PROTOKÓŁ PRZESŁUCHANIA KRYSTYNY KWIRYN
- Ona była naprawdę śliczna, panie kapitanie. Audrey Hepburn z "Wojny i pokoju", nawet ładniejsza jeszcze, tak przynajmniej twierdzili niektórzy z kolegów. Zawsze kręcił się przy niej tuzin zakochanych.
- Miała narzeczonego?
- Nie. Raczej nie. Gdyby miała, wiedziałabym o tym, byłyśmy przecież przyjaciółkami. Twierdziła, że o małżeństwie zacznie myśleć po studiach, a tak nie warto zawracać sobie głowy. Nie interesowała się żadnym chłopakiem.
- Oschła z natury?
- Przeciwnie. Szczyt zalotności! Jej uśmiechy i żarty brano czasem na serio i wynikały z tego hece. Z Grelą na przykład była draka, że hej. Powiedział...
- Co powiedział?
- To była głupia mowa, panie kapitanie. Władek Grela nigdy by tego nie zrobił, po prostu załamał się, więc nagadał Agnieszce, naplótł trzy po trzy...
- Mianowicie?
- Nie powinnam tego powtarzać. Naprawdę. Po co pchać was na fałszywy ślad? Cały nasz rok da głowę za Władka. Poczciwina, nos w podręcznikach. Bez sensu, słowo panu daję.
- Cóż więc takiego powiedział?
- Mieszkałyśmy z Agnieszką na ósmym piętrze, winda często się psuła. Władek przyleciał pieszo, chyba pędził po schodach, bo tchu nie mógł złapać. Bełkotał. Ja się kąpałam akurat, myślał pewnie, że Agnieszka jest sama. - Już nie mogę - sapał - nie chcę zwariować przez ciebie, ten pocałunek w kinie, może dla ciebie to nic, ale ja mam taki charakter, kocham cię, Agnieszko, jestem o krok od obłędu, słyszysz?! - Słyszę - odparła spokojnie - i współczuję ci, Władek. Jesteś klawym kolegą. - Więc nie kochasz mnie?! - To ci przejdzie, stary, zobaczysz. Zajmij się Magdą, ona za tobą szaleje... - Milcz! Ja sobie życie odbiorę... sobie i tobie, słyszysz? - Myślałam, że Agnieszka parsknie śmiechem, tak to zabrzmiało komicznie, jak w starym kinie. Ale się nie roześmiała. - Brakuje ci pewnej rzeczy - powiedziała do Władka - dystansu do samego siebie. Nie przypuszczałam, że jesteś taki wewnętrznie rozpieszczony. A ja nie znoszę przemocy. Mam zamiar wykąpać się, dobranoc, Władek.
- Władysław Grela... student waszego roku?
- Tak. Ale on nie mógł tego zrobić, panie kapitanie!
- Kiedy to było?
- Jakiś miesiąc temu. Nazajutrz przyszedł z kwiatami i przeprosił Agnieszkę. Wrócił do Magdy, są znowu razem, wygląda na szczęśliwego. Coś go opętało tamtego wieczoru...
- Czy Agnieszka Brel miała znajomych poza uczelnią?
- Chyba nie. Przeniosła się z Warszawy do Gdańska zaledwie kilka miesięcy temu. W każdym razie nie odwiedzał jej nikt oprócz naszych. Tylko brat zaglądał czasami, gdy wracał z rejsu.
- Marynarz?
- Pływa na frachtowcu. Bardzo przystojny chłopak, chociaż ani trochę nie podobny do Agnieszki. Starszy od niej o kilka lat.
- Na jakim statku pływa?
- Nie wiem. Nie pamiętam, panie kapitanie. Przywoził Agnieszce cudowne prezenty. Pantofle, torebki, pierścionek z rubinem, złotą doxę.
- Panna Brel nie miała kłopotów materialnych?
- Dostawała pieniądze od rodziców. No i brat jej pomagał. Pożyczałam od niej czasami po kilkaset złotych, nigdy nie odmawiała.
- Czy miała, oprócz brata, jakichś krewnych w Trójmieście?
- Chwileczkę... Zdaje się, że tak. Wspomniała kilka razy o wujku w Gdyni. Jeśli dobrze pamiętam, mówiła, że pracuje w porcie. Odwiedzała go od czasu do czasu.
- Jak się nazywa wuj?
- Nie wiem, panie kapitanie. Nazywała go wujciem. Nigdy u nas nie był.
- Czy w ostatnim czasie dostrzegła pani w zachowaniu Agnieszki Brel coś szczególnego?
- Nie... to znaczy... Trudno mi powiedzieć.
- Proszę się zastanowić, panno Krysiu.
- Gdybym nazwała to strachem, przesadziłabym. Raczej niepokój. Agnieszka jakby na coś czekała.
- Na coś czy na kogoś?
- Nie wiem. Byłyśmy przyjaciółkami, ale zawsze miałam wrażenie, że mówi mi tylko tyle, ile uważa za stosowne. Że czegoś nie dopowiada. Niedawno temu obudziłam się w nocy i zobaczyłam, że Agnieszka siedzi przy oknie w nocnej koszuli, skurczona, przerażona jakby. Zapytałam, co jej jest. Odparła, że śniło się jej coś strasznego, ale nie chciała opowiedzieć snu. A w przeddzień tragedii, kiedy rozmawiała z Krzysztofem przez telefon, też raptem pobladła...
- Z jakim Krzysztofem?
- To jej brat. Telefonował do niej zawsze, gdy jego statek zbliżał się do Gdyni. Mówiłam już panu, że bardzo kochał Agnieszkę.
- Czy pani wie, z kim panna Brel spędziła wieczór w "Grandzie"?
- Przypuszczam, że z Krzysztofem. Często zapraszał ją na kolację, gdy był w kraju.
- Czy panna Brel znała obce języki?
- Tak. Angielski i niemiecki. Po angielsku mówiła doskonale.
- Kogo podejrzewa pani o dokonanie morderstwa?
- Ja?... Naprawdę nikogo, panie kapitanie. To się w głowie nie mieści. Straszne. Do tej pory nie wierzę, że Agnieszka nie żyje...
- Dziękuję, panno Kwiryn, to na razie wszystko.