Kiedy musisz się bronić. Naucz się ochronić siebie i bliskich w sytuacjach zagrożenia - Tim Larkin

-
Proszę czekać

Wprowadzenie. Początki

Wprowadzenie

POCZĄTKI

Przemoc rzadko bywa rozwiązaniem, ale jeśli już zdarzy się, że stanowi wyjście z jakiejś sytuacji, często jest jedynym wyjściem.

Jako społeczeństwo skupiliśmy się prawie wyłącznie na pierwszej części powyższego zdania. Nie chcemy przyznać, że czasami przemoc jest konieczna - wolimy sądzić, że nie jest konieczna nigdy - zatem ostatnimi czasy za punkt honoru obraliśmy sobie wskazanie tych wszystkich sytuacji, gdy nie trzeba jej stosować. Niewątpliwie często to prawda, a my nabraliśmy wielkiej wprawy w tłumaczeniu tego każdemu, kto zechce nas słuchać. Potrafimy świetnie działać na rzecz zaniechania przemocy, a jeszcze lepiej wychodzi nam zaprzeczanie, że niekiedy dochodzi do sytuacji, w których przemoc faktycznie okazuje się jedynym rozwiązaniem. Spychamy takie zdarzenia na margines i postrzegamy je jako domenę przestępców i stróżów prawa. Nie tylko przekonaliśmy sami siebie, że taka wizja świata jest prawdziwa, ale wpajamy ją dzieciom jak prawdę objawioną, otaczając młode pokolenie kolejnymi warstwami ochrony i zabezpieczeń, żeby tylko zwiększyć wiarygodność naszej wizji. Niestety, nie mamy racji. Stworzyliśmy społeczeństwo, w którym ślepy prowadzi kulawego.

Zamierzam za pomocą tej książki otworzyć ci oczy.

Jestem ekspertem od przemocy. Wiem, czym ona jest, jak działa, kiedy ją stosować, a kiedy unikać. Znam się na niej świetnie i przez ostatnie dwadzieścia pięć lat doradzałem, trenowałem i uczyłem dziesiątki tysięcy mężczyzn i kobiet z całego świata. Poznałem ich wszystkich - bogatych i biednych, wielkich i małych, delikatnych i silnych, wojskowych i cywilów. Każdy z moich uczniów ma swoją wyjątkową historię, ale siedemdziesiąt procent z nich łączy jedno: zaczęli szukać pomocy po tym, jak zostali ofiarą przemocy.

Siedemdziesiąt procent.

Zastanów się nad tym chwilę. Oznacza to, że w grupie dwudziestu osób czternaście przeżyło wskutek przemocy traumę fizyczną i psychiczną. Jest w tym gronie czternaście ofiar. Pozostała szóstka prawdopodobnie zna kogoś, kto niedawno doznał przemocy, i to pchnęło ich do działania.

W moim zawodzie stosunkowo rzadko zdarza się mieć ucznia, który nie przychodzi z bagażem doświadczeń, ale przyjmuje aktywną postawę i pragnie przygotować się na wypadek przykrych sytuacji. Fakt, że takie przypadki zdarzają się sporadycznie, jest jednym z najbardziej frustrujących, a jednocześnie jednym z najbardziej zrozumiałych aspektów mojej pracy. Któż zaprząta sobie głowę reagowaniem na przemoc, jeśli nie musi tego robić? Lęk przed starciem z kimś większym, silniejszym i szybszym, kto pragnie wyrządzić nam wielką krzywdę, jest typową obawą wszystkich ludzi. To zupełnie naturalne, że gdy brakuje nam umiejętności oraz wiedzy, jak skutecznie działać w obronie własnej i swoich bliskich, staramy się wyprzeć ze świadomości tego rodzaju strach. Zamiast tego żywimy nadzieję, że nasze obawy nigdy się nie ziszczą, i próbujemy je zracjonalizować: "Nie powinienem się tym przejmować. Mieszkam w porządnej dzielnicy, a moi znajomi to dobrzy ludzie. Sam jestem dobry. Te rzeczy nie przytrafiają się takim osobom jak ja". Przykro mi, ale się mylisz.

Pomijając to, jak niebezpieczna jest taka niefrasobliwość (jej przyczynę wyjaśnię szczegółowo później), nadzieja czy racjonalizowanie w bardzo niewielkim stopniu faktycznie przyczyniają się do zmniejszenia strachu. Myślenie życzeniowe tylko go szufladkuje i wypiera, a i to na krótko. Jeśli jesteś kobietą, lęk może się ujawnić, kiedy nieznajomy mężczyzna wsiądzie z tobą do windy na podziemnym parkingu. Jeśli jesteś mężczyzną, może się pojawić w sytuacji, gdy na spotkaniu z kolegami jeden z nich zacznie zachowywać się wobec ciebie szczególnie agresywnie. W takich sytuacjach należy zadać sobie następujące pytanie: co leży u podstaw tych obaw?

Z mojego doświadczenia wynika, że istotą owego strachu jest przeświadczenie, że gdyby ktoś stał się dla ciebie fizycznym zagrożeniem - szczególnie jeśli wydaje się większy, silniejszy czy szybszy od ciebie - nie masz żadnych narzędzi, by sobie poradzić. Okażesz się bezbronny. Będziesz miał kłopoty.

Liczę na to, że dzięki tej książce pozbędziesz się uczucia bezbronności i bezradności. Na szczęście dla większości z nas przemoc nie jest codziennością, a zjawiskiem niezwykle rzadkim, a szanse, że zetkniemy się z nią - i jej konsekwencjami - są niewielkie. Wiele osób przez całe swoje życie nie zazna poważnej przemocy, ale ci, których ona spotka, doświadczą jej mocy bezpośrednio, a coś takiego drastycznie zmienia życie lub nawet może je zakończyć. Wystarczy jedno takie doświadczenie.

Wiem, że myślenie o podobnych sprawach jest nieprzyjemne. Musisz jednak pogodzić się z faktem, że pewnego dnia ktoś może cię zaatakować i przejąć nad tobą fizyczną kontrolę. Ryzyko, że coś takiego się nam przydarzy, jest całkiem realne, jako że tak właśnie się dzieje od zarania dziejów. Zapytaj dowolną ofiarę przemocy, z którą pracowałem lub którą trenowałem.

Kiedy mowa o innych rzadkich zdarzeniach mogących mieć destrukcyjny wpływ na nasze życie, nie wahamy się dobrze do nich przygotować. Mamy gaśnice, zestawy przetrwania w sytuacjach klęsk żywiołowych, ubezpieczenia samochodów, zdrowia, powodziowe lub na życie, ponieważ wiemy, że są na tym świecie rzeczy, nad którymi nie panujemy, a odpowiednie przygotowanie daje nam pewność, że jeśli się nam przydarzą, damy sobie radę.

Dlaczego więc tak niewielu z nas ma plan działania na wypadek spotkania z nieoczekiwaną przemocą? Z jakiegoś powodu postrzegamy trening samoobrony jako heroiczny wysiłek zarezerwowany dla ludzi najsprawniejszych fizycznie i z niego rezygnujemy. To oznacza, że występują tylko dwie główne grupy, które zgłębiają temat przemocy i przygotowują się na nią. Jedna z nich to złoczyńcy, "drapieżniki" (opowiem o nich później). Drugą zaś stanowią zawodowcy zajmujący się chronieniem innych, tacy jak policjanci i żołnierze. Wielu ludzi zadowala się myślą, że w razie potrzeby ochronią ich profesjonaliści. A jednak opieranie wszelkiej nadziei na przekonaniu, że jeden ze wspomnianych zawodowców znajdzie się w odpowiednim miejscu i czasie, gdy twoje życie będzie zagrożone, to jak wyrzucanie gaśnicy w nadziei, że w razie pożaru wóz strażacki będzie właśnie przejeżdżał obok twojego domu.

Nie chcę tak żyć, a jeśli też tego nie chcesz, to ta książka jest właśnie dla ciebie.

Rzecz jasna wolałbym, żebyś nigdy nie spotkał się z przemocą. Nie zawsze jednak jesteśmy w stanie się przed nią ustrzec. Nigdy nie zależy to wyłącznie od nas, ponieważ przemoc nie oszczędza nikogo. Przekracza wszelkie linie podziałów demograficznych: rasę, płeć, orientację seksualną, religię, narodowość, pozycję socjoekonomiczną. Nie chronią przed nią żadne przywileje czy status społeczny, nie ma sposobu, by się jej wymknąć, kiedy już ktoś obierze cię za cel. Możesz jedynie wybrać, czy będziesz na nią gotowy. Uważam, że najmądrzejsze, co możemy zrobić, to przygotować się na zdarzenia, w których nigdy w życiu nie chcielibyśmy uczestniczyć. Rozwiać własne obawy można nie przez zaprzeczanie i myślenie życzeniowe, ale dzięki wiedzy, przygotowaniu i pewności siebie.

Za pomocą tej książki chciałbym uzbroić cię we wszystkie trzy wspomniane wartości, zmieniając twój sposób myślenia o przemocy. Chciałbym, byś był jedną z tych sześciu osób z mojej grupy, które gotowe są czerpać naukę z cudzego nieszczęścia, nie dlatego, że mają na to ochotę, ale z tego powodu, że czują taką potrzebę. Świadomość, czym jest przemoc, przygotowanie umysłu na konieczność uniknięcia lub zastosowania przemocy i rozwinięcie silnego przekonania, że będziesz potrafił jej użyć, kiedy zajdzie taka potrzeba, to życiowe umiejętności, które przez wiele lat lekceważyliśmy. Czas to zmienić.

MOJA KARIERA W NAVY SEALS SKOŃCZYŁA SIĘ, ZANIM SIĘ NA DOBRE ZACZĘŁA

Dorastałem, marząc o byciu niezwyciężonym. Byłem dzieckiem z wojskowej rodziny i odkąd sięgam pamięcią, bardzo pragnąłem dołączyć do oddziału Navy SEALs. Niedługo przed tym, jak zacząłem naukę w liceum, moja rodzina przeprowadziła się do Coronado w Kalifornii, gdzie znajdował się obóz treningowy "Fok", i zamieszkaliśmy na osiedlu marynarki tuż obok ich osławionego toru przeszkód. Pamiętam, jak z przejęciem obserwowałem żołnierzy zmagających się z trasą. Nie mogłem uwierzyć, że istnieje praca, w której płaci się za trenowanie, wylegiwanie na plaży, nurkowanie, strzelanie z broni automatycznej, wyskakiwanie z samolotu i wysadzanie wszystkiego w powietrze.

Kolejne dziesięć lat poświęciłem, by dowiedzieć się jak najwięcej o Navy SEALs. Zanim skończyłem liceum, wiedziałem już wszystko o treningach "Fok". Wiedziałem, jak przygotować się do szkolenia, gdzie w trakcie sesji treningowych ukryć jedzenie, do których grup przystąpić. Na studiach na Uniwersytecie Południowej Kalifornii odbyłem kurs dla rezerwistów, na którym bardzo starałem się dobrze wypaść. Po ukończeniu studiów wstąpiłem do marynarki wojennej i wysłano mnie na podstawowy kurs podwodnego wyburzania dla "Fok". Stałem się dokładnie takim gościem, przed jakim cię niedawno ostrzegłem - większym, szybszym i silniejszym od innych. Byłem jak maszyna, a z pomocą marynarki wojennej miałem stać się maszyną do zabijania.

Byłem nieustępliwy. W pierwszej fazie treningu raz za razem sprawiałem, że załoga mojej łodzi z powodzeniem wykonywała kolejne manewry. Wygraliśmy nawet Piekielny Tydzień - pięciodniowe zmagania wypełnione wyczerpaniem, bezsennymi nocami oraz fizyczną i psychiczną udręką, jakie zgotowano nam na koniec pierwszego etapu szkolenia, żeby przetrzebić nasze szeregi. Potem pozytywnie wyróżniałem się w każdym aspekcie treningu "Fok". Bez wątpienia byłem najlepszy w grupie. Zaczęliśmy w osiemdziesięciu, ale żaden z rywali nie był w stanie mi dorównać.

Na jakieś dwa tygodnie przed zakończeniem szkolenia, w ostatniej jego fazie, wysłano nas na bardzo prostą misję nurkową - mieliśmy ćwiczyć mocowanie materiałów wybuchowych na obiekcie zanurzonym pod wodą. Tego dnia dokuczała mi lekka infekcja zatok, ale nie przejmowałem się nią zbytnio i bez wahania zanurkowałem. Czułem ciśnienie w uszach, ale zmusiłem się do głębszego zanurzenia w wody Oceanu Spokojnego, żeby wykonać zadanie. Wszystko szło zgodnie z planem - dobrze mi się płynęło i odnalazłem obiekt - ale kiedy mocowałem materiały wybuchowe, podwodna fala uderzyła mnie w bok głowy (pod wodą też są fale, tak jak na powierzchni). Siła fali wraz z dotychczasowym parciem ciśnienia na moje ciało sprawiła, że pękła mi błona bębenkowa w uchu. Poczułem nagłe zimno, wędrujące w górę głowy, jakby strumień zimnej wody uderzył mnie prosto w mózg. Następnie zaś z kanału półkolistego ucha wypłynęła mi ciepła ciecz. Dostałem zawrotów głowy i straciłem poczucie równowagi. Nie miałem pojęcia, gdzie jest góra, a gdzie dół. Jedynym moim ratunkiem okazała się lina pomocnicza, uwiązana do nadmuchiwanej łodzi, która znajdowała się na powierzchni nade mną. Z największym trudem zdołałem się wspiąć, a przez cały czas wspinaczki miałem wrażenie, że poruszam się pod kątem 45 stopni, i to w kierunku dna.

Kiedy dotarłem na powierzchnię, wciąż uderzałem głową o taflę wody, a kilkoro instruktorów z trudem wciągnęło mnie do łodzi. Z uszu leciała mi krew i trząsłem się jak galareta. Szybko ocenili mój stan i zanim dotarliśmy do brzegu, sytuacja została opanowana. Kiedy jednak w niespełna godzinę po urazie lekarze wojskowi zbadali mi ucho i oświadczyli, że nigdy nie będzie w pełni zdrowe, wiedziałem, że moja kariera w "Fokach" się skończyła. To nie mogło się udać.

To zdarzenie okazało się punktem zwrotnym w moim życiu. Po raz pierwszy doznałem prawdziwej kontuzji. Wcześniej zdarzyło mi się mocno oberwać i zostać zbitym z nóg, skręcić czy nadwerężyć to i owo, nieraz mocno ucierpiałem, ale nigdy dotąd fizyczny uraz nie pozbawił mnie wszelkich sił. Przez całe życie ćwiczyłem, aby stać się większym, szybszym i silniejszym od wszystkich, których napotykałem na swej drodze - pragnąłem być niezwyciężony - i nic z tego nie pomogło mi w chwili, gdy ciśnienie fali, której nadejścia nie zauważyłem, przerwało mi błonę, tak małą, że nie zdołałbym jej dostrzec. W efekcie straciłem jakąkolwiek kontrolę nad własnym ciałem. Prawie natychmiast dobitnie zdałem sobie sprawę z potęgi urazu. Niewielka zmiana ciśnienia wywołana przez nieoczekiwaną przeciwność losu rozłożyła mnie na łopatki. To doświadczenie - mimo że w owym czasie nie zdawałem sobie z tego w pełni sprawy - miało poprowadzić mnie na dalszej drodze kariery i stało się w efekcie centralną ideą niniejszej książki.

OD SŁUŻBY PUBLICZNEJ DO SEKTORA PRYWATNEGO

Kiedy odzyskałem zdrowie po wypadku, przeniosłem się do wywiadu jednostek specjalnych, aż w 1991 roku, niedługo po inwazji USA na Panamę, opuściłem marynarkę wojenną. W tym czasie, na skutek opisanego przeze mnie bolesnego doświadczenia, zdobyłem wszelką możliwą wiedzę na temat traumy, jakiej doświadczyć może ludzkie ciało - dowiedziałem się, jak działa, jak ją wywołać oraz jak jej uniknąć. W tamtym czasie lwia część wskazówek dotyczących samoobrony oraz taktyki bezpośredniej walki wręcz - zarówno w sferze cywilnej, jak i w wojsku - opierała się o obronę i wykorzystanie tego, czym ludzie się od siebie różnią. Jednakże uraz, który zakończył moją karierę w "Fokach", pomógł mi zrozumieć, że być może istnieje lepsze podejście: takie, które skupiałoby się na słabościach wspólnych dla wszystkich ludzi. W końcu określone części ciała zawsze są wrażliwe, bez względu na wzrost, szybkość czy siłę człowieka. Byłem żywym dowodem na to, że tak jest.

Jeśli chodzi o zrozumienie roli wrażliwych miejsc na ciele człowieka, największy wpływ wywarł na mnie prawdopodobnie jeden z moich nauczycieli, ekspert od walki wręcz i specjalnych technik wojennych, P.J., który znalazł sobie niszę w sektorze prywatnym, kiedy wydało się, że trenował "Foki" w walce wręcz. Kiedy zakończyłem czynną służbę w wojsku, P.J. zaproponował mi, bym pomógł mu przy szkoleniach organizowanych dla kilku ważnych klientów biznesowych - firm, których personel chciał nauczyć się wszystkiego, czego P.J. uczył "Foki". Po opuszczeniu marynarki wojennej postanowiłem zrobić sobie pół roku przerwy, więc przystałem na tę propozycję. Te sześć miesięcy szybko urosło do dziesięciu lat szkoleń firm z pierwszej setki w rankingu największych przedsiębiorstw, międzynarodowych instytucji pomocowych i oddziałów NATO na całym świecie. Był to prawdopodobnie jeden z najbardziej ekscytujących i otwierających oczy etapów mojego życia.

P.J. był zwolennikiem pozornie prostej idei treningu: jako że ciało podąża za nakazami umysłu, skuteczna walka polega wyłącznie na wyłączeniu najgroźniejszej broni wroga - jego mózgu. Odpowiednio poważny uraz pozbawia przeciwnika mocy, wyłącza mu umysł i niweczy wszelką przewagę siły, szybkości albo wielkości, jaką może nad tobą mieć. Mój wypadek przy nurkowaniu stanowi doskonały przykład opisanego zjawiska. Nie miało znaczenia, jak silny byłem: uraz ucha wewnętrznego pozbawił mnie poczucia równowagi i orientacji w przestrzeni, kazał również mojemu mózgowi zająć się doraźną traumą zadaną memu ciału, miast zaangażować te jego części, które chciałem kontrolować, by dokończyć manewr nurkowania i wypłynąć na powierzchnię. Byłem zupełnie bezradny i wystawiony na cios. A jeśli można za pomocą urazu kompletnie rozłożyć na łopatki kogoś takiego jak ja, kto nie tylko jest wielki, szybki i silny, ale i nieustraszony oraz całkowicie oddany wykonywanemu zadaniu, tak samo można rozprawić się ze wszystkimi innymi, którzy pozornie mają nad nami przewagę.

Na tym z grubsza polegało założenie weekendowego szkolenia, które prowadziłem dla grupy pracowników banków inwestycyjnych w Nowym Jorku, którzy często odbywali dalekie podróże. Najbardziej przejmowali się ryzykiem związanym z lotami międzynarodowymi i tym, jak obronić się przed napastnikami, którzy najprawdopodobniej okazaliby się uzbrojeni. Pokazałem im, co mogliby wnieść na pokład samolotu - oni sami, ale także porywacze - w tym nożyczki i nożyki. Szkolenie odbyło się 8 i 9 września 2001 roku i zostało w całości nagrane dla członów grupy, którzy nie mogli przybyć na miejsce. Odleciałem do domu w Las Vegas w poniedziałek wieczorem, 10 września. Wszyscy wiemy, co wydarzyło się następnego ranka.

Taśmy wideo z tamtego szkolenia - które odbyło się w miejscu zniszczonym przez gruz z padających wież World Trade Center - zapoczątkowały okres w mojej pracy zawodowej, który poświęciłem wyłącznie nauce samoobrony. Lekcje zawarte na tych filmach stały się podwaliną moich studiów nad przemocą, które tego dnia rozpoczęły się na dobre.

JAK DZIAŁA TA KSIĄŻKA

W kolejnych rozdziałach opowiem ci o przemocy. Poznasz historie kilkorga moich uczniów i klientów - niektórzy z nich wiedzieli, co zrobić, gdy ich życie zawisło na włosku, inni niestety nie. Nauczę cię tego, czego nauczyłem ich - zasad rządzących przemocą.

Przedstawię ci materiały dowodowe i dane na ich poparcie. Razem zbadamy pewne niewygodne prawdy i spróbujemy odczarować i zdemaskować niektóre popularne błędy w myśleniu o samoobronie. Moim celem jest zmienić sposób, w jaki myślisz o przemocy, tak byś był w stanie w pełni ją zrozumieć i ostatecznie uwolnić się z więzów bezradności i bezbronności. Pod koniec lektury będziesz już posiadał wiedzę potrzebną do zminimalizowania ryzyka zaistnienia przemocy w twoim życiu, przygotowania się na nią, jeśli jednak się pojawi, oraz pewność siebie, dzięki której powiedzie ci się w chwili, gdy okaże się to najbardziej potrzebne.

Choć będę cię uczył, jak myśleć o treningu1, nie będzie to kurs opisujący "krok po kroku", gdzie uderzyć i kopnąć, ani encyklopedia technik treningowych. Ta książka ma zakodować w twojej podświadomości zasady, jakimi rządzi się przemoc, i uczynić z twojego mózgu ukrytą, niezawodną broń.

Przez lata studiowania materiałów pojąłem prawdę, która stanowi jądro samoobrony, a więc i istotę mojego podejścia, wyłożonego w tej książce:

Techniki cię zabijają. Zasady ratują ci życie.

To jak w powiedzeniu "dasz człowiekowi rybę, a naje się na cały dzień, ale jeśli dasz mu wędkę, będzie syty przez całe życie". To samo tyczy się samoobrony. Jeśli z lektury nauczyłbyś się kilku technik, to pomogłyby ci one tylko w paru przypadkach. Jeżeli jednak nauczę cię zasad samoobrony i zmienię twój sposób myślenia o przemocy, to będziesz w stanie bez wahania sprostać każdej sytuacji.

Książka została podzielona na dziesięć rozdziałów, w których przyglądamy się przemocy we współczesnym świecie i uczymy wszystkiego, co potrzebne, by żyć swobodnie, bezpiecznie i z pewnością siebie.

Każda z dwóch części składa się z pięciu rozdziałów.

Część 1: Jak myśleć o przemocy - pomaga przyjąć pewne nieprzyjemne prawdy o naturze przemocy w kontekście samoobrony, rozwija odpowiednie nastawienie psychiczne oraz intencję, potrzebne do pełnego zaangażowania się w działanie z użyciem przemocy, po to by - kiedy pewnego dnia okaże się to konieczne - ocalić swoje życie. Słyszałeś może, jak nałogowcom mówi się, że pierwszym krokiem do zwalczenia nałogu jest przyznanie się do niego? Podobnie jest z przemocą. Dlatego to ważne, by zapoznać się z pewnymi ideami na początku lektury.

Część 2: Jak myśleć o stosowaniu przemocy - opisuje zasady treningu, które należy sobie przyswoić, by rozważyć różne możliwości treningowe i zastosować te najbardziej przydatne. Są to podstawowe zasady o charakterze fizycznym, a ich zrozumienie jest konieczne, by przygotować się na najgorsze i przeprowadzić skuteczne, planowe działania w sytuacji zagrożenia.

Idee zawarte w tej książce dadzą ci nieodzowny fundament do prawidłowego wyboru i wykorzystania psychicznych i fizycznych elementów samoobrony. Zrozumienie metody i zasad rządzących przemocą to jedyny sposób, by prawidłowo użyć jej w prawdziwym świecie. W toku lektury możesz odnieść wrażenie, że zostałeś wrzucony na głęboką wodę, ale szybko się odnajdziesz i z łatwością utrzymasz na powierzchni. Postawmy sprawę jasno: fakt, że zdobędziesz wiedzę w temacie przemocy, nie czyni cię "jednym z nich" - nie włącza cię w grono aspołecznych psychopatów, których pełno w świecie zdominowanym przez ślepą przemoc. W ramach badań prowadzonych na potrzeby tej książki rozmawiałem z wieloma z nich. Uwierz mi, że się do nich nie zaliczasz. Możesz mi też wierzyć, że nie jestem zwolennikiem przemocy, bez względu na to, jak bardzo niektóre sformułowania, z którymi zetkniesz się w trakcie czytania, mogą ci zmrozić krew w żyłach lub cię poruszyć. Szczerze uważam, że przemoc prawie nigdy nie jest właściwym rozwiązaniem. Kiedy jednak faktycznie jest, stanowi rozwiązanie jedyne i wszyscy musimy być na to przygotowani.

ZANIM ZACZNIEMY

W toku wywodu posługuję się męskimi zaimkami - "on", "jemu", "jego" - kiedy nie opowiadam konkretnej historii. Nie oznacza to, że brak mi szacunku dla kobiecej zdolności radzenia sobie w walce lub lekceważę zastraszające wskaźniki dotyczące ofiar określonych przestępstw z użyciem przemocy. Wśród moich najlepszych, najbardziej gorliwych i najodważniejszych uczniów jest wiele kobiet, a wszelkie treści w tej książce odnoszą się do nich tak samo jak do mężczyzn. Dokonałem takiego wyboru, ponieważ mężczyźni są odpowiedzialni za niebywale duży odsetek aktów aspołecznej przemocy, jakie popełnia się w naszym społeczeństwie, jak również za wiele błędów popełnionych w trakcie wybuchów agresji, które prowadzą do poważnych obrażeń ciała, a nawet śmierci. Używam męskich zaimków, ponieważ to do mężczyzn powinno zwracać się w bezpośredni sposób, wciąż i wciąż od nowa, by odrobili lekcje i wyzbyli się ograniczeń własnego ego.

No dobra, zaczynamy!

Darmowe filmowe materiały szkoleniowe są dostępne w sieci. [wróć]

Rozdział 1. Przemoc to narzędzie

Rozdział 1

PRZEMOC TO NARZĘDZIE

Obecny "wiek niepokoju" wynika w dużej mierze z wykonywania dzisiejszych zadań wczorajszymi narzędziami i z pomocą wczorajszych idei.

Marshall McLuhan

Jako społeczeństwo mamy trudności z oddzieleniem przemocy od osób, które ją stosują. Jako że w większości przypadków utożsamiamy przemoc z przestępcami, to wmawiamy sobie, że sama przemoc jest złoczyńcą, że przemoc to zło, coś niewłaściwego. Sądzimy, że skoro przemoc nie jest tym, czego byśmy sobie życzyli, to nauczenie się jej stosowania oznacza jej wspieranie - stwierdzenie, że według nas jest czymś pożądanym. Na pierwszy rzut oka to rozumowanie wydaje się logiczne. Jeśli przestępcy popełniają jakieś czyny odpowiednio często, to one same prawdopodobnie okażą się przestępstwem. Sęk w tym, że ów sposób rozumowania myli środek z celem. Ponieważ tak bardzo źle czujemy się w kontakcie z przemocą, wmówiliśmy sobie, że "co" i "dlaczego" są tym samym. Innymi słowy: przekonaliśmy samych siebie, że skoro przemoc jest często stosowana przez złoczyńców, jest ona zawsze czymś złym. To jednak wielkie nieporozumienie: przemoc stanowi tylko narzędzie, podobne do wielu innych. I jak z wszystkimi innymi narzędziami, właściwym przedmiotem naszego namysłu moralnego i etycznego osądu nie powinno być "co" - w końcu za złe można by uznać nawet śrubokręt albo szczoteczkę do zębów - ale raczej "dlaczego", a więc cel, do którego dążą ludzie, decydujący się stosować przemoc.

Chciałbym przeprowadzić cię przez hipotetyczny scenariusz, żeby cała sprawa stała się dla ciebie mniej abstrakcyjna. Przedstawiłem poniższy eksperyment myślowy tysiącom uczniów i uczestników warsztatów na przestrzeni lat. To opowieść o dziewczynie o imieniu Diane i stanowi mieszankę kilku historii zaczerpniętych z prawdziwego życia.

To miał być zwyczajny wieczór, jakich tysiące. Mąż Diane wyjechał w interesach, a ona nie miała planów, więc pokroiła warzywa na sałatkę na kolację, położyła dziecko spać, wyniosła śmieci i włączyła telewizor w kuchni, żeby grał, kiedy ona zmywała naczynia.

Niestety, zapomniała zamknąć drzwi wejściowe na tyłach domu.

Kiedy szorowała talerze, zerkając jak zwykle jednym okiem na powtórki ulubionego serialu, który widziała setki razy, drzwi kuchenne otworzyły się z hukiem. Zanim zdołała się odwrócić, ciężkie łapy chwyciły ją i przycisnęły do blatu.

Z pewnością nie były to ręce jej męża.

Próbowała krzyknąć, ale było za późno. Włamywacz zakrył jej usta i sięgnął do sznurka od spodni. Opierała się i wyrywała, ale uchwyt napastnika, choć trzymał ją jedną ręką, był zbyt mocny. Chociaż bała się o własne życie, pomyślała o śpiącym na górze dziecku. Musiała coś zrobić.

W akcie desperacji sięgnęła dłonią do tyłu i wbiła paznokcie w twarz mężczyzny, orząc mu głęboko skórę. Miała nadzieję, że to zmusi go, by ją puścił, a ona ucieknie i zawoła o pomoc. Napastnik wydał z siebie przeraźliwy skowyt, kiedy krew popłynęła mu strużkami po twarzy, ale nie zwolnił uchwytu. Zamiast tego wpadł w większy gniew. Chwycił za nóż, wciąż leżący na desce do krojenia i zatopił jego ostrze w szyi Diane.

Gałki jej oczu uciekły gwałtownie do góry. Kilka sekund później było po wszystkim.

Ta opowieść porusza do głębi. Jednakże uczuciu bólu, które pojawia się w reakcji na nią, towarzyszy potężny gniew, kiedy pomyślimy o tym człowieku - mordercy - który zniszczył rodzinę. Nie mamy wobec niego żadnych pozytywnych uczuć. Ten facet powinien co najmniej zgnić w ciemnym lochu, nie ujrzawszy już nigdy światła dziennego. To całkowicie zrozumiała i usprawiedliwiona reakcja, zarówno pod względem prawnym, jak i moralnym.

Wróćmy jednak do chwili, gdy Diane zmywa, oglądając telewizję. Chciałbym teraz opowiedzieć ci tę historię na nowo...

...drzwi kuchenne otworzyły się z hukiem. Zanim zdołała się odwrócić, ciężkie łapy chwyciły ją i przycisnęły do blatu stołu.

Z pewnością nie były to ręce jej męża.

Kiedy cisnął Diane na blat, kobieta natychmiast wyczuła, że mężczyzna jest od niej większy, szybszy i silniejszy. Zdała sobie sprawę z dwóch rzeczy: po pierwsze, że jeśli jej starania, by wyzwolić się z uchwytu, ograniczą się do krzyku albo drapania, nic jej to nie da, a po drugie, że jeśli ma mieć jakąkolwiek szansę ucieczki, musi zadać napastnikowi poważne rany.

W desperacji zaczęła rozglądać się za czymkolwiek, co mogłaby schwycić - czymś ciężkim lub ostrym. Zobaczyła nóż, którego wcześniej użyła do przygotowania sałatki. Był w jej zasięgu. Porwała go ze stołu, kiedy napastnik szarpał się ze sznurkiem jej spodni, i zatopiła ostrze w jego szyi.

Gałki jego oczu uciekły gwałtownie do góry. Kilka sekund później było po wszystkim.

Ta wersja historii jest równie poruszająca i u większości z nas wywołuje podobne reakcje co poprzednia. Teraz dostrzegamy w kobiecie bohatera. Widzimy matkę, która w sytuacji zagrożenia życia zadziałała w obronie własnej, żeby bronić nie tylko siebie, ale i dziecko. Rzeczywiście taka postawa zasługuje na pochwałę, pełną ochronę w majestacie prawa i kobieta powinna być stawiana za wzór odważnej walki z brutalnym napastnikiem w imię bezpieczeństwa własnego i swojej rodziny.

Zaraz, zaraz. Przemoc jest przecież zła. Przemoc to przestępstwo. Tylko złoczyńcy stosują przemoc, nieprawdaż? Czy to nie stawia Diane w złym świetle? Nie czyni jej przestępczynią? Tak przecież powinna działać logika naszego mentalnego modelu przemocy. "Jasne, że tak - myślisz sobie teraz - ale ta sytuacja to co innego".

I o to mi właśnie chodzi.

Niestety, pierwsza wersja opowieści zdarza się dużo częściej niż druga. Kiedy słyszymy, że ktoś został śmiertelnie ugodzony nożem przez nieznajomego, to w większości przypadków nożownikiem okazuje się złoczyńca, a osobą niewinną - ofiara. W latach 2006-2010 amerykańska agencja FBI odnotowała ponad 9 tysięcy zabójstw z użyciem "noża lub innego ostrego narzędzia" w USA, a jedynie w trzech przypadkach orzeczono, że zdarzenie było usprawiedliwione przepisami prawa1. Jest tak, ponieważ - jak w pierwszej wersji opowieści - prawie zawsze obserwujemy zasadniczą nierówność między napastnikiem a ofiarą w stosowaniu przemocy: tylko złoczyńca był skłonny użyć przemocy, nawet ze skutkiem śmiertelnym, a więc to on zwyciężył.

Wśród różnic między dwoma scenariuszami możemy również zauważyć pewne istotne podobieństwo: nóż zatopiony w szyi zadziałał tak samo w obu przypadkach.

W pierwszym zakończył życie niewinnej osoby. W drugim ocalił życie kobiety i jej dziecka. Był to jednak wciąż ten sam nóż. W rękach "bohatera pozytywnego" zadziałał dokładnie tak samo jak w rękach "czarnego charakteru".

Nóż to jedynie narzędzie, pozbawione kompasu moralnego oraz intencji. Nie dokonuje wyboru strony, po której się opowie. Robi to, co każe mu osoba, która go dzierży, jakiekolwiek motywy przyświecałyby temu działaniu. Można go wykorzystać do czynienia zła lub dobra, do niszczenia i ochrony. Mężczyzna, który zaatakował Diane, użył noża, żeby pozbawić ją życia. Diane użyła go, by życie zachować. Jedyną kwestią, jaką możemy poddać osądowi w sprawie samego noża, jest to, czy zadziałał.

Wachlarz możliwych celów i intencji zastosowania większości narzędzi jest szeroki. Często brakuje nam tej świadomości, gdy rozważamy kwestię przemocy. Ów brak pozostawia nas z klapkami na oczach, sprawia, że jesteśmy nieprzygotowani, źle poinformowani, i nie pozwala właściwie rozważyć tematu, niewątpliwie nieprzyjemnego. Zdaję sobie z tego sprawę, że to zimne i pozbawione empatii spojrzenie na sprawę przemocy, ale kiedy na szali znajduje się nasze życie, to jeśli pragniesz je zachować, liczy się tylko to, czy działania podjęte dla ratowania życia były skuteczne. W 99 przypadkach na 100 odpowiedzią będzie powstrzymanie się od przemocy, unik bądź załagodzenie sytuacji. Ale w tym jednym przypadku, gdy przemoc naprawdę jest wyjściem, okaże się - bądź tego pewien - wyjściem jedynym.

W chwili zagrożenia życia musisz to rozumieć, a rozumienie zaczyna się od trzeźwego uznania przemocy nie za wartość czy sposób życia, ale za zwykłe narzędzie.

Oczywiście nawet w pierwszej wersji opowieści Diane próbowała się obronić, instynktownie drapiąc i wbijając paznokcie w twarz napastnika. Ale to nie wystarczyło: jedna z osób była zaangażowana w prawdziwą, ostrą przemoc, a druga jedynie na nią reagowała. Ktoś, kto tylko reaguje na przemoc - nie jest gotów zmierzyć się z atakującym jak równy z równym, kiedy tego właśnie wymaga jego bezpieczeństwo - zawsze znajduje się w gorszej sytuacji. Być może chciałbyś uważać samoobronę za cywilizowaną postać przemocy, która nie czyni tyle krzywdy, co zwykła przemoc. Przykro mi to mówić, ale to tak nie działa. Rana od noża zadana w samoobronie wygląda tak samo jak rana zadana w akcie mordu. Przemoc to przemoc.

Oznacza to, że musimy myśleć o przypadkach przemocy nie z perspektywy ofiary, ale zwycięzcy - nawet kiedy to ofiara jest tym "dobrym", a zwycięzca "złym". Oczywiście możemy przyjąć ten punkt widzenia, nie akceptując nieuzasadnionej przemocy czy nie sympatyzując ze złoczyńcą; nie chodzi o aspekt moralny, ale taktyczny. Mówiąc z perspektywy taktyki, musimy odpowiedzieć na kluczowe pytania, dotyczące każdego zdarzenia związanego z przemocą: w którym momencie szala przeważyła na jedną ze stron? W jakich okolicznościach uzyskano pożądany efekt za pomocą narzędzia przemocy? Jak go osiągnięto? Czy można to odtworzyć i czy każdy może to regularnie powtarzać?

Raz jeszcze zaznaczę, że nie są to pytania z dziedziny moralności. Wszystko, co się dzieje, zanim przemoc wybuchnie, posiada odrębne reguły, z których wiele dotyczy zażegnywania niebezpiecznych sytuacji, nim dojdzie do przemocy. Wtedy możemy ćwiczyć się w zarządzaniu gniewem, medytacji albo praktyce wychodzenia z sytuacji, które niebezpiecznie się zaogniają. Podobnie wszystko to, co następuje po akcie przemocy, określone zostało w przepisach prawa. To wtedy zaczynamy sięgać po określenia w rodzaju "samoobrona" czy "zabójstwo", które są terminami technicznymi, ściśle zdefiniowanymi przez prawo. Napisano niezliczone tomy dotyczące obu tych sfer poza granicami przemocy, ale bardzo niewiele poświęcono jej samej. Niniejsza książka skupia się na tych chwilach, gdy faktycznie dzieje się przemoc. Na tym wąskim okienku, w którym jako zdrowi na umyśle i przystosowani do życia w społeczeństwie obywatele jesteśmy usprawiedliwieni z użycia tego narzędzia w obronie własnej lub innych ludzi. Przekaz jest prosty: żeby nie paść ofiarą przemocy, musimy się jej uczyć.

NAUCZYĆ SIĘ PRZEMOCY

Czy słyszałeś kiedyś o zabawie w nokautowanie? Oto na czym polega: niczego niepodejrzewający przechodzień idzie pochłonięty własnymi sprawami, kiedy ktoś z grupy (zazwyczaj) młodych mężczyzn wskazuje go innym i rzuca wyzwanie koledze, by ten niepostrzeżenie zbliżył się do przechodnia i jednym niespodziewanym uderzeniem powalił go na ziemię. Przed kilkoma laty USA zalały opowieści o grupkach młodzieńców włóczących się ulicami, przypadki takich napaści zdarzały się również w Europie.

Był to przykład najbardziej przypadkowej przemocy.

Jeśli słyszałeś o tej "zabawie", najprawdopodobniej dowiedziałeś się o niej z programu informacyjnego albo artykułu w mediach społecznościowych. Opis zdarzeń mógł zaprzeć ci dech w piersiach i przerazić, a jeśli przypominasz wielu z moich początkujących uczniów, pewnie podgłośniwszy telewizor lub kliknąwszy link, przygotowałeś się psychicznie, by odrzucić przekaz: To zbyt nieprzyjemne, by się nad tym zastanawiać. To pewnie jedna z tych "miejskich legend" - wmawiałeś sobie. Jeśli naprawdę zaatakowano tych ludzi, to musiał istnieć ku temu powód.

Sposób, w jaki reagujemy na tego rodzaju informacje, jest istotny, ponieważ instynktownie skupiamy uwagę na tych obliczach przemocy, które zdają się mieć wytłumaczenie - w gwałcie chodzi o seks, w rozboju o czyjąś własność, w barowej bijatyce o hierarchię społeczną, w morderstwie o zemstę itd. W naszym mniemaniu jest w tym pewien sens, możemy więc wyobrazić sobie, jak się przed nimi ustrzec, zabezpieczyć i obronić. Nie można powiedzieć tego samego o akcie czystej, niewytłumaczalnej przemocy, jak w zabawie w nokautowanie. Możemy udawać, że nie istnieje, lecz byłoby to nie tylko oderwane od rzeczywistości, ale także niebezpieczne. Udawanie cię nie ochroni i nie zwiększy ani trochę twojego bezpieczeństwa.

A jednak w obliczu zdarzeń podobnych do gry w nokautowanie wiedzeni instynktem nazbyt często odwracamy wzrok od przerażających szczegółów i próbujemy odciąć się od ludzi, którzy bawią się w ten sposób. Rozumiem to podejście. Życie samo w sobie jest dość skomplikowane i nie chcemy brać się za bary z rzeczywistością, w której wyrostki mogą napaść cię na ulicy dla frajdy. To doskonale zrozumiała, instynktowna reakcja stanowiąca znak czasu - ale jednocześnie niebezpieczna, ponieważ tylko ci, którzy bawią się w nokautowanie przechodniów, mogą nas nauczyć, jak w tej grze nie przegrać. Kiedy mówimy: "Kurczę, oby to nigdy mi się nie przytrafiło", tylko zamykamy się na naukę, a sprawcy przyznajemy w myślach supermoce - jak gdyby mogły nas ochronić jedynie nadzieja i modlitwa.

Z drugiej strony, kiedy zapytamy "dlaczego im się udało?", owe supermoce zaczynają zanikać, w miarę jak sobie uświadamiamy, że my sami dysponujemy podobnymi zdolnościami. W powaleniu niczego niespodziewającego się przechodnia nie ma żadnych czarów - każdy z nas mógłby tego dokonać nawet dziś. Rzecz jasna nie robimy tego, ale zrozumienie, jak działa czysta, surowa przemoc, przypomina nam, że jej sprawcy to zwykli, podobni nam ludzie. Nieracjonalny strach zostaje zastąpiony podejściem nastawionym na bycie przygotowanym, co może zrobić wielką różnicę i dokonać pierwszej zmiany w sposobie, w jaki stawiamy czoła przemocy i mierzymy się z nią, jeśli zachodzi taka potrzeba.

Jeśli podejdziemy do sprawy przypadkowej przemocy niczym śledczy, a może nawet badacze kliniczni, analizując wszelkie przypadki jej użycia tak, jak koroner bada zbrodnie, możemy się wiele nauczyć. Sędzia śledczy z pewnością żywi współczucie wobec niewinnych ofiar przemocy - ale kiedy przychodzi czas na obowiązki, odkłada na bok uczucia i beznamiętnie przygląda się sprawie. Sprawdza, które organy ciała zostały uszkodzone i jaka jest natura tych uszkodzeń. Próbuje zrozumieć, co i jak się stało, a robi to, rozkładając działania sprawcy na czynniki pierwsze pod względem fizycznym i fizjologicznym. Tak samo my, słysząc o przypadkowych ofiarach przemocy, musimy na jakiś czas odsunąć na bok empatię i zadać beznamiętne pytanie: w jaki sposób napastnik zmienił tych ludzi w ofiary i jakiego rodzaju obrażenia fizyczne był w stanie zadać?

W gruncie rzeczy nie różni się to zanadto od tego, co robiłem w wywiadzie wojskowym. Chcieliśmy dowiedzieć się jak najwięcej o naszych wrogach. Pragnęliśmy zajrzeć im do głów - nie dlatego, że chcieliśmy ich naśladować albo brakowało nam współczucia dla ich ofiar, lecz z tego względu, że zależało nam, by znaleźć się o krok przed nimi.

Czego więc możemy nauczyć się z tak odrażającej zabawy jak gra w nokautowanie i w czym może się nam ona przysłużyć?

Po pierwsze, dowiadujemy się, że przypadkowa, bezinteresowna przemoc naprawdę się zdarza. Nie musimy tego akceptować, usprawiedliwiać ani nawet rozumieć motywów, ale powinniśmy przyjąć do wiadomości fakt, że stanowi ona nieodłączną część życia. Ludzie krzywdzą innych ludzi - fizycznie, czasem ze skutkiem śmiertelnym.

Następnie możemy zbadać te postępki z perspektywy czysto taktycznej. Zabawa w nokautowanie stanowi przykład niewybrednej i aspołecznej przemocy. Ale dlaczego działa? Z taktycznego punktu widzenia to atak, który wykorzystuje element zaskoczenia przeciwko niczego niepodejrzewającej i nieprzygotowanej ofierze. Niemożność przewidzenia, że nadchodzi zagrożenie, pozwala napastnikowi zadać dobrze wymierzony cios we wrażliwe części ludzkiego ciała i spowodować poważny uraz - zwykle wstrząśnienie mózgu, a czasami i śmierć w wyniku uszkodzenia ciała wynikającego z bezceremonialnego ataku, kiedy nieprzytomna ofiara uderzy głową w chodnik albo twarde podłoże bądź krawędź.

Wiedząc, jak wygląda atak, możemy opracować taktykę jego uniknięcia. Jeśli brak czegoś, co w żargonie wojskowym określa się jako "świadomość sytuacyjna", stanowi istotny czynnik w aktach bezinteresownej przemocy, jak w grze w nokautowanie, to jak możemy zwiększyć czujność i stać się gorszym celem? A może by tak nie chodzić ze słuchawkami w uszach i nosem w telefonie? Słuchanie muzyki na pełny regulator i wlepianie wzroku w Facebooka skutecznie nas ogłusza i oślepia. Wśród dzikiej przyrody ślepe i głuche zwierzę stanowi idealną zdobycz dla szukającego swej szansy drapieżnika. Nie inaczej jest z osobą, która pragnie zdobyć punkty w grze w nokautowanie. Z im większą świadomością i uwagą się poruszamy, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że to właśnie nas zaatakuje napastnik.

Żadna z powyższych uwag nie jest rewolucyjnym odkryciem. To zwyczajne zdroworozsądkowe wskazówki. Siedząc wygodnie w zaciszu swojego domu albo jadąc autobusem do pracy, ma się ten luksus, że lekturę można skomentować słowami "no, jasne" i przewrócić kartkę. Ale czy to naprawdę takie oczywiste? Czy wyobrażałeś sobie kiedyś, że stajesz się przypadkową ofiarą przemocy? Czy kiedykolwiek przyszła ci do głowy konkretna strategia obrony w razie ataku albo jeszcze zanim do niego dojdzie? Czy kiedykolwiek przyszło ci na myśl, że najlepszą obroną przed tego rodzaju przemocą jest użycie jej samemu wcześniej i z większą wprawą? (To nie takie trudne - w tym fragmencie dowiedziałeś się właśnie, jak znokautować mistrza nokautu).

Zapewniam cię, że większości ludzi nie przeszło to przez myśl. Siedemdziesięcioprocentowy odsetek ofiar przemocy wśród moich początkujących uczniów w ciągu trzydziestu lat szkoleń jest dowodem na prawdziwość tego stwierdzenia. Dla nich poznawanie tych wskazówek przypominało uczenie się nowego języka - języka przemocy - a ich oczywistość pojawiła się wtórnie, już po tym, jak zyskali zdolność komunikowania się w tym języku.

Ciekawe jednak, że nie jest on niczym nowym. Tak naprawdę mógłby być naszym językiem ojczystym. Chodzi mi o to, że ludzie naprawdę są przygotowaniu do używania przemocy. Wyposażeni w przeciwstawne kciuki, duże mózgi, wzrok skierowany w przód i silne kły cechujemy się budową drapieżników. Nasza sylwetka sprawia, że nieźle nam idzie posługiwanie się przemocą. Potrafimy konstruować broń, pracować w grupie i wpływać na rozwój sytuacji. Nasze zdolności myślenia strategicznego, taktycznego i dobry osąd w kwestii przemocy od zarania dziejów okazują się kluczowymi aspektami dla przetrwania gatunku. Nasz mózg uczynił nas najmądrzejszymi zwierzętami na Ziemi, a zdolność do empatii - istotami najlepiej rozwiniętymi, ale to nasza wrodzona umiejętność używania przemocy do własnych celów pozwoliła nam podporządkować sobie inne gatunki.

Posiadasz wrodzony talent - nawet jeśli pozostaje on w ukryciu - do ocenienia, czy użyć przemocy, do zaznajomienia się z nią, a nawet jej wykorzystania. A wraz z wbudowaną umiejętnością uciekania się do przemocy przychodzi ochronny "szósty zmysł" - zdolność przewidywania przemocy, zanim do niej dojdzie - który również jest nam dany biologicznie.

Oznacza to, że nie staram się zrobić z ciebie kogoś, kim nie jesteś. Próbuję jedynie zreaktywować twoją zdolność do obrony samego siebie i twoich bliskich. Żeby tego dokonać, musimy patrzeć na narzędzie, jakim jest przemoc, w jak najprostszy sposób, i odsunąć na bok wszelkie emocje, dramaty i społeczny bagaż, które powstrzymują nas od wykorzystania chwytnych dłoni do sięgnięcia po nie, kiedy będziemy go najbardziej potrzebować.

WYTRENOWANY NIGDY NIE JEST BEZBRONNY

Pewnego razu zlecono mi przeprowadzenie prezentacji na temat samoobrony dla grupy biznesmenów na statku wycieczkowym. Ich firma zorganizowała rejs po Karaibach dla pracowników wraz z rodzinami, a moja prezentacja została w sposób nieformalny opisana jako wydarzenie dla "ojców z córkami". Jedna z kobiet - nazwijmy ją Sarą - była córką mężczyzny, którego bardzo dobrze znałem. Oznajmił mi, że bierze ją ze sobą na spotkanie, choćby się przed tym wzbraniała, jako że szykowała się do pójścia na studia. Wiele innych córek przyszło z podobnym nastawieniem milczącego sprzeciwu. Wolałyby robić coś innego: opalać się, pływać albo coś przekąsić. Rozumiałem je dobrze, w końcu byliśmy na Karaibach.

Sara okazała się dokładną kopią postaci granej przez Reese Witherspoon w Legalnej blondynce. Ta wesoła i pełna życia dziewczyna mówiła jak znana aktorka, zachowywała się tak samo, wypisz wymaluj - postać z filmu. Nauka samoobrony nie zajmowała czołowego miejsca na jej liście priorytetów tamtego popołudnia, ale trzeba jej oddać, że przeszła przez szkolenie z brakiem zainteresowania w normalnym stopniu i nie zrobiła nic, żeby utrudnić jego przebieg (w przeciwieństwie do niektórych ojców, zdeterminowanych, by zaimponować córce). Szczerze mówiąc, później nie zastanawiałem się zbyt wiele nad tym, co to spotkanie wniosło do życia każdej ze stron. Było to po prostu kolejne szkolenie dla firm.

Trzy lata później prowadziłem serię szkoleń w Nowym Jorku. Sara weszła na jedno z nich otoczona wianuszkiem trzech młodszych sióstr.

- Czy pan mnie pamięta? - zapytała. Nie sprawiała już wrażenia "głupiej blondynki", ale wyglądała podobnie.

- No jasne, że pamiętam. Miło cię znów widzieć.

- Czy tata dzwonił i opowiedział panu, co się stało?

- Nie - odparłem. - A co się stało?

Niedługo po rejsie Sara przeprowadziła się do akademika i rozpoczęła pierwszy rok studiów. Wiodła zwykłe studenckie życie: mieszkała w pokoju na parterze, miała współlokatorkę, biurko i nad nim łóżko na antresoli. Pewnego ranka, kiedy jej koleżanka spała w mieszkaniu swojego chłopaka, Sara obudziła się unieruchomiona przez mężczyznę, który na niej leżał. Nie był to podpity absztyfikant, ale ktoś nieznajomy. Ktoś, kto nie wiadomo jak wkradł się niezauważony do pokoju Sary przez okno i wdrapał na łóżko.

Koszmarny scenariusz, który przytrafił się Sarze, nie należy do częstych. Tylko 28 procent napaści seksualnych dokonywanych jest przez nieznajomych2 i tak naprawdę było dużo bardziej prawdopodobne, że Sarę zaatakuje ktoś, kogo zna. To statystyczne nieprawdopodobieństwo nie sprawiało jednak, że zagrożenie stawało się choć trochę mniej rzeczywiste. Czuła zapach napastnika. Dobierał się do niej. Zanim na dobre się obudziła, mężczyzna zdążył już przygwoździć ją do łóżka i zamierzał zedrzeć z niej kołdrę. Reakcją większości młodych dziewcząt w tej sytuacji byłby krzyk. Ale Sara postąpiła inaczej. Natychmiast rozpoznała sytuację, w jakiej się znalazła. W pierwszym odruchu pojawiła się u niej myśl: "On nie jest odpowiednio blisko".

W trakcie szkolenia na statku pokazaliśmy dziewczętom szereg reakcji na wypadek napaści seksualnej. Nauczyliśmy je między innymi, że kiedy facet złapie ofiarę, to by dokonać gwałtu, musi zrobić przynajmniej dwie rzeczy: 1) zdjąć, rozpiąć albo zsunąć spodnie oraz 2) odsunąć lub ściągnąć wszelkie warstwy materiału skrywające ofiarę, które bronią mu dostępu do niej. W tym wypadku napastnik musiał również pozbyć się koca i kołdry, pod którymi spała Sara. Musiał stracić na chwilę kontrolę nad jej ciałem i zwolnić uchwyt przynajmniej jednej ręki. Te manipulacje powinny zbliżyć go do niej i odsłonić jedną z najwrażliwszych części ciała - twarz.

Tak więc Sara czekała. Kolejną rzeczą, z której zdała sobie sprawę, było to, że aby wyjść bez szwanku z opresji, musi zranić napastnika (zadawanie ran omówimy szczegółowo w rozdziale 6). Krzyk nie mógł umożliwić jej ucieczki - pomóc jej mogło tylko działanie, i to działanie straszne w skutkach. Napastnik przywarł do jej pleców, z nogami wciśniętymi pomiędzy jej nogi, a więc jedyną wrażliwą częścią jego ciała, której mogła dosięgnąć, były oczy. (Była to jedna z kilku części ciała omówionych pokrótce na szkoleniu).

Oczywiście mężczyzna zaczął sposobić się do gwałtu. Ściągnął kołdrę i spodnie, przysuwając się bliżej do dziewczyny. Wtedy Sara przystąpiła do działania. Złapała go lewym ramieniem za szyję, a prawą dłonią zaatakowała lewe oko. Pamiętała ze szkolenia, że kiedy zaatakujesz dowolną część twarzy, a zwłaszcza oczy, napastnik gwałtownie się odsunie. Cofnięcie się przed atakiem stanowi zarówno instynktowną reakcję samozachowawczą, jak i próbę odzyskania kontroli nad sytuacją. Młode, szczupłe kobiety, jak Sara, która mogła wtedy ważyć jakieś 50 kilogramów, nie mogą wtedy odpuścić. Nie mają się takiego samego marginesu błędu jak mężczyzna albo większa kobieta. Muszą dosłownie uwiesić się szansy na ocalenie życia i nie przestawać atakować. (Pamiętasz, co spotkało Diane, kiedy na ślepo zaczęła drapać twarz napastnika?).

Gwałciciel ważył przynajmniej ze sto kilo i był silny. Kiedy zagłębiła palce w jego oku, odchylił się gwałtownie w przeciwnym kierunku jak byk na rodeo. Połączenie pędów zrzuciło ich z łóżka na twardą podłogę. Wiedząc, że coś podobnego może się wydarzyć, Sara skupiła się na utrzymaniu uchwytu za kark i przywarła do mężczyzny. Choć nie zwolniła chwytu ramienia wokół szyi napastnika przy upadku na ziemię, to straciła kontakt z jego okiem, a jej przedramię zsunęło się po twarzy gwałciciela. Nie uczyniła tego świadomie, ale przy kontakcie z podłożem cały ciężar swych 50 kilogramów wspomaganych siłą grawitacji oparła przez swe prawe przedramię na gardle napastnika.

Natychmiast po upadku poczuła, że wyrządziła mu krzywdę. Jego ciało oklapło. Wszelkie niecne zamiary, jakie mogły się kłębić w jego umyśle, zakończyły się w chwili, gdy ciało przestało poddawać się jego woli. To dało Sarze okazję, by wybiec z pokoju i uciec korytarzem, wołając o pomoc. Zanim ochrona akademika wparowała do pokoju, mężczyzna stracił przytomność i umarł w miejscu, gdzie upadł3.

Potrafisz wyobrazić sobie, że jesteś na miejscu Sary? Że ktoś większy, szybszy i silniejszy od ciebie podkrada się cichaczem do twojego łóżka? Wyobrażasz sobie, że mógłbyś mieć na tyle odwagi i mocnych nerwów, by zachować spokój i zaplanować atak? Sara udowodniła, że ma mocne nerwy. Wzięła się w garść. Obie te rzeczy zawdzięcza szkoleniu. Potem wyznała, że w chwili, gdy ów facet ją przydusił, odniosła wrażenie, jakbym szeptał jej do ucha. To podstawowa prawda dotycząca przemocy i samoobrony: kiedy staniesz się obiektem przypadkowego aktu przemocy, będziesz w stanie zrobić tylko to, co wyćwiczyłeś, i skorzystać wyłącznie z tej wiedzy, którą uprzednio zdobyłeś. Sara przeszła tylko jedno szkolenie (w którym nawet nie chciała uczestniczyć) i już z tego krótkiego treningu zapamiętała trzy ważne sprawy: że nie dorówna wielkością napastnikowi, że będzie musiała wyrządzić mu krzywdę oraz że kiedy jej się powiedzie, nie będzie mogła przestać. Wszystkie te informacje tkwiły w jej mózgu, by mogła do nich natychmiast sięgnąć w sytuacji zagrożenia. (Zerknij do rozdziału 7, gdzie mówimy o mózgu jako o najbardziej śmiercionośnej broni).

WAHANIE ZABIJA

W 1997 roku na ruchliwej drodze w mieście Carthage w stanie Teksas młoda funkcjonariuszka policji Michelle Jeter zatrzymała rozklekotanego niebieskiego vana za przekroczenie prędkości. Policjantka zaczęła rutynową procedurę w sposób książkowy, prosząc kierowcę o podanie prawa jazdy i każąc mu wysiąść z pojazdu. Kierowcą okazał się trzydziestosiedmioletni Jorge Orozco. Jechała z nim jego ośmioletnia córeczka, która została na przednim fotelu pasażera, kiedy mężczyzna wysiadł z samochodu i odszedł z funkcjonariuszką Jeter na pobocze. Jeter przeszła do radiowozu i podała przez radio numer prawa jazdy Orozco, by sprawdzono jego kartotekę i historię wykroczeń.

Czekając na wyniki kontroli, policjantka podjęła rozmowę z Orozco i zapytała zwyczajowo, czy był wcześniej zatrzymywany. Okazało się, że tak. Wyniki kontroli ujawniły szereg mandatów z Wydziału Bezpieczeństwa Publicznego stanu Teksas. Funkcjonariuszka poprosiła Orozco o pozwolenie na przeszukanie jego samochodu. Wyraził zgodę, a jego córka podeszła do niego na skraj drogi. Na pierwszy rzut oka auto było pełne mebli i innych sprzętów osobistych, ale jako że nie było dobrze widać, co znajduje się z tyłu, policjantka musiała poprzesuwać rzeczy, by zajrzeć głębiej. Kiedy odkryła torbę pełną marihuany, przeszła w tryb zatrzymania podejrzanego. Odeszła od drzwi kierowcy i wezwała mężczyznę, który stał z tyłu vana, żeby podszedł do maski radiowozu i położył na niej dłonie. Ona sama jedną ręką szykowała kajdanki, a drugą wzywała wsparcie przez radio.

https://ucr.fbi.gov/crime-in-the-u.s/2010/crime-in-the-u.s.-2010/tables/10shrtbl08.xls, https://ucr.fbi.gov/crime-in-the-u.s/2010/crime-in-the-u.s.-2010/tables/10shrtbl14.xls [wróć]

Dane za: Rape, Abuse & Incest National Network (RAINN) i badanie Departamentu Sprawiedliwości z 2015 roku, https://www.rainn.org/statistics/perpetrators-sexual-violence. [wróć]

Kiedy pracownicy akademika i lokalna policja przeprowadzili śledztwo, odkryli, że facet był seryjnym gwałcicielem, który nękał ten i kilka innych akademików w okolicy od prawie sześciu lat. Obserwował Sarę od trzech tygodni. Wiedział, że co drugą noc jej współlokatorka śpi u swojego chłopaka. Sprawdził ich okno na parterze i odkrył, że często zostawiają je otwarte. Śledczy odnaleźli jego zapiski. [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki