Kiedy warto obrabować bank - Steven D. Levitt, Stephen J. Dubner

-
Proszę czekać

Rozdział 1 Chcieliśmy tylko pomóc

Niektóre z najlepszych pomysłów w historii ludzkości - żeby nie powiedzieć, że wszystkie takie pomysły - początkowo wydawały się szalone. Oczywiście wiele jest takich pomysłów, które nie tylko wydają się szalone, ale faktycznie są szalone. Jak można odróżnić jedne od drugich? Jednym z największych atutów prowadzenia bloga jest możliwość wystawiania swoich szalonych pomysłów czytelnikom na odstrzał. Ze wszystkich wpisów naszego autorstwa najszybszą, najgłośniejszą i najbardziej gniewną reakcję wywołał ten, który otwiera niniejszy rozdział.

Jaki sposób ataku byś wybrał, gdybyś był terrorystą?

(SDL)

Agencja TSA (The Transportation Security Administration) poinformowała niedawno, że chociaż większość ograniczeń dotyczących bagażu podręcznego dopuszczalnego na pokładzie samolotów pozostaje w mocy, to pasażerowie będą mogli wnosić ze sobą zapalniczki. O ile zakaz posiadania przez pasażera pasty do zębów, dezodorantu czy wody wydaje się przejawem czystego szaleństwa, akurat zakaz wnoszenia zapaliczek dawałby się uzasadnić. Zastanawiam się, jak i czemu lobbowali w tej sprawie producenci zapalniczek. Wydawałoby się, że 22 tysiące skonfiskowanych zapalniczek dziennie musi napędzać sprzedaż, być może jednak ostatecznie mniej ludzi kupuje zapalniczki, skoro nie mogą z nimi podróżować.

Czytając o tych przepisach, zacząłem się zastanawiać, co bym zrobił, gdybym był terrorystą i gdybym przy ograniczonych zasobach chciał uzyskać maksymalny efekt terroru. Otóż zacząłbym od poszukiwań czynnika, który budzi największy strach. Nie ulega wątpliwości, że przerażenie budzi w ludziach już sama myśl, iż mogliby paść ofiarą ataku. Chciałbym zatem zrobić coś, co wszyscy uznaliby za działanie potencjalnie wymierzone w nich, nawet pomimo bardzo niskiego ryzyka faktycznego doznania krzywdy w wyniku takiego ataku.

Ludzie wykazują skłonność do wyolbrzymiania bardzo małego prawdopodobieństwa, w związku z czym strach wywoływany przez akty terroru jest nieproporcjonalnie większy od faktycznego stopnia zagrożenia.

Zależałoby mi również na wywołaniu wrażenia, że gdzieś czyha cała armia terrorystów. W tym celu zorganizowałbym kilka jednoczesnych ataków, po których w niedużym odstępie czasu przeprowadziłbym kolejne.

Zakładając, że nie wszyscy terroryści stawiają na misje samobójcze (a sądziłbym, że nie wszyscy się na to decydują), optymalnie byłoby zaplanować atak tak, aby moi terroryści nie zostali zabici lub złapani.

Pomyślałbym również o czymś, co wstrzymałoby handel, ponieważ wobec braku możliwości robienia zakupów ludzie mieliby więcej wolnego czasu na rozmyślanie o tym, jak bardzo się boją.

Na koniec wpadłem na to, że gdybym faktycznie chciał dopiec Stanom Zjednoczonym, zrobiłbym coś, co skłoniłoby nasz rząd do ustanowienia całej masy bardzo kosztownych przepisów, które będą obowiązywać jeszcze długo po tym, gdy stracą sens (oczywiście przy założeniu, że w ogóle kiedykolwiek miały jakikolwiek sens).

Ogólnie rzecz biorąc, mój światopogląd można by sprowadzić do zasady, że im prościej, tym lepiej. Moim zdaniem zasadę tę można z powodzeniem stosować również w odniesieniu do terroryzmu. Doszedłem więc do wniosku, że najlepszym pomysłem na atak terrorystyczny byłby ten, na który wpadł mój ojciec po tym, jak w 2002 roku snajper zasiał chaos w Waszyngtonie. W dużym skrócie należałoby uzbroić dwudziestu terrorystów w karabiny i wyposażyć w samochody, a następnie rozesłać ich po całym kraju, aby o określonych porach zaczęli strzelać do ludzi w przypadkowych miejscach. Powinni zaatakować w dużych miastach, na przedmieściach, w miasteczkach itd., powinni się dużo przemieszczać. Nikt by nie potrafił przewidzieć, kiedy i gdzie uderzą znowu. Wywołałoby to niewiarygodny chaos, mimo że od samych terrorystów wymagałoby względnie niewielkiego wysiłku. Pojmanie takich zamachowców stanowiłoby oczywiście nie lada kłopot. Nie ulega wątpliwości, że ich działania wyrządziłyby realnie znacznie mniejsze szkody, niż gdyby odpalili bombę jądrową w centrum Nowego Jorku, ale też pozyskanie kilku karabinów stanowi znacznie mniejszy problem niż zorganizowanie bomby atomowej.

Jestem przekonany, że wielu czytelników ma znacznie lepsze pomysły. Chętnie się z nimi zapoznam. Chciałbym podkreślić, że robimy to wszyscy w imię dobra publicznego - zakładam bowiem, że ten blog czyta znacznie więcej przeciwników terroryzmu niż terrorystów. Przedstawiając te pomysły, stwarzamy tym, którzy czuwają nad naszym bezpieczeństwem, szersze możliwości tworzenia planów reagowania na różne scenariusze, jeszcze zanim wejdą one w fazę realizacji.

Powyższy post został opublikowany 8 sierpnia 2007 roku - w dniu, w którym blog Freaconomics pojawił się w domenie "New York Timesa". Tego samego dnia, "New York Observer" zapytał Dubnera, dlaczego spośród wszystkich blogów zewnętrznych "Times" wybrał właśnie ten jako pierwszy, który postanowił sygnować. Dubner odpowiedział, że pracował w tej gazecie i zna obowiązujące tam standardy: "Oni wiedzą, że nie będę tam publikował niczego kontrowersyjnego". Wpis Levitta z prośbą o pomysły na atak terrorystyczny został jednak zaliczony do kategorii kontrowersyjnych. Wygenerował tyle zdecydowanych i mocnych komentarzy, że już po kilkuset wpisach czytelników moderatorzy "New York Timesa" wyłączyli funkcję komentowania. Oto reprezentacyjny przykład tamtych komentarzy: "Chyba sobie jaja robisz!?! Pomysły dla terrorystów? Wydaje ci się to zabawne?!? Taki z ciebie mądrala?!? Jesteś debilem i tyle!". Dzień później Levitt podjął następną próbę:

Terroryzm, część druga

(SDL)

W dniu premiery naszego bloga w domenie "New York Timesa" opublikowałem wpis, za sprawą którego w komentarzach i e-mailach pojawił się hejt w ilościach, jakich nie widziałem, odkąd niespełna dziesięć lat temu opublikowałem tekst na temat przestępczości aborcyjnej[1]. Hejterzy nie potrafią się zdecydować, czy jestem kretynem, zdrajcą, czy może i kretynem, i zdrajcą. Pozwólcie, że spróbuję jeszcze raz.

Tak duża liczba gniewnych reakcji na mój wpis każe mi się zastanawiać, co zdaniem przeciętnych Amerykanów całymi dniami robią terroryści. Ja bym obstawiał, że planują zamachy terrorystyczne. Trzeba by mieć terrorystów za całkowitych idiotów, żeby przypuszczać, że po historii snajpera z Waszyngtonu podobny plan nie przyszedł im do głowy.

Pisząc wczorajszy tekst, chciałem zwrócić uwagę na to, że terroryści mają do wyboru niemal nieograniczony wachlarz niewiarygodnie prostych strategii. Od ostatniego poważnego ataku w Stanach Zjednoczonych minęło już sześć lat, a to oznacza, że albo terroryści są niekompetentni, albo wcale nie chodzi im o to, aby siać przerażenie (oczywiście odrębny czynnik w tych rozważaniach stanowią działania prewencyjne aparatu ścigania oraz innych organów państwa, ale o tym później).

Autorzy licznych gniewnych e-maili domagają się, bym napisał post o tym, w jaki sposób możemy powstrzymać terrorystów. Niestety, najbardziej oczywista odpowiedź większość ludzi rozczaruje: jeśli terroryści zechcą postawić na działania o niskim stopniu zaawansowania technologicznego, prowadzone na niewielką skalę, to my będziemy wobec nich bezsilni.

Obecnie tak właśnie przedstawia się sytuacja w Iraku, w nieco mniejszym stopniu także w Izraelu. Jakiś czas temu tak samo wyglądał problem IRA.

Co zatem możemy zrobić? W razie potrzeby Amerykanie powinni wziąć przykład z Brytyjczyków i obywateli Izraela, to znaczy nauczyć się z tym żyć. Faktyczny koszt tak mało zaawansowanych ataków terrorystycznych mierzony liczbą unicestwionych ludzkich istnień jest względnie niewielki, zwłaszcza w porównaniu z innymi przyczynami zgonów, takimi jak wypadki drogowe, choroby serca, morderstwa czy samobójstwa. To strach stanowi prawdziwy koszt, jaki ponosimy w związku z tymi atakami.

Ludzie uczą się jednak żyć z terroryzmem, dokładnie tak samo jak mieszkańcy państw zmagających się z hiperinflacją uczą się żyć z błyskawicznym wzrostem cen. Rzeczywiste ryzyko śmierci w ataku na autobus jest w Izraelu niewielkie. Gary Becker i Yona Rubinstein wykazali, że ludzie często korzystający z izraelskiej komunikacji zbiorowej prawie nie reagują na ryzyko zamachów bombowych[2]. Podobnie jest z kierowcami autobusów, którzy wcale nie zarabiają lepiej niż przedstawiciele innych zawodów.

Wydaje mi się, że moglibyśmy podjąć kilka różnych działań zapobiegawczych. Jeśli założyć, że zagrożenie pochodzi z zagranicy, możemy uważnie prześwietlać podejrzane osoby wjeżdżające do naszego kraju. To rozwiązanie oczywiste. Rozwiązaniem być może mniej oczywistym byłoby skuteczne śledzenie takich osób po tym, jak już przekroczą nasze granice. Załóżmy, że ktoś przyjeżdża do nas z wizą studencką, ale nie zapisuje się na żadną uczelnię. Taką osobę warto mieć na oku.

Możemy też pójść drogą brytyjską, czyli wszędzie, gdzie się da, zamontować kamery monitoringu. To wyjątkowo nieamerykańskie rozwiązanie, więc u nas pewnie nigdy by nie przeszło. Nie jestem też do końca przekonany, czy byłaby to dobra inwestycja. Ostatnie ataki terrorystyczne w Wielkiej Brytanii dowodzą, że tego rodzaju system przydaje się co najwyżej do późniejszej identyfikacji sprawców.

Jak wynika z badań przeprowadzonych przez Roberta Pape'a, mojego kolegę z University of Chicago, najważniejszym czynnikiem umożliwiającym przewidywanie aktów terroru okazuje się fakt okupowania terytorium danej grupy terrorystycznej[3]. Z tego punktu widzenia należy stwierdzić, że obecność amerykańskich wojsk w Iraku nie pomaga nam w walce z terroryzmem - choć oczywiście wojska te mogą służyć innym celom.

Odnoszę też wrażenie, że naszą dzisiejszą sytuację związaną z zagrożeniem atakami terrorystycznymi można interpretować na dwa sposoby.

Pierwsza interpretacja opiera się na założeniu, że terroryści nie dziesiątkują nas głównie dlatego, że organy rządowe skutecznie z nimi walczą.

Alternatywna wersja głosi, że zagrożenie terrorem jest niewielkie, a w związku z tym wydajemy zdecydowanie zbyt dużo na walkę z nim, czy też przynajmniej na pozorowanie tej walki. Większość przedstawicieli organów publicznych ma za zadanie podejmować działania sugerujące dążenie do powstrzymywania terroryzmu, nie zaś faktycznie z nim walczyć. Gdy jakiś samolot zostanie zestrzelony z ręcznej wyrzutni pocisków rakietowych, trudno będzie winić za to szefa TSA. Jeżeli jednak samolot runie na ziemię w wyniku wybuchu bomby wniesionej na pokład w tubce pasty do zębów, nad głową tego samego człowieka zbiorą się ciemne chmury. W rezultacie poświęcamy paście do zębów znacznie więcej uwagi, choć prawdopodobnie stanowi ona źródło znacznie mniejszego zagrożenia.

To samo można powiedzieć o analitykach CIA. Żaden analityk tej agencji nie będzie mieć kłopotów dlatego, że gdzieś doszło do ataku terrorystycznego. Będzie mieć kłopoty tylko wtedy, gdy gdzieś w aktach zabraknie pisemnej notatki o możliwości przeprowadzenia takiego ataku - notatki, na którą ktoś powinien zareagować, ale oczywiście nikt nigdy tego nie zrobił, bo tego rodzaju dokumentów powstaje po prostu za dużo.

Wydaje mi się, że bardziej prawdopodobny jest scenariusz numer dwa. Zagrożenie terroryzmem nie jest duże. Jeśli się nad tym zastanowić, to w gruncie rzeczy jest to wniosek optymistyczny. Podejrzewam, niestety, że to nadal czyni mnie kretynem, zdrajcą, albo i jednym, i drugim.

A może "wojna z podatkami"?

(SJD)

Jak donosi David Cay Johnston, który na łamach "New York Timesa" publikuje świetne analizy amerykańskiego systemu podatkowego oraz innych spraw biznesowych, urząd skarbowy zleca ściąganie zaległych należności podatkowych stronom trzecim, czyli firmom windykacyjnym. "Program ściągania należnego podatku od osób fizycznych ma w następnych dziesięciu latach przynieść dodatkowe 1,4 miliarda dolarów - pisze Johnston. - Firmy windykacyjne zatrzymają z tego około 330 milionów dolarów, czyli mniej więcej 22-24 centy z każdego dolara"[4].

Niektórym może się wydawać, że państwo rezygnuje ze zbyt dużej części należnych mu pieniędzy. Mnie najbardziej uderza fakt, że urząd skarbowy wie, kto zalega z podatkami i gdzie szukać tych pieniędzy, ale nie daje rady tych należności ściągnąć, ponieważ brakuje mu ludzi - i w związku z tym zleca to komuś innemu, całkiem sporo za to płacąc.

Przedstawiciele organów skarbowych sami przyznają, że zewnętrzne ściąganie należności wypada znacznie drożej niż takie same działania podejmowane wewnętrznie. Johnston przytacza wypowiedź Charlesa O. Rossottiego, byłego komisarza, który powiedział kiedyś na forum Kongresu, że gdyby amerykański urząd skarbowy zwiększył zatrudnienie, to mógłby "ściągać ponad 9 miliardów dolarów rocznie, a koszt tych działań wyniósłby tylko 296 milionów dolarów, czyli mniej więcej 3 centy z każdego dolara".

Nawet jeśli przyjąć, że szacunki Rossottiego były zawyżone aż pięciokrotnie, państwo nadal wyszłoby lepiej na zatrudnieniu dodatkowych urzędników niż na przekazywaniu zadania ściągania podatków stronom trzecim, które potrącą sobie 22 procent uzyskanej kwoty. Tak się jednak składa, że Kongres - będący organem nadzorującym budżet amerykańskich służb skarbowych - słynie z niechęci do przyznawania tej instytucji większych środków na realizację jej zadań. Kwestię tę poruszyliśmy w naszym artykule, który ukazał się na łamach "New York Timesa":

Podstawowym zadaniem każdego komisarza służb skarbowych [...] jest błagać Kongres i Biały Dom o środki finansowe. Byłoby świetnie, gdyby tym służbom udawało się ściągnąć każdego dolara należnego państwu, ale niestety optowanie za skuteczniejszym ściąganiem podatków większości polityków zdecydowanie się nie opłaca. Michael Dukakis próbował tego w swojej kampanii prezydenckiej w 1988 roku i... cóż... nie zadziałało.

Służby skarbowe robią, co mogą, choć nie mają lekko - muszą egzekwować przestrzeganie przepisów podatkowych, które nikomu się nie podobają, od społeczeństwa, które doskonale wie, że może pozwalać sobie na niemal dowolne oszustwa[5].

Skąd taka postawa Kongresu? Być może amerykańscy kongresmani to banda zapalonych historyków, którzy do tego stopnia zanurzyli się w duchu republiki, że obawiają się powtórki z bostońskiej herbatki, a konkretnie reakcji społeczeństwa na zdecydowane działania w zakresie ściągania należności podatkowych. Pamiętajmy jednak, że mówimy tu o egzekwowaniu należności podatkowych, czyli o zadaniu służb skarbowych, nie zaś o uchwalaniu prawa podatkowego, która to kwestia leży w gestii Kongresu. Innymi słowy, Kongres bardzo chętnie uchwala takie, a nie inne podatki, ale przy tym nie chce wychodzić na tego, który pozostawia zbyt dużą swobodę złemu gliniarzowi odpowiedzialnemu za ściąganie tych podatków.

Oznacza to, że chcąc odzyskać całość należności podatkowych, Kongres powinien przemianować swoje działania. Skoro zatwierdza tak wielkie budżety na wojnę z terrorem czy wojnę z narkotykami, być może powinien również wypowiedzieć "wojnę podatkom, a właściwie "wojnę oszustom podatkowym". Może należałoby odpowiednio zdemonizować oszustów podatkowych, podkreślając fakt, że "luka podatkowa" (różnica między podatkiem należnym a podatkiem pobranym) jest niemal równa całemu deficytowi publicznemu. Czy wówczas przyznanie służbom podatkowym całego niezbędnego im budżetu byłoby bardziej strawne politycznie? Może dałoby się publikować zdjęcia oszustów podatkowych na kartonach z mlekiem, na ulotkach rozwieszanych na poczcie? Może warto by sporządzić listę "najbardziej poszukiwanych oszustów podatkowych Ameryki"? Czy to by zadziałało? Czy odpowiednio prowadzona wojna z oszustami podatkowymi doprowadziłaby do rozwiązania problemu?

Na razie musimy pogodzić się z faktem, że urząd skarbowy zleca ściąganie podatków firmom windykacyjnym, które coś tam ściągną, choć zdecydowanie mniej, niż wynosi całość należności. To oznacza z kolei, że mnóstwo pieniędzy - pieniędzy podatników, czyli pochodzących od ludzi, którzy nie oszukali - zostanie wyrzuconych w błoto.

Czy gdyby biblioteki publiczne nie istniały, dałoby się je uruchomić dzisiaj?

(SJD)

Ręka w górę: kto nienawidzi bibliotek?

Yhm, tak myślałem. Dlaczego ktoś miałby nienawidzić bibliotek?

Ktoś może by się znalazł, choćby wydawcy książek. Pewnie się w tej kwestii mylę, tak czy owak jednak polecam ten wpis każdemu, komu leży na sercu temat książek.

Jadłem niedawno lunch w towarzystwie kilku przedstawicieli branży wydawniczej. Jedna z uczestniczek spotkania wróciła właśnie z ogólnokrajowej konferencji bibliotekarzy. Jej praca polega na tym, że stara się sprzedać jak największej liczbie bibliotek jak najwięcej książek wydanych przez swoje wydawnictwo. Kobieta stwierdziła, że w konferencji brało udział 20 tysięcy bibliotekarzy. Dodała też, że gdyby udało jej się namówić do zakupu książki jedną dużą sieć bibliotek, na przykład z Nowego Jorku lub Chicago, oznaczałoby to transakcję na kilkuset egzemplarzach, ponieważ wiele filii posiada po kilka sztuk tego samego tytułu.

Niby świetnie, prawda?

Cóż... nie do końca. Pisarze coraz częściej zwracają uwagę na ten sam problem. Co pewien czas na spotkaniach autorskich ktoś podchodzi do stolika i mówi: "Och, ta książka bardzo mi się podobała. Wypożyczyłam ją z biblioteki, a potem powiedziałam wszystkim koleżankom, żeby też ją sobie wypożyczyły!". Autor myśli wówczas: "Wow, dzięki, tylko czemu jej, kobieto, nie kupiłaś?".

Oczywiście, biblioteka zapłaciła za swój egzemplarz. Powiedzmy jednak, że zanim ten egzemplarz się zniszczy, książkę przeczyta z pięćdziesiąt osób. Nie należy zakładać, że wszystkie te osoby udałyby się do księgarni i kupiły te książkę, gdyby biblioteka nią nie dysponowała. Załóżmy jednak, że zrobiłoby to pięć osób. Dla wydawcy i autora oznaczałoby to sprzedaż czterech dodatkowych egzemplarzy.

Oczywiście można spojrzeć na ten problem również z innego punktu widzenia. Można argumentować, że oprócz kupowania egzemplarzy biblioteki w długim okresie wspierają sprzedaż książek i to na co najmniej kilku płaszczyznach:

Wyrabiają w młodych ludziach nawyk czytania, co powoduje, że po osiągnięciu wieku dorosłego zaczynają oni kupować książki. Dają czytelnikom dostęp do autorów, po których w innym przypadku nigdy by nie sięgnęli. Czytelnik może wtedy kupić inne pozycje danego autora, a nawet tę samą książkę, którą już przeczytał, aby dodać ją do swoich zbiorów. Biblioteki wspierają rozwój czytelnictwa i związanej z nim kultury. Bez nich byłoby mniej debat, recenzji, ogólnie mniej by się mówiło o książkach, a to przekładałoby się na spadek ich sprzedaży.

Do czego jednak zmierzam? Otóż załóżmy, że w dzisiejszych czasach biblioteki publiczne po prostu by nie istniały. Pojawia się ktoś taki jak Bill Gates, który proponuje ich otwarcie we wszystkich większych i mniejszych miastach w Stanach Zjednoczonych (tak, jak de facto zrobił to kiedyś Andrew Carnegie). Co by się wtedy stało?

Przypuszczam, że wydawcy książek podnieśliby wielkie larum. Gdyby wziąć pod uwagę obecny poziom dyskusji o własności intelektualnej i prawie autorskim, trudno sobie wyobrazić, aby współczesne wydawnictwa zgodziły się sprzedać jeden egzemplarz książki po to, aby mogła go wypożyczyć nieograniczona liczba zupełnie przypadkowych ludzi.

Jakoś tego nie widzę. Pewnie powstałaby jakaś umowa licencyjna typu 20 dolarów za zakup książki i po 2 dolary za każdy rok prawa do jej wypożyczania. Pewnie opracowano by również wiele innych tego rodzaju rozwiązań. Jestem przekonany, że gdybyśmy dzisiaj mieli zbudować system biblioteczny od zera, to wyglądałby on zupełnie inaczej - podobnie jak wiele innych systemów, które kształtowały się i ewoluowały z czasem[6].

Zrezygnujmy z etatów na uczelniach (z mojego też)

(SDL)

Jeśli kiedykolwiek w historii etaty dla profesorów ekonomii miały jakikolwiek sens, to czas ten już dawno minął. To samo dotyczy innych dziedzin akademickich, a prawdopodobnie w jeszcze większym stopniu nauczycieli w szkołach podstawowych i średnich.

Co takiego daje nam instytucja etatu? Zniekształca wysiłek pedagoga, który na początku swojej kariery odczuwa silną motywację do pracy (i w rezultacie zwykle podejmuje bardzo duży wysiłek), ale później traci prawie całkowicie zewnętrzną motywację i już nigdy jej nie odzyskuje (w rezultacie przeciętny nauczyciel od tego momentu znacznie mniej przykłada się do wykonywania swoich obowiązków).

Pewnie można by podać przykłady sytuacji, w których taki model motywowania pracownika ma sens. Choćby taką oto sytuację, gdy ktoś musi przyswoić dużo informacji, aby osiągnąć poziom kompetencji. Raz zdobyta wiedza musiałaby nie zanikać, a wysiłek wkładany w pracę musiałby nie mieć większego znaczenia.

Z punktu widzenia interesu społeczeństwa zmniejszanie poziomu bodźców motywacyjnych po przyznaniu komuś etatu nie wydaje się najlepszym pomysłem. Szkoły muszą radzić sobie z pracownikami, którzy nic nie robią (a przynamniej nie robią tego, za co im się płaci). Prawdopodobnie nie ma sensu również intensywne motywowanie pedagogów, którzy etatu jeszcze nie dostali - nawet bez tego etatu młodzi pracownicy systemu edukacji mają wystarczająco dużo powodów, aby ciężko pracować w imię rozwoju swojej kariery.

Koncepcja, zgodnie z którą etat chroni naukowca pracującego nad zagadnieniami niewygodnymi politycznie, wydaje mi się dziś absurdalna. Potrafię sobie wyobrazić sytuację, w której taki problem występuje, jakoś nie przypominam sobie jednak, aby do takiej sytuacji kiedykolwiek faktycznie doszło. Etat dla naukowca to znakomite narzędzie ochrony tych, którzy nie robią nic lub pracują koszmarnie. Zastanówmy się zatem, czy w ekonomii można znaleźć zagadnienie na tyle istotne i na tyle kontrowersyjne, aby zajmujący się nim naukowiec mógł wylecieć z pracy? Właśnie po to istnieje rynek. Jeżeli nawet jakaś instytucja zwolni naukowca z uwagi na jego poglądy polityczne czy podejście do tematu, inne szkoły z pewnością przyjmą go z otwartymi ramionami. Można podać sporo przykładów z minionych lat, w których ekonomiści zmyślali sobie dane, dopuszczali się malwersacji i tak dalej, a i tak znajdowali potem całkiem dobrą pracę.

Jedną z ukrytych korzyści, jakie pracodawcy mają z etatów, jest to, że paradoksalnie łatwiej jest podjąć decyzję o zrezygnowaniu ze współpracy z miernym pracownikiem. Po prostu koszty zatrudnienia na etacie są wysokie, co jest mocnym argumentem, by nie zawierać stałej umowy z kimś, w kogo nie warto inwestować. Gdyby zaś instytucja etatu nie istniała, zawsze można by pójść po linii najmniejszego oporu i powtarzać sobie rok po roku, że czas na rozstanie przyjdzie za rok.

Weźmy na przykład realia, w których liczą się wyniki (na przykład w przypadku zawodowych drużyn piłkarskich czy traderów walutowych). W tych przypadkach nikomu nawet przez myśl nie przyjdzie, aby dawać ludziom etaty. Dlaczego zatem przyznaje się je naukowcom?

Najlepiej by było, gdyby wszystkie szkoły uzgodniły wspólny termin odejścia od etatów. Poszczególne wydziały mogłyby dać wszystkim swoim ludziom rok czy dwa na udowodnienie, że faktycznie nie zasługują na to, aby ich zwolnić. Część z nich odeszłaby sama lub została zwolniona, a reszta zaczęłaby się bardziej przykładać do pracy. Podejrzewam, że poziom wynagrodzeń ani mobilność kadry akademickiej nie uległyby istotnej zmianie.

Zostawmy jednak scenariusz, w którym wszystkie szkoły likwidują etaty jednocześnie. Co by się stało, gdyby zrezygnowała z nich tylko jedna szkoła? Moim zdaniem taka placówka wyszłaby na tym całkiem nieźle. Musiałaby zapłacić swojej kadrze pedagogicznej odrobinę więcej, aby zrekompensować jej członkom brak gwarancji zatrudnienia w postaci etatu. Warto jednak podkreślić, że wartość etatu dla konkretnego pracownika jest odwrotnie proporcjonalna do poziomu jego kompetencji. Dla kogoś, kto się wyraźnie wyróżnia, likwidacja instytucji etatu nie stanowi w praktyce żadnego zagrożenia. Naprawdę dobrzy pracownicy oczekiwaliby zatem niewielkiego wzrostu wynagrodzenia w zamian za odebranie im przywileju etatu. Naprawdę dużej podwyżki żądaliby natomiast od wydziału, który etatów nie oferuje, ekonomiści najsłabsi. Uczelnia tylko by na tym zyskała, bo wszyscy słabi pracownicy ostatecznie by odeszli. Zostaliby ci dobrzy, a dodatkowo pojawiliby się jeszcze nowi dobrzy naukowcy z innych szkół, którzy chcieliby skorzystać z wyższego wynagrodzenia oferowanego w zamian za brak etatu. Gdyby władze University of Chicago poinformowały mnie, że odbierają mi etat, a w zamian podnoszą mi zarobki o 15 tysięcy dolarów rocznie, przyjąłbym tę propozycję bez wahania. Jestem pewien, że podobnie zrobiłoby wielu innych. Wystarczyłoby, że uczelnia pozbyłaby się jednego nieproduktywnego pracownika chronionego etatem, aby z uzyskanych w ten sposób oszczędności sfinansować podwyżki dla dziesięciu innych osób[7].

Dlaczego personel pokładowy w samolocie nie dostaje napiwków?

(SJD)

Pomyślmy o wszystkich ludziach, którzy nas w różnych sytuacjach obsługują i na mocy zwyczaju są za to wynagradzani napiwkami: boye hotelowi, taksówkarze, kelnerzy i kelnerki, bagażowi na lotniskach, czasem nawet bariści w Starbucksie. Personel pokładowy z jakiegoś powodu do tej grupy się nie zalicza. Dlaczego?

Być może za sprawą powszechnego przekonania, że ci ludzie i tak całkiem dobrze zarabiają i w związku z tym nie potrzebują napiwków? Być może zdaniem większości zaliczają się do tego typu pracowników etatowych, którym się po prostu napiwków nie wręcza? Może z jakiegoś powodu nie wolno im przyjmować napiwków? Być może wszystko zaczęło się w czasach, w których większość obsługi pokładowej samolotów stanowiły kobiety, a pasażerami byli w większości mężczyźni. Mam tu na myśli legendarny (i pewnie raczej nieprawdziwy) wizerunek kochliwych biznesmenów i atrakcyjnych stewardes. W tej sytuacji przekazywanie pieniędzy na zakończenie podróży mogłoby budzić podejrzenia. Ktoś mógłby się zastanawiać, w jaki sposób dana stewardesa zasłużyła sobie na ten napiwek.

Ogólnie jednak rzecz biorąc, nieodmiennie dziwi mnie, że tak wiele osób wykonujących podobne funkcje napiwki dostaje, a personel pokładowy nie. Weźmy pod uwagę, że stewardesy i stewardzi ciężko pracują, obsługując naprawdę wielu pasażerów, donosząc im napoje, poduszki, słuchawki i tak dalej. Owszem, mam świadomość, że dzisiaj mało kto jest zadowolony z poziomu obsługi, jaki zapewniają pasażerom linie lotnicze. Wiem również, że czasem można spotkać w samolocie wyjątkowo opryskliwego stewarda czy stewardesę. Z moich doświadczeń wynika jednak, że w zdecydowanej większości personel pokładowy wykonuje genialną robotę, nierzadko w bardzo trudnych okolicznościach.

To nie tak, że niniejszym optuję za poszerzeniem katalogu grup zawodowych, którym należą się napiwki. Ostatnio sporo jednak latam i obserwuję ciężką pracę tych ludzi, a w związku z tym mnie dziwi, że nie dostają napiwków. Przynajmniej nigdy niczego takiego nie widziałem. Podczas ostatnich pięciu lotów wprost pytałem pracowników personelu pokładowego, czy kiedykolwiek dostali napiwek, i odpowiedź za każdym razem była przecząca. Ich reakcje na moje pytanie wahały się od zmieszania do nadziei.

Myślę, że gdy będę dzisiaj wracał samolotem do domu, zamiast zadawać to pytanie po prostu wręczę napiwek. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Aktualizacja: Spróbowałem i klops. "Stewardesa to nie kelnerka". Odpowiedź ta została wyrażona w sposób tak dobitny, że aż mi się głupio zrobiło, że w ogóle spróbowałem dać tej kobiecie jakieś pieniądze.

Jak rozwiązać problem zagęszczenia ruchu nad Nowym Jorkiem? Zamknąć LaGuardię

(SJD)

Departament Transportu właśnie porzucił plan rozpisania przetargu na sloty czasowe na starty i lądowania na trzech nowojorskich lotniskach. Koncepcja opierała się na tym, aby wykorzystać wolny rynek do zluzowania ruchu powietrznego nad miastem. Ostatecznie jednak pod wpływem protestów branży (oraz gróźb wytoczenia procesów sądowych) sekretarz transportu Ray LaHood postanowił odwołać ten przetarg.

"Nadal poważnie podchodzimy do problemu zagęszczenia ruchu powietrznego w rejonie Nowego Jorku - stwierdził LaHood. - Będę prowadził rozmowy z przedstawicielami linii lotniczych, lotnisk oraz pasażerów, a także z przedstawicielami władz. W ciągu lata spróbujemy wypracować najlepsze rozwiązania".

Trzy główne lotniska obsługujące Nowy Jork - J.F.K., Newark-Liberty oraz LaGuardia - słyną z dużego zagęszczenia ruchu i wynikających z tego faktu opóźnień. Nowy Jork to również popularny węzeł przesiadkowy, w związku z czym wszelkie opóźnienia, do których tam dochodzi, rzutują na punktualność lotów w innych częściach kraju.

Gdy niedawno sam oczekiwałem na opóźniony lot na LaGuardii, miałem okazję porozmawiać z pewnemu pilotem dużych linii lotniczych. Dysponował on niesamowicie szeroką wiedzą i odpowiedział mi na wszystkie pytania na temat transportu lotniczego, jakie tylko przyszły mi do głowy. Zapytałem go między innymi, jak rozwiązać problem zagęszczenia ruchu nad Nowym Jorkiem, a wtedy on stwierdził, że to bardzo proste: należy zamknąć LaGuardię.

Wyjaśnił mi naturę tego problemu. Przestrzeń powietrzna nad każdym z lotnisk rozszerza się cylindrycznie w górę. Trzy nowojorskie lotniska są położone dość blisko siebie, więc ich cylindryczne przestrzenie powietrzne dość mocno na siebie zachodzą. W ten sposób zagęszczenie ruchu powietrznego dodatkowo rośnie, ponieważ problemem jest nie tylko duża liczba samolotów, lecz również skomplikowane kursy, które muszą obierać piloci, żeby obyło się bez przykrych niespodzianek.

Mój rozmówca stwierdził, że gdyby zlikwidować cylinder LaGuardii, ruch nad J.F.K. oraz nad Newark odbywałby się znacznie swobodniej. LaGuardia obsługuje znacznie mniej połączeń niż dwa pozostałe lotniska, dlatego to właśnie ten port jest oczywistym kandydatem do likwidacji.

Problem polega na tym, że to jednocześnie ulubione lotnisko większości nowojorskich polityków - z uwagi na położenie w niedużej odległości od Manhattanu. Szanse na jego zamknięcie są niewielkie, przynajmniej w najbliższym czasie. Pilot, z którym rozmawiałem, wyraził jednak przekonanie, że gdyby LaGuardię zamknąć, podróże lotnicze w Nowym Jorku przerodziłyby się z koszmaru w bajkę.

Przyznaję, że LaGuardia to moje ulubione lotnisko, bo mieszkam na Manhattanie i dojazd na nie zabiera mi z reguły 15 minut. Pod każdym innym względem jest jednak mniej przyjemne i wygodne niż J.F.K. czy Newark.

Gdyby jednak jego zamknięcie miało znacząco usprawnić ruch powietrzny nad Nowym Jorkiem, osobiście pomógłbym w jego wyburzaniu. Przyjmijmy, że jako pasażer tracę na każdym przylocie i odlocie z dowolnego nowojorskiego lotniska około 30 minut (sądzę, że w rzeczywistości wychodzi więcej). Oznacza to godzinne opóźnienie przy każdej podróży tam i z powrotem. Gdybym na każdy lot musiał jechać na J.F.K. czy Newark, dojazdy na te lotniska przy podróży powrotnej zabrałyby mi również około godziny. Oznacza to, że przy braku opóźnień ja wyszedłbym na zero, ale każdy, kto mieszka bliżej jednego z tych lotnisk, już by na tym wyraźnie skorzystał. Trzeba by również policzyć czas i produktywność zaoszczędzone w całym kraju na skutek likwidacji opóźnień w Nowym Jorku.

Przywrócenie powszechnego poboru do wojska? Koszmarny pomysł

(SDL)

Długi artykuł opublikowany w magazynie "Time" nosi następujący tytuł: Restoring the Draft: No Panacea ("Powrót do powszechnego poboru nie jest rozwiązaniem")[8].

Milton Friedman zapewne przewraca się w grobie na samą wzmiankę, że taka możliwość jest rozpatrywana. Skoro do służby w Iraku zgłasza się zbyt mało ochotników, problem można rozwiązać na dwa sposoby: 1) wycofać wojska z Iraku; 2) zaoferować żołnierzom takie wynagrodzenie, aby chcieli zgłaszać się do służby.

Powszechny pobór do wojska nie rozwiąże problemu, to kompletnie pomylone założenie. Po pierwsze, w ten sposób do armii trafiają "niewłaściwi" ludzie - osoby niezainteresowane wojskowym stylem życia, nieodpowiednio do niego przygotowane albo wysoce ceniące sobie inne życie. Z ekonomicznego punktu widzenia to wszystko są bardzo dobre powody, aby nie chcieć zostać wcielonym. (Wiem, że w grę wchodzą również inne czynniki, takie jak poczucie obowiązku wobec ojczyzny - jeśli jednak ktoś doświadcza takich emocji, znajdą one przełożenie na jego zainteresowanie życiem w wojsku).

Rynki znakomicie sprawdzają się między innymi w przypisywaniu ludzi do zadań. Cel ten osiąga się w praktyce za pomocą wynagrodzeń. Powinniśmy płacić amerykańskim żołnierzom tyle, aby wynagrodzić im poznoszone ryzyko. Powszechny pobór do wojska byłby w istocie wielkim i niezwykle skoncentrowanym podatkiem nałożonym na tych, którzy zostaliby wcieleni do armii. Teoria ekonomii uczy, że byłby to skrajnie nieefektywny sposób osiągania celu.

Oczywiście krytycy mogą twierdzić, że posyłanie na śmierć w Iraku tych dzieciaków, które akurat znajdują się w trudniejszej sytuacji ekonomicznej, to skrajny przejaw niesprawiedliwości. Owszem, to faktycznie nie jest sprawiedliwe, że jedni rodzą się bogaci, a inni biedni. W naszym kraju nierówność dochodów jest jednak obiektywnym faktem. Twierdzenie, że powszechny pobór to rozwiązanie sensowniejsze niż armia ochotnicza, świadczy o braku szacunku dla kompetencji decyzyjnych młodych ludzi, którzy sami zgłaszają się do wojska. Każdy z tych młodych mężczyzn i kobiet ma coś do wyboru i najwyraźniej uznaje wstąpienie w szeregi armii za najbardziej atrakcyjną z dostępnych opcji. Powszechny pobór mógłby mieć sens jako narzędzie walki z nierównością, nasz świat opiera się jednak na nierównościach, więc zdecydowanie lepiej jest dać ludziom wybór, niż im go narzucać. Doskonałym tego przykładem jest premia "za ekspres" w wysokości 20 tysięcy dolarów, którą wojsko oferuje obecnie każdemu, kto jest gotów stawić się na podstawowe szkolenie w terminie 30 dni od zaciągu (premia ta zapewne w dużej mierze zadecydowała o tym, że armia po raz pierwszy od dłuższego czasu osiągnęła swoje miesięczne cele rekrutacyjne).

Byłoby jeszcze lepiej, gdyby w okresie konfliktu zbrojnego rząd miał obowiązek wypłacać żołnierzom sprawiedliwe wynagrodzenie. Mam tu na myśli sytuację, w której wysokość zarobków żołnierzy w rejonach objętych walkami byłaby ustalana przez siły rynkowe, a żołnierze mogli w każdej chwili zrezygnować z pracy, jak to ma miejsce w większości zawodów. Gdyby tak to faktycznie wyglądało, rząd zacząłby ponosić niebotycznie wysokie koszty. Poznalibyśmy również urealnione koszty prowadzenia wojen, dzięki czemu moglibyśmy dokonać skuteczniejszej analizy wydatków i korzyści związanych z podejmowaniem działań zbrojnych.

Krytycy obecnego rozwiązania twierdzą również, że gdyby w wojsku było więcej zamożnych przedstawicieli rasy białej, Stanów Zjednoczonych nie byłoby w Iraku. Pewnie racja, to jednak nadal nie oznacza, że powszechny pobór do wojska należy uznawać za dobre rozwiązanie. Pobór spowodowałby, że angażowanie się w konflikty zbrojne byłoby znacznie mniej efektywne, a to powinno przełożyć się na mniej konfliktów. Niewykluczone jednak, że gdyby móc walczyć efektywnie, niektóre wojny byłyby tego warte (nawet jeśli nie byłyby tego warte, gdyby wojsko było nieefektywne). Dla jasności podkreślę, że absolutnie nie twierdzę, iż angażowanie się w konflikt w Iraku było uzasadnione - twierdzę jedynie, że w ujęciu teoretycznym nie jest to wykluczone.

Tak na marginesie dodam, że bieżący system oparty na rezerwistach też nie jest najlepszy. W dużym uogólnieniu sprowadza się to do tego, że rząd za dużo płaci rezerwistom w okresach, gdy nie są potrzebni, a za słabo ich wynagradza, gdy akurat trzeba korzystać z ich usług. Taki układ powoduje, że całe ryzyko zostaje przeniesione z państwa na rezerwistów. Z ekonomicznego punktu widzenia to czysty bezsens, ponieważ ludzie stronią od ryzyka, a przynajmniej powinni od niego stronić. W modelu idealnym w okresie pokoju rezerwiści otrzymywaliby skrajnie niskie wynagrodzenia, natomiast w okresie wojny ich zarobki powinny być dokładnie tak wysokie, aby nie robiło im różnicy, czy zostaną powołani, czy nie.

Freakonomia brytyjskiej National Health Service

(SDL)

W pierwszym rozdziale naszej książki Myśl jak freak przytaczamy niefortunną rozmowę, którą wraz z Dubnerem przeprowadziliśmy z Davidem Cameronem na krótko przed jego wyborem na premiera Zjednoczonego Królestwa. (W dużym skrócie zaproponowaliśmy mu w żartach, aby te same zasady, które wyznawał w kontekście służby zdrowia, zastosował w odniesieniu do samochodów... Okazuje się, że w rozmowach z szefami rządów nie należy żartować!).

Parę osób oburzyło się w związku z tym, między innymi ekonomista i bloger Noah Smith, który się z nami nie zgadza i broni brytyjskiej służby zdrowia.

Na początek chciałbym napisać, że nie mam żadnych konkretnych zarzutów pod adresem NHS (National Health Service, brytyjska służba zdrowia - przyp. red.) oraz że należę do grona zdecydowanych krytyków systemu amerykańskiego. Ktokolwiek słyszał moje wypowiedzi na temat pakietu ustaw Obamacare, ten doskonale wie, że go nie popieram i nigdy nie popierałem.

Nie trzeba jednak wybitnego intelektu ani ślepej wiary w niewidzialną rękę rynku, aby zgodzić się z twierdzeniem, że gdy ludzie nie muszą za coś płacić (w tym za dostęp do służby zdrowia), to będą tego konsumować za dużo. Gwarantuję, że gdyby Amerykanie musieli płacić za leczenie z własnej kieszeni i pokrywać szalone kwoty, jakich szpitale oczekują za zabiegi, służba zdrowia pochłaniałby zdecydowanie mniejszy odsetek amerykańskiego PKB. Oczywiście to samo zjawisko wystąpiłoby w Wielkiej Brytanii.

Smith kończy swój krytyczny tekst stwierdzeniem:

Nie wydaje mi się, żeby Levitt miał jakiś model do zaproponowania. Oferuje nam jedynie prosty komunikat - "wszystkie rynki są takie same" - oraz silną wiarę w słuszność tegoż komunikatu[9].

Na podstawie treści książki Myśl jak freak Smith nie mógł wywnioskować, że akurat dla NHS mielibyśmy konkretną propozycję. Co więcej, gdy Cameron wyszedł już z tamtego spotkania, przedstawiłem ją jego ludziom.

Naszemu modelowi jednego nie można odmówić. Jest niewątpliwie bardzo prosty.

1 stycznia brytyjski rząd co roku wysyłałby każdemu rezydentowi brytyjskiemu czek na 1000 funtów. Ludzie mogliby zrobić z tymi pieniędzmi, co im się żywnie podoba, co bardziej przezorni powinni je jednak odłożyć na pokrycie ewentualnych wydatków na leczenie. W proponowanym przeze mnie systemie osoba mająca status rezydenta w Wielkiej Brytanii pokrywa całość kosztów służby zdrowia w wysokości do 2000 funtów oraz połowę kosztów w przedziale od 2000 do 8000 funtów. Państwo pokrywałoby wszystkie wydatki powyżej 8000 funtów rocznie.

Obywatel największą korzyść osiąga wtedy, gdy w ogóle nie korzysta ze służby zdrowia. W takim przypadku zostaje z 1000 funtów na plusie. Sporo ponad połowa brytyjskiego społeczeństwa wydawałaby na leczenie mniej niż 1000 funtów rocznie. W najgorszym dla obywatela scenariuszu koszt leczenia wyniósłby 4000 funtów (na kontakty z NHS wydałby 5000 funtów, kwotę tę należy jednak zmniejszyć o 1000 funtów, które otrzymał na początku roku).

Gdyby się okazało, że konsumenci wykazują wysoką wrażliwość na cenę - czyli że jedna z podstawowych zasad ekonomii działa również w tym obszarze i że krzywa popytu zacznie opadać - doszłoby do spadku ogólnych nakładów na służbę zdrowia. W symulacjach przeprowadzonych w naszym think tanku Greatest Good uzyskaliśmy spadek nakładów o około 15 procent. Oznaczałoby to realną oszczędność wysokości niemal 20 miliardów funtów. Spadek ten wynikałby z faktu, że: 1) większa konkurencja doprowadziłaby prawdopodobnie do wzrostu efektywności; 2) konsumenci zrezygnowaliby z mniej istotnych usług zdrowotnych, z których obecnie korzystają tylko dlatego, że nie muszą za nie płacić.

W ramach tego modelu wszyscy nadal korzystają z ochrony przed skutkami poważnych chorób.

Oczywiście podobnie jak w przypadku każdego programu publicznego, jedni na nim skorzystają, a inni stracą. Większość Brytyjczyków skorzystałaby na moim pomyśle, gorzej mieliby natomiast ci, którzy w danym roku musieliby intensywnie korzystać ze służby zdrowia. Wszystko przez to, że proponowany przeze mnie system zasadza się jedynie na częściowym ubezpieczeniu - chodzi o to, aby zachęcać konsumentów do dokonywania rozsądnych wyborów. System ochrony zdrowia bardziej przypominałby wówczas życie jako takie. Gdy zepsuje mi się telewizor, muszę kupić nowy. Mam gorzej niż ktoś, komu telewizor się nie zepsuł. Gdy się okaże, że muszę wymienić dach, czeka mnie poważny wydatek i znajdę się w znacznie gorszej sytuacji niż ktoś, kto nie musi narzekać na stan pokrycia swojego domu. Nie ma tym nic niemoralnego, tak po prostu działa świat.

Oczywiście mój prosty model można z pewnością znacznie poprawić. Na przykład początkowe wypłaty gotówki dla osób starszych mogłyby być większe niż w przypadku ludzi młodszych. Być może należałoby wypłacać więcej ludziom zmagającym się z chorobami przewlekłymi i tak dalej.

Nie mam pojęcia, na ile jest to rozwiązanie realistyczne politycznie, przeprowadziłem jednak małe nieformalne badania wśród elektoratu brytyjskiego. Za każdym razem, gdy jestem w Londynie, przedstawiam mój pomysł kierowcy taksówki i pytam, czy by go poparł. Taksiarze zapewne usiłują być uprzejmi dla klienta, nie da się jednak ukryć, że 75 procent z nich deklaruje, iż wolałoby mój system od obecnie obowiązującego.

Cóż, może warto zaplanować kolejną audiencję u premiera...

Alternatywa dla demokracji?

(SDL)

W Stanach Zjednoczonych odbędą się niedługo wybory prezydenckie, w związku z czym można odnieść wrażenie, że wszyscy myślą tylko o polityce. W przeciwieństwie do większości ludzi, ekonomiści wykazują wyborczą obojętność[10]. Z punktu widzenia ekonomisty szanse na to, że jeden głos może mieć wpływ na wynik wyborów, są bliskie zeru. Głosować należy zatem jedynie wtedy, jeżeli komuś sprawia to frajdę. Warto też wspomnieć, że z licznych twierdzeń - w tym najsłynniejszego twierdzenia Arrowa o niemożności - wynika, że opracowanie systemu politycznego i mechanizmu głosowania rzetelnie odzwierciedlających łączne preferencje wyborców stanowi bardzo trudne zadanie.

Zwykle ziewam z nudów, gdy przysłuchuję się tym wszystkim teoretycznym rozważaniom nad wadami i zaletami demokracji.

Niemniej ubiegłej wiosny mój współpracownik Glen Weyl przedstawił pomysł tak prosty i elegancki, że aż dziw bierze, że nikt wcześniej na niego nie wpadł[11]. W mechanizmie opracowanym przez Glena każdy głosujący może głosować tyle razy, ile chce. Haczyk polega na tym, że za każdy oddany głos trzeba zapłacić, a kwota do zapłaty przy każdym kolejnym głosowaniu jest równa kwadratowi oddanych głosów. Dla przykładu przyjmijmy, że pierwszy głos kosztuje 1 dolara. Drugi głos kosztowałby 4 dolary, trzeci głos 9 dolarów, czwarty głos 16 dolarów i tak dalej. Sto oddanych głosów kosztowałoby 10 tysięcy dolarów. Zatem niezależnie od tego, jak wielkiego bzika masz na punkcie kandydata, będziesz głosował ograniczoną liczbę razy.

Cóż jednak wyróżnia to rozwiązanie? Im bardziej ludziom zależy na wyborze danego kandydata, tym więcej oddają głosów. System uwzględnia zatem nie tylko to, którego kandydata preferujemy, lecz również to, jak bardzo nam na nim zależy. Przyjąwszy założenia sformułowane przez Glena, należy stwierdzić, że taki system jest efektywny zgodnie z pojęciem optymalności Pareto - nie można poprawić sytuacji jednego członka społeczeństwa, nie pogarszając sytuacji innych jego członków.

Pierwszy argument, jaki prawdopodobnie padłby przeciwko temu rozwiązaniu, nawiązywałby do tego, że stawia ono w lepszej sytuacji ludzi bogatych. Pod pewnymi względami i w porównaniu z obecnym systemem to rzeczywiście prawda. To, co teraz napiszę, nie spotka się pewnie z powszechną akceptacją, prawda jest jednak taka, że bogaci konsumują więcej wszystkiego - wie o tym każdy ekonomista. Dlaczego zatem nie mieliby konsumować więcej politycznego wpływu? W dzisiejszym systemie finansowania kampanii wyborczych bogaci mają zdecydowanie większy wpływ na wszystko niż ubodzy. Ograniczenia finansowania kampanii politycznych w połączeniu z proponowanym tu systemem wyborczym mogłyby zatem okazać się bardziej demokratyczne niż to, co mamy dziś.

Przeciwko pomysłowi Glena można również wytoczyć i taki argument, że sprzyja on oszustwom wyborczym w formie kupowania głosów. Zdecydowanie taniej byłoby kupić pierwsze głosy niezainteresowanych wyborców, niż płacić za własny setny głos. Kiedy przypiszemy głosom wartość pieniężną, dramatycznie wzrośnie ryzyko, że ludzie zaczną je rozpatrywać w kategoriach transakcji finansowych, będą więc skłonni kupować je i sprzedawać.

Zasada "jeden człowiek - jeden głos" obowiązuje od bardzo dawna, w związku z czym można śmiało założyć, że pomysł Glena nigdy nie zostanie wcielony w życie w żadnych głównych wyborach politycznych. Dwoje innych ekonomistów, Jacob Goeree i Jingjing Zhang, zgłębiają podobną koncepcję i testują ją w warunkach laboratoryjnych[12]. System nie tylko się sprawdza, lecz również okazuje się preferowany przez uczestników badania, gdy otrzymują wybór między tym systemem aukcyjnym a mechanizmem standardowym.

System ten sprawdza się w każdej sytuacji, w której duża grupa osób dokonuje wyboru spośród dwóch alternatyw, na przykład gdy grupa osób wybiera film, który obejrzy, czy restaurację, w której coś zje, albo gdy współlokatorzy decydują się na zakup jednego z dwóch telewizorów. W przypadku tego typu inicjatyw ogólna suma środków pozyskanych od głosujących zostaje następnie rozdzielona w równych częściach pomiędzy uczestników.

Mam nadzieję, że choć garstka moich czytelników postanowi wypróbować to rozwiązanie. Gdyby ktoś się na to zdecydował, bardzo chętnie dowiem się, jak się to sprawdza w praktyce!

Czy lepiej wynagradzani politycy byliby lepsi?

(SJD)

Każdemu, kto przygląda się naszemu systemowi politycznemu i dostrzega jego braki, pojawia się w głowie kusząca myśl, że być może mamy nie najlepszych polityków, ponieważ ten zawód nie przyciąga do siebie odpowiednich ludzi. Może mielibyśmy lepszą klasę polityczną, gdybyśmy istotnie podnieśli wynagrodzenia jej przedstawicielom.

Oczywiście argument ten nie cieszy się zbytnią popularnością i to z wielu powodów, zwłaszcza zaś dlatego, że to sami politycy musieliby zacząć lobbować za wyższymi pensjami dla siebie, a to nie jest wykonalne politycznie (zwłaszcza w warunkach słabej koniunktury gospodarczej). Już widzę te nagłówki...

Sam pomysł wydaje się jednak ciekawy, prawda? Zasadza się na koncepcji, zgodnie z którą podniesienie wynagrodzeń na stanowiskach obieralnych oraz innych wysokich stanowiskach urzędniczych miałoby: a) świadczyć o rzeczywistej istotności i doniosłości danej pracy; b) przyciągać kompetentnych ludzi, którzy w warunkach braku tychże wyższych wynagrodzeń zajęliby się czymś innym, bardziej dochodowym; c) pozwolić politykom skupiać się na bieżących zadaniach, zamiast przejmować się własnymi dochodami; d) zmniejszyć podatność polityków na wpływy ludzi, za którymi stoją pieniądze.

Są już takie państwa, które wypłacają swoim wysokim urzędnikom wysokie wynagrodzenia. Należy do nich Singapur. W Wikipedii czytamy:

Ministrowie Singapuru to najlepiej opłacani politycy na całym świecie. W 2007 roku otrzymali podwyżki wynagrodzeń o 60 procent. W rezultacie dochody premiera Singapuru Lee Hsiena Loonga wzrosły do 3,1 miliona dolarów singapurskich, co stanowi pięciokrotność 400 tysięcy dolarów amerykańskich, które otrzymuje w ramach wynagrodzenia prezydent Barack Obama. Pojawiły się oczywiście protesty społeczne przeciwko tak wysokim pensjom w tak niedużym kraju, władze Singapuru konsekwentnie jednak powtarzały, że podwyżka stanowi niezbędny warunek podtrzymania dotychczasowej skuteczności tego "światowej klasy" rządu oraz jego braku podatności na korupcję.

Niedawno w Singapurze istotnie zmniejszono wynagrodzenia polityków, nadal pozostają one jednak bardzo wysokie.

Czy istnieją jakiekolwiek dane, które by potwierdzały, że wyższe wypłaty dla polityków miałyby pozytywny wpływ na jakość ludzi zajmujących te stanowiska? Claudio Ferraz i Frederico Finan twierdzą, że właśnie tak się stało w brazylijskim samorządzie terytorialnym:

Z naszych badań wynika, że wyższe zarobki zwiększają konkurencję w sferze polityki oraz że poprawiają jakość legislatywy mierzoną wykształceniem tych ludzi, rodzajem poprzednio wykonywanej pracy czy doświadczeniem politycznym w sprawowaniu urzędu. Oprócz tego ustaliliśmy, że wyższe wynagrodzenia pozytywnie wpływają również na skuteczność polityków, co byłoby zgodne z reakcją behawioralną na wyższą wartość sprawowanego urzędu[13].

W nieco nowszym dokumencie Frederico Finan, Ernesto Dal Bó i Martin Rossi zauważają, że wyższe wypłaty mają pozytywny wpływ na jakość służby publicznej także w miastach w Meksyku:

Ustaliliśmy, że wyższe zarobki przyciągają do pracy kandydatów zdolniejszych, to znaczy wyróżniających się wyższym ilorazem inteligencji, lepszą osobowością i większą gotowością do pracy w sektorze publicznym. Nie stwierdziliśmy żadnego negatywnego wpływu tego czynnika na dobór kandydatów. Wyższe zarobki to również wyższa stopa akceptacji, co sugeruje elastyczność podaży pracy na poziomie około 2 oraz w pewnym stopniu pozycję monopsonu. Odległość oraz inne cechy mniej atrakcyjnych gmin mają duży wpływ na spadek stopy akceptacji, lecz powstałą w ten sposób lukę rekrutacyjną pomagają zamknąć właśnie wyższe zarobki oferowane w mniej atrakcyjnych samorządach[14].

Nie jestem gotów twierdzić, że wyższe wynagrodzenia dla amerykańskich urzędników publicznych usprawniłyby nasz system polityczny. Tak samo jednak, jak nie można wypłacać nauczycielowi wynagrodzenia istotnie niższego niż to, na które może liczyć osoba o podobnych kompetencjach zatrudniona w innej branży, tak samo nie można zaniżać wynagrodzeń polityków i urzędników, jeśli te same osoby gdzie indziej mogłyby zarobić znacznie więcej.

Od jakiegoś czasu rozważam jeszcze bardziej radykalny pomysł. A gdyby tak proponować politykom wysokie premie pieniężne, wypłacane wszakże pod warunkiem, że ich praca okaże się faktycznie korzystna dla społeczeństwa?

Jeden z większych problemów z politykami polega na tym, że ich czynniki motywacyjne nie pokrywają się z czynnikami motywacyjnymi ich elektoratu. Wyborcy oczekują, że politycy przyczynią się do rozwiązania poważnych problemów o charakterze długookresowym, związanych na przykład z transportem, służbą zdrowia, szkolnictwem, rozwojem gospodarczym czy stosunkami międzynarodowymi. Politycy odczuwają natomiast dość silną motywację do działania we własnym, partykularnym interesie - to znaczy chcą zapewnić sobie wybór, zgromadzić pieniądze, skonsolidować władzę i tak dalej - który to interes ma zwykle charakter krótkoterminowy. Zachowanie wielu polityków może nam się nie podobać, prawda jest jednak taka, że oni jedynie reagują na bodźce motywacyjne podsuwane im przez system.

Być może zatem należałoby odejść od wypłacania im stałego wynagrodzenia, które zachęca do wykorzystywania sprawowanego urzędu z potencjalną szkodą dla interesu ogółu? Może lepiej motywować ich do tego, aby w interesie ogółu ciężko pracowali?

Już wyjaśniam, jak zamierzałbym to osiągnąć. Otóż zaoferowałbym politykom coś w rodzaju opcji na akcje aktów prawnych, które wychodzą spod ich ręki. Załóżmy, że dany polityk czy urzędnik przez lata pracuje nad projektem, który przynosi pozytywne efekty w służbie zdrowia, szkolnictwie czy transporcie. Takiej osobie można by po pięciu lub dziesięciu latach - czyli wtedy, gdy efekty jej prac będzie już można zweryfikować - wystawić sowity czek. Co byłoby lepszym rozwiązaniem? Wypłacać sekretarzowi edukacji standardowe wynagrodzenie w wysokości 200 tysięcy dolarów rocznie bez względu na to, czy osiągnie coś wartościowego, czy może za dziesięć lat wypisać mu czek na 5 milionów dolarów, jeśli okaże się, że dzięki jego wysiłkom amerykańska młodzież uzyskuje na egzaminach o 10 procent lepsze wyniki?

Przedstawiałem ten pomysł wielu politykom, którzy uzyskują swoje stanowiska w drodze wyborów. Nikt nie uznał tego za czysty absurd, a w każdym razie nikt nie miał odwagi powiedzieć mi tego wprost. Niedawno miałem okazję rozmawiać na ten temat z senatorem Johnem McCainem. Wysłuchał mnie uważnie, przez cały czas potakując z uśmiechem głową. Aż trudno mi było uwierzyć, jak uważnie mnie słuchał. W ten sposób zachęcił mnie, bym mówił dalej, zacząłem więc zagłębiać się w duże szczegóły. W pewnym momencie uścisnął mi dłoń i powiedział: "Świetny pomysł, Steve. Powodzenia w jego realizacji!".

Odwrócił się na pięcie i odszedł, cały czas się uśmiechając. Jeszcze nigdy nie czułem się tak dobrze, pomimo że zostałem kompletnie zignorowany. Oto najwyraźniej umiejętność, którą trzeba opanować, aby być wybitnym politykiem.

Co wspólnego mają blogi z butelkowaną wodą?

Dziesięć lat temu, tuż przed tym, jak opublikowaliśmy książkę zatytułowaną Freakonomia, postanowiliśmy utworzyć stronę internetową będącą jej uzupełnieniem. Nadaliśmy jej mało wyszukaną nazwę Freaconomics.com. Tak się złożyło, że na stronie była również dostępna funkcja prowadzenia bloga.

Levitt, wiecznie kilka lat do tyłu za najnowszymi trendami, nigdy wcześniej nie słyszał o blogach, a co dopiero mówić o pisaniu czegoś takiego. Dubner wyjaśnił mu, o co w tym chodzi, Levitt nie był jednak przekonany.

"Tylko spróbujmy", zaproponował Dubner. Panowie znali się i współpracowali na tyle krótko, że Levitt nie wiedział jeszcze, iż te dwa słowa to sztuczka Dubnera - dzięki niej może on przekonać Levitta do wszystkiego, czego ten nie ma ochoty robić.

W ten oto sposób postanowiliśmy spróbować blogowania. Oto nasz pierwszy post:

Nasze dziecko przychodzi na świat

Wszyscy rodzice uważają, że ich dziecko jest najpiękniejsze na świecie. Wydaje się, że ewolucja tak ukształtowała nasze mózgi, abyśmy po wielu dniach wgapiania się w buzię własnego dziecka nauczyli się dostrzegać w niej piękno. Upaćkana jedzeniem twarz innego dziecka wydaje nam się obrzydliwa, kiedy jednak nasze dziecko ubrudzi się w ten sposób, stwierdzamy, że to urocze.

Na rękopis Freakonomii gapiliśmy się tak długo, że wydaje nam się piękny. Zaczęliśmy dochodzić do przekonania, że może znajdzie się ktoś, kto chciałby go przeczytać, a kiedy już to zrobi, zechce podzielić się swoją opinią z innymi. Tak oto narodził się pomysł na tę stronę. Mamy nadzieję, że będzie to dla nas wszystkich szczęśliwy dom na najbliższą przyszłość, a przynajmniej że toczone tu spory będą miały twórczy charakter.

Rzeczywiście wyszedł nam z tego szczęśliwy dom! Na blogu piszemy w mniej formalnym stylu, a także wyrażamy bardziej osobiste i zdecydowane poglądy niż te, które trafiają do naszych książek. Równie często zadajemy tu pytania, jak udzielamy na nie odpowiedzi. Zdarzało nam się napisać coś, czego do końca nie przemyśleliśmy i czego później żałowaliśmy. Przede wszystkim jednak blog skłonił nas do dalszych dociekań i otwierania się na świat.

W przeciwieństwie do pierwszego wpisu, zdecydowaną większość postów napisał jeden z nas, co oznacza, że nie pracowaliśmy nad nimi razem. Czasami prosiliśmy przyjaciół (wrogów również), by coś dla nas napisali, organizowaliśmy "quora" (prosiliśmy grupę bystrych ludzi, by odpowiedzieli na jakieś trudne pytanie), organizowaliśmy sesje pytań i odpowiedzi (Q&A) z udziałem takich ciekawych ludzi, jak Daniel Kahneman czy luksusowa prostytutka imieniem Allie. Przez kilka lat nasz blog był prowadzony w domenie "New York Timesa", co tylko dodało mu nie do końca uzasadnionej wiarygodności. Ostatecznie jednak przedstawiciele gazety odzyskali zmysły i zakończyli z nami współpracę. Od tamtej pory znów działamy na własną rękę.

Przez wszystkie te lata regularnie zastanawialiśmy się, dlaczego ciągle prowadzimy ten blog. Nie umieliśmy znaleźć żadnej oczywistej odpowiedzi. Korzyści finansowych z tego nie było. Żadne dane nie wskazywały na to, aby blog przekładał się na wzrost sprzedaży papierowych egzemplarzy naszych książek. Z czasem zrozumieliśmy jednak, po co to robimy: nasi czytelnicy lubią czytać nasze wpisy, a my kochamy naszych czytelników. Do kontynuowania tej pracy motywują nas ich ciekawość, pomysłowość i żarty. Na kolejnych stronach będzie można znaleźć mnóstwo dowodów na to, że ta atmosfera faktycznie istnieje.

Co jakiś czas ktoś sugerował, że powinniśmy przekuć treści z bloga w wydanie książkowe. Początkowo uważaliśmy, że to skrajnie głupi pomysł, aż jednego dnia, nie tak dawno temu, przestaliśmy tak uważać. Co się zmieniło? Dubner odwoził właśnie jedno ze swoich dzieci na letni obóz w stanie Maine. Na kompletnym odludziu trafił na olbrzymią rozlewnię wody mineralnej Poland Spring. Sam dorastał na tym odludziu i zawsze dziwił się, że ludzie są gotowi płacić niemałe pieniądze za butelkowaną wodę. Tak już jednak jest, a cały ten rynek jest warty około 100 miliardów dolarów rocznie.

Nagle książka zawierająca wpisy z bloga przestała mu się wydawać głupim pomysłem. Wtedy też postanowiliśmy, że kontynuując najlepsze tradycje Poland Spring, Evian i innych hydrogenialnych marek, zapakujemy coś dostępnego bezpłatnie do butelek i zaczniemy zdzierać z was pieniądze.

Dla porządku podkreślmy, że zadaliśmy sobie trud przeczytania całego bloga i wybrania do książki najlepszych tekstów (całkiem miło było się przekonać, że wśród 8 tysięcy przeciętnych wpisów znalazło się kilka naprawdę dobrych). W razie potrzeby redagowaliśmy te posty i je aktualizowaliśmy, a następnie uporządkowaliśmy je w rozdziały, aby książce nadać jakiś logiczny porządek. Na przykład rozdział 1, zatytułowany Chcieliśmy tylko pomóc, porusza problematykę likwidacji etatów na wyższych uczelniach, alternatywnych rozwiązań dla demokracji oraz tego, jak myśleć jak terrorysta. W rozdziale 2, "Onanista Zwinnadłoń i ryzyko związane z imieniem Wayne", piszemy o imionach dziwnych, trafnych oraz dziwnie trafnych. W rozdziale 12, "When You're a Jet...", podkreślamy natomiast, że gdy zacznie się już myśleć jak ekonomista, trudno jest przestać - bez względu na to, czy chodzi mleko modyfikowane, filmy animowane czy nieświeżego kurczaka. Przy okazji dowiesz się więcej, niż kiedykolwiek chciałeś wiedzieć, o naszych prywatnych obsesjach, takich jak golf, hazard czy owiane złą sławą monety jednocentowe.

Spisywanie naszych zakręconych myśli sprawiało nam przez te wszystkie lata olbrzymią przyjemność. Mamy nadzieję, że możliwość spojrzenia na świat przez pryzmat Freakonomii będzie dla wszystkich równie przyjemna.