Wstęp
Kiedy pieniądz danego kraju nie daje już poczucia bezpieczeństwa, a inflacja zaczyna budzić w całym społeczeństwie obawy, jest naturalne, że szuka się informacji i wskazówek w historii innych narodów, które mają już za sobą to niezwykle tragiczne i przykre doświadczenie. Jeżeli jednak przejrzy się obszerną literaturę różnego rodzaju - ekonomiczną, wojskową, społeczną, historyczną, polityczną i biograficzną - traktującą o losach pokonanych państw centralnych po pierwszej wojnie światowej, odkrywa się pewien szczególny brak. Albo analizy ekonomiczne tamtych czasów (z powodów najlepiej znanych specjalistom, którzy czasami sądzą, że procesy inflacyjne są zamierzonym wynikiem polityki fiskalnej) pomijają element ludzki, nie mówiąc już - w przypadku Republiki Weimarskiej i porewolucyjnej Austrii - o czynnikach militarnych i politycznych; albo też autorzy relacji historycznych, mimo imponującej erudycji i wnikliwości, nie dostrzegają lub co najmniej poważnie nie doceniają inflacji jako jednej z najpotężniejszych przyczyn opisywanych wstrząsów.
Relacje z pierwszej ręki natomiast, choć nieocenione dla ujęcia czysto ludzkiego aspektu inflacji, zwykle przedstawiają, nawet w antologiach, zbyt wąski punkt widzenia - bitwa widziana z jednego leju po bombie może wyglądać całkiem inaczej niż z innego - albo też zawierają tak ogólny opis tego zadziwiającego spektaklu finansowego z 1923 roku, że umniejszają znaczenie wielu lat nieszczęść, których był on zarówno kulminacją, jak i zwiastunem.
Męka inflacji, nawet bardzo rozciągnięta w czasie, trochę przypomina ostry ból - całkowicie absorbuje i domaga się pełnej uwagi, kiedy trwa, jednak gdy już minie, szybko idzie w zapomnienie, bez względu na to, jak głębokie blizny psychiczne i fizyczne pozostawia po sobie. Być może to właśnie tłumaczy, dlaczego niezwykły epizod weimarskiej inflacji został oderwany od tak wielu współczesnych jej wydarzeń. A przecież zważywszy na to, jak uporczywa, długotrwała i straszna okazała się ta inflacja i jak fatalne miała konsekwencje, wydawałoby się, że żadne badanie tamtego okresu nie może być pełne bez ciągłego odnoszenia się do tej najbardziej wówczas dręczącej okoliczności.
Ta zależność działa też w drugą stronę. Pomijając najbardziej elementarny poziom rozpraw ekonomicznych lub osobistych wspomnień - jak można uczciwie opisać niemiecką inflację bez uwzględnienia kontekstu wywrotowej działalności nacjonalistów i komunistów, wrzenia w wojsku, sporu z Francją, problemu z reparacjami wojennymi i równoległych hiperinflacji w Austrii i na Węgrzech? Jak można oszacować polityczne znaczenie inflacji lub ocenić okoliczności, w których zakorzenia się ona w uprzemysłowionej demokracji i wymyka się spod kontroli, jeżeli jej przebiegu nie zestawi się z wydarzeniami politycznymi w tym samym czasie?
Niemcy w 1923 roku były w równej mierze krajem Ludendorffa i Stinnesa, Havensteina i Hitlera. Pomimo, że reprezentowali różne światy - wojska, przemysłu, finansów i polityki - te cztery groteskowe postaci, rozpychające się na niemieckiej scenie, można by przedstawić jako czarne charaktery w odgrywanej wówczas sztuce: Ludendorff, bezduszny, ponury generał, wyznawca Thora i Odyna, łącznik, a potem ofiara sił reakcji; Stinnes, plutokrata i spekulant, wierny tylko mamonie; Havenstein, szalony bankier, którego jedynym celem było zasypanie kraju banknotami; Hitler, żądny władzy demagog, którego każde przemówienie i działanie już wtedy budziło wszystko, co najgorsze w naturze ludzkiej. Tylko w przypadku Havensteina ten opis jest oczywiście niesprawiedliwy, jednak fakt, iż ten wielki autorytet w kręgach finansowych był zdrów na umyśle, nie zmniejsza szkód, jakie wyrządził.
Można by też jednak powiedzieć, że to nie ludzie zawinili, że biorąc pod uwagę warunki ekonomiczne i polityczne, zawsze znaleźliby się aktorzy do odegrania ról podyktowanych przez okoliczności. Z pewnością było wielu innych postępujących równie nagannie i nieodpowiedzialnie, jak ci, którzy grali pierwsze skrzypce. Ofiarami stali się Niemcy. Jak to ujął jeden ze świadków tamtych zdarzeń: byli zdezorientowani i oszołomieni inflacją. Nie rozumieli, jak mogło im się to przydarzyć i kim jest wróg, który ich pokonał.
W książce tej przedstawiam zarówno fakty nowe, jak i te zapomniane, a także przytaczam wiele wcześniej niepublikowanych opinii - szczególnie wartościowe są głosy ludzi, którzy mogli oceniać zdarzenia obiektywnie, ponieważ ich portfele, zdrowie i bezpieczeństwo nie zależały od tego, czego byli świadkami. Najwięcej takich materiałów zawierają archiwa brytyjskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych - dostarczała ich ambasada w Berlinie, gdzie lord D'Abernon prowadził jedną z najlepszych misji dyplomatycznych tamtej epoki. Jego informacje były obszernie uzupełniane przez służby konsularne w każdym znaczącym mieście w Niemczech oraz przez sprawozdania poszczególnych członków alianckich komisji zajmujących się reparacjami lub rozbrojeniem. Dokumenty w brytyjskim archiwum Public Record Office oprócz tego, że należą do najbardziej dostępnych, są też prawdopodobnie najważniejszym źródłem - nie tylko dlatego, że ambasada brytyjska dzięki D'Abernonowi była cały czas w wyjątkowo bliskim kontakcie z politykami najwyższego szczebla w Niemczech, ale też dlatego, że wycofanie się Stanów Zjednoczonych na początku 1923 roku i jeszcze wcześniejsze niemal całkowite zerwanie komunikacji między Berlinem a Paryżem sprawiło, iż informacje o porównywalnej wartości stały się sporadyczne lub powierzchowne. Nie wahałem się czerpać z tych dokumentów - uzupełnionych o materiały niemieckie z epoki - w tak wielkim stopniu, jak wydawało się to uzasadnione.
Jak dalece to możliwe, starałem się opisywać poszczególne działania, reakcje i interakcje we właściwej, historycznej kolejności, mając nadzieję, że ten, być może oczywisty, porządek chronologiczny będzie w tym przypadku zarówno czymś nowym, jak i pouczającym i lepiej odsłoni szereg ważnych, a rzadko zauważanych związków. Relacjonując tę historię, śledziłem pewien szczególny wątek - czasami trzymałem się go z ponurą determinacją - który przewijał się też w kontekście Austrii, Węgier, Rosji, Polski i Francji. Z tym wątkiem najwyższe władze zdawały się czasami tracić kontakt - chodzi o efekt, jaki inflacja wywierała na ludzi jako jednostki i narody oraz o ich reakcje na nią.
Nie śmiałem jednak na podstawie opisanych okoliczności wyciągać szybkich i twardych wniosków na temat kondycji ludzkiej i inflacji; niech fakty mówią same za siebie. Nie udzielałem też lekcji ekonomicznych ani teoretycznych wyjaśnień zjawisk gospodarczych. To zdecydowanie nie jest studium ekonomiczne. Inflacja dotyczy jednak w równym stopniu pieniędzy, co ludzi, więc nie dałoby się opowiedzieć tej historii bez przywoływania liczb, czasami ogromnych. Dręczyły one ludzi z Europy Środkowej przez całe lata, aż w końcu nie mogli ich już znieść. W latach 1922 i 1923 wszyscy myśleli o wartości marki, ale kto mógł pojąć liczbę z kilkunastoma zerami?
W październiku 1923 roku w ambasadzie brytyjskiej w Berlinie zauważono, że liczba marek potrzebnych do zakupu jednego funta jest równa liczbie wyrażającej w jardach odległość do Słońca. Dr Hjalmar Schacht, komisarz walutowy Niemiec, wyjaśniał, że pod koniec pierwszej wojny światowej teoretycznie można byłoby kupić 500 mld jajek za tę samą cenę, za którą pięć lat później można było dostać już tylko jedno. Po powrocie stabilizacji suma marek papierowych potrzebnych do zakupu jednej marki w złocie wynosiła dokładnie tyle, ile milimetrów kwadratowych mieści się w kilometrze kwadratowym. Jest bardzo wątpliwe, by takie kalkulacje pomogły komukolwiek zrozumieć, co się dzieje - niech więc czytelnicy bez uzdolnień matematycznych nabiorą otuchy.
Niełatwo było znaleźć wystarczająco dużo prostych określeń, aby bez powtórzeń opisać tę nieustającą serię nieszczęść, które spadały na naród niemiecki w tamtym czasie. Trudność tę zauważył i odnotował w 1932 roku David Lloyd George, stwierdzając, że słowa takie jak "katastrofa", "ruina" czy "kataklizm" spowszedniały tak bardzo, iż przestały wywoływać jakiekolwiek uczucie lęku. Sam wyraz "katastrofa" się zdewaluował - w dokumentach używano go rok po roku, aby opisać sytuacje nieporównywalnie poważniejsze niż poprzednio. Gdy marka ostatecznie upadła i wszystko znajdowało się w ruinie, nadal byli Niemcy, którzy przewidywali Katastrophe.
Dlatego starałem się ograniczyć w tekście liczbę "katastrof", "krachów", "kataklizmów", "upadków" i "załamań", a także prób stopniowania kryzysu i chaosu, do dającej się strawić ilości, do której czytelnik może sobie dodać w wyobraźni tyle, ile mu podpowiada współczucie.
W jednej sprawie czytelnik musi działać niezależnie. Często trzeba było podawać równowartość w funtach lub dolarach kwot wyrażonych w markach z lat dwudziestych XX wieku, aby pokazać skalę deprecjacji niemieckiej waluty. Stały proces inflacji we wszystkich krajach zachodnich sprawia, że przerachowanie tych sum na dzisiejsze wartości jest niewdzięcznym zajęciem. Przeliczając niskie kwoty, trzymałem się starego systemu angielskiego ("?sd"), w którym 12 pensów daje jednego szylinga, a 20 szylingów składa się na jednego funta. Po upływie tak długiego czasu porównania kosztów życia są dosyć jałowe; jednak może warto wiedzieć - aby mieć jakieś odniesienie - że funt szterling z lat dwudziestych był wart piętnastokrotnie więcej niż w połowie 1975 roku. Zatem płaca wynosząca 200 funtów w 1919 roku odpowiada dzisiejszym 3 tys. funtów[1]; dziesięć ówczesnych szylingów to obecnie około siedmiu-ośmiu funtów. W przypadku dolarów wystarczy pomnożyć ówczesne sumy sześć do ośmiu razy. Jeżeli jedna marka z 1913 roku odpowiadałaby towarom i usługom wartym jednego funta w 1975 roku (niektóre rzeczy stały się oczywiście znacznie droższe, inne - takie jak praca - tańsze niż dzisiaj), to proste przeliczenie, choć jedynie przybliżone, dostępne czytelnikom posługującym się na co dzień funtami, zmusza do wyobrażenia sobie - z rozbawieniem lub przerażeniem - że za znaczek pocztowy musieliby zapłacić 148 mln funtów.
Nie ma praktycznej zasady, która podpowiadałaby, jak sobie radzić w ostatnich stadiach inflacji. Do jesieni 1921 roku wewnętrzna deprecjacja marki pozostawała czasem daleko w tyle za spadkiem wartości tej waluty za granicą - dlatego Niemcy stały się prawdziwym rajem dla turystów. Później (od początku 1922 roku), gdy społeczne zaufanie do marki całkiem zanikło, ceny krajowe dostosowały się nagle do kursu dolara, a pod koniec nawet znacznie wyprzedzały upadek marki. Było to kolejne w tamtych czasach zjawisko, które fatalnie skomplikowało problem, a potem przez wiele lat budziło zainteresowanie ekonomistów.
Jest to, jak sądzę, opowieść z morałem. Dowodzi prawdziwości rewolucyjnej tezy, że jeżeli chce się zniszczyć jakiś kraj, to trzeba najpierw zepsuć jego walutę. Zdrowy pieniądz musi być zatem pierwszym bastionem obrony każdego społeczeństwa.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki