1
- Tato, nie zostawiaj mnie samego.
- Nie będziesz sam. Popatrz, popatrz. Widzisz, ile dzieci jest na boisku?
- Ja chcę do domu.
- Wykluczone.
- To zostań tu ze mną.
- Co za pomysł!
- Tato...
- No, już, nie becz, do cholery.
- A mama?
- Powtarzam: przestań beczeć! Zapamiętaj sobie na zawsze: mężczyźni nie płaczą.
- Tato...
- Odwiedzę cię w niedzielę, w porządku?
- Tato...
- Mazgaj. No już, daj mi buziaka. Na co czekasz, buziaka, mówię! Ach, już ci się odechciało? To w niedzielę nie przyjadę. Twoja strata. Myślisz, że żartuję? I żebym nie słyszał żadnych skarg na twoje zachowanie.
Nowe, nieznane, groźne cienie; tajemnicze szmery i szelesty, których nigdy wcześniej nie słyszał nocą. Pokasływanie nieznajomych dzieci. Leżąc z otwartymi powiekami, postanowił, że nie zaśnie, gotowy na atak mrocznych potworów. Z oczami jak spodki zazdrościł pochrapującemu cicho koledze na łóżku obok. Nastawiał się na bardzo długą noc. A przede wszystkim, dlaczego tato... Jak to możliwe, że... Aż cienie zaczęły się rozmywać i wtedy odważył się powiedzieć mamo... Co się stało, mamo?
Co za ryk! Następny dzień zaskoczył go i przeraził. Zdał sobie sprawę, że pomimo lęku zapadł w sen, bezbronny wobec potworów. I że teraz jakiś donośny, wściekły głos zwracał się do niego, ej, ty, tak, Ty, co sobie wyobrażasz, śpiący królewiczu z sypialni numer trzy? No już, wstawaj! I pościel poszła w kąt, a dzieci w milczeniu spieszyły w stronę łazienki z ręcznikiem i szczoteczką do zębów, której Ty nie posiadał, ale dlaczego tato nie chce, żebym, przecież mógłbym być w domu i. Nie? Jeszcze nie wiedział, którędy do łazienki, więc zdecydował, że najlepsze, co może zrobić, to siąść na łóżku i rozpłakać się. A wtedy tamta okropna twarz, z której wydobywał się potworny ryk, znalazła się na jego wysokości, dosłownie przed nosem, i tak się wydarła, że z wrażenia przewrócił się na łóżko. Tamta twarz o wystających kościach policzkowych i czerwonych policzkach budziła lęk. A jeszcze do tego krzyczała, co potęgowało strach. Potem dowiedziałem się, że na imię mu Enric, ale każe na siebie mówić Henricus. Z czerwoną gębą, chrapliwym głosem, miał za zadanie budzić dzieciarnię, pilnować podczas przerw, żeby żaden dzieciak nie przeskoczył przez ogrodzenie najeżone kolcami i nie nadział się jak oliwka w wermucie, wiecie, co mam na myśli, no nie?; do niego też należało naprawianie ciężkich pralnic i regulowanie ogrzewania. Strzygł nas. I dotykał pod prysznicem. I na pewno jeszcze coś robił, bo ciągle go widziałeś, jak kręci się tu i tam i ma oko na wszystko, żeby nie przegapić najmniejszego drobiazgu. Poza nim były jeszcze kucharki i ogrodnik w ogrodzie za domem. I milczące zakonnice ze skrzydłami rybitwy na głowie, które płynęły w powietrzu wzdłuż korytarzy i które uczyły nas różnych niepotrzebnych rzeczy, poza siostrą Matilde. Tylko ona patrzyła nam w oczy, czasem szczypała w policzek i potrafiła nas rozśmieszyć. I uczyła czytać tych, którzy tego nie umieli. A nad nią stała matka przełożona ze złośliwym spojrzeniem. Tomás zapewniał, że tak samo patrzy diabeł. A ciebie czemu nikt nie odwiedza?
- Nie twój interes, jasne?
Więcej nie pytali. Mamo, a tato w ogóle nie przychodzi.
- Tomas.
- Co?
- Jesteś pewien?
- Czego?
- Że w spojrzeniu matki przełożonej dostrzec można oczy diabła.
Trzysta dzieciaków w domu. Trzydziestu chłopców w sypialni numer trzy. Trójka przyjaciół: Toni, Ton i Tomas; i on, który do nich dołączył. Nie miał odwagi zapytać kogokolwiek, dlaczego akurat mój ojciec nigdy do mnie nie przychodzi. Co by mu szkodziło wpaść? Ale kogo miałby o to zapytać? I dlaczego nie mogę powiedzieć matce przełożonej, że Henricus dotyka mnie, kiedy bierzemy prysznic?
- Bo natychmiast by cię wysłała do piekła.
- Ale ja nie lubię, kiedy on mnie dotyka.
- To zaciśnij zęby.
- Ej, ej, ej - zareagował Ty po paru sekundach milczenia.
- O co ci znowu chodzi...
- Że piekło jest dla nieboszczyków. A ja jestem żywy!
- No to najpierw cię zabije, a potem wyśle do piekła.
- Cholera.
Tato, kolejna niedziela. Gdzie ty się podziewasz? Tato, nie odwiedziłeś mnie ani razu. Ani razu. Dzisiaj wujek Tona dał mi torebkę cukierków. Schowam ją pod poduszką. Mam nadzieję, że wytrzymają tam lata, na wypadek gdybyś przypadkiem zechciał przyjść. Mamo...
Henricus złapał go za ucho i ciągnął przez pół korytarza aj, aj, aj, aj, aj, co za ból, co za ból, co za ból, co za ból! Ucho czerwone jak pomidor, i potworny ból, który nie przechodził.
- Nie wiesz, że nie wolno trzymać jedzenia w łóżku? Co? Do ciebie to nie dotarło? Ty...
- Ale z szafy kradną.
- Nazywasz swoich kolegów złodziejami? To bardzo brzydko. Bardzo!
- Ale kiedyś...
- Tu nikt nie kradnie i koniec dyskusji.
- Ale przecież...
- Kto miałby cię okraść, no, słucham. Podaj nazwiska.
- Nie wiem. Nie wiem, kto mnie okrada.
- Donosiciel!
- Ale ja naprawdę nie wiem...
Kolejne pociągnięcie za ucho, a jednocześnie Henricus zbliżył do niego gębę i krzyczał, przedrzeźniając go ale ja nie wiem, ale ja nie wiem, tylko byś oczerniał innych. No, przynieś te cukierki.
Niektóre dzieciaki śmiały się pod nosem, bo dobrze jest stać po stronie zwycięzcy, a Henricus zawsze był zwycięzcą. Stąd ten śmiech. Ja też czasami tak się śmiałem.
- Podarował mi je... moja mama.
- Twoja matka nie może ci przynieść cukierków, debilu!
- A właśnie że tak!
- Nie! Bo nie żyje!
- Właśnie że nie!
- Martwy człowiek nie może podarować cukierków, idioto, zwłaszcza jeśli to samobójca, rozumiesz, ty wypierdku? - I kiwnął na mnie ręką gestem niepozostawiającym wątpliwości. - Oddawaj te karmelki, i to już!
Następnego dnia, ciągle jeszcze z czerwonym uchem, w porze sobotniego prysznica, kiedy Henricus gwizdkiem pospieszał dzieciaki, żeby nie marudziły pod wodą, albo kazał wracać pod prysznic niedomytym i namydlał niektórym głowy, mnie obmacał i powiedział jak będziesz grzeczny, nigdy więcej nie pociągnę cię za ucho. Ja zawsze byłem grzeczny, ale nie oddał mi cukierków od mamy. I dotrzymał słowa: począwszy od tego dnia, zostawił w spokoju moje uszy, natomiast walił z liścia, a to bardzo bolało, oj, jak bardzo. A milczące zakonnice krążyły po całym domu, nawet siostra Matilde, i nie słyszały, jak płakałem z powodu Henricusa, który bije i obmacuje, i dlaczego tato nigdy mnie nie odwiedza. I za żadne skarby nie chciałbym napotkać diabolicznego spojrzenia matki przełożonej. A moi przyjaciele niezwykle subtelnie, jak to oni, kiedy zostaliśmy sami, potrącali się łokciami, żeby zdecydować, że to Tomas zada mi pytanie:
- Jak się zabiła twoja matka? Co? Kiedy? Dawno? Co? Dlaczego? Widziałeś ją po śmierci? Powieszona? Czy jakoś inaczej? Co?
A ja pobiegłem przed siebie jakimś nieznanym korytarzem, zasłaniając uszy rękami, bo nie chciałem tego słuchać i wstydziłem się łez, i w ten sposób odkryłem kanciapę, gdzie są kotły, gdzie dopóki nie ma awarii, nikt nie zagląda, nawet szczury. I nigdy więcej nie pytali mnie o mamę.
Długo nie rozumiałem, dlaczego czasami Henricus nazywa nas mięsem armatnim. Jednego ze starszych, z tych, co to mieli dziesięć lat albo i więcej, moja naiwność szczerze rozbawiła i wyjaśnił mi, że nie chodzi o to mięso, którego prawie nigdy nie dawali nam do jedzenia, ale o nas, rozumiesz, Ty? A ja odpowiedziałem ach tak, no jasne, ale dalej nie rozumiałem, jak można by przerobić nas na befsztyki. Kiedy skończyłem trzynaście lat, już to do mnie dotarło, i podziwiałem jasnowidztwo tego kapo, który ustawiał nas na baczność. A uskrzydlone zakonnice dalej nas uczyły nieprzydatnych rzeczy w trudnym do zrozumienia języku kastylijskim, w sali lekcyjnej ozdobionej Chrystusem przybitym do krzyża i zdjęciami dwóch łotrów po bokach, z fryzurami na żel, w wojskowych mundurach.