Prolog
Lipiec 1939 roku.
Anna i Józef rozpoczęli budowę swojego domu. Wzięli ślub w tych niespokojnych czasach, zaledwie pół roku wcześniej. Zakochani, pragnęli jedynie być ze sobą. Dach domu ich marzeń majaczył już na tle lasu. Ziemię otrzymali jako wiano z posagu Anny. Była to niewielka polana, a na niej, dzień za dniem, powoli, z niczego, powstawał dom. Józef ciężko pracował. Anna pomagała mu razem ze swoimi braćmi, dopóki nie zorientowała się, że jest w ciąży.
Dom miał kamienne fundamenty, z nich wychodziły takie same, prawie skalne narożniki, sięgające pod dach, z zaledwie oszlifowanych głazów, a ściany z drewna pachniały i koiły zmysły. Dach, spadzisty, z grubych desek, był zwieńczeniem całości. Pod koniec sierpnia stał gotowy. Józef nie zdążył się nim nacieszyć ani powitać dziecka - wcielono go do wojska. Właściwie sam się zgłosił. Czuł się Polakiem, choć ten rejon w większości zamieszkiwali ludzie, którzy nie czuli tego, co on i jemu podobni. Już dużo wcześniej zaczęły się tu prześladowania, ale Józef i tak nie mógł postąpić inaczej, zostawił najbliższych i pojechał tam, gdzie walczono, bo nadszedł wrzesień 1939 roku... I nie był sam. Wielu, tak wielu stanęło w obronie kraju. Józef też był jednym z tych, którzy poznali "Pięć prawd Polaka" autorstwa Jana Kaczmarka, i nie musiał być na I Kongresie Polaków w Niemczech, by je znać. W jego sercu i umyśle wciąż rozbrzmiewały:
1. Jesteśmy Polakami!
2. Wiara ojców naszych jest wiarą naszych dzieci!
3. Polak Polakowi bratem!
4. Co dzień Polak narodowi służy!
5. Polska Matką naszą - nie wolno mówić o Matce źle.
Tymczasem samotna Anna otrzymywała wsparcie i pomoc rodziny. Teściowie i rodzice pomagali jej, jak tylko mogli. Ale do czasu... Do wioski weszły oddziały niemieckie. I do wioski dotarła wojna, teraz zaczęły się prawdziwe prześladowania tych, którzy czuli się Polakami. Zaczęły się terror i rozstrzeliwania. Anna wciąż skrywała się z malutką córeczką w leśnym domu, ale i do niej dotarł okupant. Czy się zlitował, widząc samotną młodziutką dziewczynę z kilkumiesięcznym dzieckiem? Nie wiadomo do końca... Sądzono, że ów oficer niemiecki zostawił je w spokoju i odszedł, zabierając swoich żołnierzy. Jednak nad wioską nie miał litości. Palił dom za domem. Anna naprawdę została sama... Z całej wioski zostali przy życiu tylko ci, którzy współpracowali z okupantem. I starzy, schorowani ludzie. Kobieta walczyła w samotności o przetrwanie swoje i dziecka. Czasem pomagała jej cioteczka Aniela i jej schorowana mama. Cała rodzina Józefa została zamordowana. Podobnie było z jej bliskimi. Ojciec zginął zaraz na początku 1943 roku, a bracia zginęli na froncie jeszcze w 1939 roku.
Aż nadszedł rok 1944... lipiec. Nie było wieści o Józefie, nie było nadziei na jego powrót. Anna mimo to czekała.
Pewnej nocy do jej drzwi - w samotnym i już nieco zniszczonym domu - ktoś gwałtownie zapukał. Nie było to delikatne ani spokojne stukanie. To był łomot. Dziewczyna zamarła. Szybko zbiegła do piwnicy i wśród ziemniaków i drewna schowała swoją prawie pięcioletnią córeczkę, nakazując jej milczenie. Tuląc dziewczynkę do siebie, szeptała:
- Cokolwiek byś usłyszała, cokolwiek by się tam... na górze, nie działo. Pamiętaj. Nie wychodź. Tylko tu jesteś bezpieczna.
I była. Czego niestety nie można było powiedzieć o Annie.
Dwaj mężczyźni niczym zdziczałe zwierzęta wtargnęli do kuchni w chwili, gdy Anna usiłowała zagrodzić im drogę, trzymając w rękach nóż kuchenny.
- Co? Chcesz walczyć? Ty zdziro! - krzyknął jeden z nich. Drugi zachodząc ją od tyłu, uchwycił jej długie włosy. Szarpnął z całej siły. Kobieta upadła, uderzając głową o rant kredensu. Ten aż zadrżał. Osunęła się półprzytomna, nie czuła już nawet bólu, gdy jej ciało z impetem uderzyło o podłogę. Rozległ się głuchy huk.
- Masz ją? Trzymaj! - zawołał drugi, równie dobrze zbudowany mężczyzna. Był nieznacznie wyższy od tego, który właśnie zaczął dociskać ciało Anny kolanem do podłogi. Ona jednak nie chciała się poddać, na wpół świadoma zaczęła machać rękoma. Uderzyła napastnika w twarz.
- Och, ty suko! - zawołał rozwścieczony, a jego pięść dokładnie przy ostatnim słowie dosięgła jej drobnej twarzy. Anna znów straciła świadomość, a z jej ust zaczęła płynąć krew, wypełniły się brunatną cieczą. Mężczyzna wpadł w szał. Raz za razem bił pięścią nie tylko po twarzy dziewczyny, ale i po piersiach. Z trudem łapała oddech. Wówczas drugi, nieco niższy, krzyknął gwałtownie.
- Zabijesz ją! Nie teraz. Nie tak szybko... Najpierw rozprawimy się z nią inaczej. - Zaśmiał się szyderczo i dodał:
- Nie miała długo chłopa, trza jej przypomnieć co nieco. - Mówił to, śmiejąc się drwiąco, odepchnął kolegę. Anna resztkami świadomości i sił usiłowała stawiać opór. Nadaremnie. Nie miała szans. Obaj mężczyźni na przemian bijąc ją i zdzierając z niej sukienkę, usiłowali dowieść swojej siły na drobnym, zakrwawionym ciele konającej już kobiety. Traciła przytomność, po paru sekundach ogarnęła ją bezdenna pustka, a potem jej umysłem i ciałem zawładnęła mroczna ciemność, z której już nie mogła się uwolnić. Wchłonęła ją... I tylko na zakrwawionej podłodze leżało jej bezwładne ciało. Jej duch był już wolny. Ale kaci, nieświadomi tego faktu, jeden po drugim, wciąż śmiejąc się, "zabawiali się", jak powiedział ten większy, ciałem Ani.
I nastał świt...
Do domu na polanie wszedł jej wujek, mąż cioci Anieli. To, co zobaczył, doprowadziło tego biednego siwego, starego człowieka prawie do zawału serca. Anna w kałuży krwi, z rozchylonymi nogami, z podciętym gardłem leżała martwa... Antoni klęknął przy jej zwłokach i gorzko zapłakał. Chwilę to trwało, jednak przypomniał sobie o Joasi.... Zaczął jej szukać... Znalazł roztrzęsioną, brudną i zapłakaną pod stertą desek. Drżała. O nic nie pytała. W małej szczupłej rączce coś trzymała, jej piąstka była niczym rajskie jabłuszko. Nie wypuściła z rączki tego, co otrzymała od mamy, aż do chwili, w której wujek wziął ją na ręce. Wtuliła się w niego, obejmując go za szyję, odruchowo otworzyła dłoń. Na ramię mężczyzny zsunął się łańcuszek z małym, w kształcie serca medalionem, z białą jak obłoczek perłą pośrodku. A kiedy wychodzili z domu, zobaczyła mamę. Antoni nie pomyślał, aby nakryć czymkolwiek jej ciało. Zapomniał, sam był w szoku. Dziewczynka na ten widok zaniosła się od płaczu i po chwili cały dom wypełnił jej przeraźliwy krzyk.
- Mamusiu, wstań! Mamo!
Lecz ona na przerażony głos dziecka nawet nie drgnęła, jej otwarte, mętne oczy wpatrzone były jedynie w sufit. Na nim też była krew. Była wszędzie...
Dom zamknięto na kłódkę, a dziewczynkę na wychowanie wzięło wujostwo. Tylko oni przeżyli koszmar wojny. Mijały miesiące, lata i nadszedł ten przez wszystkich oczekiwany dzień. Wojna dobiegła końca.
Jedyny brat Anny, Jan, należał do tych, którym udało się wrócić z niewoli pod koniec 1948 roku, choć wszyscy sądzili, że zginął. Nie był jednak w stanie zaopiekować się małą Joasią. Sam był strzępkiem człowieka, zmarł po roku.
A Józef, ojciec Joasi? Wrócił pod koniec 1949 roku. Zima była ostra i ciężka. Wyniszczony niewolą i wojną mężczyzna nie wytrzymał tego, czego się dowiedział po powrocie, i jak sądzono, załamał się zupełnie. Już i tak jego psychika była na skraju wyczerpania. Obóz i związane z pobytem w nim przejścia złamały jego ducha walki. Chodził po wsi, od domu do domu, i za wszelką cenę pragnął poznać prawdę. Prawdę, której nikt nie mógł lub nie chciał mu wyjawić. Ponoć pewnej nocy wszedł do opuszczonego domu i powiesił się. I tak zakończyła się miłość dwojga ludzi, Anny i Józefa.
A może dopiero teraz zaczęła? W innym wymiarze, w innej rzeczywistości. Któż to wie?
Mijały dni, tygodnie, lata i nikt nigdy nie dowiedział się, kto tak bestialsko zamordował Annę. Czy to byli Niemcy? Niedobitki oddziałów, jakie w panice i popłochu uciekały przed wojskiem polskim i radzieckim? Nie wiadomo.
Czas niepomny dramatu, nie tylko ludzi z wioski i Joanny, ale całego Narodu Polskiego, płynął. I w końcu strach i terror okupacji opuściły wsie i miasta.
Mijały kolejne lata. Joanna wyrosła na piękną dziewczynę.
Z czasem wyszła za mąż. Urodziła dziewczynkę, nadając jej imię Alicja. I dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku płynął jej czas, na spokojnym, unormowanym i szczęśliwym życiu. Nie chciała wracać do czasów swojego dzieciństwa. Otoczyła te chwile murem zapomnienia... aż do śmierci męża. Wtedy znów przywołane zostały demony przeszłości. I wróciła do rodzinnej wioski, do "Domu Marzeń", lecz on z czasem zaczął żyć własnym życiem. To był ten sam dom, dom marzeń jej rodziców, Anny i Józefa. Stawał się w jej odczuciu wrogi, a nawet niebezpieczny. Kobieta miała wrażenie, że cienie, wędrujące po ścianach domu, prześladują ją i jej córkę. Wszystko było w nim inne, nie dawał tak upragnionego poczucia bezpieczeństwa, bo zaczął żyć innym, nieznanym i niebezpiecznym życiem. I nastąpiła kolejna przeprowadzka, tym razem mama wyprowadziła się do pobliskiej wsi razem z córeczką. A dom marzeń Anny i Józefa znów opustoszał.
W międzyczasie Joanna stawała się dziwna, coraz bardziej popadała w zamyślenie. Jej stan niepokoił nie tylko córkę Alicję, ale i Jana, jej męża. Nie wiedzieli, jak mają jej pomóc. Alicja usiłowała rozmawiać z mamą, ale ta zazwyczaj rozpoczynała dziwny monolog. Niby mówiła do córki, ale dziewczyna miała wrażenie, że nie tylko do niej mówi. I tak Joanna stawała się coraz bardziej nieobecna w życiu rodziny. Trwało to aż do chwili, kiedy po raz ostatni ułożyła swoją białą jak śnieg głowę na poduszkę i kiedy po raz ostatni zamknęła powieki. Niepostrzeżenie dla wszystkich odeszła podczas snu. Nie obudził jej śpiew skowronków, szelest liści i pomruk lasu ani blask wschodzącego słońca. Jej słońce życia właśnie zaszło, schowało się za niewidoczną dla żyjących linią, horyzontem śmierci... Joanna zasnęła snem wiecznym.
I przez kolejne lata "Dom marzeń" stał opuszczony, choć niezapomniany. Aż do chwili, kiedy Alicja i Jan postanowili go odremontować. Potem chcieli przepisać akt własności na swoją jedyną córkę Iwonę. Ale dotąd dom stał samotnie, na polanie, wtopiony w zieleń drzew i otoczony o świcie mgłą... Na trawie, w blasku pierwszych promieni, błyszczały niczym diamenty krople rosy. Jedyne, czego tam nie było, to ptaków. Tylko echo ich głosów, pięknego trelu, pełnego radości, dochodziło do polany niesione podmuchem wiatru i wraz z łagodnym szumem opływały drewniane ściany domu i okalały jego okolicę. Nocą zaś księżyc rozświetlał polanę, otulał ją szeptem gwiazd i samotny dom będący na skraju lasu wciąż czekał na swoją szansę, na odkrycie tajemnicy, która wypełniła każdy jego zakamarek i wsiąkła w podłogę wraz z krwią Anny, wiele, wiele lat temu.