Kiedy ślub? - Natasza Socha

Kup ebooka

35.99 zł
29.87 zł (23,39 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Patrycja bardzo lubiła swoje życie.

Właśnie zjadła maślanego rogalika, któremu wcześniej zrobiła efektowne zdjęcie. Wypiła kawę z ulubionej filiżanki, przeglądając wiadomości w telefonie. Po prysznicu przespacerowała nago z łazienki do salonu, bo mieszkała sama i jej nagość nikomu nie przeszkadzała. Upamiętniła na zdjęciu ślad mokrej stopy na posadzce, a potem zamieściła fotkę na Instagramie z podpisem:

Cudowny poranek z samą sobą.

#najlepiej.

Godzinę później wyszła z domu.

- Kubuś, nie skacz.

- Omijam linie. A ty niby jesteś dorosła, a je nadeptujesz.

- Zjedz coś.

- Chcę loda.

- Najpierw bułka.

- Nie chcę.

Patrycja z uśmiechem zerknęła na matkę i syna, których właśnie wyminęła, ale zdecydowanie nie był to uśmiech pełen rozczulenia. Raczej wielkiej ulgi, że nie musi prowadzić podobnych negocjacji.

Kilka lat temu, zaraz po ukończeniu studiów z zakresu zarządzania i marketingu, Patrycja stanęła u progu dorosłości i z przerażeniem spojrzała w przyszłość. Dotarło do niej bowiem, że jej najlepsze lata - czas wolności, przetańczonych nocy, półprzytomnych poranków i oczekiwania na to, co przyniesie jutro, właśnie się skończyły. Jutro nadeszło znacznie szybciej, niżby sobie tego życzyła. Teraz należało strząsnąć z siebie resztki beztroski i stać się odpowiedzialną dorosłą, która bierze życie w swoje ręce. A zatem - znajduje pracę, odwala w niej nadgodziny, żeby zostać docenioną, coraz częściej rezygnuje z przyjemności, bo nie ma już na nie siły, i może po dwudziestu latach kupuje mieszkanie. No, chyba że wcześniej znajdzie męża, który już zasuwa w systemie prac i płac, i wspólnie skrócą nieco tę drogę do zdobycia własnych czterech kątów.

- Dzień dobry, byłam umówiona na spotkanie w sprawie pracy. - Tak zaczynała każdą z rozmów kwalifikacyjnych, z których ostatecznie siódma zaowocowała przyjęciem Patrycji na okres próbny w dużej firmie produkującej materiały biurowe.

To nie było tak, że ta praca ją frustrowała czy przerażał ją nadmiar obowiązków. Ostatecznie zdobyła takie, a nie inne wykształcenie i teraz mogła się w tej dziedzinie realizować. Ale cały czas brakowało jej poczucia wolności. Odnosiła wrażenie, że liczy się tylko liczba godzin spędzonych za biurkiem, a nie to, co naprawdę chciała tam osiągnąć. Z jednej strony wszyscy mówili o kreatywności i dobrych pomysłach, z drugiej niewiele się z nimi później robiło. Z każdym dniem czuła się coraz bardziej przybita, cieszyły ją tylko wolne weekendy, podczas których mogła wreszcie robić to, na co miała ochotę.

Czy praca nie powinna być frajdą? - zadawała sobie retoryczne pytanie. Czy nie powinno być tak, że sprawia nam przyjemność i chcemy ją wykonywać nie tylko dla pieniędzy, ale przede wszystkim dlatego, że czujemy się jej częścią?

Potem jednak przychodziły poniedziałek i kolejne dni, i tak mijał jeszcze jeden tydzień, podczas którego Patrycja nabierała coraz większego przekonania, że takie zajęcie nie jest spełnieniem jej marzeń.

Pewnej wiosennej burzowej nocy, kiedy nie mogła spać, wybudzana co chwila hukiem piorunów, wpadł jej do głowy pomysł stworzenia na Instagramie profilu buntowniczej singielki, która odrzuca karierę w wielkiej korporacji i bierze życie w swoje ręce, kształtując je według własnych upodobań. To był dobry czas, żeby wystartować z takim pomysłem, bo Instagram w Polsce dopiero się rozwijał. Idea, żeby rebelię połączyć z singielką, również okazał się strzałem w dziesiątkę, bo po pierwsze - Patrycja była wychowywana tylko przez matkę, która gardziła mężczyznami, a po drugie - bycie singlem wreszcie zaczynało być odbierane jako wybór, a nie konieczność. Przynajmniej w dużych miastach.

#samemunajpiękniej

No i udało się. Owszem, trwało to kilka miesięcy, ale po jakimś czasie Patrycja mogła pochwalić się wystarczająco dużą liczbą followersów i zaczęły spływać do niej pierwsze zamówienia od reklamodawców. Dzisiaj zajmowała się właśnie tym: propagowaniem wśród instagramowej społeczności wolnego i nieokiełznanego życia. Reklamowaniem rzeczy, które jej się podobały i były przydatne w codziennym użytku, oraz przyjmowaniem większych zleceń od marek, z którymi wiązała się na dłuższy czas, a co za tym szło - zarabiała na tym naprawdę przyzwoite pieniądze.

- Najpiękniejszy zapach to zapach niezależności - powtarzała za każdym razem jej matka.

Patrycja nie we wszystkim się z nią zgadzała, ale w tym przypadku to była prawda.

Od dwóch lat współpracowała z firmą prowadzącą sieć małych, przytulnych hoteli i już w wieku trzydziestu lat mogła pozwolić sobie na całkiem spory kredyt, za który kupiła przestronne mieszkanie w Warszawie. To był naprawdę spory sukces, bo większość znajomych z jej rocznika dostała od banków odpowiedź odmowną ze względu na zbyt słabe zabezpieczenie finansowe oraz ogólną niestabilność. Patrycji było łatwiej, bowiem jako zagorzała singielka nie miała dodatkowych wydatków związanych z rodziną, a przede wszystkim z dziećmi, które - jak wiadomo - kosztują krocie. Podobno od kołyski do magistra jeden potomek kosztuje pół miliona złotych.

W firmie, dla której pracowała, grupa singli stanowiła zdecydowaną większość, cieszącą się z faktu, że może bez przeszkód realizować swoje marzenia i pasje i nikt nie będzie próbował im tego odebrać. To, co podkreślali w rozmowach, być może komuś mogłoby wydawać się smutne, a nawet głupie, na szczęście ich to nie obchodziło.

- Dobrze jest nie konsultować z nikim tego, co się chce robić w weekend.

- Zjem chipsy w pościeli, nakruszę, a towarzyszyć temu będzie jedynie cisza. Żadnych wyrzutów, pretensji ani niepotrzebnych uwag. Mój dom - moja twierdza.

- Nie umieram z nerwów, bo "on rzadziej do mnie pisze". Bo "krzywo spojrzał". Nie analizuję, nie przetrawiam, nie zjadam paznokci.

- Może pójdę do kina, może do klubu, może zjem pizzę, a może nie zrobię nic.

Patrycja mogłaby jeszcze dodać, że bycie singlem to cudowny związek z wolnością.

Wyszła na rozgrzaną warszawską ulicę i z uśmiechem spojrzała na bezchmurne niebo. Tak naprawdę wyglądała na dużo młodszą, niż wskazywała jej metryka, i to również przypisywała faktowi, że jest sama. Mogła cały swój wolny czas poświęcić na pielęgnację ciała, włosów i twarzy i nikt nie narzekał, że zajmuje się tylko sobą. Była niewysoką szczupłą blondynką o ciekawych zielonych oczach, jasnej karnacji i dość niezwykłych szpiczastych uszach trochę jak u elfów. Kiedy była dzieckiem, okropnie jej to przeszkadzało, ale w dorosłym życiu zrozumiała, że kształt jej uszu tylko podkreśla jej urodę i dodaje smaczku.

#innainnością

Patrycja podobała się sobie i z przyjemnością stawała codziennie rano przed lustrem, żeby powitać nowy dzień i przygotować się na wyjście do pracy. Do firmy przychodziła trzy, czasem cztery razy w tygodniu, tak naprawdę zależało to tylko od niej. Ale ponieważ lubiła swojego szefa i ludzi, z którymi pracowała, nie sprawiało jej to żadnego problemu. Przyjemnie jest zrywać się wcześnie z łóżka, bo się tego chce, a nie dlatego, że człowiek musi.

Budzik nastawiała na siódmą rano, następnie włączała ekspres do kawy i trochę rozciągała się na macie. Wypijała pierwsze cappuccino, a potem potrzebowała około czterdziestu pięciu minut, żeby dokonać porannych ablucji, ale jeszcze bez makijażu. Kolejnym rytuałem było otwarcie szafy i wybranie zestawu, który tego dnia planowała na siebie nałożyć. Najczęściej sięgała po wąskie spodnie typu rurki, do których wkładała nieco luźniejsze marynarki, buty zawsze na wysokim obcasie oraz delikatną biżuterię. Potem mogła już zająć się fryzurą oraz make-upem. O ósmej trzydzieści Patrycja była prawie gotowa. Przechodziła wtedy do kuchni, sięgała po jabłko lub banana, a następnie siadała za stołem i przeglądała wiadomości w telefonie. Do pracy jeździła swoim seledynowym mini cooperem, z którego była bardzo dumna. Kiedy tak mknęła przez budzącą się Warszawę i stawała na światłach, za każdym razem ze współczuciem przypatrywała się kobietom maszerującym chodnikiem z dwójką lub trójką dzieci (jedno zazwyczaj siedziało w wózku), które zawsze miały bardzo niewyraźne miny. Prawdopodobnie były albo niewyspane, albo zmęczone, albo wykończone swoim życiem, które nijak się miało do ich dziewczęcych marzeń. Na szczęście Patrycji to nie dotyczyło; ona była pogodna, uśmiechnięta i pełna energii.

W pracy pojawiała się około dziewiątej trzydzieści i zaczynała ją od drugiej już kawy, tym razem jednak wypijanej wspólnie z kolegami i koleżankami, dla których porannym rytuałem było właśnie spotkanie w niewielkiej kuchni wokół drogiego i nowoczesnego ekspresu. Każdy opowiadał, jak spędził miniony wieczór, jak dobrze się bawił i jak cudowne potrafi być życie.

- Spróbowałem wczoraj drinka Wschód Słońca nad Islandią. Fascynująca mieszanka: wódka, sok pomarańczowy i olej z wątroby dorsza.

- A ja obejrzałam siedem różnych wersji Kopciuszka, zaczynając od tej Disneya. I dlatego dzisiaj mam na sobie niebieską sukienkę.

Ktoś mógłby pomyśleć, że to wszystko brzmi jakoś abstrakcyjnie, mało prawdziwie, i że często jest w tym zbyt wiele blefu, ale ponieważ większość zgromadzonych tam osób naprawdę była singlami, ich życie faktycznie mogło różnić się od tego, które wiedli normalni ludzie. Ci z rodzinami.

Przepaść. To było idealne słowo na określenie tego, co oddzielało od siebie te dwie grupy. Taka na przykład Tamara, dwudziestoośmiolatka, która dołączyła do ich zespołu rok temu. Kwintesencja singielki. Zawsze idealnie ubrana, z pięknym, niemal profesjonalnym makijażem oraz fryzurą jakby prosto od fryzjera. Co tydzień miała paznokcie pomalowane na inny kolor, a poruszała się tak, jakby wolne godziny spędzała naprzemiennie w klubie fitness i w salonie masażu. Miała też promienny uśmiech, który odsłaniał jej śnieżnobiałe i idealnie równe zęby. Patrycja czasami przypatrywała się jej z zazdrością, bowiem Tamara wydawała się jej kobietą absolutnie idealną. Kiedy miała ochotę, spotykała się z jakimiś facetami, ale nigdy nie traktowała ich śmiertelnie poważnie. Zazwyczaj były to po prostu spotkania na drinka, które czasem kończyły się śniadaniem.

- Odkryłam nowe, cudowne ajurwedyjskie olejki do twarzy i muszę wam powiedzieć, że wystarcza zaledwie kilka kropli, żeby wyglądać jak bogini - oznajmiła właśnie Tamara, a jej słowom zawtórowało zbiorowe "oooch", które wydobyło się z gardeł przebywających w kuchni koleżanek. W ciągu następnych pięciu minut padły nazwy różnych magicznych kosmetyków, dzięki którym świat kobiet stawał się lepszy, zostały wymienione najmodniejsze zabiegi ujędrniająco-rozluźniające, nowe sklepy, właśnie otwarte w mieście, nowe restauracje godne polecenia oraz kluby, w których po prostu wypadało się pokazać. A potem wszyscy grzecznie rozeszli się do swoich zajęć, ciesząc się z tego, że tak dobrze im się żyje.

Czy można nie kochać takiej egzystencji? Nie zachłystywać się tym, co przynosi?

#łapchwilejakmotyle

Rozdział 2

Maja nie przepadała za swoim życiem.

Stanęła właśnie przed lustrem w przedpokoju i spojrzała na swoje odbicie. Kasztanowe włosy, gładka oliwkowa cera, brązowe oczy, które czasem mieniły się bursztynowymi opiłkami, prosty nos i małe usta. Nie była typem wampa, ale z całą pewnością miała w sobie dużo uroku. W szkole zawsze wyróżniała się ciemniejszą karnacją, którą odziedziczyła po tacie, a ten z kolei po jakimś osmańskim przodku, jak przynajmniej twierdził. Maja na pewno mogła się podobać.

Co więc było z nią nie tak? Dlaczego nie mogła spotkać swojej drugiej połówki, poczuć motylków w brzuchu i oksytocyny zalewającej całe jej ciało? Ludzie spacerowali po ulicach, lasach, parkach bądź plażach i prędzej czy później ich drogę przecinał właśnie ten ktoś. Wymarzony, wyczekany i w jakimś sensie kompatybilny. Wtedy następowało połączenie i wszystko, co się z tym potem wiązało. Okres narzeczeński, zaręczyny, ślub, wspólne życie. Kawa o poranku, obiad z deserem, odkurzanie, spacer z psem.

Nieważne, co człowiek robił, w zasadzie wszystko sprowadzało się do jednego - odnalezienia brakującej części samego siebie pod postacią drugiej osoby. To naprawdę było naturalne i jakieś takie ogólnie zrozumiałe. Nic dziwnego, że rodzice naciskali, by wreszcie wzięła ślub, dalsza rodzina zgodnie potakiwała, a koleżanki z miejscowości, z której pochodziła Maja, tylko smutnie kiwały głowami i wzdychały ze współczuciem, że jeszcze jej nie wyszło.

- Znajdziesz go.

- Człowiek nie może być sam.

- Już niedługo będziesz szczęśliwa.

- Single kłamią. Każdy szuka kogoś na stałe.

Grójec leżał zaledwie pięćdziesiąt kilometrów od Warszawy, ale mentalnie to było jakieś pięć tysięcy. Przynajmniej jeśli chodziło o krąg znajomych Mai. Ich absolutnym priorytetem było posiadanie rodziny i szczęście wynikające z tego faktu. Maja naturalnie zgadzała się z tym podejściem, zresztą nie miała innego wyjścia, ostatecznie od małego była wychowywana w takich właśnie klimatach. Problem polegał jednak na tym, że nie mogła trafić na tego jedynego, który porwałby ją w swoje silne ramiona i zaniósł do ołtarza, by tam dopełniło się ich przeznaczenie.

A potem tort z łabędziami z cukru... I pierwszy wspólny taniec.

No dobrze, raz była bliska spełnienia tego marzenia, ale... nie udało się...

Maja nadal mieszkała z rodzicami, chociaż miała już trzydzieści trzy lata i czuła się po prostu staro. Każdego ranka bardzo dokładnie przyglądała się swojemu odbiciu w lustrze i ze zgrozą witała kolejną zmarszczkę. Świat nie lubił pomarszczonych i starzejących się kobiet, o tym wiedziała doskonale. Jak również o tym, że z każdym kolejnym rokiem jej szanse na zamążpójście drastycznie spadały. Ubiegłoroczna pandemia jeszcze bardziej zmniejszyła jej nadzieje na poznanie kogoś nowego, bowiem najpierw nie wolno było nigdzie wychodzić (nawet do lasu), a później wszyscy nosili maseczki, co znacznie utrudniało wstępną ocenę czyjegoś wyglądu. Na dodatek należało zachować dystans, co doprowadziło do paranoidalnych sytuacji, w których ludzie obawiali się nawet nieśmiało na siebie zerkać. Maja do dzisiaj nie mogła zapomnieć sytuacji w lokalnym lidlu, kiedy podeszła zbyt blisko pewnej kobiety buszującej w dziale warzyw i owoców, co skończyło się nie tylko atakiem słownym, ale również rzuceniem w jej stronę dużym zielonym ogórkiem. Na szczęście świat powoli wracał do normalności, ludzie znowu zaczęli pokazywać twarze, a także nieśmiało uśmiechać się do obcych.

- Gdybyś miała męża, to teraz razem pilibyście kawę - westchnęła matka Mai, wchodząc do kuchni, w której jej córka właśnie zalewała wrzątkiem rozpuszczalne cappuccino. Maja je uwielbiała, chociaż zdawała sobie sprawę, że ten napój nie ma nic wspólnego z prawdziwą dobrą kawą. Podobnie jak jej nędzne życie nie miało wiele wspólnego z rajem.

- Dzień dobry, mamo. - Skinęła głową i natychmiast spróbowała zmienić temat: - Spójrz, wychodzą już nasturcje, łubiny i nagietki; dobrze, że je wysiałaś na wiosnę. A twoje begonie to naprawdę czyste szaleństwo.

Pani Marianna zerknęła przez okno na ogród, a potem przeniosła wzrok na Maję i tylko westchnęła.

- Blada jesteś. Pomaluj się trochę i zepnij włosy. Nigdy nie wiadomo, co czeka za rogiem.

Zapewne wielka miłość. Wybranek z bukietem begonii w zębach i pierścionkiem zaręczynowym ukrytym w kieszeni marynarki. Upragniona druga połówka, która dopasuje się do niej niczym brakujący element ewolucji.

Maja zgrzytnęła zębami. Kochała matkę, wiedziała, że chce ona dla niej jak najlepiej i martwi się przyszłością córki, ale na Boga, czy trzeba to podkreślać w każdym momencie życia? Na śniadanie, obiad i kolację? O poranku, w południe i dla pewności jeszcze późnym wieczorem? Czy nie ma innych tematów do rozmów? Czy nie mogłyby po prostu usiąść razem przy stole, napić się herbaty i nie mieszać w to ewentualnych przyszłych narzeczonych Mai?

- Spokojnie, zaraz się ogarnę - powiedziała zrezygnowanym tonem. - I tak muszę jechać do pracy.

Te dyskusje były tak do siebie podobne i powtarzalne, że gdyby ktoś obcy przysłuchiwał się im przez jakiś czas, odniósłby dziwne wrażenie, że przeżywa coś w rodzaju dnia świstaka. Ciągle to samo. Nieustannie. Te same słowa, te same zarzuty, pretensje, westchnienia i mała iskierka nadziei, że może coś się dzisiaj wydarzy i Maja wreszcie wypełni swoje przeznaczenie.

- Ale zjedz coś przed wyjściem. Człowiek nie może być ani za gruby, ani za chudy - oznajmiła odkrywczo pani Marianna, czego Maja postanowiła już nie komentować.

Nie jest łatwo być singlem, kiedy wszyscy wkoło zakładają rodziny i na każdym kroku podkreślają, jak bardzo jest to ważne w życiu każdego człowieka. Zupełnie jakby wszystko to, co robiło się dotychczas, do tego momentu, w którym człowiek oficjalnie łączył się z drugim, było bez znaczenia, mało istotne, nieciekawe. A przecież Maja w jakimś sensie lubiła siebie, swoje życie i swoją pracę. Dwa lata temu ukończyła kurs coacha, była także świetnym koordynatorem eventów branżowych. Miała też cichą nadzieję, że właśnie podczas tego rodzaju spotkań uda się jej poznać kogoś, z kim mogłaby stworzyć coś trwalszego. Nic bardziej mylnego. Owszem, natrafiała na różnych facetów, mniej lub bardziej ciekawych, ale większość tych znajomości kończyła się już po paru miesiącach. Początkowo Maja zachowywała się zupełnie normalnie i kiedy dochodziła do wniosku, że do siebie nie pasują, bez żalu zgadzała się na rozstanie. Czasem nadmiar uczucia lub przynajmniej jego werbalizowanie było tak przytłaczające, że Maja po prostu nie dawała rady. No bo jak długo i czy w ogóle można znieść zwroty typu: "Chciałbym być kruszonką na twojej drożdżówce" albo: "Kiedy znikasz, gasną wszystkie światła, a ja błądzę w ciemnościach"?

Być może matce Mai podobałaby się taka próba osaczenia córki, ale jej samej robiło się słabo, kiedy słyszała tego rodzaju komplementy. Tak naprawdę najchętniej związałaby się z kimś normalnym, kto nie rzucałby wyświechtanych lub wyjątkowo słabych tekstów, kto po prostu chętnie spędzałby z nią czas. Ale lata mijały, a Maja nadal była sama. I wtedy wpadła w pułapkę. Wiedziała, że jej wartość na rynku maleje (to za każdym razem powtarzała jej rodzina), musiała zatem zrobić wszystko, żeby w końcu wyjść za mąż. Nawet zakochać się na zawołanie.

Wszystko to stawało się tym trudniejsze, że Maja (oprócz brata) miała dwie siostry oraz cztery kuzynki, które zostały szczęśliwymi mężatkami. Większość z nich była w zbliżonym wieku do Mai lub niestety nawet młodsza i mogła się już pochwalić dorobkiem w postaci jednego dziecka lub dwójki pociech. Kiedy Maja zasiadała przy stole podczas rodzinnych spotkań, czuła się co najmniej jak Bridget Jones. Odnosiła wrażenie, że wszyscy skupiają się wyłącznie na jej staropanieństwie i na tym, że nie potrafi ułożyć sobie życia. Zamiast wsadzać nos w talerz i delektować się kuchnią pani Marianny, która faktycznie świetnie gotowała, większość nieustannie poszturchiwała ją słownie, zadając te wszystkie cholernie stresujące pytania i jednocześnie martwiąc się, że nadal jest sama.

- Może za bardzo zamykasz się w sobie? - sugerowała kuzynka numer jeden.

- A może masz zbyt wygórowane oczekiwania? - zastanawiała się kuzynka numer trzy.

I tak w kółko, jakby wszyscy się zmówili, żeby gadać tylko o jednym.

Maja wskoczyła w zieloną sukienkę, założyła buty na płaskim obcasie, pokusiła się też o delikatny makijaż, tak jak poradziła jej matka, a włosy upięła w niedbały kok. Wyglądała bardzo ładnie, chociaż pani Marianna na jej widok odrobinę się skrzywiła.

- Buty na wysokim obcasie bardziej podkreśliłyby smukłość twoich łydek - zauważyła, zerkając na nogi swojej córki.

- Buty na obcasie mogłyby spowodować, że połamałabym te łydki, albo w ogóle całe nogi, biegając po mieście i załatwiając różne sprawy - wyjaśniła spokojnie Maja. - Obiecuję jednak, że jeżeli będę prowadziła zajęcia coachingowe, wyłącznie stojąc przed publicznością, z pewnością skuszę się na inne obuwie.

Pani Marianna nie wyglądała na przekonaną.

- No jak tam sobie chcesz. Pamiętaj jednak, że dzisiaj liczy się przede wszystkim kobiecość.

Maja przygryzła wargę. Nie chciała znowu poruszać tego tematu, bo to było niczym błądzenie po polu minowym. Uśmiechnęła się tylko z wysiłkiem, a potem wreszcie z ulgą wyszła z domu. Ciekawe, czy jej matka przygotowywała sobie te wszystkie uwagi wcześniej, czy po prostu sypała nimi zupełnie naturalnie? Swoją drogą Maja często zastanawiała się, czy małżeństwo jej rodziców faktycznie było tak szczęśliwe i cudowne. Nierzadko odnosiła wrażenie, że ojciec i matka raczej milczeli ze sobą, niż rozmawiali, a każde z nich zajmowało się swoimi sprawami. W rzeczywistości łączyły ich tylko papier i przysięga małżeńska, cała reszta toczyła się dwoma niezależnymi torami, nawet jeżeli wieczorem kładli się do tego samego łóżka. Czy tak właśnie powinna wyglądać miłość? Czy to jest ten cel, do którego ma dążyć? To słynne szczęście, o którym mówiła cała jej rodzina, patrząc z politowaniem lub współczuciem na Maję, która nie dostąpiła jeszcze tego zaszczytu?

Zresztą nie tylko obserwowanie małżeństwa rodziców sprawiało, że zadawała sobie te pytania, wystarczyło jedno popołudnie w domu jej młodszej siostry Marleny. Marlena wyszła za mąż pięć lat temu i obecnie była żoną i matką uroczego trzylatka. Zawsze podkreślała, że jest przerażająco szczęśliwa, ale kiedy Maja ją odwiedzała, nie mogła się oprzeć wrażeniu, że małżeństwo siostry jednak jest bardziej "przerażające" niż "szczęśliwe".

Praktycznie to w domu jej siostry nie działo się nic złego, nic, do czego ktoś obcy mógłby się przyczepić, a jednak Maja wyczuwała podskórnie jakieś napięcie, coś, co wywoływało w niej dreszcz niepokoju. A raczej był to ktoś.

Mąż Marleny, Adam.

Tak zwana złota rączka, potrafiący poradzić sobie z każdą usterką. Montaż lamp, podłączanie płyt indukcyjnych, naprawa spłuczek, serwis zmywarkowo-pralkowy, wymiana zamków czy też skręcanie mebli. Adam szybko założył własną firmę, a zleceń miał więcej niż włosów na głowie. Problem polegał jednak na tym, że próbował "naprawiać" również własną żonę. To naturalnie widziała tylko Maja, bo Marlena za nic nie chciała się do tego przyznać. Adam oczywiście uważał, że po prostu dba o ukochaną, ale wyglądało to tak, jakby starał się zmienić ją w kogoś innego. To było jak ulepszanie drugiej połowy, które Adam najwyraźniej mylił z troską i opieką. Być może intencje miał dobre, ale w konsekwencji obsadzał Marlenę w roli, którą sam dla niej wymyślił. Sugerował jej, jak powinna się ubierać, malować i układać włosy, a nawet wtrącał się w domowe obowiązki, takie jak sprzątanie czy mycie okien. Jego zdaniem wszystko robiła nie tak, a on jako ten mądrzejszy i starszy musiał ją naprowadzać i poprawiać.

Marlena poddawana była nieustającej ocenie i częściej słyszała krytykę niż komplementy, choć te ostatnie również padały, ale raczej na zasadzie mydlenia oczu. Zaczęło się niewinnie, kiedy Adam zasugerował swojej żonie, że powinna nosić włosy upięte w kucyk. Nie zrobił tego oczywiście w jakiś nieprzyjemny sposób, wręcz przeciwnie. Podszedł do niej, przytulił ją i pogłaskał po policzku, a potem oznajmił, że powinna również wyrzucić wszystkie kolorowe ubrania i nosić coś bardziej stonowanego. Następnie dodał, że mogłaby być czasem milsza, a czasem poważniejsza. Czasem zabawniejsza, a czasem dojrzała. Generalnie chodziło o to, żeby Marlena była kimś zupełnie innym niż do tej pory.

Czy tylko Maja to widziała? A może po prostu była zazdrosna?

- Nie odnosisz czasem wrażenia, że Adamowi trochę brakuje szacunku dla twoich priorytetów? Nie zrozum mnie źle, ja wiem, że on cię wspiera i w wielu rzeczach ci pomaga, ale w tym wszystkim brakuje mi jakoś ciebie. Zupełnie jakbyś rozmywała się w tym małżeństwie. Pamiętasz, jak lubiłaś tańczyć? Dlaczego nie chodzisz na lekcje tanga? I czemu nie nosisz swoich ukochanych cygańskich spódnic? - spytała kiedyś, ale to był pierwszy i ostatni raz.

Marlena zaczęła na nią krzyczeć, przekonywać ją, że niczego nie rozumie i że kobieta, która nie ma partnera i nie jest w żadnym związku, nie powinna wypowiadać się na takie tematy. Maja próbowała ją wtedy przeprosić, ale Marlena była na nią obrażona jeszcze przez dobre dwa miesiące. Potem sytuacja jakoś się unormowała (choć nie w stu procentach), a jednak za każdym razem, kiedy spotykali się w większym gronie, Maja słyszała tylko "dobre rady", którymi Adam karmił jej siostrę. Marlena albo była nieustannie porównywana do jego matki, albo "żartobliwie" krytykowana, albo pouczana, co i jak powinna robić. Maja miała wtedy ochotę rzucić w niego klopsem albo chociaż dosypać mu czegoś do kompotu.

Ostatecznie jednak odpuściła, bo dotarło do niej, że chyba jest jedyną osobą, której to przeszkadza. Z matką również nie było sensu zaczynać tego tematu. Dla niej najważniejsze było to, że Marlena miała swój dom, rodzinę i obrączkę na serdecznym palcu. A skoro jej siostra również nie zgłaszała żadnych pretensji i jej związek funkcjonował od kilku lat, to najwyraźniej tak właśnie miało być. A Maja chyba faktycznie nie miała zbyt wiele do powiedzenia, ostatecznie jej związki z facetami prawie zawsze kończyły się katastrofą.

A może to jednak Marlena ma rację, może fajnie jest mieć u boku kogoś, kto sugerowałby ci, jak powinnaś upiąć włosy?