Kiedy miasto śpi - Camden Elizabeth

Kup ebooka

49.90 zł
41.12 zł (40,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Nowy Jork

kwie­cień 1913

Lu­dzie rzadko byli w do­brym na­stroju, gdy sie­dzieli na fo­telu den­ty­stycz­nym, ale Vit­to­rio, pa­cjent dok­tor Ka­the­rine Schne­ider, podśpiewywał. Kiedy po­ja­wił się w ga­bi­ne­cie, był prze­ra­żony, po­nie­waż ni­gdy wcze­śniej nie od­wie­dzał den­ty­sty, jed­nak śro­dek uspo­ka­ja­jący w końcu za­dzia­łał. Pod­tle­nek azotu, na­zy­wany ga­zem roz­we­se­la­ją­cym, czę­sto da­wał efekt uboczny w po­staci eu­fo­rii.

- Jak się pan czuje? - spy­tała Ka­the­rine, a męż­czy­zna uśmiech­nął się do niej sze­roko.

- Ży­cie jest cu­downe - od­parł, po czym wró­cił do nu­ce­nia.

Vit­to­rio dla wspar­cia przy­pro­wa­dził ze sobą brata. Ten nie po­dzie­lał jego ra­do­snego na­stroju i prze­rwał mu śpie­wa­nie ostrym, bez­ce­re­mo­nial­nym po­to­kiem słów wy­po­wie­dzia­nych po wło­sku.

Ka­the­rine spoj­rzała na Vit­to­ria.

- Co on po­wie­dział?

- Gino nie wie­rzy, że ko­bieta może być praw­dziwą den­tystką.

- Je­stem praw­dziwą den­tystką - za­pew­niła, wska­zu­jąc na wi­szący na ścia­nie dy­plom ukoń­cze­nia Fi­la­del­fij­skiego Wy­działu Sto­ma­to­lo­gicz­nego z 1911 roku. Na­le­żała do grona czte­rech ko­biet w swoim rocz­niku, jed­nak nie było dnia, żeby ktoś nie kwe­stio­no­wał jej kwa­li­fi­ka­cji.

- Gina to nie prze­ko­nuje - od­parł Vit­to­rio. - Chce wie­dzieć, czy jest ktoś inny, kto mógłby mi usu­nąć ząb.

Dru­gim z den­ty­stów, który peł­nił dy­żur o tak póź­nej po­rze, był dok­tor Alvin Wa­shing­ton. Za­mie­rzał dzi­siaj wyjść wcze­śniej w związku z uro­czy­stą ko­la­cją z oka­zji rocz­nicy ślubu, którą miał świę­to­wać ze swoją żoną bę­dącą w za­awan­so­wa­nej ciąży. Je­śli jed­nak pa­cjent od­ma­wiał wi­zyty u ko­biety, mógł go przy­jąć w za­stęp­stwie.

Ka­the­rine otwo­rzyła drzwi swo­jego nie­wiel­kiego ga­bi­netu, żeby za­wo­łać ko­legę.

- Dok­to­rze Wa­shing­ton? Mógłby pan przyjść? Mój pa­cjent czułby się le­piej przy męż­czyź­nie.

Alvin roz­ma­wiał z do­zorcą w lobby, ale uprzej­mie ru­szył ko­ry­ta­rzem, mi­ja­jąc sześć in­nych ga­bi­ne­tów, które były już za­mknięte, a na­stęp­nie wszedł do środka. Mu­siał ostroż­nie po­ru­szać się po ogra­ni­czo­nej prze­strzeni po­mię­dzy fo­te­lem den­ty­stycz­nym a sto­li­kiem, na któ­rym po­ły­ski­wały przy­go­to­wane do pracy na­rzę­dzia.

Vit­to­rio zer­k­nął na niego i po­bladł.

- To jest den­ty­sta?

- Tak, je­stem den­ty­stą - po­twier­dził Alvin. - Ukoń­czy­łem Wy­dział Sto­ma­to­lo­giczny na Uni­wer­sy­te­cie Ha­rvarda w ty­siąc dzie­więć­set szó­stym roku.

- Ale pan jest czar­no­skóry! - ode­zwał się Vit­to­rio, za­sko­czony i oszo­ło­miony. Gaz roz­we­se­la­jący po­zba­wiał lu­dzi za­ha­mo­wań, dla­tego też wy­ga­dy­wali, co tylko przy­cho­dziło im do głowy. Ka­the­rine i Alvin już do tego przy­wy­kli.

- Tak, je­stem czar­no­skóry - stwier­dził dok­tor Wa­shing­ton. - A pana chyba bar­dzo boli ten za­in­fe­ko­wany ząb. Je­śli chce go pan mieć dzi­siaj usu­nię­tego, mogę to zro­bić ja albo pani dok­tor Schne­ider. Chyba że za­czeka pan do ju­tra.

Od rana w przy­chodni, jed­nej z naj­więk­szych i naj­no­wo­cze­śniej­szych w kraju, można było spo­tkać cały ze­spół den­ty­stów. Wła­ści­ciel, dok­tor Ed­gar Par­ker uwa­żał, że ga­bi­nety po­winny być otwarte do późna, żeby do­pa­so­wać się do go­dzin pracy ro­bot­ni­ków, po­nadto pa­cjenci po­winni być le­czeni przez osoby, przy któ­rych czu­liby się kom­for­towo. Przyj­mo­wali więc tu­taj den­ty­ści mó­wiący bie­gle po nie­miecku, ro­syj­sku i chiń­sku. Par­ker za­trud­niał rów­nież czar­no­skó­rych sto­ma­to­lo­gów, a także ko­biety. Jego pra­cow­nicy wy­glą­dali po­dob­nie jak zróż­ni­co­wana spo­łecz­ność No­wego Jorku, dzięki czemu zli­kwi­do­wana była przy­naj­mniej jedna prze­szkoda, z po­wodu któ­rej lu­dzie mieli opór przed wi­zytą u den­ty­sty.

Vit­to­rio i jego brat na­ra­dzali się po wło­sku, a Ka­the­rine cze­kała. W końcu męż­czy­zna spo­koj­nie usiadł na fo­telu.

- Chcę, żeby zro­biła to ko­bieta - oznaj­mił. - Ma mniej­sze ręce.

- Świetne uza­sad­nie­nie - stwier­dziła den­tystka, a dok­tor Alvin uśmiech­nął się z ulgą. Żona i uro­czy­sta ko­la­cja już na niego cze­kały.

Wa­shing­ton wy­szedł, a Ka­the­rine za­częła przy­go­to­wy­wać na­rzę­dzia do eks­trak­cji. Je­dyny ból, jaki Vit­to­rio miał po­czuć, to ten w mo­men­cie wstrzy­ki­wa­nia w dzią­sło środka uśmie­rza­ją­cego wy­na­le­zio­nego przez dok­tora Par­kera. Był nie­zwy­kle sku­teczny, dzięki czemu usu­wa­nie zę­bów było za­le­d­wie tro­chę nie­kom­for­towe, a nie bo­le­sne.

Mimo że Vit­to­rio czuł się do­brze po ga­zie roz­we­se­la­ją­cym, Ka­the­rine chciała, żeby był zu­peł­nie roz­luź­niony, za­nim zro­bi­łaby mu za­strzyk. Ści­snęła gu­mową gruszkę, aby po­dać ko­lejną dawkę pod­tlenku azotu do ma­ski, pod­czas gdy pa­cjent głę­boko od­dy­chał. Uśmiech­nął się, od­su­nął ma­skę, po czym wró­cił do wy­po­wia­da­nia dzi­wacz­nego zbioru my­śli, prze­ska­ku­jąc z jed­nego te­matu na drugi w spo­sób zu­peł­nie po­zba­wiony lo­giki.

- Kle­opa­tra była bo­gi­nią Nilu - wy­du­kał. - Może się wściek­nie, kiedy zo­ba­czy, co na­ro­bi­li­śmy. Co pani są­dzi, pani dok­tor? Czy Kle­opa­tra się na mnie zde­ner­wuje, czy jest po pro­stu mar­twa i nie bę­dzie się cze­piać?

- Kle­opa­tra nie żyje - za­pew­niła go Ka­the­rine. - Pro­szę otwo­rzyć sze­roko usta. Po­czuje pan lek­kie ukłu­cie. Pro­szę się nie ru­szać.

Pa­cjent wy­ko­nał po­le­ce­nie, ale ci­cho jęk­nął, kiedy wstrzy­ki­wała mu w dzią­sło lek znie­czu­la­jący. To był za­wsze naj­gor­szy mo­ment. Cof­nął się nie­znacz­nie, ję­cząc, ale nie sta­wiał oporu.

Oby­dwoje ode­tchnęli z ulgą, kiedy za­strzyk się skoń­czył. Miało po­trwać kilka mi­nut, za­nim wstrzyk­nięta sub­stan­cja za­cznie dzia­łać. Ka­the­rine przy­go­to­wy­wała wa­ciki, a Vit­to­rio od­ma­wiał zdro­waśkę, żeby Matka Boża się nad nim zli­to­wała. Do­rzu­cił jesz­cze na wszelki wy­pa­dek prośbę do Świę­tego Pa­tryka, bo "stary do­bry Pa­tryk" był z niego nie­za­do­wo­lony.

- Nie lu­bię Świę­tego Pa­tryka - stwier­dził Vit­to­rio. - Tak, wy­pę­dził węże z Ir­lan­dii, ale co w ogóle zro­bił dla Wło­chów? Nic! Nie po­wi­nie­nem się z tym źle czuć. Święty Pa­tryk za­słu­guje na to, co go spo­tka.

Nie było ni­czym nie­zwy­kłym, że pa­cjenci pod wpły­wem nar­ko­ty­ków wy­po­wia­dali się cha­otycz­nie. Cza­sem lu­dzie byli roz­ba­wieni, inni sta­wali się płacz­liwi. Vit­to­rio zna­lazł się w fi­lo­zo­ficz­nym na­stroju i spe­ku­lo­wał na te­mat róż­nych oso­bi­sto­ści z hi­sto­rii świata.

Ka­the­rine dała mu ostat­nią dawkę pod­tlenku azotu. Tym ra­zem przy­jął go z przy­jem­no­ścią i chwy­cił jej dłoń przy­trzy­mu­jącą ma­skę, żeby moc­niej za­cią­gnąć się ga­zem.

Den­tystka wzięła ma­skę, po czym przy­su­nęła bli­żej sto­lik na kół­kach, na któ­rym znaj­do­wały się na­rzę­dzia. Vit­to­rio kon­ty­nu­ował swój wy­wód.

- Lorna Do­one - ode­zwał się roz­ma­rzo­nym gło­sem. - Czy­tała pani kie­dyś taką książkę, pani dok­tor?

- Nie, ni­gdy.

- To bar­dzo smutna opo­wieść. Biedna Lorna Do­one. Przy­naj­mniej nie była star­szą pa­nią. Nudną szarą damą, która nas nie­na­wi­dzi. Nie, Lorna Do­one nie jest jak ta okropna szara dama.

- Czas prze­stać mó­wić - ode­zwała się ko­ją­cym gło­sem. - Pro­szę otwo­rzyć sze­roko usta, mo­żemy za­czy­nać.

Nie było cze­goś ta­kiego jak bez­bo­le­sna sto­ma­to­lo­gia, mimo że przy­chod­nia na­zy­wała się Par­ker Bez­bo­le­sny Den­ty­sta. To był po­mysł jej szefa, który wy­wo­łał obu­rze­nie wśród wszyst­kich sza­no­wa­nych den­ty­stów w mie­ście.

Tra­dy­cyjni sto­ma­to­lo­dzy uwa­żali dok­tora Par­kera za za­gro­że­nie wo­bec god­no­ści ich za­wodu. Twier­dzili, że jego sze­ro­kie grono pra­cow­ni­ków przyj­muje pa­cjen­tów, jakby to była ja­kaś li­nia pro­duk­cyjna. Nie po­do­bało im się, że przy­chod­nia Ed­gara jest otwarta w nie­kon­wen­cjo­nal­nych po­rach. Jego stawki były zde­cy­do­wa­nie niż­sze od tych, które na­li­czali inni den­ty­ści. Obu­rzały ich jego krzy­kliwe re­klamy, liczni za­trud­nieni, a także fakt, że czło­wiek, który za­czy­nał swoją ka­rierę jako wo­de­wi­lowy wy­ry­wacz zę­bów, był te­raz naj­bo­gat­szym den­ty­stą w kraju.

Jed­nak nic nie gor­szyło den­ty­stycz­nego światka tak bar­dzo jak na­zwa jego przy­chodni. Twier­dzono, że Par­ker Bez­bo­le­sny Den­ty­sta to kłam­liwa re­klama. Ed­gara nie było w pracy od mie­siąca, po­nie­waż zma­gał się z po­zwem wy­to­czo­nym mu przez Ame­ry­kań­skie Sto­wa­rzy­sze­nie Sto­ma­to­lo­giczne, które do­ma­gało się, żeby za­prze­stał uży­wa­nia tej na­zwy. Sieć przy­chodni Ed­gara na obu wy­brze­żach funk­cjo­no­wała pod taką firmą, dzięki czemu klienci do­bi­jali się do nich drzwiami i oknami. Więk­szość den­ty­stów sto­so­wała po­dobne leki znie­czu­la­jące, ale Ed­gar Par­ker był tym, który w prze­sadny spo­sób pod­kre­ślał to w na­zwie ga­bi­ne­tów.

Po tym, jak Ka­the­rine skoń­czyła swoją pracę, po­mo­gła Vit­to­riowi po­woli pod­nieść się z fo­tela, pod­trzy­mu­jąc mu plecy. Męż­czy­zna miał przy­ło­żony do ust ka­wa­łek lodu owi­nięty ręcz­ni­kiem, ale zdo­był się na nie­pewny uśmiech.

- Do­brze się pan czuje? - spy­tała.

- W po­rządku, pani dok­tor.

Zer­k­nęła na jego brata i ski­nęła, żeby te­raz prze­jął opiekę. Za­cze­kała, aż męż­czy­zna oto­czył go ra­mie­niem, po czym od­pro­wa­dziła ich ko­ry­ta­rzem, przez po­cze­kal­nię, a na­stęp­nie główne drzwi w cie­płą czerw­cową noc.

Kiedy szli na sta­cję me­tra, Vit­to­rio opie­rał się o brata i gło­śno śpie­wał re­fren swo­jej pio­senki o drze­wie ro­dzą­cym sło­dy­cze. Zwy­kły prze­cho­dzień wziąłby ich za dwóch pi­jacz­ków, jed­nak efekty dzia­ła­nia leku miały nie­długo ustą­pić. Gdy wmie­szali się w tłum na Ti­mes Squ­are, Vit­to­rio szedł już sa­mo­dziel­nie.

Była już dwu­dzie­sta pierw­sza, a na Ka­the­rine cze­kała jesz­cze jedna pa­cjentka. Bir­die Ja­mi­son miała na rę­kach bli­zny i za­dra­pa­nia cha­rak­te­ry­styczne dla ko­goś, kto pra­co­wał w fa­bryce kon­serw. Ko­bieta ni­gdy nie mo­głaby so­bie po­zwo­lić na wi­zytę w ele­ganc­kiej przy­chodni den­ty­stycz­nej z za­sło­nami w oknach i ta­pi­ce­ro­wa­nymi fo­te­lami w po­cze­kalni. Ka­the­rine uśmiech­nęła się do niej i za­pro­siła ją do ga­bi­netu.

Może Par­ker Bez­bo­le­sny Den­ty­sta był nie­znacz­nie lep­szy niż li­nia pro­duk­cyjna, ale w No­wym Jorku miesz­kało nie­mal pięć mi­lio­nów osób. Jedna trze­cia z nich uro­dziła się za gra­nicą i żyła w wa­run­kach da­le­kich od kom­fortu. Całe szczę­ście ist­niały ga­bi­nety den­ty­styczne, które nio­sły po­moc tym, któ­rzy nie mo­gli so­bie na nią po­zwo­lić ni­g­dzie in­dziej. Biedni lu­dzie od­czu­wali ból tak samo jak bo­gaci i za­słu­gi­wali na do­stęp do przy­zwo­itych le­ka­rzy.

Ka­the­rine miała na­dzieję, że Ed­gar wy­gra w pro­ce­sie są­do­wym, po­nie­waż je­śli za­ka­zano by mu sto­so­wa­nia krzy­kli­wych re­klam, przy­chod­nia mu­sia­łaby zo­stać za­mknięta. Ozna­cza­łoby to, że pa­cjen­tów ta­kich jak Bir­die Ja­mi­son nie by­łoby stać na pod­sta­wową opiekę sto­ma­to­lo­giczną, a Ka­the­rine stra­ci­łaby pracę.

Ostatnią czyn­no­ścią Ka­the­rine przed za­mknię­ciem ga­bi­netu było zdję­cie bia­łej tu­niki ze stójką, którą no­siła, kiedy przyj­mo­wała pa­cjen­tów. Za­mie­niła ją na wcięty w pa­sie ża­kiet, po czym przy­gła­dziła so­bie za­cze­sane do góry ciemne włosy i uło­żyła kilka luź­nych ko­smy­ków, żeby ob­ra­mo­wały jej twarz, po­nie­waż... lu­biła ład­nie wy­glą­dać w obec­no­ści na po­rucz­nika Bir­cha.

Za­wsty­dzało ją, że tak bar­dzo przej­mo­wała się zda­niem tego uro­czego po­li­cjanta, szcze­gól­nie że ni­gdy nie oka­zał za­in­te­re­so­wa­nia jej wzglę­dami. Jed­nak dla­czego za­wsze po­ja­wiał się po za­koń­cze­niu jej pracy i od­pro­wa­dzał ją do me­tra? Ro­bił to już od dwóch lat i nie na­le­żało to do jego ofi­cjal­nych obo­wiąz­ków. Był wo­bec niej bar­dzo opie­kuń­czy.

Ka­the­rine wzięła z po­miesz­cze­nia dla pra­cow­ni­ków du­żego precla, po czym udała się do lobby. Dok­tor Frie­drich po­cho­dził z Nie­miec i czę­sto przy­no­sił świeże precle dla swo­ich współ­pra­cow­ni­ków. Ostat­nią osobą, jaka jesz­cze zo­stała w przy­chodni, był Hec­tor, do­zorca, który był za­jęty sprzą­ta­niem.

- W po­koju dla pra­cow­ni­ków są jesz­cze precle, je­śli ma pan ochotę - za­pro­po­no­wała mu Ka­the­rine.

- Już się po­czę­sto­wa­łem - od­po­wie­dział, nie pod­no­sząc wzroku i kon­ty­nu­ując my­cie pod­łogi. Oboje mieli dziś pra­co­wity dzień. - Do­bra­noc, pani dok­tor.

- Do­bra­noc, pa­nie Hec­to­rze - po­że­gnała się, po czym wy­szła przez główne drzwi. Od­wró­ciła się, żeby po­dzi­wiać im­po­nu­jący wi­dok na Ti­mes Squ­are o pół­nocy, roz­świe­tlony set­kami la­tarni ulicz­nych i neo­nów te­atral­nych. Nocna at­mos­fera była pełna eks­cy­ta­cji, żwawa mu­zyka do­cho­dziła z re­stau­ra­cji ob­słu­gu­ją­cych za­moż­nych klien­tów po za­koń­cze­niu spek­ta­kli. Na­wet o pół­nocy ta oko­lica była roz­pro­mie­niona fe­erią świa­teł.

To dla­tego dok­tor Par­ker otwo­rzył przy­chod­nię wła­śnie w tym miej­scu. Pa­cjenci nie czu­liby się bez­piecz­nie, wy­bie­ra­jąc się późną porą do den­ty­sty, gdyby nie przyj­mo­wał on w czy­stej i do­brze oświe­tlo­nej czę­ści mia­sta. Więk­szość osób od­wie­dza­jąca Ti­mes Squ­are wi­działa je­dy­nie po­ły­sku­jące świa­tła i lu­dzi uczest­ni­czą­cych w jed­nej wiel­kiej im­pre­zie. Ka­the­rine do­strze­gała jed­nak inną stronę słyn­nej dziel­nicy te­atrów w cen­trum Man­hat­tanu. Nic nie do­szłoby do skutku bez pra­cow­ni­ków noc­nej zmiany. Ku­cha­rze i kel­nerki po­da­wali je­dze­nie, a ak­to­rzy, tan­ce­rze i mu­zycy da­wali przed­sta­wie­nia. Po­li­cjanci pa­tro­lo­wali plac, a mo­tor­ni­czy tram­wa­jów wo­zili lu­dzi. Do­zorcy sprzą­tali bu­dynki, a pie­ka­rze wy­ra­biali już cia­sto na ju­trzej­sze śnia­da­nie. Znaj­du­jący się na­prze­ciwko bu­dy­nek re­dak­cji "New York Ti­mesa" przez całą noc był oświe­tlony jak cho­inka. Pra­cu­jący we­wnątrz dzien­ni­ka­rze, re­dak­to­rzy i dru­ka­rze spie­szyli się, żeby przy­go­to­wać ga­zetę do sprze­daży o po­ranku.

Ro­dzice Ka­the­rine, któ­rzy miesz­kali w Ohio, mar­twili się nie­ustan­nie o jej późne go­dziny pracy, jed­nak ona miała dwa­dzie­ścia osiem lat i swo­bod­nie po­ru­szała się po mie­ście. Sześć lat po tym, jak wy­je­chała z Ohio w na­stęp­stwie upo­ko­rze­nia i zła­ma­nego serca, speł­niła swoje nie­praw­do­po­dobne ma­rze­nie i zo­stała den­tystką. Rany z cza­sem się ule­czyły, po­nie­waż nic nie dzia­łało tak do­brze na zła­mane serce jak za­uro­cze­nie in­nym męż­czy­zną, na­wet je­śli było nie­odwza­jem­nione.

Ro­zej­rzała się i prze­szła szybko przez ulicę. Sta­cja me­tra znaj­do­wała się trzy prze­cznice da­lej. Ka­the­rine za­częła jeść precla, który był już nieco twardy, po czym strzep­nęła so­bie z brody kilka okrusz­ków.

Po­rucz­nik Birch, jak w ze­garku, wy­nu­rzył się z tłumu nieco da­lej i ru­szył w jej kie­runku. Po­dzi­wiała jego kształtną żu­chwę i ci­chą in­ten­syw­ność spoj­rze­nia, czę­ściowo skry­wa­nego pod dasz­kiem po­li­cyj­nej czapki. Za­wsze czujny, spo­kojny i nie­wzru­szony. Był praw­do­po­dob­nie w oko­li­cach trzy­dziestki i za każ­dym ra­zem, kiedy od­pro­wa­dzał Ka­the­rine do sta­cji me­tra, zwra­cał na sie­bie uwagę ko­biet.

Uchy­lił czapkę na po­wi­ta­nie.

- Do­bry wie­czór, pani dok­tor Schne­ider.

Spo­sób, w jaki wy­po­wia­dał jej na­zwi­sko, za­wsze przy­pra­wiał ją o dreszcz. Jego ton był uprzejmy i pre­cy­zyjny, a głos jakby ak­sa­mitny.

- Po­rucz­niku Birch - od­wza­jem­niła po­wi­ta­nie, pró­bu­jąc za­brzmieć rów­nie non­sza­lancko. - Jak pań­ski wie­czór?

- Do­brze.

Fakt, że nie mó­wił nic wię­cej, nie był żad­nym za­sko­cze­niem. Po­rucz­nik Birch ni­gdy nie opo­wia­dał o so­bie. Nie od­dzie­lał swo­jego ży­cia oso­bi­stego ja­kąś zwy­kłą gra­nicą. Strzegł go jak for­tecy oto­czo­nej dru­tem kol­cza­stym i re­flek­to­rami, które miały trzy­mać z dala in­tru­zów. Po dwóch la­tach wie­działa o nim je­dy­nie to, że bar­dzo ce­nił kuch­nię wło­ską.

Zer­k­nął na trzy­ma­nego przez nią precla.

- Chyba nie do końca lubi pani precle, prawda? Są ta­kie su­che i bez ży­cia. Niech pani spró­buje tego. To znacz­nie lep­sze.

Po­dał jej pa­pie­rową to­rebkę, a Ka­the­rine zer­k­nęła do środka i zo­ba­czyła zło­ci­sty pla­cek po­sy­pany zio­łami. Był jesz­cze cie­pły. Urwała ka­wa­łek mięk­kiego cia­sta i po­czuła zio­łowy za­pach, od któ­rego aż wzmógł jej się ape­tyt. Wy­rzu­ciła resztkę precla, a ten ude­rzył gło­śno o wnę­trze ko­sza.

- To fo­cac­cia - po­wie­dział po­rucz­nik Birch. Po­wtó­rzył i prze­li­te­ro­wał dla niej to słowo. Świeży wy­piek miał nie­zwy­kły aro­mat, a pod zło­ci­stą skórką skry­wała się de­li­katna tek­stura.

- Dla­czego uważa pan, że precle są bez ży­cia? - spy­tała, kiedy szli, równo sta­wia­jąc kroki.

- Precle to nic poza mąką i droż­dżami, a cia­sto soli się i go­tuje. Ale fo­cac­cia... - Gdy wy­po­wie­dział to słowo, jego ton głosu stał się cie­plej­szy. - Fo­cac­cia to wło­ski chleb na­są­czony oliwą z oli­wek, tło­czoną na zimno za­le­d­wie kilka dni wcze­śniej. Po­sy­pany roz­ma­ry­nem i ore­gano. Jest tak świeża, że w zio­łach można nie­mal wy­czuć smak słońca.

Skąd tyle wie­dział na te­mat wy­szu­ka­nego je­dze­nia? Przy­ja­ciółka Ka­the­rine, Blan­che, miała brata po­li­cjanta, który po­wie­dział, że po­rucz­nik Birch do­ra­stał w bar­dzo skrom­nym sie­ro­cińcu, gdzie Kate cza­sem ofe­ro­wała dar­mową opiekę den­ty­styczną. To nie było miej­sce, gdzie kto­kol­wiek na­uczyłby się do­ce­niać wy­kwintne je­dze­nie. Kie­dyś oglą­dała tam­ten bu­dy­nek, a w wiel­kiej kuchni znaj­do­wała się owsianka i beczki z ry­żem, a nie tło­czona na zimno oliwa czy zioła, które pach­nia­łyby słoń­cem.

Chciała się z nim po­dro­czyć, że tak po­etycko wy­po­wia­dał się o ka­wałku cia­sta, ale miała pełne usta, a spo­sób, w jaki opi­sał jego smak, spra­wiał, że nie­mal uwie­rzyła w to, że czuje aro­mat słońca. Pod­czas ich licz­nych póź­nych spa­ce­rów na­uczył ją wiele na te­mat je­dze­nia. Cza­sem przy­no­sił jej za­gra­niczne sło­dy­cze, in­nym ra­zem ka­wałki sera. Po­ka­zał jej róż­nicę mię­dzy orze­cho­wym aro­ma­tem pe­co­rino a bar­dziej wy­trawną nutą par­me­zanu. Twier­dził, że na­był tę wie­dzę, gdyż miesz­kał nad wło­ską re­stau­ra­cją, a po­siłki były wli­czone w czynsz.

Tuż przed nimi ha­ła­śliwy tłum gro­ma­dził się na ze­wnątrz ja­sno oświe­tlo­nego gma­chu opery. Lekko wsta­wiony je­go­mość za­chwiał się na kra­węż­niku i wy­lał so­bie wodę na śnież­no­białą ele­gancką ko­szulę. Ja­kiś inny pan, rów­nież w smo­kingu, po­mógł swo­jemu to­wa­rzy­szowi sta­nąć pro­sto.

Po­rucz­nik Birch wy­cią­gnął rękę nad ra­mie­niem Ka­the­rine, nie do­ty­ka­jąc jej, ale osła­nia­jąc. Jo­na­than Birch na­wet jej nie mu­snął, ale kiedy mi­jali grupę te­atro­ma­nów, była za­do­wo­lona z jego ochrony. Pa­nie praw­do­po­dob­nie na­le­żały do chóru, po­nie­waż na­dal miały sce­niczny ma­ki­jaż i błysz­czącą bi­żu­te­rię. Ktoś mógłby je uznać za damy lek­kich oby­cza­jów, ale Ka­the­rine wi­działa w nich ciężko pra­cu­jące osoby, które od­by­wały próby przez całe po­po­łu­dnia, a każ­dego wie­czora brały udział w dwóch spek­ta­klach. Za­słu­gi­wały na sza­cu­nek.

Jedna z młod­szych ko­biet wy­pro­sto­wała się, kiedy ich za­uwa­żyła.

- Po­rucz­niku! - za­wo­łała me­lo­dyj­nym gło­sem, po czym po­de­szła w pod­sko­kach w ich kie­runku i po­ca­ło­wała Bir­cha w po­li­czek, zo­sta­wia­jąc ślad czer­wo­nej szminki. Wy­tarł go chu­s­teczką, ale nie dał rady ze­trzeć so­bie ru­mień­ców. Miło było zo­ba­czyć, jak ten po­ważny i sta­ro­modny męż­czy­zna za­wsty­dza się z po­wodu śmia­łej ko­bie­cej aten­cji. - Czy on nie jest słodki? - ode­zwała się ko­bieta, obej­mu­jąc go za szyję, jed­nak Birch de­li­kat­nie się wy­co­fał.

- Nancy, zmy­kaj - rzu­cił.

Ko­bieta zro­biła kwa­śną minę.

- Jak to jest, że za­wsze mi pan mówi, że­bym zmy­kała. Dla­czego ni­gdy nie pój­dzie pan z nami na drinka?

Chwie­jący się męż­czy­zna w smo­kingu czknął.

- On jest w pracy, Nancy.

Nie wszyst­kie ko­biety były pi­jane. Kilka z nich wy­glą­dało na zmę­czone i go­towe, żeby już iść do domu, ale na­wet one przy­glą­dały się po­rucz­ni­kowi z za­in­te­re­so­wa­niem.

Był przy­stoj­nym męż­czy­zną, z krótko ob­cię­tymi brą­zo­wymi wło­sami i ja­sno­nie­bie­skimi oczami. Nie wy­da­wał się szcze­gól­nie wy­soki ani umię­śniony. Jego syl­wetka była ra­czej drobna, ale miał wy­ra­zi­sty wy­gląd, dzięki któ­remu spra­wiał wra­że­nie sil­nego. A może to nie było od­po­wied­nie okre­śle­nie. Nie­bez­piecz­nego? Groź­nego? Żadne z tych słów nie od­da­wało ener­gii, jaką w so­bie skrzęt­nie skry­wał. Jed­nak nie był tak na­prawdę w ża­den spo­sób za­gra­ża­jący. Sta­no­wił dla niej uoso­bie­nie pra­wo­ści. Przez cały czas, od­kąd się po­znali, na­wet nie tknął jej pal­cem. Cza­sem ich dło­nie spo­ty­kały się przy­pad­kiem, kiedy po­da­wał jej ka­wa­łek sera czy fo­cac­cię, tak jak dzi­siaj, jed­nak za­wsze szybko się wy­co­fy­wał, zo­sta­wia­jąc ją z po­czu­ciem nie­do­sytu.

Trosz­czył się o nią. Nie po­tra­fiła wy­tłu­ma­czyć, dla­czego tak było, po­nie­waż ni­gdy nie pró­bo­wał się z nią spo­ty­kać poza tymi noc­nymi spa­ce­rami do sta­cji me­tra. Po­rucz­nik Birch pra­co­wał na noc­nej zmia­nie, od dwu­dzie­stej do ósmej rano, i w tym cza­sie znaj­do­wał dzie­sięć mi­nut, żeby ją od­pro­wa­dzić. Trwało to już od dwóch lat i nic nie wska­zy­wało na to, że miałby kie­dy­kol­wiek na­kła­niać ją do więk­szej bli­sko­ści. To, że jej się po­do­bał, było rów­nie bez­na­dziejne jak za­czepki dziew­cząt z te­atru, które za­ga­dy­wały go, kiedy je mi­jał.

- Niech mi pani obieca, że nie na­pi­sze pani o tym w swoim ar­ty­kule - ode­zwał się po­rucz­nik, gdy już zo­sta­wili za sobą tłum.

- Oczy­wi­ście, chyba że ży­czy pan so­bie ina­czej - od­po­wie­działa za­czep­nie. Birch był jedną z nie­licz­nych osób, które wie­działy o tym, że pi­sała ano­ni­mowe fe­lie­tony za­ty­tu­ło­wane Kiedy mia­sto śpi. Każ­dego mie­siąca przy­bli­żała różne nocne za­wody, dzięki któ­rym mia­sto było bez­pieczne i przy­zwo­ite. Do tej pory opi­sała pra­cow­ni­ków szpi­tala i sor­towni poczty, kie­row­ców, ope­ra­to­rów cen­tral te­le­fo­nicz­nych i pie­ka­rzy. W ko­lej­nym mie­siącu miała przy­glą­dać się in­ży­nie­rom nad­zo­ru­ją­cym dzia­ła­nie elek­trycz­no­ści. Po­rucz­nik Birch upar­cie opie­rał się jej pró­bom prze­pro­wa­dze­nia wy­wiadu z nim. Był zbyt ma­ło­mówny, żeby po­dzie­lić się per­spek­tywą swo­jego noc­nego świata, jed­nak Ka­the­rine uwa­żała, że lu­dzie pra­cu­jący o ta­kiej po­rze po­winni być do­strze­gani i do­ce­niani.

Unio­sła dół spód­nicy, kiedy scho­dzili do sta­cji me­tra miesz­czą­cej się pod ulicą. Ode­rwała bi­let ze swo­jej ksią­żeczki i udała się na miej­sce dla ocze­ku­ją­cych, gdzie znaj­do­wał się ka­se­to­nowy su­fit pod­trzy­my­wany przez białe ko­lumny. Mnó­stwo lu­dzi koń­czyło pracę o pół­nocy, więc pa­no­wał tam tłok. Z głębi wy­ło­żo­nego płyt­kami tu­nelu za­brzmiało dud­nie­nie po­ciągu z 12.15.

Po­rucz­nik Birch za­cze­kał, aż Ka­the­rine wsią­dzie, po czym do­tknął brzegu czapki.

- Do­brej nocy, pani dok­tor.

- Na­wza­jem, po­rucz­niku.

Drzwi za­su­nęły się, a po­ciąg ru­szył do ciem­nego tu­nelu. Czy to było wszystko, co miało ją kie­dy­kol­wiek łą­czyć z tym męż­czy­zną? Przez dwa lata dbał o jej bez­pie­czeń­stwo i nie ocze­ki­wał ni­czego w za­mian, jed­nak Ka­the­rine wy­czu­wała, że za jego spo­koj­nym, nie­wzru­szo­nym wy­ra­zem twa­rzy skrywa się cały świat ta­jem­nic.

2

Po­rucz­nik Jo­na­than Birch do­tarł na swój po­ste­ru­nek, kiedy słońce po­ja­wiło się nad uli­cami mia­sta. Okręg pięt­na­sty miał swoją sie­dzibę w naj­star­szym i naj­bar­dziej znisz­czo­nym bu­dynku w ca­łym No­wym Jorku, jed­nak on go uwiel­biał. Za­pach sta­rych ce­gieł i go­rą­cej kawy był od­prę­ża­jący. Znany od­głos ob­ca­sów na wie­ko­wej drew­nia­nej pod­ło­dze, po­stu­ki­wa­nie ma­szyny do pi­sa­nia i nie­ustanne żarty ko­le­gów spra­wiały, że czuł się tam jak w domu.

Jego ostat­nim obo­wiąz­kiem było na­pi­sa­nie ra­portu z dzi­siej­szej nocy, która w więk­szej czę­ści prze­bie­gła ru­ty­nowo. Wy­śle­dził lu­dzi pa­ra­ją­cych się wy­łu­dze­niami zwią­za­nymi z ha­zar­dem w oko­licy Hell's Kit­chen i aresz­to­wał dwóch męż­czyzn, któ­rzy pró­bo­wali wy­du­sić pie­nią­dze od ja­kie­goś klienta, zbyt pi­ja­nego, żeby za­pro­te­sto­wać. Po­nadto ze­brał ko­lejne do­wody w spra­wie to­czą­cej się prze­ciw sa­lo­nowi gier, który zaj­mo­wał się pro­sty­tu­cją. Po­rucz­nik był też od­po­wie­dzialny za mo­ni­to­ro­wa­nie dzia­łań Ri­nal­dich, ro­dziny ma­fij­nej z Bro­oklynu, dzia­ła­ją­cej w pół­światku. Dante Ri­naldi, nowy przy­wódca, za­czy­nał się­gać swo­imi mac­kami na Man­hat­tan, więc Jo­na­than nie mógł tego prze­oczyć.

Naj­lep­szą czę­ścią jego dnia za­wsze była Ka­the­rine Schne­ider. Spo­tka­nie z nią w środku zmiany było dla niego tak trwa­łym przy­zwy­cza­je­niem jak za­pi­na­nie gu­zi­ków ko­szuli czy po­pra­wia­nie po­li­cyj­nej czapki. Gdy po raz pierw­szy usły­szał o den­ty­stce koń­czą­cej pracę o pół­nocy, in­stynk­tow­nie po­ja­wił się, żeby ją chro­nić. Chu­li­gani zwy­kle za­cho­wy­wali się po­praw­nie, kiedy w po­bliżu po­ja­wiał się po­li­cjant w mun­du­rze. Z cza­sem jed­nak oka­zało się, że lo­ka­li­za­cja przy­chodni den­ty­stycz­nej zo­stała wy­brana w spo­sób nie­przy­pad­kowy. Znaj­do­wała się w po­bliżu sta­cji me­tra, a ochrona z po­bli­skich ele­ganc­kich te­atrów pil­no­wała oko­licy przed po­dej­rza­nymi ty­pami. Mimo to ten fakt nie wpły­nął na chęć Jo­na­thana, żeby chro­nić Ka­the­rine.

Usiadł przy swoim biurku na kół­kach, jed­nym z trzech przy­pi­sa­nych po­rucz­ni­kom. Za­war­tość każ­dej prze­gródki była ide­al­nie po­ukła­dana. Po cha­otycz­nym dzie­ciń­stwie, kiedy nie miał żad­nej kon­troli nad swoim ży­ciem i oto­cze­niem, utrzy­my­wał biurko w nie­zwy­kłym po­rządku. Mógłby pra­co­wać z za­mknię­tymi oczami i mimo tego wie­dzieć do­kład­nie, gdzie znaj­duje się każde pióro czy strona z kar­to­teki.

Po­stu­ki­wa­nie kla­wi­szy ma­szyny do pi­sa­nia roz­brzmie­wało te­raz z pełną gło­śno­ścią, cho­ciaż Jo­na­than wo­lał pi­sać swoje ra­porty ręcz­nie. Na­dal miał wieczne pióro Wa­ter­mana, które do­stał z oka­zji ukoń­cze­nia szkoły. Z jego po­wodu wie­lo­krot­nie na­ra­żał się na drwiny, po­nie­waż nie chciał go ni­komu po­ży­czać. Przez lata sta­lówka przy­zwy­cza­iła się do jego cha­rak­teru pi­sma, a ktoś inny mógłby do­ci­snąć ją pod nie­wła­ści­wym ką­tem i znisz­czyć.

Drew­niane krze­sło za­skrzy­piało, kiedy się od­chy­lił i przez mo­ment po­wa­chlo­wał do­piero co na­pi­sa­nym ra­por­tem, żeby atra­ment wy­sechł.

Jake Ken­dry, ofi­cer dy­żu­ru­jący przy cen­trali te­le­fo­nicz­nej, zer­k­nął na niego.

- Sły­sza­łeś, że Gal­la­gher do­stał wczo­raj wy­róż­nie­nie?

Jo­na­than za­marł, na­dal trzy­ma­jąc w ręku ra­port. W No­wo­jor­skim De­par­ta­men­cie Po­li­cji miał tylko jed­nego wroga, a był to Sean Gal­la­gher.

- Ja­kie wy­róż­nie­nie? - spy­tał ce­lowo swo­bod­nym to­nem.

- Na­grodę za szcze­gólne za­sługi - od­parł Jake. - Ja­kiś chło­pak wpadł do wody z na­brzeża i stra­cił przy­tom­ność. Gal­la­gher wsko­czył za nim. Dzie­ciak praw­do­po­dob­nie by uto­nął, gdyby ten go nie ura­to­wał.

Jo­na­than nic nie od­po­wie­dział, tylko po­now­nie za­czął wa­chlo­wać do­ku­men­tem.

- Kto był świad­kiem tego zda­rze­nia?

- To­maso Conti. Wró­cili ra­zem na po­ste­ru­nek i wy­peł­nili ra­porty. Ka­pi­tan Avery na­ci­skał na wy­róż­nie­nie, po­nie­waż Gal­la­gher z tech­nicz­nego punktu wi­dze­nia ry­zy­ko­wał ży­ciem, kiedy wsko­czył za tym chło­pa­kiem. To był głę­boki i nie­bez­pieczny skok.

- To do­brze - od­po­wie­dział spo­koj­nie Jo­na­than, po czym wstał i po­pra­wił so­bie kra­wat. Odło­żył ra­port do akt, kiedy kie­ro­wał się do drzwi. Za­sta­na­wiał się, co zro­bić w spra­wie wy­róż­nie­nia Gal­la­ghera, po­nie­waż opie­rało się na kłam­stwie.

Sean Gal­la­gher nie po­tra­fił pły­wać. Obaj do­ra­stali w Szkole Cli­ftona dla Osie­ro­co­nych Chłop­ców, gdzie kon­ku­ro­wali ze sobą we wszyst­kim, po­cząw­szy od ocen, aż do pod­ry­wa­nia dziew­czyn. W nie­mal każ­dej dzie­dzi­nie Gal­la­gher wy­gry­wał. Pły­wa­nie było je­dyną rze­czą, w któ­rej Jo­na­than był w sta­nie go po­ko­nać, po­nie­waż Gal­la­gher miał dzi­waczne lęki przed za­mo­cze­niem so­bie twa­rzy.

Dzień pracy Jo­na­thana po­wi­nien był już do­bie­gać końca, tym­cza­sem do­piero się za­czął. Miał do spraw­dze­nia fał­szywy ra­port.