­łam, jak całe ciało za­lewa fala go­rąca, więc ścią­gnę­łam dżin­sową kurtkę i odło­ży­łam ją na dru­gie sie­dze­nie. Ayla prze­glą­dała coś w te­le­fo­nie, a z przy­ci­szo­nego ra­dia do­cho­dziły wia­do­mo­ści i był to je­dyny dźwięk, który wy­peł­niał sa­mo­chód. Na­pa­wa­łam się tą ci­szą, ma­rząc o chwili, gdy w końcu za­to­pię się w po­ścieli...

Na­gle po­czu­łam, jak te­le­fon w mo­jej to­rebce wi­bruje. W ciągu ostat­nich mie­sięcy Ja­son przy­zwy­cza­jał mnie do tak czę­stych roz­mów, że każde po­wia­do­mie­nie trak­to­wa­łam jak wia­do­mość od niego, więc od­ru­chowo się­ga­łam po te­le­fon. Tym ra­zem jed­nak to nie on był nadawcą.

Od: Łu­kasz

Co tam wa­riatko?! Po­szłaś w me­lanż? My­śle­li­śmy, że przy­je­dziesz ostat­nim au­to­bu­sem, daj znać, czy ży­jesz, hehe!

Uśmiech­nę­łam się pół­gęb­kiem i od­pi­sa­łam, że wła­śnie jadę do domu. Na mo­jej twa­rzy chyba mimo wszystko wi­doczny był za­wód, bo nie umknęło to by­strym oczom Ayli.

- Bu­fon się ode­zwał?

Za­mru­ga­łam i przez mo­ment pa­trzy­łam na nią py­ta­jąco. Do­piero po chwili uświa­do­mi­łam so­bie, że prze­cież wspo­mi­na­łam jej wcze­śniej o Ja­so­nie.

- To nie bu­fon - mruk­nę­łam. - Ale nie... To nie on.

- Bu­fon, nie bu­fon... Znam się na fa­ce­tach, Tina! Wi­dzę, że coś jest na rze­czy. - Spoj­rzała na mnie z ło­bu­zer­skim uśmie­chem i pu­ściła mi oczko. - Przy­je­cha­łaś tu do­piero wczo­raj, więc nie mar­nuj czasu na go­ścia, który nie znaj­duje go dla cie­bie. Ho­lan­dia stoi przed tobą otwo­rem!

Za­śmia­łam się lekko i skie­ro­wa­łam wzrok przed sie­bie. Wtedy zła­pa­łam w przed­nim lu­sterku spoj­rze­nie kie­rowcy: ja­sno­nie­bie­skie, a w tym świe­tle nie­mal szare tę­czówki, przy­po­mi­nały lód. Mia­łam wra­że­nie, jakby coś nie­po­ko­ją­cego błysz­czało w jego oczach i wtedy przy­po­mnia­łam so­bie, skąd znam za­pach jego per­fum, dziki, nocny i orien­talny. To był Dior Sau­vage.

Od­pę­dzi­łam tę myśl z głowy i zwró­ci­łam się do Ayli:

- Na ra­zie chcę po­znać no­wych zna­jo­mych.

Ta wia­do­mość wy­raź­nie ją ucie­szyła.

- No to wła­śnie po­zna­łaś! Chodź, wy­mie­nimy się nu­me­rami. Głu­pio mi za tę ak­cję dzi­siaj, obie­cuję, że to ostatni raz! - Przy­ło­żyła dłoń do serca, ale ja mia­łam nie­od­parte wra­że­nie, że mimo wszystko była ty­pem osoby, z którą po­dobne sy­tu­acje są na po­rządku dzien­nym. - Umówmy się na ja­kąś kawę czy ko­la­cję, ja sta­wiam. W ra­mach za­dość­uczy­nie­nia!

Za­pi­sa­ły­śmy swoje nu­mery, obie­ca­ły­śmy so­bie, że bę­dziemy w kon­tak­cie i nie­długo póź­niej Ayla wy­sia­dła z po­jazdu w ko­lo­ro­wej dziel­nicy Strijp-S, by prze­siąść się na ro­wer.

Kie­rowca ru­szył drogą mię­dzy dom­kami jed­no­ro­dzin­nymi po­grą­żo­nymi w noc­nej ciem­no­ści. Nie mi­nęły na­wet dwie mi­nuty, kiedy jego głę­boki głos prze­rwał ci­szę:

- Ciężka noc? - za­gad­nął po an­giel­sku.

Już chcia­łam od­po­wie­dzieć, ale wtedy mój te­le­fon po raz ko­lejny za­wi­bro­wał. Wes­tchnę­łam z iry­ta­cją, bo wie­dzia­łam, że praw­do­po­dob­nie nie była to wia­do­mość, na którą cze­ka­łam, ale o dziwo po­now­nie oka­zało się, że nie mia­łam ra­cji.

Od: JJ

Może spo­tkamy się w przy­szłym ty­go­dniu?

- Można tak po­wie­dzieć - od­par­łam ze sła­bym uśmie­chem. - Ho­lan­dia po­wi­tała mnie z hu­kiem.

2 Dzię­kuję! (nl.)