Kiedy kobiety były smokami - Kelly Barnhill

Kup ebooka

42.90 zł
33.46 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1.

Mia­łam cztery lata, kiedy pierw­szy raz spo­tka­łam smoka. Ni­gdy nie wspo­mnia­łam o tym matce. Nie są­dzi­łam, że po­tra­fi­łaby zro­zu­mieć.

(Oczy­wi­ście by­łam w błę­dzie. Ale je­śli cho­dzi o matkę, my­li­łam się w wielu spra­wach. Ta nie sta­no­wiła wy­jątku. Może zresztą nikt tak na­prawdę nie zna wła­snej matki. A po­tem jest już za późno).

Dzień, kiedy go spo­tka­łam, był dla mnie dniem utraty, za­ko­twi­czo­nym w cza­sie nie­sta­bil­no­ści. Matki nie wi­dzia­łam od po­nad dwóch mie­sięcy. Oj­ciec, któ­rego pu­sta, po­zba­wiona wy­razu twarz przy­po­mi­nała dłoń w rę­ka­wiczce, ni­czego mi nie wy­tłu­ma­czył. Cio­cia Marla, która wpro­wa­dziła się do nas, żeby opie­ko­wać się mną pod nie­obec­ność matki, była rów­nie nie­prze­nik­niona. Żadne nie wspo­mniało o tym, co się z matką stało ani gdzie się po­działa. Nie po­wie­dzieli mi, kiedy wróci. By­łam dziec­kiem, więc nikt mnie o ni­czym nie in­for­mo­wał - nie mia­łam żad­nego punktu od­nie­sie­nia, nie wie­dzia­łam, jak za­dać py­ta­nie. Usły­sza­łam, że mam być grzeczną dziew­czynką. Mieli na­dzieję, że za­po­mnę.

W tam­tym cza­sie po prze­ciw­nej stro­nie bocz­nej alejki miesz­kała ma­leńka star­sza pani. Miała ogród, cu­downą szopę i kilka kur, które re­zy­do­wały w nie­du­żym kur­niku ze sztuczną sową na da­chu. Cza­sami, kiedy za­glą­da­łam na jej po­dwórko, żeby po­wie­dzieć "dzień do­bry", da­wała mi w pre­zen­cie pę­czek mar­che­wek. Kiedy in­dziej jajko. Albo ciastko. Albo ko­szyk pe­łen tru­ska­wek. Uwiel­bia­łam ją. Dla mnie była je­dy­nym sen­sow­nym punk­tem w świe­cie na­zbyt czę­sto po­zba­wio­nym sensu. Mó­wiła z sil­nym ak­cen­tem - pol­skim, jak się do­wie­dzia­łam dużo póź­niej - na­zy­wała mnie swoją żabką, bo wciąż ska­ka­łam w kółko, i za­trud­niała do zbie­ra­nia mie­chunki, wcze­snych po­mi­do­rów, na­stur­cji albo pach­ną­cego groszku. A po­tem brała za rękę i od­pro­wa­dzała do domu, gdzie na­po­mi­nała moją matkę (za­nim znik­nęła) albo ciotkę (pod­czas dłu­gich mie­sięcy nie­obec­no­ści matki): "Tę tu­taj trzeba mieć na oku. Bo pew­nego dnia wy­ro­sną jej skrzy­dła i od­leci".

Spo­tka­łam smoka pod ko­niec lipca, w nie­zno­śnie go­rące wil­gotne po­po­łu­dnie. To był je­den z tych dni, kiedy bu­rza czai się na skraju nieba, go­dzi­nami ogrom­nieje w char­ko­tli­wych po­mru­kach i tylko czyha, żeby w po­dmu­chu gwał­tow­nego wia­tru przy­nieść ze sobą wir prze­ci­wieństw - za­ćmić świa­tło, za­wyć wśród ci­szy, wy­żąć z po­wie­trza całą wil­goć, jakby było wielką gąbką. Wtedy jesz­cze nie ude­rzyła, świat po pro­stu cze­kał. Wil­goć i go­rąco spra­wiały, że po­wie­trze można było nie­mal kroić. Czaszkę mia­łam tak mo­krą, że war­ko­cze na­sią­kły mi po­tem, a po­marsz­czoną su­kienkę zna­czyły brudne od­ci­ski rąk.

Pa­mię­tam psa są­sia­dów uja­da­ją­cego stac­cato.

Pa­mię­tam gdzieś w od­dali od­głos sil­nika zwięk­sza­ją­cego ob­roty. To pew­nie moja ciotka na­pra­wiała ko­muś sa­mo­chód. Była me­cha­niczką i lu­dzie mó­wili, że ma złote ręce. Po­tra­fiła tchnąć ży­cie w każdą ze­psutą ma­szynę.

Pa­mię­tam dziwne, elek­tryczne brzę­cze­nie cy­kad na­wo­łu­ją­cych wśród trzcin, trzcin, trzcin.

Pa­mię­tam dro­binki ku­rzu i pyłki uno­szące się w po­wie­trzu, po­ły­sku­jące w smu­dze świa­tła.

Pa­mię­tam se­rię od­gło­sów do­bie­ga­ją­cych zza domu są­siadki. Ryk męż­czy­zny. Krzyk ko­biety. Gwał­towny wdech. Skro­ba­nie i głu­che ude­rze­nie. A po­tem ci­che, pełne za­chwytu "Och!".

Wszyst­kie te wspo­mnie­nia są czy­ste i wy­raźne jak ka­wałki po­tłu­czo­nego szkła. Wtedy bra­ko­wało mi na­rzę­dzi, żeby je zro­zu­mieć - zna­leźć nić łą­czącą od­le­głe i na po­zór nie­po­wią­zane mo­menty, szczątki in­for­ma­cji. Po­trze­bo­wa­łam lat, żeby na­uczyć się skła­dać je w ca­łość. Prze­cho­wy­wa­łam je, tak jak wszyst­kie dzieci prze­cho­wują wspo­mnie­nia - cha­otyczną ko­lek­cję ostrych, ja­skra­wych obiek­tów upchnię­tych w naj­mrocz­niej­szych, naj­bar­dziej za­ku­rzo­nych za­ka­mar­kach men­tal­nego zbioru da­nych. Sie­dzą tam i grze­cho­czą w ciem­no­ściach. Dra­pią w ściany. Bu­rzą sta­ranny po­rzą­dek tego, co uwa­żamy za prawdę. Ra­nią nas, kiedy za­po­mi­namy, ja­kie są groźne, i za mocno za nie chwy­tamy.

Otwo­rzy­łam furtkę na ty­łach i we­szłam na po­dwórko są­siadki jak setki razy wcze­śniej. Kury sie­działy ci­cho. Cy­kady prze­stały brzę­czeć, a ptaki na­wo­ły­wać. Star­szej pani ni­g­dzie nie było wi­dać. Za to po­środku po­dwó­rza, po­mię­dzy po­mi­do­rami a szopą, zo­ba­czy­łam sie­dzą­cego smoka. Na jego ol­brzy­mim py­sku ma­lo­wał się wy­raz zdu­mie­nia. Wpa­try­wał się w swoje łapy. Wpa­try­wał się w stopy. Wy­krę­cał szyję, żeby zo­ba­czyć skrzy­dła. Nie krzyk­nę­łam. Nie ucie­kłam. Na­wet nie drgnę­łam. Po pro­stu sta­łam wro­śnięta w zie­mię i ga­pi­łam się na niego.

Wresz­cie, po­nie­waż przy­szłam w od­wie­dziny do są­siadki i by­łam bar­dzo zde­ter­mi­no­waną małą dziew­czynką, od­chrząk­nę­łam i spy­ta­łam, gdzie jest star­sza pani. Smok spoj­rzał na mnie za­sko­czony. Nie ode­zwał się. Mru­gnął jed­nym okiem. I przy­tknął pa­lec do po­zba­wio­nego ust py­ska, jakby chciał po­wie­dzieć "ćśś". A po­tem, nie zwle­ka­jąc ani chwili, pod­ku­lił łapy ni­czym sprę­żyny, uniósł łeb w stronę chmur, roz­wi­nął skrzy­dła, ze stę­kiem ode­pchnął się od ziemi i po­szy­bo­wał w niebo. Pa­trzy­łam, jak wznosi się co­raz wy­żej, kre­śli łuk i kie­ru­jąc się na za­chód, znika nad roz­ło­ży­stymi ko­ro­nami wią­zów.

Ni­gdy wię­cej nie wi­dzia­łam są­siadki. Nikt o niej nie wspo­mi­nał. Jak gdyby w ogóle nie ist­niała. Pró­bo­wa­łam się cze­goś do­wie­dzieć, ale nie umia­łam sfor­mu­ło­wać py­ta­nia. Li­czy­łam, że do­ro­śli wy­ja­śnią mi, co się stało, do­da­dzą otu­chy. Nic z tego. Na­po­tka­łam tylko mil­cze­nie. Star­sza pani znik­nęła. Wi­dzia­łam coś, czego nie po­tra­fi­łam zro­zu­mieć. Nie mia­łam komu o tym po­wie­dzieć.

W końcu jej dom za­bito de­skami, po­dwórko za­ro­sło, a ogród za­mie­nił się w splą­taną dzicz. Lu­dzie mi­jali po­se­sję, nie za­szczy­ca­jąc jej spoj­rze­niem.

Mia­łam cztery lata, gdy pierw­szy raz uj­rza­łam smoka. I kiedy zro­zu­mia­łam, że na ten te­mat nie wolno mó­wić. Być może wła­śnie tak uczymy się mil­czeć - bra­kuje nam słów, kon­tek­stu, a w miej­scu, gdzie po­winna być prawda, zieje czarna dziura.

.

Droga Matko!

Nie zo­stało mi wiele czasu. Zmiana (ta cu­downa, nie­zwy­kła zmiana) wła­śnie się do­ko­nuje. Nie umia­ła­bym jej po­wstrzy­mać, na­wet gdy­bym chciała. A żad­nych sta­rań po­dej­mo­wać nie za­mie­rzam.

Tu, gdzie pi­szę te słowa, smu­tek nie ma do­stępu. W sercu peł­nym ognia nie ma miej­sca na żale. Lu­dziom po­wiesz pew­nie, droga Matko, że nie wy­cho­wa­łaś mnie na awan­tur­nicę, i bę­dzie to prawda. Ni­gdy wszak nie po­zwa­lano mi oka­zy­wać zło­ści. Skąd mia­łam znać siłę swego gniewu, skoro nie było mi dane go od­kryć i zro­zu­mieć? W końcu jed­nak na­uczy­łam się nie od­ma­wiać so­bie do niego prawa.

W dniu ślubu po­wie­dzia­łaś, że wy­cho­dzę za mąż za czło­wieka twar­dego i że znajdę roz­kosz, osła­dza­jąc mu ży­cie. "Do­bra ko­bieta - mó­wi­łaś - wy­do­bywa do­bro z męż­czy­zny". Kłam temu za­dała już na­sza pierw­sza noc. Mąż mój nie był do­bry i nic ni­gdy nie zdo­ła­łoby go ta­kim uczy­nić. Po­ślu­bi­łam czło­wieka draż­li­wego, po­ryw­czego, sła­bego i mo­ral­nie od­ra­ża­ją­cego. A choć to wie­dzia­łaś, szep­ta­łaś mi do ucha mat­czyne mą­dro­ści, prze­ko­nu­jąc, że ból bę­dzie wart dzieci, które spro­wa­dzę na ten świat i pew­nego dnia do Cie­bie przy­wiodę.

Tylko że żad­nych dzieci nie było, prawda? Pię­ści mo­jego męża już się o to po­sta­rały. A te­raz po­sta­ram się i ja. Zęby i pa­zury. Po­mia­tana no­si­cielka słusz­nego ognia nie­bios. Pali mnie na­wet te­raz. I nie wiąże mnie już ani zie­mia, ani czło­wiek, ani po­win­ność żony, ani nie­wie­ści ból.

Ni­czego nie ża­łuję.

Nie będę tę­sk­nić za Tobą, Matko, może na­wet nie będę Cię pa­mię­tać. Czyż kwiat pa­mięta ży­cie w for­mie na­sie­nia? A fe­niks, czy przy­po­mina so­bie, jak spło­nął, by na­ro­dzić się na nowo? Nie uj­rzysz mnie wię­cej. Będę le­d­wie cie­niem prze­my­ka­ją­cym po nie­bie - ulotna i szybka w końcu zniknę na za­wsze.

Z li­stu Ma­ryi Til­man, go­spo­dyni do­mo­wej z Lin­coln w sta­nie Ne­bra­ska, do­ty­czą­cego naj­wcze­śniej­szego na­ukowo po­twier­dzo­nego przy­padku spon­ta­nicz­nego prze­isto­cze­nia się w smoka na te­re­nie Sta­nów Zjed­no­czo­nych w okre­sie przed ma­so­wym prze­smo­cze­niem z 1955 roku, zna­nym także jako Dzień Za­gi­nio­nych Ma­tek. Jak za­świad­czają na­oczni świad­ko­wie, do zda­rze­nia do­szło 18 wrze­śnia 1898 roku, kiedy w są­sied­nim ogro­dzie trwało przy­ję­cie za­rę­czy­nowe. In­for­ma­cje na te­mat prze­smo­cze­nia pani Til­man zo­stały za­ta­jone przez wła­dze. Mimo licz­nych świa­dectw, w tym da­ge­ro­typu, który z szo­ku­jącą wy­ra­zi­sto­ścią uka­zuje akt prze­isto­cze­nia uchwy­cony w jego trak­cie, a także pi­sem­nych ze­znań ob­ser­wa­to­rów, ani lo­kalna, ani kra­jowa prasa nie za­jąk­nęły się na te­mat zda­rze­nia, a wszyst­kie pro­jekty ba­dań tego fe­no­menu po­zba­wiono środ­ków fi­nan­so­wych i moż­li­wo­ści pu­bli­ka­cji. Już samo py­ta­nie o nie­zwy­kłe zja­wi­sko wy­star­czyło, by cie­kaw­skiego na­ukowca czy dzien­ni­ka­rza zwol­nić z pracy i umie­ścić na czar­nej li­ście. A choć nie był to pierw­szy przy­pa­dek ogra­ni­cza­nia swo­body do­cie­kań na­uko­wych, do­nio­słość świa­dec­twa i ener­gia, z jaką do cen­zu­ro­wa­nia za­brały się wła­dze, wy­star­czyły, by dać im­puls do stwo­rze­nia Ko­lek­tywu Ba­daw­czego Wy­werna, pod­ziem­nego sto­wa­rzy­sze­nia le­ka­rek i le­ka­rzy, na­ukow­czyń i na­ukow­ców, stu­den­tek i stu­den­tów od­da­nych spra­wie gro­ma­dze­nia in­for­ma­cji oraz pro­wa­dze­nia ba­dań nad przy­pad­kami za­równo spon­ta­nicz­nych, jak i in­ten­cjo­nal­nych prze­smo­czeń w celu lep­szego zro­zu­mie­nia tego zja­wi­ska.

.

Pa­no­wie, nie do mnie na­leży mó­wić wam, jak po­win­ni­ście wy­ko­ny­wać swoje obo­wiązki. Je­stem na­ukow­cem, nie kon­gres­me­nem. Moim za­da­niem jest sta­wia­nie py­tań, sta­ranne no­to­wa­nie ob­ser­wa­cji oraz wy­trwałe ana­li­zo­wa­nie da­nych w na­dziei, że ci, któ­rzy przyjdą po mnie, ze­chcą po­sta­wić nowe py­ta­nia. Nie ma na­uki bez kwe­stio­no­wa­nia bli­skich na­szym ser­com prze­ko­nań i po­ko­ny­wa­nia oso­bi­stych uprze­dzeń czy nie­chęci. Nie ma na­uki bez moż­li­wo­ści nie­skrę­po­wa­nego upo­wszech­nia­nia prawdy. A kiedy wy, po­li­tycy, pró­bu­je­cie wy­ko­rzy­stać swą wła­dzę, aby po­wstrzy­mać roz­wój wie­dzy i uda­rem­nić swo­bodną wy­mianę my­śli, to nie mnie do­tkną kon­se­kwen­cje wa­szych dzia­łań. Wy­rzą­dza­cie w ten spo­sób krzywdę ca­łemu kra­jowi, ba, ca­łemu światu.

Dwu­dzie­stego pią­tego kwiet­nia 1955 roku nasz na­ród stra­cił setki ty­sięcy żon i ma­tek w wy­niku pro­cesu, któ­rego w za­sa­dzie nie ro­zu­miemy - nie dla­tego, że jest z na­tury nie­po­zna­walny, lecz dla­tego, że na­uce za­bro­niono szu­kać od­po­wie­dzi i sa­bo­tuje się jej wy­siłki. Tak być nie może. Jak spo­łe­czeń­stwo ma so­bie po­ra­dzić z tym kry­zy­sem, je­śli nie po­zwala się współ­pra­co­wać na­ukow­com i le­ka­rzom, je­śli za­bra­nia się dzie­le­nia re­zul­ta­tami ba­dań kli­nicz­nych i la­bo­ra­to­ryj­nych? Wpraw­dzie ma­sowa trans­for­ma­cja, do któ­rej do­szło 25 kwiet­nia 1955 roku, była wy­da­rze­niem bez­pre­ce­den­so­wym pod wzglę­dem za­sięgu i skali, nie sta­no­wiła jed­nak - pa­no­wie, pro­szę, po­zwól­cie mi do­koń­czyć - od­osob­nio­nego wy­padku. Z po­dob­nymi zja­wi­skami mie­li­śmy do czy­nie­nia już wcze­śniej i po­wiem otwar­cie, że przy­padki tak zwa­nego prze­smo­cze­nia zda­rzają się do dziś. Byłby to fakt po­wszech­nie znany i le­piej ro­zu­miany, gdyby le­ka­rzy i na­ukow­ców zaj­mu­ją­cych się tym fe­no­me­nem nie po­zba­wiano sta­no­wisk i środ­ków do ży­cia, gdyby nie mu­sieli z prze­ra­że­niem pa­trzeć, jak wła­dze wy­wra­cają do góry no­gami ich pra­cow­nie i nisz­czą do­ku­men­ta­cję. Do­sko­nale zdaję so­bie sprawę, że wy­stę­pu­jąc dziś przed wami tak szcze­rze i otwar­cie, na­ra­żam na szwank ostat­nie resztki swo­jej ka­riery. Je­stem wszak na­ukow­cem, pa­no­wie, i moją po­win­no­ścią jest wier­ność nie tej in­sty­tu­cji, na­wet nie sa­memu so­bie, lecz praw­dzie. Kto zy­skuje na ukry­wa­niu wie­dzy? Kto zy­skuje, gdy na­uka pod­po­rząd­ko­wuje się in­te­re­som po­li­tycz­nym? Nie ja, pa­no­wie kon­gres­meni. I na pewno nie ame­ry­kań­skie spo­łe­czeń­stwo, któ­remu mam mo­ralny obo­wią­zek słu­żyć.

Z ze­zna­nia dok­tora H.N. Gantza, by­łego or­dy­na­tora od­działu we­wnętrz­nego w szpi­talu przy Uni­wer­sy­te­cie Johnsa Hop­kinsa, pra­cow­nika na­uko­wego Na­ro­do­wych In­sty­tu­tów Zdro­wia, członka Woj­sko­wego Kor­pusu Me­dycz­nego i Na­ro­do­wej Ad­mi­ni­stra­cji Na­uko­wej, przed Ko­mi­sją Izby Re­pre­zen­tan­tów do spraw Ba­da­nia Dzia­łal­no­ści An­ty­ame­ry­kań­skiej.

7.

Ma­sowe prze­smo­cze­nie zda­rzyło się, kiedy by­łam w szkole. Je­śli do­brze pa­mię­tam, ćwi­czy­li­śmy wła­śnie dzie­le­nie pi­semne. W drzwiach sta­nął dy­rek­tor ze ścią­gniętą, bladą twa­rzą. Wska­zał głową na ko­ry­tarz i ra­zem z na­uczy­cielką szybko wy­szli z klasy. Sły­sze­li­śmy pod drzwiami se­rię krót­kich sy­ków. Po chwili oboje wró­cili i opu­ścili ża­lu­zje.

- Nosy w ze­szyt - za­rzą­dził dy­rek­tor. - I żad­nego pa­trze­nia w górę.

Po­wie­dzieli nam, że mamy być grzeczni. Po­słu­cha­li­śmy. W kla­sie za­pa­dła ci­sza jak ma­kiem za­siał.

Do końca dnia ćwi­czy­li­śmy dzie­le­nie, przy­kład po przy­kła­dzie, aż z ołów­ków zo­stały nam tylko ogryzki.

Pa­mię­tam dźwięk sy­ren.

I woń dymu.

Pa­mię­tam, że kiedy wra­ca­łam po lek­cjach szkol­nym au­to­bu­sem, po dro­dze wi­dzia­łam pło­nące domy.

Pa­mię­tam ogromne cie­nie prze­my­ka­jące po ziemi. Do­ro­śli za­bro­nili nam pa­trzeć w niebo. Mó­wili, że mamy spu­ścić wzrok. By­li­śmy grzeczni, więc ro­bi­li­śmy, co nam ka­zano.

W domu matka dała mi coś do je­dze­nia i spy­tała, jak mi­nął dzień. Dziw­nie się po­ru­szała. Szyja skrę­cała jej się nie­ustan­nie jak u węża. Ra­miona pod­ska­ki­wały. Co chwila po­cie­rała je ener­gicz­nie i uno­siła wzrok w niebo. Pa­mię­tam, że za­dzwo­nił te­le­fon. Matka ode­brała, a po­tem przy­ło­żyła dłoń do piersi i stała tak przez długi czas. Słu­chawka wy­pa­dła jej z ręki. Za­kryła usta dłońmi i przy­ci­snęła mocno, jak gdyby chciała po­wstrzy­mać krzyk. Słu­chawka ko­ły­sała się w przód i w tył, w przód i w tył, do­póki sama nie prze­stała.

Wresz­cie matka kilka razy ode­tchnęła głę­boko i po­de­szła do mnie. Uklę­kła obok i ujęła mnie za ręce. Miała złote oczy. Za­wsze ta­kie były? Za­mru­gała gwał­tow­nie i znów zro­biły się szare. Uzna­łam, że coś mi się przy­wi­działo. Unio­sła moje dło­nie do ust i za­częła po ko­lei ca­ło­wać kłyk­cie.

- Mama musi wyjść - po­wie­działa mię­dzy po­ca­łun­kami. - Ale wróci. Pa­mię­taj, bo to ważne. Twoja mama za­wsze wraca. Bez względu na wszystko.

Po­czu­łam, że ką­ciki ust za­czy­nają mi drżeć, a czoło się marsz­czy, ale udało mi się nie skrzy­wić, choć zna­jome swę­dze­nie w brzu­chu za­częło wę­dro­wać w stronę klatki pier­sio­wej. Trudno mi było od­dy­chać. Nikt ni­gdy nie mó­wił o znik­nię­ciu matki ani o tym, że wró­ciła do domu wy­chu­dzona i chora. Na­wet cio­cia Marla, która po­ru­szała każdy te­mat. To wspo­mnie­nie było rów­no­cze­śnie nie­przy­jemne i nie­bez­pieczne, nie mia­łam go jed­nak gdzie scho­wać, żad­nej prze­gródki w mó­zgu, do któ­rej by pa­so­wało. Po­zo­stało czymś nie­wy­sło­wio­nym i tym sa­mym trud­nym do za­kla­sy­fi­ko­wa­nia - mu­sia­łam no­sić je ze sobą bez prze­rwy, bez względu na to, jak bar­dzo mnie ra­niło.

- Do­brze - po­wie­dzia­łam. Po­ło­ży­łam ręce na ko­la­nach, z ca­łych sił sta­ra­jąc się nie po­ru­szyć. Chcia­łam, żeby matka uznała, że je­stem grzeczną dziew­czynką, na­wet je­śli ja sama nie by­łam o tym do końca prze­ko­nana.

Matka przy­mo­co­wała ka­pe­lusz błysz­czącą szpilką i za­pięła płaszcz, odro­binę szar­piąc się z gu­zi­kami. Za­nim wy­szła, usia­dła koło mnie.

- Daj mi rękę - po­wie­działa.

Na­tych­miast usłu­cha­łam. Oczy miała ogromne i ja­sne. Złote. Znowu. Do­szłam do wnio­sku, że za­wsze ta­kie były. Ni­gdy nie były szare. Dziw­nie pie­kła mnie skóra, ale nie wie­dzia­łam dla­czego. Matka się­gnęła do kie­szeni far­tu­cha i wy­cią­gnęła nitkę. Owi­nęła mi nią nad­gar­stek i za­częła spla­tać wę­zeł. Prze­chy­li­łam głowę.

- To bran­so­letka? - spy­ta­łam.

Matka się uśmiech­nęła. Jej uśmiech za­lśnił.

- W pew­nym sen­sie. Spójrz, ja też mam taką - wska­zała na nad­gar­stek owi­nięty po­trójną nitką, którą za­bez­pie­czała skom­pli­ko­wana ple­cionka.

- Bar­dzo ładny wę­zeł - po­wie­dzia­łam za­wsze go­towa po­dzi­wiać dzieła matki.

- To prawda - przy­znała. - Wę­zły są nie­zwy­kłe. Ma­te­ma­tycy stu­diują je całe ży­cie. Do­bry wę­zeł wy­maga przy­tom­no­ści umy­słu i daje punkt opar­cia w nie­sta­bil­nym świe­cie. Pro­szę, nie zdej­muj tego.

Na­tych­miast chcia­łam zdjąć ple­cionkę.

Oczy matki zwę­ziły się i za­mie­niły w dwa ostrza. Wie­dzia­łam, że le­piej jej się nie sprze­ci­wiać.

- Mó­wię po­waż­nie. Nie zdej­muj.

Po­wie­działa, że mam od­ro­bić pracę do­mową, dała stos kar­tek i ja­kieś ołówki i ka­zała ry­so­wać, do­póki nie wróci. Jesz­cze raz po­ca­ło­wała mnie w czoło, zła­pała to­rebkę i po­bie­gła do wyj­ścia - po dro­dze jej ciało dwa razy mi­mo­wol­nie za­drżało. Po­nie­waż lek­cje zdą­ży­łam od­ro­bić wcze­śniej, a ry­so­wa­nie zbyt­nio mnie już nie ba­wiło, za­czę­łam wy­obra­żać so­bie pro­blemy ma­te­ma­tyczne - star­tu­jące sa­mo­loty, od­jeż­dża­jące po­ciągi, ła­wice ryb, które łą­czyły się, roz­dzie­lały i zmie­niały pro­por­cje. Wy­my­śla­łam za­da­nia na tyle trudne, żeby były cie­kawe, i jed­no­cze­śnie dość kla­rowne, by dało się je roz­wią­zać. Nie pa­trzy­łam na ze­gar. Nie wy­glą­da­łam przez okno, żeby spraw­dzić, czy ktoś idzie. Wzrok mia­łam wbity w kartkę.

Wresz­cie kiedy słońce za­częło cho­wać się za ho­ry­zon­tem, matka wró­ciła do domu. Z Be­atrice na rę­kach. Włosy mo­jej ku­zynki po­kry­wał po­piół. Otwarte sze­roko oczy miała po­ciem­niałe. Kur­czowo ści­skała w piąst­kach su­kienkę matki.

- Be­atrice! - pi­snę­łam, po­rzu­ca­jąc kartki.

Wy­cią­gnę­łam ręce do swo­jej ulu­bie­nicy. Be­atrice opie­rała się wpraw­dzie, ale w końcu po­zwo­liła się wziąć. Spoj­rza­łam ba­daw­czo na matkę.

- Gdzie cio­cia Marla? - spy­ta­łam.

Twarz matki przy­brała obo­jętny wy­raz.

- Nie wiem, o czym mó­wisz.

Od­ru­chowo po­krę­ci­łam głową.

- Cio­cia Marla. Gdzie...

- Taka osoba nie ist­nieje - oznaj­miła matka. - A te­raz idź do sa­lonu po­ba­wić się z sio­strą. Ja mu­szę się za­jąć ko­la­cją.

- Ale Be­atrice nie jest...

Matka unio­sła dłoń. Po­woli wcią­gnęła po­wie­trze przez nos.

- Idź do sa­lonu - po­wie­działa z na­ci­skiem - po­ba­wić się z sio­strą. - Za­mknęła oczy i jesz­cze raz wcią­gnęła po­wie­trze przez nos. - Pro­szę. - Ko­lejna pauza. - Nie będę po­wta­rzać dwa razy.

Od­wró­ciła się ty­łem, za­wią­zała far­tuch i za­brała się do ro­bie­nia ko­la­cji. Be­atrice wierz­gała nóż­kami i ma­chała rączką. Za­pier­działa mi bu­zią w szyję.

- Mama? - za­wo­łała, wska­zu­jąc na drzwi fron­towe.

- Tak, skar­bie - od­parła matka z roz­tar­gnie­niem, my­jąc ziem­niaki.

- Mama? - po­wtó­rzyła Be­atrice, wska­zu­jąc na okno.

- Ma­mu­sia jest tu­taj. Jak za­wsze. - Spoj­rzała na mnie zna­cząco. - Idź się z nią po­ba­wić. I niech bę­dzie ci­cho. Czuję, że zbliża się mi­grena. - Za­ci­snęła usta w wą­ską kre­skę.

Ci­sza, która za­pa­dła, była jak ka­myk upusz­czony na po­sadzkę - wy­raźna i osta­teczna. Ozna­czała, że te­mat zo­stał wy­czer­pany.

Od tej pory Be­atrice była moją sio­strą. Tak jakby wy­star­czyła do tego wola matki. Była moją sio­strą od za­wsze. Twier­dze­nie, że kie­dyś było ina­czej, nie tylko wy­da­wało się śmieszne, lecz, co gor­sza, ozna­czało nie­po­słu­szeń­stwo. To była kwe­stia nie­pod­le­ga­jąca dys­ku­sji i wy­ja­śnie­niom. Moje py­ta­nia uci­nano w po­ło­wie, igno­ro­wano lub ka­rano. Zdję­cia ciotki znik­nęły z domu. Matka prze­su­nęła moje biurko, wsta­wiła łó­żeczko dzie­cięce i oznaj­miła, że za­wsze tu stało. Ko­niec kropka.

Ma­sowe prze­smo­cze­nie wy­da­rzyło się, kiedy mia­łam osiem lat. Od tej pory aż do swo­jej śmierci sześć lat póź­niej matka nie od­po­wie­działa na żadne moje py­ta­nie - trzy­mała ję­zyk za zę­bami do sa­mego końca. Kiedy coś so­bie wbiła do głowy, nie było moc­nych.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

6.

Oto, co wiemy.

Dwu­dzie­stego pią­tego kwiet­nia 1955 roku mię­dzy go­dziną 11.45 a 14.30 czasu cen­tral­nego 642 987 Ame­ry­ka­nek - żon i ma­tek - prze­isto­czyło się w smoki. Jed­no­cze­śnie. Ma­sowe prze­smo­cze­nie. Naj­więk­sze w dzie­jach.

Wśród ko­biet, które prze­mie­niły się tego dnia, nie było mo­jej matki. Była za to ciotka Marla. Roz­kład trans­for­ma­cji w ca­łym kraju miał cha­rak­ter przy­pad­kowy i nie­prze­wi­dy­walny. W mo­jej kla­sie, trze­ciej, prze­smo­czyły się matki sze­ściorga dzieci. W kla­sie wy­żej - tylko dwojga. W kla­sie ni­żej - dwa­na­ściorga. Były mia­sta, które ucier­piały mocno, i ta­kie, które szczę­śli­wie wy­szły z tego bez szwanku. Dla­czego tak się stało, nie wia­domo. Do dziś po­zo­staje to ta­jem­nicą.

Z fak­tami oczy­wi­ście się nie dys­ku­tuje, ale nie po­wstrzy­mało to lu­dzi przed po­dej­mo­wa­niem ta­kich prób. I to mimo że byli na­oczni świad­ko­wie, zdję­cia, zrów­nane z zie­mią domy i warsz­taty, nie mniej niż 1246 po­twier­dzo­nych przy­pad­ków wy­cią­gnię­cia wia­ro­łom­nych mę­żów z ob­jęć ko­cha­nek i po­żar­cia ich na oczach za­sko­czo­nych ga­piów. Pewną trans­for­ma­cję - od pierw­szego gwał­tow­nego wde­chu, przez na­głe po­ja­wie­nie się zę­bów, szpo­nów i skrzy­deł, aż po roz­pę­dzoną kulę ognia - za­re­je­stro­wano na trzy­dzie­sto­pię­cio­mi­li­me­tro­wym fil­mie na­krę­co­nym pod­czas dzie­cię­cej im­prezy uro­dzi­no­wej na ty­łach domu w Al­bany. Tylko jedna z trzech kra­jo­wych sta­cji in­for­ma­cyj­nych pró­bo­wała wy­emi­to­wać ten ma­te­riał, zo­stał on jed­nak na­tych­miast ocen­zu­ro­wany przez Fe­de­ralną Ko­mi­sję Łącz­no­ści. Sta­cję uka­rano wy­soką grzywną za roz­po­wszech­nia­nie ob­sce­nicz­nych tre­ści i zmu­szono do za­wie­sze­nia dzia­łal­no­ści na ty­dzień - do­piero po tym cza­sie przy­wró­cono jej li­cen­cję. Uważa się, że ist­nieje wię­cej po­dob­nych ma­te­ria­łów, zo­stały jed­nak albo skon­fi­sko­wane przez miej­scowe wła­dze (co zna­czy, że prze­pa­dły na za­wsze), albo ukryte wśród pu­szek z fil­mami, albo po pro­stu tra­fiły do pu­deł w piw­ni­cach, gdzie do tej pory naj­pew­niej ule­gły znisz­cze­niu. Zbyt za­wsty­dza­jące, by na nie pa­trzeć. Zbyt nie­sto­sowne. W końcu cho­dziło o smoki, istoty nie­czy­ste, ska­żone ko­bie­co­ścią. O czymś ta­kim się nie wspo­mina. Naj­le­piej za­po­mnieć, mó­wili lu­dzie.

Lu­dzie są wy­jąt­kowo do­brzy w za­po­mi­na­niu nie­przy­jem­nych rze­czy.

Liczba prze­smo­czeń - 642 987 - wy­wo­łała kon­ster­na­cję i stała się przed­mio­tem spo­rów. Mimo że za­równo ame­ry­kań­skie wła­dze, jak i Or­ga­ni­za­cja Na­ro­dów Zjed­no­czo­nych zle­ciły pełną in­wen­ta­ry­za­cję - ba­dano, kim były osoby, które ule­gły trans­for­ma­cji, kim były ich dzieci, czy mę­żo­wie prze­żyli, kogo po­żarto - za­bra­kło kilku klu­czo­wych ele­men­tów ukła­danki. Przede wszyst­kim, choć zja­wi­sku ma­so­wego prze­smo­cze­nia z 1955 roku po­świę­cono tak dużo uwagi, przy­padki spon­ta­nicz­nych prze­isto­czeń, do któ­rych do­szło przed 25 kwiet­nia i do­cho­dziło wciąż póź­niej, na­dal po­mi­jano mil­cze­niem. Mil­cze­nie to skut­ko­wało ofi­cjalną cen­zurą, umiesz­cza­niem na in­dek­sie, grzyw­nami, nie­kiedy karą wię­zie­nia, za­my­ka­niem cza­so­pism na­uko­wych i ruj­no­wa­niem ka­rier.

Więk­szość czyn­ni­ków ofi­cjal­nych od­rzu­cała su­ge­stię, że przy­padki prze­isto­czeń mo­gły się zda­rzać wcze­śniej, i zwy­czaj­nie ba­ga­te­li­zo­wała po­dobne do­nie­sie­nia. Tych, któ­rzy wspo­mi­nali o smo­kach, od­są­dzano od czci i wiary jako zwo­len­ni­ków teo­rii spi­sko­wej lub osoby nie­spełna ro­zumu. Albo go­rzej - jako cy­nicz­nych pro­wo­ka­to­rów. W la­tach po­prze­dza­ją­cych ma­sowe prze­smo­cze­nie wszel­kie nie­ty­powe zja­wi­ska słu­żyły wła­dzom na szcze­blu lo­kal­nym i kra­jo­wym za pre­tekst do roz­po­wszech­nia­nia bro­szur, które miały uci­szyć plotki, oraz ofi­cjal­nych ob­wiesz­czeń, nada­wa­nych w prze­rwie au­dy­cji ra­dio­wych, a po­tem rów­nież te­le­wi­zyj­nych, by w ra­mach sko­or­dy­no­wa­nej ak­cji po­wstrzy­mać hi­ste­rię. I choć przed­sta­wiano cał­ko­wi­cie ra­cjo­nalne ar­gu­menty, ża­den nie był sa­tys­fak­cjo­nu­jący.

Weźmy choćby przy­pa­dek fa­bryki amu­ni­cji na przed­mie­ściach Por­t­land w sta­nie Ore­gon, która le­d­wie kilka ty­go­dni po za­koń­cze­niu dru­giej wojny świa­to­wej ule­gła znisz­cze­niu w wy­niku wy­bu­chu. We­dług pier­wot­nych do­nie­sień do eks­plo­zji i po­żaru, który ogar­nął bu­dy­nek w jej na­stęp­stwie, do­szło w dniu, kiedy ro­bot­nice do­wie­działy się, że wkrótce stracą pracę. W końcu męż­czyźni ścią­gali do do­mów i chcieli się ustat­ko­wać. Kraj po­woli po­wra­cał do nor­mal­no­ści. Nie wia­domo, co się wy­da­rzyło tam­tego dnia, po­noć nikt nie prze­żył. A choć ciała bry­ga­dzi­stów i nad­zor­ców udało się wy­do­być z gru­zów (wszyst­kie w po­twor­nym sta­nie), ni­gdy nie na­tra­fiono na zwłoki żad­nej ko­biety. Ofi­cjal­nie tłu­ma­czono to tym, że ro­bot­nice, które znaj­do­wały się bli­sko wy­bu­chu, spło­nęły w mgnie­niu oka i nie zo­stało po nich nic, co można by po­cho­wać. Nie wy­ja­śniało to jed­nak oso­bli­wych dziur w mu­rach. Ani tego, że po­bli­scy far­me­rzy za­pa­mię­tali po­tężny po­dmuch, eks­plo­zję skrzy­deł i stado jakby ol­brzy­mich pta­ków prze­my­ka­jące po za­chod­nim nie­bie.

"Fa­bryka amu­ni­cji - na­pi­sano w ra­por­cie - jest jak beczka pro­chu. Wy­padki się zda­rzają. Naj­wy­raź­niej po­trzebne są lep­sze re­gu­la­cje do­ty­czące bez­pie­czeń­stwa". Więk­szość przy­stała na ta­kie wy­ja­śnie­nie. I świat prze­szedł nad tym do po­rządku dzien­nego.

Rok póź­niej pewna młoda mę­żatka z Ka­la­ma­zoo w sta­nie Mi­chi­gan sie­działa na ławce w parku, wpa­tru­jąc się w niebo, pod­czas gdy jej dzieci ba­wiły się na po­bli­skim placu. Mąż ko­biety w cza­sie wojny wal­czył w Eu­ro­pie. Twardy czło­wiek, mó­wili lu­dzie. Kiep­sko so­bie ra­dził w cy­wilu. Są­sie­dzi szep­tali, że po po­wro­cie nie ukła­dało im się naj­le­piej. Aż pew­nego dnia ona po­sta­wiła to­rebkę na ziemi i po pro­stu... znik­nęła. Na placu były też inne matki, które ba­wiły się z dziećmi. Mó­wiły, że na mo­ment ja­kiś cień prze­sło­nił słońce. Ale kiedy unio­sły wzrok, nic tam nie było. Gdy o tym opo­wia­dały, drżały i na wspo­mnie­nie prze­ni­kli­wego chłodu ener­gicz­nie roz­cie­rały ra­miona.

"Za­wsze wie­dzia­ły­śmy, że ma za­datki na la­ta­wicę - oznaj­miła prze­wod­ni­cząca Ju­nior Le­ague. - Nie nada­wała się do roli matki. Wcale nas nie dziwi, że znik­nęła". I nad tym też świat prze­szedł do po­rządku dzien­nego.

Były i inne opo­wie­ści, setki w ca­łym kraju - o pan­nach mło­dych, które w dniu ślubu ba­ry­ka­do­wały się w przy­świą­tyn­nych prze­bie­ral­niach, bo ob­le­ciał je strach. A gdy ro­dzi­nie w końcu udało się wy­wa­żyć drzwi, znaj­do­wała strzępy sukni ślub­nej na pod­ło­dze i dziurę w miej­scu, gdzie po­winno być okno. Jak kraj długi i sze­roki na­prawa świą­tyń stała się nie­zwy­kle do­cho­do­wym in­te­re­sem.

"Panny młode - mó­wili spi­ke­rzy zna­cząco - cza­sami się ulat­niają".

Był wresz­cie przy­pa­dek dwu­dzie­stu pię­ciu te­le­fo­ni­stek z cen­trali Fe­ibel-Ross na dol­nym Man­hat­ta­nie. Po­prze­dziły go liczne skargi na za­cho­wa­nie kie­row­nika noc­nej zmiany, nie­ja­kiego Mar­tina O'Le­ary'ego. Po­nie­waż do­ty­czyły one cze­goś wię­cej niż lep­kie ręce - w owym cza­sie spo­dzie­wa­nego ry­zyka w miej­scu pracy - wła­dze mu­siały za­jąć się sprawą i stwier­dzić, czy fak­tycz­nie do­szło do po­peł­nie­nia prze­stęp­stwa. Kilka ko­biet zo­stało pod­da­nych ba­da­niom me­dycz­nym, zgo­dziły się, by prze­słu­chali je po­li­cyjni de­tek­tywi. W osta­tecz­nym roz­ra­chunku nic to nie dało. Mili pa­no­wie po­gła­skali te­le­fo­nistki po ślicz­nych głów­kach i sprawę za­mknięto. Mar­tin O'Le­ary po­zo­stał na sta­no­wi­sku ra­zem ze swoim dra­pież­nym uśmie­chem, a pra­cow­ni­com po­noć po­wie­dziano, żeby uni­kały jego awan­sów, bio­rąc przy­kład z by­strych my­szy, które wie­dzą, jak wy­strze­gać się kota. I żeby się cie­szyły, że w ogóle mają pracę.

Nikt nie wie do­kład­nie, co się wy­da­rzyło owej nocy w 1952 roku. Udało się je­dy­nie usta­lić, że dwa­dzie­ścia pięć osób, które za­dzwo­niły z prośbą o po­łą­cze­nie, usły­szało: "Każda wy­trzy­ma­łość ma swoje gra­nice". A po­tem w słu­chawce za­pa­dła głu­cha ci­sza. Bu­dy­nek roz­padł się do­kład­nie o 23.13. Zmiaż­dże­niu ule­gły wszyst­kie ce­gły. Z gru­zów wy­do­byto tylko wy­pa­sto­wane brogsy Mar­tina O'Le­ary'ego i w za­sa­dzie nie­wiele wię­cej. Cztery dni póź­niej ktoś za­uwa­żył jego teczkę pły­wa­jącą w East Ri­ver. Po te­le­fo­nist­kach prze­padł ślad.

"Wy­buch gazu", pi­sały ga­zety. "Nikt nie prze­żył".

Żadna nie wspo­mniała o tym, że dwa­dzie­ścia pięć par lśnią­cych czó­łe­nek, dwa­dzie­ścia pięć to­re­bek i su­kie­nek w roz­ma­itych ko­lo­rach zna­le­ziono zło­żo­nych schlud­nie na chod­niku przed kra­te­rem, który po­wstał w miej­scu wy­bu­chu. A w po­piele po­kry­wa­ją­cym frag­ment blatu biurka ktoś na­pi­sał: "Nie­ba­nalne su­kienki dla nie­ba­nal­nych dziew­cząt. Noś, póki ży­cie nie pije pod pa­chami". Nikt nie wie­dział, co to zna­czy.

Dziew­częta z Fe­ibel-Ross, zbie­głe panny młode, go­spo­dy­nię do­mową z Ka­la­ma­zoo i pra­cow­nice fa­bryki amu­ni­cji uznano za ofiary tra­ge­dii. Wszel­kie do­wody wska­zu­jące na trans­for­ma­cję za­gi­nęły, zo­stały zlek­ce­wa­żone lub utaj­nione. Wszel­kie py­ta­nia igno­ro­wano. Na­wet ma­sowe prze­smo­cze­nie nie prze­ko­nało władz ani świata na­uki, żeby po­dob­nych zja­wisk szu­kać gdzie in­dziej. Dwu­dzie­stego pią­tego kwiet­nia 1955 roku 642 987 ko­biet (żon i ma­tek) ule­gło prze­isto­cze­niu - ze­brano i ska­ta­lo­go­wano ich na­zwi­ska, zba­dano przy­padki i na tym ko­niec. Sprawa zo­stała za­mknięta, książka na­pi­sana, nie było nic wię­cej do do­da­nia.

Ma­sowe prze­smo­cze­nie AD 1955 stało się po pro­stu ko­lej­nym wsty­dli­wym wy­da­rze­niem oma­wia­nym w szkole, choć z roku na rok z co­raz więk­szą nie­chę­cią i z uży­ciem co­raz więk­szej liczby eu­fe­mi­zmów. Za­mie­niło się w mętną, nie­zro­zu­miałą opo­wieść, le­d­wie wzmiankę na mar­gi­ne­sie. Co sprzy­jało za­po­mnie­niu. O in­nych przy­pad­kach spon­ta­nicz­nych prze­isto­czeń nie wspo­mi­nano.

Ma­sowe prze­smo­cze­nie było zja­wi­skiem na­zbyt szo­ku­ją­cym.

Na­zbyt że­nu­ją­cym.

Cóż, na­zbyt ko­bie­cym. Słowa wię­zły w gar­dle, a na po­liczki wy­peł­zał ru­mie­niec. W końcu stało się kwe­stią, którą nie­grzecz­nie było po­ru­szać w to­wa­rzy­stwie. I tak świat od­wró­cił oczy. Nie­mal dla wszyst­kich stało się te­ma­tem tabu - jak rak, po­ro­nie­nie czy men­stru­acja - czymś, o czym na­po­myka się szep­tem, alu­zyj­nie i za­raz zmie­nia te­mat.

A jed­nak.

Choć w chwili ma­so­wego prze­smo­cze­nia by­łam za­le­d­wie dziec­kiem, więk­szą część do­ro­słego ży­cia pra­co­wa­łam jako ba­daczka i na­ukow­czyni pod­po­rząd­ko­wana wy­mo­gom ści­sło­ści i przej­rzy­sto­ści. Dla­tego bzdurne tabu i eu­fe­mi­zmy za­ciem­nia­jące pro­blem bu­dzą we mnie tylko znie­cier­pli­wie­nie. Całe do­ro­słe ży­cie sta­ramy się zro­zu­mieć wspo­mnie­nia, które wy­nie­śli­śmy z dzie­ciń­stwa, win­ni­śmy jed­nak przy tym wier­ność fak­tom. Fakty zaś są ta­kie:

25 kwiet­nia 1955 roku zmie­nił się świat.

25 kwiet­nia 1955 roku zmie­niło się ży­cie 642 987 ame­ry­kań­skich ro­dzin.

25 kwiet­nia 1955 roku na za­wsze zmie­niła się moja ro­dzina.

I mam na ten te­mat dużo wię­cej do po­wie­dze­nia.

.

"Wa­shing­ton Post" 23 stycz­nia 1956

We wto­rek po po­łu­dniu na spo­tka­niu taj­nej Pod­ko­mi­sji do spraw Re­kom­pen­sat i Orze­czeń na pe­wien czas za­pa­no­wał chaos, gdy grupa ak­ty­wi­stów w prze­bra­niu sprzą­ta­czy wdarła się do za­mknię­tej sali ob­rad i nie po­zwo­liła opu­ścić jej zgro­ma­dzo­nym tam kon­gres­me­nom. Zgod­nie ze zwy­cza­jem po­rzą­dek ob­rad pod­ko­mi­sji nie zo­stał po­dany do wia­do­mo­ści pu­blicz­nej, nie prze­ka­zano rów­nież in­nych szcze­gó­łów. Ża­den czło­nek pod­ko­mi­sji nie sko­men­to­wał sprawy, a za­trzy­ma­nym ak­ty­wi­stom za­bro­niono roz­ma­wiać z prasą. Do­piero po dzie­wię­ciu go­dzi­nach im­pasu po­li­cji udało się wejść do sali po­sie­dzeń, gdzie na­past­nicy zo­stali aresz­to­wani. Do chwili pu­bli­ka­cji nu­meru nie udało się uzy­skać wię­cej in­for­ma­cji.

[Na­leży za­uwa­żyć, że ta no­tatka nie po­ja­wiła się w dziale ak­tu­al­no­ści z kraju, jak można by przy­pusz­czać, lecz na ostat­niej stro­nie, w ru­bryce po­świę­co­nej mo­dzie. De­cy­zji tej w ża­den spo­sób nie uza­sad­niono].