Kiedy ptaki powrócą - Fernando Aramburu

Kup ebooka

66.50 zł
53.20 zł (37,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Nadchodzi taki dzień, kiedy człowiek, nawet najbardziej nierozgarnięty, zaczyna rozumieć pewne sprawy. Mnie to spotkało w wieku nastoletnim, może trochę później, bo mój rozwój postępował powoli, a według Amalii wciąż jest niepełny.

Początkowe zdumienie ustąpiło miejsca rozczarowaniu, a potem pozostało mi już wlec się po podłodze życia. Przez pewien czas utożsamiałem się z nagimi ślimakami. Nie mówię tego, bo są brzydkie czy oślizgłe, ani dlatego, że dziś mam zły dzień, ale ze względu na sposób, w jaki się poruszają, oraz ich flegmatyczną i monotonną egzystencję.

Nie pożyję długo. Jeszcze rok. Dlaczego właśnie tyle? Nie mam pojęcia. To jest jednak mój ostateczny termin. Amalia, będąc w apogeum swojej nienawiści do mnie, wytykała mi, że nigdy nie dojrzałem. Kobiety owładnięte uczuciem rozgoryczenia często plują tego rodzaju obelgami. Moja matka też nienawidziła mojego ojca. I to akurat rozumiem. On również siebie nienawidził, stąd jego skłonność do przemocy. Niezły przykład dali mojemu bratu i mnie! Wychowali nas po dziadowsku, zniszczyli wewnętrznie, a potem oczekiwali, że będziemy rozsądni, wdzięczni, kochający i osiągniemy sukces.

Nie lubię życia. Może sobie być piękne, jak twierdzą niektórzy piosenkarze i poeci, ale ja go nie lubię. Dajcie spokój z tymi zachwytami nad zachodzącym słońcem, muzyką i tygrysimi prążkami. Do diabła z tą całą scenografią. Życie wydaje mi się podłym, źle obmyślonym i jeszcze gorzej wykonanym wynalazkiem. Chciałbym, żeby Bóg istniał, bo mógłbym wtedy zażądać od niego wyjaśnień. Wygarnąć mu prosto w twarz, kim jest - partaczem. Bóg musi być obleśnym starcem, który z kosmicznych wysokości przygląda się, jak różne gatunki łączą się w pary, rywalizują ze sobą i pożerają się nawzajem. Jedyną wymówką Boga jest to, że nie istnieje. Ale i tak odmawiam mu rozgrzeszenia.

Jako dziecko lubiłem życie. Bardzo je lubiłem, chociaż nie zdawałem sobie z tego sprawy. Wieczorem, kiedy kładłem się do łóżka, mama przed zgaszeniem światła całowała mnie w powieki. Najbardziej podobał mi się w mojej matce jej zapach. Ojciec pachniał brzydko. Nie śmierdział, ale nawet kiedy się perfumował, wydzielał z siebie aromat, który wywoływał we mnie instynktowną niechęć. Pewnego dnia (miałem wtedy siedem, a może osiem lat), gdy siedziałem z ojcem w kuchni - matka leżała w łóżku z powodu ataku migreny - odmówiłem zjedzenia wątróbki, bo już na sam jej widok czułem mdłości, wówczas ojciec wyjął ze złością ze spodni swojego ogromnego penisa i powiedział: "Żeby mieć kiedyś takiego, musisz zjeść tę i jeszcze wiele innych wątróbek". Nie wiem, czy kiedykolwiek zachował się w ten sposób wobec mojego brata. Mój brat był w domu faworyzowany. Rodzice uważali, że jest delikatny. On twierdzi co innego i mówi, że to mnie bardziej rozpieszczali.

We wczesnej młodości życie zaczęło mi się coraz mniej podobać, ale nadal je lubiłem. Teraz wcale mi się nie podoba i nie zamierzam pozwolić Naturze podjąć decyzji o tym, kiedy powinienem oddać pożyczone od niej atomy. Za rok zamierzam popełnić samobójstwo. Określiłem już nawet konkretną datę - 31 lipca, w środę wieczorem. Do tej chwili daję sobie czas na uporządkowanie spraw i znalezienie odpowiedzi na pytanie, dlaczego nie chcę dalej żyć. Mam nadzieję, że wytrwam w swoim postanowieniu. Na razie jestem zdecydowany.

Były chwile, kiedy chciałem się poświęcić służbie ideałom, ale na próżno. Nie dane mi też było poznać prawdziwej miłości. Umiejętnie ją udawałem, czasem ze współczucia, niekiedy dla nagrody w postaci kilku miłych słów, odrobiny towarzystwa albo orgazmu. Ale wydaje mi się, że inni robili i robią podobnie. Może podczas zajścia z wątróbką ojciec też okazywał mi miłość. Problem w tym, że człowiek nie rozumie pewnych rzeczy, bo ich nie dostrzega, chociaż ma je przed oczami, a poza tym ja nie jestem zwolennikiem miłości z przymusu. Jestem biedaczyskiem, jak mawiała Amalia? A kto nim nie jest? Chodzi jednak o to, że nie akceptuję siebie takim, jaki jestem. Bez żalu odejdę z tego świata. Mimo pięćdziesięciu czterech lat na karku wciąż mam atrakcyjną twarz i kilka zalet, których nie potrafiłem wykorzystać. Cieszę się dobrym zdrowiem, zarabiam przyzwoicie, łatwo osiągam spokój. Może tak jak tacie przydałaby mi się jakaś wojna. Tata nadrabiał niespełnione pragnienie walki, ćwicząc przemoc wobec swoich bliskich, wobec wszystkiego, co zakłócało jego życiowy rytm, i wobec samego siebie. Kolejne biedaczysko.

2

Spędzaliśmy letnie wakacje we czworo w małym nadmorskim miasteczku niedaleko Alicante. Tata - niedoszły pisarz, niedoszły sportowiec, niedoszły naukowiec - zarabiał na życie jako wykładowca na uniwersytecie. Mama, chcąc słusznie uniezależnić się finansowo od męża, pracowała na poczcie. Nasza sytuacja materialna nie odbiegała od standardów hiszpańskiej rodziny z klasy średniej. Mieliśmy niebieskiego seata 124 kupionego w salonie, Raulito i ja chodziliśmy do prywatnej szkoły, w sierpniu mogliśmy sobie pozwolić na wynajęcie apartamentu z tarasem i wspólnym dla mieszkańców budynku basenem w pobliżu plaży. Chcę przez to powiedzieć, że mieliśmy wszystko, czego potrzebowaliśmy do szczęścia. Wtedy, w wieku czternastu lat, sądziłem, że jesteśmy szczęśliwi.

Z jednego przedmiotu miałem poprawkę we wrześniu. Trzymając moje świadectwo w ręku, mama wydała z siebie kilka oskarżycielskich jęków i od razu dostała migreny, a tata - bardziej prymitywny w swoich reakcjach - strzelił mnie w twarz, nazwał głąbem i wrócił do czytania gazety. Nic z tego nie zakłócało spokoju w moim życiu. Prawdę mówiąc, już w dzieciństwie planowałem zostać w przyszłości ojcem, żeby bić swoje dzieci. Od najmłodszych lat traktowałem to jako preferencyjną metodę wychowawczą. Później nie potrafiłem nawet podnieść głosu na Nikitę i dlatego nasz syn jest taki, jaki jest.

Podczas wspomnianych wakacji, kiedy oblałem jeden przedmiot, byłem świadkiem zajścia, które zapaliło czerwoną lampkę w mojej głowie. Pewnego popołudnia w drodze powrotnej z minigolfa wsadziłem Raulitowi za koszulę małą jaszczurkę. Zwykły dziecięcy żart. Napędziłem mu strachu. Bycie moim bratem nie było łatwe. Już jako dorosły człowiek, pod koniec jednej z rodzinnych uroczystości, zarzucił mi, że spieprzyłem mu dzieciństwo. Popatrzyłem na niego. Co robić? Wybrałem najwygodniejszą opcję. Przeprosiłem go. "Za późno", odparł przepełniony długo gromadzoną nienawiścią.

Zgodnie z moim planem Raulito, czując jaszczurkę na plecach, śmiesznie się wzdrygnął. Stąpnął jednak tak niefortunnie, że stracił równowagę i spadł z kamienistego nasypu, który graniczył z gajem cytrynowym. Mój brat podniósł się z ziemi bez problemu, ale na widok swoich zakrwawionych kolan wybuchnął głośnym płaczem. Kazałem mu się zamknąć. Nie rozumiał, że przez niego będę miał kłopoty? Mama usłyszała jego krzyki i wyszła zaniepokojona z apartamentu, tata ruszył za nią, spokojny, chyba wkurzony, że jakiś głupi rodzinny epizod przerwał mu czytanie, drzemkę albo cokolwiek innego. Mama zobaczyła krew i nie pytając, co się stało, uderzyła mnie w twarz. Tata wymierzył mi kolejny policzek jakby z niechęcią. Z reguły mama biła mocniej, ale bolało mniej. Zabrali Raulita do punktu Czerwonego Krzyża na promenadzie przy plaży. Po godzinie wrócił do apartamentu z plastrem na każdym kolanie i usmarowaną lodami gębą. I to podobno nie on był pupilkiem rodziców.

Ja za karę nie dostałem kolacji. Ubrany w piżamę obserwowałem ich ukradkiem ze szczytu spiralnych schodów, podczas gdy we troje siedzieli spokojnie przy stole i nabijali na widelce duże plastry pomidora polane oliwą i przyprawione solą. Próbowałem dać znać bratu, żeby przyniósł mi później coś do jedzenia, ale ten głupek nie chciał na mnie spojrzeć. Na kuchence stał garnek z gotującą się zupą. Mama nalała ją Raulitowi. Mój brat pochylił głowę, jakby chciał wdychać unoszącą się nad talerzem parę. A ja w swojej kryjówce mdlałem z zazdrości i głodu. Mama znów podeszła do garnka, tym razem z talerzem taty, i kiedy nalała do niego zupę, ukradkiem do niej splunęła. Splunięcie nie jest w tym przypadku właściwym słowem. Po prostu strzyknęła strużką śliny. Ta zwisała z jej ust przez chwilę, aż w końcu spadła. Mama zamieszała w talerzu chochlą i postawiła go przed tatą. Miałem ochotę go ostrzec, ale doszedłem do wniosku, że najpierw muszę zrozumieć, co się dzieje. Rodzice często się kłócili. Czy znów to zrobili i dlatego jedli kolację w milczeniu, nie patrząc na siebie? Zastanawiałem się, czy matka kiedykolwiek napluła do mojego jedzenia. Może jej ślina była odżywcza, ale jeśli tak, to dlaczego nie splunęła też do talerza Raulita? Dlaczego dyskryminowała biednego cherubinka? Może ukradkowe plucie do zupy męża było starodawnym zwyczajem, który poznała w dzieciństwie, obserwując swoją matkę lub ciotkę.

3

A jeśli w decydującej chwili nie zabraknie mi odwagi, co się stanie z Pepą? Nie mogę obarczyć nią Kulasa, który i tak już bardzo mi pomaga, zajmując się nią od czasu do czasu. Dobrze, że dałem sobie rok na załatwienie tej i innych ważnych kwestii. Pepa skończyła trzynaście lat. Podobno, żeby przeliczyć je na ludzki wiek, trzeba je pomnożyć przez siedem. Chociaż poszczególne rasy psów mają różną średnią długość życia. Pepa jako człowiek byłaby dziewięćdziesięciolatką. Niejeden starzec może tylko pomarzyć, żeby brykać w tym wieku jak ona. W rzeczywistości jej panem jest Nikita. Mógłbym więc zostawić ją pod drzwiami jego squatu kilka godzin przed odebraniem sobie życia. Chwilowo nie przychodzi mi do głowy inne rozwiązanie.

Amalia bezwzględnie się sprzeciwiała trzymaniu zwierząt w domu. Nigdy więc żadnego nie mieliśmy. Kiedy pojawił się pomysł posiadania psa, przedstawiła długą listę jego negatywnych stron. Psy brudzą, wymagają ciągłej uwagi, ich utrzymanie kosztuje, mają pasożyty, chorują, atakują inne psy, hałasują, gryzą, sikają, srają, śmierdzą. Przywiązujesz się do nich, a potem cierpisz po ich śmierci. Amalia, w swoim braku empatii, posunęła się nawet do sprawdzenia, ile kosztuje uśpienie.

Z początku też nie popierałem tego pomysłu. Nasz syn się upierał, argumentując, że jego najlepszy przyjaciel dostał psa od rodziców, a on nie chce być gorszy. Zauważyłem, że Nikita stawał się bardziej natarczywy, kiedy byliśmy sam na sam. Zrozumiałem wtedy, że próbuje mnie przeciągnąć na swoją stronę za plecami nieprzejednanej matki. Stało się jasne, że jestem dla niego tym miękkim lub bardziej dostępnym członkiem rodzinnego kierownictwa. Nie powiedział tego wprost, ale łatwo było odgadnąć, że tak myśli. Wcale nie czułem się dotknięty, ogarnęło mnie wzruszenie. Bo z jego strony to nie oznaczało pogardy dla ojca, ale rodzaj jego identyfikacji. Tylko jako towarzysze w słabości, łącząc siły przeciwko dominującej samicy, mieliśmy szansę osiągnąć cele, które on i ja sobie wyznaczaliśmy. I oczywiście połączyliśmy siły. Od pewnego momentu to ja zacząłem wykazywać chęć zakupu psa. Aby dopiąć swego, użyłem podstępnie rozważnego, dydaktycznego, wręcz profesorskiego tonu. Bezskutecznie. Poprosiłem więc o radę Martę Gutiérrez - jedyną osobę w szkole, której ufałem na tyle, aby omawiać z nią prywatne sprawy. Zapytałem ją, czy mogłaby mi podpowiedzieć, jak przekonać stanowczą kobietę do ustąpienia w rodzinnej waśni. Marta chciała wiedzieć, czy mam na myśli swoją żonę. "Nie, kobiety ogólnie". "Nie ma kobiet ogólnie". "No dobrze, chodzi o moją żonę". Opowiedziałem jej o psie i w kilku zdaniach opisałem temperament Amalii. Poradziła mi, żebym odwołał się do inteligencji emocjonalnej, na co odparłem, że nie rozumiem, że równie dobrze mogłaby mówić do mnie po chińsku. Wytłumaczyła mi więc, że wystarczy wzbudzić w Amalii wyrzuty sumienia. Jak? Powinniśmy z synem udać smutnych i nieszczęśliwych i wmówić jej, że to jej wina. Możliwe, że wtedy uzna, iż jest niesprawiedliwa, a przynajmniej poczuje się niekomfortowo, najdą ją wątpliwości i w końcu się podda, choćby po to, żeby mieć sprawę z głowy. Zdaniem Marty Gutiérrez ta strategia nie zawsze jest skuteczna, ale nie zaszkodzi spróbować.

Poskutkowała, chociaż w zamian musieliśmy się zgodzić na szereg warunków i zasad narzuconych przez Amalię, która na koniec dobitnie oznajmiła, że nie ma zamiaru zajmować się zwierzęciem nawet przez moment. Żadnych spacerów, karmienia i tym podobnych. A na dowód tego, że nie rzuca słów na wiatr, już pierwszego dnia odgoniła Pepę od siebie. Biedna szczeniaczka, nie zrozumiawszy jej gestów odtrącenia, uparcie próbowała wdrapać się Amalii na nogi, merdając przyjaźnie ogonem. "Na co czekasz? Pogłaszcz ją", zachęciłem. Moja żona, wskazując na coś palcem, odpowiedziała tylko: "Na co czekasz? Posprzątaj to". Pies nasikał na dywan. Najpierw wodą i ściereczką, potem suszarką do włosów udało mi się pozbyć wszelkich śladów wypadku. I zapachu. Mocz szczeniąt jest niemal bezwonny. Nieufna Amalia postanowiła to sprawdzić na czworakach. Wyśmiała wszystkie imiona wymyślone przeze mnie i Nikitę. "To coś zaproponuj", rzuciliśmy jej wyzwanie. "Pepa", powiedziała szybko. "Dlaczego Pepa?" "Bez powodu". I takie właśnie imię nadaliśmy naszej suczce.

5

Nie mam pojęcia, dlaczego na początku lat siedemdziesiątych pojechaliśmy we czworo do Paryża, a nie na przykład do Segowii, Toledo albo gdzieś bliżej domu, gdzie ludzie komunikują się w tym samym języku co my. Tata mówił trochę po francusku, mama nie znała go ni w ząb. Może powodem tej podróży była chęć zaimponowania sąsiadom albo pokazania krewnym, że jesteśmy zgodną rodziną, której się powodzi.

Przez miasto przepływała rzeka. Nie jestem pewien, czy znałem wtedy jej nazwę, ale to nie ma znaczenia. Nie wiem też, przez który most przeszliśmy ani co zwiedziliśmy. Pamiętam natomiast, że byłem jakieś sześć czy siedem kroków za pozostałymi. Mama i tata szli z przodu, a Raulito między nimi. Trzymali go za ręce i wydawali się przez niego połączeni. Sądziłem, że kochają go bardziej niż mnie. A nawet gorzej, że jego kochają, a mnie nie, albo że o niego się troszczą, a mnie porzucili na pastwę losu. W każdej chwili mógł mnie potrącić samochód lub motocykl, a oni, nie zauważywszy wypadku, poszliby dalej jak gdyby nigdy nic. Myśl o ich obojętności była dla mnie torturą. I nagle moim oczom ukazała się łatwa do pokonania balustrada, a pod nią rzeka o mętnym, spokojnym nurcie, w którym odbijało się popołudniowe słońce. Doskonale pamiętam odgłos uderzenia i zaskoczenie spowodowane nagłym uczuciem zimna. Spadając, usłyszałem krzyk kobiety.

Zanim zdążyłem nabrać wody do ust, silne ręce wyciągnęły mnie na powierzchnię. Tata zgubił w rzece buty. Potem przez wiele lat z dumą opowiadał o tym, co uważał za największy wyczyn swojego życia. W głębi duszy cieszył się, że popsuł mu się zegarek, który najwyraźniej miał dla niego dużą wartość, bo wcześniej należał do jego ojca. Często lubił pozować na bohatera. Mając do wyboru zegarek lub syna, nie zawahał się przecież, kogo uratować.

Nie dostałem bury ani od mamy, ani od niego. A mama była tak bardzo przerażona i wdzięczna, że na oczach gapiów, którzy otoczyli nas na nadbrzeżnej promenadzie, objęła mokrego od stóp do głów tatę i zaczęła całować go po twarzy. Tata lubił żartować, że urodziłem się dwa razy. Pierwszy raz życie dała mi mama, a drugi raz on.

Pamiętam czarny portfel taty, paszport, banknoty franków francuskich i inne rzeczy, które schły rozłożone w pokoju hotelowym. Wieczorem uczciliśmy we czwórkę w restauracji to, że się nie utopiłem, a tata wypił sam butelkę czerwonego wina. Poplamił sobie nim przód koszuli, ale tym razem mama postanowiła go za to nie ochrzaniać.

6

Wczoraj odwiedziłem mamę. Jak zwykle upewniłem się, czy na parkingu nie stoi samochód Raúla. Gdyby tam był, odjechałbym. W innych okolicznościach mogę rozmawiać z bratem, ale kiedy idę do mamy, chcę ją mieć tylko dla siebie. Co do zasady bywam w domu opieki raz w tygodniu, chociaż przyznaję, że ostatnio trochę to zaniedbałem. Ważne, żeby się upewnić, iż mama jest traktowana z godnością. Jak na razie nie mamy co do tego żadnych zastrzeżeń. Często proszę o informacje na temat jej stanu zdrowia i staram się, aby personel ośrodka wiedział, że przeglądam pokój, szperam w jej szafie i w rzeczach osobistych. Raúl robi to samo. To on zaproponował, abyśmy sprawiali wrażenie czujnych, nawet gdyby uznano nas za natarczywych, a ja na to przystałem. Niektórych staruszków w domu opieki nikt nie odwiedza. Rodzina umieszcza ich tam, jakby się pozbywała bezużytecznych rupieci. Podejrzewam, że takim osobom poświęca się mniej uwagi niż tym, których krewni mogą się pojawić w każdej chwili i złożyć skargę do dyrekcji albo nagłośnić w prasie czy w mediach społecznościowych, jeśli coś jest nie tak.

Mama nie rozpoznaje nas od dawna. Na początku dla Raúla to był tak ciężki cios, że dostał zwolnienie lekarskie z powodu depresji. Może istniały też inne przyczyny jego zaburzeń, spotęgowane przez otępienie mózgowe mamy. Nie jestem tego pewien ani nie mam zamiaru go o to pytać. Nie wykluczam też, że mój brat wymyślił sobie to wszystko, żeby udowodnić mi coś, czego ostatecznie i tak nie pojąłem, ale co niewątpliwie potwierdzałoby, że w obliczu konkretnego problemu, sprawy, sytuacji on zachowuje się właściwie, a ja nie.

Stan mentalny mamy pogarszał się stopniowo. Rozumiem, że choroba Alzheimera zwalnia ją z tak zwanego tragicznego poczucia życia. Wystarczy popatrzeć, jak znika, pogrążona w apatii. Raúl zostawił jej kiedyś swoje zdjęcie, na wypadek gdyby doznała nagłego przebłysku świadomości. Wciąż stoi oprawione w ramki, bezużyteczne jak wypchane zwierzę, zajmując tylko miejsce na stole.

Jak na to, co jej dolega, mama jest w całkiem dobrym stanie. Trochę przygarbiona i bardzo szczupła. Wczoraj, kiedy szedłem do windy, jedna z opiekunek powiedziała mi, że moja pani matka właśnie zasnęła. Usiadłem na krześle przy jej łóżku i patrzyłem na nią. W jej rysach dostrzegam spokój. To mnie bardzo cieszy. Oszalałbym, gdyby cierpiała. Oddychała spokojnie i wydawało mi się, że widzę na jej ustach cień uśmiechu. Może śnią jej się obrazy z przeszłości, choć wątpię, by potrafiła nadać im sens.

Przeczuwam, że za rok o tej porze będzie jeszcze żyła. Jeśli ktoś poinformuje ją wtedy o mojej śmierci, nie zrozumie. Nawet nie zauważy, że przestałem ją odwiedzać. To kolejna zaleta chorowania na alzheimera.

W pewnej chwili pochyliłem się do niej i szepnąłem jej do ucha: "Zamierzam odebrać sobie życie ostatniego dnia lipca przyszłego lata".

Matka spała dalej, jak gdyby nigdy nic.

"Widziałem kiedyś, jak naplułaś tacie do zupy", dodałem.

7

Niezwykle zainteresował mnie wywiad z maszynistą metra. Zajmuje całą stronę w gazecie. Opisano w nim ludzi, którzy rzucają się na tory, i wyjaśniono konsekwencje psychologiczne, jakie te najwyraźniej częste zdarzenia pozostawiają w człowieku, który widzi samobójstwo z bliska i nie jest w stanie mu zapobiec, choćby nie wiem jak szybko zareagował i pociągnął za hamulce. Nie wszyscy samobójcy osiągają swój cel. Według statystyk ponad połowa z nich przeżywa, ulegając nierzadko potwornym okaleczeniom. Kiedy czytałem o tym ostatnim szczególe, przeszły mnie ciarki. Myśl, że skończę sparaliżowany albo bez nóg na wózku inwalidzkim, nie wydaje mi się zbyt atrakcyjna. Kto by się mną opiekował?

Po południu w barze u Alfonsa wyjawiłem swój plan Kulasowi. Nie mogłem się doczekać, żeby poznać zdanie na ten temat innej osoby, a on jest w tej chwili moim jedynym przyjacielem. Reakcja Kulasa zasługuje na określenie euforycznej. A ja sądziłem, że będzie przerażony i spróbuje każdego sposobu, by odwieść mnie od mojego zamiaru!

Przez chwilę myślałem, że robi sobie ze mnie żarty. Zapytałem go o to wprost. Wtedy wyznał, że od kilku lat jego też kusi, by odebrać sobie życie. Rzeczywiście ma ku temu wiele powodów, począwszy od problemów fizycznych, mimo że dobrze je tuszuje dzięki protezie stopy, którą ukrywa pod spodniami.

Kulas nie czytał artykułu o maszyniście. W barze nie było gazety, chociaż zwykle jest, przynajmniej dopóki nie przywłaszczy jej sobie dyżurny sęp, więc mój przyjaciel poszedł po nią do kiosku. Jestem świadom jego zamiłowania do posępnych tematów, w tym oczywiście samobójstwa, które woli nazywać dobrowolną śmiercią. Twierdzi, że dogłębnie przestudiował ten temat i przejrzał wiele specjalistycznych książek.

Wspólnie przeczytaliśmy wywiad. Jego bohater, czterdziestopięcioletni mężczyzna z dwudziestoczteroletnim doświadczeniem zawodowym, skarży się, że w mediach zawsze się mówi o osobie, która rzuciła się pod pociąg, ale nigdy o tym, kto nim kierował. Pierwsze samobójstwo, którego był świadkiem, popełniła siedemnastoletnia dziewczyna. Przez dziewięć miesięcy był na zwolnieniu lekarskim. Podał szczegóły wielu innych samobójstw. Siedzący obok mnie Kulas czytał i z zachwytem komentował wypowiedzi maszynisty. Zaoferował mi pomoc w samobójstwie. Postanowił nawet się zastanowić, czy będzie mi towarzyszył w tej przygodzie. "Bo nie chcę zostać sam", uzasadnił. Na jego twarzy nie było ani jednej rysy, która nie wyrażałaby entuzjazmu. Nagle spoważniał. Odradził mi skok pod koła metra. "Na litość boską, nie można robić maszynistom aż takiego świństwa". Wskazał palcem fragment wywiadu, w którym mężczyzna opowiada, że wciąż zdarza mu się widzieć we śnie spojrzenie pewnego staruszka na sekundę przed śmiercią pod kołami pociągu.

Kulas nie wie, że w swoich intymnych zapiskach nazywam go Kulasem.

8

Ktoś zadzwonił do mamy około północy. Jakiś znajomy, krewny, może sąsiad wyciągnął ją z łóżka z zamiarami, które - oceniane z mojej obecnej perspektywy dorosłego człowieka - nie wydają mi się całkiem niewinne.

Znów wracam do swojego dzieciństwa? Zaraz się okaże, że kiedy człowiek dostrzega rychły koniec, instynktownie wspomina całe swoje życie. Czytałem i słyszałem o tym wiele razy. Sądziłem, że to nonsens, ale zaczynam zmieniać zdanie. Kontynuuję.

Raulito i ja spaliśmy w naszym pokoju, każdy w swoim własnym łóżku, a następnego dnia czekał nas zwykły dzień w szkole. Miałem wtedy jakieś dziewięć lat. W każdym razie to się wydarzyło już po powrocie z Paryża. Nagle zapaliło się światło. Mama, bosa, w koszuli nocnej, obudziła nas, szarpiąc i popędzając, żebyśmy się ubrali. Zapytałem zaspanym głosem, co się stało. Nie otrzymałem odpowiedzi.

Po kilku minutach we troje zbiegaliśmy po schodach - mama, trzymając Raulita za rękę, a ja za nimi. Przypuszczam, że mama nie chciała, żeby sąsiedzi usłyszeli hałas windy, albo po prostu nie miała cierpliwości, by na nią czekać. Na każdym półpiętrze odwracała się do mnie i przykładając palec do ust, dawała mi znak, żebym był cicho, chociaż ja przez cały ten czas nawet nie pisnąłem.

Po wyjściu na ulicę uderzył nas podmuch zimowego chłodu. Niebo było całkiem ciemne. W świetle ulicznych latarni prawie nie widzieliśmy ludzi. Z naszych ust leciała para. Po pewnym czasie mamie, stojącej na skraju chodnika, udało się zatrzymać taksówkę. Wsiedliśmy wszyscy z tyłu, mama między nami. Nie wiedziałem, dokąd jedziemy ani dlaczego, a mama uszczypnęła mnie, żebym przestał zadawać pytania. Energicznym ruchem podbródka wskazała w kierunku taksówkarza. Wtedy zrozumiałem, że ten człowiek nie powinien słyszeć, o czym mówimy. Ogarnęło mnie niepokojące uczucie, że uciekamy z domu, i pomyślałem ze smutkiem, że na zawsze straciłem swoje zabawki. Byłem zły, że nie zabrałem żadnej ze sobą! Biłem się z tą myślą. Raulito zasnął. Mama posadziła go sobie na kolanach i przytuliła.

Wysiedliśmy przed barem, nie wiem na jakiej ulicy. Mama kazała nam zaczekać przed wejściem, nie ruszać się. Powiedziała, że zaraz ktoś po nas przyjdzie i zabierze nas z powrotem do domu. Potem zatrzasnęła drzwi taksówki i odjechała, zostawiając mnie i mojego brata samych, przerażonych na wąskim chodniku we wczesnych godzinach porannych. Raulito zapytał, czy pożyczę mu na chwilę rękawiczki. Powiedziałem mu, że mnie też jest zimno i że mógł zabrać swoje. Zapytałem go, czy się boi. Przytaknął. Nazwałem go tchórzem i mięczakiem.

Nie wiem, jak długo staliśmy przed tym barem - co najmniej dwadzieścia minut, podczas których nikt tam nie wchodził ani stamtąd nie wychodził. Za szybą świeciły czerwone żarówki. Tylko tyle pamiętam. Wreszcie drzwi się otworzyły. Do naszych uszu dotarł potok głosów i śmiechów z muzyką w tle. Wysoki mężczyzna wyszedł chwiejnym krokiem na ulicę, obejmując kobietę, którą bezskutecznie próbował pocałować w piersi, bo ta wyrywała się z jego objęć, chociaż wciąż się śmiała. Raulito natychmiast go rozpoznał. "Tatusiu!", zawołał. I podbiegł do niego.

10

Myślę o Nikicie za każdym razem, kiedy widzę na ulicy, w metrze czy gdziekolwiek indziej człowieka z tatuażami. Kiedyś nie uważałem ani za odpowiednie, ani za złe, że mój syn poddał się modzie na wyrzynanie sobie rysunków na skórze, poza tym spędzaliśmy razem tak niewiele czasu, że dokładałem wszelkich starań, aby nawiązać z nim bezkonfliktową relację.

Niech matka narzuca mu zasady; po to przecież zażądała - wynajmując prawnika - przyznania jej opieki nad nim, a ja tego nie kwestionowałem. Dla niej syn, dla mnie pies. Nie mam wątpliwości, kto stracił na tym podziale. Naiwność Nikity pobudzała go do szczerości. Zdradzał mi sekrety Amalii. "Mama źle o tobie mówi", rzucał. A innym razem: "Mama przyprowadza do domu kobiety i razem kładą się do łóżka".

Chłopak skończył szesnaście lat, kiedy zrobił sobie tatuaż pierwszy raz i bez zgody matki. Nie zawahałem się pochwalić niefortunnego dzieła. Wolę, żeby postrzegał mnie jako kumpla niż represyjnego ojca. Nie można mu zarzucić złego gustu. Kusił mnie nawet, aby przypisać zamierzenie poetyckie temu, że wybrał dębowy listek, chociaż z powodu jego niewielkich rozmiarów rysunek jest rozpoznawalny tylko z bliska. Z odległości trzech metrów staje się nieokreśloną plamą. Problematyczne jest miejsce, w którym widnieje - sam środek czoła. Kiedy to zobaczyłem, musiałem ugryźć się w język, żeby go nie wyśmiać. Z nieukrywaną dumą zdradził mi, że wszyscy z jego paczki zrobili sobie tatuaż. "Na czole?", zapytałem. Nie, na czole tylko on.

Jakiś czas później zrobił sobie kolejny tatuaż, tym razem na plecach. O zgrozo! Swastykę. Udając niewiedzę, zapytałem go o znaczenie tego rysunku. Biedak nie miał pojęcia. Dla niego ważne było to, że teraz on i jego kumple mają wytatuowane to samo - symbol rozpoznawczy paczki.

Zauważyłem, że nie potrafię myśleć o swoim synu, nie odczuwając żalu. Często mi się zdarza, choć coraz rzadziej, że wznoszę przeciwko niemu mur odrzucenia, ale na koniec sam go obalam podmuchem litości. Nie wiem, do jakiego stopnia można cokolwiek zarzucić Nikicie, biorąc pod uwagę, jaki ojciec i jaka matka przypadli mu w udziale.

Amalia zaproponowała mi spotkanie w kawiarni Círculo de Bellas Artes, żeby porozmawiać o nowym tatuażu naszego syna i wypracować wspólny front. Czy to jest na całe życie, co za wstyd, a może da się usunąć nazistowski symbol jakąś techniką laserową. Zachowałem chłodny spokój do tego stopnia, że coraz bardziej poirytowana, w końcu zapytała, czy nie obchodzi mnie to, co zrobił nasz syn. Odparłem, że bardzo się tym martwię, ale ponieważ mogę widywać chłopaka tylko w wyznaczonych przez sędziego terminach, czuję, że nie mam prawa ingerować w jego sprawy. Amalia spojrzała na mnie, jakby prosiła: "Powiedz mi, że nie potrafię go wychować, powiedz mi to, proszę, obraź mnie, żebym mogła wyrzucić z siebie wszystko i obarczyć cię częścią winy". Nie zrobiłem tego, a ona - mógłbym przysiąc, że rozczarowana - pożegnała się z charakterystyczną dla siebie szorstkością: "Nienawidzisz mnie, prawda?".

12

Trudno mi było przyznać, że tata nie był idealny. Minęło wiele lat, ale pragnienie, żeby niektóre z plotek na temat jego zachowania na wydziale, docierających w odległej przeszłości do moich uszu, były bezpodstawne, wciąż tkwi we mnie niczym wbity w ciało miecz. Podobno w zamian za znaczne poprawienie ocen i inne przysługi związane ze studiami - chociaż nigdy się nie dowiedziałem, o jakie dokładnie chodziło - jego studentki płaciły mu w naturze. Nie znalazłem potwierdzenia tych pogłosek, ale sam fakt, że pochodziły z różnych źródeł i pojawiły się w różnym czasie, każe mi spodziewać się najgorszego.

Kiedy byłem dzieckiem, myślałem, że to matka jest tą złą. Dziś staram się wynagrodzić jej ten błąd czułością i częstą obecnością. Chociaż trudno to nazwać błędem w stu procentach, bo mama też nie zasługuje na miano świętej. Argumentem na jej korzyść może być to, że często musiała działać defensywnie. Wiem jednak, że nieraz to ona - mistrzyni stwarzania pozorów - była agresorem, nawet jeśli to, co robiła, nie przybierało znamion przemocy. Po długich rozmyślaniach doszedłem jednak do wniosku, że była trochę mniej winna niż on.

Zdaliśmy sobie z Amalią sprawę, że poświęcamy zbyt wiele energii i czasu na ranienie się nawzajem. Przezwyciężając wszelkie sentymentalne skrupuły, zakończyliśmy małżeństwo na mocy ustawy o ekspresowym rozwodzie z 2005 roku. Moi rodzice nie mogli skorzystać z podobnej możliwości. Ustawa rozwodowa z 1981 roku stawiała wyjątkowo zniechęcające przeszkody administracyjne. Nie zapominajmy, że w tych czasach Hiszpanie byli jeszcze przywiązani do nierozerwalnych więzi małżeńskich. Prawo nakazywało separację. Warunkiem uzyskania rozwodu było również zaprzestanie wspólnego zamieszkiwania przez małżonków przez co najmniej rok. Tata i mama, może z wygody albo nie chcąc się mierzyć z tym, co ludzie powiedzą, woleli trwać w tej wojnie domowej zwanej małżeństwem, dopóki śmierć ich nie rozłączy - co rzeczywiście się stało. W dniu swojego pogrzebu tata miał cztery lata mniej niż ja teraz.

Po kilkudziesięciu latach nie obchodzą mnie zarzuty w stosunku do mojego ojca. Nie rozgrzeszam go ani nie potępiam. Wiem, że gdyby zmartwychwstał, pobiegłbym rzucić mu się w ramiona. Skoro jednak nie jest możliwe, żeby on przyszedł do mnie, to ja pójdę do niego. To pewnie efekt koniaku, który popijam, pisząc tego wieczoru, ale przyznaję, że myśl, iż spoczniemy w jednym grobie, dodaje mi otuchy.

13

Wybrałem się z moimi ówczesnymi przyjaciółmi na imprezę do miasteczka uniwersyteckiego. Niedługo po dotarciu na miejsce wciągnęliśmy kilka kresek koki. Nie pamiętam, żebym czuł się po tym jakoś inaczej. Pewnie z kokainy ten proszek miał tylko nazwę. Potem wypiłem kilka piw - nie stać mnie było na większe luksusy - ale też się nie upiłem. Zacząłem flirtować w kącie z Francuzką, która wzbudziła we mnie pewne nadzieje. Powiedziała z uroczym akcentem, że musi pójść na chwilę do toalety. Dopiero po dwudziestu minutach dotarło do mnie, że się zmyła. Może nawet nie była Francuzką.

Wróciłem do domu wczesnym rankiem. Nie pamiętam dokładnie, o której godzinie. Wobec panującej ciemności i ciszy założyłem, że wszyscy członkowie mojej rodziny jeszcze śpią. Odkąd dostałem się na studia, nikt nie kontrolował moich wyjść ani powrotów. Oczekiwano, że zdam egzaminy, o nic innego - mój rozkład dnia, towarzystwo, zainteresowania - mnie nie pytano. Prawdopodobnie mama, która miała lekki sen, nasłuchiwała sygnału potwierdzającego, że wróciłem cały i zdrowy. Dlatego starałem się nie robić hałasu - bo skoro ja miałem prawo do prywatności, moja rodzina miała prawo do odpoczynku. Znałem na pamięć ustawienie mebli, więc po ciemku ruszyłem przez salon prosto do łóżka, nie zatrzymując się w łazience ani nie zapalając światła, żeby nie obudzić Raulita, z którym wciąż dzieliłem pokój z powodu ograniczeń przestrzennych naszego mieszkania.

Po chwili poczułem na twarzy jego oddech. Zapytał mnie niespokojnym szeptem, czy go widziałem. Widziałem? Kogo? Tatę, w salonie, przykrytego kocem. Problem polegał na tym, że chyba nie traktowałem brata zbyt poważnie. Był gruby, nosił okulary i miał piskliwy głos. Odparłem, że nikogo nie widziałem i że chce mi się spać. Powiedział jakby do siebie: "W takim razie musiał wrócić do łóżka". Zanim odszedł, zapytał jeszcze, czy udało mi się kogoś poderwać tego wieczoru. "Jasne", odpowiedziałem. "Pieprzyłem się w krzakach z Francuzką. I mam nadzieję, że bierze pigułki antykoncepcyjne, bo nieźle się w nią spuściłem". Raulito, ze względu na swój wygląd, nie miał szans na zaliczanie dziewczyn, więc musiał zadowolić się masturbacją i moimi opowieściami. Kazał mi obiecać, że następnego dnia opowiem swoją przygodę ze szczegółami. Obiecałem mu to i na tym się skończyło, a potem mama przyszła nas obudzić.

Tata leżał martwy w salonie, wyciągnięty na dywanie, z otwartymi oczami, lekko rozchylonymi ustami i - zgodnie z tym, co Raulito powiedział mi nad ranem - okryty kocem. Jak się później dowiedziałem, przykryła go mama o jedenastej wieczorem, żeby nie zmarzł - była przekonana, że tata padł na podłogę i zasnął kompletnie pijany. Chwilę wcześniej wrócił do domu i zdążyli się już pokłócić.

We troje wymieniliśmy ze sobą spojrzenia, nie wiedząc, co zrobić. Naszły mnie wątpliwości, czy tata naprawdę nie żyje. Może zemdlał. Zaproponowałem nawet, żeby chlusnąć mu w twarz szklanką zimnej wody. Mama, która jako jedyna odważyła się podejść do leżącego bezwładnie ciała, poruszyła jego głowę noskiem kapcia, żeby udowodnić mi niezaprzeczalny stan faktyczny. "Teraz jesteście półsierotami, a ja wdową". Powiedziała to z chłodem pozbawionym nawet najmniejszego cienia smutku. Chociaż wiedzieliśmy, że to nic nie da, uzgodniliśmy, że zadzwonimy na pogotowie.

Pochowaliśmy tatę cztery dni później w trumnie koloru orzecha laskowego. Próbowałem wymigać się od obecności na pogrzebie, powołując się na ważny egzamin następnego dnia rano, ale mama była nieugięta. Nie wiem, dlaczego trudno mi było wytrzymać jej wzrok. Wydawało mi się, że jej spojrzenie należało do kogoś innego. Może tak właśnie patrzyła na tatę, kiedy byli sami, a teraz padło na mnie, aby zostać odbiorcą tego dość twardego wyrazu oczu. Dziś podejrzewam, że czuła się winna i że wzrok, jakim patrzyła na swojego dwudziestokilkuletniego syna, krył ostrzeżenie, że nie jest gotowa przyjąć więcej wyrzutów niż te, które sama sobie robiła. Nie wykluczam, że dzięki niedyskrecji Raulita wiedziała, iż zacząłem mieć wątpliwości. Przed wyjściem do domu pogrzebowego stanęła przede mną i powiedziała, że nie zrobiła dla taty więcej z prostego powodu, ponieważ nie zdawała sobie sprawy z powagi sytuacji. "Jakieś pytania?" Zaprzeczyłem. "Tym lepiej", rzuciła tylko i odwróciła się do mnie plecami.

14

Ostatnio wszystko, co robię, jest naznaczone silną świadomością pożegnania. Mówię sobie w duchu, że po raz ostatni jem morele, przechodzę przez Plaza Mayor, idę na przedstawienie w Teatro Espa?ol. Jestem niczym konający, ale bez problemów zdrowotnych. Wydaje mi się, że kiedyś byłem rozsądniejszy. Albo bardziej wyrachowany. Nie wiem. Może czuję się trochę osamotniony, zwłaszcza teraz, kiedy mój najlepszy, mój jedyny przyjaciel wyjechał.

Spacerując w oczekiwaniu na odbiór Pepy od psiego fryzjera, zauważyłem kościół jezuitów i naszła mnie ochota, żeby przejść na drugą stronę ulicy i przez chwilę porozmawiać z rzeźbą ukrzyżowanego Chrystusa, która wisi za ołtarzem. Od wielu lat nie odwiedzałem domu Pańskiego.

Kiedy Raulito i ja byliśmy dziećmi, religia była w naszym domu niemal nieobecna. Chrzest i pierwsza komunia stanowiły czystą formalność, żeby zadowolić dziadków ze strony matki, dość upierdliwych w sprawach wiary i nie tylko, oraz aby uchronić nas przed ewentualną dyskryminacją w szkole. Ponieważ rodzice nie chodzili na msze, my też tego nie robiliśmy. Podobno dziadek Faustino chełpił się swoim ateizmem. Nie ochrzciliśmy Nikity. Amalia chciała, żeby chłopak sam zdecydował, czy chce być ochrzczony, kiedy dorośnie, a mnie, szczerze mówiąc, było to obojętne.

Zająłem miejsce w ławce w trzecim rzędzie. Czytałem gdzieś, że tam właśnie siadał zazwyczaj admirał Carrero Blanco, który przychodził tu codziennie na mszę. Może był tu też rankiem, zanim rozerwała go bomba niedaleko stąd. Nie wiem, czy siadał w prawej, czy w lewej nawie.

Ukrzyżowany Chrystus ma spore rozmiary. Wyobrażam sobie admirała szepczącego do niego modlitwy. "Zapewnij mi, Panie, jedność Hiszpanii, pomóż mi powstrzymać komunizm i położyć kres masonerii, a potem zabierz mnie przed swoje oblicze, amen". I Bóg zabrał go w niebiosa z pomocą ETA, natomiast kwestia jedności ojczyzny wciąż, że tak powiem, wisi w powietrzu, a co do innych spraw, niech zdecydują o nich ludzie i Historia.

Chrystus w kościele Świętego Franciszka Borgii ma twarz zwróconą w bok. Nie było mowy, żeby na mnie spojrzał. Wyszeptałem do niego te lub podobne słowa: "Jeśli dasz mi znak, zrezygnuję ze swojego planu. Zyskałbyś sympatyka. Wystarczy, żebyś odwrócił się do mnie, mrugnął okiem, poruszył stopą albo zrobił coś innego. W zamian porzucę myśl o samobójstwie".

Do kościoła zaczęli się schodzić wierni. Najwyraźniej wkrótce miało się rozpocząć nabożeństwo. Dałem Chrystusowi trzy minuty. Ani sekundy więcej. Przez ten czas nie otrzymałem żadnego znaku, więc wyszedłem stamtąd.

15

Nie ma dnia, żeby Kulas nie przysłał mi jednego, dwóch zdjęć ze swojego pobytu w nadmorskiej miejscowości w okolicach Kadyksu. Zawsze pozuje do telefonu tak, by na połowie zdjęcia była jego twarz, a na drugiej widok z miejsca, w którym się znajduje. Uśmiechnięty Kulas na plaży, uśmiechnięty Kulas przed rzędem białych grobów, uśmiechnięty Kulas przy czymś, co wygląda jak wejście do klubu dancingowego. Mam ochotę poprosić go, żeby nie przysyłał mi więcej dowodów swojego szczęścia, ale nie chcę ryzykować, że się obrazi.

Pamiętam dzień, kiedy odwiedziliśmy go z Amalią w szpitalu Gregorio Mara?ón. Leżąc w łóżku, ze swoją butelką z herbatą i zakrytym pościelą uszkodzonym ciałem, powiedział nam, że uważa się za szczęściarza. Upewniwszy się, że nic mu już nie grozi, dał upust swojej rubasznej naturze i zaserwował nam kilka makabrycznych żartów. Udawał nawet rozczarowanie tym, że jego nazwisko nie pojawiło się w gazetach. "Żeby tak się stało", odpowiedziałem z pewnością siebie wynikającą z łączącej nas zażyłości, której Amalia nie rozumiała, "musiałbyś być jednym ze zmarłych".

Wiedzieliśmy, że stracił prawą stopę. Pozostałe obrażenia nie były poważne. Amalia na widok pogodnego wyrazu twarzy naszego przyjaciela, którego darzyła nikłą sympatią, a może nawet nie darzyła żadną, uznała, że prawdopodobnie za radą psychologa próbuje czerpać pozytywną energię z tego, co go spotkało. Ja przypuszczam, że podczas naszych odwiedzin był pod wpływem środków przeciwbólowych i jeszcze nie zdawał sobie sprawy z tego, jak długa i trudna rekonwalescencja go czeka.

Minęło wiele czasu, zanim znów się zobaczyliśmy. Rozmawialiśmy dość często przez telefon i pewnego dnia zadzwonił, aby mi wreszcie powiedzieć, że wrócił do swojego mieszkania przy ulicy O'Donnell, dokąd wtedy nie miałem tak blisko jak teraz. Ustaliliśmy, o której godzinie go odwiedzę. Muszę przyznać, że kiedy go ujrzałem, odniosłem pozytywne wrażenie. Miał na sobie ubranie i buty, więc nie było widać protezy. Żartem udał nawet, że kopie wyimaginowaną piłkę. Wyznał mi, że trudno mu było przyzwyczaić się do nowej sytuacji, ale z czasem oswoił się z tym sprzętem. Nauczył się chodzić w taki sposób, że nikt się nie domyślał jego kalectwa. Odważył się nawet ponownie prowadzić samochód. "Rzeczywiście facet miał szczęście", pomyślałem. Wybuchnął śmiechem, kiedy zapytałem go, czy rozważa udział w paraolimpiadzie. Patrząc, jak się śmieje, nie przypuszczałem, że jest pod opieką psychiatry. Przywiódł mi na myśl niewidomych, którzy przez cały dzień są uśmiechnięci i wdzięczni za swoje nieszczęście. Po tylu tygodniach cierpienia wejść po schodach, znów poczuć zapach trawy, zobaczyć chmury i rusztowania, wrócić jak najszybciej do pracy w agencji nieruchomości, której właściciele trzymali dla niego miejsce, jednym słowem: być nadal żywym musiało stanowić dla Kulasa wielkie źródło szczęścia. Zastanawiam się, czy podobnie się czuje kierowca ciężarówki, któremu udało się wczoraj wyhamować na genueńskim wiadukcie Morandi zaledwie kilka metrów od jego zawalonego odcinka. W dole - betonowe gruzy, zmiażdżone pojazdy i ponad czterdziestu zabitych, na górze - on bez jednego draśnięcia, z o mało co utraconym kuponem na długie lata życia. Jest się czym cieszyć, ale najpierw trzeba zaczekać, aż minie strach.

Wkrótce się przekonałem, że rzekome szczęście Kulasa było wynikiem chwilowego zawieszenia broni, na które przystał jego zespół stresu pourazowego. Uśmiechy, może tak samo jak te z wakacyjnych zdjęć, służyły mu do ukrywania tajnego jądra goryczy.

16

Było pięć albo dziesięć po ósmej rano. Ponieważ zadzwonił telefon, Amalia dała mi znak, żebym poszedł obudzić Nicolása (dla mnie Nikitę), a sama podniosła słuchawkę. Rzadko się zdarzało, by ktoś chciał rozmawiać z nami o tak wczesnej porze. Nie można było jednak wykluczyć, że jakiś kolega lub koleżanka z pracy - Amalii albo mojej - miał problem z dojazdem albo potrzebował dość pilnej przysługi. Krótko mówiąc, nie uznałem, aby dzwonek telefonu o tej godzinie w dzień powszedni koniecznie stanowił zapowiedź tragedii. Co prawda od pewnego czasu w oddali i nieco bliżej słychać było dźwięk syren, nie budziły one jednak we mnie lęku. W takim mieście jak nasze karetki pogotowia czy samochody policyjne hałasują bez przerwy.

Amalia się jednak przestraszyła. Jako ekspertce od przeczuć i lęków instynkt podpowiedział jej, że musi stawić czoła niepokojącemu wydarzeniu, więc wybiegła z kuchni w kierunku komody, na której wciąż dzwonił telefon. Z pokoju naszego syna słyszałem, jak kilkakrotnie powtarza słowo "rozumiem". Zawołała mnie. Zostawiłem budzącego się Nikitę i dołączyłem do niej w kuchni. Dzwoniła jej siostra, aby powiedzieć, że doszło do zamachu. Zamach, tak właśnie powiedziała, i żebyśmy włączyli radio. W radiu nie mówiono o jednym zamachu, ale o kilku eksplozjach w różnych miejscach, i przewidywano ofiary śmiertelne, chociaż spiker zaznaczył, że jest za wcześnie, aby podać konkretną liczbę. Do akcji wkroczyły ekipy medyczne i tak dalej. "Biedni ludzie", powiedziała Amalia. A ja przytaknąłem, nie podejrzewając, że mój najlepszy przyjaciel znajduje się wśród ofiar. Co, do cholery, robił o wpół do siódmej rano w dzień roboczy w podmiejskim pociągu z Alcalá? Kiedy po pewnym czasie wreszcie pozwolono nam go odwiedzić w szpitalu, opowiedział nam o tym dość pobieżnie.

W zasadzie przedstawił nam zwięzłe uzasadnienie swojej obecności 11 marca w jednym z pociągów. "Całe szczęście, że nie jestem żonaty", zażartował. W pierwszej chwili myślałem, że poszedł na dziwki i nie miał odwagi wyznać tego przy mojej żonie. Wyobraziłem sobie siebie na jego miejscu. Jak wytłumaczyłbym Amalii swój powrót podmiejską kolejką wczesnym rankiem w zwykły czwartek, po spędzeniu nocy nie wiadomo gdzie, zwłaszcza że mam własny samochód?

Kulas, którego jeszcze wtedy tak nie nazywałem, zdradził mi najbardziej kompromitujące szczegóły swojej przygody innego dnia, kiedy byliśmy sami. Utrzymywał relację uczuciową z mieszkającą w Cosladzie kobietą pochodzenia rumuńskiego, matką dwójki małych dzieci, które spłodził jej rodak, a potem ją porzucił. Wyglądało to na historię, jakich wiele, którą drań trzymał w tajemnicy. Potem powiedział mi, że to była świeża sprawa i nie miał pewności, jak się potoczy. Jednym słowem chodziło o atrakcyjną pod względem fizycznym kobietę, która walczyła niczym lwica, żeby wychować swoje potomstwo, i o tubylca rozważającego możliwość zagwarantowania stabilności finansowej rozbitej i biednej rodzinie w zamian za seks lub - jak wolał mówić - dużo seksu.

Kulas zasiedział się u Rumunki i został u niej na noc, co mu się zdarzało już wcześniej. Łapiąc pociąg o siódmej z minutami, miał czas, żeby wpaść do domu przed pójściem do pracy. Tak jest, po tym, jak korzystał z przyjemności porannego seksu z kobietą, która w łóżku nie stawiała mu żadnych granic.

Pociąg wjeżdżał na stację Atocha. Kulas przysypiał na swoim miejscu. Od pewnego momentu jego pamięć nie jest już w stanie zapewnić mu linearności narracji. Pojawiają się w niej tylko szybko przemykające, niepowiązane ze sobą obrazy. Mówił bez ironii i żartów, ale musiał wyrzucić z siebie wspomnienia, podzielić się nimi ze mną, tak zalecił mu psychiatra, bo jeśli pozbędzie się ich z głowy, nie będą zatruwać mu nocy. Wspomnienia mieszały mu się: gorący podmuch, szary dym, nagła cisza, zapach spalonego ciała. A kiedy zaczął mówić coraz szybciej, wiedziałem, że zaraz przerwie relację i wróci do niej w innym momencie, może innego dnia. Upierał się, że mimo wszystko miał szczęście. Nie wiedział, gdzie dokładnie w wagonie wybuchła bomba. Był tylko pewien, że dziura, jaka powstała w dachu, znajdowała się w odległości około pięciu, sześciu metrów od niego. Pamiętał, że upadł na podłogę między wyrwanymi ze swoich mocowań siedzeniami, a obok niego leżało nieruchome ciało, do którego próbował mówić, że słyszał swój stłumiony głos, jakby nie należał do niego. Nie zdawał sobie jeszcze wtedy sprawy, że pękła mu błona bębenkowa w uszach. Powiedział do leżącego przy nim człowieka: "Najpierw ja się podniosę, a potem ci pomogę". I wtedy, gdy próbował wstać, zorientował się, że z prawej nogawki spodni wystaje mu zakrwawiony kikut. Dwóch obcych ludzi wyciągnęło go z wagonu. W tamtej chwili jego umysł skupił się na jednej myśli: byle tylko przeżyć. Przez cały czas był przytomny.

17

Wczesnym popołudniem pojechałem odwiedzić matkę. Po drodze włączyłem składankę z piosenkami Arethy Franklin, która zmarła wczoraj w Detroit na raka. Chain of Fools, I Say a Little Prayer, Respect i inne cudowne utwory. Co jakiś czas śpiewałem razem z wokalistką fragmenty, których teksty znam na pamięć.

Opuściłem mieszkanie z uczuciem, jakbym przechodził przez grubą ścianę z galarety. Ścianę lenistwa, znużenia, senności. Nie miało to żadnego bezpośredniego związku z moją matką, ale z tym, że dom opieki jest daleko od mojego, panował upał, a ja musiałem wyprowadzić samochód z garażu. Zabrałem ze sobą Pepę, żeby dać mamie trochę radości. Pepa, która zwykle sapie ze strachu podczas jazdy samochodem, tym razem cichutko słuchała wspaniałego głosu Arethy Franklin.

Kiedy dotarłem na miejsce, przywiązałem Pepę do płotu w ogrodzie. Jedynym warunkiem, jaki postawiła mi kiedyś dyrektorka, było niespuszczanie psa ze smyczy. Powoli zszedłem z mamą schodami, trzymając ją pod rękę. Mówiłem do niej przez cały czas. Pochwaliłem jej wygląd. Zadawałem jej pytania, nie oczekując odpowiedzi. Nazywałem rzeczy: winda, podłoga, doniczka. Mama nic nie mówiła. Pozwoliła się prowadzić w milczeniu. Miała dziś spokojny dzień. Domyślam się, że brała pigułki. Myślę, że faszerują starych ludzi lekami, żeby byli ulegli. Byłoby lepiej, gdyby częściej ich myli. Tego popołudnia zapach mamy ranił moje nozdrza.

Trawnik natomiast był wypielęgnowany. W ogrodzie panował spokój, śpiewały ptaki, a cykada grała swój szalony koncert z pnia sosny. Zaprowadziłem mamę do ławki w głębi ogrodu, skąd mogła widzieć samochody na parkingu. Prawie wszystkie ławki przy budynku były zajęte. Na szczęście ta, którą znalazłem, pozostawała w cieniu.

Pepa, jak zwykle figlarna i przyjacielska, na widok mamy zaczęła szarpać smycz, żeby się uwolnić, jednocześnie merdając z radości ogonem. Myślałem, że mama ją pogłaszcze, ale ona cofnęła rękę jak przed parzącym płomieniem. "Trzeba zabić diabła", powiedziała. Potem poprosiła, żebym przyniósł jej fartuch, bo w jego kieszeni schowała nożyce do ryb. I powtórzyła jeszcze dwukrotnie, że trzeba zabić diabła.

Wyczuwając, że jej życzliwość nie zostanie odwzajemniona, Pepa położyła się pod drzewem w pewnej odległości od nas i przestała zwracać uwagę na mamę, na mnie, na latające wokół niej muchy i na wszystko inne. Dyskretnie zerknąłem na zegarek. "Dwadzieścia minut", powiedziałem sobie w duchu. "Maksymalnie dwadzieścia minut i się zmywam". Wtedy zauważyłem ponad żywopłotem, który odgradza parking, mojego brata. Był całkiem siwy. Miałem nadzieję, że rozpozna mój samochód, który stał w pobliżu. Rozpoznał, wrócił do swojego auta i odjechał.

18

Dzisiaj widziałem w telewizji pięćdziesięciosiedmioletnią kobietę gotową opowiedzieć o wszystkim. Nie sprecyzowała w ten sposób swoich intencji, ale trudno było nie zauważyć, że odczuwała pilną potrzebę wyrzucenia z siebie wszelkich sekretów. Była jedną z tych coraz liczniejszych osób, które traktują studio telewizyjne jak konfesjonał, i przypuszczam, że akurat dla niej dużo atrakcyjniej wyglądało biczowanie się na oczach setek tysięcy widzów niż honorarium, które za to prawdopodobnie dostała. Chociaż jest ode mnie starsza o trzy lata, można powiedzieć, że należymy do tego samego pokolenia. Przeżyliśmy ten sam fragment historii, doświadczyliśmy podobnego systemu edukacji szkolnej, a jako nastolatki byliśmy świadkami ostatnich tchnień dyktatury. Prezenterka z kartką w ręku, z jedną nogą założoną na drugą, w minispódniczce, na wysokich obcasach, zachowywała się bardzo bezpośrednio. Zwracała się do kobiety po imieniu, jakby były siostrami, kuzynkami albo sąsiadkami. Nie owijając w bawełnę, powiedziała swojej rozmówczyni, że zaproszono ją po to, by opowiedziała o samobójstwie swojego syna. Już na początku obarczyła ją odpowiedzialnością: "Przyszłaś do naszego programu, bo chcesz nam opowiedzieć o swoim doświadczeniu, Carmino". Wyobraziłem sobie Amalię, jak siedzi za rok w tym samym fotelu, udając obłudnie, że za mną tęskni, w zamian za kilka groszy. I dobrze by zrobiła. W całym wystąpieniu tej pani interesowało mnie tylko to, w jaki sposób jej syn odebrał sobie życie. Ze względu jednak na scenariusz albo żeby utrzymać przyklejonych do ekranu durnych widzów, którzy nie są w stanie przezwyciężyć ciekawości, kobieta pomijała ten istotny fakt we wszystkich swoich wypowiedziach. Miałem ochotę rzucić pantoflem w prezenterkę, a drugim w Carminę. A może jednak w Carminę nie, chociaż wydaje mi się, że właśnie tego chciała. Obrzękłe powieki, kurze łapki widoczne mimo makijażu i opuchnięta cała twarz zdradzały wiele chwil spędzonych na płaczu, nieprzespanych nocy, samotność. Mimo tego była atrakcyjna. Zwiędła, ale atrakcyjna. W pewnym momencie wyobraziłem sobie, że dzwonię do niej po zakończeniu programu i umawiamy się, że pójdziemy razem do łóżka, u niej albo u mnie, ale nie dotykając się, najwyżej trzymając za ręce pod kołdrą. Podczas przyjacielskiej rozmowy o codziennych sprawach każde z nas zażyłoby dawkę pentobarbitalu sodu, która powaliłaby stado koni. Na jedno z pytań prowadzącej Carmina, moja ujmująca i menopauzalna Carmina, odpowiedziała, że przeczuła śmierć swojego syna. Podała przykłady pewnych wzorców jego zachowania. Przyznała, że lekarz jej radził nie zostawiać chłopaka samego. Skąd u niej tak duża złość na to wspomnienie? Przypuszczam, że dręczą ją wyrzuty sumienia, bo nie zachowała należytej ostrożności. Dość szczegółowo opowiadała o bólu, poczuciu winy, żalu, że nie zabrała syna do psychiatry. Gdybym miał pewność, że Amalia będzie cierpiała z mojego powodu choć w połowie tak jak ta kobieta po utracie syna, natychmiast rzuciłbym się przez okno. Carmina ani razu nie wspomniała o ojcu chłopaka. Sposób, w jaki poruszała ustami, kiedy opowiadała o swoim nieszczęściu, wywoływał we mnie dreszcz gwałtownej, fizycznej przyjemności. W pewnym momencie wreszcie ujawniła, że syn zmarł z powodu przedawkowania lorazepamu. Poczułem rozczarowanie. Szczerze mówiąc, spodziewałem się czegoś więcej. Wyłączyłem telewizor. Jeszcze przez długi czas nie mogłem pozbyć się wspomnienia ust Carminy. Kierowany niepohamowaną żądzą, poszedłem do łazienki, żeby się masturbować, przywołując w myślach z zamkniętymi oczami wargi matki samobójcy.

19

Jestem z Amalią w pokoju w hotelu Altis Grand w Lizbonie, gdzie pojechaliśmy na kilkudniowy urlop podczas Świąt Wielkanocnych. Przed wyjazdem ustaliliśmy, że każde z nas będzie płacić za siebie. To był jej pomysł. Byliśmy ze sobą od niedawna, ale zdążyła już zapanować między nami niepisana zasada, że ona proponuje, a ja nie odmawiam. Nikt nam jej nie narzucił. Z czasem zasada ta ulegnie wypaczeniu, co da Amalii pełną władzę decydowania o wszystkich wspólnych sprawach bez konsultacji ze mną, częściowo z powodu mojej niefrasobliwości, ale też dlatego, że ona, ze względu na swój charakter, idealnie się przystosowuje do sprawowania władzy, a także z obawy, że moja niezdarność, niezdecydowanie oraz ignorancja spowodują problemy lub pogłębią te istniejące.

Amalia zaproponowała i tym samym wybrała cel naszej podróży. To ona kupiła bilety lotnicze i zarezerwowała pokój w hotelu, bo ja nie wyszedłem z żadną inicjatywą ani nie postawiłem warunków. Amalia wszechwładna, Amalia mądra, Amalia skuteczna zadbała o wszystko, podekscytowana perspektywą wspólnego wyjazdu za granicę, ale także dlatego, że była zakochana jak nastolatka. Dziś myślę, że nie tyle w mężczyźnie, który kroczył przy niej, trzymał ją za rękę i z nią tańczył, ile w jego wyidealizowanym obrazie. Przyzwyczajony do towarzystwa Águedy, która była prostą, dobroduszną i - co tu dużo mówić - mało atrakcyjną fizycznie dziewczyną, obserwowałem z podziwem i chyba lekkim przerażeniem zdolności organizacyjne pięknej i zmysłowej Amalii, energię, z jaką podchodziła do każdego wyzwania, jej obsesyjny perfekcjonizm. Ani przez chwilę nie pomyślałem o możliwych konsekwencjach tego, że wszystkie te cechy obrócą się pewnego dnia przeciwko mnie.

Nad Lizboną zapadł wieczór. Zjedliśmy kolację w jednej z restauracji w dzielnicy Alfama - zapomniałem jej nazwę, ale pamiętam wystrój wnętrza i uprzejmość kelnera - i byliśmy szczęśliwi. Szczęśliwi to mało powiedziane! Czuliśmy euforię z powodu czerwonego wina, czułości i pieszczotliwych szeptów, podczas gdy dochodzący z głębi lokalu łagodny głos pieśniarki fado działał na nasze uszy niczym balsam. Wróciliśmy do hotelu po północy. Nigdy wcześniej nie widziałem kobiety, która ściągałaby z siebie ubranie z takim pośpiechem, jakby parzyło jej ciało. Rozebrała siebie i mnie i pchana tą spragnioną niecierpliwością, bez erotycznej gry wstępnej, chwyciła mojego członka w ręce i usta. Amalia nigdy - ani wtedy, ani później - nie była szczególnie wylewna w swoich seksualnych zwyczajach, przynajmniej nie w stosunku do mnie ani w mojej obecności; była raczej wycofana, chociaż w żadnym wypadku nie oziębła. Miała swego rodzaju wewnętrzną powściągliwość, skłonność do wstydliwości, która jak sądzę, wynikała bardziej z ostrożności, może z wychowania niż z nieśmiałości albo skrępowania. Jednak tamtej nocy w Lizbonie, nie wiem, czy pod wpływem wina i pieśni fado, czy niespodziewanej burzy hormonów, musiała się w niej otworzyć jakaś wewnętrzna śluza, przez co została uwolniona raptowna fala rozwiązłości.

Czułem, jak jej włosy muskały wewnętrzną stronę moich ud. Patrzyłem na Amalię klęczącą między moimi nogami, zajętą dostarczaniem mi przyjemności. Widziałem jej gładkie czoło, wygięte plecy, kołyszący się w jej uchu złoty kolczyk i obserwowałem, jak jej usta przesuwały się rytmicznie w górę i w dół po moim stwardniałym członku. Nagle ogarnęło mnie poczucie, że mam wobec niej dług. Niemal nie mogłem się doczekać, aż skończy, żebym mógł ją wylizać w ramach wdzięczności i żeby nie wytknęła mi potem egoizmu. Aromat perfum, którymi spryskała się wczesnym południem, już dawno wyparował. Do moich nozdrzy dotarł silny zapach podniecenia i kobiecego ciała, który wywołał u mnie dziki niepokój. Amalia lizała, ssała, figlarnie wkładała czubek języka w szczelinę żołędzi. Z powodu mrowienia czułem, że za chwilę krzyknę z rozkoszy. Uprzedziłem ją, że zaraz dojdę. Spojrzała na mnie z powagą, wzrokiem zamglonym seksualnym pożądaniem, z moim członkiem między wargami. Podgryzła mnie lekko kilka razy, nie spuszczając ze mnie wzroku, a potem pierwszy i jedyny raz w długiej historii naszego związku zgodziła się, żebym spuścił się w jej ustach.

Za jej namową dzień po naszym powrocie umówiłem się z Águedą, aby jej powiedzieć, że jest mi przykro, ale w moim życiu pojawiła się inna kobieta. Przyznaję, że poszedłem na to spotkanie z tchórzliwie wyuczonym na pamięć zdaniem. Nasza rozmowa trwała nie dłużej niż minutę lub półtorej. W tym czasie Amalia czekała na mnie nieopodal w samochodzie. Águeda życzyła mi dużo szczęścia. Uparła się, żeby dać mi książkę, którą dla mnie kupiła. Drżała jej dolna warga. Pożegnałem się z nią szybko, żeby nie widzieć jej łez. Książkę porzuciłem na schodach przy wejściu do jakiegoś budynku, nawet jej nie rozpakowując. Domyśliłem się, że Amalia nie byłaby zadowolona, gdybym wrócił z prezentem od innej kobiety.

21

Prawie zasnąłem, leżąc na ławce w parku Retiro. Upał, czyste niebo, uczucie osamotnienia. Z zamkniętymi oczami próbowałem sobie wyobrazić, jak łatwo byłoby wdrapać się na kasztanowiec, który w tym momencie roztaczał nade mną swój cień, i powiesić się na jego gałęzi. Według Kulasa, który uważa, że wie wszystko na ten temat, niektórzy mężczyźni mają wytrysk w chwili powieszenia. Przyznam, że perspektywa równoczesnej śmierci i rozkoszy wydaje mi się bardzo atrakcyjna. Powieszenie się jest tanie, szybkie i łatwe. Brakuje tylko tego, żeby było przyjemne. Wisielec z wyciągniętym językiem, czasem siny na twarzy, zwykle nie wygląda zbyt fotogenicznie. Z estetycznego punktu widzenia większą jatkę spowodowałoby jednak rzucenie się z wiaduktu przy ulicy Segovia.

Kontynuując te rozmyślania, postanowiłem sporządzić w głowie listę osób, które będą po mnie płakać w przyszłym roku.

Zacznijmy od mamy. Mama nie ma pojęcia, co się wokół niej dzieje. Nie rozpoznaje mnie, kiedy odwiedzam ją w domu opieki. Wcześniej myliła mnie z jednym z opiekunów, ale teraz już nawet tego nie robi.

Amalia, nie uroniwszy po mnie ani jednej łzy, obmyśli sposób, żeby się dostać do mojego mieszkania i je przeszukać. Nie ma kluczy, ale znając ją, wątpię, żeby powstrzymała ją taka drobna przeszkoda. Spróbuje się dowiedzieć, jaką miałem sytuację finansową, i przeanalizuje wszelkie opcje wyciągnięcia z niej dla siebie jakichś korzyści.

Wyobrażam sobie Nikitę. Nie zdziwiłbym się, gdyby przyszedł z kumplami. On też nie ma kluczy do mojego mieszkania, ale nie ma drzwi, które oparłyby się takim krzepkim facetom z doświadczeniem w bezprawnym zajmowaniu lokali. Wyobrażam sobie, jak wyprzedają moje rzeczy, żeby zarobić kilka groszy i wydać je na jakąś rozrywkę. Sądzę, że Nikita byłby zainteresowany raczej meblami, komputerem, telefonem komórkowym i przedmiotami, które można łatwo zamienić na gotówkę, niż dokumentami.

Raúl - pod warunkiem że znajdzie czas - wpadnie na chwilę do domu pogrzebowego, aby szepnąć trupowi do ucha jakąś pretensję i błagać Boga, by zarezerwował dla mnie miejsce w piekle.

Kulas, jeśli nie popełni ze mną samobójstwa, jak utrzymuje, może upije się ku mojej pamięci do nieprzytomności i zamroczony alkoholem ogłosi w barze u Alfonsa, że byłem dobrym facetem i że będzie za mną tęsknił. Dwa dni później już o mnie zapomni.

Jakiś kolega z pracy zapyta w pokoju nauczycielskim podczas przerwy: "Wiecie, czy miał jakieś problemy psychiczne?".

Moja śmierć głęboko zasmuci tylko Pepę, a przynajmniej chciałbym w to wierzyć. Chociaż może zmęczona czekaniem na mnie, merdając ogonem, wdzięczna i szczęśliwa, pójdzie sobie z pierwszą osobą, która ją pogłaszcze.

Krótko mówiąc, nikt po mnie nie zapłacze.

22

Amalia jako pierwsza zauważyła, że sprawność umysłowa mamy zaczęła się stopniowo pogarszać. Kilkakrotnie zasugerowała, że powinniśmy rozważyć umieszczenie jej w domu opieki i jak najszybsze uregulowanie kwestii testamentu oraz dostępu do jej majątku, nie wykluczając możliwości złożenia wniosku o ubezwłasnowolnienie. Za każdym razem, kiedy w tamtym czasie - obfitującym w małżeńskie burze - poruszała ten temat, miałem jej to za złe, bo byłem przekonany, że chce mnie sprowokować do podniesienia na nią głosu, powiedzenia jej czegoś przykrego, po prostu, zwymyślania jej.

Zdawałem sobie sprawę z jej strategii i ze wszystkich sił starałem się nie wpaść w tę przeklętą pułapkę. Robiłem głęboki wdech, liczyłem w myślach do pięciu albo dziesięciu. Mówiłem do siebie: "Wytrzymaj, nie odpowiadaj", ale na darmo. Prędzej czy później z moich ust wydobywały się słowa, których nie chciałem wypowiedzieć. Amalia ze zwycięską miną czerpała przyjemność z odgrywania ofiary, niewinnej kobiety, a numer z zalewaniem się łzami na zawołanie udawał się jej bezbłędnie. Z niezwykłą łatwością wyprowadzała mnie z równowagi. Wystarczył jakiś przytyk w stosunku do mojej matki, z którą nigdy nie utrzymywała serdecznych stosunków.

Trudno mi to przyznać, ale Amalia miała rację, zauważając początki jej choroby. Upewniłem się ostatecznie co do tego, kiedy podczas jednej z rodzinnych uroczystości mama pocałowała mnie nagle w usta, kładąc jednocześnie rękę na rozporku moich spodni bez najmniejszego wstydu ani skrępowania faktem, że nie jesteśmy sami. Odsunąłem się od niej, załamany. Nic jej nie powiedziałem. Zastanawiałem się, jaką scenę z przeszłości przeżywała w tamtej chwili w swojej głowie. Na pewno pomyliła mnie z innym mężczyzną, może z tatą z czasów, kiedy byli w sobie zakochani, albo z tym emerytowanym dentystą, którego poznała już jako wdowa. Ignorując zdumione spojrzenia Raúla i mojej szwagierki, odnalazłem wzrok Nikity siedzącego w głębi pokoju. Wydawało mi się, że dostrzegam na jego twarzy cień rozbawienia i drwiny, jakby zdjęty z oblicza jego nieobecnej matki, z którą dopiero co się rozwiodłem. Ale nawet po tamtym zdarzeniu nie rozważyłem na poważnie umieszczenia mamy w domu opieki. Z Raúlem postanowiliśmy zapewnić jej opiekunkę na trzy dni w tygodniu.

Wiedziałem, że dopóki matka zachowa nawet odrobinę jasności umysłu, za żadne skarby nie zgodzi się opuścić swojego mieszkania. W rzeczywistości przepisała je na mnie i mojego brata, nie zdając sobie sprawy z tego, co podpisuje, a my w najgłębszej tajemnicy podzieliliśmy się kosztami podatku od darowizny. Pewnego dnia mama powiedziała: "Wyciągniecie mnie stąd tylko siłą". I że jeśli ją zamkniemy w czymś, co pogardliwie nazywała "chlewem starców", to się zabije. Pragnęła dalej żyć po swojemu i nie chciała, żeby ktoś jej mówił, kiedy ma jeść, spać, myć się czy cokolwiek innego. "Muszę umrzeć? To umrę, ale spokojnie w domu".

Mama nigdy nie zaakceptowała swojej starości. Co samo w sobie nie wydaje mi się złe, raczej świadczy o życiowej energii. Niech każdy sobie żyje swoimi fantazjami. Początkowo wypierała się tego, co widziała w lustrze. Opiekunka - sympatyczna, zaradna Kolumbijka - podnosiła ją na duchu dawką odpowiednich pochlebstw. Fryzjerka farbowała jej siwe włosy. Makijaż tuszował zmarszczki i przebarwienia skóry. A kiedy te i inne środki przestały działać, deterioracja funkcji poznawczych uniemożliwiła jej dostrzeżenie spustoszeń, jakie niesie ze sobą podeszły wiek.

Mimo sporadycznych oznak, że jej stan się pogarsza (roztargnienia, zapominalstwa i nielicznych niespójności w rozmowie), wciąż zachowywała się w miarę przytomnie, podczas gdy moje małżeństwo ulegało rozpadowi. Kilka lat później, kiedy stało się jasne, że nie jest w stanie sama o siebie zadbać, to Raúl nie zgodził się, aby umieścić ją w domu opieki. Zarzucał mi, że chcę się jej pozbyć jak "bezużytecznego mebla". Miałem wielką ochotę przywalić mu pięścią w jego mięsistą, przekrwioną twarz idioty. "Dobrze", odpowiedziałem. "Będziesz się nią opiekował? Codziennie przyjeżdżał do niej, żeby zmieniać jej pieluchy?" Upierał się przy swoim, dopóki nie ujął drżącymi rękami kartki z diagnozą neurologa. Doskonale wiedział, że prywatna opiekunka nie jest rozwiązaniem, jeśli nie pilnuje mamy dwadzieścia cztery godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu.

Wtedy nabrałem podejrzeń, że jego sprzeciw wobec umieszczenia mamy w domu opieki był niczym innym jak sposobem na odwleczenie wzięcia na siebie obowiązku uregulowania opłat. Najwyraźniej razem z Maríą Eleną zasięgnęli informacji i rzeczywiście, sprawa była dość droga. Przeanalizowali różne możliwości, w tym dożywotnią rentę, odwróconą hipotekę i nie wiem co jeszcze, ale kłopot w tym, że matka nie była już w stanie nic zrozumieć ani podpisać. Odrzuciliśmy pomysł wynajęcia mieszkania mamy, bo wydał nam się zbyt kłopotliwy. Obliczyliśmy, że pieniądze z jego sprzedaży razem ze wszystkimi jej oszczędnościami (a nie były małe) starczyłyby na opłacenie od dwunastu do piętnastu lat jej pobytu w domu opieki o przyzwoitym standardzie. Gdyby pożyła jeszcze przez trzy, cztery, może pięć lat, zostawiłaby nam całkiem pokaźny spadek. Sprawa poważnie by się skomplikowała, gdyby mama dożyła więcej niż dziewięćdziesiątki.

Zdecydowaliśmy się sprzedać mieszkanie rodziców, dom naszego dzieciństwa i dorastania, tak pełen wspomnień, dobrych i złych chwil, żeby mama mogła spędzić ostatni odcinek swojego życia w czystym, dobrze wyposażonym ośrodku geriatrycznym, gdzie będzie otoczona właściwą opieką. Dzięki nieocenionej pomocy Kulasa, który nawet zrezygnował ze swojej prowizji, udało nam się przeprowadzić transakcję szybko i korzystnie.

23

W nocy przyśniła mi się mama. Sądzę, że to przez te wszystkie wspomnienia, które spisałem przed położeniem się do łóżka. To nie był przyjemny sen.

Zapewniam, że chciałbym znaleźć w sobie odwagę, żeby nie poddać się upokorzeniu starzenia się i z nieustraszonym sercem powiedzieć: "To już koniec, dalej nie idę". Jakże smutna jest starość. I jakie to okropne uczucie zdać sobie sprawę, że przy ostatnim okrążeniu człowiek ciągnie za sobą kruchość, dolegliwości i starczy zapach. Obudziłem się przygnębiony. Nie należę do osób, które płaczą, a jednak niewiele mi do tego brakowało. Gotów poprawić sobie humor poprzez podniesienie poziomu endorfin, poszedłem do czekoladziarni San Ginés w dzielnicy Prosperidad, żeby się napić czekolady i zjeść pół tuzina churros, przejrzeć gazetę (wygląda na to, że rząd zamierza zezwolić na ekshumację zwłok Franco spoczywających w mauzoleum Doliny Poległych1) i rozwiązać sudoku.

Śniadanie podziałało na mnie uspokajająco, chociaż nie wyzbyłem się czarnych myśli, które są jednak znośniejsze przy pełnym żołądku. Przez wiele lat żyłem w przekonaniu, że tata miał wielkiego pecha, umierając tak młodo, w wieku pięćdziesięciu lat, kiedy wielu ludzi czeka jeszcze szmat życia. Teraz, kiedy sam zdecydowałem, że moje dni są policzone, zmieniłem zdanie. Dla osób, które wiodły takie życie jak tata i ja, pięćdziesiąt lat wydaje mi się wystarczające. Nie sądzę, żeby życie po pięćdziesiątce dało nam coś, czego nie dało nam do tej pory.

Co innego, jeśli ktoś jest zaangażowany w jakąś misję ważną dla współobywateli, w ratujące życie badania, jest wybitnym, wciąż aktywnym zawodowo artystą albo czerpie radość, pociechę, czy jakkolwiek to nazwać, ze swoich dzieci i wnuków. Innymi słowy, tym z nas, którzy nie wnoszą nic wartościowego ani użytecznego dla ludzkości, pięćdziesiąt lat oddychania tlenem na planecie Ziemia powinno wystarczyć.

Lepiej dostać nagłego zawału serca albo wylewu ze skutkiem śmiertelnym, niż skończyć jak mama.

Niedługo po przenosinach do domu opieki, kiedy zostaliśmy sami, zapytałem ją nagle, czy nie uważa, że powinna była natychmiast wezwać do ojca karetkę. Wiem, że grałem nieczysto, ale tylko w ten sposób mogłem wykorzystać jedną z ostatnich okazji - jeśli nie ostatnią - żeby dotrzeć do resztek jej trzeźwego umysłu i wydobyć z niej prawdę o tym, co się wydarzyło tamtej nocy.

Mgła umysłowa, w której była pogrążona, udaremniła moje zamiary. Okazało się, że mama nie pamiętała, że tata zmarł. Co się z nim stało? Miał wypadek? Spojrzałem jej głęboko w oczy, ale nie dostrzegłem w nich najmniejszego śladu udawania. Zrozumiałem, że chociaż wciąż istniała w tych samych rysach twarzy, drobnym ciele, przygarbionych plecach i niewzruszoności spojrzenia, straciliśmy ją na zawsze. Ta stara kobieta nie była moją matką; była co najwyżej opakowaniem dawnej matki, wysuszoną i pustą poczwarką ludzkiego motyla, który już dawno odleciał i właśnie kończył swój cykl życiowy.

24

Uważałem tatę za człowieka zamkniętego w sobie, żyjącego własnym życiem, niedostępnym dla pozostałych członków rodziny. Teraz sądzę, że wynikało to z mojej błędnej albo ograniczonej perspektywy. Ja też nie dopuściłem zbyt blisko do siebie Nikity, głównie po to, żeby go chronić, nie dręczyć drobnymi zgryzotami, jakie każdy skrywa w sobie, bo chłopak nie należy do zbyt rozgarniętych, a poza tym, a może przede wszystkim dlatego, by nie wygadał czegoś potem swojej matce.

Od najmłodszych lat podziwiałem tatę. Gdyby jednak ktoś mnie zapytał za co, nie wiedziałbym, co odpowiedzieć. Rzucałbym banałami: że był wysoki i przystojny, miał donośny głos i trochę się go bałem. Podziwiałem go raczej z daleka. Podziwiałem go z odległości, powiedzmy, pięciu czy sześciu metrów albo kiedy wychylając się przez okno, patrzyłem, jak się oddala naszą ulicą z teczką wykładowcy uniwersyteckiego i w marynarce z łatami na łokciach. Z bliska pragnienie, żeby pewnego dnia być taki jak on, znikało. Jego zapach - ciała, ale też ubrań i przyborów - nieszczególnie rażący, nawet nie nieprzyjemny, który utrzymywał się w domu nawet wtedy, kiedy już wyszedł, wywoływał we mnie skrywaną niechęć. Tata pachniał jak ciepły, stary papier i stęchlizna. Nie lubiłem też jego pożółkłych wąsów nałogowego palacza.

Moje relacje z tatą poprawiły się po jego śmierci. To znaczy, że lubię od czasu do czasu przywoływać go w swoich snach i wspomnieniach i mam wrażenie, że on też z przyjemnością mnie odwiedza. Spotykamy się wtedy w moim umyśle jako dorośli mężczyźni o podobnej posturze i w przybliżonym wieku i czas nam upływa na śmiechu, uściskach, żartach i zwierzeniach, obgadujemy nasze żony i bezlitośnie krytykujemy Raulita, tego chłopca z nadwagą, który w wieku pięćdziesięciu dwóch lat wciąż uparcie uważa mamę za swoją prywatną własność.

Pewnego wieczoru miałem nieprzyjemne spotkanie z tatą w barze w dzielnicy Malasa?a, gdzie zwykli bywać studenci. Przyszedłem tam z moją paczką. Zbliżała się północ, a może było trochę później. Głośna muzyka utrudniała rozmowy. Byłem zajęty koleżanką w jednym z kątów lokalu. Razem wzięliśmy amfetaminę, którą mnie poczęstowała, i spokojnie skupiliśmy się na wzajemnych obmacywankach. W trakcie ustnej wymiany bakterii poczułem nagle, że ktoś puka mnie palcem po plecach, żeby zwrócić moją uwagę. Jeden z moich kumpli szepnął mi do ucha, że mężczyzna przy barze, który ledwo trzyma się na nogach, wygląda jak mój ojciec. Obejrzałem się za siebie i natychmiast zauważyłem pożółkłe wąsy. Pijany w sztok, siedzący samotnie tata kłócił się z barmanem. Mogłem pozostać niezauważony w zacienionym kącie z moją dziewczyną, ale ona zdała sobie sprawę z sytuacji. "To twój ojciec, prawda?", zapytała. "Dlaczego nie pójdziesz i mu nie pomożesz?"

Poczuwszy uścisk na swoim ramieniu, odwrócił się gniewnie, pewnie myśląc, że ktoś chce go zaatakować, ale uspokoił się, kiedy mnie rozpoznał. Zapytał absurdalnie, co tam robię - w barze pełnym ludzi w moim wieku, do którego tylko on nie pasował. Gestem rąk uspokoiłem obsługę i dałem do zrozumienia, że zabiorę stamtąd tego człowieka. Kiedy zatrzymałem taksówkę, stanąłem przed ojcem, żeby kierowca nie zauważył jego stanu, a szczególnie ohydnej mokrej plamy z przodu jego spodni. Przez całą drogę tata wykrzykiwał brednie, atakował socjalistyczny rząd i opozycję, króla Juana Carlosa, prezydenta Reagana i każdego, kto się znalazł w zasięgu jego bezładnego monologu. Pod bramą zaproponował, żebyśmy przeszli się dookoła budynku. Odparłem, że nie mam zamiaru wchodzić do żadnego baru, jeśli to jest jego zamiarem. Odezwał się ze złością, że kto, kurwa, cokolwiek mówi o wchodzeniu do baru. On chce tylko zaczerpnąć powietrza i opanować zawroty głowy, których nie wahał się przypisać jakiejś substancji dodanej mu z pewnością przez kogoś do drinka. W ten sposób próbował mnie przekonać, że nie jest pijany.

Noc była chłodna, ulice wyludnione, a my włóczyliśmy się bez celu po okolicy. Tata mówił, ja milczałem, idąc obok niego. On opłakiwał swoją niezrealizowaną karierę pisarską, ja nie mogłem przestać myśleć o zmarnowanej okazji przespania się z piękną dziewczyną. W świetle wystawy sklepowej zerknąłem dyskretnie na zegarek. Wciąż miałem nadzieję, że zdążę wrócić do Malasa?i, jak tylko uwolnię się od towarzystwa taty. Kiedy wystąpił z propozycją, żebyśmy usiedli na ławce, zaprotestowałem, że jest mokra, ale mnie zignorował.

Nagle zaczął się mnie czepiać. Moje milczenie uznał za oznakę obojętności w stosunku do niego; ale uwaga, bo gdyby chciał, mógłby mnie złamać na pół jak bagietkę. "Grozisz mi?" Nie odpowiedział. Zrzędził dalej. Moja postawa raniła go bardziej, niż mogłem sobie wyobrazić, co zresztą było prawdą, bo akurat w tej kwestii niczego sobie nie wyobrażałem. Powiedział, że spodziewał się po mnie odrobiny serdeczności i poparcia dla tego, kim jest i co sobą reprezentuje, w przeciwieństwie do mamy czy Raulita, których nazwał "orędownikami egoizmu". Że nigdy przez dwadzieścia lat mojego życia nie słyszał z moich ust słowa "dziękuję". Czy ono nie wchodziło w zakres mojego słownictwa? Jego zdaniem pod tym względem nie różniłem się od reszty rodziny, którą obarczał główną odpowiedzialnością za swoje niepowodzenia. Obowiązki rodzinne nie pozwoliły mu się skupić na poważnych studiach, prowadzeniu badań naukowych na zagranicznych uczelniach, pisaniu dzieł literackich czy intensywnym pielęgnowaniu jego młodzieńczej pasji, jaką była lekkoatletyka. Według niego talentów mu nie brakowało i był dobrze przygotowany, ale zamiast robić to, co kochał, musiał utrzymywać rodzinę, napełniać nasze brzuchy i zapewnić nam odpowiedni standard życia. A wszystko po to, żeby na koniec nikt mu za nic nie podziękował.

Odwróciłem się, by na niego spojrzeć. Widziałem go w wątłym świetle ulicznej latarni, kruchego i zgorzkniałego, i przepełniła mnie radość, że nie jestem na jego miejscu. "Co się tak gapisz?", zapytał zaczepnie. Jego oddech cuchnął alkoholem. W oczach miał błysk niepasujący do zdrowo myślącego człowieka. Nie pamiętam, abym kiedykolwiek wcześniej mu się postawił; nie zrobiłem też tego nigdy więcej (nie miałem okazji, bo zmarł kilka miesięcy później), ale w tamtej chwili nie mogłem się powstrzymać. Odezwałem się mniej więcej tak: "Tato, byłem w barze z dziewczyną, którą zamierzałem przelecieć, ale zostawiłem ją, żeby obronić cię przed bramkarzami, którzy chcieli spuścić ci łomot". Myślałem, że spojrzy na mnie z wściekłością, ale się pomyliłem. "Właśnie tak wygląda moje życie od wielu lat. Przez was nie mogłem poświęcić się temu, czego najbardziej pragnąłem. Może teraz wreszcie mnie zrozumiesz".

Następnego dnia po południu poprosiłem go najtaktowniej, jak umiałem, żeby oddał mi pieniądze za taksówkę. Wkurzył się. Powiedział, że jestem największym rozczarowaniem w jego życiu. Zwymyślał mnie. Wyzwał od małostkowych egoistów, zapytał, czy nie zauważyłem, że to on opłacał mi studia, imprezy i że gdyby nie jego hojność, mieszkałbym na ulicy. W końcu ze złością wyciągnął tysiąc peset, zgniótł banknot w kulkę i rzucił mi ją pod nogi.

25

Dwa dni później na wydziale zobaczyłem z daleka dziewczynę z baru w Malasa?i. Ruszyłem korytarzem w jej stronę, przylepiając do twarzy najbardziej uroczy z moich uśmiechów, a ona co zrobiła? Spuściła wzrok i poszła w przeciwnym kierunku, żeby się na mnie nie natknąć. Niewiarygodne! Myślała, że chcę podjąć z nią na nowo to, co przerwaliśmy? Zamierzałem tylko wytłumaczyć się po przyjacielsku, bo dręczyła mnie myśl, że ją zostawiłem, chociaż to ona mnie zachęciła, abym pomógł ojcu. Potem się dowiedziałem, że ma chłopaka. No i co z tego? Może bała się, że ją wydam? Uważam, że byłem i jestem rozsądnym człowiekiem. Jest noc, gra muzyka, pijesz więcej, niż powinieneś, twoje stymulowane psychotropami ciało umawia się z drugim ciałem na chwilową przyjemność. I co z tego? Gdzie tu jest wina albo zbrodnia? Skończyło się na kilku liźnięciach i wzajemnym gorliwym obmacywaniu genitaliów, dodatkowym bonusem dla niej mogło być przyprawienie jej chłopakowi rogów w odwecie za jakąś krzywdę, którą jej wyrządził. A może uznała, że po synu pijanego awanturnika nie może się spodziewać niczego dobrego? Ta ostatnia opcja wydaje mi się teraz najbardziej prawdopodobna. Była wtedy lewaczką, przynajmniej tak o sobie mówiła, i chodziła, jak my wszyscy, na demonstracje, co stanowiło dla studenta swego rodzaju list żelazny, podobnie jak przed wiekami wykorzystywanie każdego możliwego pretekstu, żeby publicznie potwierdzić swoją wiarę dla uniknięcia problemów ze Świętym Oficjum. Wszyscy studenci - z wyjątkiem dwóch albo trzech pozerów z fryzurami zaczesanymi do tyłu na żel, których brzydziliśmy się jak plugawego robactwa - byli lewicowcami. Bycie prawicowcem w naszym wieku wydawało się nam nieszczęściem - to jakby mieć jakieś schorzenie albo pryszcze na twarzy. Po skończeniu studiów straciłem z oczu dziewczynę, która mnie unikała, zmieniłem przyjaciół, znalazłem pracę, spłodziłem dziecko i spieprzyłem sobie życie tak, jak tata spieprzył swoje. Mijały lata - nieprzerwany wyciek zmarnowanego czasu - aż tu pewnego dnia rozpoznałem dawną koleżankę z wydziału podczas telewizyjnej transmisji sesji parlamentarnej na temat kontroli działalności rządu. Siedziała w ławach partii konserwatywnych. Pani posłanka, kobieta dojrzała, ufarbowana na blond, prosto od fryzjera. Za każdym razem, kiedy kamery pokazywały odpowiednią część sali posiedzeń, odnajdowałem ją wzrokiem i patrzyłem, jak przyklaskuje swoim kolegom. Pewnego dnia, podczas jednej z wielu debat, uniosła dłoń, prosząc o głos. Dłoń przystrojoną pierścionkami i wysuniętą z rękawa żakietu. Dłoń, która może pewnego dnia przejmie stery jednego z ministerstw i będzie podpisywać ważne dokumenty. Tę samą dłoń, panie i panowie, która pewnej nocy ponad trzy dekady temu trzymała mojego fiuta w kącie baru w Malasa?i.

26

A tak przy okazji historii, które oglądam, czytam albo ktoś mi opowiada, przez całe życie nie cierpiałem otwartych zakończeń. Trudno mi nie przewrócić oczami, kiedy słyszę, że to czytelnicy lub widzowie powinni się domyślić, wyczuć, dopowiedzieć sobie finał powieści albo filmu. To tak, jakby pod koniec obiadu w restauracji pozbawić gościa deseru pod pretekstem, że dużo przyjemniej będzie go sobie wybrać i delektować się nim w myślach. Dajcie spokój! Płacę za opowiedzenie mi historii, dlatego domagam się jej w całości. To właśnie dlatego jakiś czas po tym, jak Kulas opuścił szpital bez jednej stopy, zapytałem go, czy wciąż odwiedza Rumunkę z Coslady. Ponieważ może się poruszać dzięki protezie, która nie jest też przeszkodą w kontaktach seksualnych, pytanie to wydało mi się uzasadnione. Często żartem nawiązywał do swojej sztucznej nogi. Humor ujmował tragiczności jego kalectwu, a mnie pozwalał analizować bez przesadnej ostrożności fizyczne lub psychologiczne skutki, jakie wywołał w nim atak terrorystyczny. Zdziwiło mnie, że nie wspomniał o Rumunce z Coslady. Lubił rozprawiać o wybuchu w pociągu, rozrzuconych trupach, zapachu palonego ciała, ratowaniu rannych, trudnym pobycie w szpitalu i o innych niezliczonych kwestiach związanych z odzyskiwaniem zdrowia. O pięknej Rumunce nie powiedział ani słowa, więc pewnego wieczoru zapytałem go o nią, chcąc poznać zakończenie tej historii. Mój przyjaciel skrzywił się z niesmakiem i odwróciwszy wzrok, milczał przez kilka chwil, pochłonięty nie wiadomo jakimi myślami. Kulas przypuszczał, że Rumunka nie mogłaby go odnaleźć, choćby bardzo chciała, bo nigdy nie ujawnił jej swojej prawdziwej tożsamości ani nie podał miejsca zamieszkania. Wiedziała, że mężczyzna wspierający ją finansowo w zamian za seks - za dużo seksu - wsiadł do jednego z pociągów, w których doszło do zamachów. Z powodu braku wiadomości od niego przez długi czas pewnie uznała, że był jedną z ofiar śmiertelnych. Po kilku miesiącach Kulas postanowił wznowić swoje wizyty u Rumunki. Czysty i wyperfumowany pojechał pewnego dnia taksówką na dworzec Atocha. Kiedy tylko wysiadł w pobliżu wejścia, bliskość miejsca, gdzie stracił stopę, a wielu ludzi życie, wywołała u niego niepokojący strach, który po wejściu do dworcowej hali przybrał postać ataku paniki. Serce waliło mu tak mocno, że musiał się oprzeć o ścianę, pot spływał mu po plecach, miał trudności z oddychaniem. Nieznajomy człowiek zaoferował mu pomoc. Oparłszy się o jego ramię, Kulas wyszedł na ulicę. Mijały tygodnie. Niewykluczone, że kobieta znalazła sobie innego mężczyznę, który utrzymywał ją i jej dzieci w zamian za seks, dużo seksu. Poza tym Kulas wyznał mi, że krępował się pokazywać protezę pięknej Rumunce. To ostatecznie odwiodło go od zamiaru, żeby zapukać jeszcze kiedyś do jej drzwi. Mógł pojechać do Coslady samochodem. Dlaczego tego nie zrobił? Może auto mu się zepsuło. Może nie czuł się pewnie za kierownicą na dłuższych odcinkach niż ten, jaki dzielił jego dom i biuro, albo nie chciał, żeby ktoś w Cosladzie rozpoznał go po numerze rejestracyjnym (z tego, co mi wiadomo, jego szef mieszka w tamtej okolicy). Nigdy nie odważyłem się go o to zapytać, o co jestem na siebie trochę zły, bo ta historia pozostaje niedokończona.

27

Kulas wrócił z urlopu wczoraj wieczorem. Zadzwonił do mnie dziś wczesnym rankiem, bo nie przeszło mu nawet przez myśl, że o tej porze mogę jeszcze spać. Usłyszałem niepokój w jego głosie. Umówiliśmy się na śniadanie w kawiarni. Nalegał, żebym najpierw wpadł do niego do domu. Dziwne.

Był opalony i wyglądał zdrowo, ale wyraz jego twarzy przeczył radości bijącej ze zdjęć, które przysłał mi ostatnio na telefon komórkowy. Na moje pytanie, co go ugryzło, opuścił spodnie. Na wewnętrznej stronie prawego uda nogi, u której brakuje mu stopy, widać było nieudolnie zrobiony opatrunek, w żaden sposób niedający się przypisać profesjonaliście. Ostrożnie go odkleił w świetle lampy. Moim oczom ukazała się dziura z czerwonawą obwódką. Przypominała ranę postrzałową. Nie wiem, czy się jątrzyła, bo rana, dziura czy cokolwiek to było, została posmarowana jodyną. Co o tym myślę. Że powinien pójść do lekarza. To samo mu poradził aptekarz w miejscowości, gdzie spędził urlop, wyznał.

Poddał mi pod rozwagę kilka hipotez. Najpierw, powiedziałem, chciałbym wiedzieć, kiedy i jak pojawiło się to coś, czego ani on, ani ja nie potrafimy nazwać. Tak po prostu, był na urlopie już od tygodnia, kiedy pewnego ranka tuż po przebudzeniu poczuł swędzenie, zauważył na udzie małą czerwonawą plamkę i pomyślał, że ugryzł go komar. Posmarował ją octem, żeby złagodzić swędzenie, ale bez skutku. Następnego dnia środek plamki zmienił się w maleńki, pokryty ropą krater, który rozrósł się do aktualnego rozmiaru. Zapytałem Kulasa, czy to boli. Powiedział, że na początku bardzo go swędziało, potem mniej, a teraz już nic nie czuje. Nie wykluczał, że ukąsił go jakiś owad, niekoniecznie komar, ale pająk albo coś podobnego do pluskwy, a potem, być może przez drapanie podczas snu, miejsce to uległo zakażeniu. Możliwe też, że jest na coś uczulony. Wspomniał, że dzień przed wystąpieniem pierwszych objawów zjadł w barze przy plaży pieczone ziemniaki z sosem czosnkowym, dużą porcję smażonej ryby i smażone kalmary. Wśród swoich hipotez wymienił też chorobę weneryczną, którą mógł się zarazić podczas jednej z wizyt w miejscowym burdelu, a na koniec nowotwór. Co ja bym zrobił na jego miejscu. Zaproponowałem, żeby pojechał na ostry dyżur. Odpowiedział ze wzrokiem zbitego psa, że się boi.

Potem, kiedy jedliśmy śniadanie, a Pepa leżała spokojnie pod stołem, zapytał mnie, czy wciąż chcę wykonać swój plan. Zanim odpowiedziałem, spojrzałem mu głęboko w oczy. Nie znoszę żartów na ten temat i on o tym wie. Wydało mi się jednak, że nie ma zamiaru się ze mnie nabijać, więc odparłem, że tak, oczywiście w przeciwieństwie do niego, bo on najwyraźniej kurczowo trzyma się życia.

"Wszystko zależy od tego, czym jest dziura w moim udzie. Diagnoza, że to coś złego, i już po mnie".

28

Dawno nie spacerowałem nad brzegiem sztucznego jeziora Valmayor. Wspominam, jak jeździliśmy tam na piknik z Amalią i naszym synem, który pewnego dnia, mając cztery lata, prawie się utopił. Amalia zdążyła go wyciągnąć, kiedy zniknął już pod powierzchnią wody. Nawet tego nie zauważyłem, za co, delikatnie mówiąc, spotkała mnie jedna z największych lawin wyrzutów w mojej niezbyt chwalebnej małżeńskiej historii.

Wreszcie czyste powietrze, zapach wsi, znośna temperatura i niebo przysłonięte pojedynczymi chmurami. Widok Pepy biegającej po piasku za gumową piłką, którą jej rzucałem, przepełniał mnie radością. Psy nie potrafią dawkować sił. Przynosiła mi piłkę, aż w końcu ze zmęczenia rozłożyła się na ziemi z walącym sercem. Usiadłem w cieniu drzewa, dając jej czas na odpoczynek. Wywaliła język i z piłką między przednimi łapami ciężko oddychała. Wokół nas słychać było koncert orkiestry cykad.

Ponieważ głód zaczynał coraz bardziej dawać mi się we znaki, a nie zabrałem z domu prowiantu, ruszyłem do Valdemorillo, gdzie znajduje się plac, który wydał mi się idealny do zaplanowanego eksperymentu, będącego głównym powodem tej wycieczki. Pośrodku tego placu, zwanego placem Konstytucji, stoi piękna, pięcioramienna latarnia. Obok jest ławka, na której położyłem dyskretnie dwa tomy Historii filozofii Johannesa Hirschbergera. Nie przesadzę, jeśli powiem, że dzieło to miało dla mnie fundamentalne znaczenie, po pierwsze dlatego, że w czasach studenckich posłużyło mi za punkt wyjścia do zagłębienia się w umysłowy mętlik wielkich myślicieli, a po drugie, świętej pamięci pan Hirschberger wyręczał mnie dzięki swojemu obszernemu studium w przygotowywaniu lekcji w liceum, zwłaszcza w pierwszych latach mojej pracy jako nauczyciela. Jakże często powtarzałem przed młodzieżą, która uczyła się do matury, po prostu to, co przeczytałem poprzedniego dnia w dziełach Hirschbergera! Z czasem zacząłem dodawać do informacji przekazywanych w szkolnym podręczniku dalsze owoce moich lektur, a nawet własne przemyślenia - zawsze opierałem je jednak na Historii filozofii. Oba tomy w biało-niebieskich okładkach były dla mnie nieocenioną pomocą i rozstanie z nimi okazało się bolesnym doświadczeniem. Dotarłszy do Valdemorillo, nie byłem jeszcze pewien, czy znajdę w sobie odwagę, żeby przeprowadzić ten eksperyment. Zdecydowałem bowiem, że będę pozbywał się stopniowo swoich rzeczy, w tym mojego ukochanego i niemałego księgozbioru. Dzisiaj na placu w Valdemorillo dokonałem pierwszej próby. Zrobiłem to z bólem serca, bo porzucenie dwóch tomów Hirschbergera było dla mnie porównywalne z wycięciem dwóch żeber bez znieczulenia.

Krótko mówiąc, usiadłem z Pepą u boku w cieniu markizy w ogródku baru-restauracji Kłos, skąd nie mogłem dostrzec książek, ale widziałem ławkę, na której je położyłem. Zegar ratusza pokazywał kilka minut po drugiej. Na placu nie było nikogo. Kończyłem obiad, kiedy dwoje dzieci zbliżyło się do ławki, nie zwracając uwagi na książki. Po chwili młoda kobieta, która przyszła po maluchy, przekartkowała pobieżnie jeden z tomów, po czym odłożyła go tam, gdzie wcześniej leżał. Zamówiłem kawę i kieliszek nalewki na trawienie, po czym powiedziałem sobie: "Jeśli w ciągu najbliższych dwudziestu minut nikt nie zabierze książek, uznam eksperyment za nieudany i Historia filozofii Johannesa Hirschbergera wróci ze mną i Pepą do domu". Wkrótce jednak na placu dostrzegłem starszego mężczyznę, przyjrzał się uważnie książkom i nie szukając ich ewentualnego właściciela, włożył je do koszyka swojego chodzika i ruszył równie niespiesznie, jak przyszedł. Kim był ten staruszek? Żałuję, że do niego nie zagadałem, a przy okazji nie uciąłem sobie filozoficznej pogawędki.

29

Zaproponowałem, że popilnuję dziecka, gdy ona będzie się opalać na ręczniku. Mój gest dobrej woli nie został wzięty pod uwagę w czasie późniejszej awantury. W żadnym momencie nie zaprzeczyłem swojej odpowiedzialności za syna, który miał wtedy cztery lata. Kiedy dotarliśmy na miejsce, ustawiona przy brzegu tablica przypominała nam, że wchodzenie do jeziora jest zabronione. Nie mieliśmy zamiaru się kąpać. Pragnęliśmy po prostu spędzić niedzielę na łonie natury, pooddychać wiejskim powietrzem, zjeść na kocu posiłek, który przygotowaliśmy rano w domu, i pozwolić naszemu synowi pobawić się z dala od miejskich niebezpieczeństw. Chcieliśmy, żeby Nikita już od dziecka potrafił rozpoznawać gatunki ptaków, nauczył się nazw konkretnych owadów, roślin i ukształtowania terenu, co jest trudne, jeśli mieszka się w mieście. Amalię i mnie łączyło pragnienie zapewnienia mu jak najlepszego wykształcenia, a jednocześnie zgodne zaślepienie co do jego zdolności intelektualnych.

Było ciepło i obaj świetnie się bawiliśmy, kopiąc plastikową łopatką dołki na brzegu. Po dłuższej chwili znudził się tym i ja też. Usiedliśmy w cieniu. Nikita grzebał w ziemi w poszukiwaniu mrówek, które następnie zabijał patykiem. Ja poprawiałem klasówki, dopingowany zamiarem, żeby mieć z głowy tę niewdzięczną pracę po powrocie do domu wieczorem, i od czasu do czasu unosiłem wzrok, by sprawdzić, gdzie jest syn - miał na sobie kąpielówki i śmieszną czerwoną czapkę - i na czym skupia swoją ciekawość oraz energię. Pochłonięty pracą nie zauważyłem, kiedy poszedł do brzegu. Nagle zaskoczył mnie krzyk Amalii, która jednym susem znalazła się w wodzie. Ponieważ początkowo nie rozumiałem powodu jej panicznego zachowania, przeszło mi tylko przez myśl, że złamała zakaz kąpieli. Wtedy zobaczyłem, że zanurza ręce w miejscu, gdzie woda sięga jej do bioder, i wyciąga Nikitę. Chłopiec otworzył usta, rozpaczliwie próbując zaczerpnąć powietrza, po czym, już w ramionach swojej wybawczyni, zwymiotował całą zawartość żołądka i kaszlał przez następnych kilka minut. Amalia, sztywna i wściekła, zażądała, żebyśmy natychmiast wrócili do domu.

Po drodze zakwestionowała moją zdolność do bycia dobrym ojcem dla jej syna. Nie naszego syna. Jej syna, Amalii, tego, którego nosiła w łonie i urodziła w bólach, a któremu ja prawie pozwoliłem umrzeć. Poczułem się jak ugodzony nożem. Nie jestem agresywnym człowiekiem. Nigdy nie byłem. Tata taki był, ale nie ja. Wtedy w samochodzie wydawało mi się, że rozumiem, dlaczego mój ojciec czasem pozwalał się ponieść gniewowi. Przyznaję, że musiałem się powstrzymać, żeby nie uderzyć Amalii pięścią w twarz. Wyobraziłem sobie, jak to robię, ujrzałem ją w myślach plującą zębami i krwią i owładnięty nagłym strachem - strachem, że nagle zmienię się w swojego ojca - zacisnąłem ręce na kierownicy. Przypuszczam, że Amalia nie zauważyła, że zostałem schwytany w wir potwornych obrazów, bo dalej strzelała we mnie wyrzutami karygodnego kalibru.

Nie wiem, czy kiedykolwiek przeczytasz to, co napisałem, Amalio. Jeśli tak, to oznacza, że umarłem. Wiedz, że bardzo mnie zraniłaś. Jeśli taki był twój zamiar, to gratuluję. Uznaję twoje zwycięstwo, chociaż wątpię, żeby ci się do czegoś przydało.

31

Nigdy nie byłem człowiekiem skłonnym do wynurzeń. Te codzienne zapiski są czym innym. Dzięki nim mogę się zwierzać do woli, bo nie piszę do konkretnej osoby. Przyznam, że nie znam przyczyny mojej niechęci do otwierania się przed innymi. Może wynika ona z tego, że od dziecka przywykłem żyć jakby w defensywie. Albo że w głębi duszy czuję lęk przed wyśmianiem i odrzuceniem.

Robię tylko sporadyczne wyjątki w stosunku do Kulasa, zapewne kierując się chęcią przynajmniej częściowego odwzajemnienia jego otwartości. Nawet w najlepszych czasach związku z Amalią nie zwierzałem się jej bardziej, niż wymagają tego małżeńska uczciwość i rozsądek, żeby nie osądzała wszystkiego, co jej powiem, albo dlatego, że podczas naszych częstych kłótni miała paskudny zwyczaj wykorzystywania przeciwko mnie rzeczy, które jej wcześniej wyznałem, i dyskredytowania w ten sposób moich intymnych spraw, a wręcz z nich szydzenia.

Z Kulasem jest zupełnie inaczej. Mój przyjaciel nie uważa się za służbistę pilnującego dyscypliny ani nie próbuje zmienić nikogo na lepsze. Poza tym nigdy by nikomu nie wyjawił czyichś tajemnic. Dlatego wzbudza we mnie zaufanie, jakiego nie czuję do nikogo innego. Przyjmuję za pewnik, że będzie milczał jak kamień. I myślę, że on przypisuje mi tę samą dyskrecję, dlatego co jakiś czas zdradza mi swoje sekrety. Niektóre z nich są powalająco niemoralne, inne niekiedy wywołują w nim silne poczucie winy albo prowadzą go do trudno rozwiązywalnych konfliktów, więc nierzadko pyta mnie, co sądzę na temat danej kwestii. Ja nie posuwam się aż tak daleko. Mam wewnętrzne filtry, które na bieżąco wybierają, co powinno wyjść z moich ust, a co lepiej przemilczeć, ale mimo to nikt nie wie o moim życiu i przemyśleniach tyle co on.

Bardzo sobie cenię łączącą nas przyjaźń. Wolę ją od miłości, która - wspaniała na początku - jest pracochłonna i po pewnym czasie nie daję sobie z nią rady, więc staje się dla mnie męcząca. Natomiast przyjaźni nigdy nie mam dość. Ona napawa mnie spokojem. Ja mówię Kulasowi, żeby poszedł do diabła, on każe mi się odpieprzyć, a nasza przyjaźń ani trochę ma tym nie cierpi. Nie musimy się z niczego rozliczać, być w stałym kontakcie ani mówić sobie nawzajem, jak bardzo się cenimy. Miłość wymaga licznych środków ostrożności. W miłości zawsze wlokłem się z wywieszonym językiem, starając się utrzymać intensywność uczucia, obsesyjnie próbując nie zawieść oczekiwań ukochanej osoby, bojąc się, że w końcu cały wysiłek i nadzieje pójdą na marne. I rzeczywiście tak było.