Rozdział 1
Ida preferowała poranne wizyty u lekarza. Chciała mieć je za sobą, zanim zdąży sobie wmówić, że na pewno coś jest nie tak.
Gabinet ginekologiczny pachniał środkiem do dezynfekcji i czymś jeszcze - słodkawym, nie do końca przyjemnym.
- Pani Idalia Zakrzewska? - upewniła się lekarka, nie podnosząc wzroku znad karty.
- Tak, to ja.
- Data urodzenia?
- Dziesiąty czerwca osiemdziesiątego roku.
- Proszę przejść do pomieszczenia obok i rozebrać się od pasa w dół.
Ida zdjęła spódnicę, potem rajstopy, założyła cienki fartuszek i jednorazowe kapcie. Wróciła do gabinetu. Usiadła na fotelu, zimnym i bezosobowym, po czym wbiła wzrok w punkt na ścianie. Ramka z certyfikatem była przekrzywiona. Zauważyła to dopiero teraz.
- Robimy cytologię? - Ginekolożka nadal nie odrywała wzroku od dokumentów.
- Tak, minął właśnie rok, ale tak jak wspomniałam przez telefon...
- Mówiła pani o plamieniach - dokończyła lekarka.
- Tak. Między cyklami. - Palce same zacisnęły się na oparciu. - To nic poważnego, prawda? Pewnie stres, dużo się ostatnio dzieje.
Lekarka skinęła głową, jakby to była wystarczająca odpowiedź. Założyła rękawiczki i podeszła do fotela.
- Proszę się położyć i rozluźnić oraz przesunąć miednicę trochę niżej.
Zawsze mówiła to samo, a Ida zawsze próbowała, ale ciało nie współpracowało. Wpatrywała się w jasne światło lampy. Poczuła znajomy ucisk, potem chłód narzędzi. Oddychała równo, licząc w myślach: jeden, dwa, trzy. Jak przy pobieraniu krwi. Jeszcze delikatny ból i już po wszystkim.
- Może się pani ubrać.
Po chwili znowu patrzyła, jak lekarka notuje coś w karcie.
- Cykle regularne? - zapytała.
- Raczej tak - odpowiedziała Ida, choć przez moment zawahała się nad słowem "raczej". - Czasem krótsze, czasem nieco dłuższe. No i te skurcze podbrzusza... Ale to chyba normalne?
Lekarka nie skomentowała. Przez chwilę w gabinecie słychać było tylko cichy szelest papieru, stukanie klawiatury i odgłos przesuwanego fotela. Ida poczuła szarpnięcie w środku.
- Czy to coś poważnego? - zapytała, starając się, żeby jej głos brzmiał zwyczajnie.
Ginekolożka spojrzała na nią znad modnych oprawek.
- Na tym etapie nie ma się czym martwić. Zrobiłyśmy cytologię, wynik przyjdzie za kilka tygodni. Proszę poobserwować organizm przez najbliższe dwa, może trzy miesiące. Jeśli objawy się utrzymają albo pojawi się coś nowego, proszę się zgłosić.
W głowie Idy rozległ się ostrzegawczy dzwonek.
- Czyli... to normalne? - dopytała.
- U wielu kobiet się zdarza - odpowiedziała lekarka, zapisując coś w komputerze. - Proszę się niepotrzebnie nie stresować.
Ida skinęła głową i wyszła. W poczekalni siedziały dwie młode dziewczyny. Jedna przeglądała coś w telefonie, druga śmiała się cicho z czegoś, co zobaczyła na ekranie. Ich radość nie pasowała do gabinetu, w którym niejedna kobieta usłyszała wyrok. Ale czy mogła je winić za beztroskę?
Odwróciła się i wyszła na zewnątrz. Powietrze było chłodne, ostre, jeszcze zimowe. Stała chwilę przed budynkiem, zanim ruszyła w stronę parkingu. Powiedziała sobie, że to nic, że gdyby było inaczej, lekarka powiedziałaby to wprost. A jednak ręce jej drżały, kiedy próbowała zapiąć pas.
Rozdział 2
Łup! Łup! Łup!
Ida poderwała się z łóżka. Nieprzytomny wzrok wyłowił z półmroku niewyraźne kontury mebli.
Łup!
Powoli usiadła, opuściła nogi na podłogę i przetarła piekące oczy. Galopada na górze odbiła się echem w jej obolałej głowie. To kolejna noc, gdy najpierw nie mogła długo zasnąć, a potem budziła się co chwilę.
- Czy te dzieci w ogóle śpią? - Westchnęła i wyciągnęła rękę, żeby wcisnąć guzik ekspresu. Wielkość "apartamentu", który właśnie skończyła spłacać, była powodem żartów wszystkich znajomych.
- Przynajmniej mogę zrobić kawę bez wstawania z łóżka - mruknęła pod nosem.
Jeszcze śniadanie i służbowa rozmowa na czacie - uroki pracy zdalnej. Starała się włożyć w prezentację maksimum energii. Szło jej naprawdę dobrze, klient był zainteresowany kampanią, szef wyglądał na zadowolonego. Nagle zza ściany ryknęły basowe dźwięki najnowszego hitu - to sąsiad zabrał się za ćwiczenia. Do wtóru nad jej głową odezwała się wiertarka. Dźwięki nałożyły się na siebie, powodując, że zadrżały szyby w oknie. Przerwała.
- Pani Idalio? - Głos szefa przebijał się przez trzaski. - Słyszy mnie pani?
Nie słyszała. Przyciskała słuchawki do uszu, powstrzymując cisnące się do oczu łzy. Jeszcze pięć minut i mogłaby zakończyć prezentację. Ale cały jej wysiłek poszedł na marne - klient się rozłączył, a na czacie migał komunikat: "Spróbujmy jutro". Poderwała się, złapała szczotkę i zaczęła walić nią w ścianę. Nie panując nad sobą, tłukła kijkiem raz za razem, aż muzyka się urwała. Jeszcze przez chwilę kontynuowała, aż czerwona mgła zaczęła ustępować, a oddech spowolnił. Usiadła ciężko. A ponad miesiąc temu, przynajmniej w pracy, miała odrobinę spokoju. Potem padło jedno zdanie szefa:
- Firma stawia na energię i młodość, pani Idalio.
I jej biurko zajęła dziewczyna o twarzy dziecka.
- Ale oczywiście cenimy także doświadczenie. Pani nie potrzebuje prowadzenia za rękę, świetnie sobie pani poradzi, pracując zdalnie. - Szeroki uśmiech szefa był jakby bielszy, aż bił po oczach. Dobrze, że chociaż pracy nie straciła. Westchnęła i spojrzała na zegarek. Jeszcze kilka godzin i cały weekend wolny.
***
Sobotnie przedpołudnie olśniewało błękitem i złotem - pogoda wreszcie przypomniała sobie, że to już końcówka zimy. Ida powoli jechała ulicami Stargardu, mijając znajome miejsca i budynki. Zaparkowała pod czteropiętrowym blokiem, tym samym, w którym się wychowała. Od tamtego czasu zmienił się tylko kolor elewacji - z poprzedniego burego na aktualny pastelowo-różowy. Zarówno odrapane drzwi wejściowe, jak i zapachy nie zmieniły się przez lata. Zapukała do drzwi i weszła, nie czekając na odpowiedź.
- Cześć! - zawołała, zdejmując kurtkę.
- Ida! - Hanna Zakrzewska wychyliła się z kuchni. - Jesteś! Myślałam, że przyjedziesz później. - Objęła córkę mocno i Ida poczuła znajomy zapach perfum, subtelnie cytrusowy, odrobinę zbyt słodki.
- Wstałam wcześniej i jakoś tak wyszło... - Założyła swoje kapcie z lekko przetartymi czubkami, wdychając zapach domu.
Ojciec wyszedł z pokoju, składając płachtę gazety.
- No, wreszcie! - Przyciągnął córkę do siebie. - Już myślałem, że o nas zapomniałaś.
- Jerzy! - Hanna fuknęła. - Młodzi mają swoje życie. No i ciągle pracują. Dobrze, że Ida w końcu gdzieś wyjechała. Od razu lepiej wygląda. - Przyglądała się córce uważnie. - Chodź, pomożesz mi z herbatą. - Pociągnęła ją za sobą do kuchni.
- Byłaś jakaś blada ostatnio, niewyraźna taka... - Wyciągnęła z szafki kubki. - A teraz opalona, odmłodzona! Chyba ta Tajlandia ci posłużyła. - Nasypała do czajniczka herbaty.
- Może... - Ida nie protestowała, chociaż w natłoku spraw zdążyła już zapomnieć o urlopie. Nie czuła się ani odmłodzona, ani wypoczęta.
Usiedli przy stole. Rozmowa toczyła się wokół drobnych rodzinnych spraw - pracy ojca i szkoły, w której uczyła Hanna. Ida milczała, słuchając i uśmiechając się we właściwych momentach. Czuła, że matka obserwuje ją uważniej niż zwykle, pewnie za chwilę zacznie się przesłuchanie. Westchnęła.
- A u ciebie wszystko w porządku? - zapytała w końcu Hanna, nalewając herbatę.
- Nic nowego. - Upiła łyk gorącego naparu. Skrzywiła się, gdy oparzył jej język.
- Może powinnaś zmienić mieszkanie. - Matka wyglądała na zatroskaną. - Jak ty możesz pracować w takiej klitce?
- Dopiero spłaciłam kredyt, nie będę pakować się w następny. - Ida zacisnęła palce na kubku, żołądek skurczył się jej pod wpływem stresu, oddychała z coraz większym trudem.
Naczynie parzyło ją w dłonie, ale nie potrafiła go odstawić. Czuła, że jeśli je upuści, rozpadnie się razem z nim. Próbowała skupić wzrok na unoszącej się nad herbatą parze. Żeby tylko nie patrzeć na matkę. Tylko nie dać nic po sobie poznać.
- Ale dziecko! - Matka nie ustępowała. - Jak ty chcesz sobie kogoś znaleźć, kiedy sama ledwo się mieścisz w tym "apartamencie".
- Hanka! - Ojciec wreszcie się wtrącił. - Przestań ją przesłuchiwać, dorosła jest!
Ida poczuła rosnącą w gardle gulę. Przełknęła ślinę raz. Potem drugi. Bez skutku. Przeszkoda w gardle wciąż się zwiększała, a Ida z trudem siedziała na miejscu. Serce biło jej tak głośno, że ledwie słyszała, co mówi ojciec. Do uszu docierały pojedyncze słowa. Reszta zlewała się w jednostajny szum. Wytrzymaj. Wszystko będzie dobrze.
- Przepraszam, pójdę do łazienki - powiedziała, złapała odruchowo za torbę i wstała, zanim któreś z nich zdążyło zaprotestować.
Zamknęła drzwi i oparła się o umywalkę. Przez chwilę stała nieruchomo, czując chłód ceramiki na wilgotnych dłoniach. Dopiero gdy usłyszała ciche głosy rodziców dobiegające z pokoju, powoli wypuściła powietrze. Nogi lekko się pod nią ugięły. Brała wdechy urywanymi haustami. Spróbowała głębiej wciągnąć powietrze, ale klatka piersiowa ani drgnęła, jakby ktoś obwiązał ją ciasnym pasem i zaciskał go coraz mocniej. Co jest? Przecież nic się nie stało. To tylko rozmowa. Muszę się uspokoić i oddychać. Jeszcze raz. Powoli. Tak mówiła lekarka. Oddychaj, kiedy czujesz, że wszystko wymyka się spod kontroli. Tylko dlaczego za każdym razem wydawało jej się, że ten jeden raz to nie zadziała?
Liczyła w myślach, koncentrując się na swoim ciele i starając się rozluźnić po kolei każdą jego część. Najpierw gula w gardle zaczęła maleć, potem rozluźniły się ramiona. Wciąż doskwierał jej ucisk w klatce piersiowej, ale mogła już nabrać powietrza. Otworzyła oczy dopiero wtedy, kiedy na policzkach poczuła ciepłą wilgoć łez. Tkwiła tak jeszcze bez ruchu, aż była pewna, że może w końcu stanąć stabilnie. Opłukała twarz zimną wodą i spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Nie poznawała tej kobiety. Jeszcze niedawno śmiała się z koleżanek, które mówiły, że płaczą bez powodu. Teraz sama nie potrafiła powiedzieć, dlaczego kilka zdań wypowiedzianych przy stole wystarczyło, żeby zabrakło jej tchu. Zacisnęła usta. Nie mogła tak się pokazać. Poprawiła makijaż - korektor pod oczy, pomadka na usta - i wyszła. Chwilę później zadzwonił dzwonek do drzwi.
Filip wszedł pierwszy, pewny siebie, w płaszczu, który wyglądał na bardzo drogi, a za nim Jolka z perfekcyjnym makijażem. Bliźniaki wbiegły do środka, natychmiast wypełniając mieszkanie hałasem. Ida patrzyła na młodszego brata jak na kogoś obcego, jakby zupełnie go nie znała. A przecież byli sobie kiedyś bardzo bliscy. Wszystko się zmieniło, gdy pojawiła się Jolka.
- Cześć siostra! - Filip umieścił starannie płaszcz na wieszaku. - Dawno się nie widzieliśmy. Co tam u ciebie?
Kiedy ją przytulił, nozdrza Idy zaatakował silny, słodki, korzenny zapach. Ślina napłynęła jej do ust, a żołądek podszedł do gardła. Odsunęła się szybko, nie zwracając uwagi, że może się wydać niegrzeczna. Mimo że Filip usiadł przy drugim końcu stołu, zapach cały czas był obecny. Wciąż czuła go w nosie i gardle - mdły, ciężki, duszący. Dyskretnie odsunęła od siebie talerz. Przełknęła ślinę, ale nieprzyjemny ucisk w żołądku nie zniknął.
Obiad ciągnął się w nieskończoność. Rozmowy krążyły wokół pracy Filipa, kredytów, przedszkola. Jolka z jednej strony narzekała na dzieciaki, że są takie aktywne, ale z drugiej robiła to z dumą, jakby były w tej swojej nadpobudliwości wyjątkowe. Ida próbowała skupić się na posiłku, ale po kilku kęsach odłożyła widelec. Ziemniaki nagle zrobiły się suche, mięso nie miało smaku. Przesuwała jedzenie po talerzu, licząc, że nikt nie zwróci na to uwagi. W mieszkaniu było ciepło - zdecydowanie za ciepło. Czuła, jak pod koszulą wilgotnieją jej plecy. Odruchowo odciągnęła kołnierz od szyi, jakby brakowało jej powietrza.
- One są takie energiczne. - Westchnęła. - Czasem marzę o pięciu minutach ciszy. - Zerknęła na Idę, która ze wzrokiem wbitym w talerz przesuwała jedzenie z jednej strony na drugą. - Tobie to dobrze. Masz spokój, czas dla siebie. - Zawiesiła głos. - Chociaż... nie wyglądasz na szczególnie wypoczętą.
Idę przeszedł prąd, jakby ktoś trafił w czuły punkt. Na moment zrobiło się zupełnie cicho. Słyszała tylko brzęk sztućców i własny puls, dudniący gdzieś w skroniach. Wiedziała, że Jolka pewnie nie chciała jej dokuczyć. Może nawet próbowała zażartować. Ale coś w sposobie, w jaki zawiesiła głos przed ostatnim zdaniem, wystarczyło, żeby wszystkie emocje, które przed chwilą z takim trudem ukryła, znów zaczęły wydostawać się na powierzchnię. Nie odzywaj się. Po prostu nic nie mów. Za chwilę zmienią temat.
- Może zajmij się sobą - powiedziała ostro.
Jeszcze zanim skończyła mówić, poczuła, jak ogarnia ją wstyd. Jakby słowa po prostu wyskoczyły z jej ust. Chciała je cofnąć, udawać, że wcale nie wybrzmiały, ale było już za późno. Czuła na sobie spojrzenia wszystkich siedzących przy stole i z każdą sekundą robiło jej się coraz goręcej. Przetarła twarz dłońmi, żeby nie patrzeć na rodzinę. Zapadła krótka cisza.
- Oj, no wiesz... - Jolka uniosła brwi. - Od kiedy jesteś taka drażliwa?
Ida wstała gwałtownie i wyszła na balkon. Złapała metalową poręcz i mocno się na niej wsparła. Potrząsnęła głową i szybko zamrugała, starając się odgonić mgłę, która na chwilę zawirowała w jej umyśle. Stała tak, oddychając chłodnym powietrzem, aż dolegliwości minęły, a drżenie w dłoniach powoli słabło. Znowu zaczęła odbierać odgłosy otoczenia, śmiech w sąsiednim mieszkaniu, szum przejeżdżających samochodów i szczekanie psa. Na ułamek sekundy miała ochotę wrócić, przeprosić i zachowywać się tak, jakby nic się nie wydarzyło. Zaraz jednak poczuła, że jeśli natychmiast nie wyjdzie z mieszkania, to się rozpadnie. Przez niedomknięte drzwi usłyszała przyciszony głos matki:
- Coś jest z nią nie tak, może źle się czuje? Ale nic nie mówiła...
I wtedy Ida po raz pierwszy poważnie pomyślała, że może wszyscy wokół mają rację. Że może rzeczywiście coś z nią jest nie tak.
Rozdział 3
Poniedziałek powitał Idę szarugą, zapowietrzonym kaloryferem i kacem.
- To kara za nieumiarkowanie w piciu - mruknęła do siebie.
Potarła skronie. Wspomnienia wracały jedno po drugim. Skrzywiła się trochę z bólu, trochę z żalu. Koleżanki miały tyle do powiedzenia: o zaręczynach, nowym biznesie, awansie i ciąży. Okazało się, że dwa miesiące to mnóstwo czasu na zmiany. Ona sama siedziała w milczeniu, zamawiając kolejne drinki. To nie tak, że była zawistna, przecież znały się od czasu studiów, można nawet powiedzieć, że się przyjaźniły. To nie wina dziewczyn, że tyle się u nich dzieje dobrego. To w niej jest problem. A może nie w niej, tylko w otoczeniu? Czuła, że potrzebuje chociaż malutkiego uśmiechu losu, jakiegoś pozytywnego impulsu, żeby znowu wejść na właściwe tory. Może jakaś duża kampania reklamowa albo ciekawy mężczyzna. Chociaż na to drugie nie liczyła, bo gdzie znaleźć wolnego faceta pod pięćdziesiątkę? Wypiła łyk gorącej kawy, czarnej jak jej nastrój, i spojrzała beznadziejnie na kaloryfer. A jeszcze czeka ją wizyta u lekarza - musi dojść do tego, co jest nie tak. Spojrzała na zegarek, poderwała się i sięgnęła po kurtkę. Ostatni rzut oka w lustro - nie było źle. Sięgnęła do torebki po błyszczyk, potem szczotkę, którą przeciągnęła kilka razy po włosach. Kiedy chciała ją schować, dostrzegła długie, ciemne pasma zaplątane w plastikowe ząbki. Znowu - przebiegło jej przez myśl. Odłożyła szczotkę i wsunęła palce we włosy. Przez chwilę przeczesywała ciężkie pasma. Były miękkie, gładkie, pachniały olejkiem, który wcierała w nie codziennie, żeby były mocne i lśniące. Ten znajomy zapach działał uspokajająco, podobnie jak masaż skóry głowy i sto pociągnięć szczotką z włosia dzika - taki mały, wieczorny rytuał. Ścisnęła pasma w dłoni i na moment odetchnęła, czując, że są takie jak zawsze - gęste i zadbane. Pociągnęła za nie lekko, bardziej odruchowo niż celowo. Zatrzymała się. Opuściła wzrok na dłoń. Z pobielałych palców opadły ciemne kosmyki. Spojrzała na umywalkę, a to, co zobaczyła, było jak cios prosto w brzuch. Na tle śnieżnej bieli wyraźnie odznaczały się ciemne pasma - nie pojedyncze włosy, ale całe pukle. Ida zgięła się wpół, zasłoniła usta dłonią i zacisnęła zęby na miękkiej skórze. Ostry ból skupił na sobie całą jej uwagę. Oparła się o ścianę, ale nogi nie utrzymały ciężaru i powoli osunęła się na podłogę.
***
Ida siedziała na krześle obitym ciemną ekoskórą i obracała w palcach gumkę do włosów. Zsunęła ją z nadgarstka, potem znów naciągnęła - to był jej wentyl bezpieczeństwa. Rozejrzała się dyskretnie, gabinet dermatologiczny był nowoczesny, a zarazem przytulny, dawał nadzieję na poprawę.
- Dobrze. - Lekarka oderwała wzrok od ekranu komputera i uśmiechnęła się sympatycznie. - Proszę powiedzieć, co panią sprowadza.
Była starsza, ale jej siwe włosy przyciągały wzrok pięknym odcieniem i nowoczesnym cięciem. Mówiła spokojnie, bez pośpiechu, miała miękki, kojący głos. Ida pomyślała, że właśnie tacy powinni być lekarze.
- Włosy wypadają mi garściami - powiedziała szybko, wręczając dokumenty lekarce. - Przy myciu, przy czesaniu... wszędzie je znajduję.
Lekarka wertowała kartki, kiwając głową.
- Wyniki dobre, żadnych niedoborów...
Ida poczuła ukłucie rozczarowania i nagły ucisk w piersi. Liczyła, że znajdzie coś, co łatwo naprawić tabletką czy dietą.
- A jak z energią? - zapytała spokojnie dermatolog, odkładając wyniki. - Coś się zmieniło w ostatnim czasie?
Ida wzruszyła ramionami.
- Jakoś wstaję, a potem to już z górki, śniadanie, praca... i jeszcze więcej pracy. - Zaśmiała się.
- A jak pani sypia?
- Zasypiam bez problemu, ale często się budzę, nawet kilka razy w nocy. Zwykle bez powodu.
Lekarka, nadal spokojna, pokiwała głową, jakby słowa pacjentki potwierdzały jej diagnozę.
- Nastrój? Nerwowość? Jakieś bóle?
Ida, ciągle spięta, wreszcie poczuła, że coś w niej pęka. Może już miała dość, a może to ta życzliwość lekarki. Zaczęła wyrzucać z siebie niepokój i wątpliwości.
- Jestem nieustannie rozdrażniona, wściekam się o byle co, wybucham tak nagle, że nie mogę zatrzymać słów. Nie mogę spać, nie mam w ogóle siły, bolą mnie stawy, kolana, palce... a przecież nic ciężkiego nie robię. Myślałam, że to stres, albo że przesadzam, ale... to chyba coś poważnego, prawda?
Lekarka nie zaprzeczyła ani nie uśmiechnęła się pobłażliwie, tylko skinęła głową, jakby to, co słyszy, układało się w znany jej wzór.
- Była pani ostatnio u ginekologa?
- Niedawno, na cytologii.
- A czy lekarz zlecił badanie hormonów?
Ida próbowała sobie przypomnieć, ale wizyta była jak co roku, wyniki w porządku, nic więcej nie musiała robić.
- Nie, nie mam żadnych problemów w tym zakresie, mój okres jest regularny i nie zauważyłam żadnych uderzeń gorąca. Więc jakie hormony?
Lekarka uśmiechnęła się lekko i odłożyła długopis na biurko. Pochyliła się nieznacznie w stronę pacjentki i uważnie spojrzała jej w oczy, jakby chciała, żeby ta dobrze ją zrozumiała.
- Organizm się zmienia - powiedziała spokojnie - i dostrzegamy pierwsze drobne zmiany na długo, zanim pojawią się klasyczne objawy. To naturalny proces, nie żadna choroba. A włosy są bardzo wrażliwe, dlatego często są dla lekarza wskazówką zmian.
Ida słuchała w skupieniu, nadal nie do końca rozumiała, o co chodzi. Co to właściwie dla niej znaczy?
- No dobrze - zgodziła się, ale pokręciła głową. - Skoro to normalne, to znaczy, że nic nie może pani zrobić? Przepisać mi jakiegoś leku albo wcierki?
- Będę z panią szczera. Uważam, że to w zmianach hormonalnych leży problem. I nie mówię tylko o włosach. - Dermatolog wyjęła karteczkę i zapisała nazwisko. - Proszę, tu jest namiar na ginekologa-endokrynologa. To dobry lekarz. - Uśmiechnęła się pokrzepiająco.
Ida sztywno siedziała na krześle. Czuła, jak wilgotne dłonie przyklejają się do obicia, a dotąd przyjemny słodkawy zapach zaczął ją mdlić. Siłą woli powstrzymała się, żeby nie podbiec do okna i otworzyć go na oścież.
- Czyli... to już to? - Dźwięk z trudem wydobył się z jej zaciśniętego gardła.
- Bardzo możliwe - odpowiedziała lekarka. - My kobiety tak już mamy.
Kiedy wyszła na korytarz, wszystko wyglądało tak samo: krzesła, śmiejące się dziewczyny, zegar tykający za głośno. A ona czuła się inna. Chłodny wiatr zarzucił ciemne włosy na jej oczy, naciągnęła kaptur i wystawiła twarz na wilgotne podmuchy. A jeżeli lekarka miała rację? Czy to już? Nie mogła wyrzucić tej myśli z głowy, chociaż bardzo chciała cofnąć czas, znaleźć się ponownie w domu i odwołać tę wizytę. Wtedy znowu byłoby jak zawsze. To niemożliwe, przecież czuję się normalnie. Sugestia lekarki przeszyła ją pierwotnym lękiem. Natychmiast ją odrzuciła i prawie się roześmiała. Wsiadła do samochodu, zapięła pasy i włączyła radio. A jednak nie potrafiła pozbyć się uczucia, że właśnie wszystko się zmieniło.
Rozdział 4
Schronisko przywitało ją gwarem rozmów, szczekaniem, miauczeniem i tą charakterystyczną energią, która jej się udzieliła. Tym bardziej że zaczęła przyjmować hormony i wreszcie przesypiała większość nocy. Czuła się, jakby ktoś odkręcił jej kurek z energią - była znowu sobą. Usiadła na podłodze, obserwując, jak mały, rudy kociak śmiesznie podskakuje bokiem, strosząc sierść i udając większego, niż jest. Nigdy nie przestanie mnie to bawić - pomyślała machinalnie, głaszcząc czarnego kocura, który okupował jej kolana. Obiecała sobie, że w kociarni spędzi najwyżej pół godziny, ale jak zwykle złamała dane sobie słowo. Nie dziwiła się, że filmiki z kotami są takie popularne, te zwierzaki naprawdę działały terapeutycznie.
- Mrrrruuuu! - Miękkie łapki ugniatały rytmicznie jej brzuch. Spojrzała w przymrużone, zielone ślepia i ujrzała w nich morze miłości.
- Kochasz mnie, prawda? - Pogłaskała czarny łebek.
Westchnęła i delikatnie zdjęła opierającego się mruczka. Podniosła się z podłogi, otrzepała spodnie i opuściła kociarnię, stąpając ostrożnie i myśląc mimochodem, że jeśli już po dwóch tygodniach terapii czuje się lepiej, to może za te obiecywane przez lekarza pół roku naprawdę wróci do siebie. Ale teraz koniec z użalaniem się, teraz psie boksy. Z dumą przyglądała się ogrzewanej hali, ciepłym budom i przeszklonej ścianie budynku. To ona tego dokonała. Okazało się, że jej konkretna, rzeczowa analiza i chęć poprowadzenia projektu o dofinansowanie padła na podatny grunt i już po roku schronisko miało zupełnie inny standard.
- A tylu mówiło, że nie ma szans, że się nie uda, że to tylko zwierzęta. I proszę! - mruknęła do siebie.
Weszła do boksu Flipa i Flapa - dwóch wesołych mieszańców. Założyła obroże i ruszyła z psiakami na obiecany długi spacer. Kiedy wychodziła z budynku, zwierzaki maszerowały spokojnie, ale już po chwili zaczęły ją ciągnąć, każdy w inną stronę. Roześmiała się. Przecież w moim mieszkaniu znajdzie się miejsce dla psa, chociaż malutkiego. Machnęła ręką i odgoniła tę myśl tak samo, jak robiła to już wiele razy wcześniej.
***
Miękki koc przyjemnie otulał nogi, a kolejny łyk słodkiego wina rozgrzewał od środka. Ida rozsiadła się wygodniej, opierając plecy o zagłówek sofy. Przez okno wlewał się miękki blask księżyca walczący z ostrym, ledowym światłem ulicznych latarni. Przewróciła kolejną kartkę powieści, ale już po chwili złapała się na tym, że nie wie, co przed chwilą przeczytała. Odłożyła książkę na ławę i podniosła się gwałtownie. Nie mogła znaleźć sobie miejsca. Podczas wizyty w schronisku dotarło do niej z pełną mocą, jak wygląda jej życie. Nie tak wyobrażała siebie w wieku czterdziestu pięciu lat. Myślała, że będzie już miała dom na wsi, męża, dzieci, psa i kota. A co mam? Co osiągnęłam? Rozejrzała się po swojej mikrokawalerce i poczuła, że chce wstać, wyjść i nigdy tu nie wracać. Ale tylko sięgnęła po kieliszek. Upiła duży łyk, a kiedy słodki płyn spłynął jej do gardła, telefon leżący na sofie zawibrował krótko. Raz, potem drugi. Ekran rozświetlił się i zgasł, po chwili znów rozbłysnął. Usiadła, odstawiła kieliszek i wzięła urządzenie do ręki. Przesunęła palcem po ekranie i otworzyła SMS-a.
Pilne: zebranie wspólnoty mieszkaniowej - decyzja w sprawie lokalu usługowego na parterze budynku (Żabka).
Wpatrywała się w ekran, nie rozumiejąc, co czyta. Spojrzała ponownie. Cios przyszedł znienacka, od wewnątrz - aż straciła oddech. Serce pompowało krew w takim tempie, że pociemniało jej w oczach i poczuła, że zaraz odpłynie. Macała dookoła, żeby się czegoś uchwycić. Pod palcami poczuła jakiś przedmiot, ścisnęła go z całej siły. Ostry ból przeszył jej dłoń. Mgła zniknęła. Ida zobaczyła czerwone krople spływające na blat i kawałki rozsypanego szkła. Nie poruszyła się, wpatrując się w ekran telefonu, na którym szkarłatna krew mieszała się z rubinowym winem.
- Nie... - szepnęła.
***
Opatrzyła rękę szybko, niedbale zaklejając płytkie przecięcia kilkoma plastrami, jakby nie było to teraz ważne. Wróciła na kanapę i nalała wina do szklanki po herbacie. Wypiła łyk, a potem kolejny. Nawet nie poczuła smaku. Przed oczami wciąż miała SMS-a, a jej myśli zafiksowały się na jednym: hałas, obcy ludzie pod domem, wrzaski, samochody, dostawczaki.
- Już dość.
Sięgnęła po laptopa, zanim zdążyła się zastanowić, co robi. Wpisała w wyszukiwarkę: "domy na Pomorzu Zachodnim, najtańsze". Już po chwili miała dziesiątki linków. Kliknęła w pierwszy. Parterowy, ceglany dom o ładnych proporcjach i ogromne stare drzewa.
- Nie wierzę! Taki tani? - Zagłębiła się w opis pośrednika. - Siedlisko w Białym Ruczaju... dziesięć hektarów nieużytków... przedwojenny dom z zabudowaniami gospodarczymi... prąd, studnia, szambo... Wszystko super, a gdzie leży ten Biały Ruczaj?
Otworzyła Google Maps i wpisała nazwę miejscowości.
- Teraz już jasne... Wioska półtorej godziny od Szczecina, bez połączenia kolejowego... Żadnego jeziora czy ciekawego zabytku, za to pozostałości po pegeerze. Transportu publicznego brak, podobnie jak większego zakładu pracy. Jednym słowem: zadupie.
Westchnęła, przechodząc do kolejnego ogłoszenia. Na pewno znajdzie coś lepszego. Pół nocy porównywała nieruchomości, na które było ją stać, ale cały czas miała przed oczami ceglany dom, ocieniony wiekowymi lipami. W końcu przestała analizować i kierować się rozsądkiem.
- Dobra! - Zamknęła laptopa. - Chcę go zobaczyć!
***
Silnik zgasł. Ida otworzyła drzwi auta i poczuła, że dzwoni jej w uszach. Cisza.
- To o tym marzyłam?
Rozejrzała się niepewnie. Dopiero po chwili zaczęły do niej dobiegać dźwięki - kapanie wody z rynny, trzask suchej gałęzi, szczekanie psa gdzieś w oddali. A dom? Dom wyglądał jak na zdjęciach - czerwona cegła, omszały dach, ciemne okna i te stare drzewa dookoła. A wokół pola i dymy z kominów.
- No i co pani myśli? Dom z duszą. Idealny dla kogoś, kto marzy o ucieczce z miasta! Droga nie jest taka zła, a dobry samochód doskonale sobie poradzi. - Agentka poklepała maskę swojej Toyoty Land Cruiser.
Ida pomasowała kurczący się boleśnie żołądek.
- Sama już nie wiem... to odludzie...
Zdjęcia nie oddawały rzeczywistości, a w kobiecie wychowanej w mieście budziły dziwny lęk.
Do tej pory milczący ojciec obszedł bramę, stuknął butem w kamienny próg i gwizdnął.
- Solidny kawał muru, jeszcze długo postoi. - Uśmiechnął się zachęcająco do córki, która rozglądała się w koło.
- A jak wieś? Coś tu się dzieje?
Agentka odchrząknęła, poprawiła włosy i wydmuchała nos.
- No wie pan... ludziom się tu nie żyło łatwo. Najpierw po wojnie było niepewnie i niebezpiecznie, potem się poprawiło, bo powstał PGR, no a potem to już wiadomo. Nadal są tu tacy, co wszystko pamiętają... - Sięgnęła do kieszeni i wyjęła telefon. - Ale! Proszę śmiało wejść i oglądać! Ja tylko zadzwonię i zaraz do Państwa dołączę.
Ida nie słuchała rozmowy - dom ją przyciągał. Krok za krokiem zbliżyła się, chwyciła za ciężką, rzeźbioną klamkę. Nacisnęła - drzwi się uchyliły, a ona przekroczyła próg swojego wymarzonego domu. Ojciec podążył za nią, ale nawet tego nie zauważyła. Na brudnym stole stała pusta szklanka i jeden widelec, poszarpana firanka osłaniała wypaczoną ramę okienną. Długie pasma tapety spływały ze ściany, tworząc brudnozielone kaskady. Przeszła do łazienki - biała wanna na lwich łapach z daleka robiła dobre wrażenie, ale kiedy podeszła bliżej, odskoczyła na widok zdechłego szczura, chyba utopionego w cuchnącej wodzie. Powietrze pełne kurzu nagle zrobiło się gęste. Ida oddychała płytko, serce biło jej coraz szybciej, przed oczami pociemniało. Odbijając się od ściany, wybiegła na zewnątrz i zderzyła się z wchodzącą agentką.
- Przepraszam, że tak długo! - zaszczebiotała. - Musiałam omówić ważną sprawę, ale już jestem i służę informacjami!
- Ja już obejrzałam, może tata będzie miał jakieś pytania.
Ida bardzo starała się zachować neutralny wyraz twarzy, ale rozkaszlała się i sięgnęła po chusteczkę, odwracając się od kobiety. Nauczona doświadczeniem pośredniczka nie dała się zwieść, ale nic nie powiedziała i weszła do środka. Po chwili Ida usłyszała dobiegający z domu głos kobiety i donośny ton ojca. Wyprostowała się, odetchnęła i starła wilgoć z policzków - słony smak zaskoczył ją samą. Naprawdę myślała, że to będzie proste.
Rozdział 5
- Ida, ten dom jest stary. I ponury. - Matka pochylała się nad telefonem, przeglądając zdjęcia. - Strach mieszkać na takim odludziu i do lekarza daleko... - Pokiwała głową, a w jej oczach błysnęła dezaprobata. - A ty nie robisz się młodsza.
- Mamo! - Ida zerwała się z kanapy. - Nie musisz mi o tym przypominać.
- Dobrze już, dobrze... już nic nie mówię... Ktoś chce herbaty? - Matka ruszyła w stronę kuchni.
Ida odetchnęła głęboko i wytarła wilgotne dłonie o spodnie. Podeszła do okna i oparła się o ciepły kaloryfer. To nie tak, że się oszukiwała - czuła bolący kręgosłup, widziała kilka nadprogramowych kilogramów i cienie pod oczami po nieprzespanej nocy, ale mówiła sobie, że to nic takiego. Daleko do lekarza? Jak kiedyś nie będzie już dawała rady, to się przeniesie do miasta. A teraz chciała wreszcie ruszyć z miejsca, a ten poniemiecki dom, ogromne lipy i zaniedbana wieś ją zauroczyły. Jednak zaraz przed oczami stanęły jej wilgotne pomieszczenia, echo w pustych pokojach. Kaflowe piece. Nieszczelne okna.
- W sumie mama ma rację - mruknęła niechętnie, nie wierząc w to, co mówi.
Czy ja zawsze muszę być taka rozsądna?
Ojciec, siedzący w milczeniu na fotelu, odłożył gazetę i przyjrzał się córce.
- Obejrzałem dom i jest naprawdę w dobrym stanie. Solidne fundamenty, suche ściany i cały dach - zapewnił. - Owszem, trzeba wymienić instalacje, okna i zrobić remont, ale chętnie ci pomogę. Jeżeli naprawdę tego chcesz.
- Ale nikogo dookoła... - jęknęła.
- Przecież tego właśnie chciałaś, prawda?
Skubała skórki wokół paznokci, aż zabolało.
- No niby tak, ale... nie wiem, czy jestem gotowa na to całe zamieszanie. - Opuściła głowę. - Gdyby wystarczyło tylko wcześniej odświeżyć ściany i od razu mogłabym się wprowadzić, to co innego, ale tam trzeba tyle zrobić...
Jeszcze kilka dni temu wszystko wydawało się jej takie proste. Ale różowe okulary spadły z nosa i zobaczyła znowu świat takim, jakim był rzeczywiście.
Może moje życie nie jest takie złe?
- Córcia, dobrze wiesz, że w życiu rzadko kiedy coś przychodzi łatwo. - Jerzy doskonale znał córkę i widział, że zaczyna się wycofywać.
- No wiem, ale będę tam całkiem sama...
- To sobie kupisz psa!
- Przestań dziewczynie mieszać w głowie! - wtrąciła się Hanna, wnosząc tacę z dzbankiem i kubkami. - Może kup sobie większe mieszkanie gdzieś na obrzeżach miasta. Po co tak szaleć od razu?
Ida nie ruszyła się spod okna. Nadal wpatrywała się w podłogę, nie słuchając sprzeczki rodziców. Od razu po powrocie z Białego Ruczaju otworzyła laptop i ponownie przeszukała sieć, ale nie znalazła żadnego domu w dobrej lokalizacji i w akceptowalnej cenie. Na samą myśl o powrocie do swojej kawalerki czuła, jak jej żołądek wiąże się w supeł. Przecież szef w końcu ją zwolni, jeżeli nie będzie miała warunków do rozmowy z klientami. A widziała, co się dzieje, gdy w jej wieku wypadnie się z rynku. Może ten dom wcale nie jest taki zły, a okolica tylko wygląda na odludzie. W końcu jest tam agroturystyka po sąsiedzku, pewnie często przyjeżdżają goście. No i ojciec pomoże...
- Daj jej decydować za siebie! - Stanowczy głos ojca wybił ją z zamyślenia. - Przecież jest już od dawna dorosła.
- Co ty tam wiesz? - Matka się oburzyła.
- Mamo... - Ida jęknęła i podeszła do stołu, żeby nalać sobie herbaty. - Dzięki, że się o mnie martwisz, ale to jednak moje życie.
- Jestem twoją matką i nic na to nie poradzę.
Dzwonek telefonu zagłuszył podekscytowane głosy.
- To mój? - Ida przysłuchiwała się, skąd dobiega przeraźliwy dźwięk.
- No twój. - Matka wycierała herbatę rozlaną na blacie stołu. - I przycisz ten dzwonek, bo zawału przez niego dostanę.
Ida już nie słuchała. Wyciągnęła komórkę z torby przewieszonej przez oparcie krzesła i odebrała połączenie.
- Słucham.
- Pani Idalio. - Głos pośredniczki nieruchomości był szczerze radosny. - Przepraszam, że niepokoję w niedzielę, ale...
- Nic nie szkodzi - wtrąciła Ida.
- Właśnie zadzwonił do mnie właściciel siedliska!
Usiadła przy stole. Rodzice zamilkli i wpatrywali się w nią z ciekawością, więc włączyła tryb głośnomówiący.
- Bardzo kocha to miejsce i chce, żeby trafiło w dobre ręce. - W słowach agentki wybrzmiał głęboki i ciepły ton.
Hanna na te słowa przewróciła oczami.
- Marketingowa sztuczka - wyszeptała. Ida przyłożyła palec do ust.
- No tak... ale ja miałam oddzwonić do pani w poniedziałek, jeszcze się ciągle zastanawiam...
- Pani Ido! Pan Aleksander zdecydował się opuścić jeszcze trzydzieści tysięcy...
- Ja naprawdę nie wiem...
- Nie no, ja oczywiście rozumiem pani wątpliwości. To w końcu poważna zmiana, ale pani Ido - głos w telefonie kusił - była pani taka pewna, że właśnie tego chce. Co się zmieniło, jeżeli mogę spytać?
- Wie pani, to jednak odludzie, no i ten cały remont...
- No tak, no tak. No cóż... Jeżeli pani nie chce, to ja nie będę namawiać. - Pośredniczka zmieniła strategię. - Na pewno się znajdzie chętny, to przecież takie piękne miejsce...
Ida wzięła głęboki wdech i zamknęła oczy. Wytarła dłonią wilgotne czoło. Myśli wirowały jak szalone. Kupić - nie kupić - może to szaleństwo - a może jedyna szansa...
Wtedy za oknem rozległ się nagły, ostry klakson, a zaraz po nim krótkie, nerwowe hamowanie i przytłumiony łomot silnika. Ida drgnęła. Obraz przyszedł natychmiast - światła samochodów odbijające się w szybach jej mieszkania, hałas wlewający się do środka bez przerwy, ktoś krzyczący pod oknem, samochody dostawcze na biegu jałowym o świcie. Poczuła bolesne szarpnięcie w brzuchu. Otworzyła oczy.
- Halo! Słyszy mnie pani? - Agentka przez cały czas coś mówiła, ale Ida jej nie słuchała.
- Tak, tak, przepraszam - odpowiedziała lekko ochrypłym głosem. - Proszę przygotować umowę. Kupuję!
Odłożyła telefon i spojrzała na rodziców - uśmiechnęła się nieco zbyt szeroko, aż zabolały ją usta.