Kiedy spałaś - Liz Lawler

Reflow text when sidebars are open.
Obudziły ją znajome dźwięki. Dziwnie uspokajające, choć w pierwszej chwili chciała w panice wyskoczyć z łóżka, żeby zobaczyć, co robią jej koledzy. Usłyszała brzęk narzędzi chirurgicznych układanych na metalowej tacce, regularne pikanie urządzeń i dźwięk rozdzierania sterylnych opakowań na tle nieprzerwanego syku tlenu.
Mogła sobie wyobrazić tę scenę. Wiedziała, że musi wstać, ale senność, która ją ogarnęła, była tak wielka, a kończyny tak ciężkie, że nie zdołała nimi poruszyć. Nie potrafiła sobie przypomnieć, jak gramoli się na jeden z pustych wózków na kółkach, ale w nocy musiała to zrobić, żeby wyrwać jedną lub dwie godziny snu. Normalnie zbudziłby ją dzwonek czerwonego telefonu lub uporczywe piszczenie pagera. Pilne powiadomienia zwykle sprawiały, że zrywała się na nogi i zaczynała biec, zanim jeszcze otworzyła oczy. Jednak tym razem sen sprawił, że poruszała się w zwolnionym tempie, a uniesienie powiek przypominało próbę rozwinięcia zgrubiałej skóry.
Oślepiło ją silne światło. Oczy zaczęły łzawić, więc musiała przymknąć powieki. Światło było tak silne, że nie mogła dostrzec lampy. Ze zdumieniem, a jednocześnie przerażeniem uświadomiła sobie, gdzie jest. Nie była w części sali oddzielonej parawanem. Na jej oddziale nie było takiego oświetlenia. Mieli małe górne lampy, których światło można było zasłonić dłonią. Nie leżała na swoim oddziale. Znajdowała się na sali operacyjnej. Dlaczego, u licha, właśnie tutaj? Na pewno nie poszłaby tu, żeby uciąć sobie drzemkę. Myśl. Może pomagała komuś, kto doznał urazu. Może zabrakło im personelu. To bardzo mało prawdopodobne, ale możliwe. Spojrzała w dół i zamarła. Szarpnęła się gwałtownie, widząc, że jej ciało okrywa zielone prześcieradło chirurgiczne. Z sali operacyjnej dobiegały stłumione dźwięki, szum krwi w uszach był zbyt głośny, żeby zdołała usłyszeć coś innego. Wyprostowane ramiona były przytwierdzone rzepami do oparć obitych tapicerką. Na ramieniu, powyżej prawego łokcia, spostrzegła mankiet do mierzenia ciśnienia krwi. Do środkowego palca przymocowano sondę oksymetru do pomiaru tętna. Jednak najbardziej przeraził ją widok dwóch dużych wenflonów podłączonych do obu przedramion. Pomarańczowe igły oznaczały intensywną wymianę płynów, co w jej świecie oznaczało wstrząs.
Przewody kroplówki wiły się w górę wokół metalowych stojaków z niewidocznymi workami do infuzji. Widziała ciężkie pojemniki z przezroczystym płynem, ale mogła jedynie zgadywać, co jej przetaczano.
Przesunęła wzrok w dół, za zielony parawan i swój brzuch, i z przerażeniem ujrzała w powietrzu swoje polakierowane na różowo paznokcie. Zdała sobie sprawę, że ma rozwarte uda, podparte łydki i kostki skrępowane pasami. Leżała na stole operacyjnym z nogami w górze. Z suchymi ustami i zamglonym umysłem zdała sobie sprawę, że nie przebudziła się z naturalnego snu, ale ze snu wywołanego narkozą.
- Halo? - zawołała, żeby zwrócić uwagę osoby szykującej narzędzia, ale metaliczny brzęk nie ustał. - Halo? Jestem przytomna! - zawołała głośniej.
Zważywszy na okoliczności, zdumiał ją własny spokój. Oczywiście była przerażona i zdenerwowana, ale pod powierzchnią emocji z pomocą fachowej wiedzy chłodno analizowała to, co mogło się wydarzyć, czekając na wyjaśnienie.
Wieczorem skończyła zmianę. Pamięć przywołała jej ostatnią świadomą myśl... Idzie parkingiem dla pracowników, w nowej zwiewnej sukience i różowych sandałach, na spotkanie z Patrickiem. To wspomnienie upewniło ją, że musiała ulec jakiemuś wypadkowi. Pomyślała o szampanie i różach. Obiecał jej szampana i róże po długim dniu pracy. Szampana i róże oraz - jeśli dobrze odczytała sygnały - oświadczyny.
Gdzie teraz był? Na zewnątrz. Bez wątpienia chodził po korytarzu, niecierpliwie czekając na wiadomość o jej stanie. Gotowy skoczyć na każdego, kto mógłby mu ją przekazać. Czy została potrącona? Może przez wyjeżdżający zbyt szybko samochód, którego nie zauważyła, bo wypatrywała wozu Patricka?
Jak przez mgłę ujrzała siebie idącą chwiejnym krokiem w butach na niebotycznie wysokich obcasach, z wypiętą piersią i wciągniętym brzuchem, żeby jak najkorzystniej zaprezentować się w nowej sukience. Później poczuła zawroty głowy i nogi się pod nią ugięły. Upadła na kolana, czując ból sięgający karku. Nacisk na usta, brak powietrza, zakrztuszenie i... nicość. Ogarnął ją potworny strach. Oddech ponownie stał się urywany, gdy walczyła z paniką. Czy jest ciężko ranna? Umierająca? Czy dlatego nikogo przy niej nie ma? Czy zostawili ją, żeby umarła?
Później do głosu doszły szkolenie i instynkt. Badanie wstępne. Przeprowadzić badanie kontrolne. ABCDE. Nie, zacznij od ABC. Drogi oddechowe drożne. Brak maski tlenowej i kaniuli nosowej. Oddychała samodzielnie i nie czuła dyskomfortu przy głębszym oddechu. Krążenie? Jej serce biło mocno i głośno. Mogła je usłyszeć na stojącym nieopodal aparacie. Dlaczego miała rozłożone nogi? Czy krwawiła? Pęknięcie miednicy było jednym z najpoważniejszych urazów. Duże niekontrolowane krwawienie. Ale gdzie w takim razie byli wszyscy zatroskani chirurdzy? Dlaczego nie zabandażowali miednicy i jej nie ustabilizowali?
- Halo, czy ktoś mnie słyszy?! - spytała nieco mniej uprzejmym tonem.
Brzęk narzędzi ustał. Ostrożnie poruszyła głową. Nie była zaskoczona, gdy okazało się, że klocki pod potylicą i kołnierz na szyi krępują jej ruchy. Musieli wykluczyć uraz odcinka szyjnego kręgosłupa. Zaczęła kipieć gniewem. Kto, u licha, się nią zajmował? Chciała powiedzieć jej lub jemu, co o tym myśli. To, że sama się obudziła, było niewłaściwe, ale pozwolenie, by zorientowała się, że ma unieruchomioną głowę, ręce skrępowane pasami, a nogi uniesione, zakrawało wręcz na skandal! Mogłaby wyrządzić sobie dużą krzywdę, gdyby wpadła w panikę lub zerwała urządzenia, które utrzymywały ją w bezpiecznej pozycji.
Usłyszała narastające stukanie chodaków. Później, na skraju pola widzenia, ujrzała niebieskozielony materiał i postać w stroju chirurgicznym. Dostrzegła kawałek bladego karku i krawędź białej maski na twarzy, ale cała reszta - nos i oczy - znajdowała się ponad jasnymi światłami, co powodowało, że nie widziała jej dokładnie.
Nagle poczuła pod powiekami łzy.
- Nienawidzę tych cholernych szpitali - roześmiała się ochryple.
Człowiek pozostał nieruchomy i milczący, dostarczając świeżej porcji strachu jej nadmiernie pobudzonemu umysłowi.
- Przepraszam za łzy. Już dobrze. Proszę podać mi fakty. Czy uraz zagraża mojemu życiu? Zmieni je? Wytrzymam. Pracuję w tym szpitalu. Jestem lekarką, więc proszę nie podawać rozwodnionej wersji. Wolę znać prawdę.
- Nic się pani nie stało.
Głos nią wstrząsnął, bo brzmiał tak, jakby pochodził z głośników. Zamrugała, nie wiedząc, co się dzieje. Czy mówiła do niej osoba stojąca obok, czy ktoś zza szyby obserwacyjnej? Może była w pracowni tomograficznej, a nie na sali operacyjnej. Głos należał do mężczyzny, ale go nie rozpoznała. Na pewno nie był to żaden ze znajomych chirurgów. Zmrużyła oczy, przypatrując się twarzy ukrytej pod maską.
- Jesteś lekarzem? Czy lekarze są w innej sali? Jesteśmy w pracowni tomograficznej?
- Jestem lekarzem.
Chryste, coś się stało z jej słuchem! Słowa brzmiały tak, jakby facet stał obok, ale głos wydawał się daleki, jakby dolatywał przez telefon. Dlaczego nie wyłączy tych cholernych świateł, nie zdejmie maski i nie porozmawia z nią jak należy? Może nawet weźmie za rękę? Westchnęła z irytacją.
- Czy zauważył pan u mnie coś niepokojącego?
- Nie dzieje się z panią nic złego.
Zniecierpliwiona, zaczęła mówić coraz głośniej:
- Posłuchaj, możemy się trochę cofnąć? Dlaczego tutaj leżę? Dlaczego mnie tu przywieziono? Co napisano w karcie poszkodowanego?
- Nie powinna pani tak się spinać. Serce bije jak oszalałe, oddech jest nierówny, poziom tlenu we krwi wynosi jedynie dziewięćdziesiąt cztery procent. Pali pani?
Szarpnęła głową, spoglądając na kardiomonitor stojący na wózku obok niej. Ujrzała przewody wychodzące z aparatu. Wiedziała, że biegną do elektrod umieszczonych na jej piersi.
- Posłuchaj, nie chcę być niegrzeczna, miałeś pewnie długi dzień, ale jestem trochę wkurzona, że obudziłam się samoczynnie. Dla jasności dodam, że nie złożę skargi, ale chcę wiedzieć, kim jesteś. Powiesz mi, jak się nazywasz i co tu się dzieje. Natychmiast.
- Dobrze, Alex - odrzekł, unosząc ręce w fioletowych gumowych rękawiczkach i pokazując zszywacz chirurgiczny. - Dla jasności dodam, że jeśli nie powstrzymasz języka, będę zmuszony zszyć ci wargi. Masz ładne usta. Szkoda byłoby je zniszczyć.
Fala przerażenia spowodowała, że dostała skurczu żołądka. Mięśnie jej zesztywniały, oczy wyszły z orbit. Jej myśli, gniew i głos ucichły jak sparaliżowane.
- Złość ci nie pomoże - ciągnął spokojnym głosem.
Szampan i róże, pomyślała. Myśl o tym. Patrick. Myśl o nim.
- Tak lepiej. - Usłyszała uśmiech w jego głosie. - Nie potrafię pracować w hałasie.
W jej głowie wyświetliły się różne scenariusze, jak film przewijany do przodu w przyspieszonym tempie. Była w szpitalu. Ktoś mógł ją znaleźć. Ktoś mógł usłyszeć krzyk. Ten facet był szaleńcem. Szaleńcem pozostającym na wolności. Lekarzem? Człowiekiem udającym kogoś innego? Najwyraźniej zajął jedną z sal operacyjnych, a ona... ona jakimś sposobem na niego wpadła. Jej usta. Ucisk, który poczuła. I zakrztuszenie, gdy osunęła się na kolana na parkingu... Przyniósł ją tutaj. Uderzył, a później zakneblował. Musiał ją znieczulić. Chloroformem lub eterem...
- Proszę, nie krzycz - powiedział, jakby czytał w jej myślach. - Jesteśmy sami. Nie zmuszaj mnie, żebym cię uciszył. I bez tego boli mnie głowa. Jak zawsze przy chłodnych wiatrach. Jestem zaskoczony, że nie skarżysz się na ból głowy. Masz na sobie tak niewiele, a noc jest taka chłodna.
Natychmiast zdała sobie sprawę, że zielone prześcieradło leży na gołym ciele. Miała obnażone piersi i pachwinę, pupę lekko uniesioną, a łydki ustawione w tak nienaturalnej pozycji, że zaczęły łapać ją skurcze.
Patrick. Myśl o nim, myśl o wszystkim, tylko nie o tym, że tu jesteś - o mamie, pracy, pacjencie, który dzisiaj umarł. O ludziach, którzy będą cię szukać. Myśl, Alex. Spróbuj racjonalnie myśleć razem z nim. Zajmij jego umysł. Powiedz, czym i kim byłaś. Uczłowiecz siebie. Piszą o tym w podręcznikach, prawda? Wielokrotnie stosowała to, czego się z nich nauczyła. Zasada pierwsza: uznaj gniew pacjenta. Zasada druga: rozładuj go.
- Mam na imię Alex. Jestem lekarką.
- Czy wiesz, że masz tyłozgięcie macicy? Do usunięcia wkładki musiałem użyć wygiętego wziernika.
Była tak oszołomiona, że mogła się tylko na niego gapić z otwartymi ustami. Zrobił jej różne rzeczy. Jego ręce dotykały jej w środku, kiedy leżała nieprzytomna.
Myśl, zdopingowała samą siebie. Myśl, zanim będzie za późno. Bądź dla niego miła. Spraw, żeby cię polubił. Spróbuj, do licha, zachęcała siebie surowo, podczas gdy jej język leżał na podniebieniu niczym tłusty ślimak.
- Dz-dziękuję, że to robisz. Nie każdy byłby taki troskliwy.
- Proszę bardzo.
Jego odpowiedź dała jej maleńką iskierkę nadziei. To podziałało. Rozmawiali. Nie widziała jego twarzy, a on pewnie zdawał sobie z tego sprawę. Mogła powiedzieć, że nie wie, jak wygląda, i zapomni o wszystkim, co jej zrobił. Nie wyrządził jej żadnej krzywdy. Mógł odejść.
- Zastanawiam się - zaczęła ostrożnie - czy nie mogłabym skorzystać z toalety?
- Nie ma takiej potrzeby. - Dłonie w fioletowych rękawiczkach zniknęły pod zielonymi prześcieradłami i dotknęły jej nagiej skóry. Wzdrygnęła się. - Leż spokojnie - poradził, obmacując dolną część jej brzucha. - Twój pęcherz jest pusty. Założyłem ci cewnik. Z dobrym skutkiem.
- Dlaczego to zrobiłeś?
- To poważny zabieg, Alex. - Użył jej imienia z taką zażyłością, jakby byli kolegami pracującymi ramię w ramię. - Przez pewien czas normalne oddawanie moczu będzie bolesne.
Z jej piersi wyrwał się głęboki szloch. Salę wypełnił okrzyk rozpaczy.
- Co mi zrobiłeś?!
- Już powiedziałem: nic ci się nie stało. Jeszcze. Decyzja należy do ciebie. Musisz tylko odpowiedzieć na pytanie: Co znaczy "nie"?
Zaczęło wirować jej w głowie, gdy próbowała nadać sens temu pytaniu. O czym powinna wiedzieć? O nim? O co, u licha, ją pyta?
- Na przykład weźmy to. - Uniósł w górę jej jasnoróżowe sandały z delikatnymi paskami, te na wysokich obcasach, które miały podniecić Patricka, chociaż chodzenie w nich wydawało się graniczyć z cudem. - Czy to znaczy "nie"? Albo to? - W powietrzu zadyndały jej pończochy. - Na pewno nie znaczą "nie". Kiedy cię rozbierałem, nie miałaś stanika, a twoje majtki były tak skąpe, że materiału nie starczyłoby na małą chusteczkę.
Napięła skórzane pasy na kostkach i ścisnęła kolana, próbując je złączyć. Doskonale wiedziała, o co pytał.
- Proszę - powiedziała. - Nie.
- To proste pytanie, Alex. Myślę, że oboje wiemy, co masz na myśli, gdy mówisz "nie", prawda?
Nienawiść wzięła górę nad strachem. Na chwilę poczuła się wolna i odważna. Zacharczała, gniewnie wypluwając słowa:
- Nie rozumiem pytania, popaprańcu! A poziom tlenu w mojej krwi jest niski, bo coś mi podałeś! Powinieneś wrócić do szkoły! Jesteś niewydarzonym szarlatanem? Czy o to ci chodzi, fiucie?!
Usłyszała, jak bierze oddech i cmoka z irytacją pod maską.
- Uspokój się. To ci nic nie da. Właśnie pomogłaś mi podjąć decyzję.
Odwrócił się i przyciągnął lśniący metalowy wózek z narzędziami, które dobrze znała. Rozpoznała haczyk do wyjmowania wkładki domacicznej, nożyczki do macicy, wziernik ginekologiczny Cusco i maskę do znieczulenia. Jej ciało zesztywniało ze strachu, gdy ujrzała, jak on po nią sięga. Maska Schimmelbuscha. Alex widziała ją tylko raz - w gablocie stojącej w gabinecie emerytowanego anestezjologa. Przypominała jej maskę, jakiej używają szermierze - urządzenie ochronne zasłaniające nos i usta. Ta była bardziej prymitywna, wielkości grejpfruta. Składała się ze stelaża wykonanego z cienkiego drutu i umieszczonej w środku nasączonej gazy, żeby operowany mógł wdychać eter.
- To obwód otwarty - powiedział cicho. - Nic nie przebije starej sprawdzonej metody. Nie trzeba żadnych przewodów. Żadnych aparatów do znieczulenia. Tylko gaza i maska. I gaz, aby ręce były wolne.
Jej odwaga prysła. Opanowanie runęło. Straciła wszystkie argumenty. Nie było ucieczki. Mógł z nią zrobić, co zechciał, nie była w stanie go powstrzymać. Przelotnie pomyślała, czy nie byłoby lepiej, gdyby zmarła na tym stole. Zostawiłaby za sobą życie, nie wiedząc nawet, jak się skończyło.
- Z drugiej strony, gdybym pozbawił cię przytomności, nie moglibyśmy rozmawiać. Nigdy nie wiadomo. Może będę potrzebować twojej pomocy, jeśli sytuacja się skomplikuje. Podam ci zwierciadło, a ty będziesz mogła mną pokierować, jeśli napotkam jakiś problem. Wycięcie sromu bywa trochę nieprzyjemne.
Jej oddech stał się zbyt szybki i płytki. Głowa zaczęła ją mrowić, gdy patrzyła na maskę w jego ręku. Nie mogła oddychać. Nie mogła mówić...
- Masz ostatnią szansę, Alex. Mogę ci to ułatwić. Zapadniesz w krótki sen, a ja zrobię to, na co się zgodziłaś, mówiąc "tak". Później wrócisz do domu, do łóżeczka. Zapytam jeszcze raz: Co znaczy "nie"?
Jej ciało zaczęło dygotać. Wielkie mięśnie klatki piersiowej, pośladków i ud poruszały się ustawicznie. Podkładki pod głową i kołnierz na szyi, oparcia rąk i pasy na kostkach zadrżały. Po jej twarzy popłynęły łzy razem ze śluzem z nosa i ust, gdy wykrzykiwała milczące "nie", zmuszając się do powiedzenia na głos czegoś przeciwnego.
- Przepraszam, ale nie usłyszałem. - Teraz to on utrudnił jej to, aby została usłyszana. Zmienił zdanie i zasłonił maską połowę jej twarzy. Płynny gaz zaczął działać.
- Powiedziałam "tak" - wyszeptała sennie. - "Nie" znaczy "tak".
Alex otworzyła oczy. Leżała na łóżku, przykryta białym prześcieradłem. Nad nią stały w milczeniu dwie kobiety. Fiona Woods, jej najlepsza przyjaciółka, a jednocześnie przełożona pielęgniarek na oddziale ratunkowym, oraz ordynatorka oddziału Caroline Cowan. Obie miały zachęcające miny i uśmiechały się ciepło. Doskonale wiedziała, gdzie się znajduje, z dokładnością do części sali oddzielonej zasłoną. W dziewiątce.
Spojrzała na zegarek kieszonkowy Fiony i spostrzegła, że dochodzi druga w nocy. Pięć godzin temu skończyła pracę na oddziale. Wzięła szybki prysznic w szatni dla personelu. Jej ubrania wisiały na wieszaku, gotowe do włożenia. Miała zrobiony makijaż i była skropiona perfumami. Tak niedawno, a tak wiele się zmieniło. Jej życie zawisło na włosku. Gdyby powiedziała "nie"... gdyby odmówiła... gdyby była dzielniejsza.
Zacisnęła powieki, wzięła kilka głębokich, powolnych oddechów i otworzyła oczy, gdy była gotowa.
- Cześć, kochanie - powiedziała z najwyższą troską Caroline. - Możesz mi powiedzieć, co się stało? Jaki mamy dzień i gdzie się znajdujesz?
Alex nie była gotowa udzielić odpowiedzi na pierwsze pytanie, więc skupiła się na drugim i trzecim.
- Jest niedziela. Trzydziesty października. Jestem w mieście Bath. W moim szpitalu, na moim oddziale.
Caroline uśmiechnęła się ponownie.
- Faktycznie, kochanie. Z tym, że mamy trzydziestego pierwszego. Nieźle nas przestraszyłaś. Na dworze była potężna burza. Wiał silny wiatr i lało jak z cebra. Napędziłaś nam porządnego stracha. - Skinęła zachęcająco głową. - Ale wszystko jest już dobrze. Masz jedynie kilka otarć na kolanach i guza z tyłu głowy. Poza tym wszystko jest okej. Dobrze, że Patrick się uparł, by nie wstrzymywać poszukiwań, w przeciwnym razie musielibyśmy cię leczyć z hipotermii. Sugeruję, żebyś została na noc i zrobiła kilka testów neurologicznych. Byłaś kompletnie nieprzytomna. Za chwilę zadzwonię do koleżanek, żebyśmy mogły cię zbadać. Bądź uprzejma się nie ruszać, a obiecuję, że zanim się zorientujesz, uwolnimy cię z tego kołnierza.
W oczach Alex błysnęły łzy. Zamrugała, aby je odpędzić. Caroline ściągnęła jasne brwi. Wyglądała na starszą, niż była w rzeczywistości. Miała krzepkie, umięśnione ramiona - nie od pracy w klinice, ale z czasów, gdy pomagała mężowi na ich farmie.
- Nie płacz, kochanie. Za chwilę cię posadzimy i damy ci filiżankę herbaty. Fiono, sprowadź wsparcie. Zbadamy naszą ulubioną panią doktor. I pamiętaj, żadnych facetów - ostrzegła Fionę przyjacielskim tonem. - Jestem pewna, że Alex nie chce, aby oglądali jej śliczną pupę.
Leżała bez ruchu. Czuła się potwornie zmęczona, więc była wdzięczna Caroline za trzeźwe podejście i to wesołe przekomarzanie. Później się wykrzyczy. Będzie wrzeszczeć ile sił w płucach i zwinie się w kulkę, ale teraz musi zachować spokój. Musi zachować spokój, jeśli chce pomóc policji.
Po chwili razem z Fioną Woods wróciły trzy pielęgniarki.
- Ja zajmę się głową - zakomunikowała Fiona.
Pozostałe pielęgniarki ustawiły się wzdłuż jednego z boków Alex, wsuwając ręce pod jej tułów. Jej bark, biodro i nogę chwyciły silne dłonie. Stojąca z przodu Fiona umieściła dłonie po obu stronach głowy Alex, a Caroline rozpięła kołnierz ortopedyczny i usunęła podkładki spod głowy. Następnie ordynatorka ostrożnie umieściła dłoń pod szyją Alex i poczynając od podstawy czaszki, zaczęła obmacywać odcinek szyjny kręgosłupa w poszukiwaniu oznak drażliwości lub odkształcenia.
Poczuła, że Alex się krzywi.
- Czy to boli?
Alex próbowała odpowiedzieć skinieniem, ale Fiona dała jej znak, by leżała spokojnie.
- Hej, znasz zasady.
Jej twarz była oddalona zaledwie o kilka centymetrów od twarzy Alex, więc poczuła zapach papierosów. Najwyraźniej Fiona wróciła do nałogu. Szkoda, tak dobrze jej szło z plastrami.
W ciągu następnych minut przekręciły ją na bok, umieściły w nieruchomej pozycji, z głową trzymaną przez silne dłonie Fiony, i ostrożnie zbadały pozostałą część kręgosłupa. W końcu, w najbardziej upokarzającej chwili - a znała je wszystkie - Caroline wsunęła palec do jej odbytu, żeby zbadać napięcie mięśniowe zwieracza. Kiedy badanie dobiegło końca i odwróciły Alex z powrotem, na twarzy Caroline pojawił się szeroki uśmiech.
- Nic ci nie jest, Alex. Nie będziesz potrzebować kołnierza ortopedycznego. Teraz lekko cię podniosę, a później przyniesiemy ci filiżankę herbaty. - Spojrzała na Fionę. - Nie powinno jej zaszkodzić kilka tabletek co-codamolu.
Nie ulegało wątpliwości, że Caroline Cowan potrafi zachować spokój w sytuacji kryzysowej, bo tempo i sposób jej działania oraz ton głosu były w sam raz, by opanować histerię. Dała Alex czas na przystosowanie się, łagodząc sytuację na tyle, by mogła stawić czoło przykrym rzeczom, które ją czekały. Alex zawsze ją podziwiała, ale nigdy bardziej niż teraz. Caroline chciała mieć pewność, że Alex jest gotowa.
Kiedy pomocnice wyszły, Caroline umyła ręce w umywalce. Krople wody ochlapały jej zielony fartuch i spodnie, ale skwitowała to śmiechem, wyciągając papierowy ręcznik ze ściennego podajnika. Nawet teraz jej cichy śmiech komunikował Alex, że zachowuje się naturalnie. Że będą działać metodycznie, krok po kroku. Bez pośpiechu. Że jest bezpieczna, bo nie pozwoli nikomu do niej podejść.
- Masz jakieś pytania, kochanie?
Alex przygryzła dolną wargę, żeby powstrzymać potok łez. Później, obiecała sobie. Później będzie płakać. W ramionach Patricka i nikogo więcej.
- Policja. Czy wezwałaś policję? Muszą zamknąć wszystkie wyjścia. Trzeba zacząć od sprawdzenia sal operacyjnych. Chcę, żeby przeprowadzono pełne badania na HIV, syfilis i rzeżączkę. I test ciążowy. Wiem, że to dużo, ale mogą mnie badać całą noc. Muszę wiedzieć, co mi zrobił.
Z twarzy Caroline zniknął wyraz spokojnej zachęty. Z zatroskaniem zmarszczyła brwi.
- O czym ty mówisz, Alex? Dlaczego mam wezwać policję?
Poczuła głuche walenie pod mostkiem. Jej oddech stał się szybszy i głośniejszy. Drżenie kończyn sprawiło, że prześcieradło zsunęło się na podłogę.
Jej głos, jak się później okazało, było słychać na całym oddziale. Ponad innymi odgłosami - krzykiem bólu, zagubienia i strachu, terkotem wózków z lekami i głośnym pikaniem dwudziestu kilku kardiomonitorów, odzywających się w różnych odstępach czasu.
- On mnie zgwałcił!
Przypadek gwałtu zgłoszony na oddziale ratunkowym z natury zmusza do ochrony prywatności. Sytuacja wymaga zachowania dyskrecji i poszanowania godności. Pielęgniarka dyżurna, lekarz i policja przystąpili do badania sprawy w taki sposób, aby inne osoby z oddziału nie miały pojęcia, co zaszło.
Jednak tamtej nocy, w przypadku Alex Taylor, na oddziale nie było ani jednej osoby, która nie wiedziała, co zaszło, lub nie słyszała o tym, co się rzekomo wydarzyło. Jeszcze przed zakończeniem badania krążyły spekulacje na temat tego, co naprawdę miało miejsce. Najpopularniejszą hipotezą było, że Alex Taylor doznała urazu głowy, który wywołał dezorientację i wstrząs mózgu.
Lekarz medycyny sądowej i kobieta detektyw w stopniu posterunkowej obecni w gabinecie zabiegowym nie wątpili, że Alex Taylor jest zrozpaczona ani że doszło do gwałtu, ale mieli trudność z uwierzeniem w resztę jej relacji. Jedynie Maggie Fielding zachowała neutralną i obiektywną postawę, spełniając swój zawodowy obowiązek opieki nad pacjentem, gdy przeprowadzała badanie i słuchała obszernej relacji Alex Taylor. Odpowiadała też niezwłocznie na każde pytanie, które Alex jej zadała.
- Wkładka jest na miejscu, Alex. Nic nie wskazuje na to, że została usunięta. Widzę nitki, wszystko wygląda normalnie.
Maggie Fielding czekała na następną uwagę Alex. Utrzymywała z nią kontakt wzrokowy i nie poganiała. Była piękną kobietą - wysoką, szczupłą, o mocnych kończynach. Miała śliczne czekoladowe włosy, które sięgały pasa, gdy się pochylała.
Nowozelandczyk Tom Collins, specjalista medycyny sądowej i lekarz pierwszego kontaktu, na czas badania opuścił gabinet z wyrazem twarzy komunikującym niezmienną sympatię.
Po umieszczeniu papierowego ręcznika pod pośladkami Alex wyczesano jej włosy łonowe. Następnie ręcznik, grzebień i włosy zostały umieszczone w torebce na dowody, którą zapieczętowano, oznaczono, opatrzono datą i oddano funkcjonariuszce policji. Później obcięto Alex paznokcie i zebrano je do oddzielnej torebki. Pobrano włosy z jej głowy. Musiała także splunąć do pojemnika na plwocinę. Następnie pobrano jej wymaz z ust, odbytu i pochwy, a także krew. Alex obserwowała, jak Maggie maże wacikiem szkiełko mikroskopowe, wiedząc, że wymaz zostanie zbadany na obecność spermy. Na koniec obejrzano każdy centymetr jej ciała w poszukiwaniu jakichkolwiek obrażeń. Siniaków. Ran. Śladów ugryzienia. Wszystkiego, co mogłoby pomóc w zidentyfikowaniu napastnika.
Kiedy Maggie Fielding odstąpiła od łóżka, do sali zaproszono Toma Collinsa. Zaledwie kilka tygodni wcześniej Alex stała w tym samym miejscu co Maggie, obok tego samego mężczyzny, który pobierał krew kobiecie zaatakowanej przez przyjaciela. Wtedy stali po tej samej stronie - byli zawodowcami spełniającymi swój obowiązek, dokumentującymi stan ofiary i fotografującymi liczne siniaki. Tym razem to ona była ofiarą, a on zawodowcem wykonującym swoją robotę, a przy tym starającym się ukryć to, że zna ją osobiście.
- Czy możemy powtórzyć wszystko od początku? - spytała funkcjonariuszka.
Przedstawiła się cicho jako Laura Best i oświadczyła Alex, że jest jej przykro z powodu tego, co zaszło. Że nie musi zwracać się do niej oficjalnie, wystarczy Laura. Tylko że teraz Laura nie wyglądała już tak sympatycznie. Jej piegowata twarz była mniej szczera. Sprawiała wrażenie zniecierpliwionej. Cała czwórka od ponad godziny ślęczała w prywatnym gabinecie, więc upał i nieświeże powietrze zaczęły dawać się im we znaki.
Laura przewróciła kilka kartek w notesie i zaczęła czytać:
- Idzie pani przez parking, czuje uderzenie w kark, a później ma knebel w ustach i być może wyczuwa woń gazu. Następnie budzi się na sali operacyjnej przywiązana pasami, z nogami w górze w strzemionach, w obecności człowieka udającego chirurga.
- Nie wiem, czy udawał chirurga - prychnęła gniewnie Alex. - Powiedziałam, że był ubrany jak chirurg.
Laura wydęła wargi.
- Zagroził, że zszyje pani usta - podjęła - pokazał tacę z narzędziami chirurgicznymi i oświadczył, że usunął pani wkładkę domaciczną, gdy wykonywał cewnikowanie. Następnie oznajmił, że przeprowadzi na pani operację wulwe... - zająknęła się, mając problem z wymówieniem trudnego słowa.
- Wulwektomii - dokończyła ze zniecierpliwieniem Alex. - Tak, tak i jeszcze raz tak. Potwierdzam wszystko.
- A później zadał pytanie sugerujące, że ma zamiar panią zgwałcić, i podał pani środek znieczulający.
- Tak.
- Następną rzeczą, którą pani pamięta, jest przebudzenie na tym oddziale.
- Tak.
- Nie potrafi pani opisać tego człowieka ani rozpoznać jego głosu.
- Nie. Powiedziałam już, że światła na sali operacyjnej mnie oślepiły. Widziałam maskę chirurgiczną i strój chirurga. Jego głos... brzmiał tak, jakby mówił przez głośnik, jakby nie stał obok mnie. Mówił z angielskim akcentem, choć można było w nim wyczuć nieznaczne amerykańskie naleciałości.
- I wszystko to zrobił pani ten angielski i amerykański lekarz? Hm... proszę wybaczyć, doktor Taylor, jeśli to, co powiem, zabrzmi głupio lub nieczule, ale wyszła pani ze szpitala o dwudziestej pierwszej trzydzieści i została znaleziona na parkingu o pierwszej trzydzieści nad ranem.
- Co za różnica?
- Duże pomarańczowe igły, które pani wbito, znajdowały się w obu rękach. Z pewnością pozostałyby ślady wkłucia, prawda?
- Pani mnie nie słucha. Nie słuchała pani tego, co powiedziałam. One tam były. Widziałam je. Stanowiły element jego planu, aby mnie oszukać, skłonić do uwierzenia, że doznałam urazu. Ogłupić i przekonać, że nie mogę się poruszyć. Zainscenizował to, abym sądziła, że jestem bezbronna... abym zgodziła się na to, co chciał mi zrobić.
Na twarzy młodej policjantki pojawił się słaby uśmiech. Spojrzała na Toma Collinsa i Maggie Fielding. Alex zauważyła, że nawiązali ze sobą przelotny kontakt wzrokowy. Przesyłali wiadomości za pomocą oczu, a ona była wykluczona z tej niemej konwersacji. Należeli do prywatnego klubu dla profesjonalistów - nie dla ofiar.
- Gdybym zobaczyła to na filmie, byłabym przerażona - oznajmiła Laura Best tonem graniczącym z chichotem.
Gniew sprawił, że Alex podniosła się z wyłożonego materacem łóżka i stanęła boso, w szpitalnej koszuli, niecałą stopę od funkcjonariuszki.
- To nie jest żaden pieprzony film, więc proszę sobie darować ten uśmiech. Przecież, cholera, nie wymyśliłam tego sobie! Zostałam zaatakowana! Uprowadzono mnie! I gdybym się nie zgodziła na to, czego chciał, leżałabym teraz w pieprzonej kostnicy!
- Przepraszam, jeśli panią zdenerwowałam. Nie twierdzimy, że do tego nie doszło - odparła Laura, obejmując zaimkiem "my" Toma Collinsa i Maggie Fielding. - Po prostu staramy się zrozumieć. Pani bielizna i buty były na swoim miejscu. Każdy guzik sukienki był zapięty. - A później powiedziała to, co naprawdę myślała, co najpewniej chodziło jej po głowie przez cały czas badania. - Pani koleżanki powiedziały, że miała pani trudny dzień.
W głowie Alex zawrzało.
- Nie bardziej niż zwykle. Na oddziale ratunkowym są same trudne dni, nie zauważyła pani?
- Według mnie było gorzej niż zwykle. Chyba że codziennie traci pani dziecko?
- Ja... ja... Ona już nie żyła, kiedy przywiozła ją karetka. Nie mogliśmy zrobić nic dla tego dziecka!
- Myślę, że Alex ma dość - przerwała im Maggie Fielding. - Musi odpocząć. Zaś co do pani, detektyw Best, sugeruję, aby podczas kolejnej sprawy tego rodzaju zabrała pani ze sobą bardziej doświadczonego funkcjonariusza. A przynajmniej kogoś przeszkolonego w dziedzinie przestępstw seksualnych. Jestem pewna, że powiedzą to pani, gdy złoży pani raport.
Maggie Fielding nie należała do ulubienic Alex. Była znakomitą ginekolożką, ale cechował ją szorstki i opryskliwy sposób bycia. Teraz jednak była rada z jej obecności.
- Chcę Patricka. Gdzie jest Patrick? Potrzebuję go!
Maggie skinęła głową.
- Jest tutaj. Czeka na zewnątrz.
W końcu wypłakała się w ramionach Patricka. Opowiedziała mu o ostatniej nocy, raz po raz przerywając relację szlochaniem. Zaszokowany wybuchnął gniewem, domagając się, aby Laura Best odnalazła tego człowieka. Zażądał większej liczby funkcjonariuszy i spytał, dlaczego nie widział oddziału pościgowego przeszukującego szpital. Tylko Alex zdołała go powstrzymać przed wybiegnięciem w noc na poszukiwanie gwałciciela. Chwyciła jego ręce i nie chciała puścić. Potrzeba jego obecności w końcu przeważyła. W jego ramionach była bezpieczna i w końcu uspokoiła się na tyle, by zasnąć.
Laura Best stała obok Patricka Forda. Mimo nocy spędzonej przy łóżku przyjaciółki nadal prezentował się elegancko i świeżo. Sądząc po jego uporczywym spojrzeniu, był gotów ponownie przesłuchać posterunkową. Będzie musiał z tym poczekać, bo teraz była jej kolej. Ostatniej nocy nie miała okazji spisać jego zeznań, bo albo się domagał, żeby odnalazła mężczyznę przebranego za chirurga, albo czuł się w obowiązku pocieszać ukochaną.
Przed chwilą obeszli parking. Pokazał jej, gdzie on i ochroniarz znaleźli lekarkę i gdzie zostawił swój samochód. Nie widział jej, chociaż dzieliło ich zaledwie kilka aut. Jego wyjaśnienie wydawało się logiczne. Przyjechał, odczekał chwilę, a później poszedł na oddział, żeby jej poszukać. Powiedzieli mu, że Alex wyszła przed piętnastoma minutami. Uznał, że pojechała do niego taksówką, bo się spóźnił, więc wrócił do domu, a później udał się ponownie do szpitala, żeby podjąć poszukiwania.
- Dlaczego się pan spóźnił? - spytała Laura.
Patrick Ford wzruszył ramionami.
- Właściwie to wcale się nie spóźniłem. To znaczy nie spóźniłem się, biorąc pod uwagę to, ile normalnie na nią czekam. Nigdy nie wychodzi ze szpitala o czasie. Skończyłem operację - jestem weterynarzem - z małym opóźnieniem, jakieś pięć do dziesięciu minut, ale nie byłem tym przesadnie zmartwiony, bo jak powiedziałem, Alex zawsze się spóźniała. Przyjechałem około dwudziestej pierwszej czterdzieści, może dwudziestej pierwszej czterdzieści pięć.
- O której godzinie pan wrócił, żeby zacząć jej szukać?
- Pewnie około dwudziestej trzeciej. Dotarcie do domu i powrót zajmują dwadzieścia minut w każdą stronę. Czekałem na nią w domu jakiś kwadrans.
Laura była zaskoczona.
- Dlaczego jej znalezienie zajęło tyle czasu?
- Przez czystą nieudolność. Pewnie to najlepsze określenie - odrzekł poirytowany. - Tylko pobieżnie sprawdziliśmy między samochodami. Później zmarnowaliśmy czas, szukając na oddziałach, czy nie jest z pacjentem. Nawet gdy w końcu ją spostrzegliśmy, nie była wyraźnie widoczna. Leżała pod drzewami, a w nocy było bardzo ciemno.
- Jak się czuła dziś rano? Powiedziała coś?
Pokręcił głową.
- Nie. Spała.
- Ma pan jakąś hipotezę na temat tego, co zaszło?
Uniósł głowę, wyraźnie zdumiony.
- Nie rozumiem?
Posterunkowa wzruszyła nieznacznie ramionami.
- Przyszło panu coś na myśl w związku z ostatnią nocą?
- Chce pani powiedzieć, że jej nie wierzy? - spytał zaczepnym tonem. - Nie wiem, co sądzić. Jestem zaszokowany tym, co usłyszałem. - Spojrzał na nią uważnie. - Zakładam, że szukała pani tego człowieka? Czy sprawdziła pani wszystko zgodnie z tym, co powiedziała Alex?
Laura pokiwała z całą stanowczością.
- Ma się rozumieć. Tak. Sprawdziliśmy wszystkie sale operacyjne, przetrząsnęliśmy teren, rozmawialiśmy z personelem sal operacyjnych. Przed chwilą oglądaliśmy miejsce, w którym pan ją znalazł. Tam, gdzie leżała, są gruz i gałęzie, niektóre całkiem ciężkie. Alex miała guza na głowie i była ogłuszona.
- Sądzi pani, że mógł ją ogłuszyć spadający konar? - spytał oschle Patrick. - Przecież zeznała, że zdarzyło się coś innego, prawda?
Laura na chwilę ściągnęła wargi.
- A jeśli miała ciężki dzień? Wczoraj nie zdołała uratować niemowlęcia. Może wywarło to wpływ na jej stan psychiczny?
Patrick Ford zmrużył oczy.
- Na jej stan psychiczny? Mam nadzieję, że nie sugeruje pani, iż doktor Taylor jest osobą niezrównoważoną. Zapewniam, że tak nie jest. Wiedziałbym o tym. Spędzam z nią dużo czasu. Proszę porzucić ten trop. Jeśli istnieje inne wyjaśnienie, ma podłoże fizyczne. To najprawdopodobniej wstrząśnienie mózgu. Tak, to możliwe, że konar uderzył ją w głowę. - Jego oczy chłodno zlustrowały detektyw Best. - Jednak dopóki wszystkiego pani nie sprawdzi i nie poszuka tego mężczyzny, proszę uznać za prawdę to, co powiedziała. A teraz, jeśli to już wszystko, chciałbym zobaczyć, jak ona się czuje.
Kiedy ruszył do budynku, Laura uśmiechnęła się pod nosem. Trochę za bardzo napuszony jak na jej gust. Przystojny i dobrze ubrany, lecz bardziej do miasta niż do pracy, którą wykonywał. Pewny siebie, ale nie taki, który by się jej spodobał. Mimo to spotkanie poszło dobrze, a ona zdołała umieścić wydarzenia na osi czasu, ustalić, gdzie się znajdowali w chwili rzekomego porwania. Doktor Taylor z pewnością długi czas przebywała na parkingu. Gdyby jej Patrick przyjechał punktualnie, do niczego by nie doszło. A Laura nie spędziłaby nocy na przeszukiwaniu szpitala. Żeby nikt jej nie zarzucił, że nie przeprowadziła śledztwa w profesjonalny sposób. Bo Laura Best była zawodowcem z krwi i kości.
Kiedy następnego ranka Alex spojrzała w oczy Patrickowi, zmartwiło ją, co on o tym wszystkim myśli. Siedział przy łóżku, kiedy się obudziła. Ujął jej dłonie w swoje. W jego głębokich niebieskich tęczówkach ujrzała miłość i zrozumienie, zatroskanie tym, co przechodzi, i coś jeszcze. Wyczuła wątpliwości.
Nic nie powiedział, kiedy spojrzała na niego pierwszy raz. Po prostu popatrzył jej w oczy, a później się pochylił i pocałował ją w usta. Po chwili delikatnego nacisku, ciepła i pocieszenia wyprostował się na krześle i czekał, aż coś powie.
- Nie wypiliśmy szampana - westchnęła.
Uśmiechnął się przelotnie.
- Nadal chłodzi się w lodzie.
- Do tej pory lód się roztopił. Nalepka się odkleiła.
- Ale wciąż będzie smaczny. A poza tym zawsze mogę kupić nową butelkę.
Splotła palce z jego palcami i delikatnie zacisnęła.
- Jak się czuje mama?
- Pewnie się zastanawia, czy przyjdziemy na lunch. Nie może się doczekać ostatecznych ustaleń w sprawie ślubu.
Alex skrzywiła się boleśnie. Ślub Pameli był najdłużej planowanym wydarzeniem tego typu w historii. Jej siostra w końcu zdecydowała się na miejsce uroczystości, suknię, fotografa, kwiaty i swoją jedyną druhnę. Alex pozostawiła jej kwestię ubioru wspomnianej. Po przymierzeniu ponad tuzina kreacji i wysłuchaniu ochów i achów niezdecydowanej Pameli, bo każda sukienka była ładna, w końcu uległa. Nie miała więcej dni wolnych na zakupy.
- Chodziło mi o to, co sądzi o tej sprawie.
Patrick puścił jej dłoń i złożył palce w piramidkę.
- Mama nie wie. Pomyślałem, że będzie lepiej, jeśli sama z nią pomówisz. Kiedy sytuacja się uspokoi. Wiesz...
Alex usiadła na łóżku, bacznie obserwując wyraz jego twarzy.
- Co wiem, Patricku?
Pokręcił głową.
- Może dzisiaj poczujesz się lepiej. Inaczej spojrzysz na sytuację. Wiesz, kochanie, ostatniej nocy naprawdę mnie przestraszyłaś. Kiedy cię znaleźliśmy, doświadczyłem takiej ulgi, jak nigdy w życiu. Pogoda była straszna. Ktoś mógł na ciebie najechać. Mogłaś umrzeć z wyziębienia.
Znajome drgawki powróciły, ale teraz Alex rozpoznała ich prawdziwy charakter. Ogarnęła ją fala paniki. Nie tylko z powodu tego, co się wydarzyło, ale też tego, że nie dano wiary jej słowom. Wbiła niedawno obcięte paznokcie w dłonie, siłą woli zmuszając się do zachowania spokoju.
- Gdzie mnie znaleziono?
- Na parkingu.
- W jakiej części?
- Z tyłu. Ochroniarz i ja znaleźliśmy cię w trawie, między drzewami. Obok leżało kilka konarów. Przypuszczamy, że jeden z nich mógł uderzyć cię w tył głowy.
- Naprawdę? Tak sądzisz?
Milczał chwilę.
- Nie. To znaczy tak. Możliwe, że straciłaś przytomność wskutek uderzenia konaru w głowę. Oczywiście nie oznacza to, iż nie wierzę we wszystko inne. Posłuchaj, Caroline Cowan zapisała cię na tomografię komputerową. Myślę, że to dobry pomysł. Nie wiemy, jak silne było uderzenie, ale z naszych obliczeń wynika, że leżałaś nieprzytomna ponad trzy godziny. To długi czas jak na przebywanie na zimnie.
- Co mówią inni, Patricku? Co robi policja?
- Szukali go, ale jak dotąd nie znaleźli żadnego śladu. Szczerze mówiąc, kochanie, oni raczej rozmawiają z twoimi kolegami, niż szukają tego człowieka. Nie sądzę, aby potraktowali poważnie to, co powiedziałaś. Oczywiście wszyscy są zmartwieni, ale nie sądzę, aby policja ci wierzyła.
W tym miejscu przerwał, nie pozostawiając Alex cienia wątpliwości, co o tym mówią. Że doznała uszkodzenia mózgu lub straciła rozum.
- A ty? Czy ty mi wierzysz?
Podniósł się z krzesła, aby przysiąść na krawędzi materaca i przytulić ją.
- Oczywiście, że wierzę - wyszeptał jej do ucha. Cofnął się, żeby mogła zobaczyć jego twarz. Zniknęły wątpliwości, które wcześniej dostrzegła w jego oczach. - Nie mam żadnego powodu, aby nie dać ci wiary. Czy kiedykolwiek mnie okłamałaś?
Alex oparła się na łokciach. Nauczyła się czuć z nim bezpiecznie. Patrick jednocześnie ją intrygował i rzucał jej wyzwanie. Pasja, z jaką wykonywał zawód chirurga weterynarii, dorównywała tej, z jaką ona oddawała się zawodowi lekarza. Był ambitny i zmotywowany, co stanowiło potężną kombinację u mężczyzny, który dodatkowo wyglądał jak model. Poznali się z powodu jego pasji do rugby. Podczas meczu doznał kontuzji i wylądował na szpitalnym oddziale ratunkowym z podejrzeniem pęknięcia kostki. Nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Tak naprawdę początkowo Alex miała go za utrapienie. Znał się na medycynie tak jak ona i dyktował, jak ma przebiegać jego leczenie, dopóki nie przywołała go do porządku i nie powiedziała, że to ona jest lekarką, dlatego sama zdecyduje, czy będzie potrzebować kul, czy nie. Następnego dnia na oddział dotarła nie do końca imponująca wiązanka kwiatów, po której zaprosił ją na drinka.
Odpowiedziała objęciem na jego objęcie, ale ogarnął ją niepokój. Czuła się zraniona i samotna jak nigdy wcześniej. Trudno było zaakceptować fakt, że ludzie jej nie wierzą. Na karteczce Post-it przyczepionej do sznurka balonika z helem unoszącego się nad łóżkiem widniał napis "Wracaj szybko do zdrowia". Z czułością pomyślała, że Fiona podkradła ją jakiemuś śpiącemu pacjentowi. Po czym ma szybko wrócić do zdrowia? Po urazie wywołanym uderzeniem w głowę? Po ciężkim dniu w pracy? Czy ludzie naprawdę sądzą, że zdołałaby to wymyślić?
Odsunęła się, spojrzała mu w oczy i śmiało oświadczyła:
- Na wolności grasuje zabójca. Nie tylko gwałciciel. Ten człowiek to sadystyczny psychopata. Musisz uwierzyć, że ostatnia noc nie jest wytworem mojej wyobraźni i nie miała nic wspólnego z uderzeniem w głowę. Leżałam skrępowana, Patricku, a jedyną rzeczą, która trzymała mnie przy zdrowych zmysłach, była myśl o tobie. Z pewnością nie przeleżałam kilku godzin na parkingu. Znajdowałam się w rękach najbardziej przerażającego drania, jakiego możesz sobie wyobrazić. Ale wiesz, co najbardziej mnie zabolało? To, że policja nie przeprowadziła należytego śledztwa. Nie potrafili zaakceptować, że coś takiego mogło się wydarzyć. Na szczęście przeprowadzą badanie tomograficzne i wtedy będziemy mogli wyeliminować najbardziej oczywistą z hipotez - że straciłam pieprzony zdrowy rozsądek.
Uparł się, żeby jej towarzyszyć podczas badania tomografem. Osłonięty fartuchem ochronnym zawierającym ołów, uśmiechał się, gdy znikała w tunelu.
Pytaniom, które zadawał radiologowi, nie było końca. Czy uraz mózgu mógłby nie dać objawów tak szybko po wypadku? Udar naczyniowy mózgu nie zawsze daje o sobie znać, chyba że doszło do krwotoku, argumentował. Sugerował, że za kilka dni należałoby wykonać kolejny skan. Radiolog odpowiadał cierpliwie. Stwierdził, że skan nie tylko jest normalny, ale badanie tomografem nie wykazało najmniejszego zasinienia mózgu. Alex chciało się śmiać, gdy ujrzała rozczarowanie na twarzy Patricka. Najwyraźniej pragnął, żeby przyczyna okazała się inna od faktycznej. Kto mógłby go za to winić? Byłoby to znacznie łatwiejsze do przyjęcia.
W rejonie barków Patricka zebrało się wyraźnie widoczne napięcie, które radiolog błyskawicznie wychwycił. Alex bardzo lubiła Edwarda Downinga i żałowała, że lekarz przejdzie na emeryturę pod koniec tego roku. Downing był doktorem starej daty, uroczym panem, zawsze uprzejmym i wesołym, który należał do grona najlepszych radiologów w kraju. Na koniec roześmiał się dobrodusznie i mrugnął do Alex.
- Oczywiście to nie wyklucza szaleństwa.
- Faktycznie - przytaknął Patrick, ale widząc konsternację Alex, szybko dodał: - Tylko żartowałem.
Ścisnęła z wdzięcznością jego dłoń, nie mając pewności, czy zdoła wydobyć z siebie głos. Przejdzie przez to. Miała Patricka, Fionę i Caroline. Nie była sama w tym koszmarze.
Kiedy wczesnym popołudniem opuścili szpital, Patrick przedstawił jej swój plan. Już omówił go z Caroline Cowan i zmniejszył własne obciążenie pracą, znajdując zastępcę. Zrobią sobie wakacje. Wyjadą na tydzień. Do jakiegoś ciepłego kraju, gdzie będą mogli leżeć na plaży, pić kolorowe drinki i objadać się pysznościami. Gdzie będzie mogła podładować baterie. Zważywszy na swój kruchy stan, Alex mogła się jedynie zastanawiać, dlaczego wszyscy chcą się jej tak szybko pozbyć. Czy nie powinna być dostępna, gdyby policja chciała zadać więcej pytań lub gdyby aresztowali tego człowieka? Czy w normalnych okolicznościach, gdy dojdzie do popełnienia przestępstwa, ofiara się zrywa i jedzie na wakacje? Podejrzewała, dlaczego wszyscy są tacy elastyczni i chętni do współpracy. Bo nie wierzyli, że doszło do gwałtu. Nie wierzyli, że była ofiarą.