Kiedy ciebie zabraknie - Laura Lippman

-
Proszę czekać

2 marca 2012

Sandy siedział przy lunchu, gdy powiadomili go telefonicznie, że ławnicy wracają. Obrady zaczęli w czwartek w połowie dnia, teraz było wczesne piątkowe popołudnie. Zazwyczaj jeśli ławnicy obradowali niecałe osiem godzin, odczuwałby spokój, ale słyszał o obradach zrywanych przez jednego żarliwego ławnika pod hasłem "dzięki Bogu już piątek". Tych dwunastu nie odizolowano, ale proces trwał już dość długo i pewnie pragnęli rozpocząć weekend wolni od obywatelskiego obowiązku. Ławnicy zostali zaprzysiężeni w zeszły czwartek, po czym przez cztery dni wysłuchiwali zeznań. Sandy'emu nie podobał się wyraz twarzy ławnika numer trzy. To, że oskarżony sprawiał tak kruche wrażenie, nie pomagało. Adwokat stanowy usiłował przypomnieć przysięgłym, że przestępstwo popełniono trzydzieści lat temu, oskarżony był wtedy silnym, energicznym człowiekiem, miał czterdzieści kilka lat, a jego ofiara siedemdziesiąt trzy.

Poza tym była też matką oskarżonego, o ile miało to jakieś znaczenie. Ale nawet to mogło działać na ich niekorzyść. Jakie było prawdopodobieństwo, że wśród dwunastu ludzi nie znajdą się przynajmniej dwie osoby nienawidzące własnych matek? Sandy stracił rodziców w młodym wieku, co uświęciło pamięć po nich, ale to cud, że nigdy nie rzucił się na Nabby, kobietę, która go wychowała.

Po powrocie do sądu Sandy przeszedł przez wykrywacze metalu jak zwykły obywatel, bo nim właśnie teraz był. Fakt ten drażnił go, choć tylko odrobinę, ponieważ brak obu przywilejów zawodowych przypominał mu, że jest na emeryturze, a mimo to, w wieku sześćdziesięciu trzech lat, wciąż pracuje. Nie tak miało być. Pracować za mniejsze pieniądze niż w czasach, gdy zasuwał pełną parą, obliczać straty z powodu braku nadgodzin i premii. Z drugiej strony, mógł wybierać najbardziej lukratywne sprawy, dzięki czemu wyciągał tysiąc. Nie tylko w przypadkach uniewinnień, lecz także przy wyrokach skazujących. Nie chwaliłby się, gdyby tak nie było.

Szkoda, że jego wyniki poprawiały też reputację adwokata oraz szefa policji, których nie lubił. Jak na jego gust byli zbyt wygadani i śliscy.

Sandy zajął miejsce w głębi sali sądowej i przygarbił się, by móc zerkać na ławników bez nawiązywania kontaktu wzrokowego. Przysięgły numer trzy wyglądał, jakby cierpiał na zatwardzenie, coś go gnębiło. Oto potencjalny problem. Werdykt skazujący zazwyczaj nie budził w ludziach takiego gniewu. Z drugiej strony faktycznie mogło mu doskwierać zatwardzenie. Sędzia spytał przewodniczącego, czy ławnicy ustalili werdykt, kartka przeszła do rąk sędziego, wróciła do przewodniczącego. Sandy zawsze uważał ten rytuał za nieco przesadny. Skoro sędzia przeczytał już werdykt, czemu go nie wygłosi? Ale, sami wiecie, "my, naród". To był werdykt przysięgłych, więc wygłoszenie go należało do nich. Jeśli nie liczyć dwudziestu dolarów dziennie, co jeszcze dostawali za swoją fatygę?

- Uznajemy Olivera Lansinga winnym morderstwa pierwszego stopnia.

Informacja dotarła do Sandy'ego dopiero po chwili. Chociaż słyszał doskonale, w chwili ogłaszania wyroku regularnie doświadczał osobliwego przesunięcia w czasie, jak gdyby zawisał, a wszyscy pozostali posuwali się dalej w czasie. Ale nie, to mu się nie wydawało. Winny. Ławnikom podziękowano i oto oskarżony zaczął przyswajać sobie wyrok: winny zabójstwa własnej matki. Biorąc pod uwagę wiek faceta, w istocie otrzymał wyrok śmierci, co radowało Sandy'ego. Pomyśleć o trzydziestu latach, jakimi tamten mógł się cieszyć. Zdaniem Sandy'ego, i tak mu się upiekło.

Detektywi prowadzący sprawę przyjrzeli się Lansingowi z dawnych lat. Jasne, że to zrobili. Sandy'emu jeszcze nie trafiła się sprawa oskarżonego, który nie byłby notowany. Ale ten gość okazał się tak pokręcony, że ściągnął majtki własnej matce. Chory świr doskonale wiedział, co robi. Nikomu nie mieściło się w głowie, by ktoś mógł zrobić coś podobnego z ciałem matki. Poza tym nie zasłonił jej twarzy, po prostu zostawił ją leżącą na plecach w kałuży krwi, z zadartą spódnicą, nagą od pasa do nylonowych podkolanówek. Kto robi coś takiego? Na przykład ten gość, a oskarżyciel nie miał oporów przed przypominaniem o tym podczas składania zeznań i w mowie kończącej.

Kiedy Sandy postanowił przyjąć tę sprawę, skoncentrował się na pewnym detalu widocznym na drugim planie zdjęcia z miejsca zbrodni: kubku w zlewie, chociaż wszystkie pozostałe naczynia umyto i odstawiono na suszarkę. Zdaniem Sandy'ego ofiara nie była typem kobiety, która zostawiłaby kubek w zlewie choćby na pół minuty. Zdjęcia dowodziły, że dom utrzymywała w nienagannej czystości. Oczywiście po zbrodni kubek zbadano pod kątem odcisków palców, ale niczego nie znaleziono.

Sandy dokładnie zbadał sfotografowany kubek, porównał go z tymi na suszarce. Pozostałe, ozdobione uroczymi kwiatkami, należały do kompletu, ale ten był solidnym, masywnym kubasem. Sandy mógł się założyć o każde pieniądze, że kubka nie wybrano dlatego, że stał pod ręką; ktoś sięgnął głęboko do szafki specjalnie po niego. Ten kubek nie został wybrany przypadkowo; był czyimś ulubionym, bo ludzie przywiązują się do kubków. Kazał powiększyć zdjęcie, potem jeszcze bardziej, aby odczytać logo. Nie, na kubku nie widniał napis NAJLEPSZY SYN NA ŚWIECIE ani godło liceum tego faceta, nic tak oczywistego. To był kubek marki Jiffy Lube. Ale Sandy czuł, że nie jest przypadkowy.

Dlatego odszukał syna i z nim porozmawiał. Lansing nie przyznał się do winy, ale mówił za dużo, zaczął ubarwiać całą historię, następnie sobie zaprzeczać. Sandy odtworzył chronologię krytycznego weekendu, wyobraził sobie gościa na miejscu, co kłóciło się z pierwotnym zeznaniem Lansinga. Potem odnalazł krewnego, który zgodził się zeznać, że doszło do sprzeczki o pieniądze. Lansing chciał otworzyć myjnię samochodową, ale matka nie chciała mu pomóc.

Lansing nie otworzył myjni, ale sprzedał matczyny dom i nabył udziały w kręgielni, ta jednak splajtowała po pięciu latach. Głupek. Sandy nie oceniał ludzi podejmujących błędne decyzje finansowe, ale nawet na początku lat osiemdziesiątych kręgielnia była debilną inwestycją. Dzisiaj w mieście zostały może dwie.

Dobra, sprawa zamknięta. Niech Agnes Lansing spoczywa w pokoju. Czas poszukać nowej sprawy. Ponieważ miasto płaciło mu zaledwie trzydzieści pięć tysięcy dolarów rocznie, starał się nie otwierać nowych akt, zanim nie zamknął ostatnich. W okresach posuchy porządkował akta, które od początku znajdowały się w opłakanym stanie - porozrzucane byle jak, pozalewane wodą. Gdzieś znalazł stare szafki, wygospodarował sobie kąt do pracy, odkładał sprawy na później. Ludzie dawali mu spokój, a Sandy niczego więcej nie pragnął.

Sandy wolał ofiary w podeszłym wieku. Nawet jeśli ludzie ci bywali wredni czy niesympatyczni - a sporo przemawiało za tym, że Agnes Lansing to niezły numer - rzadko przyczyniali się do swojej śmierci. Nie sprzedawali narkotyków ani nie angażowali się w innego rodzaju działalność przestępczą. Sandy nie mógł się oprzeć myśli, że gdy ofiary miały swoje lata, procesom nie towarzyszyło zbyt silne podniecenie, jakby współczucie dla tych ludzi tłumił fakt, że grali o niską stawkę.

Chwycił kilka odłożonych na bok teczek i usiadł przy pustym biurku, z którego pozwolili mu korzystać. Nie szukał odrzuconych spraw. Gdyby je odrzucono, w którymś momencie zostałyby rozwiązane. Ale nie zamierzał zabierać się za coś, jeśli nie miał nadziei, że doprowadzi rzecz do szczęśliwego finału.

Z jednej z teczek wysunęło się zdjęcie. Sandy pochylił się, by je podnieść, ale kolana i plecy zaprotestowały gwałtownie. Mary miała rację. Do zachowania zdrowia nie wystarczy utrzymanie stałej wagi, z marginesem czterech kilogramów. Musiał ćwiczyć, utrzymywać gibkość. Zdjęcie upadło do góry grzbietem, na którym ujrzał podpis Julie "Julia Romeo" Saxony. Odwróciwszy fotkę, zobaczył striptizerkę, ona zaś patrzyła na Sandy'ego. Pamiętał ją. Chociaż właściwie nie. Zamordowana przez swego alfonsa? Przecież większość tych dziewczyn nie była o wiele lepsza od dziwek. Nie, to nie to. Ale sprawa stała się głośna z jakiegoś powodu.

Sandy otworzył akta, a raczej jedną z kilku teczek obejmujących, jak oceniał, blisko osiemset stron. Grube akta, ale widywał już grubsze. Papiery całkowicie pomieszane; dopiero po dłuższych poszukiwaniach natrafił na pierwotny raport wystawiony w hrabstwie Harford. Czemu zatem sprawa trafiła do miasta? Aha, ciało znaleziono w Leakin Park w 2001 roku. Właśnie. Julie Saxony, dziewczyna Feliksa Brewera. Pewnie tańczyła pod innym nazwiskiem. Brewer zniknął w 1976 roku, Julie wyparowała dziesięć lat później. Według plotek dołączyła do Feliksa. W teczce znajdowała się ulotka o "osobie zaginionej" rozpowszechniana przez Stowarzyszenie Kupców z Havre de Grace, z czarno-białym zdjęciem Julie Saxony z 1986 roku. Sandy obliczył: trzydzieści trzy lata. Nie starzała się dobrze. Za chuda, co nie było korzystne dla tej twarzy w kształcie serca: zapadnięte oczy, pomarszczone czoło. Ulotka informowała, że ostatnio widziano ją trzeciego lipca 1986 roku. Nagroda za wszelkie wiadomości itd.

Leakin Park, ulubione miejsce na wyrzucanie ciał z Baltimore. Choć zazwyczaj nie dla białych dam z Havre de Grace. W jaki sposób tam skończyła? Sandy przypomniał sobie własne kredo: Nazwisko jest w aktach. Akta mają osiemset stron. Oczywiście należy odszukać Feliksa Brewera. Może Julie coś wiedziała. Dziewczyny zazwyczaj sporo wiedziały. Więcej niż żony.

To, co przemknęło w tym momencie przez umysł Sandy'ego, inni nazwaliby przeczuciem, ale było inaczej. Objawiło mu się równanie, dokładne jak w arytmetyce. Czy raczej dowód geometryczny. Człowiek przyjmuje pewne postulaty i wyprowadza z nich twierdzenie. Sandy sięgnął po telefon i wykręcił (no dobrze, wystukał, ale lubił słowo "wykręcił" i nie zamierzał z niego rezygnować; zbyt mozolnie opanował angielski, by porzucać choćby jedno słowo) numer Hermana Petersa, jednego z nielicznych reporterów z "Beacon-Light", których wciąż znał.

- Roberto Sanchez - nagrał się na pocztę głosową. W dzisiejszych czasach za pierwszym razem prawie nigdy nie udawało mu się dodzwonić do żywego człowieka. W kontaktach z reporterami nie posługiwał się ksywką, a kiedy używali jej bez wcześniejszej zachęty z jego strony, wpadał w rozdrażnienie. Sandym był dla innych gliniarzy i przyjaciół, choć tych drugich właściwie nie miał. Mary najczęściej mówiła do niego Roberto. Peters był w porządku. Może nawet znał pochodzenie ksywki, co prawda nie od Sandy'ego. Ilekroć ktoś pytał, czy Sandy pochodzi od koloru jego włosów, potwierdzał. Kiedy ludzie dziwili się, że kubański chłopak nazwiskiem Sanchez mieszka w Remington, kwitował to słowami:

- Chyba po prostu dopisało mi szczęście.

Peters oddzwonił po kwadransie.

- Co jest grane? - Żadnych pierdoł, żadnego lania wody. Na takie rzeczy nie było już czasu. Nieliczni reporterzy, którzy uchowali się w "Beacon-Light", blogowali, siedzieli na Twitterze, pisali więcej niż kiedykolwiek, a jednak więcej niż kiedykolwiek im umykało. Dawniej reporterzy pracowali w siedzibie policji, wpadali, pytali o rodzinę, prowadzili niezobowiązujące pogawędki. Sandy tego nie cierpiał. Potem ten obyczaj się skończył, czego również nie cierpiał. Jeszcze później odeszła Mary, wszystko diabli wzięli i cieszył się, że teraz ludzie ograniczali się do pytania: "Jak leci?". Zresztą odpowiedź guzik ich obchodziła.

- Pamiętasz Feliksa Brewera?

- Znam historię - odparł Peters. - To się wydarzyło, zanim zacząłem tu pracować, ale około rocznicy jego zniknięcia posyłają mnie do jego żony, żebym sprawdził, czy jest gotowa mówić.

- No tak, żona. Jak ona się nazywa?

- Bambi Brewer.

- Bambi? - Zabawne, striptizerka nosiła zwyczajne imię, a żona imię striptizerki.

- Tak ją wszyscy nazywają. Naprawdę ma inne imię. Teraz go sobie nie przypomnę.

- Dziewczyna z Baltimore?

- Tak, kończyła liceum Forest Park mniej więcej w tym czasie co Barry Levinson. Za Feliksa Brewera wyszła, jak miała zaledwie dziewiętnaście lat. Jej rodzina robiła w branży spożywczej. Historia sukcesu od drobnych handlarzy do szanowanych producentów w ciągu jednego pokolenia.

- Mógłbyś się dowiedzieć, gdzie dorastała? Chodzi mi o ulicę.

- Po co?

- Zakład z McLarneyem. - Sandy wymienił nazwisko jednego z nielicznych detektywów z wydziału zabójstw, jacy pozostali z jego czasów. - Zaczęliśmy gadać o tej sprawie i McLarney stwierdził, że Bambi pochodzi z Pikesville, na co odparłem, że wychowała się w mieście.

- Chrzanisz - zauważył reporter. - Pięć sekund temu nie mogłeś sobie przypomnieć jej imienia, ale gawędziłeś o tym, gdzie się wychowała?

- Posłuchaj, teraz to bez znaczenia. Jeśli sprawa stanie się ważna, pierwszy się o tym dowiesz.

- Serio?

- Tak. - Nie.

- Czy to ma związek z jej mężem?

- Nie sądzę. - Sandy nie uważał, że sprawa miała związek z jej mężem, ale nie uważał również, że nie miała. Co zatem uważał? Uważał, że Juliet Saxony, we wcieleniu Julii Romeo, praktycznie spojrzała mu w oczy i poprosiła o pomoc. Ta starsza, chudsza Julie zdawała się potrzebować go jeszcze bardziej.

W słuchawce coś kliknęło. Dzisiejszy świat był pełen kliknięć. Przy automatach biletowych, w hotelach słyszało się tylko kliknięcia. Przynajmniej seria w słuchawce zaowocowała czymś użytecznym.

- Wychowała się na Talbot Road w Windsor Hills. W tamtych czasach musiało tam być ładnie, nawet w latach sześćdziesiątych.

- Tak słyszałem. - Sandy spędził lata sześćdziesiąte w Remington i wątpił, by dało się cofnąć w czasie tak daleko, by uznać Remington za ładną okolicę. Może w 1634, kiedy "Ark" i "Dove" przybiły do brzegu.

- Czy ten adres na coś się przydał? Rozstrzygnąłem twój zakład?

- Nie. Sądziłem, że pochodziła z Butchers Hill. Nikt nie wygrał.

- Coś się dzieje w Butchers Hill?

- Jak zawsze. Muszę lecieć.

Sandy zerknął na plan miasta, choć już wiedział, co znajdzie. Wiedział to, nim jeszcze sięgnął po telefon. Był dobry w tym, co robił. Talbot Road wiła się przez Windsor Hills na południowych obrzeżach dzielnicy. Ulica biegła na skarpie, wysoko nad głębokim wąwozem i Gwynns Falls, może kilometr od tej części Leakin Park, gdzie znaleziono ciało Julie Saxony.

14 lutego 1959

Na potańcówkę dała się zaprosić pod wpływem impulsu. Pod wpływem impulsu umówiła się też na randkę z ledwo akceptowalnym młodym człowiekiem, którego nie zaakceptowałaby rok wcześniej, a nawet przed sześcioma miesiącami. Po pierwsze, był od niej młodszy, chodził do ostatniej klasy liceum. Niewykluczone, że był najbardziej pożądanym chłopcem z ostatnich klas w liceum Forest Park, rocznik '59, ale ona należała do rocznika '58. Barry Weinstein, gruba ryba w bractwie uczniowskim. Szerokie bary i szopa jasnych włosów upodobniały go do żydowskiego Troya Donahue. Tyle że chodził do ostatniej klasy liceum, ona zaś studiowała na pierwszym roku.

Czy raczej miała studiować. Aż do grudnia tak było, udawała też, że wciąż studiuje. Jednak czas uciekał. Na jesieni musiała wrócić na studia, albo... albo co? Jak inaczej mogła uniknąć hańby? Dzięki Bogu nikt z Forest Park nie studiował w Bryn Mawr. Ale w Haverford był chłopak z rocznika '57. Na razie udawało się jej zbywać żartem nieobecność na uczelni, ot, jeszcze jedna osobliwość w szalonym życiu impulsywnej, narwanej Bambi Gottschalk. "Moje drogie, to było niesamowite", powiedziała podczas ferii zimowych najlepszym przyjaciółkom, kiedy zebrały się w jej dziewczęcym pokoju, poważne, miłe, ale czyhające jak drapieżniki, aż Bambi runie z piedestału, na którym królowała przez całe życie.

Gorączka, gorączka zniekształciła obraz choroby. Mogłam umrzeć.

Ale nie bolało cię? Nie chciałaś pójść do szpitala?

Nie, w ogóle nie czułam bólu. Dlatego nie rozumiałam, co się dzieje.

Żadnego bólu, ale kiedy moja kuzynka...

Jestem medyczną osobliwością, moje drogie. Pewnie skończę w "Wierzcie lub nie Ripleya"1. Dziwię się, że w ogóle mnie wypuścili. Chcieli przeprowadzić na mnie badania. Teraz muszę zrezygnować z całego semestru letniego, co za pech.

Ale co powie ludziom na jesieni? Ten problem poważnie nurtował Bambi dwa tygodnie wcześniej, kiedy wpadła na Barry'ego w sklepie Hutzler w centrum. Bambi studiowała rozłożone na ladzie jedwabne szaliki jakby były to inskrypcje runiczne dotyczące jej przyszłości. Barry, którego przed rokiem z radością by odrzuciła, poprosił, żeby pomogła mu wybrać prezent dla matki. Bambi podeszła do zadania z najwyższą powagą. Godzinę później jedli sałatkę krewetkową na grzankach serowych w herbaciarni, gdzie Bambi napomknęła, że szaleje na punkcie zespołu Orioles, co nie znaczyło, że dopuszczałaby możliwość pójścia na licealną potańcówkę, choćby tak szykowną jak bal zimowy bractwa Sigma. Bambi była niemal pewna, że Barry już się z kimś umówił. Mimo to nie chodził na stałe z żadną dziewczyną, a jeśli zamierzał odwołać randkę, żeby zaprosić Bambi, sam będzie to miał na sumieniu. Jakaś obca dziewczyna miała cierpieć, ale Bambi nie poznała jeszcze smaku wystawienia do wiatru. Pewnie cierpiała na tym duma, ale duma nieznanej uczennicy liceum nie miała dla niej znaczenia. Termin ostateczny zbliżał się nieubłaganie, a jej życie przypominało przeraźliwie nudną grę planszową "Uncle Wiggily" czy "Candy Land". Bambi nie mogła ciągle stać na starcie, licząc, że jednym szczęśliwym posunięciem wyląduje na mecie. Musiała posuwać się krok po kroku, znaleźć sposób, by wrócić do obiegu. Barry był tylko pierwszą kartą w długiej rozgrywce.

Problem polegał na tym, że Barry nie znał swego miejsca w szeregu. Już rzucał aluzje do balu maturalnego. Bal maturalny! Na samą myśl Bambi zbierało się na płacz, skręcała się ze wstydu, że ktoś w ogóle mógł rozważać coś podobnego. Potańcówka bractwa Sigma wchodziła w grę. W ostateczności. Impreza odbywała się w hotelu Lord Baltimore i miała ekskluzywny charakter. Ale bal w rok po skończeniu szkoły? Nigdy by tego nie przeżyła. To byłoby jak wyciągnięcie karty odsyłającej Bambi z powrotem na start.

- Podoba ci się orchidea? - spytał Barry. - Pytałem twoją matkę, jakiego koloru masz sukienkę, bo chciałem ci zrobić niespodziankę. Wybrałem bukiecik noszony na przegubie, ponieważ miałem nadzieję, że wystąpisz w sukience bez ramiączek. Pamiętam cię z zeszłorocznego balu.

Bambi nie miała na sobie sukienki bez ramiączek, za to ramiona pokrywała delikatna siateczka. Z oddalenia kreacja sprawiała wrażenie białej, ale oglądana z bliska połyskiwała fioletowo. Ten odcień stanowił odważny wybór jak na bal zimowy, a matka po raz pierwszy zaprotestowała w kwestii ceny, uznając zakup za przejaw braku zmysłu praktycznego. Jej zdaniem Bambi powinna wystąpić w jednej z formalnych sukni, które zeszłej jesieni zabrała na studia.

- We wszystkich już chodziłam - zaoponowała Bambi.

- Ale nie w Baltimore - zauważyła matka. Mimo to Bambi, jak zwykle, postawiła na swoim.

- Bardzo ładny - pochwaliła Bambi bukiecik Barry'ego. W życiu otrzymała już tyle orchidei, że mogłaby otworzyć własną szklarnię; tak naprawdę wolała skromniejsze kwiaty - róże czy piwonie. Jednak storczyki stanowiły standard, toteż poczułaby się urażona, gdyby chłopak przyniósł coś skromniejszego. Bambi zdawała sobie sprawę, że ukrywanie pragnienia tylko dlatego, że reszta świata patrzyła na to inaczej, jest dziwne, ale inaczej nie potrafiła. Kiedy w liceum omawiali na angielskim Hamleta, nauczyciel wychwalał pod niebiosa mądrość zdania "Rzetelnym bądź sam względem siebie"2, ale Bambi podejrzewała, że w ten sposób chciał sprawić, by niepopularne dzieciaki poczuły się lepiej. Wszyscy zaprzątali sobie głowę tym, co myśleli inni, nawet ci, którzy uparcie odróżniali się od reszty. Ci w szczególności.

Bambi uznała, że sekret polega na tym, by zwracać uwagę na to, co myśleli inni, ale pilnować, by zwracali jeszcze bardziej uwagę.

Barry przesunął dłonią po jej nagim ramieniu, ostentacyjnie podziwiając wybrany przez siebie kwiat.

- Teraz przyszło mi na myśl, że ma kolor twoich oczu.

- Białek? Tak, chyba masz rację - skwitowała żartobliwie w nadziei, że porzuci temat i uchroni się przed faux pas.

On jednak brnął dalej.

- Mam na myśli purpurowy odcień orchidei. Uwydatnia fiolet twoich oczu. Jak Elizabeth Taylor.

Nie pierwszy raz czyniono takie porównanie. Pewnie też nie po raz ostatni. W młodości takie słowa wprawiały Bambi w podniecenie. Potem zaczęły rodzić jedynie frustrację, no bo kto mógł konkurować z Elizabeth Taylor? Teraz porównanie tylko ją nudziło. Jeszcze pięć miesięcy wcześniej zaprzeczała chłopakom, którzy sięgali po podobny komplement.

- Moje oczy - mówiła z zalotną surowością, jakby dyskusja miała kolosalne znaczenie - mają kolor nieba. - Nie była to zresztą prawda; raczej kobaltowe czy wręcz w odcieniu ultramaryny. Ale mężczyźni rzadko sprzeciwiali się Bambi, co również zaczynało ją nużyć. Na randki umawiała się od czternastego roku życia. Kiedy skończyła piętnaście lat, ukazała się książka Marjorie Morningstar, kolejne porównanie, które musiała znosić.

- Och, to historia o tobie - mówiły przyjaciółki jej matki. Matka Bambi, wnioskując pewnie, że to czyniło ją mamą Morningstar, otyłą wieśniaczką o kąśliwym poczuciu humoru, milczała. Ida Gottschalk była szczupłą i całkiem szykowną kobietą.

- Nieprawda - odpowiadała zawsze Bambi. - Nie chcę zostać aktorką. Nie mogę się doczekać, aż wyjdę za mąż, przeprowadzę się na przedmieścia i założę liczną rodzinę.

Wszyscy się śmiali, ale mówiła prawdę. Czasem prawda okazywała się najlepszą z możliwych przykrywek. Problem w tym, że obecnie prawda była już zbyt prawdziwa, by działać. Kiedy Bambi miała siedemnaście, osiemnaście lat, a potem wyjechała na studia do Bryn Mawr, to był świetny wybieg. Teraz miała dziewiętnaście lat, a chociaż wedle oficjalnej wersji wzięła urlop na cały semestr z powodu tajemniczej dolegliwości, mogącej być zapaleniem wyrostka, przewlekłym zapaleniem płuc, mononukleozą albo wszystkimi trzema naraz, prawda musiała w końcu wyjść na jaw. Oto więc umówiła się na randkę z ledwo akceptowalnym chłopakiem.

Tak się składało, że to samo spotkało Marjorie w książce. Poszła na bal ze zbyt młodym chłopakiem i spotkało ją tylko upokorzenie.

Mimo to Bambi nie mogła sobie pozwolić na powierzchowne prześlizgiwanie się. Ocknęła się i utkwiła w chłopaku oczy, których błękit nie do końca miał odcień nieba.

- Cudownie się bawię, Barry. - Dawniej tak faktycznie bywało, może jeszcze będzie świetnie się bawić. Może należało tylko się postarać.

Z drugiej strony, to samo przecież mówili o studiach. Musiała tylko się postarać.

- Pewne bardzo inteligentne dziewczęta nie są emocjonalnie gotowe do studiów - powiedział dziekan jej rodzicom. Władze uczelni zachowywały się przepraszająco, niemal z zakłopotaniem, ponieważ nie spodziewały się takiej studentki jak Bambi: uczęszczała na wszystkie zajęcia, notowała, zdała egzaminy semestralne, ale w ostatnim tygodniu znikła, sfałszowała zwolnienie i nigdy więcej się nie pojawiła. Kiedy sprawa wyszła na jaw, Bambi od trzech dni urzędowała w hotelu Ritz, gdzie przekonała recepcjonistów, by otworzyli dla niej rachunek, który, zapewniła, jej ojciec ureguluje, kiedy się pojawi.

Faktycznie się pojawił i faktycznie uregulował, bo cóż w zaistniałych okolicznościach mógł począć Sy Gottschalk z ukochaną, niesamowicie rozpieszczoną jedynaczką? Zabrał córkę i cały jej bagaż - trzy sztuki plus kufer podróżny, prezent na zakończenie liceum - po czym odwiózł ją do domu, a Bambi milczała nadąsana, jakby to ojciec coś przeskrobał. Ani rodzicom, ani nikomu innemu nie wyjawiła, czemu uciekła z Bryn Mawr, w dodatku narażając się na wydalenie z uczelni. Sama usiłowała to zrozumieć. Przyjęcie na studia ogromnie ją podnieciło: kolejne trofeum na niwie edukacji obfitującej w podobne wyróżnienia. Przez całą wiosnę syciła się podziwem oszołomionych koleżanek, ponieważ Bambi chytrze skrywała dobre oceny i ambicje. Przyjęcie do Bryn Mawr można było porównać z zostaniem królową balu czy najpopularniejszą dziewczyną bractwa Sigma. Bambi pragnęła tylko pomachać listem o przyjęciu na studia, po czym oprawić go w ramkę jako kolejne trofeum.

Problem polegał na tym, że na studiach nie wystarczyło się pojawiać i machać.

Co dalej? Nie miała pojęcia. Nie chciała pracować, choć matka zaczęła rzucać złowieszcze uwagi, że córka mogłaby sobie przyswoić podstawowe zasady księgowości, by pomóc w rodzinnym biznesie. Bambi była za niska, żeby pracować jako modelka. W grę wchodziły jedynie marnie płatne prezentacje w domach towarowych. Pozostawało jej tylko jedno, chciała tylko jednego. Jak najszybciej wyjść za mąż i mieć dzieci. Powinna była poprzestać na przyjęciu do Bryn Mawr, należało rozpocząć studia na Uniwersytecie Maryland. Do ferii świątecznych pewnie zdążyłaby się zaręczyć z atrakcyjnym studentem ostatniego, a może trzeciego roku. Wtedy mogłaby odejść z uczelni, zacząć planować ślub i przyszłe życie. Życie w domu pełnym dzieci, domu stanowiącym całkowite przeciwieństwo tego, w którym wyrosła.

Zamiast tego naraziła na szwank towarzyszącą jej aurę doskonałości. Przecież nikt tak naprawdę nie wierzył, że wzięła urlop z powodu przewlekłego zapalenia płuc. Albo wyrostka czy mononukleozy. Jednym zakładem roztrwoniła cały mozolnie zgromadzony kapitał młodości. Bambi przywodziło to na myśl zmagania rodziców, kiedy otworzyli sieć sklepów spożywczych, bo uznali, że to logiczne następstwo sukcesu, jaki osiągnęli w sprzedaży hurtowej. Rodzice przeinwestowali, musieli spuścić z tonu. Obciążyli dom drugą hipoteką, co uznali za haniebne. W końcu zrezygnowali z marzeń o ekskluzywnych sklepach i poprzestali na hurcie, zaopatrując sklepiki dokładnie z tych gettowych dzielnic, z których starali się wynieść. Mimo to przetrwali, a nawet zaczęli prosperować. Bambi zrozumiała więc, że po fałszywych ruchach można wyjść na prostą. Tyle że nie bardzo chciała podejmować taki wysiłek. Wetowanie strat wymagało czasu i cierpliwości, a to nie były jej mocne strony. Bardzo długo szła jej karta - dziewiętnaście lat, całe życie. Złej karty nie zniosłaby nawet przez dziewiętnaście minut.

Barry przyniósł poncz, oczywiście wzmocniony. Za słodki poncz i tani alkohol to nie najlepsze połączenie. Człowiek miał wrażenie, że je płonącą watę cukrową.

- Pycha - powiedziała.

Barry uśmiechnął się, robiąc maślane oczy. Pewnie myślał, że Bambi jest szybką dziewczyną, skoro jest starsza i w ogóle. Cóż, czekała go niespodzianka. Gdyby chciała pójść tą drogą, zaaranżowałaby przypadkowe spotkanie z licealną sympatią, Rogerem. Dwa lata starszy od Bambi, nabrał niezwykle ponętnej pewności siebie po przenosinach na uniwersytet w Baltimore. Roger spotykał się z jej przyjaciółką Irene, jedną z dziewczyn, które zgromadziły się przy łóżku Bambi, by wysłuchać jej mrożącej krew w żyłach opowieści o tym, jak o mały włos nie zeszła z tego świata z powodu błędnie zdiagnozowanego zapalenia płuc/wyrostka robaczkowego/mononukleozy. Kuszące byłoby się przekonać, czy zdołałaby odzyskać Rogera, ale przecież to nie ulegało wątpliwości. Bambi nie chciała wracać do poziomu szesnastolatki, a z tym właśnie wiązało się bycie z Rogerem. Jednak nawet wtedy Roger był dla niej za szybki, zmuszał ją do robienia rzeczy, na które nie była gotowa. Teraz był pewnie jeszcze szybszy. Raz bez ogródek spytała Irene, czy to robili, na co ona uśmiechnęła się głupkowato. Tak to należało określić, głupkowato. Czyli to robili. Niebezpieczne. Nie dlatego, że Bambi była pruderyjna, ale ponieważ to ograniczało możliwości wyboru. Kobieta nie powinna uprawiać seksu, jeśli nie miała pewności, że to właściwy mężczyzna, ponieważ należało poślubić pierwszego mężczyznę, z którym uprawiało się seks. Przed ślubem może być, ale tylko jeśli to był ten właściwy. Nie chodziło o moralność, to po prostu dyktował rozsądek. Twój pierwszy powinien być twoim ostatnim. Bambi nie zastanawiała się nad tym przesadnie, nie chciała też męża prawiczka. Nie zamierzała też rozmyślać o tym, w jaki sposób jej przyszły mąż zdobył doświadczenie seksualne. Pewnie z innymi dziewczynami, niezbyt miłymi, co ją to obchodziło? Bambi była nagrodą, a część tej nagrody stanowiło dziewictwo, podobnie jak nowe samochody ceniono za nieskazitelne białe ściany i nienaganną tapicerkę. Jednak w chwili, gdy wyjeżdżały z parkingu, ich wartość spadała.

Barry zerknął w stronę drzwi, dzięki czemu mogła odstawić drinka. Wkrótce zatańczą, będzie więc mogła "zapomnieć" o ponczu. Nieopodal stała roślina doniczkowa, ale wylanie do niej drinka wydawało się zbyt grubiańskie, zresztą mógł przynieść następnego. Po prostu odstawi go na parapet.

- Wepchnęli się na krzywy ryj - powiedział. - Bezczelni.

Przy drzwiach stało trzech mężczyzn. Jeden przystojny w pospolity sposób, średniego wzrostu, barczysty, z szopą ciemnych włosów. Chłopak z sąsiedztwa, Bert Gelman, student ostatniego roku, ale nie z bractwa Sigma. Drugi był wielkoludem, człowiekiem-kulą o jowialnym wyglądzie, z rumianymi policzkami lśniącymi od potu mimo chłodnej nocy.

Trzeci z mężczyzn był dość niski, bardzo śniady, o wydatnym nosie, wprost kipiący energią. Starszy. Starszy od dzieciaków na potańcówce, starszy od swoich towarzyszy. Bambi oceniała jego wiek na dwadzieścia cztery, dwadzieścia pięć lat. "Dziecinada", zdawały się mówić jego oczy, chociaż bal bractwa Sigma był całkiem wyrafinowany, w niczym nie ustępował klubowym potańcówkom, na które chadzali jej rodzice.

Wtedy wzrok śniadego padł na Bambi, a wyraz rozbawionej protekcjonalności zniknął z jego twarzy. Ruszył prosto ku niej, jak w stronę punktu orientacyjnego, jak gdyby była kimś sławnym, kogo chciało się zobaczyć przez całe życie. Bambi była wieżą Eiffla, Empire State Building, Wielkim Kanionem.

- Felix Brewer - przedstawił się. - A to jest Bert Gelman i Tubby Schroeder.

- Który jest który? - spytała, na co cała trójka wybuchnęła śmiechem. Ale roześmialiby się pewnie ze wszystkiego, co by powiedziała.

- Tak się składa, że znam Berta - powiedziała, wyciągając rękę. - Byłeś w klasie niżej w Forest Park.

- To jest prywatne przyjęcie - stwierdził Barry.

- Jasne, taką marną imprezą lepiej się nie afiszować - powiedział mężczyzna imieniem Felix. "Kot Felix", pomyślała Bambi, ale nie, nie miał nic kociego. Lis? Ale lis, gdy tylko miał okazję, zagryzał kurczaki.

- Marna impreza? Widziałeś, kto gra?

- Owszem, są nieźli, ale nie mogliście ściągnąć kogoś w rodzaju Fatsa Domino? Widzieliśmy go w zeszłym tygodniu przy Pennsylvania Avenue.

- Chodzisz na Pennsylvania Avenue? - spytała Bambi.

- Naturalnie. Tam jest najlepsza muza. Boisz się czarnych?

- Niczego się nie boję - zapewniła Bambi. - Poza tym Orioles są czarni, chyba że to ci umknęło.

Bert uśmiechnął się do Bambi. Boże, na tym polegał problem w umawianiu się na randki z Barrym; teraz wszyscy uczniowie z ostatniej klasy liceum uważali ją za łatwy łup. Trudno było określić wiek tłuściocha, ale musiał mieć co najmniej dwadzieścia jeden lat. Całe trio wydawało się pod każdym względem niedopasowane.

Felix jakby czytał w jej myślach.

- To jest syn mojego prawnika - oświadczył, wskazując kciukiem na Berta. - Chociaż pewnie któregoś dnia zostanie moim prawnikiem. - A to... - Kciuk powędrował w stronę grubasa. - To jest mój gość od kaucji.

Bambi zaprezentowała swój najlepszy perlisty śmiech zachwytu.

- Nie, poważnie, on zajmuje się wpłacaniem kaucji za ludzi. Jeszcze nikt nie wyznaczył kaucji za mnie, ale nigdy nic nie wiadomo. Tak więc on chyba nie jest moim gościem od kaucji, ale tak w ogóle nim jest.

- Ktoś musi to robić - stwierdził pogodnie Tubby.

- Muszę was wyprosić - odezwał się Barry.

- Czy służyłeś dla kraju, młody człowieku?

- Słucham?

- Czy służyłeś? Najwyraźniej tam nie pojechałeś, ale co cię powstrzymuje przed zgłoszeniem się do poboru?

- Nie mam jeszcze siedemnastu lat - wyjaśnił Barry. - W przyszłym roku zaczynam studia w Penn.

- Cóż, ja poszedłem na wojnę, jak miałem siedemnaście lat. Ale Penn to nie byle co, o tak. Rodzice muszą być z ciebie bardzo dumni.

W oczach Bambi Barry miał teraz może sześć lat. Zresztą zdała sobie sprawę, że taki właśnie zamiar miał Felix.

- Posłuchajcie, muszę...

- No, skoro prosisz. I skoro musisz. Ale powiedz no, czy żołnierz, który walczył o bezpieczeństwo ojczyzny, który opuścił studia i wszystko, co oferowały, czy mógłbym poprosić tu obecną damę do tańca? W ramach rekompensaty za mój patriotyzm?

- To nie jest tancbuda. Nie wchodzi się tu i nie prosi się dziewczyn do tańca.

- Och, Barry - włączyła się Bambi. - Co w tym złego?

Zespół Orioles rozpoczął kolejny numer.

- Przytul mnie - powiedział Felix, a Bambi pomyślała, że to żądanie. Potem dodał: - W 1953 to był ich przebój. Są nieźli jak na chłopaków z sąsiedztwa. - Nawet nie czekając na pozwolenie jej towarzysza, powiódł Bambi na parkiet. Felix nie był nienagannym tancerzem, ale wprost kipiał energią i czerpał z tańca radość. W ogóle nie rozmawiali. Patrzył Bambi w oczy, sprawdzał ją. Ich oczy znajdowały się prawie na tym samym poziomie. Po odjęciu wysokości obcasów oceniła, że nie mógł mieć więcej niż metr siedemdziesiąt. Nic ją to nie obchodziło. Felix śpiewał razem z kapelą, choć nie jej na ucho, nie był takim prostakiem. Chyba po prostu lubił tę piosenkę.

- Ostatnią rzeczą, jaką poznasz. - Próbował utrzymać melodię, ale trochę fałszował.

- To nie tak - zauważyła Bambi. - Oni śpiewają "odkryjesz". Żeby rymowało się z "przeżyjesz".

- Jestem ostatnią rzeczą, jaką poznasz - powtórzył, jakby wcale się nie odezwała.

Bambi próbowała przekonać sama siebie, że zawroty głowy są spowodowane gorsetem, utrudniającym jej oddychanie. To wyjaśniałoby też warstewkę potu na skórze Bambi, która przecież nigdy się nie pociła. Całą uwagę koncentrowała na patrzeniu mu w oczy. Ogarnął ją wstyd, jakby całowali się na oczach wszystkich, jak gdyby wszyscy w tej sali wiedzieli, co czuła.

- Czym się zajmujesz? - spytała, pojmując, że piosenka dobiega końca.

- Nie martw się - odparł. - Świetnie mi się powodzi. Potrafię o ciebie zadbać.

- Nie to miałam...

- Owszem, właśnie to miałaś na myśli. Posłuchaj, twój adorator, mały lord Fauntleroy, zamierza wszcząć awanturę. - Barry zebrał kilku chłopaków z Sigmy i faktycznie wyglądali tak, jakby zamierzali ruszyć na Feliksa. - Spadam stąd. Znajdę cię.

- Nawet nie wiesz, jak się nazywam.

- Co czyni całą sprawę jeszcze bardziej zajmującą. Zakładam się o colę, że znajdę cię w ciągu doby. Jutro wieczorem pójdziemy na randkę z prawdziwego zdarzenia. Przyjdę do ciebie do domu, poznam twoich rodziców i zabiorę cię na kolację. Jeśli mi się nie uda, postawię ci colę.

- Ale jeśli ci się nie uda, jak cię znajdę, żeby odebrać colę?

- O to się nie martw.

Bambi się nie martwiła. Nazajutrz zapowiedziała rodzicom, że odwiedzi ją chłopak. Z przyzwyczajenia nazwała go "chłopakiem". Rzecz w tym, że Felix Brewer był mężczyzną. Założyła sukienkę z gładkiej niebieskiej bawełny i czekała, czego nie robiła jeszcze nigdy przed żadną randką. O osiemnastej pojawił się z kwiatami dla jej matki oraz mocnym uściskiem dłoni dla ojca Bambi. Rodzice byli zaskoczeni, równie obezwładnieni wdziękiem Feliksa jak sama Bambi.

Na ścieżce wyłożonej kamieniami Felix obejrzał się na dom, gdzie się wychowała i gdzie cierpiała z osamotnienia. Mimo sukcesów towarzyskich Bambi nie miała prawdziwych przyjaciół. Rodzeństwo też nie było jej pisane. Przyszła na świat jako późne dziecko cud po licznych poronieniach.

- Ładny - ocenił. - Podoba mi się ten styl. Stonowany. Dom człowieka jest jego zamkiem, ale nie powinien wyglądać jak zamek. Chcę czegoś z klasą, wytwornego. Ale bez przepychu. Chcę domu, gdzie dzieciak może coś rozlać i nie będzie to koniec świata. Salon, gdzie ludzie żyją. A czego ty chcesz, Bambi?

Wtedy jeszcze nie śmiała wyrazić tego, czego pragnęła. Aż tak daleko się nie posunęła. Choć nie brakowało jej wiele.

- Właściwie o to nie dbam. Chcę mieć więcej niż jedno dziecko. Co nie znaczy, że się spieszę.

Felix posłał jej spojrzenie, jakby mówił: "Kogo ty nabierasz?". Znał ją. Naprawdę ją znał. Jak to możliwe?

Mimo to powiedział tylko:

- Ta sukienka pasuje ci do oczu. Nie jestem pewien, jak określić ich kolor. Kobaltowy. Błękit nieba? Tak, błękit nieba.

Dziesięć miesięcy później wzięli ślub.

4 lipca 1976

Wyruszyli o zmierzchu, mniej więcej godzinę przed zaplanowanymi fajerwerkami, a gdy przejeżdżali przez stary płatny most na Susquehannie, Felix ujrzał przez okienko rozbłyski światła: wszędzie świętowano. Wcześniej polecił Julie pojechać do Filadelfii dawną drogą numer 40. Choć miał się na baczności, nie opuszczała go nostalgia. Właśnie tu zaczynał od gościnnych występów w barach.

Felix kichnął. Na podłodze leżało siano i końska derka. Jeśli zostaną zatrzymani, owinie się kocem i będzie się modlił. Po godzinie drogi to właśnie zaczął robić, bo samochód zwolnił, ale po chwili pojął, że to tylko płatny most na Susquehannie. Bert i Tubby zaproponowali, że załadują do przyczepy konia, bo wtedy nikomu nie przyszłoby do głowy, by tam zaglądać, ale Felix nie zamierzał przez sto sześćdziesiąt kilometrów kulić się w kącie, uchylając się przez kopytami i gównem.

Z Bambi pożegnał się wcześniej, zanim poszła z dziewczynkami do klubu, gdzie miały zostać jeszcze długo po zmroku. Nie powiedział jej, co jest grane, ale czegoś się domyślała. Bambi była bystra, wystarczająco bystra, by nie zadawać pytań. Kiedy federalni zaczną węszyć, jej niewiedza wyda się przekonująca.

Najtrudniej przyszło mu się pożegnać z niczego nieświadomymi córkami; starał się, aby wypadło to zwyczajnie. Dziewczynki przywykły do jego nieobecności; zawód Feliksa wymagał długich, nieregularnych godzin pracy. Potem przyszedł areszt domowy i apelacja, znalazł się na krótkiej smyczy. Nieobecność Feliksa Brewera w klubie wieczorem czwartego lipca nikogo nie zdziwi, na pewno nie w tym roku. Ufne córeczki ucałowały ojca pospiesznie, a on nie śmiał przytulić ich tak bardzo, jak pragnął. Tylko trzyletnią Michelle uściskał wyjątkowo mocno.

- Przywieziesz mi prezent? - zapytała, na chwilę zbijając go z tropu. Michelle często jednak się myliło; sądziła, że ilekroć ktoś opuszczał dom, choćby ona sama, należał się jej prezent. Felix udał, że kradnie małej nosek, pokazał jej figę, nie chciał oddać noska, zanim znów go nie pocałowała. Michelle miała zwyczaj przekrzywiać główkę i popatrywać na niego spod rzęs. Zupełnie jak jej matka. To go rozbrajało.

Bambi pocałował tak, jakby to był ich pierwszy raz, czyli piętnastego lutego 1959 roku przed jej domem, w samochodzie, który dostała od rodziców w ramach łapówki ostatniej szansy, mającej nakłonić Bambi do powrotu na studia. Tamten pierwszy pocałunek, zarazem namiętny i czysty, zawierał wszystko, co miało określać ich wspólną przyszłość - jego bolesną potrzebę Bambi, nieznaczną rezerwę z jej strony, jakby nigdy nie oddawała się mu w pełni. W ostatnim pocałunku zawierała się ich cała historia. W głowie Feliksa rozbrzmiała stara piosenka o tym, że zakochanie to tłuczone talerze i nieudane randki. Bambi nigdy nie stłukłaby talerza, choć on nie miałby nic przeciwko temu, by robiła to od czasu do czasu.

Pomysł, aby odwiozła go Julie, nie spodobał się Bambi - gdyby kiedykolwiek zechciała tłuc talerze, to byłaby idealna chwila - ale Julie wydawała się wprost stworzona do tej roli. Siostra Bambi faktycznie miała konie bądź dostęp do nich, toteż jej podróż z Feliksem na północ samochodem z przyczepą miała uzasadnienie. Poza tym po wyjeździe Feliksa życie Julie musiało stać się ciężkie. Bambi miała córki, przyjaciół, rodzinę. Julie nie miała nikogo prócz siostry, prawdziwe brzydkie kaczątko, łagodnie rzecz ujmując. Z jaką miną ujmowała kierownicę.

- Mam nadzieję, że to jest na zawsze - mruknęła.

- Dostajesz swoją część - przypomniał jej Felix. W ten czy inny sposób każdy dostawał swoją część.

"Na zawsze". Właśnie to słowo powtarzała Julie, kiedy tydzień wcześniej naświetlił jej sytuację. Brzmiało nie tyle jak pytanie, ile jak pojęcie, o którym nigdy dotąd nie słyszała. Siedzieli w kafejce, jedynym legalnym lokalu, który posiadał. Tygodniowe dochody z kafejki nie starczyłyby na wstążki do włosów dla jego córek. Dziewczynki faktycznie nosiły wstążki we włosach. Bambi ubierała je na różowo i zielono, w stylu uczennic ekskluzywnej szkoły, nauczyła układać niesforne włosy w końskie ogony za pomocą suszarek. Cóż, nie odnosiło się to do małej, podobnej do Bambi jak dwie krople wody - włosy ciemne i gładkie jak focze futerko, niebieskie oczy, niewiarygodne rzęsy. Linda była tą zorganizowaną, Rachel bystrą, a chociaż obie były ładne, to właśnie Michelle miała wyrosnąć na piękność. Każda z córek miała odegrać swoją rolę w świecie, ale Feliksowi nie było pisane tego zobaczyć.

- Na zawsze - powtórzyła Julie, przeciągając sylaby i wodząc palcem po wilgotnym śladzie po coli. Ta kobieta prawie nie piła, chociaż wieczorami pociągała szkocką, by dotrzymać mu towarzystwa.

- Na to wygląda. Chyba że wydarzy się coś nieprzewidzianego.

Kolejna długa chwila milczenia. Julie należała do kobiet, które były ładniejsze, kiedy się nie uśmiechały. Z kamienną twarzą, stanowiła uosobienie posępnej enigmy. Szczerząc zęby w uśmiechu, wciąż przypominała tamtą pospolitą nastolatkę, którą cztery lata wcześniej Tubby odkrył w drogerii Rexall.

- Siedem i pół procent - powiedziała wreszcie Julie.

- Co?

- W tym roku kraj obchodzi dwusetne urodziny. Każą ci oddać siedem i pół procenta całej historii tego kraju. Sporo.

- A wiesz, że łatwo nie oddaję punktów.

Julie zareagowała przelotnym uśmiechem. Zanim zapłacił za dentystę, miała zęby w opłakanym stanie, co stanowiło jeszcze jeden powód, dla którego mało się uśmiechała. Zresztą Julie nie grzeszyła poczuciem humoru. Ta praktyczna dziewczyna brała wszystko nieco zbyt dosłownie. Praktyczna kochanka to rzecz nie do pogardzenia. Nigdy na przykład nie brała pod uwagę, że mógłby się z nią ożenić, chociaż rok wcześniej doszło do drobnego dziwactwa. Julie rozumiała, że miłością jego życia jest Bambi. Kiedy Julie zaczęła uczęszczać na kursy wieczorowe, zacytowała Feliksowi słowa F. Scotta Fitzgeralda, który stwierdził, że człowiek o pierwszorzędnym umyśle potrafi utrzymywać w głowie jednocześnie dwie sprzeczne myśli i nie wariuje. Felix zjadł na tym zęby. Kochał Bambi, ale potrzebował też innych kobiet. Gdy na świat przyszła Michelle, Julie żyła z nim przez rok, ale nie zachowywała się tak, jakby stanowiło to zdradę, co mogły robić inne dziewczyny. Oczywiście nadal sypiał z żoną. Bambi była jego żoną, bardzo pociągającą kobietą, Felix szalał na jej punkcie. Sypianie z Julie nie stanowiło wyrazu niezadowolenia z Bambi. Po prostu człowiekowi żyło się lepiej, jeśli zamawiał dania z karty. Oprócz Julie zdarzały się też inne dziewczyny, przelotne przygody na jedną noc. Ponieważ mógł. Ponieważ miał taką potrzebę. Gdyby tylko Bambi zrezygnowała z tej części siebie, którą przed nim zamknęła; gdyby tylko nie była tak cholernie samowystarczalna. Z drugiej strony, teraz będzie musiała o siebie zadbać. Felix nie wyjechałby, gdyby nie miał pewności, że Bambi sobie poradzi. Do diabła, przecież zawsze wszystkim kierowała, wszystkim prócz niego i pieniędzy. Choć Felix był taki wygadany i lubił krzykliwy styl życia, trochę przypominał stary dowcip o chłopcu, który wrócił z hebrajskiej szkoły i oznajmił matce, że ma grać męża w szkolnym przedstawieniu. "Wracaj i poproś o rolę, w której coś się mówi", poleciła matka. Och, Feliksowi buzia się nie zamykała, mówił i mówił. Ale gdy przychodziło co do czego, w kurniku rządziła pięćdziesięciokilowa dziewczyna o błękitnych oczach, która nawet nie musiała podnosić głosu.

Z niewielkiego lotniska pod Filadelfią miał odlecieć do Montrealu. Olimpiada zaczynała się za niespełna dwa tygodnie, uznał więc, że bezpiecznie zacząć właśnie tam. Już teraz do Montrealu zjeżdżały tłumy. Stamtąd ruszy do Toronto, skąd przemieści się do punktu docelowego. Przypuszczalnie zbyt drobiazgowo obmyślił cały plan, co nie było w jego stylu. Ale miał tylko jedną szansę. Sekret polegał na uczciwym potraktowaniu wszystkich. Tak nakazywał zmysł praktyczny. Malkontenci by go zdradzili.

Felix policzył słupki. Zawsze kochał arytmetykę, co przydawało mu się od tak dawna. Piętnaście lat. Michelle będzie miała osiemnaście; Rachel dwadzieścia dziewięć, Linda prawie trzydzieści jeden. Bambi przekroczy pięćdziesiątkę. Pewnie wciąż będzie nieźle wyglądać; miała dobrze się starzeć. Co do Julie - trudniej przewidzieć. Ale on nie zamierzał spędzać kolejnych piętnastu lat z Julie. Został im najwyżej rok, może dwa. Stawała się niespokojna. Zżerała ją ambicja, chciała się posuwać naprzód. Po cóż innego miałaby chodzić na kursy wieczorowe? Felix miał nadzieję, że Bambi nie wkurzy się za bardzo na wieść o tym, że Julie dostała kafejkę, ale Bambi nie potrafiłaby jej prowadzić, poza tym była najłatwiejszą częścią majątku do przepisania na inną osobę. Klub też dałby Julie, ale oświadczyła, że go nie chce. Powiedziała, że wreszcie ma okazję stać się osobą szanowaną. Wtedy Felix zauważył, że szacunek jest przereklamowany, zresztą, jeśli człowiek ma dość forsy, wszystko, co robi, wzbudza szacunek.

Siedem i pół procent historii narodu. Trzeba przyznać, że był to młody naród, ale jednak... To był optymistyczny punkt widzenia. Piętnaście procent jego życia, o ile dożyłby setki. Pewnie bliżej dwudziestu procent jego życia, w dodatku nie dowolnych dwudziestu, ale najlepszych. Nawet na legalnej loterii wciąż dobrze zarabiał. Lepiej niż dobrze. Legalna loteria podkręciła interesy w stopniu, którego nadal do końca nie potrafił pojąć. Dawni klienci Feliksa grali teraz w obu loteriach, ulicznej i legalnej. Sprawy szły tak świetnie, że rozważał kupienie koni Lindzie i Rachel - kolejny pomysł Bambi. Dobrze, że tego nie zrobił, bo konie musiałyby zostać sprzedane jako pierwsze. Felix miał nadzieję, że Bambi pojmowała, iż czekają ich spore zmiany.

Na lotnisku wysiadł, nachylił się i wsunął głowę do wozu od strony pasażera, ciężarem ciała napierając na drzwi, barierę między nim a Julie. Jasne, pocałuje ją, ale nie ma mowy o gorącym uścisku w stylu Casablanki. To byłaby zdrada wobec Bambi.

Jednak nawet po stosunkowo przyzwoitym cmoknięciu siostra Bambi miała kwaśną minę.

- Jestem winna współudziału - powiedziała wcześniej, kiedy się pakowali. Felix miał na końcu języka: "Cóż, skóra zwisa ci z gęby, to czemu nie masz być workiem?". Nie cierpiał brzydkich kobiet. Boże, jaką poczuł ulgę, kiedy Linda wreszcie dorosła do nosa, który po nim odziedziczyła. Nawet wtedy nos wymagał pewnych poprawek chirurgicznych. Zmusił Bambi, by zrobiła to natychmiast po ogłoszeniu jego wyroku i teraz Linda była śliczną dziewczyną, na co w pełni zasługiwała.

Felix wręczył Julie neseser, na którym siedział przez całą drogę, ona zaś podała mu walizkę leżącą z przodu obok niej. Nie chciał, żeby jego rzeczy cuchnęły nawozem.

- Nigdzie się nie zatrzymuj - przypomniał. - Zawieź to na miejsce i tam otwórz.

- Poradzę sobie - odparła, co znaczyło, o czym dobrze wiedział, że nic od niego nie oczekuje, ani nie potrzebuje. Między innymi dlatego aż tyle jej dał.

- Będziesz ze mną - zapewnił. - Stale.

- Na zawsze - dodała z nieznacznym odcieniem pytania w głosie.

Na pokładzie małego samolotu sięgnął po swój nowy paszport i znalazł listy, które zamierzał spakować do neseseru. Szlag by to. Co począć? Przez najbliższe dwie godziny Julie miała być w drodze. Nawet gdyby mógł do niej zadzwonić, czy zdobyłby się na odwagę? No cóż, wszyscy wiedzieli, co mieli robić; po prostu smutne, że nie dostanie szansy, by wszystko wyjaśnić Bambi.

W samolocie na osiem osób był jedynym pasażerem. Pilot, mężczyzna o piwnych oczach, nie chciał poznawać Feliksa ani jego historii. Bystry gość. Felix, który w chwili wejścia na pokład przestał być Feliksem, spojrzał w dół na światła miasta, jego prawdziwego miasta porzuconego przed laty. Gdzieś tam mieszkali jego rodzice, podobnie jak siostra. Od blisko dwudziestu lat nie zamienili ze sobą słowa. Felix nie chciał z nimi rozmawiać. Chciał pomówić z Bambi. Już raczej wróciła z klubu i się domyśliła. Na pewno się domyśliła.

Dziesięć lat później zamożny człowiek mógł zadzwonić z pokładu samolotu wybranych linii lotniczych. Dwadzieścia lat później niemal wszyscy mieli posiadać telefony komórkowe, pozwalające dzwonić do wszystkich w dowolnej chwili. Dwadzieścia pięć lat później miały runąć wieże w Nowym Jorku, reguły miały ulec zmianie, a ucieczka przez Kanadę, nawet dla człowieka dysponującego prywatnym samolotem, miała się stać znacznie trudniejsza.

Jednak Felix Brewer nie miał bujnej wyobraźni, chyba że dotyczyła nakłaniania ludzi, by dobrowolnie rozstawali się z pieniędzmi. Technicznie rzecz biorąc, metody te miały charakter przestępczy, choć obywało się bez broni i użycia siły, wystarczyło podstawowe zrozumienie, że nadzieja i szansa to typowe ludzkie słabości.

Siedem i pół procenta. I kto tu mówi o odpalaniu działki? Rząd tak ustawił grę, że człowiek mógł tylko odejść od stołu. Samolot wzbił się w niebo, miejskie światła ustąpiły miejsca ciemnym bezkresnym przestrzeniom. Zniknął.